Ceny ciepła rosną. Wytwórcy energii przeznaczają ogromne nakłady na proekologiczne inwestycje

W kolejnych miesiącach czekają nas podwyżki cen ciepła. Nowe taryfy przedsiębiorstw energetycznych w lipcu zatwierdził prezes Urzędu Regulacji Energetyki. – Przy kształtowaniu cen ciepła nie ma dowolności, bo wszystko jest regulowane rozporządzeniem, a wzrosty cen to przede wszystkim efekt kilkukrotnego wzrostu cen emisji CO2 i węgla – podkreślają przedstawiciele PGE Energia Ciepła. Tylko cena uprawnień do emisji dwutlenku węgla od 2017 roku wzrosła z ok. 5 do 25 euro za tonę, a w ostatnich tygodniach zbliża się do 30. To wymusza na przedsiębiorstwach energetycznych nowe, proekologiczne inwestycje. Strategia PGE EC zakłada stopniowe przestawianie ciepłownictwa na tańszy i bardziej ekologiczny gaz.

– Polityka klimatyczna i energetyczna Unii Europejskiej wymaga działań, które są kosztotwórcze. Należy się więc spodziewać, że ceny energii i ciepła będą rosły, ale dzięki temu będziemy oddychać czystszym powietrzem – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Przemysław Kołodziejak, p.o. prezesa zarządu PGE Energia Ciepła SA.

Ceny ciepła są pochodną wielu czynników, m.in. sytuacji rynkowej, regulacji prawnych, wzrostu kosztów wytwarzania i prowadzonych inwestycji. W ostatnich latach największy wpływ miały na nie koszty paliwa i uprawnień do emisji CO2. Wzrost ceny zakupu węgla w latach 2017–2019 wyniósł prawie 20 proc., natomiast cena uprawnień CO2 w tym czasie wzrosła pięciokrotnie, z 5 do 25 euro za tonę.

– W porównaniu z poprzednimi latami, gdy na początku całość potrzebnych uprawnień do emisji przedsiębiorstwa dostawały nieodpłatnie, w ostatnich latach liczba bezpłatnych uprawnień była ograniczana. W strukturze kosztów wzrost kosztów zakupu uprawnień do emisji CO2 jest istotny, co rzutuje na cenę ciepła – mówi Przemysław Kołodziejak.

W przypadku PGE Energia Ciepła średni wzrost cen ciepła wytwarzanego np. w rzeszowskiej elektrociepłowni na przestrzeni lat 2018–2019 wyniósł poniżej 1 proc., podczas gdy sama tylko inflacja w tym okresie wyniosła około 3,6 proc. Taryfa zatwierdzona w połowie lipca przez prezesa URE będzie oznaczała kilkunastoprocentowy wzrost cen.

 Skala podwyżek w ostatnio zatwierdzonej taryfie jest istotnie większa. Jednak zawiera ona wyrównanie wcześniej poniesionych kosztów na zakup uprawnień do emisji CO2, które nie były uwzględnione w poprzednich taryfach – mówi p.o. prezesa zarządu PGE Energia Ciepła SA.

W kształtowaniu cen ciepła nie ma dowolności, a każde przedsiębiorstwo energetyczne, czyli wytwórca i sprzedawca ciepła, kalkuluje swoją taryfę zgodnie z przepisami Prawa energetycznego i rozporządzenia taryfowego Ministra Klimatu (ostatnia wersja z 7 kwietnia br.). To rozporządzenie dokładnie określa, jakie koszty może ono uwzględniać przy kalkulowaniu stawek za ciepło. Sporządzona przez przedsiębiorstwo energetyczne taryfa musi jeszcze zostać zatwierdzona przez prezesa URE. Ma on ustawowy obowiązek równoważenia interesów przedsiębiorstw energetycznych z interesami odbiorców ciepła.

– Te skalkulowane ceny muszą pokryć koszty, jakie ponosi przedsiębiorstwo – podkreśla Przemysław Kołodziejak. – Tam, gdzie nasze przedsiębiorstwo ma swoje elektrociepłownie, stosuje tzw. metodę cen referencyjnych. Bazą dla kalkulacji nowych stawek za ciepło są ceny referencyjne, które co roku publikuje Prezes URE. Ostatni wzrost naszych cen za ciepło także wynika ze wzrostu tych stawek.

Zmiany cen referencyjnych na ciepło ogłoszone zostały przez Prezesa URE komunikatem z dnia 30 marca br. Wzrosły one dla wszystkich paliw, w szczególności dla węgla (o 11,4 proc.) i dla gazu (o 13, proc.).

– Jesteśmy w Unii Europejskiej od lat i musimy dostosowywać się do polityki klimatyczno-energetycznej. Jeżeli chcemy oddychać powietrzem bez smogu, to musimy podejmować pewne inwestycje. To jest kolejny czynnik kosztotwórczy w kształtowaniu cen ciepła. Wszystkie nasze źródła musimy dostosować do tzw. konkluzji BAT, czyli bardzo zaostrzonych norm emisji podstawowych zanieczyszczeń: pyłu, dwutlenku siarki i tlenków azotu – wskazuje ekspert.

Przyjęte w 2017 roku przez Komisję Europejską konkluzje BAT mają ograniczyć niekorzystny wpływ przemysłu na środowisko. Dotyczą dużych obiektów spalania energetycznego o mocy równej lub większej 50 MWt, wprowadzając nowe i o wiele bardziej restrykcyjne przepisy związane z działalnością elektrociepłowni i elektrowni oraz rygorystyczne normy emisji zanieczyszczeń dla takich obiektów. Dostosowanie się do norm środowiskowych BREF/BAT to w tej chwili jedno z głównych wyzwań dla branży energetycznej, która ma na to czas do połowy 2021 roku. Wymaga jednak od przedsiębiorstw dużych nakładów na inwestycje.

Jak podkreśla Przemysław Kołodziejak, zaniechanie modernizacji i remontów w długiej perspektywie doprowadziłoby tylko do jeszcze większego wzrostu kosztów pozyskiwania ciepła i wzrostu cen.

Należąca do PGE elektrociepłownia w Rzeszowie jest w trakcie przygotowań do budowy nowej jednostki wytwórczej – kotłowni gazowej złożonej z sześciu kotłów o łącznej mocy 186 MWt. Będzie to nowoczesna jednostka wytwórcza spełniająca wymagania BAT, która do końca 2023 roku zastąpi dotychczasowe kotły wodne rusztowe WR25 i kotły wodne pyłowe WP120 opalane paliwem węglowym.

