Zbudowano najmniejszy na świecie chip do wszczepiania pod skórę. Waży 2 mg i może badać połączenia mózgowe [DEPESZA]

Japońscy naukowcy zbudowali najmniejsze na świecie urządzenie optyczne, które może być wszczepiane pod skórę. Zawiera ogniwo fotowoltaiczne, zasilane światłem podczerwonym, które emituje światło niebieskie. Zastosowanie światła podczerwonego pozwala na wszczepienie urządzenia na kilka centymetrów w głąb ciała, a emisja światła niebieskiego może być wykorzystana do kontroli wzorców mózgowych. Chip może znaleźć zastosowanie zarówno w opiece medycznej, jak i na błyskawicznie rosnącym rynku internetu rzeczy.

Zachowanie neuronów można zmienić nie tylko za pomocą substancji chemicznych, ale i samego światła. Światło może aktywować określone białka w mózgu, aby zmienić wzorce mózgowe. W związku z tym naukowcy wszczepili urządzenia optyczne np. gryzoniom, aby skutecznie kontrolować ich zachowanie, używając jako bodźca jedynie światła o określonych długościach fal. Dotychczas stosowane urządzenia były zazwyczaj nieporęczne i ciężkie, w dużej mierze ze względu na zależność od elektromagnetyzmu – zarówno napięcie, jak i prąd zmniejszają się wraz ze zmniejszaniem rozmiaru.

Grupa japońskich naukowców zbudowała wszczepialny chip CMOS o objętości 1 mm3 i ciężarze 2,3 mg.

– Rozmiar jest zawsze wyzwaniem. Nikt nie lubi mieć dużych implantów – podkreśla Takashi Tokuda, profesor nadzwyczajny w Nara Institute of Science and Technology (NAIST). – Zintegrowaliśmy dwa zestawy ogniw fotowoltaicznych na układach półprzewodnikowych. Dziesięć komórek zostało zintegrowanych do zasilania, a siedem komórek do polaryzacji.

Tak mały rozmiar urządzenia optycznego wynika z faktu, że w urządzeniach opartych na fotowoltaice napięcie pozostaje niezmienione niezależnie od rozmiaru. Nowy chip wykorzystuje uzupełniający się półprzewodnik z tlenku metalu, który kontroluje moc fotowoltaiczną.

Urządzenie zawiera chip LED InGan (zbudowany z azotku indu i galu), dzięki któremu może emitować niebieskie światło. Można je zaś aktywować za pomocą światła podczerwonego. To o tyle istotne, że podczerwień może wnikać głęboko w ciało, podczas gdy światło niebieskie nie może dotrzeć głębiej niż powierzchnia. Dlatego urządzenie można wszczepić na kilka centymetrów w głąb ciała.

Nowy biochip japońskich naukowców nie jest jednak jeszcze gotowy do wszczepiania, wciąż wymaga modyfikacji przed uzyskaniem pełnego potencjału.

– Urządzenie może być stosowane tylko do stymulacji impulsami i wymaga czasu ładowania dla każdej stymulacji. Większość optogenetyków używa wielu impulsów. Musimy poprawić wydajność odbioru i konwersji energii – wskazuje Takashi Tokuda. – Jest to jednak najmniejszy na świecie bezprzewodowy optyczny stymulator neuronowy.

Jeśli to najmniejsze na świecie urządzenie optyczne do wszczepiania pod skórę zostanie skomercjalizowane, może posłużyć m.in. w opiece zdrowotnej czy do kontrolowania urządzeń internetu rzeczy.

(Newseria Innowacje)

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/zbudowano-najmniejszy-na,p1001208569

Najnowsze ładowarki naładują smartfona w 20 minut. W przyszłości może wystarczyć zaledwie minuta [DEPESZA]

Ładowanie baterii telefonu w mniej niż minutę będzie w przyszłości możliwe dzięki technologii dziś wykorzystywanej w branży kosmicznej – twierdzi NASA. Producenci wciąż pracują także nad rewolucyjnymi akumulatorami, których czas ładowania do pełna zamknie się w kwadransie. Ich premiera może nastąpić jeszcze w tym roku. Obecnie najbardziej zaawansowane ładowarki mogą naładować baterię smartfona w 20 minut, czyli trzykrotnie szybciej niż sprzedawane do tej pory.

– Przyspieszone wprowadzenie technologii 5G na całym świecie, a także rosnąca dywersyfikacja aplikacji zużywających dużo energii, w tym gier i aplikacji do oglądania filmów, stanowią nowe wyzwania dla żywotności baterii telefonów komórkowych i ładowania użytkowników – podkreśla Jeff Zhang, główny naukowiec ds. technologii ładowania w OPPO.

OPPO wprowadziło właśnie na rynek najnowsze ładowarki z technologią ładowania 125 W, które są w stanie naładować do pełna baterię o pojemności 4000 mAh w zaledwie 20 minut. Już po 5 minutach bateria naładowana jest do 41 proc. Dla porównania superszybka ładowarka od Huawei dysponuje mocą 22,5 W i baterię o pojemności 3800 mAh naładuje do pełna w nieco ponad godzinę. Po 30 minutach sprawna bateria jest zaś naładowana w 60 proc.

Ładowarka OPPO wyposażona jest ponadto w trzy oddzielne pompy ładowania i szereg czujników, które mają zapobiegać powstawaniu przeciążeń mogących uszkodzić ładowany sprzęt. Oprócz ładowarki przewodowej o mocy 125 W OPPO produkuje też ładowarki bezprzewodowe AirVOOC o mocy 65 W. Czas ładowania baterii 4000 mAh wynosi w tym przypadku 30 minut. Ładowarka ta jest wyposażona w szklaną obudowę służącą do redystrybuowania ciepła, a także półprzewodnikową chłodnicę, dzięki której ładowany telefon nie nagrzewa się zbyt mocno.

– W 2014 roku wprowadziliśmy technologię szybkiego ładowania VOOC Flash Charge. Teraz jesteśmy zobowiązani do dalszego rozwijania naszej wiedzy i zalet w dziedzinie technologii bezprzewodowego, szybkiego ładowania o dużej mocy i kompaktowych rozmiarach, aby zapewniały użytkownikom bezpieczne, wydajne i wygodne ultraszybkie ładowanie – wskazuje Jeff Zhang.

