Od września LOT chce wrócić na trasy biznesowe i na Daleki Wschód. W wakacje liczba sprzedanych biletów przekroczyła ćwierć miliona

Podstawą siatki połączeń PLL LOT od września nadal mają być kierunki europejskie, ale przewoźnik chce się otworzyć na trasy biznesowe i stopniowo wracać na Daleki Wschód. W ramach trwającej akcji HASHLOTnaWakacje w ciągu miesiąca sprzedało się ponad 260 tys. biletów do popularnych turystycznych miejsc w Europie, głównie Chorwacji, Grecji i Bułgarii. Mimo stopniowego powrotu do normalności lockdown mocno odbił się na kondycji finansowej spółki, która przestała zarabiać, jednocześnie ponosząc koszty wynagrodzenia czy umów leasingowych. Jak zapewnia wiceminister aktywów państwowych Artur Soboń, dziś nie ma żadnego ryzyka, że narodowy przewoźnik przestanie nim być.

 LOT musi dzisiaj sukcesywnie, twardo negocjować umowy ze swoimi kontrahentami. Nie wykluczamy również wsparcia ze strony państwa – mówi agencji Newseria Biznes Artur Soboń, wiceminister aktywów państwowych. – To nie jest mój bezpośredni nadzór, więc nie chcę wychodzić przed szereg, ale mogę zapewnić, że dzisiaj nie ma żadnego zagrożenia, że nasz narodowy przewoźnik przestanie nim być.

Pandemia SARS-CoV-2 i decyzja rządu o zawieszeniu międzynarodowych połączeń lotniczych od 15 marca br. mocno uderzyły w kondycję przewoźnika. W marcu ruch lotniczy w Polsce spadł o blisko 90 proc., flota LOT-u została uziemiona, a przychody gwałtownie spadły, zmuszając przewoźnika do cięcia kosztów. Spółka nie zdradziła dotąd, jak pandemia odbiła się na jej kondycji finansowej, ale skalę spadków dobrze oddaje liczba obsłużonych pasażerów. W ubiegłym roku narodowy przewoźnik pobił rekord i po raz pierwszy w historii przewiózł na pokładach 10 mln pasażerów w ciągu jednego roku. Dla porównania – w okresie od 15 marca do 5 kwietnia br. z LOT-em podróżowało raptem niewiele ponad 54 tys. Polaków, którzy wrócili do kraju w ramach zorganizowanej akcji HASHLOTdoDomu. Jednocześnie LOT musi poradzić sobie z anulacjami i wnioskami od klientów o zwrot środków za zakupione bilety, których jeszcze w połowie czerwca było ponad 100 tys.

Z podobnymi problemami borykają się zresztą linie lotnicze na całym świecie, z których kilka ogłosiło już bankructwo, a większość liczy na pomoc publiczną, tnąc koszty i zatrudnienie. W czerwcu pojawiły się także spekulacje dotyczące możliwej kontrolowanej upadłości PLL LOT po tym, jak w Polskiej Grupie Lotniczej zarejestrowano nową spółkę LOT Polish Airlines, starającą się w Urzędzie Lotnictwa Cywilnego o certyfikat przewoźnika lotniczego. Minister aktywów państwowych Jacek Sasin poinformował, że taki scenariusz nie jest wykluczony, ale byłaby to „absolutna ostateczność”, a spółka jest w trakcie wdrażania planu ratunkowego. Niewykluczona jest również pomoc publiczna, ale na to zgodę musiałaby wydać Komisja Europejska. LOT w 2012 roku skorzystał już z pomocy publicznej, a zgodnie z unijnymi przepisami kolejną może otrzymać po 10 latach, czyli w 2022 roku.

W tej sytuacji spółka musi wypracować na nowo swój model biznesowy. Wszystkie te działania służą temu, aby LOT był biznesem opłacalnym i wrócił do tego czasu, w którym planowaliśmy tak daleko idące fuzje jak ta z niemieckim Condorem. To jest oczywiście realne, ale cała branża jest dzisiaj w trudnej sytuacji – mówi wiceminister aktywów państwowych.

