Nowo odkryty materiał przyspieszy wejście na rynek urządzeń elektronicznych nowej generacji. Pozwoli też na dalszą miniaturyzację [DEPESZA]

Ultracienkie folie z azotku boru przyspieszą pojawienie się na rynku elektroniki nowej generacji. Naukowcy z Samsung Advanced Institute of Technology zaprezentowali nowatorski materiał, który może umożliwić znaczny skok w miniaturyzacji urządzeń elektronicznych. Synteza cienkiej warstwy amorficznego azotku boru o wyjątkowo niskiej stałej dielektrycznej ma ogromny potencjał jako izolator. W połączeniu z innym materiałem przyszłości – grafenem  może zmienić paradygmat półprzewodników. Pierwsze półprzewodniki, które mogą powstać na bazie a-BN, to pamięci RAM i flash.

Zespół Samsung Advanced Institute of Technology (SAIT) ogłosił odkrycie nowego materiału – amorficznego azotku boru (a-BN). We współpracy z Ulsan National Institute of Science and Technology (UNIST) i Uniwersytetem Cambridge potwierdzono, że a-BN składa się z atomów boru i azotu o amorficznej strukturze molekularnej i ma ogromny potencjał jako izolator w półprzewodnikach nowej generacji. Nowy materiał jest pochodną tzw. białego grafenu (h-BN), ale jego struktura jest zauważalnie inna od heksagonalnego układu azotku boru w h-BN. Zespół naukowców zsyntetyzował cienką warstwę a-BN o grubości około 3 nm, która wykazała wyjątkowo niską stałą dielektryczną 1,78 (o 30 proc. niższa niż stała dielektryczna obecnie dostępnych izolatorów).

Naukowcy twierdzą, że nowy materiał może być wytwarzany w rozmiarze plastra już w temperaturze poniżej 400 stopni Celsjusza. Połączenie takiego izolatora z grafenem może zmienić dotychczasowy paradygmat przewodników.

– Aby zwiększyć kompatybilność grafenu z procesami półprzewodnikowymi na bazie krzemu, jego wzrost na związkach półprzewodnikowych powinien odbywać się w temperaturze poniżej 400°C – wskazuje Hyeon-Jin Shin, lider projektu grafenowego i główny badacz w Samsung Advanced Institute of Technology.

Poszukiwania materiałów o ultraniskiej stałej dielektrycznej (poniżej 2) trwały od dziesięcioleci. Naukowcy podejmowali szereg prób opracowania materiałów o pożądanych właściwościach, jednak bez powodzenia, przede wszystkim z powodu złych właściwości mechanicznych lub słabej stabilności chemicznej po integracji. Wydaje się jednak, że wszystkie wymagania spełnia amorficzny azotek boru.

Materiał a-BN wykazuje m.in. znakomite właściwości mechaniczne o wysokiej wytrzymałości. Ponadto, gdy badacze przetestowali właściwości bariery dyfuzyjnej amorficznego azotku boru w bardzo trudnych warunkach, odkryli, że może on zapobiec migracji atomu metalu z połączeń do izolatora. Może to pomóc w rozwiązaniu problemów w produkcji układów scalonych CMOS, co z kolei umożliwi dalszą miniaturyzację urządzeń elektronicznych.

– Ostatnio rośnie zainteresowanie materiałami 2D i nowymi materiałami z nich pochodzącymi. Jednak nadal jest wiele wyzwań związanych z zastosowaniem materiałów w istniejących procesach półprzewodnikowych – mówi Seongjun Park, wiceprezes i szef laboratorium materiałów nieorganicznych SAIT. – Będziemy nadal opracowywać nowe materiały, aby przewodzić zmianie paradygmatu półprzewodników.

Zdaniem naukowców amorficzny azotek boru może być już niebawem stosowany w półprzewodnikach, w tym m.in. w pamięciach DRAM i NAND.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/nowo-odkryty-material,p447274109

„Polski” Kret próbuje wgryźć się w powierzchnię Marsa. Lądownik NASA ma sprawdzić podobieństwo planety do Ziemi [DEPESZA]

Mars jest drugą po Ziemi najlepiej zbadaną planetą, ale praktycznie nic nie wiemy o jej wnętrzu. Misja NASA InSight ma to zmienić. Jej celem jest zmapowanie struktury i stanu termicznego głębokiego wnętrza Marsa oraz wykorzystanie tych informacji do lepszego zrozumienia wczesnych procesów formowania się planet, w tym Ziemi. Urządzenie HP3 – Kret docelowo ma zejść w Czerwoną Planetę na głębokość 5 metrów. Po początkowych problemach z wkopaniem się w marsjańską ziemię obecnie urządzenie znajduje się już całkowicie pod ziemią.

Misją badawczą lądownika NASA InSight jest odkrycie tajemnic Czerwonej Planety za pomocą badań sejsmicznych, geodezji i pomiaru ciepła. Poprzednie misje były w stanie zobaczyć jedynie jej powierzchnię za pomocą lądownika czy łazika. Penetrator Kret, do którego mechanizm wbijający zbudowała polska firma Astronika, ma natomiast „wgryźć się” w ziemię Marsa. Celem misji jest po raz pierwszy zmapowanie struktury i stanu termicznego jego głębokiego wnętrza oraz wykorzystanie tych informacji do lepszego zrozumienia wczesnych procesów formowania się planet, w tym Ziemi.

16-calowa sonda od ponad roku ma problemy z wkopaniem się w marsjańską ziemię. Niedawno misja InSight ujawniła, że ​​Kret znajduje się już głównie pod ziemią, ale nadal nie kopie samodzielnie, tak jak powinien.

– Nie widzimy bezpośrednio Kreta i w ten sposób nie możemy ocenić jego postępów. Oceniamy je raczej na podstawie ruchu uwięzi, a ściślej na podstawie pozornego ruchu cech na uwięzi względem tła. Obrazy wyraźnie pokazują, że uwięź poruszała się do przodu i do tyłu i ostatecznie całkowicie się zatrzymała, co sugeruje, że Kret nie kopał dalej sam – ocenia Tilman Spohn, członek misji InSight.

Zespół inżynierów odpowiedzialnych za misję uważa, że przyczyną nieprawidłowego działania sondy samowbijającej jest gleba. Luźna gleba zapewnia tarcie, zapadając się wokół urządzenia. W przypadku Kreta rodzaj gleby wokół bardziej przypomina cement. W rezultacie penetrator bardziej podskakiwał w miejscu, niż kopał.

– Test potwierdza nasz wcześniejszy wniosek, że twarda skorupa Marsa jest niezwykle gruba i musi być dość sztywna. Po pierwszym wycofaniu się Kreta (Sol 322) zatrzymał się on, gdy wystawał 20 centymetrów z ziemi. Oszacowaliśmy wówczas, że skorupa ma grubość 20 centymetrów. Obecne obserwacje przynajmniej nie podważają tego wniosku – twierdzi Tilman Spohn.