Przyszłością ładowania urządzeń mobilnych są też zmiany w technologii produkcji ich akumulatorów. Jak wskazuje NASA, baterie w smartfonach przyszłości będą się ładowały w mniej niż minutę. Na razie największe nadzieje pokładane są w wykorzystaniu ogniw zbudowanych z grafenu. Taka bateria mogłaby zmagazynować nawet o 60 proc. energii więcej niż litowo-jonowa. Grafen znacznie wolniej się nagrzewa, więc bateria mogłaby być ładowana dużo większą mocą. W praktyce oznaczałoby to możliwość naładowania jej od zera w nie więcej niż kilkanaście minut. Nad taką właśnie baterią pracuje obecnie Samsung. Według wstępnych zapowiedzi smartfon wyposażony w nią może zostać wypuszczony na rynek jeszcze w tym roku.

Według analityków Transparency Market Research światowy rynek ładowarek do smartfonów osiągnie do 2027 roku wycenę na poziomie 53 mld dol. Dla porównania w 2019 roku było to 30 mld dol.

(Newseria Innowacje)

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/najnowsze-ladowarki,p1552155845

Zmiany w przepisach o specjalnych strefach ekonomicznych planowane jesienią. Będą kolejne udogodnienia dla inwestorów

Ministerstwo Rozwoju pracuje nad paszportem strategicznego inwestora – nowym pakietem preferencji dla firm zainteresowanych inwestowaniem w Polskiej Strefie Inwestycji. – Ma on przyspieszyć proces uzyskania pozwolenia na inwestycje dzięki  ułatwieniom dotyczącym np. pozwoleń wodno-prawnych czy zatrudniania cudzoziemców – wyjaśnia wiceminister rozwoju Olga Semeniuk. Prace w resorcie mają zakończyć się przed końcem wakacji.

– Oprócz paszportu strategicznego inwestora nowelizacja ustawy ma przede wszystkim zmienić kryteria jakościowe dla przedsiębiorców i dostosować je do obecnych warunków. Mamy także zamiar skupić się na mniejszych i średnich miastach, aby likwidować bariery dla sektora małych i średnich przedsiębiorstw w dostępie do specjalnych stref inwestycyjnych – deklaruje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Olga Semeniuk.

W Ministerstwie Rozwoju trwają intensywne prace nad projektem zmian, aby proces prawno-legislacyjny rozpoczął się zaraz po wakacjach.

Celem nowelizacji jest przede wszystkim wsparcie sektora małych i średnich przedsiębiorstw oraz zachęcenie poprzez zmianę kryteriów jakościowych do tego, aby jeszcze większa liczba przedsiębiorców krajowych i zagranicznych inwestowała w strefach – zapowiada wiceminister rozwoju.

Jak podkreśla, ostatnie miesiące były dla stref okresem weryfikacji ich funkcjonalności, który przeszły pomyślnie. Od początku roku w ramach PSI wydano 139 decyzji inwestycyjnych o wartości ok. 4 mld zł. Zgodnie z deklaracjami pozwolą one na stworzenie ponad 2,3 tys. nowych miejsc pracy.

Okazuje się, że strefy poradziły sobie bardzo dobrze. Inwestorzy, zazwyczaj zagraniczni, jedynie odłożyli w czasie poszczególne etapy prac inwestycyjnych, ale nie zerwali kontraktów. My również nie spoczywamy na laurach i podkręcamy tempo prac – podkreśla Olga Semeniuk.

Duże zmiany w funkcjonowaniu specjalnych stref ekonomicznych zaszły dwa lata temu. Na mocy ustawy z maja 2018 roku o wspieraniu nowych inwestycji powstała Polska Strefa Inwestycji, która spowodowała, że zwolnienia podatkowe dla inwestorów dostępne są na terenie całego kraju, a nie tylko w specjalnych strefach ekonomicznych. Dzięki temu firmy nie muszą już przenosić się ze swojego obszaru działalności na teren SSE. Tym samym powołanie PSI przyczyniło się do uruchomienia licznych inwestycji w Polsce Wschodniej (w tym roku 41 inwestycji na kwotę 700 mln zł) i średnich miastach, które tracą funkcje społeczno-gospodarcze.

SSE wciąż jednak istnieją, zarządzając poszczególnymi częściami PSI. Tegorocznym liderem jest Katowicka SSE, która wydała 24 decyzje dotyczące inwestycji. Na kolejnych miejscach plasują się: Łódzka SSE (16 decyzji), Euro-Park Mielec (15 decyzji) i Pomorska SSE (13 decyzji).

W czasie dwóch lat funkcjonowania PSI pozyskano 556 inwestorów, a zadeklarowane inwestycje opiewają na 25,2 mld zł i wiążą się z utworzeniem ponad 11,2 tys. miejsc pracy. Wraz z rozwojem Polskiej Strefy Inwestycji stopniowo rośnie też udział wśród inwestorów polskiego sektora MŚP, co było jednym z kluczowych celów zmian z 2018 roku.

Po dwóch latach działalności PSI mamy ponad 70 proc. firm z polskim kapitałem – mówi wiceminister rozwoju.

Pod względem liczby projektów udział polskiego kapitału wzrósł do 81 proc. w 2019 roku oraz do 87 proc. w lipcu 2020 roku. Równocześnie wzrósł także udział MŚP w tworzeniu nowych miejsc pracy. Polskie małe i średnie firmy odpowiadają za 79 proc. nowych miejsc pracy tworzonych w PSI.

Kapitał zagraniczny także chętnie tutaj napływa. Jednym z większych inwestorów są Amerykanie. Na terenie PSI aktywnych jest 100 inwestycji z USA o łącznej wartości 7,2 mld zł i z ponad 10 tys. miejsc pracy. Na celowniku firm z kapitałem amerykańskim są m.in. strefy katowicka i łódzka. One przodują pod względem nakładów inwestycyjnych, z kolei najwięcej miejsc pracy przedsiębiorcy z USA zadeklarowali się utworzyć w strefie katowickiej i wałbrzyskiej.

