Inwestycje za ponad 50 mld zł mają przygotować porty lotnicze na zwiększony ruch. Lotnisko Chopina w 2029 roku chce obsługiwać 30 mln pasażerów rocznie

Polskie lotniska wchodzą w fazę intensywnych inwestycji, które mają zwiększyć ich przepustowość i przygotować infrastrukturę na dalszy dynamiczny wzrost ruchu. Jak wskazuje prezes Polskich Portów Lotniczych, w najbliższych latach na ten cel ma trafić ponad 50 mld zł. Największe projekty obejmują modernizację Lotniska Chopina w Warszawie, rozbudowę lotniska w Krakowie oraz przygotowania do uruchomienia nowego centralnego lotniska w ramach projektu Port Polska.

 Wyzwań dla lotnisk i całej branży jest bardzo wiele, ale zaczynamy od infrastruktury. Apetyt na latanie jest coraz większy, popyt rośnie, a to oznacza potrzebę rozbudowy infrastruktury, która będzie wydolna i zdolna odpowiedzieć na zapotrzebowanie pasażerów – mówi agencji informacyjnej Newseria Łukasz Chaberski, prezes Polskich Portów Lotniczych. – Dlatego praktycznie wszystkie porty lotnicze w Polsce prowadzą albo przygotowują procesy inwestycyjne. W tym zakresie ponad 50 mld zł w Polsce w najbliższych latach zostanie przeznaczone na ten cel. Na samym Lotnisku Chopina 940 mln zł trafi na modernizację, abyśmy mogli obsłużyć ponad 30 mln pasażerów już w 2029 roku. Również w innych portach, chociażby w Krakowie, mamy plan inwestycyjny na poziomie 4,2 mld zł.

Miniony rok pokazał skalę potencjału krajowego rynku. W 2025 roku polskie lotniska obsłużyły łącznie ponad 66,2 mln pasażerów, rosnąc o 14,4 proc. rok do roku, czyli ponad trzykrotnie szybciej niż średnia europejska wynosząca 4,4 proc. (dane ACI Europe). Ponad 63 proc. całego ruchu przypadło na lotniska regionalne, które odprawiły 41,9 mln podróżnych. Wśród liderów znalazły się Kraków, Katowice, Gdańsk, Wrocław i Poznań, które notowały co najmniej dwucyfrowe wzrosty. Porty zarządzane przez PPL – Lotnisko Chopina, Warszawa–Radom oraz Zielona Góra–Babimost – obsłużyły łącznie 24,2 mln pasażerów. Samo stołeczne lotnisko zakończyło rok z rekordowym wynikiem ponad 24 mln pasażerów, co oznacza wzrost o ponad 13 proc. rok do roku. Również wynik cargo okazał się historycznie najwyższy – obsłużone 137 tys. t oznacza wzrost o 17 proc. rok do roku.

Modernizacja warszawskiego lotniska ma przede wszystkim zwiększyć jego przepustowość i poprawić komfort obsługi podróżnych. To odpowiedź na szybki wzrost ruchu, który już dziś znacząco przekracza założenia, według których projektowano terminal.

 Realizowana już modernizacja ma na celu przede wszystkim możliwość absorpcji ponad 30 mln pasażerów rocznie – podkreśla Łukasz Chaberski. – Bez tej modernizacji bezpowrotnie utracilibyśmy ponad 32 mln pasażerów, którzy po prostu nie zostaliby tu odprawieni. Zgodnie z danymi, które posiadamy, i metodologią Międzynarodowej Rady Portów Lotniczych oznaczałoby to ponad 32 mld zł utraconego wpływu katalitycznego na gospodarkę. To przedsięwzięcie ma również głębokie uzasadnienie strategiczne, bo bez tych pasażerów nowy projekt, Port Polska, który otworzy się w 2032 roku, miałby od początku znacznie mniejszą bazę podróżnych i byłby mniej rentowny.

Pasażerowie najszybciej odczują zmiany w terminalu i podczas kontroli bezpieczeństwa. Polskie Porty Lotnicze zapowiadają, że część udogodnień będzie widoczna już w tym roku.

 Pasażer zauważy gołym okiem przede wszystkim dwa elementy. Po pierwsze, rozbudowę pirsu południowego o 300 m, dzięki czemu zyskamy nowe stanowiska kontaktowe, czyli rękawy, i będziemy mogli sprawniej obsługiwać podróżnych – wyjaśnia prezes PPL. – Wzrost powierzchni terminala jest potrzebny nie tylko po to, żeby było bardziej komfortowo, ale również bezpiecznie. Infrastruktura, z której dziś korzystamy, była planowana na około 15 mln pasażerów, a w zeszłym roku obsłużyliśmy ponad 24 mln. Po drugie, sukcesywnie wymieniamy urządzenia do kontroli bezpieczeństwa na najnowsze urządzenia klasy C3. Pozwolą one pasażerom nie wyciągać elektroniki z bagażu podręcznego oraz przewozić większe pojemności płynów. Dla nas najważniejsze jest jednak to, że przepustowość wzrasta prawie dwukrotnie, co umożliwia znacznie lepszą obsługę pasażerów.

Zmiany obejmą także obszary mniej widoczne dla podróżnych, ale kluczowe z punktu widzenia sprawności operacyjnej lotniska. Chodzi m.in. o rozbudowę płyt postojowych dla największych samolotów oraz systemu obsługi bagażu.

– To, co pasażer widzi na karuzeli przy odbiorze bagażu, jest zaledwie fragmentem całego, bardzo skomplikowanego systemu, który musi zarządzać wieloma tysiącami bagaży w ciągu godziny – zaznacza Łukasz Chaberski. – Jesteśmy lotniskiem hubowym, więc dostarczenie bagażu na czas we właściwe miejsce jest kluczowe, aby nie było opóźnień i żeby loty odbywały się bez przeszkód.

Inwestycje mają odpowiedzieć na długoterminowy trend, który stawia Polskę w gronie najszybciej rozwijających się rynków lotniczych w Europie. Z prognoz przygotowanych dla PPL wynika, że w 2026 roku polskie lotniska mogą obsłużyć w sumie 73,3 mln pasażerów, a w 2033 roku, kiedy zacznie już działać Port Polska – już około 95 mln. Symboliczna bariera 100 mln podróżnych ma zostać przekroczona w 2035 roku. Długoterminowe prognozy na 2060 rok zakładają osiągnięcie poziomu nawet 172 mln podróżnych. Dynamicznie ma rosnąć także segment cargo, który według prognoz może osiągnąć 1 mln t przeładunków około 2041 roku, a do 2060 roku wzrosnąć do 1,68 mln t.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/inwestycje-za-ponad-50-mld,p312103206

Unia Europejska chce złagodzić AI Act. Na szali konkurencyjność start-upów i małych przedsiębiorców

Parlament Europejski pracuje nad deregulacją AI Act z 2024 roku, która pomoże unijnym firmom, zwłaszcza z sektora MŚP, zachować konkurencyjność w wyścigu technologicznym z USA i Chinami. W grę wchodzą m.in.: zmniejszenie obciążeń administracyjnych, przejrzystsze zasady wdrażania przepisów i większa przestrzeń na innowacje. Zdaniem Tobiasza Bocheńskiego, europosła z PiS, zaproponowany przez Komisję Europejską pakiet uproszczeń powinien pójść jeszcze dalej.

AI Act, czyli akt w sprawie sztucznej inteligencji, wszedł w życie 1 sierpnia 2024 roku. Jego celem jest promowanie innowacji w dziedzinie AI i upowszechnianie technologii, a jednocześnie zapewnienie wysokiego poziomu bezpieczeństwa i ochrony praw podstawowych, w tym demokracji i praworządności. Wdrażanie przepisów odbywa się etapami, a większość z nich, w tym regulujące systemy AI wysokiego ryzyka, mają zacząć obowiązywać od 2 sierpnia 2026 i 2027 roku, w zależności od kategorii zmian.

Okazało się, że ta regulacja jest w bardzo dużym stopniu szkodliwa dla rozwoju najnowszych technologii w Europie. Stąd inicjatywa Komisji Europejskiej i próba deregulacji, zniesienia pewnych obciążeń dla małych, mikro- i średnich przedsiębiorstw zajmujących się sztuczną inteligencją – mówi agencji Newseria Tobiasz Bocheński, europoseł Prawa i Sprawiedliwości, Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy.

Komisja Europejska w listopadzie 2025 roku opublikowała propozycję deregulacji tego aktu, w ramach tzw. cyfrowego omnibusa.

– To propozycja różnych szczegółowych zmian technicznych dotyczących tego, jak się pracuje nad sztuczną inteligencją, np. zmniejszenia liczby sprawozdań i biurokratycznych wytycznych oraz doprowadzenia do większej jasności tekstów prawnych, by firmy wiedziały, jakie są ich obowiązki. Teraz tego nie wiedzą – zaznacza Tobiasz Bocheński. 