PLL LOT od czterech lat sukcesywnie wdrażał strategię rentownego wzrostu, dzięki której podwoił flotę, pozyskując nowoczesne samoloty (w listopadzie ub.r. do floty dołączył 15. Boeing 787 Dreamliner), odzyskał udział w polskim rynku i odbudował pozycję stabilnej linii lotniczej. Ubiegły rok był trzecim z rzędu, w którym spółka zanotowała zysk (45 mln zł netto).

W styczniu Polska Grupa Lotnicza, do której należą PLL LOT, zawarła z liniami czarterowymi Condor Airlines umowę inwestycyjną, która zakładała objęcie udziałów w niemieckiej spółce, ale pandemia przyczyniła się do zmiany tych planów. W połowie kwietnia PGL poinformowała, że odstępuje od transakcji. W tej chwili narodowe linie lotnicze skupiają się na wychodzeniu z kryzysu. LOT zaczął od cięcia kosztów stałych i obniżenia wynagrodzeń personelu. Pod koniec maja udało mu się porozumieć w tej kwestii z większością pilotów i stewardes (na pokładach samolotów LOT-u pracuje ok. 1,7 tys. stewardes i ok. 900 pilotów), a w czerwcu wypracował porozumienie z trzema spośród pięciu działających w spółce związków zawodowych.

Narodowy przewoźnik z początkiem czerwca wznowił połączenia krajowe, a miesiąc później także loty międzynarodowe. Obecnie rozkład rejsów międzynarodowych LOT-u obejmuje ponad 70 popularnych kierunków, z czego ponad 30 oferowanych w ramach akcji HASHLOTnaWakacje. W ciągu miesiąca przewoźnik sprzedał ćwierć miliona biletów. Część typowo turystycznych kierunków zostanie utrzymana także jesienią, ale od 1 września przewoźnik wróci także na popularne przed pandemią trasy biznesowe.

Uzupełnimy ofertę połączeń do Europy Zachodniej i zwiększymy częstotliwości rejsów m.in. do Brukseli, Paryża, Kopenhagi czy Frankfurtu. W ramach naszego regionu CEE zaoferujemy pasażerom więcej regularnych lotów do Pragi, Sofii, Lwowa czy Wilna. Nadal nie jest to pełna skala możliwości LOT-u sprzed pandemii, ponieważ uruchamiając kolejne połączenia, bardzo uważnie analizujemy sytuację epidemiczną w danym kraju. W planach mamy kolejne kierunki, m.in. Stambuł, Tel Awiw i Sztokholm, ale decyzje o ich uruchomieniu uzależnione są od stabilizacji sytuacji epidemicznej w tych regionach. Będziemy uzupełniać siatkę o nowe połączenia, gdy tylko pojawi się taka możliwość – podkreśla cytowany w komunikacie Krzysztof Moczulski, zastępca dyrektora komunikacji korporacyjnej i rzecznik prasowy LOT-u.

W zależności od rozwoju sytuacji epidemicznej przewoźnik chce także wracać na wybrane trasy na Dalekim Wschodzie, m.in. do Pekinu czy New Delhi.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/od-wrzesnia-lot-chce,p1835979499

Na wrzesień zapowiadana jest nowelizacja budżetu na 2020 rok. Deficyt może być niższy, niż oczekiwano

Tarcze antykryzysowe i finansowa zwiększą tegoroczny deficyt budżetowy, choć początkowo – przed koronawirusem – mieliśmy mieć po raz pierwszy zrównoważony budżet, czyli taki, w którym wydatki i dochody się bilansują. – Jeżeli sytuacja budżetu do końca roku byłaby taka jak w czerwcu, to po odjęciu efektów sezonowych deficyt budżetu państwa wyniósłby w całym roku ok. 60 mld zł – szacuje ekonomista Ignacy Morawski. Trzeba jednak pamiętać, że to nie jest cały deficyt finansów publicznych. Ich stabilność w dużej mierze będzie zależna od tempa wzrostu PKB. Rząd w założeniach do budżetu na 2021 rok szacuje, że sięgnie ono 4 proc.