Dzięki utworzeniu Polskiej Strefy Inwestycji więcej firm, także te małe i średnie, może korzystać z ulg podatkowych dla inwestorów. W katalogu zachęt dla nich są: zwolnienia wydawane na 10, 12 lub 15 lat, premie dla tych przedsięwzięć, które wpływają na konkurencyjność i innowacyjność regionalnych gospodarek, a w konsekwencji na rozwój gospodarczy Polski, oraz specjalne ulgi, które mają za zadanie wspierać niedoinwestowane dotąd regiony kraju z wysokim bezrobociem.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/zmiany-w-przepisach-o,p2023835665

Firmy transportowe walczą o zlecenia niskimi cenami. Pogłębia się nieuczciwa konkurencja na rynku

– Spadek liczby zleceń przy tej samej podaży usług powoduje, że stawki frachtów uległy drastycznemu obniżeniu – przyznaje Maciej Wroński, prezes Związku Pracodawców Transport i Logistyka Polska. W związku z tym niektóre firmy wykorzystują nieuczciwe sposoby i oferują ceny poniżej kosztów, co nasila zjawisko nieuczciwej konkurencji. To może prowadzić do zakłóceń na rynku, w wyniku czego – w połączeniu z konsekwencjami koronawirusa – część firm upadnie. Dodatkowo uchwalony niedawno pakiet mobilności to zapowiedź kolejnych problemów dla branży – niewykluczone, że część firm transportowych przeniesie swój biznes poza Polskę.

Ograniczenia przewozowe spowodowane pandemią koronawirusa i zmniejszenie liczby zleceń wywołały obniżenie stawek frachtów. W długim okresie większy popyt wywołałby wzrost cen i przewoźnicy mogliby liczyć na poprawę sytuacji. Jednak przeszkodą są nieuczciwe praktyki, które przyczyniają się do utrzymania cen na niskim poziomie.  

Aby otrzymać zlecenie, część firm – mam nadzieję, że niewielka – stosuje różnego rodzaju nielegalne manipulacje z tachografem, które powodują jego wyłączenie, co umożliwia np. wykonywanie za pomocą jednego pojazdu przebiegu miesięcznego na poziomie 20 tys. km. Firma, która jeździ uczciwie, zgodnie z zapisami tachografu, może wykonać jedynie 10 tys. km. W efekcie nieuczciwy podmiot uzyskuje wzrost przebiegu przy podobnych kosztach stałych, na które składają się m.in.: rata leasingowa, amortyzacja, podatek od środków transportowych oraz ubezpieczenie – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Maciej Wroński. – Przewoźnik, który dokonuje tego typu czynów nieuczciwej konkurencji, może mieć koszty obniżone nawet o kilkanaście groszy za kilometr.

Jeżeli to zjawisko będzie się nasilać, to przewoźnicy będą realizowali zlecenia za zaniżone stawki, a cena rynkowa zamiast odbić w górę, utrzyma się na poziomie poniżej standardowych kosztów i nie zapewni opłacalności.

Może to nawet spowodować upadłość tych firm, które działają legalnie. Obawiam się, że obecna sytuacja rynkowa pogłębi nieuczciwą konkurencję. Zatem apeluję do administracji rządowej o skuteczną walkę z tym zjawiskiem – dodaje prezes Związku Pracodawców Transport i Logistyka Polska.

Już dziś sytuacja polskiej branży transportowej nie jest najlepsza. Wprawdzie część firm, np. z branży spożywczej, nie odczuła negatywnych skutków pandemii i lockdownu, ale niektórzy przewoźnicy, obsługujący np. przewozy pasażerskie lub branżę automotive, praktycznie na kilka miesięcy zamrozili działalność. Jak wskazuje raport Krajowego Rejestru Długów, od początku roku do lipca zadłużenie firm transportowych wzrosło o 181 mln zł i dziś wynosi prawie 1 mld zł. Najwięcej zalegają instytucjom finansowym (400 mln zł).

Kolejną bolączką polskich firm transportowych jest przyjęty niedawno przez Parlament Europejski pakiet mobilności, który na nowo reguluje m.in. zasady pracy i odpoczynku kierowców. Najdotkliwsze dla polskich przedsiębiorstw są przepisy dotyczące pracowników delegowanych, które przewidują zmiany w rozliczaniu płac minimalnych (wyrównywanie ich do poziomów obowiązujących w państwach Europy Zachodniej) oraz brak możliwości zaliczania wypłacanych w Polsce dodatków (diet, ryczałtów) do wynagrodzenia kierowcy.

Jeżeli w polskich przepisach prawa pracy nie zostaną określone rozsądne zasady wynagrodzenia kierowców delegowanych, należy się liczyć z tym, że te firmy, które mogą sobie na to pozwolić, przeniosą część swojej działalności operacyjnej do tych państw, w których mają klientów. Zatem firma, która do tej pory wykonywała przewozy pomiędzy Niemcami a Francją, a w Polsce będzie ponosiła znacznie wyższe koszty wynagrodzeń niż firma niemiecka czy francuska, utworzy spółkę córkę albo oddział na terenie Niemiec. Jeżeli firmy będą zmuszone przenosić część działalności za granicę, nie będą zasilały ani polskiego produktu krajowego brutto, ani polskiego budżetu, ani budżetów samorządowych – wymienia Maciej Wroński.

Długookresowe prognozy dla branży transportowej nie są dobre. Jak przewiduje ekspert, wiele firm będzie walczyć o przetrwanie, inne znikną z rynku. Jednak te podmioty, które pozostaną, najpewniej będą mogły liczyć na lepsze warunki cenowe.

Istnieją czynniki, które mogą przyczynić się do powrotu polskich przewoźników na zachodnie rynki, np. brak kierowców zawodowych na Zachodzie oraz mniejsza elastyczność pracowników i przedsiębiorców z Europy Zachodniej. Zakładam, że tak się stanie i polskie firmy odzyskają swoją pozycję w Europie, ale niestety już nie w tym samym składzie. Optymistyczne jest jedynie to, że w efekcie firmy transportowe będą pracować za znacznie wyższe stawki, które pozwolą nam zrekompensować koszty regulacyjne i bariery stwarzane przez prawo unijne – zakłada prezes TLP.

Chociaż skutkiem pandemii jest to, że pracodawcy z branży mają mniejsze problemy z dostępnością kierowców niż jeszcze kilka miesięcy temu, ten stan nie będzie trwał długo. Wraz z powrotem sytuacji do normy sprzed koronawirusa – co może potrwać nawet rok czy dwa lata – deficyt kierowców będzie się pogłębiał. Teraz jest dobry moment, by wdrożyć środki zapobiegawcze.

