NAJNOWSZE ARTYKUŁY

Naukowcy prognozują najsilniejsze El Niño w historii pomiarów. Polacy mogą odczuć jego skutki w cenach żywności

Prognozy naukowców wskazują na to, że tegoroczne El Niño może się okazać najsilniejsze w 150-letniej historii pomiarów. Dodatnia anomalia temperatury powierzchni Pacyfiku ma osiągnąć rekordowy poziom. Michał Brennek z Instytutu Geofizyki PAN podkreśla jednak, że tego zjawiska nie należy łączyć z konkretnymi falami upałów czy innymi silnymi zjawiskami pogodowymi w Polsce. Jego skutki najczęściej odczuwamy pośrednio poprzez wzrost cen artykułów spożywczych takich jak ryż, cukier czy też kawa, produkowanych w regionach tropikalnych. 

– Czym jest El Niño? Mówiąc naukowo, to oscylacja, a mniej naukowo – to huśtawka, wahadło, które w nieregularnym cyklu rozmieszcza na tropikalnym Pacyfiku ciepłą wodę. Jeżeli mamy warunki El Niño, to u zachodnich wybrzeży Ameryk rozwija się dodatnia anomalia temperatury powierzchni oceanu, czyli jest cieplej niż zwykle, co z kolei powoduje, że zmienia się układ wiatrów na największym oceanie na świecie. W efekcie zmienia się wtedy nie tylko cyrkulacja powietrza, ale także transport wilgoci na olbrzymim obszarze – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Michał Brennek z Zakładu Fizyki Atmosfery Instytutu Geofizyki PAN. 

Jak podkreśla, zjawiska El Niño nie należy utożsamiać ze zmianą klimatu. To naturalny proces, którego zapisy obserwujemy w koralowcach mających wiele tysięcy lat.

– Skoro mamy zmianę klimatu, to energii w systemie ziemskim przybywa, a jej większość pochłaniają oceany. One działają stabilizująco i skoro pochłaniają energię, to mamy jej nadmiar w oceanie. Widzimy to w rekordowych temperaturach powierzchni oceanu. Na to nakłada się zjawisko El Niño, więc ta dodatnia anomalia temperatury w tropikalnym wschodnim Pacyfiku zaczyna startować z wyższego poziomu – zaznacza Michał Brennek. – El Niño w tym roku jest bezprecedensowe ze względu na zgromadzoną w oceanie energię oraz już bardzo wysokie anomalie temperatury powierzchni oceanu.

El Niño powoduje w kolejnym roku podniesienie globalnej temperatury średnio o 0,1–0,2 st. Celsjusza. Jak tłumaczą badacze, bezpośrednio nie dodaje planecie nowego ciepła, ale jedynie przemieszcza je pomiędzy oceanem a atmosferą w innych miejscach.

– Choć to się wydaje niewiele, należy pamiętać, że patrzymy na zjawisko w skali globalnej. W związku z tym nawet tak niewielkie zmiany temperatury mówią bardzo dużo o skali i powadze tego zjawiska – tłumaczy ekspert.

Amerykańska Narodowa Agencja Oceanów i Atmosfery (NOAA) od czerwca br. ostrzega przed zjawiskiem, które w tym roku rozwija się wyjątkowo szybko. Tygodniowy indeks Niño3.4 sięgnął w połowie czerwca +1,7 st. Celsjusza, a pod powierzchnią oceanu zgromadził się rezerwuar ciepła niemal dwukrotnie większy niż na tym samym etapie rozwoju El Niño w 2023 roku, z anomaliami temperatury dochodzącymi lokalnie do 6 st. C na głębokości 50–150 m. Czternaście modeli klimatycznych wskazuje na możliwość osiągnięcia anomalii, jakiej nie odnotowano jeszcze w blisko 150-letniej historii obserwacji. Naukowcy twierdzą, że może to być najsilniejsze El Niño, z jakim mieliśmy do czynienia.

– Spodziewamy się nie tylko, że ta anomalia temperatury powierzchni będzie bardzo wysoka. Oprócz tego, pod powierzchnią oceanu, mamy jeszcze cały magazyn energii, który będzie zasilał tę temperaturę, więc najprawdopodobniej to zjawisko będzie się utrzymywać – wyjaśnia naukowiec z Zakładu Fizyki Atmosfery Instytutu Geofizyki PAN.

Kiedy ocean oddaje do atmosfery więcej ciepła, dochodzi do zmian w układzie wiatrów. Pojawiają się m.in. susze w Indonezji i Australii czy też ulewy na zachodnim wybrzeżu Ameryki Południowej. Susze występujące w strefie tropikalnej ograniczają zbiory wielu upraw, m.in. ryżu, kawy, cukru czy oleju palmowego.

– Lokalnie El Niño zmieni transport wilgoci. W niektórych miejscach będzie bardziej sucho, w innych bardziej wilgotno. Dla Peru, u którego wybrzeży zwykle występują dużo chłodniejsze wody i gdzie gospodarka opiera się na bogatych łowiskach i produkcji mączki rybnej w olbrzymiej skali, oznacza to poważne zakłócenia. Mówimy też o produkcji kakao, kawy czy oleju palmowego, który jest wykorzystywany w zasadzie wszędzie w przemyśle spożywczym. Zmieni się na świecie rozkład plonów i siłą rzeczy cena tych surowców poszybuje w górę – tłumaczy Michał Brennek.

Analizy ekonomiczne wskazują, że silne El Niño może podnieść światowe ceny żywności o ok. 5 proc., a jego skutki gospodarcze mogą się utrzymywać jeszcze przez wiele lat.

– Przesunięcie rytmów pogodowych po tropikalnym Pacyfiku ma olbrzymi, globalny wpływ na całą gospodarkę. Mówimy o kłopotach w systemach rolniczych i żywieniowych w dużej części świata, więc spodziewamy się dosyć niestabilnych cen – wyjaśnia ekspert. – Silne El Niño dla Polski oznacza głównie skutki gospodarcze w postaci albo niedoboru, albo wysokich cen produktów rolnych, także pasz. Podczas poprzedniego poważnego El Niño zapłaciliśmy dużo więcej także za produkty przemysłu cukierniczego, na przykład czekolady.

Podkreśla również, że w Polsce trudno jednoznacznie powiązać El Niño z konkretnymi zjawiskami pogodowymi.

Paradoksalnie w Polsce sygnał El Niño jest bardzo słaby i bardzo często zauważany tylko zimą, kiedy mamy późne zimowe uderzenia mrozu. Ten mechanizm, który przenosi nadmiar energii z tropikalnego Pacyfiku do nas, jest bardzo silnie modyfikowany przez to, co się dzieje na północnym Atlantyku. To jest główny akwen, który steruje pogodą w Polsce – wyjaśnia Michał Brennek. – Pewne wydarzenia miały miejsce wtedy, kiedy było silne El Niño, na przykład powódź w 1997 roku, ale to jest korelacja, a nie związek przyczynowo-skutkowy, i z pewnością wymaga jeszcze badań. Dużo większe znaczenie miała wtedy dodatnia anomalia temperatury Morza Śródziemnego – będącego źródłem wilgoci – oraz niż henueński, który zapewnił  transport wilgotnych mas powietrza do Polski.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/naukowcy-prognozuja,p196550345

Naukowcy prognozują najsilniejsze El Niño w historii pomiarów. Polacy mogą odczuć jego skutki w cenach żywności

Prognozy naukowców wskazują na to, że tegoroczne El Niño może się okazać najsilniejsze w 150-letniej historii pomiarów. Dodatnia anomalia temperatury powierzchni Pacyfiku ma osiągnąć rekordowy poziom. Michał Brennek z Instytutu Geofizyki PAN podkreśla jednak, że tego zjawiska nie należy łączyć z konkretnymi falami upałów czy innymi silnymi zjawiskami pogodowymi w Polsce. Jego skutki najczęściej odczuwamy pośrednio poprzez wzrost cen artykułów spożywczych takich jak ryż, cukier czy też kawa, produkowanych w regionach tropikalnych. 

– Czym jest El Niño? Mówiąc naukowo, to oscylacja, a mniej naukowo – to huśtawka, wahadło, które w nieregularnym cyklu rozmieszcza na tropikalnym Pacyfiku ciepłą wodę. Jeżeli mamy warunki El Niño, to u zachodnich wybrzeży Ameryk rozwija się dodatnia anomalia temperatury powierzchni oceanu, czyli jest cieplej niż zwykle, co z kolei powoduje, że zmienia się układ wiatrów na największym oceanie na świecie. W efekcie zmienia się wtedy nie tylko cyrkulacja powietrza, ale także transport wilgoci na olbrzymim obszarze – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Michał Brennek z Zakładu Fizyki Atmosfery Instytutu Geofizyki PAN. 

Jak podkreśla, zjawiska El Niño nie należy utożsamiać ze zmianą klimatu. To naturalny proces, którego zapisy obserwujemy w koralowcach mających wiele tysięcy lat.

– Skoro mamy zmianę klimatu, to energii w systemie ziemskim przybywa, a jej większość pochłaniają oceany. One działają stabilizująco i skoro pochłaniają energię, to mamy jej nadmiar w oceanie. Widzimy to w rekordowych temperaturach powierzchni oceanu. Na to nakłada się zjawisko El Niño, więc ta dodatnia anomalia temperatury w tropikalnym wschodnim Pacyfiku zaczyna startować z wyższego poziomu – zaznacza Michał Brennek. – El Niño w tym roku jest bezprecedensowe ze względu na zgromadzoną w oceanie energię oraz już bardzo wysokie anomalie temperatury powierzchni oceanu.