– Oprócz tego, dążąc do wyznaczonego przez Komisję Europejską celu neutralności klimatycznej, mamy w strategii zmianę miksu paliwowego w kierunku niskoemisyjności. Takim paliwem niskoemisyjnym jest np. gaz ziemny. Dlatego wiele naszych inwestycji dotyczy przepaliwowania istniejących obiektów tak, aby móc je zasilać bardziej ekologicznym i czystszym paliwem, jakim jest właśnie gaz. Przy jego spalaniu nie ma np. pyłów czy dwutlenku siarki – tłumaczy p.o. prezesa zarządu PGE Energia Ciepła SA.

PGE Energia Ciepła do końca roku 2023 planuje całkowite wycofanie kotłów węglowych i zastąpienie ich kotłami gazowymi. Strategia spółki zakłada stopniowe przestawianie ciepłownictwa na gaz i w tym kierunku są prowadzone nowo rozpoczęte inwestycje m.in. w Bydgoszczy i Siechnicach.

– Mamy opracowany cały portfel inwestycji. Ta najważniejsza, w której jesteśmy w trakcie przetargu, to budowa bloku gazowo-parowego w Siechnicach pod Wrocławiem. Toczy się również postępowanie na budowę układu gazowego w Bydgoszczy. Mamy przygotowane przetargi na mniejsze układy w Kielcach i Zgierzu. Oprócz tego praktycznie we wszystkich lokalizacjach budujemy kotłownie szczytowe. Przykładowo w Rzeszowie za kilka lat nie będzie już spalany węgiel, a ciepło w okresie szczytowym będzie pozyskiwane w kotłach gazowych i olejowo-gazowych. Wszystkie te inwestycje są rzędu ponad 100 mln zł na każdą lokalizację – mówi Przemysław Kołodziejak.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/ceny-ciepla-rosna,p230605130

W czasie pandemii 60 proc. Polaków zaangażowało się w akcje charytatywne. Dostarczali m.in. sprzęt do nauki zdalnej

Pandemia SARS-CoV-2 skłoniła blisko 60 proc. Polaków do zaangażowania się w dobroczynność i akcje pomocowe na rzecz potrzebujących – wynika z badania Orange Polska. Masowo włączali się m.in. w akcje szycia maseczek dla szpitali, przygotowywanie posiłków dla seniorów i wspieranie dzieci w trakcie zdalnej nauki. To istotne o tyle, że edukacja online uwypukliła problem wykluczenia cyfrowego wśród dzieci i młodzieży, którym naukę utrudniał brak internetu lub komputera. Część braków sprzętowych nadrobili wolontariusze, informatycy i osoby związane z branżą IT.

– COVID-19 wywołał zryw solidarnościowy. Znacząco wzrosła liczba Polaków angażujących się w akcje dobroczynne, pojawiła się potrzeba pomocy osobom, które są nam bliskie bądź mogą znajdować się w trudnej sytuacji życiowej. Widać to szczególnie na poziomie lokalnym – samorządowcy podawali przykłady, gdzie z dnia na dzień całe grupy angażowały się w pomoc wolontaryjną, szycie maseczek, rozwożenie posiłków czy dostarczanie zakupów osobom starszym albo nawet w zaawansowane formy pomocy, np. w domach pomocy społecznej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr hab. Adam Bodnar, rzecznik praw obywatelskich.

Jak wynika z badania Orange Polska, ponad połowa Polaków (56 proc.) pod wpływem doświadczeń ostatnich miesięcy uświadomiła sobie, że wzajemne wsparcie pozwala łatwiej radzić sobie w trudnych czasach. Za tymi deklaracjami poszły czyny. Blisko 60 proc. mieszkańców naszego kraju w trakcie pandemii SARS-CoV-2 zaangażowało się w pomoc osobom potrzebującym wsparcia. Najczęściej przekazywaliśmy środki materialne i finansowe, ale 41 proc. osób aktywnie włączyło się w akcje pomocowe.

Jednym z obszarów, gdzie wsparcie było wyjątkowo potrzebne, okazała się edukacja. Wiele osób zaangażowało się w pomoc dzieciom, wspierając je w odrabianiu lekcji i udzielając korepetycji online.

– W okresie pandemii dzieci musiały się zmierzyć z potężnym problemem, jakim było przejście na zdalną edukację. W zasadzie odbyło się to z dnia na dzień. Ministerstwo Edukacji Narodowej zarządziło, że dzieci nie będą chodziły do szkoły i od tego momentu nauczyciele i uczniowie musieli się przystosować do nowych warunków – mówi dr hab. Adam Bodnar.

Z edukacją zdalną lepiej poradzili sobie nauczyciele, którzy byli przygotowani od strony technologicznej i już wcześniej wykorzystywali cyfrowe narzędzia w swojej pracy. Inni ograniczyli się wyłącznie do wysyłania lekcji i zadań, które należy wykonać w domu. Z kolei po stronie uczniów i rodziców problemem okazały się chociażby dostęp do szybkiego internetu i niewystarczająca liczba sprzętu.

– Nie wszystkie dzieci miały komputery, a czasem – nawet jeżeli sprzęt był w domu – to tylko dla jednego dziecka, a nie dwójki czy trójki – mówi rzecznik praw obywatelskich. – W zależności od szkoły, regionu Polski, a także od zamożności rodziców ta edukacja zdalna wyglądała w różny sposób.

Część braków sprzętowych nadrobili wolontariusze, informatycy i osoby związane z branżą IT, które zawiązały w sieci akcję społeczną.

– Akcja rozpoczęła się na początku pandemii od przekazania jednego ze zbędnych komputerów, który był u nas w serwisie. Naprawiliśmy go i przekazaliśmy osobie potrzebującej. Później odezwała się pani dyrektor z zaprzyjaźnionej szkoły z informacją, że też potrzebuje komputerów do edukacji. Wrzuciłem post do mediów społecznościowych, a on odbił się dość szerokim echem. Mieszkańcy Zamościa i okolic zaczęli dostarczać niezbędny sprzęt. Dołączyły firmy, kolejne szkoły i kolejne rodziny i w efekcie powstała szeroko zakrojona akcja – wyjaśnia Ireneusz Dybziński, inicjator akcji i właściciel serwisu komputerowego w Zamościu.

Do tej pory w ramach inicjatywy, którą rozpoczął, do uczniów trafiło już prawie 800 komputerów. Wśród darczyńców były zarówno osoby prywatne z Polski i zagranicy, jak i firmy.

– Jedna z firm przekazała nam 60 kompletów komputerowych, inna dostarczyła kolejnych 50, a ostatnio przyjechała cała paleta ponad 30 sztuk sprzętu komputerowego z Gdyni – wylicza.

Jak podkreśla, co prawda edukacja zdalna już się zakończyła, a od września uczniowie mają wrócić do szkół, ale akcja cały czas trwa, bo zapotrzebowanie okazało się znaczące. Tylko w rejonie Zamościa znalazło się kilkaset potrzebujących rodzin, którym sprzęt komputerowy jest niezbędny do pracy i nauki.

