Autobusy zamówimy za pośrednictwem smartfona. Powstają pierwsze systemy komunikacji publicznej na życzenie

Systemy komunikacji miejskiej coraz częściej wzbogacają się o usługi ridesharingowe. Po erze rozwiązań pokroju Ubera czy BlaBlaCar na popularności zyskują pojazdy transportu publicznego dostępne na życzenie, które można wynająć za pośrednictwem aplikacji mobilnej. W tę nowatorską technologię inwestują zarówno koncerny samochodowe, jak i start-upy zaznajomione ze specyfiką funkcjonowania lokalnego rynku transportu publicznego. Usługę zamawiania transportu zbiorowego na życzenie za pomocą smartfona przygotowuje także polski start-up.

– Broomee jest systemem do zarządzania i wdrażania elastycznego transportu zbiorowego na żądanie. To transport, który nie ma ustalonych wcześniej tras, nie ma ustalonego rozkładu jazdy, nie ma też tak naprawdę ustalonych przystanków. Jest to wciąż transport publiczny, ale zamawiany przez smartfon. Mamy możliwość zamówienia takiego niestandardowego transportu zbiorowego, który jest dostosowany do nas i występujący w momencie takiej potrzeby – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Stefan Cylwik z firmy Broomee.

Sposób funkcjonowania elastycznej komunikacji miejskiej ma przypominać rozwiązania wykorzystywane w nowoczesnych aplikacjach taksówkarskich. Broomee pozwoli współdzielić przejazdy systemami transportu publicznego na wspólnej trasie w taki sam sposób, w jaki np. Free Now udostępnia współdzielone przejazdy taksówkami.

Użytkownik za pośrednictwem aplikacji mobilnej będzie mógł wyznaczyć przybliżone miejsce odbioru oraz punkt docelowy. System inteligentny przeanalizuje trasy pobliskich pojazdów i skieruje w żądane miejsce ten, który będzie w stanie w optymalnym czasie dowieźć pasażera we wskazane miejsce. Oprogramowanie w czasie rzeczywistym optymalizuje i wyznacza kolejne punkty przesiadkowe, aby zapewnić wszystkim pasażerom możliwie jak najkrótszy czas podróży do miejsca docelowego.

– Transport zmienia się. Kiedyś były taksówki na telefon, potem pojawiły się rozwiązania ridesharingowe takie jak Uber, rozwiązania quasi-taksówkowe, carsharingowe, bikesharingowe, skutersharingowe. Transport zbiorowy zmienia się znacznie wolniej. Wymaga otwartości zarządców miast, żeby chcieli wdrażać innowacje, które przynoszą szereg korzyści zarówno dla miast, jak i mieszkańców. Wprowadzane są już pewne modyfikacje przy transporcie zbiorowym: biletomaty, sposoby liczenia pasażerów czy innego rodzaju rozwiązania, lecz prawdziwa rewolucja dopiero nadejdzie – twierdzi ekspert.

Na zastosowanie systemów sztucznej inteligencji w usprawnianiu systemów komunikacji publicznej postawiły władze Singapuru. Na wyspie Sentosa uruchomiono pilotażowy program autonomicznych autobusów transferowych dostępnych na życzenie. Pojazdy można zamówić za pośrednictwem aplikacji mobilnej bądź specjalnych kiosków. Zaprogramowano je w taki sposób, aby ułatwiały turystom przemieszczanie się do najczęściej odwiedzanych atrakcji turystycznych.

W równie ciekawy sposób do kwestii transportu publicznego podeszła firma DeepBlue Technology, która zaprojektowała inteligentny autobus łączący funkcję transportową i zakupową. Autobus ma być wyposażony w szereg rozwiązań inteligentnych, które usprawnią jego funkcjonowanie. Obok autopilota oraz systemu automatycznego wykrywania niebezpiecznych zachowań współpasażerów zainstalowano w nim platformę sprzedażową, która pozwoli zrobić zakupy w trakcie jazdy, autoryzując je za pośrednictwem systemów biometrycznych.

W tym roku Volkswagen rozpoczął dwuletni proces testów małych autobusów autonomicznych stworzonych przez firmę-córkę MOIA. Pojazdy te mają funkcjonować na pograniczu rynku autobusowego i taksówkowego: pozwolą realizować przejazdy współdzielone w dużych grupach, dzięki czemu klient zapłaci za podróż niewiele drożej niż za jednorazowy bilet komunikacji miejskiej. Do końca roku flota MOIA ma się składać z aż 400 pojazdów.

Polski projekt tymczasem jest dopiero na początku fazy wdrożeniowej.

– Wdrożenie Broomee zaplanowane jest na 2020 rok, planowo będzie uruchomione w Wielkopolsce. Rozmawiamy również z innymi miastami na temat wdrożenia. Jesteśmy w stanie przygotować miastu ofertę, przeanalizować częściowo ich transport i zasugerować, czy i gdzie ewentualnie, jeśli rzeczywiście taka potrzeba będzie tego rodzaju, transport wdrożyć – zapowiada Stefan Cylwik.

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rynku transportu współdzielonego do 2025 roku osiągnie 218 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie blisko 20 proc.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/autobusy-zamowimy-za,p455348488

Innowacyjna platforma przetargowa pozwoli polskim firmom pozyskać zagraniczne kontrakty. Zredukuje także koszty wejścia na nowe rynki

Dzięki innowacyjnej platformie automatyzującej system przetargowy polskie firmy mają szansę wejść na azjatycki rynek. Budowana przez polskich i singapurskich programistów platforma pozwoli pozyskać kontrakty budowlane o wartości nawet 30 mln dol. rocznie. Obecnie zaledwie kilka polskich przedsiębiorstw budowlanych realizuje inwestycje na azjatyckich rynkach. Jedną z głównych barier są wysokie koszty wejścia, sięgające nawet 650 tys. zł, oraz wysokie ryzyko.

– BIMproQr to platforma zajmująca się automatyzowaniem systemu przetargów w branży budowlanej, przede wszystkim na rynkach azjatyckich, ale nie tylko tam – również na rynkach polskich i międzynarodowych. Obecnie dąży się do eliminacji tradycyjnych przetargów, spekulacji itd. Mamy już stworzoną architekturę systemu, która umożliwi wejścia online dla producentów i deweloperów oraz obliczanie kosztów i estymacji w czasie rzeczywistym –mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Ireneusz Krasucki, współwłaściciel start-upu BIMproQr.

Jak wskazują analitycy Deloitte, zaledwie kilka z grona 15 największych polskich firm budowlanych uzyskuje przychody na rynku azjatyckim. Nie podają one jednak wysokości swoich kontraktów. Rozwiązanie proponowane przez zespół złożony z polskich i singapurskich programistów ma znacznie ułatwić polskim firmom działającym w branży budowlanej, również tym mniejszym, zaistnienie na rynkach zagranicznych. Szczególnie obiecująca może być dla nich właśnie Azja.