El Niño powoduje w kolejnym roku podniesienie globalnej temperatury średnio o 0,1–0,2 st. Celsjusza. Jak tłumaczą badacze, bezpośrednio nie dodaje planecie nowego ciepła, ale jedynie przemieszcza je pomiędzy oceanem a atmosferą w innych miejscach.

– Choć to się wydaje niewiele, należy pamiętać, że patrzymy na zjawisko w skali globalnej. W związku z tym nawet tak niewielkie zmiany temperatury mówią bardzo dużo o skali i powadze tego zjawiska – tłumaczy ekspert.

Amerykańska Narodowa Agencja Oceanów i Atmosfery (NOAA) od czerwca br. ostrzega przed zjawiskiem, które w tym roku rozwija się wyjątkowo szybko. Tygodniowy indeks Niño3.4 sięgnął w połowie czerwca +1,7 st. Celsjusza, a pod powierzchnią oceanu zgromadził się rezerwuar ciepła niemal dwukrotnie większy niż na tym samym etapie rozwoju El Niño w 2023 roku, z anomaliami temperatury dochodzącymi lokalnie do 6 st. C na głębokości 50–150 m. Czternaście modeli klimatycznych wskazuje na możliwość osiągnięcia anomalii, jakiej nie odnotowano jeszcze w blisko 150-letniej historii obserwacji. Naukowcy twierdzą, że może to być najsilniejsze El Niño, z jakim mieliśmy do czynienia.

– Spodziewamy się nie tylko, że ta anomalia temperatury powierzchni będzie bardzo wysoka. Oprócz tego, pod powierzchnią oceanu, mamy jeszcze cały magazyn energii, który będzie zasilał tę temperaturę, więc najprawdopodobniej to zjawisko będzie się utrzymywać – wyjaśnia naukowiec z Zakładu Fizyki Atmosfery Instytutu Geofizyki PAN.

Kiedy ocean oddaje do atmosfery więcej ciepła, dochodzi do zmian w układzie wiatrów. Pojawiają się m.in. susze w Indonezji i Australii czy też ulewy na zachodnim wybrzeżu Ameryki Południowej. Susze występujące w strefie tropikalnej ograniczają zbiory wielu upraw, m.in. ryżu, kawy, cukru czy oleju palmowego.

– Lokalnie El Niño zmieni transport wilgoci. W niektórych miejscach będzie bardziej sucho, w innych bardziej wilgotno. Dla Peru, u którego wybrzeży zwykle występują dużo chłodniejsze wody i gdzie gospodarka opiera się na bogatych łowiskach i produkcji mączki rybnej w olbrzymiej skali, oznacza to poważne zakłócenia. Mówimy też o produkcji kakao, kawy czy oleju palmowego, który jest wykorzystywany w zasadzie wszędzie w przemyśle spożywczym. Zmieni się na świecie rozkład plonów i siłą rzeczy cena tych surowców poszybuje w górę – tłumaczy Michał Brennek.

Analizy ekonomiczne wskazują, że silne El Niño może podnieść światowe ceny żywności o ok. 5 proc., a jego skutki gospodarcze mogą się utrzymywać jeszcze przez wiele lat.

– Przesunięcie rytmów pogodowych po tropikalnym Pacyfiku ma olbrzymi, globalny wpływ na całą gospodarkę. Mówimy o kłopotach w systemach rolniczych i żywieniowych w dużej części świata, więc spodziewamy się dosyć niestabilnych cen – wyjaśnia ekspert. – Silne El Niño dla Polski oznacza głównie skutki gospodarcze w postaci albo niedoboru, albo wysokich cen produktów rolnych, także pasz. Podczas poprzedniego poważnego El Niño zapłaciliśmy dużo więcej także za produkty przemysłu cukierniczego, na przykład czekolady.

Podkreśla również, że w Polsce trudno jednoznacznie powiązać El Niño z konkretnymi zjawiskami pogodowymi.

Paradoksalnie w Polsce sygnał El Niño jest bardzo słaby i bardzo często zauważany tylko zimą, kiedy mamy późne zimowe uderzenia mrozu. Ten mechanizm, który przenosi nadmiar energii z tropikalnego Pacyfiku do nas, jest bardzo silnie modyfikowany przez to, co się dzieje na północnym Atlantyku. To jest główny akwen, który steruje pogodą w Polsce – wyjaśnia Michał Brennek. – Pewne wydarzenia miały miejsce wtedy, kiedy było silne El Niño, na przykład powódź w 1997 roku, ale to jest korelacja, a nie związek przyczynowo-skutkowy, i z pewnością wymaga jeszcze badań. Dużo większe znaczenie miała wtedy dodatnia anomalia temperatury Morza Śródziemnego – będącego źródłem wilgoci – oraz niż henueński, który zapewnił  transport wilgotnych mas powietrza do Polski.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/naukowcy-prognozuja,p196550345

Z powodu zapaści demograficznej miasta likwidują żłobki i przedszkola. Przygotowują się do zamknięcia szkół

W polskich miastach spada liczba zarejestrowanych urodzeń i kobiet w wieku prokreacyjnym. Zdaniem ekspertów pogarszająca się sytuacja demograficzna w całym kraju może doprowadzić do poważnych konsekwencji. Już teraz zamykane są kolejne żłobki i przedszkola. Coraz więcej osób osiąga wiek emerytalny, co wiąże się m.in. z płaceniem mniejszych podatków. Eksperci wskazują, że ucierpi na tym m.in. finansowanie samorządów, które mogą potrzebować wsparcia ze strony państwa.

– Sytuacja demograficzna w Polsce jest bardzo trudna. Wiemy, że liczba mieszkańców spada i będzie spadać. Będzie grupa miast, gdzie spadnie ona nieznacznie, chociaż nie będzie praktycznie żadnego miasta, gdzie się tak nie stanie. W pozostałych spadnie drastycznie, szczególnie tych najmniejszych, w związku z tym wiele miast w najbliższych latach straci nawet 50 proc. swoich mieszkańców – mówi w rozmowie z agencją Newseria Ryszard Grobelny, dyrektor Biura w Związku Miast Polskich.

W pierwszym półroczu 2025 roku w ponad 90 miastach odnotowano mniej niż 10 urodzeń, w 15 miastach mniej niż pięć, a w jednym – ani jednego. Łącznie w ponad 630 miastach i gminach miejskich liczba urodzeń spadła względem 2024 roku, a w ponad 330 miastach zanotowano wzrost w porównaniu z pierwszym półroczem 2024 roku. 

W pierwszym półroczu 2025 roku w polskich miastach urodziło się 82 786 dzieci, co oznacza spadek o ponad 7 proc. r/r. To dane z najnowszego „Raportu o stanie miast” za 2025 rok przygotowanego przez Związek Miast Polskich.

– Podstawowym skutkiem zmian demograficznych jest to, że jeżeli dzieci się nie rodzą, to nie pójdą za siedem lat do szkoły. W związku z tym trzeba będzie zlikwidować najpierw przedszkola, potem szkoły. Widzimy obecnie, że dyskusja w mediach publicznych jest na zasadzie: trzeba likwidować oddziały porodowe. Gdy się dzieci nie rodzą, to po co są nam potrzebne porodówki? Spada zatem oferta usług publicznych dla danego społeczeństwa – uważa Ryszard Grobelny.

W roku szkolnym 2024/2025 funkcjonowało 22,3 tys. placówek wychowania przedszkolnego, czyli o 200 (o 1 proc.) mniej niż w poprzednim roku szkolnym. Uczęszczało do nich blisko 1,5 mln dzieci, a więc o 59,7 tys. (o 3,9 proc.) mniej r/r. Tak wynika z ostatnich dostępnych danych GUS.

– Miasta już odczuwają skutki demograficzne. Oczywiście dzisiaj najsilniej w tym, że likwidują żłobki, przedszkola, przygotowują się do zamykania szkół podstawowych. Jeszcze teraz tego nie robią. Myślą sobie: zrobimy to w następnej kadencji, a więc po wyborach, żeby nie robić dodatkowego napięcia przed nimi – podkreśla ekspert.

W styczniu Damian Kowalczyk, radny m.st. Warszawy, podał, że w 2025 roku zlikwidowano 35 oddziałów przedszkolnych i trzy przedszkola.

– Samorządy odkładają swoje działania na później, ale już widzą, że gdzieniegdzie mają olbrzymie problemy, nawet z pustostanami. Zaczyna być olbrzymi problem ze znalezieniem ludzi do pracy, nawet w urzędach. Kula śnieżna będzie bardzo szybko narastała, więc wiele miast za rok, dwa, trzy lata odczuje to jeszcze bardziej – uważa Ryszard Grobelny.

Jak wskazują autorzy raportu Związku Miast Polskich, w większych ośrodkach utrzyma się deficyt mieszkań, podczas gdy w słabiej rozwijających się miastach rosnąca liczba pustostanów będzie problemem strukturalnym. Jak wynika z danych z Narodowego Spisu Powszechnego z 2021 roku, w Polsce było blisko 1,8 mln mieszkań niezamieszkałych.

– Zmiany demograficzne przekładają się potem na rynek pracy. Będzie mniej pracowników, a to wpływa na finanse. Skoro jest mniej pracowników, więcej osób jest na emeryturze niż w pracy, w związku z tym płacą mniej podatków. Trudniej wówczas świadczyć usługi publiczne. Pogarsza się sytuacja w samorządach. Na to musimy się przygotować zarówno na szczeblu państwowym, jak i miast – podkreśla dyrektor Biura w Związku Miast Polskich.