Sonda ma zakopać się na głębokości prawie 5 metrów w powierzchnię Marsa, aby zmierzyć ciepło pochodzące z wnętrza planety. Czujniki temperatury będą badać skałę i ocenią, w jaki sposób energia wypływa z jądra planety, jakie jest źródło tego ciepła. W ten sposób naukowcy będą mogli ustalić, czy Ziemia i Mars powstały z tego samego materiału. Obecnie jednak, choć Kret znajduje się całkowicie pod ziemią, to sam jeszcze nie kopie.

– Chcemy sprawdzić, jak głęboko jest naprawdę Kret (powinien znajdować się około centymetra pod powierzchnią), czy morfologia wykopu się zmieniła i czy piasek, który widzieliśmy w wykopie, wciąż tam jest, czy też jama została osuszona przez wiercenie – tłumaczy członek misji InSight. – Zespół zrobi sobie teraz przerwę, aby omówić wszystkie dostępne kwestie i udostępnić ramię dla innych działań naukowych. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, spodziewamy się powrotu w sierpniu.

Teoretycznie misja InSight ma potrwać jeszcze rok. Biorąc pod uwagę utrudnienia, może się jednak wydłużyć.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/polski-kret-probuje,p1433235677

Polska walczy o zmiany we wspólnej polityce rolnej. Wśród głównych postulatów wyrównanie dopłat bezpośrednich i wsparcie dla mniejszych gospodarstw

Trwają negocjacje w sprawie budżetu na unijną perspektywę 2021–2027. Ich zakończenie jest jednym z priorytetów niemieckiej prezydencji i zdaniem ministra rolnictwa Jana Krzysztofa Ardanowskiego są szanse, że zakończą się one jeszcze w tym roku. – Obecna propozycja Komisji Europejskiej dotycząca wspólnej polityki rolnej jest dla nas bardzo korzystna – podkreśla. Polska, wspólnie z innymi krajami regionu, walczy jednak o wyrównanie dopłat bezpośrednich oraz szczególne wsparcie dla mniejszych gospodarstw, które są mocną stroną polskiego rolnictwa.

1 lipca Niemcy objęły przewodnictwo w Unii Europejskiej i będą je sprawować do końca roku. Jak mówi szef resortu, zarówno z Brukseli, jak i z Berlina płyną sygnały świadczące o tym, że będą chciały do tego czasu zamknąć negocjacje nad czwartą – dla Polski – perspektywą.

Bardzo na to liczę, że prace nad przyszłym budżetem będą przebiegały bardzo szybko. Najlepiej, żeby w najbliższych miesiącach się zakończyły, a na pewno za prezydencji niemieckiej. Oczywiście będzie potrzebny etap przejściowy, rok czy dwa lata, ale bardzo bym się cieszył, gdyby te negocjacje udało się zamknąć – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jan Krzysztof Ardanowski, minister rolnictwa i rozwoju wsi. – Propozycja Komisji Europejskiej, która jest w tej chwili na stole, jest dla Polski bardzo korzystna.

W ramach wspólnej polityki rolnej, zgodnie z tegorocznymi propozycjami Komisji Europejskiej, do Polski ma trafić o 3 mld euro więcej, niż pierwotnie zakładano. Z kolei budżet całego unijnego rolnictwa miałby zostać zasilony dodatkowymi 26,5 mld euro.

– Również propozycje dotyczące polityki spójności i Funduszu Odbudowy są korzystne dla Polski. To nie będą łatwe negocjacje, bo jest kilka krajów, które mają uwagi i wątpliwości, ale jestem optymistą – zapewnia minister rolnictwa.

Jak podkreśla, negocjacje mogą się przedłużać ze względu na to, że specyfika rolnictwa w poszczególnych krajach UE jest różna. Polska o swoje interesy walczy w ramach grupy państw regionu Europy Środkowo-Wschodniej, czyli krajów Grupy Wyszehradzkiej, nadbałtyckich, Bułgarii, Rumunii i Słowenii.

– Podpisaliśmy wspólną deklarację warszawską tuż przed wybuchem pandemii. Mówiliśmy m.in. o większym budżecie na wspólną politykę rolną i konieczności konwergencji zewnętrznej. Nie ma żadnych powodów, by utrzymywać duże zróżnicowanie w dopłatach bezpośrednich. Ustały przyczyny, które były 16 lat temu, kiedy wchodziliśmy do UE, więc oczekujemy wyrównania dopłat – dodaje Jan Krzysztof Ardanowski.

Polska naciska, by rolnicy objęci byli dopłatami bezpośrednimi na takim poziomie jak rolnicy w większości krajów na zachodzie Europy. Do tej pory stawki różniły się znacząco ze względu na wyższe koszty życia i produkcji. O ile w kończącej się perspektywie średnia dla UE wynosiła ok. 260 euro na hektar, o tyle w przypadku Polski było to 220–240 euro, a były kraje, gdzie średnia przekraczała 600 (Malta) czy 500 euro (Grecja). O ile to niewielkie, skaliste kraje, o tyle już Włosi, Holendrzy czy Belgowie otrzymywali 350–400 euro. Dla porównania na Łotwie czy w Estonii dopłaty wynosiły ok. 100 euro na hektar.

Oczekujemy również, co jest specyficzne dla Polski, uwzględnienia szczególnej roli mniejszych gospodarstw w rolnictwie. Wydaje mi się, że Komisja Europejska zaczyna podobnie myśleć, bo parcie w kierunku powiększania gospodarstw, ferm, stad zwierząt i skoncentrowanej produkcji już w tej chwili nie jest uważane za rolnictwo nowoczesne – mówi minister rolnictwa i rozwoju wsi.

Jak przekonuje, w cenie jest teraz produkcja lokalna, ekologiczna, oszczędnie wykorzystująca środki ochrony roślin i zaopatrująca lokalne rynki. Choć masowa uprawa i hodowla jest potrzebna, żeby globalnie dostarczyć wystarczającą ilość taniej żywności, głównie na eksport, to europejskie trendy prowadzą w stronę mniejszych gospodarstw rodzinnych, jakich w Polsce nie brakuje.

Większe gospodarstwa dające stosunkowo dużo taniej żywności są potrzebne, bo przecież musimy eksportować, żywić świat. Europa ma obowiązki wobec Afryki, wobec krajów, w których żywności brakuje. Zatem my również chcemy się na te kraje otwierać. Polska to robi, o czym świadczy nasz eksport rolny wart w zeszłym roku prawie 32 mld euro – podkreśla Jan Krzysztof Ardanowski.

Dodatkowo brak rąk do pracy, choćby przy zbiorze owoców, wymusza na rolnikach inwestycje w automatyzację gospodarstw, zastosowanie nowoczesnych technologii, pozwalających także na śledzenie całej drogi produktu od pola do stołu.