– W naszym rejonie ok. 500 osób miało sprzęt wypożyczony ze szkół, gmin czy ośrodków pomocy społecznej, tzw. MOPS-ów. Na koniec roku trzeba było go zwrócić, a nie chcemy zostawiać dzieci bez sprzętu komputerowego. Podejrzewam, że potrzeby są dużo większe i takich rodzin jest znacznie więcej – mówi Ireneusz Dybziński. – Dotychczas 99 proc. obdarowanych rodzin nie wierzyło, że to jest sprzęt przekazany za darmo. Większość myślała, że to wypożyczenie z opcją wykupu w późniejszym okresie albo trzeba go zwrócić.

– Fascynujące, że te braki sprzętowe po stronie dzieci były choć w części wyrównywane poprzez pracę społeczną, że pojawili się informatycy, którzy byli w stanie przygotowywać sprzęt i dystrybuować go do biedniejszych rodzin. To zrozumienie, że można swoje kompetencje zawodowe wykorzystywać na rzecz społeczeństwa, jest czymś, co buduje wspólnotę, i miejmy nadzieję, że już z nami zostanie – dodaje rzecznik praw obywatelskich.

Jak ocenia, cała ta sytuacja uwypukliła problem, jakim jest wykluczenie cyfrowe wśród dzieci i młodzieży.

– Mamy w Polsce kilka rodzajów wykluczenia edukacyjnego. Są regiony, gdzie dojazd do szkoły, szczególnie na terenach mniej zaludnionych, jest mocno utrudniony i dotyczy to szczególnie licealistów. Teraz okazało się, że są też czarne punkty na internetowej mapie Polski, gdzie nie ma dostępu do sieci, a nawet jeśli jest, to nie szerokopasmowy, pozwalający na regularne, porządne prowadzenie zajęć. Okazało się także, że sporo dzieci nie ma komputerów dostosowanych do potrzeb komunikacji zdalnej. To utrudniło edukację i niestety ucierpiały zwłaszcza dzieci z mniejszych miejscowości. Dopiero teraz będziemy w stanie zbadać skalę tego wykluczenia cyfrowego i jak przełożyło się ono na jakość edukacji i realizację podstawy programowej – wskazuje dr hab. Adam Bodnar.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/w-czasie-pandemii-60-proc,p1562769427

Premiera prototypu polskiego samochodu elektrycznego jeszcze w lipcu. Dla Polski to szansa na powrót na rynek motoryzacyjny

Pod koniec lipca zostanie zaprezentowany prototyp pierwszego polskiego samochodu elektrycznego. Auto ma mieć zasięg minimum 300 km, a nad jego designem pracowało włoskie studio znane z projektów m.in. dla BMW i Ferrari. Debiut rynkowy modelu będzie oznaczał powrót Polski na rynki motoryzacyjne, z których zniknęła wraz z końcem produkcji Poloneza – niemal dwie dekady temu.

– Pod koniec lipca powinniśmy zobaczyć trzy prototypy polskiego samochodu elektrycznego. Będą to hatchback, SUV i sedan. O cenie tego auta dzisiaj jeszcze nie możemy mówić, ale jego zasięg na pewno będzie przyzwoity, na poziomie europejskim, czyli minimum 300 km. Mam nadzieję, że Polska powróci na rynki motoryzacyjne – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Michał Baranowski, członek zarządu Polskiego Stowarzyszenia Elektromobilności.

Premiera pierwszego polskiego osobowego samochodu elektrycznego zapowiadana jest na 28 lipca na godzinę 14. Będzie w niej można uczestniczyć również online – za pośrednictwem strony internetowej producenta, czyli spółki ElectroMobility Poland. Jak na razie opublikowane zostały tylko szkice koncepcyjne auta.

– Jeśli spojrzymy na ten samochód już dzisiaj, chociaż jest mocno pozakrywany, a w całej krasie będzie go można zobaczyć raptem za kilka dni, to nie będziemy się mieli czego wstydzić, zarówno na polskim, jak i zagranicznym rynku, jeśli chodzi o design, wykonanie i o to, jak został zrobiony i do kogo jest kierowany – wskazuje Michał Baranowski.

Prace nad samochodem trwały od 2016 roku. Spółka będąca producentem auta powstała z inicjatywy PGE Polskiej Grupy Energetycznej, Energi, Enei oraz Tauronu Polskiej Energii. Za projekt wizualny odpowiadała pracownia Torino Design, która wcześniej współpracowała z takimi markami jak BMW czy Ferrari.

– Elektromobilność daje trochę forów przy konstrukcji takiego samochodu w porównaniu z autem spalinowym, bo nie ma w nim wielu elementów potrzebnych w tym drugim i możemy tę przestrzeń zagospodarować znacznie lepiej dla użytkownika. Małe auto elektryczne jest bardziej pojemne niż średnie auto spalinowe – zaznacza członek zarządu Polskiego Stowarzyszenia Elektromobilności.

Ostatnim polskim samochodem osobowym, jaki był produkowany seryjnie, był Polonez, który po raz ostatni zjechał z taśmy produkcyjnej fabryki na warszawskim Żeraniu wiosną 2002 roku. Tymczasem elektromobilność daje Polsce szansę nie tylko na powrót na rynek samochodów osobowych, lecz także na to, by powalczyć o przychody na rynku części zamiennych.

– Polska jest bardzo znaczącym producentem części zamiennych do samochodów spalinowych, a teraz także elektrycznych. Powstaje wiele zakładów, które budują podzespoły, są też zakłady, które budują autobusy elektryczne eksportowane na całą Europę. Jednak projekt polskiego samochodu elektrycznego daje nam jeszcze niezwykłą szansę, żebyśmy byli też konstruktorami w motoryzacji, a nie tylko fabrykami części zamiennych. To jest bardzo istotne, żebyśmy mogli rozwijać nasze własne pomysły, żeby polskie uczelnie, polscy wynalazcy mogli wreszcie komercjalizować swoją pracę – wskazuje Michał Baranowski.

Według analityków Allied Market Research, światowy rynek aut elektrycznych, który był w 2019 roku wyceniany na ponad 162 mld dol., do 2027 roku osiągnie wycenę sięgającą niemal 803 mld dol.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/premiera-prototypu,p1502915070

Technologie zmieniają dotychczasowy model pracy. Urządzenia łączące dotykowe monitory z mikrofonem i kamerą ułatwiają zdalną komunikację [DEPESZA]

W obliczu pandemii koronawirusa firmy opracowują nowe zasady dotyczące pracy zdalnej. Kilku gigantów technologicznych już zaczęło ogłaszać swoje plany dotyczące trwałego przyjęcia polityki pracy z domu. Twitter zapowiedział, że jego pracownicy mogą pracować zdalnie w nieskończoność. Facebook zaś ogłosił, że do 2030 roku połowa zatrudnionych będzie pra​cować w ten sposób. To zaś oznacza konieczność wprowadzenia rozwiązań technologicznych, które ułatwią taką pracę. Nowa aplikacja Zoom for Home łączy kamery i mikrofony z interaktywnym monitorem i ułatwia zdalną komunikację.