W ponad 900 polskich miastach w 2024 roku odnotowano zmniejszenie liczby mieszkańców w wieku produkcyjnym, łącznie o 155 tys. Jednocześnie w niespełna 100 zanotowano wzrost populacji tej grupy wiekowej, ale tylko o 18,3 tys. osób. Tak wynika z raportu Związku Miast Polskich.

– Sytuacja demograficzna przede wszystkim negatywnie wpływa na finanse. One pochodzą od ludzi, to są nasze pieniądze. Jeśli mamy ich mniej, ponieważ na przykład jesteśmy już emerytem, a nie pracownikiem dobrze prosperującej firmy, to płacimy mniej podatków. Nasz samorząd ma mniej pieniędzy na zaspokajanie naszych potrzeb, a jesteśmy starsi i chcielibyśmy, żeby nas jeszcze bardziej wspomógł różnymi ofertami. Nagle się to wszystko rozjeżdża między możliwościami a oczekiwaniami – zaznacza Ryszard Grobelny.

Perspektywę finansową po 2030 roku szczególnie będzie determinować sytuacja demograficzna. Na skutek zmian, w tym struktury wiekowej mieszkańców, najprawdopodobniej będzie można zaobserwować wolniejsze tempo wzrostu wpływów miast z tytułu udziału w dochodach mieszkańców i firm opodatkowanych PIT i CIT. To wnioski z raportu Związku Miast Polskich.

– Finanse będą zdecydowanie trudniejsze w najbliższym czasie i wygląda na to, że znaczna część samorządów będzie bardziej zależna od transferów z budżetu państwa. On nie jest na to przygotowany, nie chce tego robić. Ale jeżeli tego nie zrobi, to wiele samorządów, wielu mieszkańców nie będzie miało dostępu do podstawowych usług publicznych – zaznacza dyrektor Biura w Związku Miast Polskich.

Jak wynika z raportu, do 2035/2040 roku polskie miasta będą doświadczać pogłębiającej się depopulacji wynikającej z rekordowo niskiej dzietności i systematycznego spadku liczby kobiet w wieku prokreacyjnym. W wielu miastach proces starzenia populacji doprowadzi do wzrostu udziału seniorów powyżej 40 proc. ogółu mieszkańców. 

– Mam wrażenie, że miasta ciągle wierzą, że zmiany demograficzne da się jeszcze odwrócić, w związku z tym nie podejmują twardych działań. Wiele samorządów musi podjąć takie aktywności, które mają na celu dostosowanie się do mniejszej liczby mieszkańców. Miasto 40-tysięczne musi się zastanowić, jak będzie funkcjonować, kiedy będzie miało 30 tys. albo 25 tys. mieszkańców. Jakie szkoły są potrzebne, gdzie powinna być kanalizacja, które obszary powinny być zabudowane. Nad tym trzeba świadomie pracować – uważa Ryszard Grobelny.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/z-powodu-zapasci,p1932426628

Brak ruchu wśród dzieci to nie tylko kwestia nawyków. Ważne są także warunki, w których dorastają [DEPESZA]

Ponad 80 proc. nastolatków na świecie nie osiąga zalecanego poziomu aktywności fizycznej. Eksperci zwracają uwagę, że to nie tylko kwestia braku odpowiednich nawyków, ale także warunków, w których żyją – dostępu do bezpiecznych miejsc zabawy, terenów rekreacyjnych czy zajęć sportowych. Europejski projekt B-Challenged ma pomóc tworzyć środowisko sprzyjające aktywności na świeżym powietrzu i zdrowemu stylowi życia, szczególnie w mniej uprzywilejowanych społecznościach.

– Tylko 7–30 proc. dzieci i młodzieży w wieku 5–17 lat na całym świecie wykazuje wystarczający poziom aktywności fizycznej, co w konsekwencji wiąże się z wyższym ryzykiem wystąpienia chorób niezakaźnych związanych ze stylem życia, takich jak otyłość, cukrzyca typu 2, a także problemów psychicznych – podkreśliła w rozmowie z agencją Newseria dr Teatske Altenburg, profesor nadzwyczajna w Amsterdam University Medical Center (Amsterdam UMC) i kierowniczka projektu B-Challenged.

Zgodnie z wytycznymi Światowej Organizacji Zdrowia dzieci i młodzież powinny podejmować średnio co najmniej 60 minut dziennie aktywności fizycznej o umiarkowanej lub wysokiej intensywności. Tylko niewielki odsetek dzieci i nastolatków w Polsce spełnia te zalecenia przez cały tydzień.

W Polsce tylko około połowy dzieci codziennie podejmuje aktywną zabawę na poziomie uznawanym za korzystny dla zdrowia. Dodatkowo jak pokazują badania Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie w ramach projektu „WF z AWF”, ponad 90 proc. dzieci nie jest wszechstronnie przygotowanych do prowadzenia aktywnego stylu życia, a jedynie 12–30 proc. potrafi poprawnie wykonywać podstawowe umiejętności ruchowe, takie jak bieganie, skakanie czy rzucanie piłką.

– Główną przyczyną braku aktywności fizycznej nie jest brak motywacji, ponieważ dzieci mają wewnętrzną motywację do aktywności – zwłaszcza uczniowie szkół podstawowych, którzy po prostu się bawią, najlepiej na świeżym powietrzu. Uważam jednak, że brakuje bezpiecznych, atrakcyjnych i dobrze utrzymanych przestrzeni, w których mogłyby się one bawić na świeżym powietrzu – stwierdziła badaczka z Amsterdam UMC. – Być może brakuje również odpowiednich, przystępnych cenowo zajęć pozalekcyjnych organizowanych dla dzieci – dodaje.

Coraz większą część wolnego czasu dzieci spędzają przed ekranami. Z raportu NASK wynika, że korzystają z internetu średnio niemal pięć godzin dziennie w dni powszednie, a w weekendy jeszcze więcej.

– Wiele dzieci doświadcza FOMO, czyli strachu przed tym, że coś je ominie, więc cały czas mówią o tym, co się dzieje online, i chcą być częścią rozmów na ten temat. Myślę więc, że są dwie strony medalu – jedna to za mało możliwości aktywności fizycznej i ograniczenia w dostępie do przestrzeni do tego przeznaczonych, a z drugiej atrakcyjność spędzania czasu w sieci – tłumaczy dr Teatske Altenburg.

Badania prowadzone w wielu krajach pokazują, że dzieci mieszkające w mniej uprzywilejowanych dzielnicach częściej zmagają się z nadwagą i otyłością, rzadziej uczestniczą w zorganizowanych zajęciach sportowych i mają ograniczony dostęp do bezpiecznych miejsc zabawy.

 Jeżeli w okolicy brakuje terenów rekreacyjnych, ścieżek rowerowych czy bezpiecznych przestrzeni do zabawy, dzieci mają mniej okazji do codziennego ruchu – ocenia dr Anna Dzielska, adiunkt, p.o. kierowniczka Zakładu Zdrowia Dzieci i Młodzieży w Instytucie Matki i Dziecka.

To właśnie na tych obszarach koncentruje się europejski projekt badawczy B-Challenged realizowany w Danii, Niemczech, Polsce, Hiszpanii i Holandii. Skupia się on na dzieciach w wieku 6–12 lat mieszkających w dzielnicach, gdzie występują bariery w dostępie do infrastruktury sprzyjającej aktywności fizycznej. W Polsce jest to warszawska Praga-Północ.

– Projekt B-Challenged ma na celu wspieranie korzystnych dla zdrowia zachowań dzieci poprzez tworzenie lepszego środowiska do zabawy na świeżym powietrzu i prawidłowych zachowań żywieniowych. To ważne, ponieważ na zdrowie dzieci wpływają nie tylko ich indywidualne wybory, ale również warunki, w których żyją, uczą się i spędzają wolny czas – podkreśla dr Anna Dzielska.

W projekcie biorą udział nie tylko naukowcy i przedstawiciele samorządów lokalnych, ale także rodzice, nauczyciele i same dzieci.

– To, co wyróżnia projekt, to podejście oparte na współtworzeniu rozwiązań. Zamiast narzucać gotowe działania, angażujemy społeczności lokalne w ich projektowanie. Dzięki temu zwiększamy szanse, że proponowane zmiany będą skuteczne, akceptowane i trwałe – podkreśla kierowniczka Zakładu Zdrowia Dzieci i Młodzieży w Instytucie Matki i Dziecka.

Badacze sprawdzają, jakie bariery utrudniają dzieciom zabawę na świeżym powietrzu i codzienny ruch. Następnie wspólnie z pozostałymi grupami uczestników programu przygotują rekomendacje zmian. Gotowe modele będą mogły być wdrażane także w innych miastach.

– Problemy związane ze zdrowiem dzieci i ich stylem życia są złożone i nie mogą być rozwiązane przez jedną instytucję czy jeden sektor. Naukowcy dostarczają wiedzy i dowodów naukowych, samorządy mają możliwość wprowadzania zmian w przestrzeni publicznej i lokalnej polityce, a mieszkańcy, w tym grupy, do których mają być kierowane te działania, najlepiej znają swoje potrzeby. Dopiero połączenie tych perspektyw pozwala tworzyć skuteczne rozwiązania – przekonuje dr Anna Dzielska.

– Zawsze należy konsultować z dziećmi elementy tworzone z myślą o nich. Projektowanie placu zabaw przyjaznego dla dzieci we współpracy z nimi powinno być wymogiem prawnym – dodaje dr Teatske Altenburg.