– 15 proc. polskich firm działa na rynkach zagranicznych, ale obejmujących bardziej Europę. W Azji działają może 2–3 firmy z Polski, które produkują podzespoły dla dużych firm azjatyckich. W ciągu 2 lat chcemy, żeby polskie firmy osiągnęły poziom minimum 30 mln dol. obrotu na rynku azjatyckim. To ok. 2 proc. rynku azjatyckiego. Odpowiada to od 2 do 4 kontraktów rocznie – twierdzi ekspert.

Na rynku powstaje coraz więcej platform pozwalających pozyskiwać zlecenia międzynarodowe. Building Radar to inteligentna wyszukiwarka zleceń z całego świata w czasie rzeczywistym. Wykrywa nowe projekty budowlane ogłaszane na całym świecie i prezentuje je na kilka miesięcy przed ogłoszeniem w informatorach czy biuletynach branżowych. Platforma funkcjonuje 24 godziny na dobę w oparciu o pracę inteligentnych algorytmów. Wyszukiwanie można zawęzić do konkretnego sektora branży budowlanej, obszaru geograficznego czy inwestora.

Dzięki korzystaniu z platformy BIMproQr, polskie firmy mogą z kolei skutecznie eliminować koszty wejścia na nowy rynek. Te dla firm wchodzących na rynki zagraniczne są bardzo duże. Jak tłumaczy ekspert, firma musi jednorazowo zainwestować ponad 650 tys. zł i to bez gwarancji pozyskania klienta. Korzyści powinni odczuć również deweloperzy. Dzięki zakontraktowaniu polskich wykonawców będą oni mogli w znaczny sposób zredukować koszty inwestycji. Te mogą w Singapurze sięgać nawet 30 proc. całkowitej wartości przetargu.

– System umożliwia wyeliminowanie do 90 proc. kosztów osobowych. Mamy już stworzoną całą architekturę systemu. Teraz są nam potrzebne dofinansowania do stworzenia blockchainu, który umożliwi wejście na rynek. Do kwietnia 2020 roku jesteśmy w stanie udostępnić platformę na rynku międzynarodowym – zapowiada Ireneusz Krasucki.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/innowacyjna-platforma,p794775961

Wdrożenie sieci 5G może przyspieszyć rozwój branży gier wideo. Producenci stawiają na gry mobilne i strumieniowe przesyłanie

Upowszechnienie się smartfonów wyposażonych w duże ekrany i wydajne podzespoły zmieniło oblicze branży gier. Dystrybutorzy zaczęli zwracać większą uwagę na produkcję tytułów mobilnych, a korporacje rozpoczęły wdrażanie serwisów, które umożliwią granie za pośrednictwem chmury danych. Wdrożenie infrastruktury sieci 5G przyspieszy rozwój tej branży – ułatwi pobieranie gier mobilnych i umożliwi odpalanie najwyższej klasy tytułów na każdym urządzeniu.

Niezawodne łożyska marki MTM. Sprawdź MTM sklep – więcej informacji tutaj: https://www.lozyskamtm.pl

– Sieć 5G będzie miała ogromny wpływ na segment rynku gier związany z e-sportem, czyli grami takimi jak Counter-Strike, League of Legends czy StarCraft. Dlaczego? Sieć 5G pozwoli na dużo niższe opóźnienia, które są bardzo istotne w rozgrywkach e-sportowych. Także na pewno będzie miało ogromny wpływ na ten konkretny segment rynku. Może mieć też oczywiście wpływ na gry mobilne. Jeżeli one są dużego rozmiaru, to pobieranie takiej gry zabiera dość dużo czasu. Sieć 5G zdecydowanie skróci czas pobierania takich gier – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Łukasz Kuczera, prezes zarządu Vixa Games.

Wdrożenie technologii 5G według badań przeprowadzonych przez Ericsson Consumer Lab będzie miało zauważalny wpływ na przepustowość łączy telekomunikacyjnych. Nowa infrastruktura pozwoli łączyć się z internetem nawet 100 urządzeniom na metr kwadratowy, poprawi zasięg i wydajność sieci komórkowych przy jednoczesnym zmniejszeniu opóźnień w przesyle danych. To wszystko ułatwi korzystanie ze streamingowych platform gamingowych.

Na nadejście ery 5G w komunikacji przygotowuje się już kilka firm zainteresowanych branżą gier mobilnych. NVIDIA zapowiedziała uruchomienie betatestów mobilnej odsłony serwisu GeForce NOW, który zaprojektowano z myślą o uruchamianiu pecetowych gier za pośrednictwem chmury danych. Podobną usługę wdroży na jesieni Google. W ramach platformy Stadia gracze będą mogli uruchomić gry z chmury, korzystając wyłącznie z aplikacji bądź przeglądarki Chrome. Stadia przeszła już fazę testów i jest gotowa, aby wejść na rynek komercyjny. W tym m.in. na urządzenia mobilne, funkcjonujące zarówno w obrębie sieci Wi-Fi, jak i szybkiej sieci 5G.

Na gry mobilne postawili także inżynierowie Apple, którzy opracowali serwis gamingowy Arcade. W przeciwieństwie do konkurencyjnych rozwiązań, nie działa on jako platforma streamingowa. Aplikację będzie można pobrać z AppStore, trafią do niej gry, które będzie można uruchomić na dowolnych urządzeniu od Apple, w tym m.in. smartfonach oraz tabletach, również będąc offline. Arcade będzie dostępny na jesieni tego roku.

– Patrząc na to, jak rynek ewoluował, zdecydowanie będziemy grać w gry mobilne, niekoniecznie na telefonach czy tabletach, ale na konsolach mobilnych. Tutaj rynek zawojował Nintendo Switch, ale jest jeszcze spora nisza, która w żaden sposób nie jest wypełniona. W zasadzie Nintendo Switch jest jedyną taką mobilną konsolą przenośną w danym momencie – twierdzi ekspert.

Nintendo poszło jeszcze o krok dalej, przestawiając się na projektowanie gier z myślą o odbiorcach zainteresowanych tytułami mobilnymi. W najnowszej, odświeżonej wersji hybrydowej konsoli Switch poprawiono przede wszystkim żywotność baterii, wydłużając ją dwukrotnie. Tańszy model Switcha, który pojawi się w sprzedaży w najbliższym czasie, będzie urządzeniem przeznaczonym wyłącznie do grania mobilnego – producent pozbawił konsolę możliwości przesyłania obrazu na ekran telewizora.

– Konsole i gry mobilne nie znikną z rynku. Ciekawe jednak, co się stanie z wirtualną rzeczywistością. Wszyscy jeszcze parę lat temu krzyczeli, że VR zdobędzie rynek. Jestem bardzo ciekawy, czy adopcja VR się zwiększy. Augmented reality raczej widać, że nie zaadaptował się tak, jak niektórzy przewidywali. To gry mobilne i konsole przenośne stworzą duży segment na rynku – podsumowuje ekspert.