Komisja Europejska już po wdrożeniu obowiązujących pierwszych przepisów przeprowadziła szereg konsultacji z zainteresowanymi stronami. Wykazały one szereg wyzwań, które mogłyby zagrozić skutecznemu stosowaniu kluczowych przepisów aktu. Wśród propozycji deregulacji znalazły się m.in. uproszczenia w dokumentacji technicznej i systemach zarządzania jakością czy też obowiązek brania pod uwagę sytuacji ekonomicznej mniejszych podmiotów przy wymierzaniu kar.

– Obecnie pracujemy nad tym w europarlamencie. Jest to jedna z ważniejszych inicjatyw, bo Unia Europejska traci przewagi konkurencyjne, również w najnowocześniejszych rynkach. Jeżeli chcemy rywalizować z Chińczykami, Amerykanami, Japończykami czy Koreańczykami Południowymi, to musimy coś zrobić w tej sprawie – uważa polityk.

Jak wskazuje raport PAIH „AI – regulacje prawne istniejące i powstające na danych rynkach”, w Stanach Zjednoczonych dominuje podejście proinnowacyjne. Administracja prezydenta Donalda Trumpa zmniejsza obciążenia regulacyjne i ogranicza restrykcyjne przepisy stanowe, dzięki czemu tworzenie i wdrażanie systemów AI dla start-upów i założycieli firm technologicznych ma być łatwiejsze i mniej kosztowne.

Miałem spotkanie z naszą branżą AI. Polskie firmy dążą do tego, żeby zlikwidować biurokrację związaną z AI, dlatego że stają przed wyzwaniem: albo będą zamykały biznesy, albo przeniosą się do Stanów. Nie ma tutaj wyjścia, bo ich konkurencja w tych samych dziedzinach jest o wiele dynamiczniejsza, lepiej funkcjonuje za oceanem, więc prowadzenie działalności w Polsce czy w innym państwie Unii Europejskiej jest po prostu nieopłacalne – podkreśla Tobiasz Bocheński. – W raporcie Draghiego jest opisane, że wszystkie start-upy, które w Europie się świetnie rozwijają, tu zaczynają raczkować, mają świetne pomysły, potem uciekają do USA i tam prowadzą swoją działalność. Jeżeli doprowadzamy do tego, że następuje drenaż pomysłów, kreatywności, kapitału, ludzi z Europy do Stanów Zjednoczonych, to nie jest dobra wizja rozwojowa.

Jak wynika z tegorocznego badania EY „Jak polskie firmy wdrażają AI”, 31 proc. średnich i dużych przedsiębiorstw rozpoczęło proces wdrożenia AI Act, a 40 proc. jest w jego trakcie. Co trzecie przedsiębiorstwo oceniło, że pełne dostosowanie się do unijnego rozporządzenia będzie pracochłonne i wymusi zmiany zarówno w procesach wewnętrznych, jak i biznesowych. Jedynie 3 proc. firm wskazuje, że AI Act ich nie dotyczy.

– Oczekiwania ze strony rynku są różnego rodzaju, bo musimy odróżnić wielkie korporacje i małe start-upy, które mają różne interesy, ale trzeba uwzględnić je wszystkie i pogłębić deregulację. Czyli tam, gdzie Komisja Europejska weszła ze swoimi propozycjami, trzeba doprowadzić do tego, żeby zmiana aktu prawnego poszła jeszcze dalej, wytwarzając większą sferę swobody i wolności dla tych, którzy zajmują się wytwarzaniem, przetwarzaniem, rozwijaniem najnowocześniejszych technologii w Unii Europejskiej – uważaeuroposeł Prawa i Sprawiedliwości.

AI Chamber, czyli izba zrzeszająca kilkadziesiąt start-upów, firm i organizacji pozarządowych z Polski oraz regionu Europy Środkowo-Wschodniej, w grudniu 2025 roku wystosowała list otwarty do Rady Unii Europejskiej i Parlamentu Europejskiego. Wzywa w nim nie tylko do poparcia, ale też znacznego wzmocnienia i rozszerzenia propozycji omnibusa. 

Nigdzie na świecie nie jest wstrzymywana praca nad sztuczną inteligencją. Jeżeli my to zrobimy, to przegramy w tym wyścigu. Jeżeli tak się stanie, a sztuczna inteligencja będzie wykorzystywana w robotyce, obronności, technologiach naszego życia codziennego, to będziemy nie tylko zacofani, ale staniemy się też o wiele biedniejsi od tych, którzy będą dysponowali tą technologią – uważa Tobiasz Bocheński. – Zatem stoję na stanowisku zdecydowanie wolnościowym. Pozwólmy rozwijać sztuczną inteligencję na takich samych zasadach, jak to się dzieje w Chinach i Stanach Zjednoczonych. To jest nasz główny konkurent w zachodniej cywilizacji.

W apelu do władz unijnych przedstawiciele AI Chamber podkreślali, że rosnąca złożoność przepisów tworzy niewidzialne bariery i rosnące koszty dla przedsiębiorców, zwłaszcza z sektora MŚP i start-upów. Zamiast tworzyć nowe produkty, innowatorzy są zmuszeni wydawać pieniądze na prawników i konsultantów, aby się upewnić, że ich pomysł mieści się w ramach prawa.

– Wielkim korporacjom, które dysponują tą technologią, nie zależy na tak dużej deregulacji jak tym małym. Te potrzebują dużo swobody, żeby konkurować z wielkimi. Za to wielcy mają przewagę kapitałową, technologiczną, swoje rozwiązania, więc zależy im na opiekowaniu się własnym know-how i zwalczaniu konkurencji – wyjaśnia europoseł PiS.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/unia-europejska-chce,p1982289081

Parlament Europejski chce szybkiego utworzenia tzw. militarnej strefy Schengen. Ma to przyspieszyć transfer wojska i sprzętu

Trzy dni w czasach pokoju i 24 godziny w sytuacjach kryzysowych – tyle ma trwać przemieszczanie się żołnierzy i sprzętu wojskowego na terenie Unii Europejskiej po utworzeniu tzw. militarnej strefy Schengen. Parlament Europejski wskazuje na pilną potrzebę zwiększenia mobilności wojskowej UE w obliczu potencjalnego zagrożenia ze strony Rosji. Dąży również do zwiększenia finansowania tego obszaru i ścisłej współpracy z NATO. Europarlamentarzyści zaznaczają, że jeszcze w tym roku chcą doprowadzić sprawę militarnego Schengen do końca. 

To, co jest najważniejsze, jeżeli chodzi o szybkość reakcji na zagrożenia, to mobilność sił zbrojnych państw członkowskich NATO. Niestety jest ona ograniczona ze względu na procedury na poszczególnych granicach. W 2024 roku doszło jednak do podpisania porozumienia pomiędzy Niemcami, Niderlandami a Polską, aby udrożnić kanał transportowy dla sprzętu i sił wojskowych – mówi agencji Newseria Andrzej Grzyb, poseł na Sejm z PSL, przewodniczący sejmowej Komisji Obrony Narodowej.

Mowa o liście intencyjnym podpisanym w styczniu 2024 roku przez ministra obrony narodowej Władysława Kosiniaka-Kamysza, a także szefów niemieckiego i holenderskiego resortu obrony. Celem trójstronnego porozumienia było ujednolicenie procedur podczas planowania i realizacji przemieszczeń wojsk w ramach planów sojuszniczych.

– Sprawa mobilności wojskowej, nazywana „wojskowym Schengen”, musi być doprowadzona do finału. Ona gwarantuje szybkość reakcji zarówno przy transporcie wojsk, jak również sprzętu. Wiemy, że on też ma swoje wymagania, w szczególności jeżeli chodzi o przeprawy, gdzie musi być odpowiednia nośność. Nie mówiąc już o wąskich gardłach pojawiających się na granicach – tłumaczy Andrzej Grzyb.

Parlament Europejski w rezolucji przyjętej w grudniu 2025 roku przyznał, że w zakresie mobilności wojskowej poczyniono już duże postępy, jednak wciąż dostrzega bariery administracyjne, finansowe oraz infrastrukturalne. Apeluje więc o utworzenie tzw. militarnej strefy Schengen, która ułatwi przemieszczanie wojsk i sprzętu w całej UE.

W tej chwili transport wiąże się z bardzo dużą biurokracją, wymaga zezwoleń w każdym kraju członkowskim. Według naszych obliczeń średnio zajmuje to około 40 dni. Nam zależy na tym, by zajmowało to kilkanaście, maksymalnie kilkadziesiąt godzin, w związku z tym chcemy ujednolicić zasady i formularze na poziomie europejskim – tłumaczy Michał Szczerba, poseł do Parlamentu Europejskiego z Koalicji Obywatelskiej, członek Komisji Bezpieczeństwa i Obrony (SEDE) w Parlamencie Europejskim.

Europarlamentarzyści chcą, aby siły szybkiego reagowania mogły przekraczać granice wewnętrzne w ciągu trzech dni w czasie pokoju, a w sytuacji kryzysowej – do 24 godzin. 