 


Projekt B-Challenged jest finansowany przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju w ramach partnerstwa międzynarodowego ERA4Health i wspierany przez krajowe agencje badawcze w Europie.

NCBR

 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/brak-ruchu-wsrod-dzieci,p158265436

Małe gminy najmocniej odczują kryzys demograficzny. Spadek liczby mieszkańców uderzy w finanse samorządów

Niemal wszystkie polskie gminy odczują do 2060 roku spadek dochodów z PIT, a blisko połowa samorządów będzie liczyć mniej niż 5 tys. mieszkańców – wynika z raportu BGK „Demografia a przyszłość finansów samorządów lokalnych w Polsce”. Według prognoz udział osób w wieku poprodukcyjnym wzrośnie w tym czasie z 23,8 proc. do 35,5 proc. populacji kraju. Zmiany demograficzne wymuszą na samorządach zmianę sposobu planowania inwestycji, transportu i usług publicznych.

Populacja Polski będzie się zmniejszać. Według wszystkich możliwych prognoz zmiana liczby ludności nie będzie taka sama wszędzie. Będzie znacznie bardziej dotkliwa w mniejszych miastach i gminach, znacznie mniej dotkliwa w średnich i większych miastach, co może mieć poważny wpływ na przyszłość struktury samorządowej w Polsce – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Mateusz Walewski, główny ekonomista BGK.

Raport BGK „Demografia a przyszłość finansów samorządów lokalnych w Polsce” podaje, że prognozy demograficzne dla Polski różnią się skalą spadku liczby ludności, ale wszystkie pokazują ten sam kierunek. Według Eurostatu w 2060 roku w Polsce będzie mieszkać 31,2 mln osób, ONZ prognozuje 30,3 mln, a podstawowy scenariusz GUS – 30,9 mln mieszkańców. Rzeczywisty spadek liczby ludności postępuje jednak szybciej, niż wcześniej zakładano. Najnowsze dane pokazują, że w 2025 roku populacja Polski była o blisko 80 tys. niższa od prognoz przygotowanych przez GUS kilka lat wcześniej. Raport BGK wskazuje, że skutki tych zmian najmocniej odczują samorządy.

W większości gmin w Polsce będziemy mieli spadek mieszkańców z różnych powodów. Po pierwsze, po prostu będziemy mieli mniej urodzeń, ale będziemy też mieli migrację wewnętrzną między gminami, szczególnie między małymi gminami a dużymi miastami. Struktura demograficzna się zmieni, będziemy mieli więcej osób w wieku poprodukcyjnym, czyli osób niepracujących, i to dotyczy zarówno małych, jak i dużych gmin – mówi Marcin Wojdat, dyrektor ds. badań i analiz w Unii Metropolii Polskich.

Według prognoz GUS liczba gmin liczących poniżej 5 tys. mieszkańców wzrośnie z 29,2 proc. w 2024 roku do 46,7 proc. w 2060 roku. Pojawić mają się również gminy liczące mniej niż tysiąc mieszkańców. Jednocześnie w ponad 95 proc. gmin prognozowany jest spadek dochodów z PIT związany ze zmniejszaniem się liczby osób pracujących. Do 2060 roku liczba osób w wieku produkcyjnym spadnie we wszystkich typach JST, a udział osób w wieku poprodukcyjnym wzrośnie z obecnych 23,8 proc. do 35,5 proc. populacji kraju. Raport wskazuje również, że najmniejsze samorządy mają tracić relatywnie najwięcej mieszkańców w wieku produkcyjnym, co dodatkowo ograniczy ich potencjał dochodowy i inwestycyjny.

Bardzo wiele miast i gmin, a pewnie nawet wszystkie w Polsce, będzie się musiało powoli dostosować do tego, że trzeba zarządzać w mądry sposób kurczeniem się liczby ludności. To nie oznacza pogarszania warunków życia, zmniejszania produkcji czy biednienia, ale że musimy w mądry sposób się dostosować do zmiany liczby ludności – przekonuje Mateusz Walewski.

Zmniejszająca się liczba mieszkańców nie oznacza automatycznie proporcjonalnie niższych wydatków samorządów. Raport BGK wskazuje, że 23,8 proc. wydatków bieżących JST stanowią koszty, których nie da się łatwo dostosować do zmian demograficznych, jak utrzymanie dróg czy innej infrastruktury. Najsilniej problem ten mają odczuć najmniejsze gminy, gdzie koszty utrzymania infrastruktury i usług publicznych będą się rozkładały na coraz mniejszą liczbę mieszkańców. Według raportu najwyższy wzrost wydatków bieżących per capita ma dotyczyć najmniejszych gmin wiejskich i miejsko-wiejskich, które już dziś mierzą się z odpływem mieszkańców i starzeniem się populacji. W części najmniejszych samorządów udział takich „sztywnych” wydatków przekracza już 60 proc. budżetów bieżących.

Jednym z obecnych zadań samorządu terytorialnego jest przygotowanie go do tego, jak będzie za 20–30 lat, czyli trochę planowanie np. miasta z perspektywy tego, kto będzie w nim mieszkał za 20 lat. Jeżeli budujemy obiekty, w których są realizowane usługi np. opiekuńcze dla najmłodszych: żłobki, albo przedszkola, to powinny być one tak zaprojektowane i wybudowane, żeby za 20 lat mogły pełnić funkcję np. domu opieki dla osób w podeszłym wieku tłumaczy Marcin Wojdat.

Zmiany demograficzne mają wpływać także na sposób projektowania miast i infrastruktury publicznej. W wielu samorządach może się zmniejszać zapotrzebowanie na część usług związanych z edukacją, jednocześnie będzie rosło znaczenie opieki zdrowotnej i usług dla seniorów. Przy mniejszej liczbie mieszkańców coraz większym wyzwaniem stanie się utrzymanie rozproszonej infrastruktury i transportu publicznego. Do 2060 roku populacja miast wojewódzkich zmniejszy się o 11,5 proc., podczas gdy gminy otaczające największe miasta stracą średnio 3,1 proc. mieszkańców, co pokazuje utrzymywanie się procesów suburbanizacyjnych mimo depopulacji kraju.

Drugą rzeczą, którą możemy zrobić, to myśleć w planowaniu przestrzennym o tym, żeby miasta nie rozlewały się bardzo szeroko, one powinny być planowane w kontekście kompresowania się przestrzeni. W momencie kiedy nas będzie mniej za 20 lat, to dostarczanie usług publicznych w postaci transportu publicznego na mniejszej przestrzeni będzie prostsze i tańsze. Osoby starsze powinny mieć te usługi bliżej miejsca zamieszkania, a nie dalej – wskazuje dyrektor ds. badań i analiz z Unii Metropolii Polskich.

Największe straty mają odnotować najmniejsze samorządy. Gminy liczące dziś do 5 tys. mieszkańców mają stracić relatywnie najwięcej mieszkańców oraz osób w wieku produkcyjnym. W części najmniejszych gmin prognozowany spadek liczby ludności przekracza 20 proc., co może oznaczać konieczność reorganizacji części usług publicznych i lokalnej infrastruktury.

Zmiany demograficzne mogą być szansą rozwojową, jeżeli jako rozwój potraktujemy bogacenie się ludności i to, że nasz dochód per capita, nasze warunki życia są coraz lepsze. Z pewnego punktu widzenia możemy nawet powiedzieć, że nierosnąca lub kurcząca się liczba ludności powoduje, że zaspokojenie tych potrzeb może się stać łatwiejsze – ocenia Mateusz Walewski.

Według raportu mimo depopulacji kluczową rolę dla rozwoju społeczno-gospodarczego kraju nadal ma odgrywać sieć średnich i dużych ośrodków miejskich. W Polsce funkcjonuje dziś 78 ośrodków miejskich obejmujących 103 miasta, które tworzą policentryczną sieć rozwoju. Oznacza to, że rozwój kraju opiera się na wielu średnich i dużych ośrodkach miejskich, a nie wyłącznie na jednej metropolii. Coraz większym wyzwaniem będzie jednak utrzymanie potencjału mniejszych miast i gmin, szczególnie tych oddalonych od największych aglomeracji.

Do 2060 roku 21,1 proc. całej puli wynagrodzeń w Polsce będzie przypadać na mieszkańców największych miast, czyli o 2 pkt proc. więcej niż obecnie. Coraz większa koncentracja miejsc pracy i dochodów w największych miastach może dodatkowo osłabiać najmniejsze gminy.

W kontekście poprzednich 20 lat byliśmy nastawieni na rozwój, potrzebowaliśmy więcej szkół, przedszkoli. Mieliśmy dostęp do środków unijnych, które pozwoliły nam na to, żeby gonić miasta zachodnie. Teraz bardzo trudno nam będzie przejść na ten drugi sposób zarządzania, który dzisiaj będzie najpotrzebniejszy w samorządach, to znaczy myślenia o tym, że zarządzamy procesem kurczenia się miast oraz dostosowujemy funkcje miejskie i realizację zadań publicznych do zmniejszającej się populacji – tłumaczy Marcin Wojdat.

Eksperci podkreślają, że zmiany demograficzne będą wymagały nie tylko dostosowania usług publicznych i infrastruktury, ale także zmian w sposobie finansowania samorządów oraz planowania inwestycji.