Według firmy badawczej Newzoo wartość globalnego rynku gier mobilnych w 2019 roku osiągnie wartość 68,5 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 10,2 proc. w skali roku.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/wdrozenie-sieci-5g-moze,p307986517

Nowe technologie usprawnią systemy ochrony pożarowej. Powstają innowacyjne materiały oraz nowe sposoby projektowania budynków

Rozwój technologii inteligentnych doprowadził do powstania nowych rozwiązań w zakresie ochrony przeciwpożarowej budynków. Inżynierowie pracują nad wdrożeniem innowacyjnych konstrukcji odpornych na podpalenie oraz ognioodpornych materiałów budowlanych. Zmiany zachodzą także w procesach projektowych – narzędzia wykorzystujące rozwiązania BIM pozwalają dostosować ognioodporność danej konstrukcji do stopnia zagrożenia pożarowego.

Niezawodne łożyska Łódź markI MTM. Więcej informacji znajdziesz tutaj: https://www.lozyskamtm.pl

– Inwestycje, jakie w tej chwili są budowane, są zupełnie inne niż to miało miejsce w przeszłości. Weźmy przykład galerii handlowych, mamy do czynienia z bardzo dużymi garażami, mamy do czynienia z wielkimi kubaturami. Podobnie, jeśli jest mowa o biurowcach wysokościowych czy nawet o mieszkaniówce. To wszystko stawia zupełnie nowe wyzwania przed ochroną przeciwpożarową. Nowe technologie muszą nadążać za tymi wymaganiami – mówi agencji Newseria Innowacje Tomasz Mazanek, menadżer ds. sprzedaży Promat.

Technologia Modelowania Informacji o Budynku (BIM) jest jedną z największych zmian, jaką wprowadzono w ostatnich latach w budownictwie. Projektowanie w oparciu o rozwiązania BIM ułatwia architektom przeprowadzanie konsultacji z branżystami, w tym m.in. specjalizującymi się w ochronie przeciwpożarowej, już na wczesnym etapie powstawania budynku. Nowe technologie pozwalają dokładnie zasymulować scenariusze w przypadku potencjalnego zagrożenia.

Autodesk opracował szereg narzędzi przeznaczonych do analizy bezpieczeństwa budynków. Oprogramowanie Autodesk Navisworks pozwala opracować plany ewakuacyjne, Autodesk CFD umożliwia symulowanie rozkładu temperatur podczas pożaru i analizować sposoby odprowadzania dymu, zaś Autodesk Project Scorch pozwala projektantom przeanalizować zachowanie się ognia w projektowanym budynku.

– Przy projektowaniu budynków wykorzystuje się bardzo mocno symulacje komputerowe. Symulujemy powstanie pożaru, np. w garażu, gdzie źródłem pożaru najczęściej jest samochód, w którym zapalić może się silnik czy coraz częściej ogniwa w samochodzie elektrycznym. Wówczas największym zagrożeniem jest nie temperatura, ale dym, który powoduje, że ludzie zatruwają się, nie widzą drogi ucieczki. Symulacje pozwalają tak zaprojektować przestrzeń, by odprowadzić ten dym w sposób bezpieczny, a jednocześnie w sposób umożliwiający ewakuację ludziom – tłumaczy ekspert.

Skuteczna ochrona przeciwpożarowa to jednak przede wszystkim czujniki, które pozwolą szybko wykryć źródło pożaru. Jeden z ciekawszych systemów opracowali inżynierowie z firmy FFE. Czujka Fireray One została zaprojektowana w taki sposób, aby do jej instalacji nie była wymagana specjalistyczna wiedza instalacyjna. Sprzęt sam przeprowadza proces kalibracji, dzięki czemu może być z łatwością zainstalowany nie tylko w dużych obiektach, lecz także w małych domach jednorodzinnych.

Prowadzone są także prace nad powłokami, dzięki którym elementy do tej pory łatwopalne, byłyby odporne na ogień. Promat eksperymentuje z powłokami zwiększającymi ognioodporność materiałów konstrukcyjnych, w tym elementów drewnianych. Naukowcy z Texas A&M University z kolei chcą stworzyć nietoksyczną, ognioodporną powłokę wykonaną wyłącznie z naturalnych materiałów, która zmniejszyłaby podatność pianki poliuretanowej na podpalenie. Materiał ten jest powszechnie wykorzystywany w produkcji mebli domowych oraz w systemach dociepleniowych dachów. Pokrycie go nanopowłoką opóźni moment zapłonu, co może zapobiec wielu pożarom.

– Wcześniej mieliśmy restrykcyjne podejście, budynek o danej wysokości, o danej liczbie mieszkańców ma mieć takie, a nie inne klasy odporności ogniowej. Dzisiaj wchodzimy głębiej w funkcje poszczególnych części tego budynku, w funkcje, jakie będzie spełniał. Część budynku, która tworzy większe zagrożenie, będzie zabezpieczana lepiej, będą w niej użyte inne materiały – tłumaczy Tomasz Mazanek.

Według analityków z firmy Zion Market Research wartość globalnego rynku systemów ochrony przeciwpożarowej w 2018 roku przekroczyła 57 mld dol. Do 2025 roku wzrośnie do blisko 95,5 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 8,1 proc.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/nowe-technologie,p960306879

Nowe technologie wymykają się polskiemu prawu. Innowacje pojawiają się na rynku szybciej, niż regulacje opisujące ich funkcjonowanie

Firmy z branży startupowej sięgają po technologie, których wykorzystanie często nie zostało uwzględnione w zapisach prawnych. Tak funkcjonuje np. polski rynek kryptowalutowy, blockchainowy czy branża wynajmu małych pojazdów elektrycznych. Ustawodawca nie nadąża za dynamicznym rozwojem nowych technologii, co z jednej strony może być szansą dla przedsiębiorców działających w innowacyjnej branży, a z drugiej naraża ich na ryzyko związane z działalnością na nieuregulowanym rynku.

– Nowe technologie nieuregulowane prawnie w Polsce to chociażby hulajnogi czy deskorolki elektryczne. Także blockchain, crowdfunding czy sztuczna inteligencja. Tylko nie można do końca mówić o tym, że one nie są uregulowane prawnie. To, że coś nie ma dedykowanych mu przepisów, nie oznacza, że jest nielegalne czy nieuregulowane prawnie. W Polsce można się posiłkować przepisami przez analogię. Jeżeli jakieś nowe technologie nie mają dedykowanych przepisów, na pewno można stosować jakieś analogie – tłumaczy agencji informacyjnej Newseria Innowacje Aleksandra Maciejewicz, rzecznik patentowy w Kancelarii Lawmore.