Musimy pamiętać o tym, żeby z jednej strony cały czas kształcić nowych kierowców i ułatwiać zatrudnianie pracowników z zagranicy, a z drugiej – żeby  spopularyzować zawód kierowcy i stworzyć im lepsze warunki pracy. Paradoksalnie, wbrew temu, co mówią politycy, za ten ostatni czynnik odpowiada państwo. Kierowca nie ma bowiem właściwych warunków sanitarnych na publicznie dostępnych parkingach, nie ma infrastruktury noclegowej, w której mógłby odebrać regularny tygodniowy wypoczynek, nie ma bezpieczeństwa. W tej chwili poziom zagrożenia, szczególnie na parkingach Europy Zachodniej, podniósł się do zupełnie niespotykanego w poprzednich latach – mówi Maciej Wroński.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/firmy-transportowe-walcza,p1542822734

Nowa technologia akumulatorów przyspieszy wdrożenie latających taksówek. Znajdzie też zastosowanie w pojazdach elektrycznych o dalekim zasięgu [DEPESZA]

Latające taksówki mogą pojawić się znacznie szybciej, niż się wcześniej wydawało. Nowa technologia akumulatorów opracowana przez naukowców z Lawrence Berkeley National Laboratory oraz Carnegie Mellon University w Pittsburghu może zrewolucjonizować rynek pojazdów elektrycznych. – Technologia kompozytowego elektrolitu stałego PIM wydaje się być możliwa do zastosowania nawet przy wyjątkowych wymaganiach pojazdów elektrycznych i elektrycznych pojazdów pionowego startu i lądowania – mówi Brett Helms, naukowiec z Berkeley Lab’s Molecular Foundry.

Dotychczas przy pracach nad bateriami nowej technologii największą przeszkodą dla naukowców stanowiły dendryty. Przypominające małe kolce mogą przebić ogniwa baterii, doprowadzić do eksplozji, a przy tym stają się coraz większe wraz z kolejnym ładowaniem. Naukowcy z Lawrence Berkeley National Laboratory we współpracy z Carnegie Mellon University w Pittsburghu twierdzą, że sposobem na pokonanie dendrytów jest nowa klasa miękkich, ale stałych elektrolitów wykonanych zarówno z polimerów, jak i ceramiki. Takie elektrolity tłumią dendryty, zanim te będą mogły spowodować awarię baterii.

– Nasza technologia tłumienia dendrytów ma ekscytujące implikacje dla branży akumulatorów – podkreśla Brett Helms, naukowiec z Berkeley Lab’s Molecular Foundry. – Dzięki niej producenci baterii mogą produkować bezpieczniejsze baterie litowo-metalowe o dużej gęstości energii i długim cyklu życia.

Naukowcy twierdzą, że dzięki zastosowaniu miękkich polimerów o wewnętrznej mikroporowatości (PIM), których pory są wypełnione nanocząsteczkami ceramicznymi, można zaprojektować miękkie, a przy tym stałe elektrolity. Ponieważ elektrolity pozostają materiałem elastycznym, to producenci akumulatorów będą mogli wytwarzać rolki folii litowej z elektrolitem w postaci laminatu między anodą a separatorem akumulatora. To zaś może być zamiennikiem dotychczas grafitowych anod.

– W 2017 roku, kiedy powszechnie panowało przekonanie, że potrzebny jest twardy elektrolit, zaproponowaliśmy, aby nowy mechanizm tłumienia dendrytu był możliwy w przypadku miękkiego stałego elektrolitu – tłumaczy Venkat Viswanathan, profesor nadzwyczajny inżynierii mechanicznej i wykładowca w Scott Institute for Energy Innovation na Carnegie Mellon University, który kierował teoretycznymi badaniami do pracy. – To niesamowite móc zmaterializować to podejście przy użyciu kompozytów PIM.

Odkrycie naukowców może mieć rewolucyjne znaczenie. Baterie litowo-metalowe wyprodukowane z nowym elektrolitem znajdą zastosowanie m.in. w  latających taksówkach czy samochodach elektrycznych o dalekim zasięgu. Co więcej, firma 24M Technologies zintegrowała już miękkie elektrolity z większymi akumulatorami, które mogą być używane w pojazdach elektrycznych lub elektrycznych samolotach do pionowego startu i lądowania (eVTOL).

– Technologia kompozytowego elektrolitu stałego PIM wydaje się być wszechstronna i możliwa do zastosowania przy dużej mocy. Nawet przy tak wyjątkowych wymaganiach dotyczących mocy dla pojazdów elektrycznych i eVTOL – przekonuje Brett Helms.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/nowa-technologia,p395235036

Apple do 2030 roku osiągnie neutralność klimatyczną. Największe firmy na świecie chcą pomagać innym w dekarbonizacji procesów produkcji [DEPESZA]

Stawianie na materiały niskoemisyjne i innowacje w recyklingu elektroniki ma pomóc Apple w osiągnięciu neutralności węglowej do 2030 roku. Już dziś z wszystkich nowych urządzeń od amerykańskiego giganta można odzyskać surowce do przetworzenia. W recyklingu modułów elektronicznych ma pomóc stworzony przez firmę robot Dave. Tymczasem inne globalne przedsiębiorstwa zawiązały współpracę, dzięki której wskażą mniejszym firmom drogę do neutralności klimatycznej.

– Firmy mają ogromną szansę pomóc w budowaniu bardziej zrównoważonej przyszłości, która zrodziła się z naszej wspólnej troski o naszą planetę. Działania w dziedzinie klimatu mogą stanowić podstawę nowej ery potencjału innowacyjnego, tworzenia miejsc pracy i trwałego wzrostu gospodarczego. Dzięki naszemu zaangażowaniu w neutralność węglową mamy nadzieję, że będziemy katalizatorem, który spowoduje znacznie większą zmianę – podkreśla Tim Cook, dyrektor generalny Apple.

Pełną neutralność pod względem emisji dwutlenku węgla w łańcuchu dostaw i produktach Apple planuje osiągnąć do 2030 roku. Informatyczny gigant zapowiada, że będzie zwiększać wykorzystanie w swoich produktach materiałów niskoemisyjnych i pochodzących z recyklingu, a także wprowadzać innowacje w zakresie recyklingu produktów i projektować je tak, aby były jak najbardziej energooszczędne.

– Innowacje, które napędzają naszą ekologiczną podróż, są dobre nie tylko dla planety – pomogły nam uczynić nasze produkty bardziej energooszczędnymi i wprowadzić nowe źródła czystej energii na całym świecie – wskazuje Tim Cook.