Wyzwania demograficzne będą powodowały zmiany w sposobie, w jaki samorządy będą finansować swoje inwestycje i wydatki, trudno jednak powiedzieć, jaki będzie dokładnie docelowy model. Nasz raport jest przede wszystkim analityczny, pokazujemy trendy i zagrożenia, natomiast unikamy bardzo konkretnych rekomendacji, bo są one w pewnym stopniu wyborem politycznym: czy przeciwdziałamy zmianom demograficznym, czy się do nich dostosowujemy i w jaki sposób – mówi Mateusz Walewski.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/male-gminy-najmocniej,p1004113341

Jednolity rynek w Unii Europejskiej wciąż z barierami. Trwają prace nad nowymi rozwiązaniami

Zdaniem części polskich europarlamentarzystów jednolity rynek w Unii Europejskiej wymaga zmian. Potrzebuje wprowadzenia praktycznego zastosowania zasady wzajemnej uznawalności produktów i usług bądź też harmonizacji przepisów we wszystkich krajach członkowskich, co jednak może być procesem zbyt czasochłonnym. Polscy europosłowie podkreślają, że to samo prawo europejskie w różnych krajach jest stosowane w różny sposób, a ponadto brakuje współpracy międzynarodowej.

– W Unii Europejskiej jednolity rynek powinien być zasadą wynikającą z traktatów. Produkt czy usługa, które są oferowane w danym państwie, powinny bez problemu być oferowane w innym, bez żadnych ograniczeń. Niestety często widzimy, że państwa wprowadzają różnego rodzaju regulacje wewnętrzne i to powoduje, że na przykład produkt z Polski nie może wjechać do Niemiec, Francji czy innego kraju bez dodatkowej kontroli lub spełnienia dodatkowych wymogów – mówi w rozmowie z agencją Newseria Piotr Müller, poseł do Parlamentu Europejskiego z Prawa i Sprawiedliwości.

Jednolity rynek Unii Europejskiej został utworzony w 1993 roku. Umożliwia swobodny przepływ towarów, usług, osób i kapitału, czyli tzw. cztery swobody we wszystkich państwach członkowskich. Ponadto napędza wzrost gospodarczy i konkurencję oraz stwarza możliwości dla unijnych firm, w tym MŚP. Zapewnia im dostęp do rynku wewnętrznego, który liczy 450 mln konsumentów.

– Jako Europejska Partia Konserwatystów i Reformatorów jesteśmy zwolennikami zasady wzajemnej uznawalności. Chcemy, aby produkt wytworzony w danym kraju mógł bez żadnych barier wjeżdżać do innego w Unii Europejskiej. Na to się właśnie umawialiśmy. Natomiast widzimy też wiele regulacji, które są wprowadzane we Wspólnocie i de facto zwiększają bariery – uważa europoseł.

W kwietniu br. przy okazji nieformalnego szczytu szefów państw i rządów na Cyprze prezydent tego kraju jako przedstawiciel rotacyjnej prezydencji Rady Unii Europejskiej oraz przewodniczące Parlamentu Europejskiego i Komisji Europejskiej podpisali plan działania „Jedna Europa, jeden rynek”. Przedstawia on cele i metody ich realizacji najpóźniej do końca 2027 roku. Ma to pobudzić wzrost gospodarczy w Europie i przewiduje cele dotyczące wniosków ustawodawczych i porozumienia między prawodawcami, a także kwartalne przeglądy umożliwiające monitorowanie postępów.

– Przykładem barier jest dyrektywa transportowa sprzed wielu lat, która uniemożliwiła zdrową konkurencję naszych firm transportowych na terenie Unii Europejskiej. Są też inne metody ograniczania tego typu usług czy produktów, jak wprowadzanie dodatkowych kryteriów społecznych, środowiskowych, ale które nie obowiązują w całej Unii, tylko w niektórych krajach. To powoduje realne bariery – tłumaczy Piotr Müller. – W Parlamencie Europejskim rozmawiamy więc o tym, w jaki sposób je ograniczyć – albo z jednej strony harmonizując przepisy, albo wprowadzając zasadę wzajemnej uznawalności usług i produktów – dodaje.

Instytucje europejskie chcą osiągnąć znaczące postępy w 2026 roku, a najpóźniej do końca 2027 roku we wszystkich pięciu strategicznych elementach składowych planu działania, takich jak uproszczenie przepisów, bardziej zintegrowany jednolity rynek, w tym poprzez usunięcie 10 najbardziej szkodliwych barier, wspieranie trwałych stosunków handlowych, działania na rzecz obniżenia cen energii, dekarbonizację oraz stymulowanie transformacji cyfrowej i transformacji AI.

– My jesteśmy zwolennikami zasady wzajemnej uznawalności usług i produktów. Uważamy, że harmonizowanie wszystkich przepisów w Unii Europejskiej jest procesem długotrwałym. Z drugiej strony powoduje on, że często pojawia się kolejna warstwa biurokratyczna, tylko tym razem nie w jednym czy dwóch krajach, tylko w 27 naraz – podkreśla europoseł.

Przywódcy Unii Europejskiej podkreślili, że do marca 2027 roku należy osiągnąć konkretne i wymierne postępy w zakresie zapobiegania powstawaniu barier dla czterech swobód i w zakresie usuwania takich barier. Wskazali sześć priorytetowych środków, w tym m.in. 28. system prawny dla spółek „EU Inc.”, wzmocnienie zabezpieczeń dotyczących wprowadzania produktów do obrotu czy też rozwiązanie kwestii rozdrobnionych wymogów dotyczących etykietowania i opakowań produktów.

– Obserwujemy mechanizm, że to samo prawo europejskie jest stosowane w różny sposób w różnych krajach Unii Europejskiej. To wynika na przykład z z implementacji prawa w inny sposób w danym kraju, na przykład nadgorliwego. Czasami urzędnicy implementując prawo europejskie, dodają coś od siebie na wszelki wypadek, co jest oczywiście kuriozalne – zaznacza Piotr Müller.

Dodaje, że problemem jest brak chęci państw do realizowania między sobą egzekwowania przepisów.

– Państwo ma prawo do pozwania drugiego za to, że nie przestrzega przepisów, które samo przecież egzekwuje. Mamy do czynienia z taką sytuacją w wielu obszarach, że jedno państwo uczciwie się zachowuje, a drugie tych przepisów nie przestrzega. Teoretycznie Komisja Europejska powinna takie państwo ścigać przed Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej, ale często tego nie robi ze względów politycznych. To jest pewnego rodzaju przewaga konkurencyjna, że to państwo akurat tych przepisów nie stosuje – uważa europoseł.

W 2018 roku weszło w życie ogólne rozporządzenie o ochronie danych osobowych (RODO), które reguluje sposób przetwarzania i przekazywania danych osobowych osób fizycznych w Unii Europejskiej. 

– Państwa pomiędzy sobą powinny się mobilizować i zachęcać do tego, żeby przestrzegać tych norm, które same uchwaliły. RODO jest dobrym przykładem. Ktoś, kto mieszka w Belgii, na przykład często widzi, że na skrzynkach pocztowych jest napisane imię, nazwisko osoby, która mieszka w danym mieszkaniu. To są przepisy, które wynikają z prawa belgijskiego. W Polsce w tej chwili coś takiego jest nie do pomyślenia – podkreśla Piotr Müller.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/jednolity-rynek-w-unii,p742885770

Polska nauka będzie mocniej wspierać transformację energetyczną. Współpraca biznesu i uczelni nabiera tempa

– Przyspieszenie transformacji energetycznej w Polsce wymaga skoku technologicznego, który nie będzie możliwy bez większego zaangażowania polskich naukowców i ścisłej współpracy z biznesem – ocenił minister nauki i szkolnictwa wyższego Marcin Kulasek podczas Dnia Innowacji PGE. Energetyczna spółka w trakcie tego wydarzenia podpisała umowy z dziewięcioma uczelniami i instytutami naukowymi, które mają wspierać realizację wspólnych projektów, przyspieszyć testowanie innowacji i ich wdrożenia na rynek. Mowa o pracach w zakresie m.in. OZE, magazynów energii, zielonych paliw czy cyberbezpieczeństwa infrastruktury.

Komercjalizacja badań naukowych, użycie ich w szeroko rozumianym przemyśle i gospodarce to jest kierunek, na który stawia Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego, ale przede wszystkim cała polska nauka i środowisko akademickie. Jesteśmy 20. gospodarką na świecie i chcemy być w tym rankingu jeszcze wyżej, a nie odbędzie się to bez polskich naukowców, komercjalizacji badań naukowych i współpracy nauki z przemysłem czy biznesem – mówi agencji Newseria Marcin Kulasek, minister nauki i szkolnictwa wyższego. – Dzień Innowacji na PGE Narodowym był wydarzeniem, które miało na celu połączyć biznes, gospodarkę i przemysł z polską nauką i naukowcami.

Podczas Dnia Innowacji PGE 2026 energetyczna spółka podpisała umowy ramowe o współpracy w zakresie innowacji z dziewięcioma ośrodkami akademickimi: Politechniką Krakowską, Politechniką Warszawską, Instytutem Technologii Paliw i Energii, Instytutem Maszyn Przepływowych PAN, Akademią Górniczo-Hutniczą w Krakowie, Instytutem Energetyki – Państwowym Instytutem Badawczym, Politechniką Gdańską, Politechniką Łódzką i Politechniką Wrocławską. Przedstawiciele PGE podkreślają, że jest to początek nowego etapu strategicznej współpracy ze środowiskiem naukowym oraz partnerami instytucjonalnymi, ukierunkowanej na wspólne budowanie nowoczesnego, bezpiecznego i konkurencyjnego sektora energetycznego.