– Po tym, jak sami doświadczyliśmy pracy zdalnej przez ostatnich kilka miesięcy, stało się jasne, że musimy wprowadzić innowacje w nowej kategorii przeznaczonej właśnie dla pracowników zdalnych – wskazuje Eric S. Yuan, dyrektor generalny Zoom Video Communications.

Niedawno firma ogłosiła, że wkrótce na rynek trafi Zoom for Home, nowa kategoria oprogramowania i urządzeń sprzętowych do obsługi pracy zdalnej. Umożliwi każdemu użytkownikowi wdrożenie dedykowanego osobistego urządzenia na potrzeby spotkań wideo, rozmów telefonicznych i interaktywnych tablic. Łączy oprogramowanie Zoom z kompatybilnym sprzętem, aby ulepszyć domowe biuro.

– Trzy miesiące temu chodziło o upewnienie się, że pracownicy mają zapewnione ergonomiczne miejsca pracy – mówi Rich Costello, starszy analityk ds. badań w IDC. – Teraz przeszliśmy do etapu upewniania się, że mają oni odpowiednie urządzenia zapewniające im produktywność. Nowa kategoria Zoom for Home to skuteczny sposób na dotarcie do odbiorców pracujących w domu, którzy potrzebują narzędzi pomagających w zaangażowaniu, nawiązywaniu kontaktów i współpracy.

Pierwszym urządzeniem Zoom for Home jest DTEN ME. Za jego pośrednictwem użytkownicy mogą  odbywać spotkania wideo za jednym dotknięciem. 27-calowe urządzenie zawiera trzy wbudowane inteligentne kamery wideo, układ ośmiu mikrofonów i bardzo czuły wyświetlacz dotykowy, który może również służyć jako drugi monitor. DTEN ME jest już dostępne w przedsprzedaży, a w USA do regularnej sprzedaży ma trafić w sierpniu 2020 roku.

Takie urządzenia są koniecznością, zwłaszcza że coraz więcej osób pracuje zdalnie, a duże korporacje nie przewidują powrotu do takiej pracy jak przed pandemią. Z badania IBM wynika, że 81 proc. osób chce kontynuować pracę zdalną przynajmniej przez pewien czas. Ponad 60 proc. chciałoby, aby stało się to ich podstawowym sposobem pracy.

– Obecnie pracodawcy i pracownicy cały czas pracują nad tym, w jaki sposób będzie wyglądać przyszłość pracy. Ważne, aby ludzie czuli się przygotowani – podkreśla Rich Costello.

Według ostatnich badań przeprowadzonych przez Morning Consult prawie połowa osób, które pracują z domu, uważa, że ​​spotkania wirtualne są co najmniej tak samo skuteczne jak te osobiste.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/technologie-zmieniaja,p1647105733

W dużych miastach popyt na nieruchomości wciąż wysoki. Na rynku brakuje 2 mln mieszkań [DEPESZA]

Wyniki sprzedażowe deweloperów notowanych na giełdzie za I półrocze nie napawają optymizmem. Z analizy raportów spółek przeprowadzonej przez RynekPierwotny.pl wynika, że sprzedaż była średnio o 15 proc. mniejsza, choć w marcu prognozowano spadek nawet o połowę. Nie wszyscy deweloperzy odnotowali załamanie. Budimex Nieruchomości w I półroczu podpisał o ponad 11 proc. więcej umów przedsprzedaży niż przed rokiem. Sprzedaż jest napędzana przez wysoki popyt w największych polskich miastach.

– W II kwartale zauważyliśmy negatywny wpływ pandemii na zainteresowanie mieszkaniami, co jednak nie zmienia faktu, że I półrocze przyniosło nam wzrost sprzedaży o ponad 11 proc. – mówi Damian Kapitan, prezes zarządu Budimex Nieruchomości. – Ten wynik jest efektem utrzymującego się popytu na mieszkania w największych miastach Polski. Potwierdza tym samym, że zapotrzebowanie to wynika w dużej mierze ze strukturalnego braku mieszkań, który jest szacowany na ok. 2 mln lokali.

Z danych JLL wynika, że pierwszy kwartał był jeszcze dla deweloperów w branży mieszkaniowej bardzo dobrym okresem pod względem sprzedażowym. Na sześciu największych rynkach w Polsce sprzedali o 7 proc. nieruchomości więcej niż w I kwartale 2019 roku i o 14 proc. więcej niż w IV kwartale 2019 roku. Był to wynik niewiele gorszy od rekordowego IV kwartału 2017 roku, kiedy sprzedaż wspierał rządowy program Mieszkanie dla Młodych.

Danych za II kwartał br. jeszcze nie ma, ale deweloperzy zauważyli zmniejszony popyt ze strony klientów, niektórzy znacząco. Zestawienie przygotowane przez analityków serwisu RynekPierwotny.pl wskazuje na załamanie statystyk sprzedażowych wśród spółek deweloperskich notowanych na GPW. W niektórych przypadkach spadki przekraczały nawet 60 proc. Eksperci wskazują jednak, że wyniki półroczne – za sprawą dobrego pierwszego kwartału – nie wyglądają już tak źle, bo średni spadek wynosi ok. 15 proc. r/r, co wydaje się stratą do nadrobienia w kolejnych miesiącach.

– Budimex Nieruchomości konsekwentnie realizuje plan sprzedaży założony na rok 2020. Dane dotyczące dynamiki sprzedaży pozwalają nam optymistycznie patrzeć na spodziewany wynik końcowy – podkreśla Damian Kapitan.

Budimex w I połowie roku podpisał 816 umów przedsprzedaży, podczas gdy w analogicznym okresie roku 2019 było ich 731. Taki wynik firma osiągnęła mimo kwietniowego spadku zainteresowania klientów nowymi mieszkaniami o blisko 50 proc.

–  Obecnie w ofercie mamy 1450 mieszkań w inwestycjach w pięciu miastach Polski: Warszawie, Krakowie, Poznaniu, Gdańsku i Wrocławiu. Jednocześnie planujemy kolejne osiedla. W II połowie roku do sprzedaży wprowadzimy nowe projekty, a liczba dostępnych mieszkań zwiększy się do ponad 2,5 tys. – zapowiada prezes zarządu Budimex Nieruchomości.