Rząd prawdopodobnie będzie zmuszony wystąpić do parlamentu o nowelizację ustawy budżetowej ze względu na fakt, że deficyt w budżecie w tym roku będzie dużo większy od oczekiwań – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ignacy Morawski, dyrektor centrum analiz SpotData. – Czerwiec był dla budżetu państwa dużo lepszy niż poprzednie miesiące i widać to szczególnie po dochodach podatkowych. O ile jeszcze w maju dochody z podatków pośrednich, czyli VAT i akcyzy, najbardziej wrażliwych na koniunkturę, były o 30 proc. niższe niż w analogicznym miesiącu ubiegłego roku, o tyle już w czerwcu ten spadek wyniósł tylko około 7 proc. Sytuacja się poprawiła. Wciąż jest on w stanie deficytu, nie licząc jednorazowych dochodów z Narodowego Banku Polskiego, ale deficyt ten jest niższy od oczekiwań.

Czerwiec był pierwszym pełnym miesiącem bez lockdownu. Wyraźnie przyspieszyła w nim produkcja przemysłowa, sprzedaż detaliczna, poprawiły się nastroje konsumentów. Według ekonomisty widać to również po wykonaniu budżetu. Jeżeli sytuacja budżetu do końca roku byłaby taka jak w poprzednim miesiącu – po odjęciu efektów sezonowych (do których należy m.in. wypłata zysku NBP) – to deficyt budżetu państwa wyniósłby w całym roku ok. 60 mld zł.

– Taki wniosek można wysnuć, patrząc na dotychczasowe trendy i przyjmując założenie, że nie będzie powrotu recesji w drugiej połowie roku, nawet jak będzie fala pandemii – szacuje Ignacy Morawski. – To dużo, ale pamiętajmy, że to jest 3 proc. PKB., czyli to nie jest poziom, z którym kraj prawie rozwinięty, taki jak Polska, nie może sobie poradzić.

Jednak budżet państwa to tylko część sektora instytucji rządowych i samorządowych. Deficyt w całym sektorze będzie znacznie większy.

W budżecie nie ma wielu ważnych instytucji, takich jak Polski Fundusz Rozwoju, który prowadzi akcje pomocy firmom, nie ma samorządów, sektora ubezpieczeń społecznych. Kiedy weźmiemy cały sektor instytucji rządowych i samorządowych, to ten deficyt może wynieść około 200 mld zł, czyli około 10 proc. PKB, zatem będzie pewnie najwyższy w najnowszej historii Polski. Ale jednocześnie recesja jest tak głęboka, że absolutnie wymaga powiększenia deficytu ­– mówi dyrektor SpotData.

Jak wskazuje ekspert w swojej analizie, dla stabilności finansów publicznych istotne będzie to, w jaki sposób będziemy radzić sobie z deficytem i długiem po kryzysie gospodarczym. Do tego potrzebny jest dobry plan, który będzie realizowany od 2022 roku. Drugi istotny czynnik to wzrost gospodarczy. Zgodnie z przyjętymi we wtorek założeniami do projektu budżetu państwa na 2021 rok rząd zakłada, że w przyszłym roku PKB wzrośnie o 4 proc.

W czerwcu br. produkcja sprzedana przemysłu była wyższa o 0,5 proc. w porównaniu z czerwcem ub.r., natomiast w porównaniu z majem br. wzrosła o 13,9 proc. Sprzedaż detaliczna w cenach stałych w czerwcu br. spadła o 1,3 proc. względem czerwca 2019 roku, za to w porównaniu z majem br. miał miejsce wzrost o 8,4 proc.

W lipcu poprawiły się także nastroje konsumenckie w stosunku do poprzedniego miesiąca. Bieżący wskaźnik ufności konsumenckiej, syntetycznie opisujący obecne tendencje konsumpcji indywidualnej, wyniósł -13,4 i był o 6,0 pkt proc. wyższy w stosunku do maja. Wyprzedzający wskaźnik ufności konsumenckiej wzrósł o 10,3 pkt proc. w stosunku do poprzedniego miesiąca i ukształtował się na poziomie -13,6.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/na-wrzesie-zapowiadana,p1839338026

Nowe odkrycia naukowców mogą zrewolucjonizować fotowoltaikę. Z tej samej ilości światła powstanie znacznie więcej energii [DEPESZA]

To przełom w wykorzystaniu energii słonecznej i wytwarzaniu z niej prądu. Naukowcom z Australii i Stanów Zjednoczonych udało się przekształcić światło niskoenergetyczne w światło wysokoenergetyczne, wykorzystując w tym celu m.in. cząsteczki tlenu. W ten sposób można wytworzyć większą ilość energii elektrycznej z tej samej ilości światła słonecznego.