Żeby zbudować „wojskowe Schengen”, potrzebne są nowe regulacje. Nie chodzi jednak o to, żeby było więcej przepisów, wręcz przeciwnie – żeby było ich mniej. Dlatego te wszystkie zezwolenia zostaną ujednolicone na poziomie europejskim – zaznacza europoseł z Koalicji Obywatelskiej. Dla nas najważniejsze jest to, żeby jak najszybciej zlikwidować biurokrację w zakresie transportu wojska i sprzętu. Co istotne, w całym projekcie mamy też kanały strategiczne, tak zwane korytarze. Służą one do tego, żeby wskazać kluczowe drogi, mosty, linie kolejowe, które mogą zapewnić szybki transport np. sprzętu wojskowego w sytuacji zagrożenia.

Jak podkreślali członkowie komisji SEDE, którzy w ubiegłym tygodniu wizytowali polskie zakłady przemysłu obronnego i sprawdzali ich gotowość na inwestycje w ramach programu SAFE, potrzebne jest także wzmocnienie i modernizacja infrastruktury, aby możliwy był transport ciężkiego sprzętu.

– Uważam, że możemy to osiągnąć dość szybko. Wskazaliśmy już ponad 100 punktów ryzyka i pięć priorytetowych osi działania. Jedna z nich jest w Polsce i planujemy szybki rozwój w tym kierunku – mówi Nicolás Pascual de la Parte, poseł do Parlamentu Europejskiego z Partii Ludowej w Hiszpanii, członek Komisji Bezpieczeństwa i Obrony w Parlamencie Europejskim.

W listopadzie 2025 roku Komisja Europejska przedstawiła pakiet dotyczący mobilności wojskowej. Jednym z jego priorytetów jest wzmocnienie infrastruktury transportowej. Mowa m.in. o modernizacji czterech najważniejszych korytarzy mobilności wojskowej, tj. północnego, środkowo-północnego, środkowo-południowego i wschodniego. KE podkreśla także potrzebę usunięcia głównych wąskich gardeł wzdłuż korytarzy dzięki inwestycjom w 500 zidentyfikowanych już punktów newralgicznych infrastruktury. Europarlamentarzyści w grudniowej rezolucji zaznaczyli, że wymagałoby to co najmniej 100 mld euro.

Pakiet mobilności wojskowej przewiduje wspólne zasady i procedury dotyczące transportu wojskowego dla wszystkich państw członkowskich. Do tego dochodzi Europejski System Wzmocnionej Reakcji w zakresie Mobilności Wojskowej (EMERS), który będzie aktywowany w czasach kryzysu i umożliwi szybkie ustalanie priorytetów w zakresie ruchów wojskowych w całej Unii Europejskiej. Mowa również o uproszczeniu formalności celnych.

Mamy nową regulację unijną zaproponowaną przez Komisję, którą teraz będzie się zajmował Parlament. Do końca roku nowe regulacje prawne dotyczące mobilności wojskowej będą gotowe – uważa Michał Szczerba. – Wszystko to będziemy chcieli robić we współpracy z NATO, bo przecież sojusz militarny na wypadek zagrożenia, uruchomienia artykułu 5, będzie odpowiedzialny za kwestie dowodzenia i wdrażanie planów ewentualnościowych w celu zatrzymania wroga. 

Komisja Europejska chce przeznaczyć 17,65 mld euro na mobilność wojskową w następnym budżecie długoterminowym. To dziesięciokrotnie więcej, niż zaplanowano na ten cel w latach 2021–2027 (1,69 mld euro). W międzyczasie państwa członkowskie mogą również wykorzystać realokowane środki polityki spójności oraz instrument SAFE do wspierania projektów infrastrukturalnych dual-use.

To będą gigantyczne pieniądze, które zobaczymy w nowym Funduszu Konkurencyjności, w nowym starym instrumencie „Łącząc Europę”, gdzie będzie finansowana również infrastruktura podwójnego zastosowania. Ale również Fundusz Spójności będzie mógł być przeorientowany – wyjaśnia Michał Szczerba.

Komisja Europejska w pakiecie na rzecz mobilności wojskowej zwraca również uwagę na zapewnienie dostaw energii na potrzeby transportu wojskowego i potrzeby obronne w przyszłych przepisach UE w zakresie bezpieczeństwa energetycznego i w strategiach dotyczących zrównoważonych paliw. 

Na przykład rurociągi z paliwami zatrzymały się na dawnej granicy między NRD a Republiką Federalną Niemiec. Nowe państwa członkowskie będące zarówno w NATO, jak i Unii Europejskiej nie mają możliwości strategicznego zaopatrzenia. To też jest przedmiotem naszej troski i szukania rozwiązań – zauważa Andrzej Grzyb. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/parlament-europejski-chce,p1640622821

Parlament Europejski chce szybkiego utworzenia tzw. militarnej strefy Schengen. Ma to przyspieszyć transfer wojska i sprzętu

Trzy dni w czasach pokoju i 24 godziny w sytuacjach kryzysowych – tyle ma trwać przemieszczanie się żołnierzy i sprzętu wojskowego na terenie Unii Europejskiej po utworzeniu tzw. militarnej strefy Schengen. Parlament Europejski wskazuje na pilną potrzebę zwiększenia mobilności wojskowej UE w obliczu potencjalnego zagrożenia ze strony Rosji. Dąży również do zwiększenia finansowania tego obszaru i ścisłej współpracy z NATO. Europarlamentarzyści zaznaczają, że jeszcze w tym roku chcą doprowadzić sprawę militarnego Schengen do końca. 

To, co jest najważniejsze, jeżeli chodzi o szybkość reakcji na zagrożenia, to mobilność sił zbrojnych państw członkowskich NATO. Niestety jest ona ograniczona ze względu na procedury na poszczególnych granicach. W 2024 roku doszło jednak do podpisania porozumienia pomiędzy Niemcami, Niderlandami a Polską, aby udrożnić kanał transportowy dla sprzętu i sił wojskowych – mówi agencji Newseria Andrzej Grzyb, poseł na Sejm z PSL, przewodniczący sejmowej Komisji Obrony Narodowej.

Mowa o liście intencyjnym podpisanym w styczniu 2024 roku przez ministra obrony narodowej Władysława Kosiniaka-Kamysza, a także szefów niemieckiego i holenderskiego resortu obrony. Celem trójstronnego porozumienia było ujednolicenie procedur podczas planowania i realizacji przemieszczeń wojsk w ramach planów sojuszniczych.

– Sprawa mobilności wojskowej, nazywana „wojskowym Schengen”, musi być doprowadzona do finału. Ona gwarantuje szybkość reakcji zarówno przy transporcie wojsk, jak również sprzętu. Wiemy, że on też ma swoje wymagania, w szczególności jeżeli chodzi o przeprawy, gdzie musi być odpowiednia nośność. Nie mówiąc już o wąskich gardłach pojawiających się na granicach – tłumaczy Andrzej Grzyb.

Parlament Europejski w rezolucji przyjętej w grudniu 2025 roku przyznał, że w zakresie mobilności wojskowej poczyniono już duże postępy, jednak wciąż dostrzega bariery administracyjne, finansowe oraz infrastrukturalne. Apeluje więc o utworzenie tzw. militarnej strefy Schengen, która ułatwi przemieszczanie wojsk i sprzętu w całej UE.

W tej chwili transport wiąże się z bardzo dużą biurokracją, wymaga zezwoleń w każdym kraju członkowskim. Według naszych obliczeń średnio zajmuje to około 40 dni. Nam zależy na tym, by zajmowało to kilkanaście, maksymalnie kilkadziesiąt godzin, w związku z tym chcemy ujednolicić zasady i formularze na poziomie europejskim – tłumaczy Michał Szczerba, poseł do Parlamentu Europejskiego z Koalicji Obywatelskiej, członek Komisji Bezpieczeństwa i Obrony (SEDE) w Parlamencie Europejskim.

Europarlamentarzyści chcą, aby siły szybkiego reagowania mogły przekraczać granice wewnętrzne w ciągu trzech dni w czasie pokoju, a w sytuacji kryzysowej – do 24 godzin. 

Żeby zbudować „wojskowe Schengen”, potrzebne są nowe regulacje. Nie chodzi jednak o to, żeby było więcej przepisów, wręcz przeciwnie – żeby było ich mniej. Dlatego te wszystkie zezwolenia zostaną ujednolicone na poziomie europejskim – zaznacza europoseł z Koalicji Obywatelskiej. Dla nas najważniejsze jest to, żeby jak najszybciej zlikwidować biurokrację w zakresie transportu wojska i sprzętu. Co istotne, w całym projekcie mamy też kanały strategiczne, tak zwane korytarze. Służą one do tego, żeby wskazać kluczowe drogi, mosty, linie kolejowe, które mogą zapewnić szybki transport np. sprzętu wojskowego w sytuacji zagrożenia.

Jak podkreślali członkowie komisji SEDE, którzy w ubiegłym tygodniu wizytowali polskie zakłady przemysłu obronnego i sprawdzali ich gotowość na inwestycje w ramach programu SAFE, potrzebne jest także wzmocnienie i modernizacja infrastruktury, aby możliwy był transport ciężkiego sprzętu.