Wszystkie urządzenia od Apple, które zostały wprowadzone na rynek w zeszłym roku, są wykonane z materiałów, które można poddawać recyklingowi. Niezbędny do tego procesu staje się Dave – zaprezentowany niedawno przez informatycznego giganta robot stworzony do tego, by odzyskiwał surowce takie jak np. wolfram z modułów Taptic Engine demontowanych z iPhone’ów. Jednocześnie korporacja otworzyła specjalistyczne laboratorium odzyskiwania materiałów w Austin w Teksasie. Wraz z Carnegie Mellon University pracuje ono nad rozwiązaniami udoskonalającymi recykling elektroniki. Dzięki innowacjom w procesie projektowania i produkcji Apple zmniejszył swój ślad węglowy w 2019 roku o 4,3 mld ton.

W walkę ze zmianami klimatycznymi włącza się coraz więcej światowych firm. Na początku roku Amazon zapowiedział, że zainwestuje w ten proces 10 mld dol. Z kolei Microsoft, wraz z takimi przedsiębiorstwami jak Unilever, Starbucks czy Nike, nawiązał współpracę mającą na celu pomoc innym firmom w osiągnięciu do 2050 roku neutralności węglowej. Microsoft zapowiada, że do 2030 roku nie tylko będzie neutralny klimatycznie, ale wręcz osiągnie ujemną emisję CO2.

– Mamy pokoleniową szansę, aby pomóc w budowaniu bardziej ekologicznej i sprawiedliwszej gospodarki, w której rozwijamy zupełnie nowe gałęzie przemysłu, dążąc do tego, aby przyszłe pokolenie miało planetę, którą warto nazwać domem – twierdzi Lisa Jackson, wiceprezes Apple ds. środowiska, polityki i inicjatyw społecznych

Długofalowa strategia energetyczna Unii Europejskiej zakłada osiągnięcie do 2050 roku neutralności klimatycznej w zakresie emisji gazów cieplarnianych.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/apple-do-2030-roku,p2048321844

Od 2021 roku nowe standardy energooszczędności w budownictwie. Mogą oznaczać wzrost cen mieszkań i kosztów remontów

W przyszłym roku wchodzą w życie nowe standardy w budownictwie dotyczące efektywności energetycznej. Producenci materiałów budowlanych, stolarki i chemii budowlanej będą musieli spełnić bardziej restrykcyjne wymogi i wycofać z rynku część tańszych produktów. W ocenie branży przełoży się to na wzrost kosztów o 20–30 proc. To zaś odbije się na portfelach Polaków, którzy planują budowę, remont lub zakup nieruchomości. Branża budowlana podkreśla, że zaostrzenie regulacji zbiega się w czasie z osłabieniem koniunktury wynikającym z  pandemią koronawirusa, i proponuje odłożenie nowych regulacji o dwa lata. Ministerstwo Rozwoju podkreśla jednak, że zmiany wynikają z regulacji unijnych, a wyższy koszt będzie rekompensowany przez zwrot z inwestycji w energooszczędność.

– Nowe warunki techniczne dotyczące materiałów budowlanych wejdą w życie 31 grudnia 2020 roku. To wymóg dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady UE, zgodnie z którą podniesione zostaną wymagania dotyczące współczynników przenikalności ciepła, czyli ile zużytej energii ucieka nam z domów – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Robert Nowicki, wiceminister rozwoju.

Nowe wymogi dla nowo powstających i modernizowanych budynków wynikają z dyrektywy EPBD z 2010 roku. Jak podkreśla wiceminister, Polska wprowadzała zmiany w regulacjach w trzech etapach – od 2014, 2017 i właśnie od 2021 roku. Służyło to temu, żeby wszyscy uczestnicy rynku budowlanego mogli płynnie dostosować się do wprowadzanych zmian. Od przyszłego roku znacznie zaostrzone zostaną m.in. współczynniki zużycia energii i przenikania ciepła w budynkach. Innymi słowy: remontowane i nowo budowane domy będą musiały charakteryzować się bardzo niskim zapotrzebowaniem na energię. W ten sposób Unia Europejska chce dążyć do redukcji zużycia energii i emisji CO2 w budownictwie.

Energooszczędne budownictwo jest tańsze w utrzymaniu i eksploatacji. Taki budynek pozwala zaoszczędzić na kosztach ogrzewania i mediach, jak prąd czy gaz, a przy tym nie wpływa negatywnie na jakość powietrza. Energia jest pozyskiwana ze źródeł takich jak naturalne ciepło gruntu, światło słoneczne lub ciepło, które wytwarzają mieszkańcy i sprzęty. Dzięki ponadstandardowej izolacji straty ciepła są znacznie mniejsze niż w tradycyjnych domach.

– Lepszy wskaźnik przenikalności ciepła to niższe rachunki. Koszty wytworzenia i dostarczenia energii będą wzrastać, to jest nieunikniony trend w całej Europie. Mając szczelny budynek, który wykorzystuje np. tanią energię z fotowoltaiki, można obniżyć wysokość rachunków – mówi Robert Nowicki.

Zaostrzone zostaną wymogi względem izolacyjności cieplnej materiałów budowlanych. Nowe warunki techniczne wymuszą np. stosowanie okien i drzwi o wyższych parametrach energooszczędności, a dachy i ściany będą wymagały grubszej warstwy termoizolacyjnej.

– Efektywność energetyczna budynków jest absolutnie kluczowa. Wpływa na zużycie energii, a więc i wysokość rachunków, ale jest też silnie powiązana z ochroną środowiska i emisją CO2 czy walką ze smogiem. Jednak przy użyciu materiałów budowlanych, które spełniają obecne wymogi, już teraz jesteśmy w stanie budować bardzo energooszczędnie, a w projektach termomodernizacyjnych osiągać oszczędności zużycia energii dochodzące wręcz do 60 proc. względem stanu pierwotnego. Stąd wydaje się, że zaostrzenie przepisów nie jest konieczne – ocenia Jacek Siwiński, prezes VELUX Polska.

W porównaniu do tradycyjnego budownictwo energooszczędne wciąż ma jednak spory minus: jest droższe i wymaga większych nakładów finansowych. Tymczasem ceny materiałów budowlanych i tak rosną już od kilku lat. Według danych GUS w maju br. wzrost cen w budownictwie wyniósł 2,6 proc. w ujęciu rocznym i 0,2 proc. w miesięcznym. Ten trend będzie się utrzymywać m.in. ze względu na brak siły roboczej, wzrost kosztów pracy czy dodatkowe zawirowania rynkowe związane z pandemią SARS-CoV-2.