– Umowy te umożliwią nam bardzo dobrą współpracę i zwiększenie możliwości zarówno testowania, jak i szybszego wdrażania rozwiązań innowacyjnych przez polską myśl techniczną – wyjaśnia Dariusz Lubera, prezes PGE Polskiej Grupy Energetycznej. – Współpraca z polskimi uczelniami jest dla nas bardzo ważna. Trwa już od wielu lat, ale w tej chwili przyjmuje charakter formalny.

To krok w kierunku szybszego wdrażania innowacji, skuteczniejszego wykorzystania krajowego potencjału badawczo-rozwojowego i budowy nowoczesnej, bezpiecznej energetyki – podkreśla Marcin Kulasek.

Jak podsumował minister nauki i szkolnictwa wyższego, wydarzenie to udowadnia, że polska nauka i energetyka grają do jednej bramki. Bez potencjału uczelni i instytutów naukowych trudno będzie wykonać skok technologiczny potrzebny do transformacji energetycznej.

Transformacja energetyczna jest wielkim procesem, który nie miał odzwierciedlenia wcześniej w historii polskiej energetyki, dlatego innowacje w sposób znakomity mogą ją przyspieszyć, przede wszystkim w zakresie szybszego testowania, a później wdrażania zgodnie z potrzebami biznesowymi Grupy PGE. To przestrzeń, w której krajowe uczelnie, instytuty badawcze i zespoły inżynierskie mogą realnie kształtować przyszłość polskiego sektora energetycznego. Dlatego właśnie w Grupie PGE konsekwentnie stawiamy na local content, rozumiany nie tylko jako współpraca z polskimi firmami, ale także jako aktywne włączanie polskich kompetencji w tworzenie i wdrażanie nowoczesnych rozwiązań, które będą fundamentem bezpiecznej i konkurencyjnej energetyki – mówi Dariusz Lubera.

Według zapowiedzi współpraca obejmie zarówno duże projekty technologiczne, jak i mniejsze inicjatywy usprawniające codzienne funkcjonowanie organizacji. Chodzi m.in. o rozwiązania w zakresie magazynowania energii, integracji odnawialnych źródeł energii, cyfryzacji i wykorzystania sztucznej inteligencji, cyberbezpieczeństwa infrastruktury krytycznej, zielonych paliw, rozwiązań dla ciepłownictwa, elektromobilności, gospodarki obiegu zamkniętego czy poszukiwania nowych materiałów i technologii dla infrastruktury energetycznej.

Współpraca uczelni wyższych z Grupą PGE jest bardzo ważna i mam nadzieję, że przyniesie bardzo wiele korzyści dla obu stron. Przede wszystkim jest w stanie dostarczyć dla przemysłu nowe rozwiązania, które są rozwijane w warunkach laboratoryjnych przez pracowników uczelni. Dla uczelni powinna z kolei przynieść możliwość weryfikowania i rozwijania swoich rozwiązań dzięki współpracy z rzeczywistymi obiektami – tłumaczy dr hab. inż. Paweł Madejski z Wydziału Inżynierii Mechanicznej i Robotyki Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie.

– W Instytucie Energii na Politechnice Gdańskiej prowadzimy sporo prac, które naszym zdaniem będą bardzo użyteczne dla PGE, zarówno w zakresie energetyki rozproszonej, jak i wielkoskalowej, wykorzystania energii odpadowej, magazynów energii, również tych cieplnych. Chcielibyśmy to realizować tak, żeby skorzystał na tym odbiorca końcowy. Stąd bardzo cenna dla nas współpraca z PGE, bo jest to duży podmiot, który, po pierwsze, ma możliwości finansowania, po drugie, jest w stanie bardzo precyzyjnie przekazać informacje, czego oczekuje klient i co podnosi bezpieczeństwo – mówi dr hab. inż. Jacek Kropiwnicki, profesor Politechniki Gdańskiej.

Dzięki zawartym porozumieniom PGE oraz partnerzy naukowi zyskują możliwość realizacji wspólnych projektów innowacyjnych, ale także aplikowania o krajowe i europejskie środki pomocowe na działalność badawczo-rozwojową. Współpraca obejmie również tworzenie laboratoriów, platform testowych i środowisk demonstracyjnych dla najnowszych technologii, co pozwoli na szybszą weryfikację nowych rozwiązań w warunkach zbliżonych do rzeczywistych oraz ich sprawniejsze wdrażanie w spółkach Grupy PGE.

Grupa PGE działa w skali, w której każdy procent poprawy efektywności i jakości ma realne znaczenie biznesowe. Ponad 61 mld zł przychodów, ponad 55 TWh wyprodukowanej energii elektrycznej i blisko 41 TWh energii dystrybuowanej w 2025 roku pokazują, że potencjał do wdrażania innowacji jest ogromny – podkreślił podczas Dnia Innowacji Piotr Dziubałtowski, wiceprezes PGE ds. wsparcia i rozwoju.

– Sam Dzień Innowacji PGE, jak również podpisanie umów ramowych z dziewięcioma instytucjami naukowo-akademickimi są kluczowe z punktu widzenia przyjętej przez Grupę Kapitałową PGE strategicznej agendy badawczo-rozwojowej. Jest to jeden z fundamentów współpracy zewnętrznej oraz budowy obszaru B+R i innowacji w ramach Grupy PGE  mówi Paweł Kaszubski, dyrektor Departamentu Rozwoju i Zarządzania Innowacjami w PGE.

Przyjęty 8 czerwca br. przez rząd Krajowy Plan w dziedzinie Energii i Klimatu do 2030 roku z perspektywą do 2040 roku (KPEiK) zakłada stopniowy wzrost nakładów i optymalne kierowanie środków na B+R w obszarach transformacji do gospodarki neutralnej klimatycznie. Bardzo istotnym zmianom podlegać będą m.in. energetyka, ciepłownictwo, budownictwo czy też przemysł. Ich skuteczna realizacja będzie wymagała wzmocnienia potencjału ośrodków akademickich jako centrów tworzenia i transferu wiedzy oraz innowacji. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polska-nauka-bedzie,p1634039881

Polska nauka będzie mocniej wspierać transformację energetyczną. Współpraca biznesu i uczelni nabiera tempa

– Przyspieszenie transformacji energetycznej w Polsce wymaga skoku technologicznego, który nie będzie możliwy bez większego zaangażowania polskich naukowców i ścisłej współpracy z biznesem – ocenił minister nauki i szkolnictwa wyższego Marcin Kulasek podczas Dnia Innowacji PGE. Energetyczna spółka w trakcie tego wydarzenia podpisała umowy z dziewięcioma uczelniami i instytutami naukowymi, które mają wspierać realizację wspólnych projektów, przyspieszyć testowanie innowacji i ich wdrożenia na rynek. Mowa o pracach w zakresie m.in. OZE, magazynów energii, zielonych paliw czy cyberbezpieczeństwa infrastruktury.

Komercjalizacja badań naukowych, użycie ich w szeroko rozumianym przemyśle i gospodarce to jest kierunek, na który stawia Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego, ale przede wszystkim cała polska nauka i środowisko akademickie. Jesteśmy 20. gospodarką na świecie i chcemy być w tym rankingu jeszcze wyżej, a nie odbędzie się to bez polskich naukowców, komercjalizacji badań naukowych i współpracy nauki z przemysłem czy biznesem – mówi agencji Newseria Marcin Kulasek, minister nauki i szkolnictwa wyższego. – Dzień Innowacji na PGE Narodowym był wydarzeniem, które miało na celu połączyć biznes, gospodarkę i przemysł z polską nauką i naukowcami.

Podczas Dnia Innowacji PGE 2026 energetyczna spółka podpisała umowy ramowe o współpracy w zakresie innowacji z dziewięcioma ośrodkami akademickimi: Politechniką Krakowską, Politechniką Warszawską, Instytutem Technologii Paliw i Energii, Instytutem Maszyn Przepływowych PAN, Akademią Górniczo-Hutniczą w Krakowie, Instytutem Energetyki – Państwowym Instytutem Badawczym, Politechniką Gdańską, Politechniką Łódzką i Politechniką Wrocławską. Przedstawiciele PGE podkreślają, że jest to początek nowego etapu strategicznej współpracy ze środowiskiem naukowym oraz partnerami instytucjonalnymi, ukierunkowanej na wspólne budowanie nowoczesnego, bezpiecznego i konkurencyjnego sektora energetycznego.

– Umowy te umożliwią nam bardzo dobrą współpracę i zwiększenie możliwości zarówno testowania, jak i szybszego wdrażania rozwiązań innowacyjnych przez polską myśl techniczną – wyjaśnia Dariusz Lubera, prezes PGE Polskiej Grupy Energetycznej. – Współpraca z polskimi uczelniami jest dla nas bardzo ważna. Trwa już od wielu lat, ale w tej chwili przyjmuje charakter formalny.

To krok w kierunku szybszego wdrażania innowacji, skuteczniejszego wykorzystania krajowego potencjału badawczo-rozwojowego i budowy nowoczesnej, bezpiecznej energetyki – podkreśla Marcin Kulasek.

Jak podsumował minister nauki i szkolnictwa wyższego, wydarzenie to udowadnia, że polska nauka i energetyka grają do jednej bramki. Bez potencjału uczelni i instytutów naukowych trudno będzie wykonać skok technologiczny potrzebny do transformacji energetycznej.