 Chcemy bardzo mocno postawić na innowacyjność w rolnictwie, bo wiele problemów bez pomocy naukowców nie będzie rozwiązanych – podkreśla minister. – Tu musi pojawić się robotyzacja, automatyzacja, maszyny, precyzyjne zarządzanie rolnictwem, wykorzystanie możliwości, które dają satelity, sztuczna inteligencja, rozległe bazy danych. Konsumenci oczekują, żeby żywność nie była anonimowa, żeby można było prześledzić jej drogę do stołu. Dlatego chcemy rozwijać w produkcji zwierzęcej system blockchain, czyli chipowania zwierząt, dzięki któremu będziemy mogli pokazać, w jakich warunkach zwierzę żyło, gdzie, u kogo się urodziło, czy było leczone, poprawnie hodowane i nie cierpiało.

Na lata 2014–2020 Polska otrzymała z budżetu UE 120,1 mld euro. Na sumę tę składały się przede wszystkim środki polityki spójności – 82,5 mld euro, wspólnej polityki rolnej – 32,1 mld euro, Europejskiego Funduszu Morskiego i Rybackiego – ok. 0,5 mld euro. Około 5 mld euro przeznaczono na takie programy jak np. Horyzont 2020 czy Erasmus.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polska-walczy-o-zmiany-we,p270568772

Ostatni dzwonek na ostre ograniczanie emisji CO2. Pomóc w tym mają wielobilionowe pakiety inwestycyjne

Według Międzynarodowej Agencji Energetycznej kilka najbliższych miesięcy będzie kluczowych w walce o ograniczenie emisji gazów cieplarnianych i uniknięcie katastrofy klimatycznej. Właśnie teraz rządy poszczególnych krajów tworzą plany pobudzania swoich gospodarek po pandemii. Na złagodzenie skutków recesji przeznaczono 9 bln dol., a ogromne pakiety stymulacyjne to okazja do wprowadzenia sektora energii na zrównoważoną ścieżkę – wskazuje IEA. Według szacunków agencji wymagałoby to inwestycji sięgających 1 bln dol. rocznie przez najbliższe trzy lata. Dzięki temu globalne PKB może wzrosnąć do 2023 roku o 3,5 proc., zostanie zachowanych lub powstanie ok. 9 mln miejsc pracy, a roczne emisje gazów cieplarnianych spadną o 4,5 mld ton.

– Powinniśmy szybko i ostro ścinać emisje gazów cieplarnianych. CO2 kumuluje się w środowisku i nie jest ważne, czy wyemitujemy tonę dwutlenku węgla do atmosfery dzisiaj, czy za 10 lat. Ona koniec końców tak samo zmieni klimat. Teraz sytuacja wygląda tak, jakbyśmy wciąż dolewali wodę do wanny. W pewnym momencie woda się przeleje, przekroczymy punkt krytyczny i zaczną się dziać niemiłe rzeczy. Żeby było jasne – one już i tak będą się dziać, pytanie tylko, jak bardzo będą niemiłe i jak bardzo klimat się zdestabilizuje. Już nie gramy o to, żeby było dobrze – gramy o to, żeby było jak najmniej źle. Obrazowo mówiąc, musimy przestać dolewać wody do wanny – mówi agencji Newseria Biznes Marcin Popkiewicz, fizyk, redaktor portalu Nauka o klimacie.

Według danych Europejskiej Agencji Środowiska (EEA) w marcu ograniczenia w transporcie związane z lockdownem przełożyły się na znaczny spadek zanieczyszczenia powietrza w wielu europejskich miastach. W Barcelonie stężenie dwutlenku azotu spadło o 55 proc. w stosunku do analogicznego okresu rok wcześniej, Madrycie – o 41 proc., a w Lizbonie – 51 proc.

Poprawę jakości powietrza nad Europą potwierdza też aktualizowany na bieżąco European Air Quality Index (europejski wskaźnik jakości powietrza EEA i Komisji Europejskiej). Internetowa mapa pokazuje, że w tej chwili jakość powietrza nad większością kontynentu jest dobra lub przyzwoita. Naukowcy są jednak pewni, że ten efekt jest krótkotrwały. Co więcej, może się odwrócić, kiedy gospodarki poszczególnych państw wrócą do pełnego działania.

Emisje gazów cieplarnianych w koronakryzysie spadły, bo spadła aktywność gospodarcza. Ludzie siedzieli w lockdownie, wstrzymano inwestycje, siadła turystyka itd. Na początku kwietnia, kiedy większość państw wprowadzała lockdown, emisje na świecie spadły o ok. 17 proc., później zaczęły wracać do wcześniejszego poziomu. Szacuje się, że w tym roku będziemy mieli emisje średnio o kilka procent niższe niż w poprzednim. Kiedy ludzie wrócą do pracy, a gospodarka znów ruszy, mogą znowu wzrastać, np. w transporcie. Wielu ludzi z obawy przed koronawirusem nie będzie chciało jeździć transportem publicznym, więc przesiądą się do samochodów – mówi Marcin Popkiewicz.

Jak wynika z kwietniowego raportu IEA („Global Energy Review”), w krajach, które wprowadziły częściowy lub pełny lockdown na czas walki z pandemią koronawirusa, zapotrzebowanie na energię elektryczną spadło średnio od 18 do 25 proc. W sumie w I kwartale br. globalne zapotrzebowanie na energię obniżyło się o 3,8 proc., popyt na węgiel spadł o 8 proc. w porównaniu do analogicznego okresu rok wcześniej, a popyt na ropę – o 5 proc., głównie ze względu na ograniczenie mobilności i lotnictwa.

Co istotne, recesja spodziewana po pandemii SARS-CoV-2 może jednak skłonić rządy wielu państw do stymulowania gospodarki kosztem polityki środowiskowej i cięcia wydatków na inwestycje proekologiczne. Według IEA inwestycje energetyczne na całym świecie mogą się w tym roku zmniejszyć o 80 mld dol., co będzie stanowić rekordowy, 10-proc. spadek i powrót do poziomu wydatków sprzed dekady.

Państwa pobudzają w tej chwili swoje gospodarki, kwoty przeznaczane na pakiety stymulacyjne liczone są w setkach miliardów. Pytanie, na co pójdą te pieniądze: na gospodarkę niskoemisyjną, np. termomodernizację budynków i rozwój czystych źródeł energii, czy na stymulację starego, wysokoemisyjnego status quo, np. rozbudowę dróg czy portów lotniczych – mówi redaktor portalu Nauka o klimacie.