Wprowadzenie surowszych regulacji z początkiem 2021 roku przełoży się na wzrost cen o kolejne 20–30 proc. Producenci materiałów budowlanych, stolarki i chemii budowlanej będą też musieli wycofać z rynku część tańszych produktów, kupowanych najczęściej przez osoby z mniej zasobnym portfelem.  

– Inwestycja we własne mieszkanie czy dom jest obliczona na kilkadziesiąt lat. Po to inwestujemy w nowoczesne źródła czy materiały o wyższym standardzie, które mogą być droższe, abyśmy później mieli niższe koszty energii – mówi wiceminister rozwoju.

– Zaostrzenie wymogów dla materiałów budowlanych poskutkuje w praktyce wzrostem kosztów dla klientów i mniejszą możliwością wyboru technologii. Przykładowo dla nas oznacza to konieczność wycofania z oferty naszych okien dwuszybowych, które są nadal bardzo popularne wśród klientów – mówi prezes VELUX Polska.

Jak podkreśla, odbije się to na portfelach Polaków, którzy planują budowę lub remont domu. Część z nich zniechęci do termomodernizacji, co stoi w sprzeczności z rządowym programem Czyste Powietrze.

– Zaostrzenie przepisów spowoduje wzrost barier wejścia w projekty budowlane, przede wszystkim dla klientów o mniej zasobnych portfelach. W rezultacie okaże się, że projektów termomodernizacyjnych będzie mniej, więc wcale nie zaoszczędzimy więcej energii i bilans będzie ujemny – mówi Jacek Siwiński.

Prezes VELUX Polska zauważa też, że inne kraje Europy, w których budownictwo jest bardziej nowoczesne i energooszczędne, nie mają tak restrykcyjnych wymagań, jakie będą obowiązywać w Polsce. W segmencie okien polskie przepisy dotyczące parametrów energooszczędności też należą już w tej chwili do najostrzejszych w Europie. Z tą opinią zgadza się Konrad Płochocki, dyrektor generalny Polskiego Związku Firm Deweloperskich.

– Od stycznia współczynniki przenikalności ciepła rosną dużo bardziej niż w wielu krajach Europy Zachodniej, do których nasi producenci eksportują produkty budowlane. Wzrost kosztów tych materiałów wyniesie nawet kilkadziesiąt procent, w przypadku okien będzie to ok. 30–40 proc. – wskazuje.

Zdaniem Płochockiego wprowadzenie nowych regulacji tym samym odbije się na cenach mieszkań. Polacy, którzy planowali zakup własnego lokum, muszą więc liczyć się ze wzrostem ceny za mkw.

– W przypadku 50-metrowego mieszkania będzie to kwota kilku tysięcy złotych, dochodząca nawet do 10 tys. zł. Oczywiście to też zależy od mieszkania, bo jeśli będzie w nim dużo przeszklonych przestrzeni, ta różnica może wynieść kilkanaście tysięcy złotych. I nie ma to większego uzasadnienia, ponieważ oszczędność w rachunkach będzie zwracała się przez kilkadziesiąt lat – dodaje prezes PZFD.

Jak wskazuje, nowe standardy, które zaczną obowiązywać z początkiem 2021 roku, zostały określone na podstawie dyrektywy UE sprzed dekady, z 2010 roku – i dzisiaj nie mają już uzasadnienia ekonomicznego, bo technologia poszła w tym czasie do przodu.

– Dużo lepiej jest zastosować rozwiązania innowacyjne np. w fotowoltaice, które są po prostu tańsze i możemy osiągnąć ten sam efekt dużo łatwiej – przekonuje Konrad Płochocki.

Branża budowlana zwraca też uwagę, że zaostrzenie regulacji zbiega się w czasie z osłabieniem koniunktury wynikającym z pandemii koronawirusa.

– Branża budowlana ma duży potencjał generacji wzrostu gospodarczego. To istotne zwłaszcza w tej chwili, w kontekście niwelacji skutków pandemii SARS-CoV-2. To nie jest dobry czas, aby tworzyć nowe bariery dla tej branży. Przesunięcie wejścia w życie tych przepisów o dwa lata, a w międzyczasie ich zrewidowanie byłoby lepszym rozwiązaniem – postuluje Jacek Siwiński.

– Zależy nam, żeby branża budowlana, która stanowi ok. 20 proc. PKB, dalej się rozwijała i była kołem zamachowym gospodarki, zwłaszcza po pandemii SARS-CoV-2 – podkreśla wiceminister Robert Nowicki.

Jak informuje, w ocenie Ministerstwa Rozwoju wymogi, które narzuci od przyszłego roku unijna dyrektywa, nie zahamują rozwoju branży budowlanej, ale resort wsłuchuje się w potrzeby przedsiębiorców i prowadzi z nimi dialog.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/od-2021-roku-nowe,p1382849391

Warszawska giełda będzie promować handel na Platformie Żywnościowej. Rozważa wprowadzenie na nią kolejnych produktów rolnych

Sellfood, czyli Platforma Żywnościowa, wspólne przedsięwzięcie GPW i Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa, mimo pandemii działa zgodnie z planem. Pierwsze aukcje pszenicy okazały się sukcesem, więc rozważane jest rozszerzenie asortymentu zarówno produktów rolnych, jak i giełdowych. Pandemia przesunęła akcję informacyjną, która teraz ma ruszyć z całą mocą. Prezes GPW liczy, że przyczyni się ona do wzrostu popularności tej formy handlu.

Platforma Żywnościowa, czyli rodzaj giełdy rolnej, idzie zgodnie z planem. Jest to nietypowy projekt, bo mieścimy się i w budżecie, i w harmonogramie, tak jak zaplanowaliśmy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Marek Dietl, prezes Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie. – Odbywają się już pierwsze transakcje, które mają jeszcze charakter testowy, ale rzeczywiście ktoś kupuje pszenicę, ktoś ją sprzedaje, działają magazyny autoryzowane, system rozliczeń. W skrócie – wszystko idzie zgodnie z planem i czujemy się już gotowi do wprowadzania kolejnych produktów.