Jak podkreślają przedstawiciele spółki, popyt na mieszkania stopniowo się odbudowuje. Mogą o tym świadczyć również dane o zainteresowaniu kredytami mieszkaniowymi. Biuro Informacji Kredytowej wskazuje, że w czerwcu wnioskowało o nie 36,1 tys. klientów, czyli o 2,6 proc. więcej niż rok temu. W porównaniu do kwietnia i maja liczba wnioskujących wzrosła odpowiednio o 29,9 i 25,9 proc.

Dane serwisu Gratka.pl wskazują na rosnące zainteresowanie większymi powierzchniami lokali. W marcu najczęściej poszukiwaną minimalną wielkością mieszkania na rynku pierwotnym było 40 mkw., podczas gdy w kwietniu – 55 mkw.

– Obecnie klienci jeszcze chętniej pytają o dobrze zaprojektowane, rodzinne mieszkania z dużymi balkonami i tarasami. Takie lokale zawsze cieszyły się zainteresowaniem kupujących, niemniej teraz popyt na nie jest większy – są rezerwowane jako pierwsze – podkreśla Ewa Perkowska, dyrektor pionu handlowego Budimex Nieruchomości. – Dziś jeszcze więcej uwagi poświęcamy rozkładom poszczególnych mieszkań.

Klienci, którzy planują zakup nieruchomości, nie muszą martwić się o ograniczoną ofertę na rynku. Wprawdzie – jak wskazuje raport JLL – w I kwartale wprowadzono do sprzedaży 13 tys. nowych mieszkań, czyli o 23 proc. mniej niż przed rokiem, przez co znacząco zmniejszyła się dostępna na rynku oferta, jednak dane GUS za kolejne miesiące pokazują już odbicie. Ze wstępnego raportu urzędu za okres styczeń – maj br. wynika, że liczba mieszkań oddanych do użytkowania jest tylko o 0,3 proc. niższa niż przed rokiem. Z kolei w samym maju wzrosła ona o 10 proc. (i o ponad 20 proc. m/m).

Nieco niższa pozostaje liczba mieszkań, na których budowę wydano pozwolenia lub dokonano zgłoszenia w pierwszych pięciu miesiącach roku albo których budowę rozpoczęto w tym okresie. Jednak dane za maj pokazują wyraźną dynamikę wzrostu w porównaniu do kwietnia br.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/w-duzych-miastach-popyt,p2141127746

Przewoźnicy autokarowi w głębokim kryzysie. Połowie firm w branży grozi upadłość, a bez pracy może zostać nawet 8 tys. osób

Około 3 tys. firm przewozowych zostało szczególnie dotkniętych kryzysem z powodu pandemii koronawirusa i zastoju w turystyce, w tym co najmniej tysiąc przedsiębiorstw jest w bardzo złej kondycji finansowej – mówi Rafał Jańczuk z Polskiego Stowarzyszenia Przewoźników Autokarowych. Sytuacja jest tym poważniejsza, że branża spodziewa się odmrożenia najwcześniej w kwietniu 2021 roku. Dziś firmy przewozowe nie są w stanie na siebie zarobić, a pomoc ze strony państwa się kończy. Wprawdzie banki odmrażają finansowanie, ale bez dodatkowego wsparcia rządowego branża nie da sobie rady.

Wnioskujemy o pomoc finansową, które pozwoli nam uratować miejsca pracy, czyli kontynuację dopłat do wynagrodzeń oraz zwolnienie z opłacania składek ZUS. Kolejna prośba to subwencja do autokarów, które nie są użytkowane, a generują koszty – precyzuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Rafał Jańczuk, prezes Polskiego Stowarzyszenia Przewoźników Autokarowych i firmy Raf Trans. – Chcielibyśmy otrzymać podobne wsparcie jak firmy niemieckie. Tamtejszy rząd przeznaczył na ratowanie firm autokarowych 170 mln euro, a my postulujemy o 25 proc. tej kwoty.

Branża autokarowa przetrwała pierwsze miesiące kryzysu dzięki wsparciu z tarcz antykryzysowych, m.in. z Polskiego Funduszu Rozwoju, oraz kredytom udzielonym już wcześniej przez banki. Uzyskanie kolejnego finansowania zewnętrznego było utrudnione, bo jeszcze do niedawna kredytodawcy odmawiali finansowania branży autokarowej.

 Sytuacja powoli się zmienia i banki zaczynają udzielać kredytów, ale w dalszym ciągu brakuje zleceń. Obawiam się, że w sierpniu i wrześniu firmy nie będą miały z czego regulować swoich zobowiązań. Szukamy rozwiązań i instrumentów. Rozmawiamy z Bankiem Gospodarstwa Krajowego oraz z Agencją Rozwoju Przemysłu. Te dwie instytucje próbują z nami współpracować, ułatwić nam dostęp do tych środków finansowych, które mogą nas uratować – informuje ekspert. – Firmy leasingowe też zdają sobie sprawę z kłopotu, obecnie przekładają nam spłatę rat, ale okres karencji już się kończy – niektórym w sierpniu, innym w październiku.

Jak podkreśla, trwają rozmowy z wicepremier i minister rozwoju Jadwigą Emilewicz, jednak w podobnym kryzysie jest cała branża turystyczna. Zgodnie z ostatnimi zapowiedziami firmy z tego sektora będą mogły liczyć na zwolnienie ze składek ZUS przez kolejne trzy miesiące.

Boję się, że jeżeli zostaniemy porzuceni, to 50 proc. firm będzie musiało ogłosić upadłość – mówi Rafał Jańczuk. – Szacujemy, że 3 tys. firm zostało dotkniętych kryzysem, a na pewno tysiąc jest w bardzo złej kondycji. Około 8 tys. pracowników jest zagrożonych.

W obecnej sytuacji, z uwagi na załamanie rynku turystycznego, firmy autokarowe nie mają możliwości zarabiania. Jak ocenia prezes Polskiego Stowarzyszenia Przewoźników Autokarowych, w poszczególnych firmach jeżdżą zwykle pojedyncze autobusy.

Dziś linie odmroziły się w 30 proc. i to są przewozy regularne, a turystyka praktycznie w 1–2 proc. To nie są tylko dane z Polski, ale i z całej Europy, a nawet świata, bo rozmawiamy z przewoźnikami z różnych krajów. Turystyki nie ma i w tym roku nie będzie – podkreśla Rafał Jańczuk. – Trwają rozmowy o przyszłym roku. Liczymy, że przyszły rok pozwoli nam pracować na 40 proc. poziomu z 2019 roku. To satysfakcjonuje firmy, bo wtedy już damy radę przeżyć.

Trudno jednak mówić o powrocie do sytuacji sprzed pandemii, kiedy polskie firmy autokarowe były liderem w przewozach w Europie.