– Uważam, że możemy to osiągnąć dość szybko. Wskazaliśmy już ponad 100 punktów ryzyka i pięć priorytetowych osi działania. Jedna z nich jest w Polsce i planujemy szybki rozwój w tym kierunku – mówi Nicolás Pascual de la Parte, poseł do Parlamentu Europejskiego z Partii Ludowej w Hiszpanii, członek Komisji Bezpieczeństwa i Obrony w Parlamencie Europejskim.

W listopadzie 2025 roku Komisja Europejska przedstawiła pakiet dotyczący mobilności wojskowej. Jednym z jego priorytetów jest wzmocnienie infrastruktury transportowej. Mowa m.in. o modernizacji czterech najważniejszych korytarzy mobilności wojskowej, tj. północnego, środkowo-północnego, środkowo-południowego i wschodniego. KE podkreśla także potrzebę usunięcia głównych wąskich gardeł wzdłuż korytarzy dzięki inwestycjom w 500 zidentyfikowanych już punktów newralgicznych infrastruktury. Europarlamentarzyści w grudniowej rezolucji zaznaczyli, że wymagałoby to co najmniej 100 mld euro.

Pakiet mobilności wojskowej przewiduje wspólne zasady i procedury dotyczące transportu wojskowego dla wszystkich państw członkowskich. Do tego dochodzi Europejski System Wzmocnionej Reakcji w zakresie Mobilności Wojskowej (EMERS), który będzie aktywowany w czasach kryzysu i umożliwi szybkie ustalanie priorytetów w zakresie ruchów wojskowych w całej Unii Europejskiej. Mowa również o uproszczeniu formalności celnych.

Mamy nową regulację unijną zaproponowaną przez Komisję, którą teraz będzie się zajmował Parlament. Do końca roku nowe regulacje prawne dotyczące mobilności wojskowej będą gotowe – uważa Michał Szczerba. – Wszystko to będziemy chcieli robić we współpracy z NATO, bo przecież sojusz militarny na wypadek zagrożenia, uruchomienia artykułu 5, będzie odpowiedzialny za kwestie dowodzenia i wdrażanie planów ewentualnościowych w celu zatrzymania wroga. 

Komisja Europejska chce przeznaczyć 17,65 mld euro na mobilność wojskową w następnym budżecie długoterminowym. To dziesięciokrotnie więcej, niż zaplanowano na ten cel w latach 2021–2027 (1,69 mld euro). W międzyczasie państwa członkowskie mogą również wykorzystać realokowane środki polityki spójności oraz instrument SAFE do wspierania projektów infrastrukturalnych dual-use.

To będą gigantyczne pieniądze, które zobaczymy w nowym Funduszu Konkurencyjności, w nowym starym instrumencie „Łącząc Europę”, gdzie będzie finansowana również infrastruktura podwójnego zastosowania. Ale również Fundusz Spójności będzie mógł być przeorientowany – wyjaśnia Michał Szczerba.

Komisja Europejska w pakiecie na rzecz mobilności wojskowej zwraca również uwagę na zapewnienie dostaw energii na potrzeby transportu wojskowego i potrzeby obronne w przyszłych przepisach UE w zakresie bezpieczeństwa energetycznego i w strategiach dotyczących zrównoważonych paliw. 

Na przykład rurociągi z paliwami zatrzymały się na dawnej granicy między NRD a Republiką Federalną Niemiec. Nowe państwa członkowskie będące zarówno w NATO, jak i Unii Europejskiej nie mają możliwości strategicznego zaopatrzenia. To też jest przedmiotem naszej troski i szukania rozwiązań – zauważa Andrzej Grzyb. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/parlament-europejski-chce,p1640622821

Zmiany w L4 od 2026 roku. Nowe reguły dotyczą wykonywania pracy podczas zwolnienia i wzmocnionych kompetencji ZUS

1 stycznia 2026 roku wchodzą w życie daleko idące zmiany w polskim systemie ubezpieczeń społecznych. Nowe przepisy mają m.in. umożliwić wykonywanie pracy u jednego pracodawcy przy jednoczesnym przebywaniu na zwolnieniu lekarskim u innego, o ile nie będzie to sprzeczne z celem zwolnienia. Dodatkowo od stycznia zaświadczenie o czasowej niezdolności do pracy będzie można uzyskać nie tylko od lekarza, ale i pielęgniarki czy fizjoterapeuty. Zmiany prawne mają także istotnie wzmocnić mechanizmy nadzorcze ZUS.

 Od stycznia 2026 roku wprowadzone będą liczne zmiany w systemie ubezpieczeń społecznych. Obejmą one skutki zarówno dla pracowników i pracodawców, jak i dla systemu ubezpieczeń społecznych w zakresie orzeczników oraz uprawnień prezesa Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Dotychczasowe przepisy, bardzo rozproszone, mają być skonsolidowane i doprecyzowane – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria dr Anna Banaszewska, radczyni prawna.

Jedną z kluczowych zmian dla pracowników będzie rozszerzenie katalogu osób uprawnionych do wystawiania zaświadczeń o czasowej niezdolności do pracy. Zgodnie z nowymi przepisami od 2026 roku zaświadczenia takie będą mogły wystawiać nie tylko osoby wykonujące zawód lekarza, ale także pielęgniarki oraz fizjoterapeuci. Ma to usprawnić dostęp do świadczeń i częściowo odciążyć system ochrony zdrowia.

– Zakres takich zaświadczeń o czasowej niezdolności do pracy i podstawa ich wystawienia będą zupełnie inne, niż kiedy robi to lekarz. Pielęgniarka będzie mogła wystawić takie zaświadczenie wyłącznie wówczas, kiedy osoba nie będzie zdolna do samodzielnego funkcjonowania, zaś fizjoterapeuta w przypadku prewencji ruchowej. Pracownik będzie mógł więc uzyskać takie zaświadczenie w zależności od okoliczności – tłumaczy dr Anna Banaszewska.

Z danych Zakładu Ubezpieczeń Społecznych wynika, że w 2024 roku wystawiono ponad 27,4 mln zaświadczeń o czasowej niezdolności do pracy. Dlatego też precyzyjne zasady korzystania ze zwolnień oraz ich kontroli mają kluczowe znaczenie.

Zmiany doprecyzowują pojęcie działania sprzecznego z celem zwolnienia lekarskiego. To właśnie ono ma się stać kluczowym kryterium oceny zachowania osoby przebywającej na zwolnieniu, również w kontekście ewentualnych konsekwencji finansowych.

– W przypadku kontroli podstaw wydania zwolnienia lekarskiego ustala się, czy działania osoby, która otrzymała zwolnienie, są związane z celem, czy sprzeczne. Wyobraźmy sobie na przykład, że osoba chodzi na zakupy czy rehabilitację, bo na przykład jest kontuzjowana, albo chodzi na długie spacery zgodnie z zaleceniami lekarskimi. Jeżeli te działania nie stoją w sprzeczności z istotą zwolnienia, to pracownik może być nieobecny w miejscu pobytu w tym czasie, kiedy następuje kontrola przyczyn takiego zwolnienia. Ale gdyby ktoś chciał sobie w tym czasie pojechać na wycieczkę rowerową, to będzie to już działanie sprzeczne z celem zwolnienia – mówi radczyni prawna.

Zasada działań sprzecznych z celem zwolnienia ma też dotyczyć wykonywania obowiązków zawodowych u różnych pracodawców. Dzisiaj zwolnienie lekarskie wystawione dla jednej firmy oznacza, że pracownik nie może świadczyć pracy również w innych, jeśli jest zatrudniony w kilku miejscach. W I półroczu 2025 roku ZUS przeprowadził ponad 69 tys. kontroli, które wykazały, że 8,1 tys. osób nieprawidłowo wykorzystywało zwolnienie lekarskie. Z tego powodu zostały wstrzymane zasiłki na kwotę 16,6 mln zł. Od 2026 roku ten zakaz zostanie zniesiony.

Proszę sobie wyobrazić sytuację, w której wykładowca akademicki jest jednocześnie chirurgiem operatorem. W związku z kontuzją dłoni nie może operować, ale może prowadzić zajęcia. Będzie więc mógł na zwolnieniu lekarskim w szpitalu prowadzić zajęcia na uczelni. Warunek jest tylko taki, że pracownik będzie musiał poinformować pracodawcę, u którego zamierza wykonywać pracę, o tym, że u innego pracodawcy przebywa na zwolnieniu i z jakiego powodu, oczywiście bez wskazywania jednostki chorobowej. Chodzi o to, żeby podejmowane przez niego czynności u innego pracodawcy nie były sprzeczne z celem zwolnienia lekarskiego – wyjaśnia dr Anna Banaszewska.

Jednocześnie, jak wskazują prawnicy, szeroki charakter definicji działania sprzecznego z celem zwolnienia może w praktyce prowadzić do rozbieżnych interpretacji i sporów z organem kontrolnym.

– To miecz obosieczny, dlatego że z jednej strony definicja jest bardzo pojemna i wymaga wyczucia celu zwolnienia lekarskiego, ale z drugiej strony będziemy mogli prowadzić tutaj częstą polemikę z ZUS-em, czy faktycznie ten cel został naruszony, czy nie – ocenia ekspertka.