Obecnie ogniwa słoneczne działają poprzez pochłanianie fal świetlnych i wykorzystywanie energii fotonów do wybijania elektronów z atomów, a tym samym do wytwarzania energii elektrycznej. Różne fale świetlne mają różne poziomy energii, a obecne ogniwa słoneczne nie mogą wykorzystywać długości fal światła o niskiej częstotliwości, np. podczerwieni.

Grupie naukowców z Uniwersytetu RMIT, Uniwersytetu UNSW w Australii oraz Uniwersytetu Kentucky w USA udało się przekształcić światło niewidzialne o niskiej energii w światło wysokoenergetyczne. W ten sposób można wytworzyć większą ilość energii elektrycznej z tej samej ilości światła słonecznego.

– Energia słoneczna to nie tylko światło widzialne – podkreśla prof. Tim Schmidt z Uniwersytetu Nowej Południowej Walii (UNSW) w Sydney. – Widmo jest szerokie, zawiera m.in. światło podczerwone, które daje nam ciepło, i ultrafiolet, który może spalić naszą skórę. Większość ogniw słonecznych, kamer CCD i fotodiod (półprzewodniki, które przekształcają światło w prąd elektryczny – przyp. red.) jest wykonanych z krzemu, który nie reaguje na światło mniej energetyczne niż bliska podczerwień. Oznacza to, że niektóre części widma światła nie są wykorzystywane przez wiele naszych obecnych urządzeń i technologii .

Aby rozszerzyć zakres czułości obecnie stosowanych urządzeń i tym samym zwiększyć wydajność ogniw słonecznych, niezbędna jest konwersja światła w górę, czyli przekształcenie światła o niskiej energii w bardziej energetyczne, widzialne światło, które może wzbudzać krzem.

– Jednym ze sposobów na to jest wychwycenie wielu mniejszych fotonów energii światła i ich sklejenie – wskazuje prof. Schmidt. – Można tego dokonać poprzez oddziaływanie ekscytonów – kwazicząsteczek powstałych z elektronów i dziur elektronowych, które mogą przenosić energię bez przenoszenia ładunku elektrycznego netto – w cząsteczkach organicznych.

Dotychczas jeszcze nigdy nie udało się tego osiągnąć poza krzemową przerwą energetyczną, czyli minimalną energią potrzebną do wzbudzenia elektronu w krzemie do stanu, w którym może on uczestniczyć w przewodzeniu. Naukowcy z ARC Centre of Excellence in Exciton Science, z siedzibą w UNSW w Sydney, wraz ze współpracownikami z Uniwersytetu RMIT i Uniwersytetu Kentucky wykorzystali półprzewodnikowe kropki kwantowe do pochłaniania światła o niskiej energii oraz tlen cząsteczkowy do przenoszenia światła na cząsteczki organiczne. Tym samym tlen umożliwia cząsteczkom organicznym emitowanie światła widzialnego.

– To tylko wczesna demonstracja, a do wyprodukowania komercyjnych ogniw słonecznych potrzeba sporo materiałów do opracowania, ale testy pokazują, że jest to możliwe – podkreśla prof. Schmidt.

(Newseria Innowacje)

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/nowe-odkrycia-naukowcow,p65783346

Komputery przyszłości będą przesyłać informacje z prędkością światła. Naukowcy wykonali pierwszy krok w kierunku stworzenia układów fotonicznych [DEPESZA]

Wraz z rozwojem sektora sztucznej inteligencji oraz Big Data rośnie zapotrzebowanie na komputery o wysokiej mocy obliczeniowej. Urządzenia oparte na architekturze krzemowej stanowią przeszkodę na drodze do skalowania rozwiązań tego typu. Branża technologiczna poszukuje rozwiązań, które pozwolą szybciej i sprawniej przetwarzać duże zasoby informacji. Z pomocą mogą przyjść nie tylko komputery kwantowe, lecz także układy fotoniczne wykorzystujące do przesyłania informacji wiązkę światła, a nie sygnał elektryczny.