Transformacja energetyczna jest wielkim procesem, który nie miał odzwierciedlenia wcześniej w historii polskiej energetyki, dlatego innowacje w sposób znakomity mogą ją przyspieszyć, przede wszystkim w zakresie szybszego testowania, a później wdrażania zgodnie z potrzebami biznesowymi Grupy PGE. To przestrzeń, w której krajowe uczelnie, instytuty badawcze i zespoły inżynierskie mogą realnie kształtować przyszłość polskiego sektora energetycznego. Dlatego właśnie w Grupie PGE konsekwentnie stawiamy na local content, rozumiany nie tylko jako współpraca z polskimi firmami, ale także jako aktywne włączanie polskich kompetencji w tworzenie i wdrażanie nowoczesnych rozwiązań, które będą fundamentem bezpiecznej i konkurencyjnej energetyki – mówi Dariusz Lubera.

Według zapowiedzi współpraca obejmie zarówno duże projekty technologiczne, jak i mniejsze inicjatywy usprawniające codzienne funkcjonowanie organizacji. Chodzi m.in. o rozwiązania w zakresie magazynowania energii, integracji odnawialnych źródeł energii, cyfryzacji i wykorzystania sztucznej inteligencji, cyberbezpieczeństwa infrastruktury krytycznej, zielonych paliw, rozwiązań dla ciepłownictwa, elektromobilności, gospodarki obiegu zamkniętego czy poszukiwania nowych materiałów i technologii dla infrastruktury energetycznej.

Współpraca uczelni wyższych z Grupą PGE jest bardzo ważna i mam nadzieję, że przyniesie bardzo wiele korzyści dla obu stron. Przede wszystkim jest w stanie dostarczyć dla przemysłu nowe rozwiązania, które są rozwijane w warunkach laboratoryjnych przez pracowników uczelni. Dla uczelni powinna z kolei przynieść możliwość weryfikowania i rozwijania swoich rozwiązań dzięki współpracy z rzeczywistymi obiektami – tłumaczy dr hab. inż. Paweł Madejski z Wydziału Inżynierii Mechanicznej i Robotyki Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie.

– W Instytucie Energii na Politechnice Gdańskiej prowadzimy sporo prac, które naszym zdaniem będą bardzo użyteczne dla PGE, zarówno w zakresie energetyki rozproszonej, jak i wielkoskalowej, wykorzystania energii odpadowej, magazynów energii, również tych cieplnych. Chcielibyśmy to realizować tak, żeby skorzystał na tym odbiorca końcowy. Stąd bardzo cenna dla nas współpraca z PGE, bo jest to duży podmiot, który, po pierwsze, ma możliwości finansowania, po drugie, jest w stanie bardzo precyzyjnie przekazać informacje, czego oczekuje klient i co podnosi bezpieczeństwo – mówi dr hab. inż. Jacek Kropiwnicki, profesor Politechniki Gdańskiej.

Dzięki zawartym porozumieniom PGE oraz partnerzy naukowi zyskują możliwość realizacji wspólnych projektów innowacyjnych, ale także aplikowania o krajowe i europejskie środki pomocowe na działalność badawczo-rozwojową. Współpraca obejmie również tworzenie laboratoriów, platform testowych i środowisk demonstracyjnych dla najnowszych technologii, co pozwoli na szybszą weryfikację nowych rozwiązań w warunkach zbliżonych do rzeczywistych oraz ich sprawniejsze wdrażanie w spółkach Grupy PGE.

Grupa PGE działa w skali, w której każdy procent poprawy efektywności i jakości ma realne znaczenie biznesowe. Ponad 61 mld zł przychodów, ponad 55 TWh wyprodukowanej energii elektrycznej i blisko 41 TWh energii dystrybuowanej w 2025 roku pokazują, że potencjał do wdrażania innowacji jest ogromny – podkreślił podczas Dnia Innowacji Piotr Dziubałtowski, wiceprezes PGE ds. wsparcia i rozwoju.

– Sam Dzień Innowacji PGE, jak również podpisanie umów ramowych z dziewięcioma instytucjami naukowo-akademickimi są kluczowe z punktu widzenia przyjętej przez Grupę Kapitałową PGE strategicznej agendy badawczo-rozwojowej. Jest to jeden z fundamentów współpracy zewnętrznej oraz budowy obszaru B+R i innowacji w ramach Grupy PGE  mówi Paweł Kaszubski, dyrektor Departamentu Rozwoju i Zarządzania Innowacjami w PGE.

Przyjęty 8 czerwca br. przez rząd Krajowy Plan w dziedzinie Energii i Klimatu do 2030 roku z perspektywą do 2040 roku (KPEiK) zakłada stopniowy wzrost nakładów i optymalne kierowanie środków na B+R w obszarach transformacji do gospodarki neutralnej klimatycznie. Bardzo istotnym zmianom podlegać będą m.in. energetyka, ciepłownictwo, budownictwo czy też przemysł. Ich skuteczna realizacja będzie wymagała wzmocnienia potencjału ośrodków akademickich jako centrów tworzenia i transferu wiedzy oraz innowacji. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polska-nauka-bedzie,p1634039881

Wojsko rozwija systemy sztucznej inteligencji do wsparcia dowodzenia i cyberobrony. Ważna współpraca z przemysłem i nauką

Sztuczna inteligencja coraz mocniej wchodzi do polskiej armii – od analizy danych wywiadowczych po obronę przed cyberatakami. Działające od roku centrum wdrożeniowe ma już za sobą pierwsze projekty łączące kompetencje wojska, nauki i przemysłu. Współpraca tych trzech obszarów jest kluczowa, by budować własne kompetencje technologiczne.

– Centrum Implementacji Sztucznej Inteligencji rozpoczęło swoją działalność w zeszłym roku. Od tego czasu rozpoczęliśmy współpracę w ramach hubu technologicznego z przemysłem, nauką i wojskiem. Naszą ambicją jest to, żeby te trzy podmioty łączyć i zwiększać zdolności związane z wdrażaniem sztucznej inteligencji w siłach zbrojnych. W tym zakresie mocno współpracujemy z dostawcami sprzętu i platform dla wojska, aby rozszerzać te nowoczesne platformy wojskowe o elementy sztucznej inteligencji – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria płk Piotr Turek, szef Centrum Implementacji Sztucznej Inteligencji Dowództwa Komponentu Wojsk Obrony Cyberprzestrzeni w Ministerstwie Obrony Narodowej.

Funkcjonujące od roku Centrum Implementacji Sztucznej Inteligencji odpowiada za rozwój i wdrażanie rozwiązań AI w kluczowych obszarach działania Sił Zbrojnych RP, w tym w analizie danych wywiadowczych i rozpoznawczych, wsparciu dowodzenia oraz cyberbezpieczeństwie. Projekty rozwijane w ramach centrum mają charakter wdrożeniowy i są testowane w warunkach zbliżonych do operacyjnych. Ich celem jest szybkie przejście od etapu badań do praktycznego zastosowania w siłach zbrojnych, przy ścisłej współpracy z instytutami badawczymi i partnerami przemysłowymi.

– Zrealizowaliśmy pierwsze projekty pilotażowe z polską nauką, w szczególności z instytutami badawczymi, np. Instytutem Badawczym IDEAS. Udało nam się wspólnie zrealizować pięć projektów. Jeden z nich dotyczył budowania świadomości sytuacyjnej na polu walki, a cztery pozostałe dotyczyły obszaru wzmacniania cyberbezpieczeństwa z wykorzystaniem sztucznej inteligencji. Mocno współpracujemy też z naszymi partnerami i sojusznikami NATO – wskazuje szef CISI DKWOC.

Rozwój projektów AI w wojsku wpisuje się w szerszy trend zacieśniania współpracy między sektorem cywilnym a obronnym. W Polsce powstają elementy tego ekosystemu, w tym akcelerator NATO DIANA w Krakowie, który łączy naukę, start-upy i wojsko w rozwijaniu technologii o podwójnym zastosowaniu – zarówno dla bezpieczeństwa, jak i gospodarki.

Rozwiązania rozwijane w tym modelu znajdują zastosowanie bezpośrednio w działaniach operacyjnych. Na współczesnym polu walki kluczowe znaczenie ma szybkie łączenie i analiza danych z wielu źródeł, w tym systemów rozpoznania i sensorów. Rozwiązania oparte na sztucznej inteligencji pozwalają przekształcać te informacje w spójny obraz sytuacji operacyjnej i wspierać proces podejmowania decyzji.

– Stworzyliśmy Inkubator Projektów AI, gdzie nasi inżynierowie budują pewne rozwiązania od podstaw. Naszym celem jest zbudowanie również w zakresie sztucznej inteligencji autonomii technologicznej, żeby w newralgicznych obszarach, gdzie mówimy o wsparciu dowodzenia, nasze wojska były autonomiczne, żeby były w stanie wykorzystywać technologie, które daje zarówno polski przemysł, polska nauka, jak i te elementy, które wytworzyliśmy w naszych zespołach DKWOC – mówi płk Piotr Turek.

Rozwój własnych rozwiązań technologicznych ma ograniczać zależność od zewnętrznych dostawców w kluczowych obszarach bezpieczeństwa. W systemach dowodzenia i cyberobrony oznacza to większą kontrolę nad danymi i algorytmami oraz szybsze dostosowywanie narzędzi do potrzeb operacyjnych.

– Obszar cyberbezpieczeństwa po roku 2016 po konferencji NATO został uznany za jedną z domen, kolejną po lądzie, powietrzu, morzu i kosmosie. Jak ważny jest to obszar oddziaływań operacyjnych, dowiedzieliśmy się m.in. w trakcie trwającej wojny Rosji z Ukrainą – podkreśla szef Centrum Implementacji Sztucznej Inteligencji.