Według Międzynarodowej Agencji Energetycznej w walce o radykalne ograniczenie emisji gazów cieplarnianych i zapobiegnięcie katastrofie klimatycznej kluczowych będzie kilka najbliższych miesięcy, ponieważ właśnie teraz rządy poszczególnych krajów tworzą plany stymulowania swoich gospodarek po pandemii. Do tej pory na złagodzenie skutków spodziewanej recesji zostały zadeklarowane środki w wysokości około 9 bln dol.

Pakiety stymulacyjne są wprowadzane teraz i to teraz decyduje się, na co zostaną wydane te pieniądze. Za kilka miesięcy będą już one ustalone, rozpisane i działania będą się toczyć. W tym momencie decydujemy, czy potoczą się dobrym torem, czy wręcz przeciwnie  – mówi Marcin Popkiewicz.

Według kalkulacji przeprowadzonych przez IEA i Międzynarodowy Fundusz Walutowy w ciągu najbliższych trzech lat możliwe jest jednoczesne pobudzenie wzrostu gospodarczego, stworzenie milionów miejsc pracy i obniżenie poziomu emisji. Przedstawiony przez agencję plan naprawczy wymagałby inwestycji (m.in. w odnawialne źródła i poprawę efektywności energetycznej budynków) wynoszących około 1 bln dol. rocznie przez kolejne trzy lata (ok. 0,7 proc. globalnego PKB), ale jednocześnie doprowadziłoby to do wzrostu globalnego PKB o 3,5 proc. do 2023 roku, przyniosło trwałe korzyści globalnej gospodarce, zachowując i tworząc przy tym około 9 mln miejsc pracy i obniżając roczną emisję gazów cieplarnianych o 4,5 mld ton („Sustainable Recovery”).

Także Międzynarodowa Agencja Energetyki Odnawialnej IRENA w raporcie „Global Renewables Outlook. Energy transformation 2050” wskazuje, że transformacja energetyczna na dużą skalę i inwestycje w odnawialne źródła mogą pomóc w zatrzymaniu globalnego ocieplenia, ale także w pokonaniu recesji gospodarczej wywołanej pandemią SARS-CoV-2019. Podobnego zdania jest Unia Europejska, która we wdrażaniu Zielonego Ładu, zakładającego osiągnięcie przez UE neutralności klimatycznej do 2050 roku, widzi szansę na pobudzenie innowacji w europejskiej gospodarce.

Jeżeli koronakryzys skieruje inwestycje w kierunku transformacji energetycznej, czystych źródeł energii, termomodernizacji, transportu bezemisyjnego, efektywnego przemysłu i gospodarki cyrkularnej, to mamy szansę odwrócić trend rosnących emisji i zacząć je redukować, na dodatek z korzyścią dla gospodarek i tworząc przy tym wiele dobrze płatnych miejsc pracy – mówi ekspert.

Jak podkreśla, Polska powinna jak najszybciej włączyć się w realizację polityki klimatycznej Unii Europejskiej, co nie tylko pomoże zapobiec katastrofie klimatycznej, ale i przyczyni się do wzrostu i budowania innowacyjnej gospodarki.

– Z punktu widzenia Polski, Europy i świata sprawa jest prosta: powinniśmy szybko redukować emisje, ściąć je o połowę w ciągu najbliższej dekady i do zera kilkanaście lat później. To mówi nauka. Włączenie się w cel osiągnięcia neutralności klimatycznej za 30 lat jest w naszym dobrze pojętym interesie – mówi Marcin Popkiewicz. – Chodzi także o wyższą jakość życia mieszkańców. Dobrze będzie mieszkać w domu zeroenergetycznym, w mieście efektywnym transportowo jak Kopenhaga czy Wiedeń, bez smogu, mieć rzeczy długo żyjące, łatwe w naprawie i projektowane pod kątem odzysku surowców, dobrze będzie też nie importować ropy od Putina za dziesiątki miliardów złotych rocznie i nie dopłacać miliardów do kurczowego trzymania się węgla. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/ostatni-dzwonek-na-ostre,p1587051324

Inteligentne i aktywne opakowania pozwolą lepiej kontrolować jakość jedzenia. Usprawnią też jego przygotowywanie

Branża spożywcza inwestuje w opakowania nowej generacji, które pozwolą monitorować jakość produktów na każdym etapie ich funkcjonowania, od transportu aż do momentu spożycia. W przyszłości mogą zastąpić informacje o zdatności do spożycia, oceniając świeżość zamkniętych produktów. Najbardziej zaawansowane opakowania pozwolą zaś przedłużyć zdatność do spożycia poprzez zastosowanie emiterów i absorberów gazowych, a także podgrzeją puszkowane potrawy.

– Najczęściej inteligentne opakowania stosuje się do żywności. W Polsce popularne są wskaźniki temperatury pojawiające się np. na puszkach, gdy napój został schłodzony do odpowiedniej temperatury. Takie rozwiązania są też stosowane np. w przypadku mrożonek. Kiedy na którymś etapie transportu produkt został rozmrożony, wtedy to oznaczenie pojawia się trwale. Będą się również rozwijać opakowania aktywne, które nie tyle informują o tym, co się dzieje z produktem, ale faktycznie na niego wpływają, żeby przedłużyć jego świeżość – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Beata Pyś-Skrońska, zastępca dyrektora Polskiej Izby Opakowań.

W produkcji inteligentnych etykiet na potrzeby branży spożywczej wyspecjalizowała się m.in. francuska firma CRYOLOG. Jej inżynierowie zaprojektowali etykiety Traceo z próbką mikrobiologiczną przystosowaną do konkretnego rodzaju produktu. Etykiety nakleja się na kod kreskowy monitorowanej żywności, a jeśli dana paczka będzie źle transportowana, przechowywana bądź minie okres przydatności, próbka kontrolna wybarwia się, informując tym samym klienta o niezdatności do spożycia tego konkretnego produktu.

Firma Maspex z kolei planuje włączyć się do prac nad stworzeniem nowatorskiego systemu etykietowania żywności w ramach unijnego programu EIT Food Smart Tags. Projekt nie jest skupiony wokół jednej, konkretnej technologii, jego celem jest stworzenie platformy badawczej i przeanalizowanie obecnie wykorzystywanych systemów inteligentnych opakowań. Badania posłużą do wypracowania najlepszych metod informowania klientów o świeżości produktów spożywczych opartych na inteligentnych wskaźnikach.

– Opakowania monitorujące stan produktu rozpoznają procesy gnilne, rozwijanie się bakterii i wtedy niezależnie od daty przydatności zobaczymy, czy nadaje się on do spożycia. Z kolei opakowania aktywne realnie wpływają na produkt, który jest w środku. Najczęściej emitują albo pochłaniają np. tlen czy etylen, przedłużając przez to jego jakość. Opakowania inteligentne i aktywne w bardzo dużym stopniu pomagają przedłużyć trwałość produktów i ograniczyć marnowanie jedzenia. Od razu patrząc na opakowanie, widzimy, czy zawartość  nadaje się do spożycia – wyjaśnia ekspertka.