Jednym z najbardziej jaskrawych przykładów nieprzystosowania prawa do branży technologicznej jest sektor urządzeń wchodzących w skład internetu rzeczy. Ministerstwo Cyfryzacji opublikowało raport „IoT w polskiej gospodarce”, z którego wynika, że kilkadziesiąt ustaw blokuje rozwój tego segmentu gospodarki. Dużą przeszkodą są polskie przepisy dotyczące ochrony danych osobowych i prywatności, które utrudniają rozwój firm i startupów wyspecjalizowanych w tej branży.

Tymczasem według wspomnianego raportu rynek rozwiązań IoT w najbliższych latach będzie rozwijał się przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 13 proc. Wdrożenie stosownych zmian legislacyjnych ułatwi polskim firmom funkcjonowanie także na rynku europejskim. Zgodnie z postulatami zawartymi w raporcie ustawodawca powinien wdrożyć przepisy, które pozwolą wyłączyć dane gromadzone w usługach IoT z tajemnic sektorowych, aby ich funkcjonowanie nie łamało przepisów RODO.

Jednym z najgłośniejszych przypadków nieprzystosowania przepisów polskiego prawa do rozwoju rynku nowych technologii jest wysyp firm świadczących usługę wynajmu hulajnóg elektrycznych. Pojazdów tego typu nie opisuje żadna ustawa, przez co zachodzą wątpliwości dotyczące tego, czy dopuścić je do ruchu pieszego czy skierować na ścieżki rowerowe. Ministerstwo Infrastruktury od kilku miesięcy pracuje nad przepisami, które uzupełnią tę lukę prawną.

W przyszłości urzędnicy będą musieli zmierzyć się także z problemem inteligentnych samochodów funkcjonujących na rynku konsumenckim. Szybkie wdrożenie stosownych zmian prawnych może okazać się jednym z priorytetowych zadań najbliższych miesięcy, gdyż firma Tesla zapowiedziała, że jeszcze w tym roku wprowadzi do Polski Model 3, samochód z zaimplementowanym autopilotem.

– Pojazdy autonomiczne w Polsce nie są dozwolone dla szarych ludzi, ale są już regulowane w ustawie o ruchu drogowym. Jest tam cały rozdział, który mówi o tym, w jaki sposób przeprowadzać prace badawcze nad pojazdami autonomicznymi. Na takie prace musi wydać zgodę odpowiedni organ, w tym przypadku oddział Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad.  Jeżeli chodzi o przepisy, których brakuje w Polsce na pewno musimy się odnieść do sztucznej inteligencji. Przykładem może być sprzedaż dzieł sztuki, które będą tworzone przez SI. Prawo autorskie nie przewiduje możliwości, żeby sztuka mogła być tworzona przez kogoś innego niż człowieka – tłumaczy ekspertka.

Rząd poczynił już pierwsze kroki na drodze do przystosowania polskiego prawa do realiów rynku nowych technologii. Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii w ramach pakietu „100 zmian dla firm” wprowadziło Prostą Spółkę Akcyjną, stworzoną z myślą o rozwoju branży startupowej. Choć nie rozwiązuje ona problemów prawnych związanych z funkcjonowaniem firm na nieuregulowanym rynku, ma ułatwić pozyskanie kapitału młodym start-upom. Wprowadzi m.in. możliwość uruchomienia działalności gospodarczej z 1 zł kapitału początkowego i skróci czas rejestracji spółki do 24 godzin za pośrednictwem formularza elektronicznego.

Z pomocą branży startupowej przychodzą także kancelarie prawne zajmujące się rynkiem IT.

– Są takie przypadki, kiedy prawo rzeczywiście nie nadąża za nowymi technologiami. To np. blockchain i RODO. Ponieważ blockchain nie pozwala na usuwanie danych, one tam cały czas są. Z kolei RODO wymaga, aby podmiot danych osobowych miał możliwość ich usunięcia. I można na to spojrzeć dwojako: albo to są martwe przepisy, albo to może być zagrożenie dla przedsiębiorców pod kątem łamania tych przepisów. Dla kancelarii i dla przedsiębiorców jest to duże wyzwanie. Czasami musimy po prostu poddać sytuację jakiejś analizie ryzyka, na jakie nieprzyjemności powinien się przyszykować przedsiębiorca. A czasami do kancelarii należy tylko uzmysłowienie mu ryzyka – wyjaśnia Aleksandra Maciejewicz.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/nowe-technologie-wymykaja,p1421467

Nadchodzą trudne czasy dla towarzystw funduszy inwestycyjnych. Połowa z nich może zniknąć z polskiego rynku

Wyniki niektórych funduszy inwestycyjnych i związany z nimi kryzys zaufania oraz wejście w życie dyrektywy MiFID II spowodowały trudności na rynku TFI. Pogłębiają je również spowolnienie koniunktury w Europie i wojna handlowa między USA a Chinami. Duża część towarzystw funduszy inwestycyjnych, zwłaszcza tych mniejszych, nie przetrwa – przewiduje szef jednego z największych holdingów na świecie zarządzających funduszami inwestycyjnymi Franklin Templeton Investments w Polsce. Jego zdaniem w ciągu najbliższych 2–5 lat z rynku zniknie nawet połowa z 60 TFI.

Zapraszamy do zapoznania się z ofertą sprzętu marki Vervo. Tylko teraz osuszacz w nowej atrakcyjnej cenie. Więcej informacji tutaj: https://vervo.pl/kategorie-produktow/osuszacze-ziebnicze.html

– W następnych kwartałach sytuacja wielu funduszy będzie nadal bardzo trudna – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Borno Janekovic, prezes zarządu Franklin Templeton Investments w Polsce. – Prognozy dla TFI na następne miesiące i lata są bardzo interesujące, ale można też zauważyć pewne trudności. Powodem tego jest wejście w życie w Polsce dyrektywy MiFID II, w związku z czym wiele TFI nie będzie w stanie osiągać zysków i znikną z rynku. Obecnie w Polsce działa około 60 towarzystw. Przewiduję, że w okresie od dwóch do pięciu lat zostanie tylko połowa z nich.

W 2018 roku, zwłaszcza w jego drugiej połowie, inwestorzy więcej pieniędzy wycofywali z funduszy, niż do nich wpłacali. W efekcie w ciągu 12 miesięcy, do końca stycznia 2019 roku, z funduszy oferowanych przez polskie TFI odpłynęło 25,1 mld zł. Styczeń przyniósł poprawę nastrojów i wzrost aktywów funduszy o 0,7 proc. – do 258,5 mld zł.

– Nadszedł trudny okres dla sektora funduszy inwestycyjnych. Inwestorzy byli bardzo rozczarowani 2018 rokiem z powodu wyników niektórych funduszy, choć głównych przyczyn tego rozczarowania należy szukać w metodach zarządzania funduszami niektórych firm inwestycyjnych – ocenia Borno Janekovic. – Zwłaszcza że niektóre z nich stosowały nieuczciwe praktyki, przez co klienci stracili pieniądze. Teraz są oni niezadowoleni i stracili zaufanie do tego sektora.