Na podstawie obowiązujących przepisów ZUS oraz płatnicy składek zgłaszający do ubezpieczenia chorobowego powyżej 20 osób mają prawo kontrolować zarówno prawidłowość orzekania, jak i sposób wykorzystywania zwolnień. Skala tych kontroli w ostatnich latach systematycznie rośnie. W 2024 roku ZUS przeprowadził 486,4 tys. kontroli osób posiadających zaświadczenie o czasowej niezdolności do pracy. W konsekwencji wydał 36,6 tys. decyzji wstrzymujących dalszą wypłatę zasiłków chorobowych, a kwota wstrzymanych świadczeń osiągnęła niemal 53 mln zł. Łącznie kwota obniżonych i cofniętych świadczeń pieniężnych z ubezpieczenia społecznego w razie choroby i macierzyństwa w 2024 roku wyniosła ok. 260 mln zł. W pierwszym półroczu 2025 roku ZUS przeprowadził 227 tys. kontroli zwolnień lekarskich, wstrzymując wypłatę 14,8 tys. zasiłków na kwotę ponad 22,2 mln zł.

– Pracodawcy nadal będą zobowiązani do kontroli przyczyny i zasadności nieobecności w pracy, natomiast będą mieli możliwość, żeby zapewnić wykonywanie pracy pracownikowi, który przebywa w innym miejscu pracy na zwolnieniu lekarskim, będą mogli również dostosować zakres czynności do tego, aby ten zakres nie był sprzeczny z celem zwolnienia – podkreśla dr Anna Banaszewska.

Ustawodawca wprowadza też pojęcie tzw. czynności drobnych, które w określonych sytuacjach będą mogły być wykonywane w czasie zwolnienia lekarskiego, m.in. przez członków zarządów i wspólników spółek. Jednocześnie nowe przepisy mają zapobiegać sytuacjom, w których zwolnienie byłoby wykorzystywane do faktycznego świadczenia pracy.

– Te czynności drobne nie będą polegały na tym, że pracodawca będzie mógł niepokoić pracownika stale w czasie zwolnienia i zlecać mu do wykonania różne drobne czynności. W takim przypadku powstanie wątpliwość, czy ten pracownik ma zapewnione warunki do należytego procesu zdrowienia. Dlatego pojęcie drobnych czynności będzie obejmowało np. podejmowanie uchwał przez członka zarządu spółki kapitałowej czy też wykonywanie czynności niezbędnych do funkcjonowania spółki przez wspólnika spółki osobowej – wskazuje radczyni prawna.

Nowa ustawa ingeruje też w sam system orzecznictwa. Od 2026 roku orzeczenia o czasowej i trwałej niezdolności do pracy mają być wydawane przez jednego orzecznika, a nie – jak dotychczas – przez zespoły trzyosobowe.

 Wydaje się, że to może budzić istotne wątpliwości co do równego traktowania i rzetelności orzeczniczej – ocenia dr Anna Banaszewska. – Pracownik każdorazowo, kiedy nie zgadza się z decyzją ZUS-u, będzie mógł złożyć w odpowiednim terminie odwołanie. Tak jak dotychczas będzie mógł zaskarżyć do sądu tego rodzaju orzeczenie, z którym się nie zgadza – to nadal jest możliwe i nadal będzie możliwe – dodaje.

Zmiany obejmą także warunki zatrudniania lekarzy orzeczników ZUS. Projekt przewiduje różne formy współpracy oraz wprowadzenie systemu mnożników wynagrodzeń zależnych od kwalifikacji i nakładu pracy. To powinno zwiększyć dostęp do lekarzy orzeczników, a w konsekwencji także skrócić czas oczekiwania na orzeczenie.

Najdalej idącą zmianą będzie rozszerzenie uprawnień prezesa ZUS w zakresie kontroli orzeczeń, w tym możliwość ich weryfikowania po zakończeniu okresu zwolnienia lekarskiego.

– Dzisiaj, w momencie zakończenia czasu trwania zwolnienia lekarskiego, nie może już być przeprowadzona kontrola tego zwolnienia wstecz. Zgodnie z nowymi przepisami będzie to możliwe na podstawie dokumentacji medycznej – tłumaczy radczyni prawna. – Zespół prowadzący kontrolę będzie miał uprawnienie do żądania od lekarza wydania dokumentacji medycznej, będzie mógł również poprosić o dosłanie dodatkowych dokumentów, które posłużą temu, żeby już po ustaniu okresu orzeczenia o czasowej niezdolności do pracy można było skontrolować, czy faktycznie były podstawy do jego wydania.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/zmiany-w-l4-od-2026-roku,p78413681

Giełdowy rynek Catalyst nabiera rozpędu. Emitenci i inwestorzy indywidualni coraz śmielej sięgają po obligacje

Rynek Catalyst, na którym notowane są obligacje korporacyjne, komunalne i skarbowe, wchodzi w kolejny etap przyspieszenia. Z danych Giełdy Papierów Wartościowych wynika, że pod koniec 2025 roku było na nim notowanych blisko 800 serii instrumentów dłużnych o łącznej wartości ponad 1,5 bln zł, licząc razem z listami zastawnymi.

– Widzimy, że w ostatnich latach rynek Catalyst nabiera rozpędu, jeśli chodzi o liczbę debiutantów oraz wprowadzanych serii obligacji – mówi agencji informacyjnej Newseria Izabela Mikołajczyk, dyrektorka Działu Rynku Pierwotnego na Giełdzie Papierów Wartościowych. – W ostatnich dwóch–trzech latach faktycznie obserwowany jest istotny boom na tym rynku, co wynika z dużych napływów do funduszy dłużnych i potrzeb finansowych przedsiębiorców.

Catalyst wystartował w 2009 roku jako pierwszy w Polsce zorganizowany rynek instrumentów dłużnych. Umożliwia obrót obligacjami korporacyjnymi, komunalnymi oraz skarbowymi na rynku wtórnym, w ramach kilku segmentów prowadzonych przez GPW i BondSpot. Na Catalyst w 2024 roku wartość nowych emisji obligacji korporacyjnych wprowadzonych do obrotu przekroczyła 15 mld zł, co oznacza wzrost o ok. 77 proc. w ciągu dwóch lat. Obecnie pod względem liczby serii dominują spółki deweloperskie i z sektora wierzytelności, jednak jeśli spojrzeć na wartość emisji, rośnie rola największych spółek notowanych w kluczowych indeksach GPW.

 Obserwujemy coraz większe zainteresowanie emisją obligacji wśród spółek z kluczowych indeksów giełdowych – relacjonuje Izabela Mikołajczyk. – Liczymy, że kolejny rok również będzie dobry dla tego rynku. Cały czas mamy rekordowe napływy do funduszy dłużnych, co powinno wspierać stronę popytową. Widzimy duży potencjał rozwoju tego rynku: obligacje korporacyjne stanowią ciągle niewielki udział w finansowaniu dłużnym przedsiębiorstw – w stosunku do PKB w 2023 roku było to zaledwie 2 proc. wobec średniej dla UE wynoszącej 35 proc., a obligacje stanowią atrakcyjną alternatywę dla finansowania bankowego i dają szansę na dywersyfikację źródeł finansowania.

Napływy do funduszy dłużnych rzeczywiście są imponujące. Po bardzo dobrym 2023 roku, kiedy do funduszy inwestycyjnych popłynęło łącznie ok. 23 mld zł, z czego istotna część trafiła do strategii obligacyjnych, rok 2024 przyniósł kolejny rekord – saldo sprzedaży jednostek TFI przekroczyło 42 mld zł, a największym beneficjentem były fundusze obligacji krótkoterminowych.

Kolejnym czynnikiem wspierającym rynek Catalyst jest otoczenie stóp procentowych. Wraz ze spadkiem kosztu pieniądza finansowanie obligacyjne stało się dla wielu firm atrakcyjną alternatywą dla kredytu bankowego. Tylko w tym roku Rada Polityki Pieniężnej obniżała stopniowo stopy procentowe o łącznie 175 punktów bazowych. W przypadku stopy referencyjnej oznacza to spadek z 5,75 proc. do 4,00 proc.

– Wobec spadku stóp procentowych rynek obligacyjny staje się rynkiem korzystnym z perspektywy emitentów pod kątem emisji obligacji w stosunku do finansowania kredytowego, bankowego. Mamy to odzwierciedlone w ostatnich emisjach reprezentowanych przez spółki bluechipowe, które uplasowały miliardowe emisje przy atrakcyjnych poziomach marż – zaznacza dyrektorka Działu Rynku Pierwotnego GPW.

Jak dodaje, trend ten może się utrzymać, a sam Catalyst powinien stopniowo zyskiwać na zróżnicowaniu sektorowym. Dla emitentów obligacje są sposobem na zmniejszenie zależności od banków oraz lepsze dopasowanie źródeł finansowania do potrzeb biznesu.

 Finansowanie obligacyjne jest elastycznym narzędziem, zapewniającym odpowiednią dywersyfikację i dopasowanie warunków finansowania do potrzeb emitentów – ocenia Izabela Mikołajczyk. – W ostatnim czasie obserwowaliśmy emisje obligacji dużych emitentów, o wysokim standingu finansowym, które  były plasowane przy atrakcyjnych poziomach marż.