W rozwój aktywnych opakowań włączyła się m.in. firma SP Group, która we współpracy z NEDO w ramach Japan & Spain Innovation Program opracowała system przechowywania produktów mięsnych BIOBARACTIVE przy wykorzystaniu biodegradowalnych produktów o wysokiej barierowości. Zastosowanie wielowarstwowych materiałów pozwoliło uszczelnić opakowanie, a bariera gazowa opóźnić psucie się żywności.

Podobną technologię opracowała amerykańska firma Aptar Food + Beverage z myślą o przechowywaniu m.in. owoców morskich. Ich SeaWell Protective Packaging System wyposażono we wkładkę pochłaniającą nadmiar płynów wydzielanych przez żywność, które mogłyby przyspieszyć jej psucie się w trakcie transportu i przechowywania. Wkładka jest w pełni bezpieczna dla żywności i według badań laboratoryjnych jest w stanie zredukować liczbę bakterii tlenowych o 99,9 proc. po 13 dniach przechowywania produktów spożywczych.

Systemy tego typu mogą służyć nie tylko do informowania o świeżości produktów, wykorzystuje się je także np. w procesie podgrzewania potraw. Technologię tego typu opracował m.in. producent puszek HotCan. Pojemniki te mają dwuwarstwową strukturę – potrawa przechowywana jest w wewnętrznym pojemniku, który okala szczelna saszetka z wodą, pod nią zaś umieszczono granulat grzewczy. Po przekłuciu saszetki w wyznaczonych miejscach i wstrząśnięciu puszką w jej wnętrzu dochodzi do reakcji chemicznej, której wynikiem jest wydzielanie ciepła i podgrzanie potrawy.

– Najprostsze opakowania, które pokazują temperaturę czy świeżość, są już dostępne, a w takich krajach jak Japonia czy Korea Południowa są już dosyć powszechne. W Polsce jeszcze nie, ale na tę chwilę trudno powiedzieć, jak szybko opakowania inteligentne pojawią się w codziennym użyciu. Jest już sporo przykładów na rynku, ale by mówić o tym, że praktycznie każde opakowanie jest w jakiś sposób inteligentne, to jest kwestia na pewno nie roku, dwóch, tylko dłuższego czasu – przewiduje Beata Pyś-Skrońska.

Według firmy badawczej Mordor Intelligence wartość globalnego rynku aktywnych opakowań do 2025 roku wzrośnie do 25,16 mld dol. W najbliższych latach ma  się rozwijać w tempie 6,78 proc. w skali roku.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/inteligentne-i-aktywne,p1843484508

Nadchodzi nowa generacja paneli fotowoltaicznych. Grafen i perowskity ułatwią tworzenie wytrzymalszych i wydajniejszych ogniw [DEPESZA]

Era klasycznych krzemowych paneli fotowoltaicznych powoli dobiega końca. Inżynierowie pracują nad panelami kolejnej generacji, które dzięki wykorzystaniu nowych materiałów będą działać z wyższą wydajnością oraz będą bardziej odporne na warunki atmosferyczne. W kręgu zainteresowania innowatorów znajdują się panele perowskitowe. W Polsce powstaje pierwsza na świecie fabryka perowskitowych ogniw, a naukowcy z całego świata pracują nad poprawą ich wydajności i rozwiązaniem problemu szybkiej degradacji. Nadzieję na osiągnięcie tego celu daje grafen.

W przeciwieństwie do tradycyjnych ogniw słonecznych na bazie krzemu te perowskitowe są elastyczne, lekkie, ultracienkie i częściowo transparentne. Mogą wydajnie pracować nawet przy niepełnym naświetleniu, co zwiększa ich wydajność, ale też liczbę zastosowań. Głównym problemem paneli fotowoltaicznych z perowskitu jest jednak dość szybka degradacja w warunkach naturalnych.

Naukowcy z Ulsan National Institute of Science and Technology opracowali nową elektrodę, która może potencjalnie poprawić stabilność perowskitowego ogniwa słonecznego. Wysokowydajna, elastyczna i przezroczysta elektroda na bazie metalu ma dodatkową warstwę grafenu o doskonałej nieprzepuszczalności. Zjawisko rozkładu wywoływanego metalami, które zostało zidentyfikowane jako chroniczny problem perowskitowych ogniw słonecznych na bazie metalowej elektrody, zostało w ten sposób wyeliminowane, co ma skutecznie poprawić stabilność ogniw.

– Przygotowany przez nas dokument pokazuje, że wstawienie warstwy ochronnej między elektrodą na bazie metalu a folią perowskitową może zapobiec degradacji wywoływanej metalem i że warstwa grafenu może skutecznie tłumić dyfuzję metali i jonów halogenków – wskazuje autor badania Gyujeong Jeong z południowokoreańskiego Ulsan National Institute of Science and Technology.

Jednym z pionierów w projektowaniu perowskitowych ogniw fotowoltaicznych jest polska firma Saule Technologies założona przez Olgę Malinkiewicz. W ostatnim czasie rozpoczęła sprzedaż m.in. garażu słonecznego Solar Carport, autonomicznej stacji ładowania samochodów elektrycznych. Obecnie we Wrocławiu powstaje pierwsza na świecie fabryka perowskitowych ogniw słonecznych, budowana właśnie przez Saule Technologies.

Elastyczne elektrody opracowane przez zespół koreańskich naukowców z UNIST mogą stanowić podwaliny do wypracowania ogniw fotowoltaicznych nowej generacji, które przy niskim koszcie produkcji zapewnią wysoką wydajność. Wstępne badania dowiodły, że po 1000 przepracowanych godzinach panele charakteryzują się wysoką, 97,5-proc. sprawnością. A po 5 tys. testów zginania ich wydajność spadła zaledwie o 6 proc.

– Nowa metoda znacznie poprawiła zarówno wydajność, jak i stabilność perowskitowych ogniw fotowoltaicznych – podkreśla prof. Hyesung Park z Ulsan National Institute of Science and Technology. – Prace te stanowią skuteczną strategię projektowania wytrzymałych mechanicznie i chemicznie niezawodnych, wolnych od drogiego tlenku indowo-cynowego (ITO), przezroczystych folii przewodzących wspomaganych metalem w perowskitowych ogniwach fotowoltaicznych.

Tymczasem potencjał grafenu w fotowoltaice doceniła także polska firma Euro Com Project, autorzy wysokosprawnych ogniw fotowoltaicznych bazujących na elektrodach grafenowych. Ich opatentowana technologia PVGRAF pozwala zauważalnie zwiększyć wydajność paneli m.in. w regionach mocno nasłonecznionych, narażonych na wysokie temperatury, w których klasyczne panele wykazują się niską efektywnością.