To właśnie utrata zaufania do rynku spowodowała falę umorzeń w TFI. Pod koniec grudnia 2018 roku KNF przedstawił listę zachęt, które wolno będzie stosować pośrednikom, namawiając klientów do zakupu funduszy. Mają też spaść prowizje – według rozporządzenia ministra finansów w 2019 roku nie mogą być one wyższe niż 3,5 proc., w 2020 roku – niż 3 proc., a w 2021 roku – 2,5 proc. To sprawi, że banki, chcąc zatrzymać całą, coraz mniejszą prowizję dla siebie, będą promować głównie fundusze własnych TFI, a instytucje niezależne nie będą w stanie osiągać wystarczających zysków.

– Duże podmioty będą musiały rozwijać swoją działalność, aby przetrwać, bo tylko duże TFI pozostaną na rynku, natomiast małe z niego znikną. W ostatnich dziesięciu latach w Polsce inwestorzy patrzyli tylko na jedną rzecz – na wyniki funduszy. Zapoznawali się z danymi, który fundusz osiągał najwyższe wyniki w okresie ostatnich sześciu miesięcy i inwestowali w niego – mówi prezes Franklin Templeton Investments w Polsce. – Moim zdaniem nie należy się kierować tylko tym jednym kryterium. Ludzie powinni nauczyć się zwracać uwagę również na inne aspekty: w jaki sposób inwestuje dana firma, czy prowadzi działalność zgodnie z zasadami etyki, jak długo jest na rynku. To zmieni nasz sposób postrzegania inwestycji.

Do lokowania pieniędzy w funduszach inwestorów nie zachęcają również napięcia na światowych rynkach. Głównym problemem pozostaje wciąż wojna handlowa między Stanami Zjednoczonymi a Chinami, która negatywnie odbija się na rynkach wschodzących. Do tego dochodzi spowolnienie w strefie euro, głównie w Niemczech, najważniejszym dla polskiej gospodarki rynku. Wciąż nie wiadomo też, jakie skutki przyniesie brexit.

Stopniowemu odzyskiwaniu zaufania inwestorów do rynku kapitałowego mogą służyć pracownicze plany kapitałowe, które zaczną funkcjonować w II połowie roku.

– Uważam, że PPK są bardzo dobrym rozwiązaniem dla Polski. Są podobne do rozwiązań amerykańskich, gdzie każdy pracownik jest uczestnikiem funduszu – mówi Borno Janekovic. – Z czasem w Polsce sytuacja będzie wyglądała tak samo, a więcej osób zainwestuje swoje środki w fundusze, co pozytywnie wpłynie na ten rynek i klienci będą zadowoleni z wyników. Zaletą tego rozwiązania jest fakt, że jeżeli długoterminowe inwestycje zaczną przynosić wysokie zyski, to przyczyni się to do poprawy wizerunku całego sektora.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/nadchodza-trudne-czasy,p1048893562

Prace nad strategią rozwoju rynku kapitałowego nabierają tempa. Jeszcze w I kwartale trafi pod obrady rządu

Jeszcze w I kwartale 2019 roku rząd ma się zająć projektem strategii rozwoju rynku kapitałowego. Opracowany przez Ministerstwo Finansów dokument został już wpisany do wykazu prac legislacyjnych i programowych Rady Ministrów. Zdaniem Marcina Dyla, szefa Izby Zarządzających Funduszami i Aktywami, powinien on być ukierunkowany przede wszystkim na złagodzenie rygorystycznych regulacji.

Nowoczesny grzejnik do łazienki marki Enix. Więcej informacji tutaj: https://enix.pl/grzejnik-do-lazienki-moja-wizytowka

 Strategia rozwoju rynku kapitałowego jest procedowana przez ministra finansów i w założeniu ma być stanowiskiem, opracowaniem rządowym. To, że to będzie stanowisko rządu, powinno wzmocnić siłę tej strategii i ułatwić później jej stosowanie i wdrażanie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Dyl, prezes zarządu Izby Zarządzających Funduszami i Aktywami (IZFiA). – Sama strategia to pewien dokument, który wyznaczał kierunki. Z punktu widzenia rynku najważniejsze jest to, co konkretnego z tego będzie wynikało, jakiego rodzaju regulacje, ustawy i rozwiązania, które umożliwią rozwój rynku, ułatwią funkcjonowanie na nim i jak zadziałają w praktyce.

14 lutego projekt został wpisany na listę najbliższych prac rządu i zaplanowany do rozpatrzenia jeszcze w I kwartale br. Strategia była jednym z punktów tzw. planu Morawieckiego, czyli Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju, ogłoszonej w 2016 roku, który dla polskiej giełdy był wyjątkowo niekorzystny. Jedną z przyczyn są bardzo ostre regulacje rynku, które zniechęcają spółki do szukania finansowania na parkiecie, a inwestorów – do lokowania na GPW pieniędzy.

Zjawisko nadregulacji powinno zostać wyeliminowane. Konkurujemy z innymi krajami, z innymi instytucjami finansowymi na rynku, mamy rynek otwarty, globalny z punktu widzenia całej Unii. Wobec tego bardzo ważnym elementem tej strategii jest to, żebyśmy mieli wdrażane regulacje unijne w sposób przyjazny, w sposób nieprzeregulowany, ale cały czas z dużym poziomem bezpieczeństwa – podkreśla Marcin Dyl.

Tekst projektu opracowanego we współpracy z Komisją Europejską, Europejskim Bankiem Odbudowy i Rozwoju oraz brytyjską firmą doradczą BTA Consulting ma zdefiniować dwadzieścia największych przeszkód w rozwoju polskiej giełdy, zarówno tych zewnętrznych, jak i wewnętrznych, oraz zarekomendować rozwiązania. Chodzi m.in. o obniżenie kosztów wejścia na giełdę, zwłaszcza dla sektora małych i średnich przedsiębiorstw, zwiększenie płynności, skrócenie procedur czy zachęcenie Polaków do oszczędzania na emeryturę w IKE i IKZE.

Największym plusem strategii jest to, że ona będzie. Chodzi o to, żeby miała gospodarza, który będzie opiekował się rynkiem, i żeby patrzeć na rynek nie tylko z punktu widzenia nadzorczego. Cały czas mieliśmy takie postrzeganie, że Polska jest jednym z najbardziej rygorystycznie nadzorowanych rynków kapitałowych w Europie. Chodzi o to, żebyśmy mieli także możliwość rozwoju i działań prorozwojowych – mówi prezes IZFiA. – Strategia będzie punktem wyjścia do różnych prac proaktywnych, ale będzie mogła być wykorzystywana do blokowania różnych dziwnych pomysłów, które byłyby niezgodne ze sprawnym funkcjonowaniem rynku.