Obsługiwaliśmy wszystkie największe firmy turystyczne, które organizowały spotkania w Europie. Jako branża byliśmy wizytówką Polski – najwyższa jakość i najlepszy serwis. Do tej pory przedsiębiorcy radzili sobie znakomicie i nie potrzebowali pomocy, ale trzeba zaznaczyć, że zakup autokaru to wydatek na poziomie 1,3 mln zł netto. Obecnie te pojazdy praktycznie nie mają wartości, firmy autobusowe nie mają zleceń, nie osiągają przychodów, a muszą pokryć stałe koszty działalności, które są bardzo wysokie. Znaleźliśmy się pod ścianą – zaznacza prezes firmy Raf Trans.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/przewoznicy-autokarowi-w,p1759683762

Wkrótce pierwsze specyfikacje techniczne sieci 5G. Szybsze wdrożenie może mieć kluczowe znaczenie dla walki z gospodarczymi skutkami koronawirusa [DEPESZA]

5G Future Forum wkrótce opublikuje pierwsze specyfikacje techniczne dotyczące sieci 5G. Tym samym wdrożenie sieci przyszłości może znacznie przyspieszyć. Obecnie, jak wynika z raportu GSMA, już 46 operatorów na 24 rynkach uruchomiło komercyjnie dostępne sieci 5G. – Szybkość i pojemność 5G, w połączeniu z natychmiastowym wielodostępowym przetwarzaniem brzegowym, mogą pomóc gospodarkom odzyskać siły po pandemii koronawirusa – przekonuje Johan Wibergh, dyrektor ds. technologii w Vodafone Group.

– 5G to kluczowy czynnik umożliwiający następną rewolucję przemysłową, w której technologia powinna zmienić sposób, w jaki żyjemy i pracujemy, dzięki zastosowaniom obejmującym uczenie maszynowe, autonomiczne urządzenia przemysłowe, inteligentne samochody i miasta, internet rzeczy (IoT) oraz rozszerzoną i wirtualną rzeczywistość. Wydanie pierwszych specyfikacji jest ważnym krokiem, który ma pomóc firmom na całym świecie w tworzeniu globalnych rozwiązań dla ich klientów – twierdzi Rima Qureshi, dyrektor ds. strategii w Verizon.

Sieć 5G ma zrewolucjonizować dostęp do internetu, przyspieszyć rozwój internetu rzeczy oraz inteligentnych miast. W porównaniu z dzisiejszymi 4G i 4,5G (zaawansowane LTE) oznacza ona znacznie mniejsze opóźnienie w przesyłaniu danych – z  200 milisekund dla 4G do 1 milisekundy w 5G. Dla porównania średni czas reakcji człowieka na bodziec wzrokowy wynosi 250 ms. Tym samym sieć 5G umożliwi np. wprowadzenie na szeroką skalę autonomicznych, komunikujących się ze sobą samochodów. Może być też rewolucją w świecie inteligentnych urządzeń.

Już w sierpniu 5G Future Forum, grupa światowych liderów 5G, opublikuje swoje pierwsze specyfikacje techniczne, co przyspieszy globalne wprowadzenie rozwiązań z obsługą Multi-Access Edge Computing (MEC). Umożliwi to globalną interoperacyjność w zakresie wdrażania 5G i MEC, aby zapewnić wydajne i innowacyjne usługi klientom końcowym. Dzięki specyfikacjom technicznym wprowadzenie sieci 5G może przyspieszyć, to zaś może mieć kluczowe znaczenie dla światowych gospodarek, które walczą ze skutkami kryzysu wywołanego przez pandemię SARS-CoV-2.

– Szybkość i pojemność 5G, w połączeniu z natychmiastowym wielodostępowym przetwarzaniem brzegowym (MEC), mogą zapewnić gospodarkom wzrost produktywności potrzebny do odzyskania sił po pandemii koronawirusa. Dzięki większej interoperacyjności i bliższej współpracy możemy skrócić czas potrzebny do opracowania nowych usług z wykorzystaniem tych technologii i udostępnienia ich wielu klientom na większym obszarze geograficznym – przekonuje Johan Wibergh.

Specyfikacja techniczna „MEC Experience Management” definiuje zestaw interfejsów API, z kolei „MEC Deployment” definiuje zestaw specyfikacji umożliwiających dostawcom usług wdrażanie i integrację fizycznych ram wielodostępowego przetwarzania brzegowego, monitorowania, kwestii operacyjnych i bezpieczeństwa. Wielodostępowe przetwarzanie brzegowe zapewni możliwość przetwarzania danych lokalnie, znacznie bliżej użytkownika końcowego, a nie jak do tej pory na odległych serwerach w chmurze obliczeniowej. To pozwoli osiągnąć opóźnienia rzędu 1 ms.

– 5G Future Forum zostało utworzone po to, aby uwolnić pełny potencjał zastosowań i rozwiązań 5G i wielodostępowego przetwarzania brzegowego (MEC) na całym świecie – wskazuje Rima Qureshi.

5G Future Forum zostało założone w styczniu 2020 roku przez operatorów América Móvil, KT Corp., Rogers, Telstra, Verizon i Vodafone w celu opracowania specyfikacji interoperacyjności 5G, co ma przyspieszyć dostarczanie rozwiązań 5G i MEC na całym świecie. W ciągu ostatnich sześciu miesięcy jego członkowie założyciele pracowali m.in. nad technicznymi wytycznymi sieci 5G, przeznaczonymi dla dostawców usług telekomunikacyjnych 5G, dostawców usług w chmurze, programistów i przedsiębiorstw.

Jak wynika z danych GSMA, 46 operatorów na 24 rynkach uruchomiło już komercyjnie dostępne sieci 5G. Przewiduje się, że do 2025 roku jedno na pięć połączeń mobilnych będzie działać w sieciach 5G.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/wkrotce-pierwsze,p76671849

Pandemia koronawirusa napędza wdrażanie sztucznej inteligencji w obsłudze klienta. Konsumenci już oczekują interakcji z SI [DEPESZA]

Już ponad połowa konsumentów podczas kontaktów z dostawcami usług i towarów wchodzi w interakcje ze sztuczną inteligencją. Wybuch pandemii koronawirusa znacznie przyspieszył prace nad wdrażaniem takich technologii w procesie obsługi klienta. – Wykorzystanie sztucznej inteligencji do obsługi klienta już z nami zostanie. Zmiany w zachowaniu konsumentów wymuszone przez kryzys stworzyły wyraźną okazję do skalowania wdrożeń SI – przekonują eksperci.

– Oczekiwania klientów ewoluowały do ​​tego stopnia, że oczekują już interakcji ze sztuczną inteligencją. Kiedy więc faktycznie napotkają SI w codziennym życiu, są bardzo mile zaskoczeni, a czasem zszokowani. To jasno pokazuje, że chatboty, przetwarzanie języka naturalnego i sztuczna inteligencja robią postępy i ewoluowały – wskazuje Kelly Anderson, dyrektor działu przetwarzania danych i sztucznej inteligencji w Procter & Gamble.