Giełda Papierów Wartościowych aktywnie wspiera rozwój rynku długu. Dla spółek zainteresowanych emisją obligacji przygotowała m.in. moduł poświęcony Catalyst w ramach programu edukacyjnego IPO Academy, który pokazuje krok po kroku, jak pozyskać finansowanie na rynku kapitałowym. GPW rozszerzyła po raz pierwszy w historii program wsparcia pokrycia analitycznego (PWPA) o obszar finansowania obligacyjnego. W ramach PWPA wybrane firmy inwestycyjne przygotowują biuletyny kwartalne na temat rynku Catalyst finansowane przez GPW, a ich celem jest zwiększenie dostępności analiz dla średnich i mniej płynnych spółek oraz zwiększenie świadomości inwestorów na temat rynku notowanych obligacji.

Dodatkowym wsparciem dla rozwoju rynku długu w Polsce mogą być zmiany regulacyjne wprowadzane przez tzw. Listing Act – unijny pakiet reform służących zwiększeniu atrakcyjności europejskich rynków kapitałowych i uproszczeniu procedur emisyjnych. Rozporządzenie weszło w życie 4 grudnia 2024 roku. Reforma upraszcza m.in. zasady dotyczące prospektów emisyjnych, wprowadza nowe wyłączenia z obowiązku prospektowego dla mniejszych ofert oraz ma obniżyć koszty wejścia na rynek publiczny dla emitentów, w tym z segmentu MŚP.

Obecny boom na Catalyst nie byłby możliwy bez rosnącej aktywności inwestorów indywidualnych. Po okresie bardzo niskich stóp procentowych, a następnie zawirowań inflacyjnych obligacje – zwłaszcza krótkoterminowe – stały się realną alternatywą dla lokat bankowych.

 Inwestorzy indywidualni interesują się rynkiem obligacyjnym. Widzimy to w statystykach tego rynku, gdzie cały czas mamy rekordowe poziomy emisji obligacji skierowanych do inwestorów detalicznych. Potwierdzają to poziomy redukcji zapisów, definiowane przez poziom nadsubskrypcji – tłumaczy dyrektorka Działu Rynku Pierwotnego na GPW. – W ostatnich latach poziom popytu był średnio dwa razy wyższy niż podaż oferowanych akcji. Widzimy to też w rosnących średnich wielkościach zapisu na daną obligację i przede wszystkim w napływie do samych funduszy dłużnych, które są rekordowe – w ostatnim roku wzrosły one o ponad 130 proc. w stosunku do poprzedniego roku.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/gieldowy-rynek-catalyst,p523883912

Program dopłat napędza rekordowy popyt na auta elektryczne. Ich udział w rynku przekracza już 10 proc.

Listopad przyniósł historyczny wzrost rynku samochodów elektrycznych w Polsce. W tym miesiącu zarejestrowano prawie 5 tys. pojazdów BEV, ponad czterokrotnie więcej niż rok wcześniej – wynika z danych PZPM. Udział elektryków w rynku nowych aut osobowych osiągnął najwyższy w historii poziom 10,2 proc. Tak dynamiczny wzrost to przede wszystkim efekt dopłat z programu NaszEauto.

Od stycznia do listopada 2025 roku zarejestrowano 35 627 samochodów elektrycznych, czyli blisko 2,5 razy więcej niż w analogicznym okresie roku 2024. Jak wskazuje Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego, listopadowy wynik prawie 5 tys. rejestracji jeszcze kilka lat temu byłby całkiem dobrym wynikiem rocznym.

– Przez pierwsze 11 miesięcy tego roku wzrost segmentu samochodów elektrycznych sięgnął aż 140 proc. To cieszy każdego producenta samochodów, jeżeli możemy uszczknąć kawałek tego tortu. Natomiast wzrost ten był w dużej mierze napędzany dopłatami, szczególnie w segmencie samochodów małych, miejskich, gdzie dopłaty pozwalały pokryć praktycznie połowę wartości samochodu – mówi w wywiadzie z agencją Newseria Łukasz Borak, dyrektor ds. marketingu w Hyundai Motor Poland.

Program NaszEauto, czyli nowa odsłona programu Mój Elektryk 2.0, zakłada dofinansowanie zakupu, leasingu lub wynajmu długoterminowego samochodów elektrycznych. Działa od lutego 2025 roku i powinien się zakończyć do 30 kwietnia 2026 roku lub do wyczerpania puli środków. Na koniec listopada z dostępnego budżetu 1,18 mld zł ze środków KPO ponad 730 mln zł zostało już rozdysponowane. Tylko w listopadzie złożono niemal 3,9 tys. wniosków do NFOŚiGW, podobnie jak w październiku. Eksperci Fundacji EV Klub Polska przewidują, że grudzień może przynieść rekordowe wyniki rejestracji pojazdów elektrycznych. Z kolei styczeń 2026 roku może przynieść rekordową liczbę wniosków o dotacje.

Eksperci szacują, że przy obecnym tempie składania wniosków, średniej wartości dopłaty wynoszącej ponad 31 tys. zł oraz rozszerzonej grupie beneficjentów (obejmującej m.in. organizacje pozarządowe, instytucje edukacyjne i medyczne) pozostałe środki mogą zostać wykorzystane szybciej, niż pierwotnie zakładano. Dodatkowo od 20 października 2025 roku program został rozszerzony o samochody dostawcze i minibusy. Tu maksymalna wartość dopłat wynosi odpowiednio 70 tys. zł i 600 tys. zł.

– Program dopłat skończy się w I kwartale przyszłego roku i wtedy wszystko zostanie po stronie Kowalskiego. Jak wiemy, Kowalski lubi być oszczędny, więc nie spodziewamy się, że kolejny rok przyniesie tak duże wzrosty jak bieżący – ocenia Łukasz Borak.

Niewątpliwie system dopłat zadziałał w kwestii popularyzacji samochodów elektrycznych. Chcielibyśmy, żeby był kontynuowany, ale czy będzie – to już decyzja polityków. Mówi się, że jest on ostatnim takim programem – komentuje Stanisław Dojs, PR manager Hyundai Motor Poland.

Od lipca rynek rejestracji elektryków notuje trzycyfrowe wzrosty. Jak podkreślają eksperci, to efekt nie tylko dopłat, lecz także coraz szerszej oferty modeli w segmentach małych i kompaktowych. Trzycyfrowe wzrosty widać również w wynikach Hyundaia na polskim rynku. Po 11 miesiącach 2024 roku sprzedaż wynosiła niecałe 500 sztuk, a w tym roku – już ponad 2 tys. Auta elektryczne mają już 8-proc. udział w rejestracjach koncernu, podczas gdy rok temu było to 1,5 proc.

Jak podkreśla Stanisław Dojs, rynek elektryków – podobnie jak cały rynek motoryzacyjny – zmienia się pod wpływem rosnącej konkurencji i nowych graczy, szczególnie z Chin, którzy walczą o klienta ceną i szeroką gamą modeli.

Jest szansa, że to będzie rok rekordowy, w którym sprzeda się więcej nowych samochodów niż 640 tys., i jest to w dużej mierze zasługa nowych graczy. Natomiast Hyundai nie będzie ustępował pola. Nasze warunki gwarancji wynoszące pięć lat są jednymi z najlepszych na rynku. Do tego nasze samochody mają bardzo wysoki stopień bezawaryjności, przez co bardzo wolno tracą na wartości. To jest jeden z lepszych wskaźników. Cały czas oferujemy rozmaite nowości. Elektryki serii IONIQ mają akumulatory 800 V i ładują się bardzo szybko. Nasze modele SUV-ów, na przykład Tucson czy KONA, palą bardzo niewiele i są lubiane przez klientów, także flotowych – podkreśla PR manager Hyundai Motor Poland.

Przedstawiciele marki przygotowują się do okresu, w którym rynek stanie się bardziej konkurencyjny i przestanie być wspierany przez państwo.

– Stawiamy na jakość i będziemy naszych klientów przyciągać wszelkimi możliwymi cechami, które poza ceną są ważne, a jest ich bardzo wiele – mówi Stanisław Dojs.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/program-doplat-napedza,p698851771

Program dopłat napędza rekordowy popyt na auta elektryczne. Ich udział w rynku przekracza już 10 proc.

Listopad przyniósł historyczny wzrost rynku samochodów elektrycznych w Polsce. W tym miesiącu zarejestrowano prawie 5 tys. pojazdów BEV, ponad czterokrotnie więcej niż rok wcześniej – wynika z danych PZPM. Udział elektryków w rynku nowych aut osobowych osiągnął najwyższy w historii poziom 10,2 proc. Tak dynamiczny wzrost to przede wszystkim efekt dopłat z programu NaszEauto.

Od stycznia do listopada 2025 roku zarejestrowano 35 627 samochodów elektrycznych, czyli blisko 2,5 razy więcej niż w analogicznym okresie roku 2024. Jak wskazuje Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego, listopadowy wynik prawie 5 tys. rejestracji jeszcze kilka lat temu byłby całkiem dobrym wynikiem rocznym.