Największy indeks Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie, która przeżywała boom przed kryzysem finansowym z drugiej połowy ubiegłej dekady, wciąż nie powrócił do rekordowych poziomów w przeciwieństwie do największych rynków światowych. W październiku 2007 roku WIG20 liczył niemal 4 tys. punktów, obecnie – mniej niż 2,4 tys. Nieco lepiej radził sobie indeks szerokiego rynku, który przed rokiem odrobił straty sprzed ponad 10 lat, jednak w 2018 znów poszedł w dół. Spada liczba spółek, co oznacza, że więcej podmiotów wycofuje się z giełdy, niż na niej debiutuje. W 2015 roku było ich 487, obecnie – 463. Obroty na rynku głównym tylko w 2018 roku spadły o 18,8 proc., a liczba transakcji – o 9,9 proc.

Strategia jest potrzebna. Trzeba się wzorować, patrzeć, jak zadziałały tego rodzaju dokumenty i działania np. w Turcji – ocenia Marcin Dyl. – Jest to istotne wtedy, kiedy rząd deklaruje w sposób jasny, twardy i otwarty, że giełda to ważny element gospodarki, który trzeba wspierać, promować, rozwijać, bo jest to najlepsze narzędzie dla akumulacji kapitału i oszczędności Polaków.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/prace-nad-strategia,p388546501

Nasilający się egoizm gospodarczy może mieć negatywne skutki dla Polski. Ucierpią m.in. handel i przetwórstwo przemysłowe

Egoizm gospodarczy, którego przejawem jest m.in. brexit czy wojna handlowa między USA a Chinami, to poważne zagrożenie dla polskiej gospodarki – oceniają eksperci DNB Bank Polska i PwC. Wprawdzie 65 proc. firm nie dostrzega jeszcze wśród swoich zagranicznych kontrahentów oznak zniechęcenia wobec wzajemnej współpracy, jednak zjawisko to może uderzyć w branżę motoryzacyjną, przetwórstwo przemysłowe i handel. Ponad połowa firm w Polsce obawia się pogłębiających się podziałów w Europie. Z drugiej strony pozytywnie postrzegają globalizację jako zjawisko prowadzące do wzrostu światowego bogactwa i wzajemnego wzbogacania kultur.

Przez wiele lat powszechnie uważano, że integracja gospodarcza, umożliwienie wymiany handlowej i swobodnego przepływu kapitału to kierunek rozwoju, który w naturalny sposób zwiększa bezpieczeństwo i dobrobyt. Jednak po kryzysie z lat 2008–2009 widać, że ten paradygmat się zmienia, przynajmniej od strony politycznej. Idziemy w kierunku egoizmu gospodarczego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Artur Tomaszewski, prezes DNB Bank Polska.

Jak podkreśla, w krótkoterminowej perspektywie egoizm gospodarczy może mieć pozytywne efekty dla danego państwa: prowadzić do pogłębionej, silniejszej integracji społeczno-kulturowej, a nawet generować wyższy wzrost PKB. Może być również sposobem na ochronę lokalnego rynku pracy przed napływem cudzoziemców. Długoterminowe skutki egoizmu gospodarczego mogą być jednak katastrofalne. W globalnej skali taka postawa może chociażby doprowadzić do załamania systemu emerytalnego i problemów w radzeniu sobie z globalnymi wyzwaniami, jak na przykład ochrona klimatu, które wymagają międzynarodowej otwartości i współpracy.

– Wszystko to w konsekwencji prowadzi do jeszcze silniejszego zróżnicowania w rozwoju gospodarczym poszczególnych państw i powstania głębszych różnic – mówi Artur Tomaszewski. 

Jak wynika z raportu DNB Bank Polska i PwC „Kierunki 2019. Nowe nadzieje, nowe zagrożenia w dobie rosnącego egoizmu gospodarczego. Skutki dla polskiej gospodarki i przedsiębiorstw”, jak na razie polscy przedsiębiorcy nie odczuwają jeszcze faktycznych zmian w wymianie towarowej, dostępie do rynków czy kapitału zagranicznego. Mimo że nastawienie polityków do kwestii globalizacji i międzynarodowych relacji wyraźnie zmieniło się w ostatnich latach, 2/3 polskich firm nie dostrzega wśród swoich zagranicznych kontrahentów oznak zniechęcenia wobec współpracy z nimi.

Polska jest krajem bardzo dynamicznie rozwijającym eksport, przede wszystkim do Unii Europejskiej. W obecnym układzie, patrząc na sytuację globalnie, chociażby wojnę handlową między Stanami Zjednoczonymi a Chinami, Polska nie będzie mieć dużych ograniczeń w wielkości produkcji i wzrostu PKB. Gdyby jednak w tej wojnie dochodziło do kolejnych eskalacji, a dotknięty konfliktem zostałby również sektor motoryzacyjny, wówczas mogłoby to istotnie wpłynąć na polską gospodarkę, ponieważ w Polsce ulokowana jest duża część produkcji motoryzacyjnej – wskazuje Jacek Socha, wiceprezes zarządu PwC Polska.

W Polsce wpływ egoizmu gospodarczego na poszczególne branże będzie zależny od ich otwartości na zagranicę. Wydaje się, że najbardziej może dotknąć szeroko rozumiane przetwórstwo przemysłowe, sektor usług, a jeśli chodzi o pracowników – firmy związane z ochroną, sprzątaniem, budownictwem i transportem – wymienia Artur Tomaszewski.

Negatywnych konsekwencji konfliktu na linii Chiny – USA obawia się 1/4 polskich firm. Z kolei 13 proc. uważa, że duże lub bardzo duże skutki dla ich działalności będzie miał tzw. twardy brexit. 60 proc. ankietowanych przedsiębiorstw spodziewa się, że będzie on niewielki. Jednak eksperci DNB i PwC podkreślają, że dziś trudno jeszcze wyrokować, jakie będą skutki „rozwodu” Wielkiej Brytanii z UE. Według szacunków PwC PKB Wielkiej Brytanii w 2020 roku powinien być o 3–5,5 proc. niższy niż gdyby brexit nie miał miejsca. Z kolei, w zależności od scenariusza, Unia Europejska do 2030 roku straci na wyjściu Wielkiej Brytanii od 13,3 mld do 63 mld euro, co oznacza spadek PKB o 0,11–0,52 proc.

Skutki dla Polski szacowane są na około 0,4–0,55 proc. PKB. Ponadto analitycy spodziewają się deprecjacji złotego i podniesienia stóp procentowych przez NBP, co spowolni wzrost gospodarczy.

Sytuacja będzie wyglądać dużo gorzej, gdyby doszło do twardego brexitu. W Niemczech taki scenariusz może oznaczać utratę około 100 tys. miejsc pracy. Jesteśmy gospodarką, która w dużym stopniu zależy od sąsiadów, i to, co wydarzy się na tamtejszym rynku, będzie miało przełożenie również na nas – mówi Jacek Socha.