Szczególne znaczenie w dobie pandemii SARS-CoV-2 zyskały rozwiązania wykorzystujące interfejsy bezdotykowe. Z badania Capgemini „Sztuka sztucznej inteligencji zorientowanej na klienta: jak organizacje mogą uwolnić pełny potencjał sztucznej inteligencji w obsłudze klienta” wynika, że 77 proc. klientów oczekuje zwiększenia dostępu do rozwiązań z zakresu SI, które wykorzystują asystentów głosowych czy rozpoznawanie twarzy.

Choć oczekiwania klientów co do bezkontaktowej i bezdotykowej obsługi wynikają obecnie przede wszystkim z obawy przed zakażeniem koronawirusem, to ta sytuacja może wpłynąć na stałą zmianę zachowań konsumenckich. 66 proc. ankietowanych już dziś deklaruje, że po ustaniu pandemii nadal będzie z tych technologii korzystać.

– Zastosowanie sztucznej inteligencji do obsługi klienta już z nami zostanie. COVID-19 był katalizatorem w dążeniu organizacji do jej wdrażania, a zmiany w zachowaniu konsumentów wymuszone przez kryzys stworzyły wyraźną okazję do skalowania wdrożeń SI – twierdzi Darshan Shankavaram, szef globalnej obsługi cyfrowego klienta w Capgemini.

Dzięki chatbotom obsługującym klientów firmy uzyskały znaczące wsparcie w opiece nad konsumentami, a wdrażanie takich rozwiązań nie jest już bardzo długotrwałym procesem. Najczęściej zajmuje zaledwie kilka dni. Chatboty wykorzystujące możliwości SI mogą być ponadto zintegrowane z systemami, na których pracują firmy zewnętrzne, co jeszcze bardziej usprawnia proces obsługi.

– Ważne jest, aby firmy skupiały się na korzystaniu ze sztucznej inteligencji, aby tworzyć lepsze interakcje z klientem, zamiast używać jej po prostu do zajmowania się wolumenem i szybkością obsługi lub jako sztuczki. Oznacza to dalsze inwestowanie w technologię SI jak najbardziej podobnej do człowieka i stosowanie bardziej wyrafinowanych wskaźników KPI. Tego typu zmiany zwiększą satysfakcję klientów i ich otwartość na korzystanie ze sztucznej inteligencji w całym procesie customer journey – przekonuje Darshan Shankavaram.

Z danych boost.ai wynika, że rynek rozwiązań z zakresu konwersacyjnej sztucznej inteligencji do 2024 roku osiągnie wartość 15,7 mld dol. Jak zaznaczają autorzy raportu, branża ta nie odczuje żadnych skutków związanych ze spowolnieniem gospodarczym.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/pandemia-koronawirusa,p1936906752

Przyspieszają prace nad Narodowym Holdingiem Spożywczym. Na początek do konsolidacji ma przystąpić 17 spółek

Prace nad powołaniem Narodowego Holdingu Spożywczego nabierają tempa. Zakończył się już pierwszy etap, w którym wytypowano spółki do konsolidacji i stworzono jej koncepcję. Ministerstwo Aktywów Państwowych rozpoczęło wyceny majątku tych spółek, a w dalszej kolejności uruchomi procedury prawne. Połączenie firm z sektora rolno-spożywczego w jeden państwowy holding ma wzmocnić pozycję polskich graczy na rynku i dostarczyć konsumentom wysokiej jakości produkty w dobrych cenach.

Narodowy Holding Spożywczy będzie silnym podmiotem, który skonsoliduje całość aktywów rolno-spożywczych, będących dzisiaj własnością Skarbu Państwa. Zależy nam, by powstał silny holding rolno-spożywczy. Celem tych działań jest wejście na te rynki, na których nie jesteśmy dziś obecni – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Artur Soboń, sekretarz stanu w Ministerstwie Aktywów Państwowych, pełnomocnik rządu ds. instrumentów finansowania rozwoju gospodarczego państwa.

Ma to przynieść korzyści rolnikom – wejście silnego państwowego podmiotu na nowe rynki da im gwarancję popytu na ich produkty po atrakcyjnych cenach. Z kolei ostateczni nabywcy, czyli konsumenci, będą mogli – zgodnie z założeniem resortu – liczyć na dobry jakościowo i konkurencyjny cenowo produkt.

– Spodziewamy się, że Narodowy Holding Spożywczy będzie silnym graczem na co najmniej kilku rynkach w branży rolno-spożywczej. Na pewno będą to rynki: cukru, ziemniaka, zbóż i młynów oraz nasiennictwo, a ponadto przetwórstwo. Mamy też fabrykę cukierków. Tymi aktywami państwo dzisiaj  dysponuje i budowa jednego podmiotu, który będzie miał silną pozycję na rynku, jest szansą na to, aby lepiej wykorzystać ich potencjał – zapewnia Artur Soboń.

Nowy skonsolidowany podmiot obejmie producentów i przetwórców, ale nie przewiduje stworzenia sieci państwowych sklepów spożywczych czy warzywniaków. Konsolidacja sektora rolno-spożywczego ma się odbywać poprzez Krajową Spółkę Cukrową, która działa na rynku cukru, skrobi i zbóż.

W przygotowaniu konsolidacji uczestniczy firma doradcza KPMG, a cały proces prowadzi ministerstwo. Punktem wyjścia była analiza 48 spółek, które wytypowano do udziału w projekcie, ale na początek nie wszystkie będą podlegać konsolidacji. Do końca roku powinny zakończyć się dokładne badania dotyczące wybranych podmiotów i dopiero wtedy zapadną ostateczne decyzje.

– Wytypowaliśmy 17 spółek, które chcemy poddać ocenie w kwestii ich zdolności do konsolidacji. Jeśli będziemy przekonani, że to są właściwe podmioty, to dokonamy wycen, uzyskamy odpowiednie zgody niezbędne do połączenia ich w jeden podmiot – dodaje pełnomocnik rządu ds. instrumentów finansowania rozwoju gospodarczego państwa.

Ministerstwo podkreśla, że wiele rozpoznawalnych i cenionych polskich marek z sektora zostało na skutek przekształceń własnościowych przejętych przed laty przez obcy kapitał, w wyniku czego Polska utraciła nad nimi kontrolę. Są jednak pozytywne przykłady konsolidacji i budowy silnych grup spożywczych na krajowym rynku i na takich doświadczeniach resort chce się wzorować.

Przygotowania do konsolidacji wkraczają w etap wycen i analiz w poszczególnych firmach. Jest to już stadium poprzedzające faktyczną konsolidację. Analizy mają na celu szczegółową ocenę aktualnej sytuacji przedsiębiorstw oraz określenie istniejącego i potencjalnego ryzyka związanego z planowaną transakcją.