Według analityków Allied Market Research wartość rynku paneli fotowoltaicznych w 2026 roku wyniesie 223,3 mld dol. i wykaże średnioroczny wskaźnik wzrostu na poziomie 20,5 proc.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/nadchodzi-nowa-generacja,p1285344212

Według NIK poprawa stanu torowisk tramwajowych we Wrocławiu może potrwać 46 lat. MPK Wrocław: Nakłady wzrosły dziesięciokrotnie, więc zajmie to maksymalnie cztery lata

– Raport Najwyższej Izby Kontroli, który nie pokazuje w dobrym świetle wrocławskiej komunikacji miejskiej, zawiera prawdziwe informacje, ale są to już dane historyczne – zapewnia Tomasz Sikora, rzecznik MPK Wrocław. Spółka przeznacza na remonty torowisk dziesięciokrotnie więcej funduszy, niż wykazano w raporcie. To kwota rzędu 80 mln zł rocznie. Cały czas trwa także proces wymiany taboru na nowy. MPK Wrocław stale prowadzi kontrole autobusów i tramwajów, więc nie ma możliwości, żeby niesprawne pojazdy wyjeżdżały na ulice.

Na początku lipca Najwyższa Izba Kontroli przedstawiła raport o funkcjonowaniu i rozwoju transportu publicznego w miastach województwa dolnośląskiego. Wśród kontrolowanych miast znalazła się także stolica regionu. Jak podaje NIK, we Wrocławiu częściowe odnowienie taboru nie wyeliminowało przewozu pasażerów niesprawnymi technicznie autobusami i przestarzałymi tramwajami, a niedostateczny poziom finansowania komunikacji miejskiej doprowadził do pogorszenia stanu technicznego torowisk tramwajowych i problemów finansowych MPK.

– Raport NIK dotyczy lat 2016–2018 oraz początku 2019 roku. Od tego czasu wiele się zmieniło – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Tomasz Sikora, rzecznik MPK Wrocław. – Bardzo wnikliwie przyjrzeliśmy się zaleceniom Najwyższej Izby Kontroli, wdrażamy je sukcesywnie, a część już została zrealizowana.

Rzecznik spółki przyznaje, że rzeczywiście wrocławska komunikacja, zwłaszcza torowiska, była niedoinwestowana, a miejski przewoźnik przez wiele lat notował duże straty, ale sytuacja jest już znacznie lepsza. 2018 rok spółka zamknęła stratą w wysokości 50 mln zł, a na koniec 2019 roku było to już 8 mln zł. Teraz wykorzystuje czas wakacyjny na duże remonty torowisk.

– W raporcie NIK-u wskazane zostało, że na bieżące utrzymanie torowisk przeznaczane jest 8 mln zł. Ta kwota wzrosła dziesięciokrotnie, teraz to jest 80 mln zł. Raport NIK-u wskazywał, że przy tamtych nakładach finansowych remont torowisk potrwa 46 lat, ale przy dzisiejszych nakładach w ciągu trzech–czterech lat będą one w dobrym lub bardzo dobrym stanie – mówi Tomasz Sikora. – W tej chwili tylko 3 z 22 linii tramwajowych oraz 50 z 72 linii autobusowych jeżdżą po stałych trasach. Pozostałe mają objazdy przez trwające remonty.

MPK koncentruje się także na wymianie i poprawie kondycji taboru. Pod koniec czerwca podpisało umowy z wykonawcami kapitalnych remontów 42 tramwajów Škoda 16T oraz 205WrAs. Wartość tych dwóch kontraktów to 130 mln zł, a ich realizacja potrwa 28 miesięcy. W zasobach miasta jest ok. 200 tramwajów.

– MPK Wrocław kupi także 25 nowych niskopodłogowych tramwajów z opcją dokupienia kolejnych 21 – wyjaśnia rzecznik spółki. – Kupno 25 pojazdów to jest 200 mln zł, czyli duże pieniądze. Tego w ciągu roku się nie da załatwić, zwłaszcza że mamy sytuację covidową, która spowodowała spadki w budżecie miasta, a MPK Wrocław to spółka miejska.

Rzecznik zapewnia jednak, że na komunikacji miasto nie będzie oszczędzać.

– W ciągu ostatniego półtora roku wyjechało na ulice 200 nowych autobusów, zarówno przez nas kupionych i dzierżawionych, jak i pojazdy naszych podwykonawców: Mobilisa i Michalczewskiego. To sprawia, że autobusy, którymi będziemy wozić pasażerów pod koniec 2020 roku, nie będą starsze niż pięcioletnie – dodaje Tomasz Sikora.

Wymiana i modernizacja taborów przynosi efekty. W ubiegłym roku w wyniku kontroli Inspekcji Transportu Drogowego zatrzymano kilkanaście dowodów rejestracyjnych, w tym roku sytuacja się nie powtórzyła.

– W tym roku inspekcja przeprowadziła 19 lotnych kontroli i nie miała żadnych zastrzeżeń dotyczących stanu technicznego naszych autobusów. Kontrolujemy je dwa razy częściej, niż zaleca producent, przed rozpoczęciem trasy i po jej zakończeniu – zapewnia rzecznik MPK Wrocław.

Podobnie jest w przypadku tramwajów – ich kontrola odbywa się na koniec dnia oraz przed rozpoczęciem trasy. Jeśli kierowca ma jakiekolwiek wątpliwości co do stanu technicznego pojazdu, nie wyjeżdża na ulice Wrocławia.

Wrocławskie MPK koncentruje się także na usprawnieniach w ruchu miejskim. W ubiegłym roku w mieście przybyło buspasów, co okazało się dobrym rozwiązaniem.

– Plany dotyczące wytyczania kolejnych buspasów zostały zrealizowane w 60 proc. Kolejne nie będą już wydzielane w ciągach ulic, czyli z przestrzeni jezdni, ale będą budowane dodatkowo. Poza tym powstaje nowy ciąg autobusowo-tramwajowy w kierunku Nowego Dworu, a to jest największa inwestycja komunikacyjna od czasu torów w kierunku Leśnicy – uściśla Tomasz Sikora.

Jak informowało miasto pod koniec ubiegłego roku, liczba pasażerów komunikacji miejskiej stopniowo rośnie. Korzysta z niej ok. 500 tys. osób dziennie, czyli 207 mln rocznie.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/wedlug-nik-poprawa-stanu,p1938421903

W piątek startuje unijny szczyt ws. budżetu na lata 2021–2027. Ważą się też losy 750 mld euro na ratowanie europejskiej gospodarki

17 lipca w Brukseli rozpocznie się nadzwyczajny szczyt dotyczący unijnego budżetu i Funduszu Odbudowy. Oba instrumenty opiewają łącznie na rekordową sumę 1,85 bln euro. Dwudniowy szczyt będzie pierwszym bezpośrednim spotkaniem głów państw od wybuchu pandemii SARS-CoV-2, a największe spory budzi wart 750 mld euro Fundusz Odbudowy Next Generation EU, który Bruksela chce rozdzielić w formie grantów i bezzwrotnych pożyczek. Jak informował premier Mateusz Morawiecki, z łącznej puli do Polski w latach 2021–2027 może trafić w sumie aż 700 mld zł.