Zaawansowane systemy sztucznej inteligencji oraz algorytmy analizy Big Data wymagają technologii zdolnej do przetwarzania dużych zasobów informacji przy niskim nakładzie energetycznym oraz wysokiej wydajności. W odpowiedzi na rozwój tego sektora gospodarki inżynierowie Google opracowali specjalizowane układy scalone Tensor Processing Unit przystosowane do pracy w głębokich sieciach neuronowych oraz systemach uczenia maszynowego. Jednak nawet tak wyspecjalizowane jednostki mogą okazać się niewystarczające do stworzenia wydajnych sieci neuronowych nowej generacji z powodu zbyt archaicznej architektury bazującej na rozwiązaniach krzemowych.

Naukowcy z George Washington University znaleźli sposób na znaczące przyspieszenie wyspecjalizowanych układów obliczeniowych.

– Odkryliśmy, że zintegrowane platformy fotoniczne, które integrują wydajną pamięć optyczną, mogą uzyskiwać te same operacje, co jednostka przetwarzająca tensor, ale zużywają one ułamek mocy i mają wyższą przepustowość, a po odpowiednim wytrenowaniu mogą być używane do wykonywania wnioskowania z prędkością światła – podkreśla Mario Miscuglio, adiunkt na Wydziale Inżynierii Elektrycznej i Komputerowej Uniwersytetu George’a Washingtona.

Na łamach magazynu „Applied Physics Reviews” zaproponowali skonstruowanie sieci neuronowej, która przesyłałaby informacje za pośrednictwem wiązki światła, a nie impulsu elektrycznego. Fotoniczne TPU miałoby umożliwić symultaniczne gromadzenie, przesyłanie i przetwarzanie danych. Wdrożenie nowej architektury pozwoliłoby dwu–trzykrotnie zwiększyć przepustowość komputerów pracujących w ramach sieci neuronowych.

– Wyspecjalizowane procesory fotoniczne mogą zaoszczędzić ogromne ilości energii, skrócić czas reakcji i zmniejszyć ruch w centrum danych – przekonuje Mario Miscuglio.

Technologia fotonicznego przetwarzania danych jest jednak dopiero we wczesnej fazie rozwoju. Choć dysponujemy światłowodami zdolnymi do przesyłania danych w formie wiązki światła, do stworzenia komputera optycznego potrzebne są jeszcze układy optyczne przystosowane do fotonicznego przetwarzania informacji.

Ważny krok na drodze do urzeczywistnienia tej technologii wykonali naukowcy z IBM Research Zurich, którzy w 2019 roku zaprezentowali optyczny tranzystor organiczny, przetwarzający dane z 1000-krotnie wyższą prędkością niż układy krzemowe. Wstępne eksperymenty wykazały, że tranzystory tego typu mogą pracować z częstotliwością dochodzącą do teraherca. Do upowszechnienia technologii tego typu niezbędne jest jednak zminiaturyzowanie układu fotonicznego – tranzystor IBM Research Zurich jest 1000-krotnie większy niż współczesne tranzystory krzemowe.

(Newseria Innowacje)

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/komputery-przyszlosci,p320238959

Ruszają konsultacje projektu ws. estońskiego CIT-u. 200 tys. firm będzie mogło skorzystać z maksymalnie uproszczonych zasad

Jak długo przedsiębiorca będzie rozwijał firmę, tak długo nie będzie musiał płacić podatku CIT – to główna zasada nowego rozwiązania, które zacznie obowiązywać z początkiem 2021 roku. Z tzw. estońskiego CIT-u skorzysta około 200 tys. firm w Polsce, a uproszczone zasady rozliczania mają skłonić je do reinwestowania zysków i stymulowania całej gospodarki. Koszt dla budżetu jest szacowany na ok. 5 mld zł, ale – jak szacuje resort finansów – dość szybko się zwróci. Równolegle w życie mają wejść także zapowiedziane przez premiera Morawieckiego zmiany w podatku dochodowym od osób fizycznych.

Tak zwany estoński CIT to nowe rozwiązanie podatkowe, które wejdzie w życie od stycznia 2021 roku. Pandemia koronawirusa sprawiła, że jego szybkie wdrożenie w Polsce jest tym bardziej konieczne.

 Wniosek o wpis projektu obejmującego tzw. estoński CIT do wykazu prac Rady Ministrów został już przekazany przez Ministerstwo Finansów. Projekt będzie dostępny publicznie wkrótce, prawdopodobnie jeszcze w lipcu. Już 28 lipca w Polskim Instytucie Ekonomicznym odbędzie się spotkanie, na którym będziemy prezentować zalety ekonomiczne i skutki tego rozwiązania w Estonii – mówi agencji Newseria Biznes Aleksander Łożykowski, dyrektor Departamentu Podatków Dochodowych w Ministerstwie Finansów.