– Przez pierwsze 11 miesięcy tego roku wzrost segmentu samochodów elektrycznych sięgnął aż 140 proc. To cieszy każdego producenta samochodów, jeżeli możemy uszczknąć kawałek tego tortu. Natomiast wzrost ten był w dużej mierze napędzany dopłatami, szczególnie w segmencie samochodów małych, miejskich, gdzie dopłaty pozwalały pokryć praktycznie połowę wartości samochodu – mówi w wywiadzie z agencją Newseria Łukasz Borak, dyrektor ds. marketingu w Hyundai Motor Poland.

Program NaszEauto, czyli nowa odsłona programu Mój Elektryk 2.0, zakłada dofinansowanie zakupu, leasingu lub wynajmu długoterminowego samochodów elektrycznych. Działa od lutego 2025 roku i powinien się zakończyć do 30 kwietnia 2026 roku lub do wyczerpania puli środków. Na koniec listopada z dostępnego budżetu 1,18 mld zł ze środków KPO ponad 730 mln zł zostało już rozdysponowane. Tylko w listopadzie złożono niemal 3,9 tys. wniosków do NFOŚiGW, podobnie jak w październiku. Eksperci Fundacji EV Klub Polska przewidują, że grudzień może przynieść rekordowe wyniki rejestracji pojazdów elektrycznych. Z kolei styczeń 2026 roku może przynieść rekordową liczbę wniosków o dotacje.

Eksperci szacują, że przy obecnym tempie składania wniosków, średniej wartości dopłaty wynoszącej ponad 31 tys. zł oraz rozszerzonej grupie beneficjentów (obejmującej m.in. organizacje pozarządowe, instytucje edukacyjne i medyczne) pozostałe środki mogą zostać wykorzystane szybciej, niż pierwotnie zakładano. Dodatkowo od 20 października 2025 roku program został rozszerzony o samochody dostawcze i minibusy. Tu maksymalna wartość dopłat wynosi odpowiednio 70 tys. zł i 600 tys. zł.

– Program dopłat skończy się w I kwartale przyszłego roku i wtedy wszystko zostanie po stronie Kowalskiego. Jak wiemy, Kowalski lubi być oszczędny, więc nie spodziewamy się, że kolejny rok przyniesie tak duże wzrosty jak bieżący – ocenia Łukasz Borak.

Niewątpliwie system dopłat zadziałał w kwestii popularyzacji samochodów elektrycznych. Chcielibyśmy, żeby był kontynuowany, ale czy będzie – to już decyzja polityków. Mówi się, że jest on ostatnim takim programem – komentuje Stanisław Dojs, PR manager Hyundai Motor Poland.

Od lipca rynek rejestracji elektryków notuje trzycyfrowe wzrosty. Jak podkreślają eksperci, to efekt nie tylko dopłat, lecz także coraz szerszej oferty modeli w segmentach małych i kompaktowych. Trzycyfrowe wzrosty widać również w wynikach Hyundaia na polskim rynku. Po 11 miesiącach 2024 roku sprzedaż wynosiła niecałe 500 sztuk, a w tym roku – już ponad 2 tys. Auta elektryczne mają już 8-proc. udział w rejestracjach koncernu, podczas gdy rok temu było to 1,5 proc.

Jak podkreśla Stanisław Dojs, rynek elektryków – podobnie jak cały rynek motoryzacyjny – zmienia się pod wpływem rosnącej konkurencji i nowych graczy, szczególnie z Chin, którzy walczą o klienta ceną i szeroką gamą modeli.

Jest szansa, że to będzie rok rekordowy, w którym sprzeda się więcej nowych samochodów niż 640 tys., i jest to w dużej mierze zasługa nowych graczy. Natomiast Hyundai nie będzie ustępował pola. Nasze warunki gwarancji wynoszące pięć lat są jednymi z najlepszych na rynku. Do tego nasze samochody mają bardzo wysoki stopień bezawaryjności, przez co bardzo wolno tracą na wartości. To jest jeden z lepszych wskaźników. Cały czas oferujemy rozmaite nowości. Elektryki serii IONIQ mają akumulatory 800 V i ładują się bardzo szybko. Nasze modele SUV-ów, na przykład Tucson czy KONA, palą bardzo niewiele i są lubiane przez klientów, także flotowych – podkreśla PR manager Hyundai Motor Poland.

Przedstawiciele marki przygotowują się do okresu, w którym rynek stanie się bardziej konkurencyjny i przestanie być wspierany przez państwo.

– Stawiamy na jakość i będziemy naszych klientów przyciągać wszelkimi możliwymi cechami, które poza ceną są ważne, a jest ich bardzo wiele – mówi Stanisław Dojs.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/program-doplat-napedza,p698851771

Rekordowe ocieplenie i najwyższe stężenia CO2 w historii. Przed COP30 w Brazylii rośnie presja, by globalne deklaracje zamieniły się w działania

Według opublikowanego przed COP30 raportu Światowej Organizacji Meteorologicznej (WMO) rok 2025 ma szansę być drugim lub trzecim najcieplejszym rokiem w historii pomiarów. Poprzedni rok został oficjalnie uznany za rekordowo ciepły, a stężenie gazów cieplarnianych osiągnęło najwyższe wartości. Rośnie presja, by na rozpoczynającym się szczycie klimatycznym Organizacji Narodów Zjednoczonych COP30 w brazylijskim Belém deklaracje przełożyły się na konkretne działania.

– Przed szczytami klimatycznymi jest publikowanych wiele raportów, na przykład raport WMO odnośnie do zmian klimatu. One stanowią pewną sumę wiedzy naukowej i pełną mobilizację dla środowiska politycznego, żeby zająć się tym tematem – mówi agencji Newseria Marcin Popkiewicz, fizyk i redaktor portalu Nauka o Klimacie.

Według raportu WMO „State of the Global Climate Update”, opublikowanego na początku listopada br., klimat osiągnął punkt, w którym wszystkie kluczowe wskaźniki wysyłają alarmujące sygnały. Trend ocieplenia się utrzymuje i 2025 rok ma szansę być drugim lub trzecim najcieplejszym rokiem w historii pomiarów. Średnia temperatura przy powierzchni Ziemi w okresie styczeń–sierpień 2025 roku była o ok. 1,42°C wyższa od średniej sprzed epoki przemysłowej. W ubiegłym roku wzrost wyniósł 1,55°C i był to najcieplejszy rok w 175-letnim okresie obserwacji. Raport wskazuje także, że stężenie gazów cieplarnianych oraz zawartość ciepła w oceanach, które osiągnęły rekordowe poziomy w 2024 roku, w tym roku nadal rosły. Naukowcy WMO podkreślają, że mimo to ograniczenie globalnego ocieplenia do 1,5°C do końca stulecia jest możliwe, a jednocześnie konieczne.

– Te wszystkie głosy nauki, które przypominają, dlaczego to jest ważne i pilne, pozwalają jednak na pewien postęp. To nie tylko jest kwestia tego, że dochodzi do przełomu na szczycie klimatycznym, ale też jest to pewien drogowskaz dla biznesu, co należy robić dla regulacji np. w Unii Europejskiej czy w Chinach, które prowadzą w stronę efektywnej gospodarki, opartej na czystych źródłach energii – mówi ekspert.

Według statystyk Międzynarodowej Agencji Energii Odnawialnej (IRENA) świat w ubiegłym roku dodał 585 GW energii odnawialnej – co stanowiło ponad 92 proc. wszystkich nowych mocy – zwiększając globalny potencjał do 4448 GW. Oznacza to rekordowy roczny wzrost na poziomie 15,1 proc., przy czym energia słoneczna i wiatrowa stanowią niemal całą nową moc. Choć liczby robią wrażenie, nie wystarczą, by osiągnąć zakładany cel potrojenia mocy wytwórczych OZE do 2030 roku. Wyliczenia IRENA wskazują, że roczny przyrost musi być na poziomie 16,6 proc. Dlatego negocjacje klimatyczne skupiają się na wspólnej odpowiedzialności i globalnym działaniu.

– COP30, negocjacje klimatyczne są jakąś platformą współpracy międzynarodowej, kiedy w imię długoterminowego dobra wspólnego narody świata umawiają się na pewne działania, chociaż mogą być dla nich niewygodne. To trochę tak, jakbyśmy mieszkali razem nad jeziorem, do którego ja zrzucam ścieki, ty zrzucasz ścieki i Kowalski zrzuca ścieki. Zrzucamy tych ścieków coraz więcej, a nasze jezioro zamienia się w śmierdzące bajoro. Tylko czemu ja mam budować oczyszczalnię, skoro 200 gospodarstw domowych zrzuca ścieki do jeziora, tak jak 200 krajów na świecie zanieczyszcza atmosferę? Jak ja się ograniczę, to ja ponoszę koszty, a 199 źródeł ścieków nadal jest. Spotykamy się więc razem, żeby stwierdzić, że wszyscy budujemy tę oczyszczalnię, zmieniamy nasze gospodarstwa, żeby tych ścieków nie zrzucać do jeziora, czyli nie emitować dwutlenku węgla i innych gazów cieplarnianych do atmosfery – tłumaczy redaktor portalu Nauka o Klimacie.