Blisko 2/3 całego polskiego eksportu do Wielkiej Brytanii stanowią maszyny, urządzenia, sprzęt elektryczny i elektrotechniczny (m.in. komputery), sprzęt transportowy (m.in. samochody i części do nich), a także przetwory spożywcze oraz artykuły przemysłowe. Te branże będą najbardziej narażone na negatywne konsekwencje twardego brexitu.

Eksperci DNB i PwC podkreślają, że pomysły takie jak brexit czy Unia Europejska dwóch prędkości stanowią zwrot w kierunku izolacji i pociągną za sobą spadek średniego wskaźnika globalnej otwartości (stosunek obrotów handlowych, czyli sumy eksportu i importu do wielkości PKB danego państwa). Ponad połowa (56,5 proc.) polskich firm obawia się pogłębiających się podziałów i realizacji scenariusza Europy dwóch prędkości.

Z drugiej strony przedsiębiorstwa pozytywnie postrzegają globalizację. 2/3 firm ocenia ją jako zjawisko prowadzące do wzrostu światowego bogactwa i wzajemnego wzbogacania kultur. Zdaniem 50 proc. rządy nie powinny stosować polityki gospodarczej, która chroni rodzimych przedsiębiorców, nawet kosztem ograniczenia swobody przepływu towarów, kapitału i przedsiębiorczości. Aż 91,3 proc. badanych nie zgadza się też ze stwierdzeniem, że cudzoziemcy mają negatywny wpływ na rynek pracy.

Przedsiębiorcy uważają, że cudzoziemcy mają pozytywne przełożenie na lokalny rynek pracy. Tymczasem Polska jako jedyny kraj badany w naszym raporcie ma deficyt migracyjny. Więcej osób z Polski wyjeżdża, niż przyjeżdża – i tę lukę musimy zapełnić. Pojawienie się cudzoziemców w Polsce jest istotne dla utrzymania poziomu produkcji i wzrostu PKB – podkreśla Jacek Socha, wiceprezes zarządu PwC Polska.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/nasilajacy-sie-egoizm,p228255181

Właściciel największego producenta prefabrykowanych domów drewnianych chce sprzedać duży pakiet akcji. Wartość oferty może wynieść 360 mln zł

Firma Danwood Holding, dostawca prefabrykowanych domów o konstrukcji drewnianej wykańczanych pod klucz, rozpoczyna pierwszą ofertę publiczną akcji. Właściciel chce sprzedać do 50 proc. akcji z możliwością zwiększenia o 10 proc. W przypadku sprzedaży 60 proc. wartość oferty – po cenie maksymalnej – może wynieść 360 mln zł. Spółka ma dziś portfel zamówień sięgający ponad 2,2 tys. domów. Roczna sprzedaż sięga 1,2 tys. domów (2017 rok) i obejmuje głównie rynek niemiecki. Jednak zapotrzebowanie na domy prefabrykowane rośnie w Europie, w tym również w Polsce.

 Właściciel zdecydował się na sprzedaż części posiadanych akcji, co przy cenie maksymalnej wyznaczonej na 15 zł daje wartość emisji 360 mln zł. Od 12 kwietnia trwa budowanie księgi popytu dla inwestorów instytucjonalnych, od 13 kwietnia ruszają zapisy dla inwestorów indywidualnych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jarosław Jurak, prezes zarządu Danwood Holding.

Oferta publiczna będzie obejmować wyłącznie istniejące akcje – do 20 mln akcji (50 proc. w kapitale) należących do Enterprise Investors, z opcją powiększenia puli do 4 mln walorów (10 proc. w kapitale). Zapisy inwestorów indywidualnych mają potrwać do 23 kwietnia. Najpóźniej do 24 kwietnia ma zostać opublikowana cena sprzedaży, ostateczna liczba akcji oferowanych w ramach oferty oraz ostateczna liczba akcji oferowanych poszczególnym kategoriom inwestorów.

Łożyska marki MTM – Twój sposób na udany biznes! Sprawdź naszą ofertę już dziś.

 Mamy bardzo dobry portfel zamówień. To ok. 2,2 tys. domów, głównie dla klientów na rynku niemieckim – mówi Jarosław Jurak. – Na wszystkich rynkach, na których działa firma – w Niemczech, Austrii, Szwajcarii, Wielkiej Brytanii, Irlandii i Polsce – domy prefabrykowane cieszą się coraz większą popularnością. Ten rynek rozwija się szybko, szczególnie w segmencie domów wykańczanych pod klucz – podkreśla prezes Danwood Holding.

Obecne moce produkcyjne Danwood pozwalają na wytworzenie 1,5 tys. domów rocznie.

W 2017 roku firma przekazała nieco ponad 1,2 tys. domów, przy 995 rok wcześniej (wzrost o 22 proc.). Spółka planuje rozbudowę mocy produkcyjnych w latach 2018–2019 o kolejne 500 domów rocznie, czyli do 2 tys. domów do roku 2019. Z tegorocznego raportu firmy Roland Berger wynika, że udział domów prefabrykowanych wśród oddawanych do użytku nowych domów systematycznie rośnie. Na rynkach, na których działa Danwood Holding, średni roczny wzrost w latach 2014–2017 dla domów prefabrykowanych w standardzie pod klucz wyniósł 7,3 proc., dla domów jednorodzinnych prefabrykowanych nieco ponad 6 proc., przy 5,3 proc. dla domów jednorodzinnych ogółem.

Obecnie ponad 84 proc. wszystkich zamówień spółki pochodzi z Niemiec, realizacje w Polsce stanowią 6,4 proc.

 Najwięcej domów sprzedajemy właśnie w południowych i południowo-zachodnich Niemczech. To regiony, gdzie rynek jest najsilniejsi. Tam udział domów prefabrykowanych konstrukcji drewnianej sięga ok. 30 proc. ogółu budynków – mówi Jarosław Jurak. – W Polsce rynek rozwija się nieco wolniej niż w  Europie. Widać jednak, że młodzi Polacy, którzy wyjeżdżają na Zachód, spotykają tam takie domy, coraz częściej po powrocie decydują się na taki zakup.

Z danych Roland Berger wynika, że w Polsce udział domów prefabrykowanych wynosi 1,9 proc. Dla porównania w Skandynawii to już 42 proc., w Austrii – 35 proc., a w Niemczech czy Szwajcarii – ok. 20 proc. Przewagą takich domów jest szybki czas realizacji projektu – nawet w kilka miesięcy, niższy koszt niż przy budowie klasycznych domów (w Niemczech Danwood Holding oferuje domy w cenie 150–250 tys. euro) i realizacja domu przez jeden podmiot, który udziela gwarancji.