Platforma Żywnościowa to giełda stworzona na wzór giełdy papierów wartościowych, ale obracająca nie akcjami, ale produktami rolnymi. Na początku marca br. GK GPW (Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie z Izbą Rozliczeniową Giełd Towarowych i Towarową Giełdą Energii) uruchomiła pilotaż giełdowego rynku rolnego, a okres wdrożeniowy zgodnie z założeniami potrwa do sierpnia br. Nowa platforma obrotu ma ograniczyć ryzyko handlowe związane z tym, że, po pierwsze, przez rozdrobnienie polskiego rolnictwa trudno o dostawy dużych partii towarów o wysokiej, wystandaryzowanej jakości, po drugie – z dużą niepewnością zbytu i ceny. Za pośrednictwem platformy mogą sprzedawać zarówno drobne, rodzinne gospodarstwa rolne, jak i wielcy producenci pszenicy. Po stronie kupujących mogą być zarówno mali przetwórcy, jak i duzi eksporterzy.

Pierwsza aukcja sprzedaży pszenicy na Rynku Towarów Rolno-Spożywczych odbyła się 14 maja br. W jej trakcie zawarto 10 transakcji i sprzedano 250 ton pszenicy klasy B po średniej cenie transakcyjnej 830,40 zł/t. Od uruchomienia RTRS na rynku autoryzowanych jest 19 magazynów.

Bardzo mocno rozważamy też inne zboża, np. żyto. Dostajemy dużo zachęt odnośnie do koncentratu jabłkowego. Na horyzoncie, szczególnie ze względu na eksport, jest także mleko w proszku, ale może też rzepak – kreśli plany rozbudowy rynku Marek Dietl. – Widzimy też duże zainteresowanie rynkiem terminowym, czyli zawieraniem transakcji o ustalonej cenie z odroczonym terminem ich realizacji. Mamy więc zróżnicowanie i pod względem produktów giełdowych, i pod względem produktów rolnych.

Na razie RTRS jest rynkiem kasowym (spot), co oznacza, że transakcje na nim zawierane podlegają natychmiastowemu rozliczeniu z fizyczną dostawą towaru. Zasady uczestnictwa w rynku, warunki transakcji i sposób ich realizacji są ustalone przez giełdę, co zapewnia prowadzenie obrotu na transparentnych i jednakowych dla wszystkich jego uczestników zasadach.

Giełda rolna działa tak, że to jest fizyczna dostawa, więc jej uczestnikami są ci, którzy albo chcą sprzedać, albo kupić produkt rolny. Jeszcze nie pojawili się spekulanci, którzy traktują to jako lokatę kapitału czy możliwość zarobku. Dużą popularnością cieszą się aukcje, czyli ktoś ma dużą porcję towaru i chciałby ją sprzedać – informuje prezes GPW. – Jeśli chodzi o fixing, czyli zawieranie transakcji przypominające zawieranie transakcji na rynku NewConnect czy zakup akcji, to jeszcze nie jest ono dobrze rozwinięte. Wymaga to większej liczby sprzedających i kupujących. Dopiero teraz, ze względu na pandemię, rusza akcja informacyjna, którą musieliśmy przesunąć z przyczyn obiektywnych. Liczymy na to, że po tej akcji przybędzie kupujących i sprzedających mniejsze porcje i będzie można cenę dnia, fixing robić częściej niż teraz.

Pierwszą transakcję w ramach fixingu na prowadzonym przez Towarową Giełdę Energii Rynku Towarów Rolno-Spożywczych zawarto 27 maja br. o 12:00. Przedmiotem obrotu było 500 ton pszenicy klasy B po kursie 831,00 zł/t.

– Polski rynek rolny jest olbrzymi. Są różne oceny dotyczące tego, jaki możemy zdobyć w nim udział. Zwykle giełdy, żeby móc wyznaczać wiarygodną cenę, potrzebują 2–3-proc. udziału w całym rynku obrotu, my chcielibyśmy mieć większy – deklaruje dr Marek Dietl. – Z kolei z punktu widzenia biznesowego nawet jeśli osiągniemy 2–3 proc. udziału w rynku, będziemy już bardzo zadowoleni, a marzy nam się, żeby dojść do nawet dwucyfrowych wartości.

Platforma Żywnościowa powstała z inicjatywy Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi i jest wpisana do Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju do roku 2020 (z perspektywą do 2030 roku). Projekt realizuje Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa w konsorcjum z Instytutem Biotechnologii Przemysłu Rolno-Spożywczego i Instytutem Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej – PIB. Partnerem, głównym wykonawcą i operatorem Platformy Żywnościowej jest konsorcjum Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie z Izbą Rozliczeniową Giełd Towarowych i Towarową Giełdą Energii. To właśnie jej częścią ma się docelowo stać Rynek Towarów Rolno-Spożywczych, jak oficjalnie będzie się nazywać platforma po wyjściu z fazy testowej. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/warszawska-gielda-bedzie,p1056771341

W czasie pandemii 80 proc. firm odnotowało zwiększoną liczbę cyberataków. Mimo tego większość redukuje zespoły ds. cyberbezpieczeństwa [DEPESZA]

Firmy coraz częściej borykają się z problemami w zakresie cyberbezpieczeństwa, gdy większość pracy przeniosła się w sposób nieoczekiwany i w zasadzie z dnia na dzień do trybu zdalnego. W nowych realiach odnajdują się za to cyberprzestępcy, którzy chętnie wykorzystują słabsze zabezpieczenia sieci i komputerów domowych. Maleje też zatrudnienie w działach IT, co także zwiększa ryzyko. Najnowsze badania sugerują, że od momentu wybuchu pandemii COVID-19 w pierwszej połowie 2020 roku aż 80 proc. przedsiębiorstw zanotowało więcej prób cyberataków.

– Firmy borykają się z konsekwencjami w zakresie cyberbezpieczeństwa wynikającymi z nieoczekiwanego przejścia na system pracy zdalnej, co stwarza cyberprzestępcom i zagranicznym przeciwnikom bezprecedensowe możliwości – podkreśla Steve Moore, główny strateg ds. bezpieczeństwa w Exabeam.

Eksperci ds. cyberbezpieczeństwa z Exabeam opublikowali wyniki nowego badania, w którym zidentyfikowano wpływ pandemii koronawirusa na zespoły ds. bezpieczeństwa. Raport sugeruje wzrost zarówno zagrożeń cybernetycznych, jak i finansowych od początku kryzysu zdrowotnego w pierwszej połowie 2020 roku. W tym czasie 80 proc. firm odnotowało „nieco lub znacznie więcej” prób cyberataku. W sumie jedna trzecia respondentów doświadczyła udanego cyberataku podczas pandemii SARS-CoV-2, co doprowadziło do przestojów sieci w przypadku ok. 40 proc. firm.