– Podczas takich pogłębionych badań due diligence mogą pojawić się dodatkowe kwestie, które spowodują, że któryś z tych 17 podmiotów nie zostanie włączony do konsolidacji. Jednak spodziewam się, że unikniemy takich okoliczności i nowy holding będzie opierał się właśnie na tych wskazanych przez firmę doradczą spółkach, które są dzisiaj pod kontrolą Skarbu Państwa – zakłada wiceminister aktywów państwowych.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/przyspieszaja-prace-nad,p767000176

Firmy nie mają w planach drastycznych cięć zatrudnienia i płac. 40 proc. oszczędza na marketingu, reklamie i szkoleniach

Osiem na dziesięć firm spodziewa się gorszych wyników finansowych na koniec roku. Największym problemem przedsiębiorców w ostatnich trzech miesiącach było anulowanie zamówień przez klientów. Wśród negatywnych skutków pandemii koronawirusa można także wymienić opóźnienia w płatnościach, dłuższy czas realizacji zamówień oraz zmniejszenie produkcji – wynika z badania Francusko-Polskiej Izby Gospodarczej. To spowodowało, że firmy szukają oszczędności, ale nie zamierzają ciąć etatów i wynagrodzeń. Wśród nowych rozwiązań są inwestycje w pracę zdalną, spotkania online’owe oraz cyfrowe kanały sprzedaży.

W połowie czerwca Francusko-Polska Izba Gospodarcza (CCIFP), wraz z innymi izbami zrzeszonymi w International Group of Chambers of Commerce (IGCC), przeprowadziła ankietę wśród polskich i zagranicznych przedsiębiorstw dotyczącą skutków pandemii koronawirusa. Badanie „Przetrwać COVID19 – wpływ pandemii na działalność firm w Polsce” pokazało, że blisko 90 proc. podmiotów odnotowało zmniejszenie sprzedaży, z czego najwięcej, bo aż 1/4 ankietowanych, deklaruje spadki przekraczające 25 proc,  a 30 proc. firm ciągle nie jest w stanie oszacować ich wielkości.

Pesymistyczne prognozy uczestników badania wynikają przede wszystkim z czasowego zamknięcia sklepów, ograniczenia zakupów przez konsumentów i firmy oraz z niepewności panującej na rynku.

Firmy dotychczas wskazywały, że zamknięcie granic było dla nich dużym wyzwaniem. Aż 34 proc. respondentów tak odpowiadało. Teraz już granice są otwarte, a tarcza antykryzysowa pewne problemy rozwiązała. Jednak niepewność, którą firmy wskazują, jest ciągle stosunkowo wysoka, ponieważ aż 30 proc. z nich uważa, że wyjście z recesji będzie możliwe dopiero w przyszłym roku – zaznacza Joanna Jaroch-Pszeniczna, wicedyrektor Francusko-Polskiej Izby Gospodarczej.

W okresie pandemii dla ponad połowy firm problemem były anulowane zamówienia od klientów. Nieco mniej niż 30 proc. wskazywało na opóźnione płatności, a także na opóźnienia w realizacji zamówień. Na początku pandemii takich konsekwencji spodziewało się odpowiednio 56 proc. i 41 proc. badanych. Większa niż spodziewana była za to skala ograniczania produkcji (21 proc. wskazań w marcu wobec 28 proc. w czerwcu).

Według obserwacji Francusko-Polskiej Izby Gospodarczej lepsza sytuacja, niż zakładano, wystąpiła w logistyce i transporcie towarów. W czerwcu blisko połowa badanych nie odnotowała wpływu pandemii SARS-CoV-2, co jest o blisko 10 proc. lepszym wynikiem niż na początku marca. Chociaż nie obyło się bez zawirowań – co trzecia firma odczuła problemy z dostawą produktów z Polski i zagranicy, a w co dziesiątej pojawiły się kłopoty z transportem w kraju i brakami na stanach magazynowych.

Pozytywnym zjawiskiem jest natomiast fakt, że prawie 20 proc. firm przewiduje utrzymanie sprzedaży na podobnym czy prognozowanym poziomie bądź oczekuje wzrostów. To oznacza, że firmy odnajdują się w tej sytuacji, wdrażają rozwiązania i szukają nowych sposobów na realizację sprzedaży – mówi Joanna Jaroch-Pszeniczna.

Ostatnie miesiące pokazały, że firmy aktywnie poszukiwały oszczędności i wdrażały cięcia, by zachować płynność finansową.

– Firmy obcięły budżety marketingowe, reklamowe i szkoleniowe. Aż 52 proc. wskazało ten obszar jako najważniejszy w generowaniu oszczędności. Zamrożeniu uległy wynagrodzenia i rekrutacje. Kluczowe natomiast było utrzymanie stanu zatrudnienia i poziomu wynagrodzeń. 25 proc. firm wskazało, że obniżyło pensje, ale tylko w przedziale 5–20 proc., 15 proc. firm zredukowało zatrudnienie, ale nie więcej niż o 10 proc. – zaznacza wicedyrektor Francusko-Polskiej Izby Gospodarczej. – W czerwcowym badaniu obserwujemy wyhamowanie cięć.

Teraz 40 proc. firm zapowiada, że dalej będzie ograniczać wydatki na marketing, reklamę czy szkolenia. Redukcje wynagrodzeń deklaruje 17 proc. ankietowanych.  

Jak wskazuje wicedyrektor Francusko-Polskiej Izby Gospodarczej, coraz więcej firm jest w stanie pracować w obecnej sytuacji i bardzo dobrze się w niej odnajduje. Aż 82 proc. respondentów przyznało, że chce rozwijać pracę zdalną. W marcowym badaniu takie rozwiązanie wskazało 60 proc. ankietowanych.

Oznacza to, że zarówno pracownicy, jak i pracodawcy odnaleźli się w nowej sytuacji i znaleźli rozwiązania, które umożliwiają im działalność. Obserwujemy rozwój cyfrowych spotkań. Aż 56 proc. respondentów wskazało, że nadal chce się spotykać z wykorzystaniem platform internetowych. Prawie 1/3 respondentów odpowiedziała, że chce inwestować w cyfryzację usług – zarówno wewnętrznych, jak i zewnętrznych – i intensywnie rozwijać cyfrowe kanały sprzedaży – wymienia Joanna Jaroch-Pszeniczna.

Prawie połowa badanych firm skorzystała ze wsparcia z rządowych tarcz antykryzysowych. Jednak przewidziane w nich rozwiązania tylko 43 proc. z nich ocenia pozytywnie. Uwagi niezadowolonych dotyczyły głównie skomplikowanych procedur, niejasnych zasad i długiego czasu oczekiwania na decyzję.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/firmy-nie-maja-w-planach,p2021218266