 Domy prefabrykowane oferują klientom dużo większą jakość. Poza tym w odpowiedzi na aktualną sytuację rynkową w Polsce i na Zachodzie ich budowa wymaga mniejszego zaangażowania pracowników bezpośrednio na budowie. Wykonanie wielu czynności w hali produkcyjnej, przy zastosowaniu nowoczesnych maszyn, nadzorze i właściwym przeszkoleniu pracowników, pozwala na to, by wszystkie produkowane elementy miały bardzo dokładne wymiary i wysoką jakość – podkreśla Jarosław Jurak.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/wlasciciel-najwiekszego,p372414925

Prawie połowa Polaków wysoko ocenia swoją wiedzę o finansach. Największe braki dotyczą podatków i cyberbezpieczeństwa

Polacy dobrze oceniają swoją ogólną wiedzę o finansach, a największe braki odczuwają w zakresie cyberbezpieczeństwa oraz systemu podatkowego – wynika z badania „Poziom edukacji finansowej Polaków 2018” Warszawskiego Instytutu Bankowości. Swoją wiedzę najwyżej oceniają mężczyźni, osoby młode, o wyższych dochodach i mieszkające w dużych miastach. Polacy mają za to krytyczne opinie na temat formalnej edukacji w zakresie finansów.

Dużą wiedzę na temat finansów osobistych deklaruje 44 proc. badanych. Tylko 17,4 proc. twierdzi, że ma małą wiedzę o oszczędzaniu, inwestowaniu i emeryturach. Nieco lepszą ocenę wystawiają sobie mężczyźni niż kobiety – wśród pań co piąta przyznaje się do bardzo małej wiedzy o finansach osobistych.

Wprawdzie swoją wiedzę ekonomiczną lepiej oceniają mężczyźni, ale w praktyce wiemy, że w codziennym życiu lepiej z punktu widzenia wiedzy i doświadczenia ekonomicznego zachowują się kobiety, które prowadzą często budżety domowe – mówi agencji Newseria Biznes Waldemar Zbytek, wiceprezes zarządu Warszawskiego Instytutu Bankowości.

Najlepiej swoją wiedzę oceniają osoby pomiędzy 30 a 39 rokiem życia – 58 proc. z nich mówi w swoim przypadku o dużej wiedzy. Najmniej takich deklaracji jest wśród seniorów – zaledwie 19 proc. wskazań. Poziom świadomości zależy też od zarobków. Okazuje się, że im mniej zarabiamy, tym mniej wiemy, jakimi prawami rządzi się świat pieniądza. Dobrze swoją wiedzę w tym zakresie oceniają osoby o dochodach między 3 a 4 tys. zł netto miesięcznie oraz ci, którzy zarabiają więcej niż 5 tys. (odpowiednio 67 i 72 proc. wskazań). Na małą lub bardzo małą wiedzę o finansach wskazuje aż 30 proc. osób pomiędzy 18. a 29. rokiem życia.

– Osoby o niższych zarobkach sygnalizują brak wiedzy i potrzebę intensywnej edukacji – wyjaśnia Waldemar Zbytek.

Ocena wiedzy w zakresie finansów i edukacji finansowej zależy też od miejsca zamieszkania.

– Ci, którzy mieszkają w większych miastach, bardziej krytycznie patrzą na system edukacji w tym zakresie. Wszyscy jednakże w olbrzymiej większości zgadzają się co do tego, że należy pogłębić i rozwijać edukację w zakresie finansów, ekonomii, przedsiębiorczości i cyberbezpieczeństwa, bo dzisiaj już w zasadzie nie ma finansów i ekonomii bez internetu i problemów w zakresie cyberbezpieczeństwa – tłumaczy Waldemar Zbytek.

To właśnie cyberbezpieczeństwo Polacy wskazują jako obszar, w którym najbardziej brakuje im wiedzy. Tak odpowiedziało 38 proc. pytanych. Na braki w wiedzy w tym obszarze nieco częściej wskazują mężczyźni (40 proc. pytanych) niż kobiety (36 proc. wskazań). Podobnie jest z wiedzą o podatkach. Na braki w tym zakresie skarży się 39 proc. mężczyzn i 32 proc. kobiet. Młodzi respondenci, między 18 a 26 rokiem życia, deklarują, że największą lukę mają w wiedzy na temat emerytur (49 proc. wskazań) oraz kredytów i pożyczek (46 proc. ).

Respondenci odpowiedzieli, że niezbyt dobrze oceniają system edukacji formalnej. Uznają, że należy uzupełnić tę formalną edukację w szkołach w zakresie przedsiębiorczości o współpracę z instytucjami sektora finansowego, o praktyków finansów, biznesu, tak aby poziom edukacji w przeciętnej polskiej szkole znacząco w tym zakresie wzrósł – mówi Waldemar Zbytek.

Wagę wiedzy ekonomicznej w życiu docenia ponad połowa Polaków. Badani wskazywali, że odpowiednia wiedza o finansach i gospodarce pomaga uchronić się przed niebezpieczeństwami, takimi jak wpadnięcie w spiralę zadłużenia czy utrata oszczędności na skutek złych decyzji finansowych, a także ułatwia uzyskanie odpowiedniego finansowania na realizację celów prywatnych oraz zawodowych.

Polacy uważają, że wiedza ekonomiczna i finansowa przyda im się w codziennym życiu. To nie tylko kwestia inwestowania czy ryzyka konkretnych czynności finansowych, ale przede wszystkim chęć poznania systemu finansowego po to, żeby całe życie racjonalnie zarządzać własnym budżetem – dodaje Waldemar Zbytek.

Uczestnicy badania IBRIS uznali, że publiczny system edukacji zbyt mało czasu poświęca obecnie na przekazywanie młodym ludziom wiedzy o finansach – twierdzi tak aż 73 proc. pytanych. Rozwijanie kompetencji finansowych Polaków ma wspierać program „Bankowcy dla edukacji”.

– Będziemy realizować warsztaty dla nauczycieli wielu poziomów kształcenia, bo współpracujemy nie tylko ze szkołami, lecz także z uczelniami. Realizujemy projekty edukacyjne nie tylko dla dzieci, młodzieży i studentów, lecz także dla seniorów. W tej chwili w ramach programu współpracujemy z ponad 800 instytucjami, w tym ponad 400 polskimi samorządami – mówi Waldemar Zbytek.

Realizowany przez Warszawski Instytut Bankowości program to jeden z największych programów edukacji finansowej w Europie. Jak wskazują organizatorzy, do końca 2018 roku dotrze on do 350 tys. uczniów, studentów i seniorów podczas 9 tys. bezpośrednich lekcji, wykładów i spotkań w 120 szkołach wyższych oraz 800 szkołach podstawowych w całej Polsce.

– Formy tej edukacji mogą być bardzo różne – od bezpośrednich kontaktów w formie lekcji prowadzonych w polskich szkołach, poprzez oczywiście gry, konkursy, elektroniczne formy, przygotowanie filmów, materiałów prasowych. Współpracujemy z wieloma mediami i pismami w Polsce, również środowiskowymi, bo celujemy mocno w konkretne środowiska, w dotarcie z konkretną informacją do osób w konkretnym wieku – podkreśla wiceprezes Warszawskiego Instytutu Bankowości.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/prawie-polowa-polakow,p1713714593