– Wzrost liczby prób cyberataków w czasie, gdy firmy doświadczają redukcji personelu, jest przykrym przypomnieniem o wyzwaniach związanych z bezpieczeństwem i finansami, jakie stwarza pandemia. Automatyzacja powtarzalnych zadań może pozwolić zespołom ds. bezpieczeństwa na poprawę wydajności i dokładności w środowisku zdalnym – wskazuje Steve Moore.

Z badania Exabeam wynika, że większość ​​firm odroczyła zatrudnienie pracowników ds. bezpieczeństwa w okresie od marca do czerwca 2020 roku. W Stanach Zjednoczonych aż 70 proc. firm wstrzymało zatrudnienie. 75 proc. przebadanych firm wskazuje także na długotrwałe urlopy w zespołach ds. bezpieczeństwa, a 68 proc. zwolniło w tym okresie członków zespołu.

– Pomimo wzrostu liczby cyberzagrożeń z naszego badania wynika, że ​​trzy czwarte organizacji musiało zwolnić członków zespołu centrów operacji bezpieczeństwa (SOC). Około 50 proc. musiało zwolnić od jednego do dwóch pracowników – wskazuje Sam Humphries, starsza menadżerka ds. marketingu w Exabeam. – Ogółem 68 proc. przedsiębiorstw zwolniło pracowników z zespołów bezpieczeństwa od początku pandemii.

Pomimo redukcji zespołów zaledwie 22 proc. wszystkich respondentów wymieniło niedobory personelu jako największe wyzwanie w łagodzeniu zagrożeń podczas pracy zdalnej. Większym problemem jest komunikacja z zespołami ds. bezpieczeństwa i z innymi działami IT. Istotne były również problemy z bezpieczeństwem sieci, przy czym 29 proc. wszystkich respondentów wymieniło trudności w badaniu ataków.

Według firmy Dekra tylko w marcu firmy i organizacje zanotowały 475-proc. wzrost cyberataków.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/w-czasie-pandemii-80-proc,p730747939

W 2024 roku na świecie będzie 3,5 mld graczy. Przyszłością rynku gier jest chmura i płatności w abonamencie [DEPESZA]

Gry w chmurze są już dostępne, a w przyszłości całkowicie zmienią sposób, w jaki korzystamy z urządzeń. Nie będzie już potrzeby stosowania wysokiej klasy sprzętu wymagającego dużej mocy obliczeniowej, znaczenie straci platforma, a najważniejszy będzie stały dostęp do rozrywki i internetu. Pandemia koronawirusa spowodowała znaczący wzrost liczby osób grających w gry komputerowe. Raport ABI Research i InterDigital wskazuje, że w 2024 roku grać będzie połowa populacji. Dostawcy gier w chmurze powinni jednak preferować modele cenowe oparte na subskrypcji.

Firmy zajmujące się grami wideo przenoszą je ze smartfonów, konsol i komputerów PC do chmury. Obecnie większość tytułów jest jeszcze pobierana i odtwarzana lokalnie na urządzeniach, choć większość wymaga dostępu do internetu. W przypadku gier w chmurze gra znajduje się w centrach danych, co eliminuje potrzebę pobierania plików, a tym samym posiadania wysokiej klasy sprzętu, który jest w stanie ją odtworzyć. Największe firmy przenoszą więc rozrywkę do chmury. Sony już ogłosiło współpracę z Microsoftem w celu wykorzystania tej technologii.

– Rynek gier w chmurze błyskawicznie się rozwija – podkreśla Laurent Depersin, starszy dyrektor laboratorium badań i innowacji w InterDigital. – Wszyscy, którzy chcą na tym skorzystać, powinni działać teraz. Gracze muszą działać szybko, jeśli chcą skorzystać ze wszystkiego, co ten ekscytujący rynek ma do zaoferowania.

Raport ABI Research i InterDigital „Gry w chmurze: umożliwianie nowej generacji paradygmatu gier i transmisji strumieniowej” wskazuje, że ​​obecnie w gry wideo gra ponad 2,3 mld osób, a w 2024 roku ich liczba przekroczy 3,5 mld. Aby jednak operatorzy gier w chmurze mogli wykorzystać ten potencjał, muszą ocenić swoje modele biznesowe. Takie usługi jak strumieniowe przesyłanie wideo online oferują opcję miesięcznych, kwartalnych lub rocznych planów subskrypcji.

– Rozwój 5G i Wi-Fi coraz bardziej przenika do głównego nurtu, umożliwiając grywalizację większej liczby produktów i usług. To pozwoli na rozwój także sektora Gaming as a Service (GaaS), który przyciąga nowych graczy i zachęca istniejących do przejścia na chmurę dzięki przyjaznemu dla użytkownika modelowi biznesowemu – tłumaczy dyrektor w InterDigital.

Obecnie wielu wydawców i programistów włącza do swoich gier model Games as a Service. Większość dzisiejszych gier wideo nie działa jako produkt, zamiast tego funkcjonują jako usługi w postaci udostępnienia dodatkowej zawartości po ich uruchomieniu, a GaaS stał się główną częścią branży gier. Początkowo tę usługę zaczęli wdrażać twórcy gier mobilnych, szybko jednak dołączyli do nich twórcy gier komputerowych czy konsolowych. W kwietniu chmurowa platforma Google Stadia miała już milion aktywnych użytkowników.

GaaS umożliwia strumieniowe przesyłanie gier na żądanie na urządzenia użytkowników. Rzeczywiste oprogramowanie gry jest przechowywane na serwerach firmy hostingowej i jest przesyłane strumieniowo bezpośrednio do urządzenia, z którego korzysta gracz. Aby umożliwić rozwój GaaS, systemy biznesowe muszą działać płynnie, przede wszystkim skutecznie zarządzać utrzymywaniem rozliczeń subskrypcji, móc natychmiast zatwierdzać mikrotransakcje, potwierdzać dane, najlepiej w czasie rzeczywistym.

– Aby gry w chmurze i Gaming as a Service odniosły sukces i zostały szeroko zaadaptowane przez rynek, gracze muszą się upewnić, że mają zarówno odpowiedni model biznesowy, jak i odpowiedni user experience – wskazuje Laurent Depersin.

Według analityków MarketsandMarkets segment gier komputerowych w chmurze do 2024 roku osiągnie wartość 3,1 mld dol., przy średniorocznym tempie wzrostu blisko 60 proc. Raport powstał jednak przed pandemią, która znacznie napędziła cały rynek gier.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/w-2024-roku-na-swiecie,p1279691535