Firmy, które skorzystają z estońskiego CIT-u, nie będą musiały płacić podatku w miesięcznych ani kwartalnych zaliczkach, ani w związku z rozliczeniem rocznym. Zapłacą go dopiero w momencie, kiedy zdecydują się przeznaczyć zysk na własne, a nie biznesowe cele. Innymi słowy: dopóki spółka będzie przeznaczać zysk na inwestycje, rozwój i działalność badawczą, dopóty nie będzie musiała płacić podatku dochodowego.

Z nowego rozwiązania będą mogły skorzystać mikro-, małe i średnie spółki kapitałowe (z ograniczoną odpowiedzialnością i akcyjne), których przychody nie przekraczają 50 mln zł, a struktura firmy jest transparentna i prosta. Ich udziałowcami mogą być wyłącznie osoby fizyczne. Ponadto firma musi zatrudniać co najmniej trzech pracowników (oprócz udziałowców), wykazywać nakłady inwestycyjne i nie może posiadać udziałów w innych podmiotach.

– Z estońskiego CIT-u będzie mogła skorzystać większość spółek. Z naszych analiz wynika, że aż 97 proc. spółek spełni podstawowy warunek przychodowy, czyli przychody za poprzedni rok nieprzekraczające 50 mln zł. Z kolei warunek dotyczący osób fizycznych, które mogą być wyłącznymi udziałowcami, spełni około 200 tys., czyli też zdecydowana większość spośród 219 tys. spółek wykazujących jakikolwiek przychód – mówi Aleksander Łożykowski.

Jak podkreśla, estoński CIT to dla firm szereg korzyści. Minimalizuje formalności przy rozliczeniu podatków i wprowadza jedną ewidencję dla celów podatkowych i rachunkowych zamiast dwóch odrębnych. Podatnik nie będzie musiał ustalać, co jest kosztem uzyskania przychodu, obliczać odpisów amortyzacyjnych, stosować podatku minimalnego ani tracić czasu i środków na optymalizacje podatkowe. Zamiast tego ma się skupić na rozwijaniu swojego biznesu. Oprócz minimalizacji obowiązków administracyjnych estoński CIT ma też zmniejszyć obciążenia podatkowe.  

– Obecnie mamy tzw. podwójne opodatkowanie przy wypłacaniu dywidendy ze spółki. Płaci ona CIT od wypracowanego dochodu, a to, co zostało, wypłaca w formie dywidendy wspólnikom i od tego jest pobierany PIT. Łączny rezultat daje opodatkowanie przekraczające 34 proc. w przypadku dużych podatników i 26 proc. dla tych mniejszych. W estońskim podatku CIT to łączne opodatkowanie będzie niższe niż obecnie – zapowiada dyrektor w Ministerstwie Finansów. – W przypadku większych spółek chcemy, żeby łączne opodatkowanie CIT-u i PIT-u wynosiło 30 proc. Przy większych nakładach inwestycyjnych natomiast wprowadzimy dodatkową zachętę i to łączne obciążenie spółki i wspólnika w przypadku „wyjścia” z systemu estońskiego spadnie do 25 proc. Z kolei w przypadku małych podatników te obciążenia zostaną obniżone do 25 proc. oraz 20 proc. na „wyjściu” przy większych nakładach inwestycyjnych.

Nowe rozwiązanie ma promować inwestycje i uatrakcyjnić polski rynek dla inwestorów. Zostało ono pierwotnie wprowadzone w Estonii, z której doświadczeń Polska mogła korzystać przy konstruowaniu podatku. Dzięki temu można było wyeliminować dotychczasowe mankamenty.