Najważniejsze kwestie, które pozostały do rozstrzygnięcia i które nie pozwoliły nam dojść do konsensusu na ostatnim szczycie, to przede wszystkim nowy Fundusz Odbudowy zapowiedziany w maju: jego alokacja, podział, czas trwania i wielkości grantów, które mogą być udzielane w ramach dotacji i pożyczek. Kolejną kwestią do dyskusji jest też polityka spójności, która w tej chwili jest najważniejsza. Pokazała to pandemia koronawirusa, bo inwestycje związane z jej zwalczaniem były finansowane właśnie z polityki spójności – mówi agencji Newseria Biznes Małgorzata Jarosińska-Jedynak, minister funduszy i polityki regionalnej.

Projekt nowego budżetu, który będzie przedmiotem obrad, został zaprezentowany w końcówce maja przez Ursulę von der Leyen. To w sumie 1,85 bln euro na doraźną pomoc w kryzysie i zapobiegnięcie recesji, wzmocnienie potencjału Europy w obszarze ochrony zdrowia, transformację cyfrową i realizację Zielonego Ładu. Na tę sumę składa się budżet na lata 2021–2027 w wysokości ok. 1,1, bln euro oraz dodatkowe 750 mld euro w ramach nowo powstającego Funduszu Odbudowy (instrument Next Generation EU), który ma wspomóc europejską gospodarkę w wychodzeniu z kryzysu wywołanego pandemią. Te środki na lata 2021–2024 Bruksela zamierza pozyskać na rynkach finansowych.

Polsce najbardziej zależy na zachowaniu tej elastyczności, którą udało się wypracować w trakcie pandemii. Mówimy też o zwiększonych poziomach dofinansowania. Zależy nam, żeby poziomy dofinansowania, które zostały obniżone po ostatnich propozycjach Komisji Europejskiej, teraz zostały zwiększone. To się udało, bo propozycja Charlesa Michela [przewodniczący Rady Europejskiej – red.] pokazuje, że możemy realizować projekty z wyższym poziomem dofinansowania. Ważna jest również kwestia tego, żeby jak największe środki w ramach Funduszu Odbudowy były przekazywane w formie dotacji, a jak najmniejszy był poziom pożyczek. Chodzi o to, żebyśmy jak najszybciej zrestartowali gospodarkę – mówi Małgorzata Jarosińska-Jedynak.

Projekt Funduszu Odbudowy po koronakryzysie, który ma dać europejskiej gospodarce impuls do ponownego wzrostu, budzi największe spory wśród państw członkowskich UE. Bruksela chce przekazać im 500 mld euro w ramach bezzwrotnych dotacji, a 250 mld euro – w formie pożyczek. O ile Polska i kraje Grupy Wyszehradzkiej są zadowolone z propozycji KE, o tyle kraje tzw. oszczędnej czwórki (Szwecja, Austria, Dania i Holandia) są przeciwne, aby 2/3 nowego instrumentu pomocowego było w postaci środków bezzwrotnych.

Trzymamy kciuki, żeby negocjacje zakończyły się sukcesem i żebyśmy mogli już podzielić środki na Fundusz Odbudowy i politykę spójności tak, aby nowa perspektywa ruszyła z jak najmniejszym opóźnieniem. Na to czekają beneficjenci tych środków, szczególnie przedsiębiorcy – mówi minister funduszy i polityki regionalnej.

Jak informował po poprzednim szczycie Rady Europejskiej premier Mateusz Morawiecki, w ramach nowego budżetu w latach 2021–2027 do Polski może trafić łącznie 160 mld euro, co przekłada się na około 700 mld zł (w tym z nowego Funduszu Odbudowy Next Generation EU łącznie 63,8 mld euro, w tym 37,7 mld euro bezzwrotnych grantów plus pożyczki).

– Obecne propozycje dedykowane Polsce są odpowiedzią na ambitne cele, które zostały nam postawione. Oceniamy je pozytywnie, ale mamy też kilka uwag, dotyczących chociażby podziału Funduszu Odbudowy na dotacje i granty oraz ich wykorzystania w odpowiednim czasie. 70 proc. tych dotacji powinno być wykorzystane do 2022 roku, a 30 proc. w roku następnym. Ta 1/3 jest uzależniona od wyliczenia nowych wskaźników, które biorą pod uwagę PKB z okresu 2020–2021. Komisja Europejska w swoich analizach pokazuje, że Polska będzie miała najmniejszy spadek PKB w stosunku do innych państw członkowskich, co może oznaczać, że otrzymamy też mniej środków. Dlatego mówimy, że nie można karać tych krajów, które poradziły sobie z walką z pandemią. Tutaj wciąż mamy duże pole do dyskusji – mówi Małgorzata Jarosińska-Jedynak.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/w-piatek-startuje-unijny,p182214338

Pandemia napędziła rekordową sprzedaż komputerów, zwłaszcza w segmencie laptopów. Boom na rynku jest jednak chwilowy [DEPESZA]

W wyniku restrykcji pandemicznych wzrosło zainteresowanie komputerami osobistymi. Masowe przechodzenie pracowników na model pracy zdalnej oraz postawienie na edukację domową wymusiło na wielu firmach oraz użytkownikach zakup nowego sprzętu. Z szacunków firmy analitycznej Gartner wynika, że w drugim kwartale 2020 roku sprzedano 64,8 mln komputerów, a motorem napędowym tego sektora gospodarki okazały się urządzenia mobilne.

Według analiz przeprowadzonych przez ekspertów z firmy Canalys w pierwszym kwartale 2020 roku w wyniku obostrzeń pandemicznych sprzedaż komputerów osobistych spadła o ok. 8 proc. względem analogicznego okresu w 2019 roku i był to najgorszy wynik od czasu 12-proc. spadku w pierwszym kwartale 2016 roku. W tym czasie sprzedano 53,7 mln urządzeń. Jednak wraz z przywróceniem łańcucha dostaw sytuacja w branży wróciła do normy.

– Nastąpiło krótkoterminowe ożywienie na światowym rynku komputerów osobistych, czego zasługą był przede wszystkim wyjątkowo silny wzrost w regionie EMEA – podkreśla Mikako Kitagawa, dyrektor ds. badań w firmie Gartner. – Po poważnym zakłóceniu łańcucha dostaw komputerów osobistych na początku 2020 roku z powodu pandemii SARS-CoV-2 część wzrostu w drugim kwartale była spowodowana ponownym zaopatrzeniem dystrybutorów i kanałów sprzedaży detalicznej na niemal normalnym poziomie.