Jak dodaje, od czasu rozpoczęcia pełnoskalowej inwazji liczba cyberataków na wojskowe sieci i systemy teleinformatyczne w Polsce wzrosła około pięciokrotnie. Coraz częściej ich celem stają się także infrastruktura krytyczna i systemy państwa, od których zależy funkcjonowanie gospodarki i administracji.

– Jako Siły Zbrojne RP odpowiadamy za sektor defence, natomiast współpracujemy również z innymi CSIRT-ami, które odpowiadają za zagrożenia w kierunku przemysłu, nauki i administracji państwowej. Ten połączony wysiłek sprawia, że pokrywamy w 100 proc. polską cyberprzestrzeń – przekonuje płk Piotr Turek. – Naszą odpowiedzią jest mitygacja tych zagrożeń w trybie 24/7. Nasi specjaliści w specjalnych zespołach ds. cyberbezpieczeństwa na bieżąco mitygują najważniejsze zagrożenia z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa. Co istotne, również do obrony naszej cyberprzestrzeni wykorzystujemy narzędzia z wykorzystaniem sztucznej inteligencji.

Również współpraca międzynarodowa odgrywa istotną rolę w budowaniu zdolności cyberobronnych. 12 stycznia br. DKWOC podpisało list intencyjny o partnerstwie z Dowództwem Sił Zbrojnych USA w Europie, który tworzy ramy współpracy w zakresie wzmacniania zdolności i koordynacji działań w cyberprzestrzeni oraz przygotowania do reagowania na coraz bardziej złożone zagrożenia cyfrowe. W ramach NATO realizowane są wspólne działania, ćwiczenia oraz wymiana doświadczeń i technologii, które wspierają reagowanie na zagrożenia o charakterze transgranicznym.

– Dowództwo Komponentów Wojsk Obrony Cyberprzestrzeni ma podpisane porozumienia między innymi z ośrodkami cyberdefence w Stanach Zjednoczonych. Prowadzimy wspólne działania, wymieniamy się doświadczeniami, technologią, również w krytycznych obszarach, w których może dojść do pewnej korelacji zdarzeń. Działamy tak, żeby z naszymi sojusznikami bronić natowskiej cyberprzestrzeni – podkreśla szef Centrum Implementacji Sztucznej Inteligencji Dowództwa Komponentu Wojsk Obrony Cyberprzestrzeni w MON.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/wojsko-rozwija-systemy,p13440525

Wojsko rozwija systemy sztucznej inteligencji do wsparcia dowodzenia i cyberobrony. Ważna współpraca z przemysłem i nauką

Sztuczna inteligencja coraz mocniej wchodzi do polskiej armii – od analizy danych wywiadowczych po obronę przed cyberatakami. Działające od roku centrum wdrożeniowe ma już za sobą pierwsze projekty łączące kompetencje wojska, nauki i przemysłu. Współpraca tych trzech obszarów jest kluczowa, by budować własne kompetencje technologiczne.

– Centrum Implementacji Sztucznej Inteligencji rozpoczęło swoją działalność w zeszłym roku. Od tego czasu rozpoczęliśmy współpracę w ramach hubu technologicznego z przemysłem, nauką i wojskiem. Naszą ambicją jest to, żeby te trzy podmioty łączyć i zwiększać zdolności związane z wdrażaniem sztucznej inteligencji w siłach zbrojnych. W tym zakresie mocno współpracujemy z dostawcami sprzętu i platform dla wojska, aby rozszerzać te nowoczesne platformy wojskowe o elementy sztucznej inteligencji – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria płk Piotr Turek, szef Centrum Implementacji Sztucznej Inteligencji Dowództwa Komponentu Wojsk Obrony Cyberprzestrzeni w Ministerstwie Obrony Narodowej.

Funkcjonujące od roku Centrum Implementacji Sztucznej Inteligencji odpowiada za rozwój i wdrażanie rozwiązań AI w kluczowych obszarach działania Sił Zbrojnych RP, w tym w analizie danych wywiadowczych i rozpoznawczych, wsparciu dowodzenia oraz cyberbezpieczeństwie. Projekty rozwijane w ramach centrum mają charakter wdrożeniowy i są testowane w warunkach zbliżonych do operacyjnych. Ich celem jest szybkie przejście od etapu badań do praktycznego zastosowania w siłach zbrojnych, przy ścisłej współpracy z instytutami badawczymi i partnerami przemysłowymi.

– Zrealizowaliśmy pierwsze projekty pilotażowe z polską nauką, w szczególności z instytutami badawczymi, np. Instytutem Badawczym IDEAS. Udało nam się wspólnie zrealizować pięć projektów. Jeden z nich dotyczył budowania świadomości sytuacyjnej na polu walki, a cztery pozostałe dotyczyły obszaru wzmacniania cyberbezpieczeństwa z wykorzystaniem sztucznej inteligencji. Mocno współpracujemy też z naszymi partnerami i sojusznikami NATO – wskazuje szef CISI DKWOC.

Rozwój projektów AI w wojsku wpisuje się w szerszy trend zacieśniania współpracy między sektorem cywilnym a obronnym. W Polsce powstają elementy tego ekosystemu, w tym akcelerator NATO DIANA w Krakowie, który łączy naukę, start-upy i wojsko w rozwijaniu technologii o podwójnym zastosowaniu – zarówno dla bezpieczeństwa, jak i gospodarki.

Rozwiązania rozwijane w tym modelu znajdują zastosowanie bezpośrednio w działaniach operacyjnych. Na współczesnym polu walki kluczowe znaczenie ma szybkie łączenie i analiza danych z wielu źródeł, w tym systemów rozpoznania i sensorów. Rozwiązania oparte na sztucznej inteligencji pozwalają przekształcać te informacje w spójny obraz sytuacji operacyjnej i wspierać proces podejmowania decyzji.

– Stworzyliśmy Inkubator Projektów AI, gdzie nasi inżynierowie budują pewne rozwiązania od podstaw. Naszym celem jest zbudowanie również w zakresie sztucznej inteligencji autonomii technologicznej, żeby w newralgicznych obszarach, gdzie mówimy o wsparciu dowodzenia, nasze wojska były autonomiczne, żeby były w stanie wykorzystywać technologie, które daje zarówno polski przemysł, polska nauka, jak i te elementy, które wytworzyliśmy w naszych zespołach DKWOC – mówi płk Piotr Turek.

Rozwój własnych rozwiązań technologicznych ma ograniczać zależność od zewnętrznych dostawców w kluczowych obszarach bezpieczeństwa. W systemach dowodzenia i cyberobrony oznacza to większą kontrolę nad danymi i algorytmami oraz szybsze dostosowywanie narzędzi do potrzeb operacyjnych.

– Obszar cyberbezpieczeństwa po roku 2016 po konferencji NATO został uznany za jedną z domen, kolejną po lądzie, powietrzu, morzu i kosmosie. Jak ważny jest to obszar oddziaływań operacyjnych, dowiedzieliśmy się m.in. w trakcie trwającej wojny Rosji z Ukrainą – podkreśla szef Centrum Implementacji Sztucznej Inteligencji.

Jak dodaje, od czasu rozpoczęcia pełnoskalowej inwazji liczba cyberataków na wojskowe sieci i systemy teleinformatyczne w Polsce wzrosła około pięciokrotnie. Coraz częściej ich celem stają się także infrastruktura krytyczna i systemy państwa, od których zależy funkcjonowanie gospodarki i administracji.

– Jako Siły Zbrojne RP odpowiadamy za sektor defence, natomiast współpracujemy również z innymi CSIRT-ami, które odpowiadają za zagrożenia w kierunku przemysłu, nauki i administracji państwowej. Ten połączony wysiłek sprawia, że pokrywamy w 100 proc. polską cyberprzestrzeń – przekonuje płk Piotr Turek. – Naszą odpowiedzią jest mitygacja tych zagrożeń w trybie 24/7. Nasi specjaliści w specjalnych zespołach ds. cyberbezpieczeństwa na bieżąco mitygują najważniejsze zagrożenia z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa. Co istotne, również do obrony naszej cyberprzestrzeni wykorzystujemy narzędzia z wykorzystaniem sztucznej inteligencji.

Również współpraca międzynarodowa odgrywa istotną rolę w budowaniu zdolności cyberobronnych. 12 stycznia br. DKWOC podpisało list intencyjny o partnerstwie z Dowództwem Sił Zbrojnych USA w Europie, który tworzy ramy współpracy w zakresie wzmacniania zdolności i koordynacji działań w cyberprzestrzeni oraz przygotowania do reagowania na coraz bardziej złożone zagrożenia cyfrowe. W ramach NATO realizowane są wspólne działania, ćwiczenia oraz wymiana doświadczeń i technologii, które wspierają reagowanie na zagrożenia o charakterze transgranicznym.

– Dowództwo Komponentów Wojsk Obrony Cyberprzestrzeni ma podpisane porozumienia między innymi z ośrodkami cyberdefence w Stanach Zjednoczonych. Prowadzimy wspólne działania, wymieniamy się doświadczeniami, technologią, również w krytycznych obszarach, w których może dojść do pewnej korelacji zdarzeń. Działamy tak, żeby z naszymi sojusznikami bronić natowskiej cyberprzestrzeni – podkreśla szef Centrum Implementacji Sztucznej Inteligencji Dowództwa Komponentu Wojsk Obrony Cyberprzestrzeni w MON.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/wojsko-rozwija-systemy,p13440525