W przededniu COP30 Simon Stiell, sekretarz wykonawczy ONZ ds. zmian klimatu, podkreślił na swoim LinkedInie, że konferencja klimatyczna powinna osiągnąć trzy cele: wysłać jasny sygnał, że kraje są w pełni zaangażowane we współpracę klimatyczną, co oznacza uzgodnienia we wszystkich kluczowych kwestiach, przyspieszyć implementację działań we wszystkich sektorach gospodarki oraz połączyć działania na rzecz klimatu z korzystnym wpływem na życie ludzi, w postaci np. mniejszego zanieczyszczenia czy tańszej i bezpiecznej energii.

– Wiatr i słońce stały się najtańszymi źródłami energii na świecie, więc tempo wzrostu energii, którą produkujemy z tych bezemisyjnych źródeł, jest większe niż tempo wzrostu zapotrzebowania na energię na świecie. To oznacza, że paliwa kopalne osiągają swój szczyt wykorzystania i w kolejnych latach – w miarę jak będziemy oddawać coraz więcej czystych, tanich źródeł energii – udział paliw kopalnych i emisje z tym związane będą maleć. Swoją drogą te technologie rozwijają się m.in. dlatego, że są szczyty klimatyczne i narody świata deklarują i podejmują pewne działania, żeby emisje redukować, pojawiają się firmy, które mówią: dostarczymy bezemisyjne i docelowo tańsze źródła energii i będziemy je sprzedawać – wskazuje Marcin Popkiewicz. 

Według IRENA udział OZE w całkowitym potencjale wytwórczym przekroczył 46 proc., co potwierdza, że transformacja energetyczna przyspiesza, choć wciąż zbyt wolno, by osiągnąć cele na 2030 rok.

– Świat obiera kierunek na odchodzenie od paliw kopalnych nie tylko ze względów klimatycznych, ale też bezpieczeństwa energetycznego i geopolitycznego, więc my rozwijamy produkcję fotowoltaiki, baterii, samochodów elektrycznych i nie dość, że chronimy klimat, to jeszcze wzmacniamy naszą gospodarkę, poprawiamy bezpieczeństwo energetyczne – podkreśla ekspert.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/rekordowe-ocieplenie-i,p211397176

Rekordowe ocieplenie i najwyższe stężenia CO2 w historii. Przed COP30 w Brazylii rośnie presja, by globalne deklaracje zamieniły się w działania

Według opublikowanego przed COP30 raportu Światowej Organizacji Meteorologicznej (WMO) rok 2025 ma szansę być drugim lub trzecim najcieplejszym rokiem w historii pomiarów. Poprzedni rok został oficjalnie uznany za rekordowo ciepły, a stężenie gazów cieplarnianych osiągnęło najwyższe wartości. Rośnie presja, by na rozpoczynającym się szczycie klimatycznym Organizacji Narodów Zjednoczonych COP30 w brazylijskim Belém deklaracje przełożyły się na konkretne działania.

– Przed szczytami klimatycznymi jest publikowanych wiele raportów, na przykład raport WMO odnośnie do zmian klimatu. One stanowią pewną sumę wiedzy naukowej i pełną mobilizację dla środowiska politycznego, żeby zająć się tym tematem – mówi agencji Newseria Marcin Popkiewicz, fizyk i redaktor portalu Nauka o Klimacie.

Według raportu WMO „State of the Global Climate Update”, opublikowanego na początku listopada br., klimat osiągnął punkt, w którym wszystkie kluczowe wskaźniki wysyłają alarmujące sygnały. Trend ocieplenia się utrzymuje i 2025 rok ma szansę być drugim lub trzecim najcieplejszym rokiem w historii pomiarów. Średnia temperatura przy powierzchni Ziemi w okresie styczeń–sierpień 2025 roku była o ok. 1,42°C wyższa od średniej sprzed epoki przemysłowej. W ubiegłym roku wzrost wyniósł 1,55°C i był to najcieplejszy rok w 175-letnim okresie obserwacji. Raport wskazuje także, że stężenie gazów cieplarnianych oraz zawartość ciepła w oceanach, które osiągnęły rekordowe poziomy w 2024 roku, w tym roku nadal rosły. Naukowcy WMO podkreślają, że mimo to ograniczenie globalnego ocieplenia do 1,5°C do końca stulecia jest możliwe, a jednocześnie konieczne.

– Te wszystkie głosy nauki, które przypominają, dlaczego to jest ważne i pilne, pozwalają jednak na pewien postęp. To nie tylko jest kwestia tego, że dochodzi do przełomu na szczycie klimatycznym, ale też jest to pewien drogowskaz dla biznesu, co należy robić dla regulacji np. w Unii Europejskiej czy w Chinach, które prowadzą w stronę efektywnej gospodarki, opartej na czystych źródłach energii – mówi ekspert.

Według statystyk Międzynarodowej Agencji Energii Odnawialnej (IRENA) świat w ubiegłym roku dodał 585 GW energii odnawialnej – co stanowiło ponad 92 proc. wszystkich nowych mocy – zwiększając globalny potencjał do 4448 GW. Oznacza to rekordowy roczny wzrost na poziomie 15,1 proc., przy czym energia słoneczna i wiatrowa stanowią niemal całą nową moc. Choć liczby robią wrażenie, nie wystarczą, by osiągnąć zakładany cel potrojenia mocy wytwórczych OZE do 2030 roku. Wyliczenia IRENA wskazują, że roczny przyrost musi być na poziomie 16,6 proc. Dlatego negocjacje klimatyczne skupiają się na wspólnej odpowiedzialności i globalnym działaniu.

– COP30, negocjacje klimatyczne są jakąś platformą współpracy międzynarodowej, kiedy w imię długoterminowego dobra wspólnego narody świata umawiają się na pewne działania, chociaż mogą być dla nich niewygodne. To trochę tak, jakbyśmy mieszkali razem nad jeziorem, do którego ja zrzucam ścieki, ty zrzucasz ścieki i Kowalski zrzuca ścieki. Zrzucamy tych ścieków coraz więcej, a nasze jezioro zamienia się w śmierdzące bajoro. Tylko czemu ja mam budować oczyszczalnię, skoro 200 gospodarstw domowych zrzuca ścieki do jeziora, tak jak 200 krajów na świecie zanieczyszcza atmosferę? Jak ja się ograniczę, to ja ponoszę koszty, a 199 źródeł ścieków nadal jest. Spotykamy się więc razem, żeby stwierdzić, że wszyscy budujemy tę oczyszczalnię, zmieniamy nasze gospodarstwa, żeby tych ścieków nie zrzucać do jeziora, czyli nie emitować dwutlenku węgla i innych gazów cieplarnianych do atmosfery – tłumaczy redaktor portalu Nauka o Klimacie.

W przededniu COP30 Simon Stiell, sekretarz wykonawczy ONZ ds. zmian klimatu, podkreślił na swoim LinkedInie, że konferencja klimatyczna powinna osiągnąć trzy cele: wysłać jasny sygnał, że kraje są w pełni zaangażowane we współpracę klimatyczną, co oznacza uzgodnienia we wszystkich kluczowych kwestiach, przyspieszyć implementację działań we wszystkich sektorach gospodarki oraz połączyć działania na rzecz klimatu z korzystnym wpływem na życie ludzi, w postaci np. mniejszego zanieczyszczenia czy tańszej i bezpiecznej energii.

– Wiatr i słońce stały się najtańszymi źródłami energii na świecie, więc tempo wzrostu energii, którą produkujemy z tych bezemisyjnych źródeł, jest większe niż tempo wzrostu zapotrzebowania na energię na świecie. To oznacza, że paliwa kopalne osiągają swój szczyt wykorzystania i w kolejnych latach – w miarę jak będziemy oddawać coraz więcej czystych, tanich źródeł energii – udział paliw kopalnych i emisje z tym związane będą maleć. Swoją drogą te technologie rozwijają się m.in. dlatego, że są szczyty klimatyczne i narody świata deklarują i podejmują pewne działania, żeby emisje redukować, pojawiają się firmy, które mówią: dostarczymy bezemisyjne i docelowo tańsze źródła energii i będziemy je sprzedawać – wskazuje Marcin Popkiewicz. 

Według IRENA udział OZE w całkowitym potencjale wytwórczym przekroczył 46 proc., co potwierdza, że transformacja energetyczna przyspiesza, choć wciąż zbyt wolno, by osiągnąć cele na 2030 rok.

– Świat obiera kierunek na odchodzenie od paliw kopalnych nie tylko ze względów klimatycznych, ale też bezpieczeństwa energetycznego i geopolitycznego, więc my rozwijamy produkcję fotowoltaiki, baterii, samochodów elektrycznych i nie dość, że chronimy klimat, to jeszcze wzmacniamy naszą gospodarkę, poprawiamy bezpieczeństwo energetyczne – podkreśla ekspert.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/rekordowe-ocieplenie-i,p211397176