Zgodnie z wyliczeniami Gartnera w drugim kwartale 2020 roku sprzedaż wzrosła o 2,8 proc. względem drugiego kwartału 2019 roku. Analizy ekspertów z Canalys są jeszcze bardziej optymistyczne i zakładają, że sprzedano w nim 73 mln, uzyskując 9-proc. wzrost w porównaniu do danych z roku ubiegłego. To największy wzrost sprzedaży komputerów osobistych w badaniach Canalys od trzeciego kwartału 2010 roku.

– Zanotowano szczególnie silny wzrost liczby komputerów przenośnych, co spowodowane było kilkoma czynnikami, w tym utrzymywaniem przez firmy pracy zdalnej, edukacją online i rosnącymi potrzebami konsumentów w zakresie rozrywki. Ta poprawa popytu na komputery przenośne nie będzie jednak kontynuowana po 2020 roku, ponieważ dostawy były głównie stymulowane krótkoterminowymi potrzebami biznesowymi ze względu na wpływ pandemii SARS-CoV-2 – prognozuje dyrektor ds. badań w firmie Gartner.

Z wyliczeń Canalys wynika, że w drugim kwartale 2020 roku zanotowano 24-proc. wzrost sprzedaży na rynku laptopów. Był on na tyle duży, że zrekompensował 26-proc. spadek sprzedaży komputerów stacjonarnych w tym samym okresie.

– Chociaż ograniczenia i restrykcje były już łagodzone w drugim kwartale 2020 roku, wiele firm nadal przygotowywało się na potencjalne ponowne pojawienie się wirusa, co spowodowało duże zapotrzebowanie na mobilne komputery PC jako środek ostrożności – tłumaczy Mikako Kitagawa.

Według Gartnera najlepiej w czasie kryzysu poradziły sobie firmy HP oraz Lenovo, które odpowiadają za sprzedaż blisko 50 proc. wszystkich komputerów w drugim kwartale 2020 roku. Największe procentowe wzrosty sprzedaży zanotowały zaś firmy Acer (23,6 proc.) oraz Asus (21,4 proc.).

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/pandemia-napedzila,p1239729129

Nadchodzi era odkryć w kosmosie. Nowe dyrektywy NASA zapewnią bezpieczeństwo biologiczne ciałom niebieskim i umożliwią dalszą eksplorację kosmosu [DEPESZA]

Ciała niebieskie, które mogły kiedyś mieć środowisko odpowiednie do życia, są szczególnie wrażliwe na skażenie mikrobiologiczne. Ochrona planetarna polega nie tylko na ochronie ciał Układu Słonecznego przed zanieczyszczeniem przez życie na Ziemi, ale też na ochronie Ziemi. Biuro Ochrony Planetarnej NASA promuje odpowiedzialną eksplorację Układu Słonecznego, dlatego niedawno ogłosiło dwie nowe dyrektywy dotyczące ochrony planet w przypadku misji na Księżyc i Marsa. – Te nowe wytyczne otworzą nową erę odkryć – przekonuje Jim Bridenstine, administrator NASA.

Ochrona planetarna polega na ochronie planet i ciał niebieskich Układu Słonecznego przed zanieczyszczeniem przez życie na Ziemi oraz z drugiej strony – na ochronie Ziemi przed możliwymi formami życia, które mogą zostać przeniesione przez statek kosmiczny z Układu Słonecznego. NASA promuje odpowiedzialną eksplorację kosmosu poprzez wdrażanie i rozwijanie programów, które chronią środowisko oraz umożliwiają dalszą eksplorację kosmosu.

Dlatego też NASA zaleca kontrolowanie organizmów i materiałów organicznych przenoszonych przez statki kosmiczne, aby zagwarantować integralność poszukiwań i badań życia pozaziemskiego. Chce też zapobiegać wstecznemu zanieczyszczeniu Ziemi przez życie pozaziemskie lub bioaktywne cząsteczki, aby zapobiec potencjalnie szkodliwym konsekwencjom dla ludzi i biosfery naszej planety. Niedawno NASA ogłosiła dwie nowe dyrektywy dotyczące ochrony planet w przypadku misji na Księżyc i Marsa.

– To ważne, aby przepisy NASA były zsynchronizowane z naszymi możliwościami i planami – podkreśla administrator NASA Jim Bridenstine. – Te dyrektywy umożliwią ludzką eksplorację Marsa, tworząc nowe możliwości dla inspirujących i innowacyjnych działań komercyjnych. Wierzę, że nauka i eksploracja ludzi to komplementarne przedsięwzięcia. Te nowe wytyczne otworzą nową erę odkryć.

Pierwsza z dyrektyw NASA zmienia klasyfikację planetarnej ochrony Księżyca. Misja na Księżyc należała dotychczas do kategorii 2, która wymagała udokumentowania wszelkich materiałów biologicznych na pokładzie statku kosmicznego. Zgodnie z nową dyrektywą większość naszego naturalnego satelity zostanie sklasyfikowana w kategorii 1, z wyjątkiem regionów polarnych – na północ od 86 stopni szerokości geograficznej północnej i na południe od 79 stopni szerokości geograficznej południowej – które pozostaną w kategorii 2. NASA tłumaczy zmianę faktem, że niektóre części Księżyca należy chronić naukowo bardziej niż inne przed biologicznym skażeniem.

– Podkreślamy ważny cel, jakim jest zrównoważona eksploracja Księżyca. Jednocześnie chcemy zagwarantować przyszłą eksplorację regionów stale zacienionych – wskazuje Thomas Zurbuchen, zastępca administratora w Naukowym Dyrektoriacie Misyjnym NASA. – Te miejsca mają ogromną wartość naukową w kształtowaniu naszego zrozumienia historii naszej planety, Księżyca i całego Układu Słonecznego.

NASA planuje lądowanie na Księżycu do 2024 roku dzięki programowi Artemis. Kosmonauci będą wykorzystywać innowacyjne technologie do eksploracji jego większej powierzchni. Wiedza znajdzie zaś zastosowanie w przyszłych misjach na Marsa i to właśnie misji na Czerwoną Planetę dotyczy druga z dyrektyw NASA.

Zgodnie z jej zapisem NASA opracuje oparte na ryzyku strategie wdrażania decyzji dotyczących misji na Marsa, które uwzględniają i równoważą potrzeby eksploracji kosmosu, nauki, działalności komercyjnej i bezpieczeństwa.

– Musimy ponownie zapoznać się z tymi zasadami, ponieważ nie możemy wysłać ludzi na Marsa, jeśli nie będą mogli mieć ze sobą żadnych substancji mikrobiologicznych –  mówi administrator NASA Jim Bridenstine. – To po prostu nie jest możliwe.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/nadchodzi-era-odkryc-w,p1754583025