– Stąd niektóre warunki, które mają zagwarantować, żeby firmy nie trzymały środków i nie gromadziły nadmiernej poduszki, ale faktycznie inwestowały te pieniądze. Warunek dotyczący osób fizycznych i braku zaangażowania kapitałowego w innych podmiotach będzie znacznym uproszczeniem tego systemu, jeżeli chodzi o kwestie struktury udziałowej. Chcemy, żeby estoński system w Polsce był narzędziem dostępnym dla najbardziej powszechnych w Polsce sytuacji, gdzie udziałowcy mają dość prostą strukturę, faktycznie bezpośrednio troszczą się o biznes i prowadzą realną działalność. Nie chcemy, żeby były to takie spółki skarbonki, ale realna działalność, bardziej o charakterze przemysłowym, usługowym czy handlowym niż stricte inwestycji kapitałowych – tłumaczy Aleksander Łożykowski.

Dyrektor w MF podkreśla też, że nowe rozwiązanie podatkowe będzie skierowane przede wszystkim do mikro-, małych i średnich przedsiębiorstw, a nie dużych podmiotów.

– Chodzi o wyrównanie szans na rynku. Z badań prowadzonych w Estonii i innych krajach wynika, że efekty zastosowania tego modelu opodatkowania były o wiele lepsze w przypadku mniejszych spółek – mówi.

Koszt wprowadzenia estońskiego CIT-u dla budżetu jest szacowany na ok. 5 mld zł, ale Ministerstwo Finansów podkreśla, że trzeba je traktować jako inwestycję w rozwój polskich firm i wzrost gospodarczy, a uszczuplone wpływy podatkowe dość szybko powinny się zwrócić.

– Jesteśmy świadomi, że w krótkiej perspektywie możemy mieć trochę mniejsze wpływy z CIT-u, ale te 5 mld zł prognozowanego kosztu to mniej niż 10 proc. obecnych wpływów z tytułu podatku CIT – mówi Aleksander Łożykowski. – Doświadczenia Estonii, Gruzji, a ostatnio także Łotwy pokazują, że te wpływy wracają do normy, a w długim okresie są nawet wyższe. Mówimy też o łączonym efekcie, który dotyczy podatku PIT i VAT, bo zwiększenie zdolności inwestycyjnych spółek – poprzez obniżenie CIT-u i przesunięcie momentu opodatkowania – przekłada się na zwiększone wpływy z innych podatków. Tak więc można powiedzieć, że w dłuższej perspektywie nie będzie to rozwiązanie kosztowe, a wręcz przynoszące dodatkowe benefity dla całej gospodarki i budżetu.

Oprócz estońskiego CIT-u w expose z listopada ub.r. premier Mateusz Morawiecki zapowiedział też rozszerzenie ryczałtu od przychodów ewidencjonowanych. Nowe rozwiązanie w podatku dochodowym od osób fizycznych też ma wejść w życie z początkiem 2021 roku.

– W przypadku PIT-u rozwiązaniem dla mniejszych podatników, którzy prowadzą prostsze biznesy, związane z bieżącą działalnością w celu utrzymania siebie i rodziny, są maksymalnie proste zasady opodatkowania, czyli ryczałt od przychodów ewidencjonowanych. Próg wejścia zostanie podniesiony docelowo do 2 mln euro. Rozszerzony zostanie też krąg branż, które będą mogły z tego korzystać – zapowiada dyrektor w Ministerstwie Finansów. – Ukończyliśmy już prace nad projektem. Teraz jest etap przekazania do wykazu i konsultacji zewnętrznych, co nastąpi w ciągu najbliższych tygodni. Następnie będą prace parlamentarne, aby przed końcem roku obie ustawy mogły wejść w życie.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/ruszaja-konsultacje,p1683587215

500 mln zł rocznie będzie trafiać do samorządów na budownictwo mieszkaniowe. Ministerstwo Rozwoju chce zwiększyć liczbę tanich lokali na wynajem

Zaspokojenie własnych potrzeb mieszkaniowych to wciąż duży kłopot dla wielu Polaków. Prawie 150 tys. osób o najniższych dochodach czeka na mieszkanie komunalne. Nawet 40 proc. społeczeństwa może być w tzw. luce czynszowej, czyli w grupie, która zarabia za dużo na mieszkanie komunalne, ale nie stać ich na zakup lub wynajem mieszkania. W ubiegłym tygodniu rząd przyjął przepisy wspierające rozwój mieszkalnictwa, które zakładają, że dwukrotnie wzrośnie kwota przekazywana samorządom na budownictwo mieszkaniowe. W rozwiązaniu problemu mogą też pomóc społeczne agencje najmu, nad których wprowadzeniem pracuje Ministerstwo Rozwoju.

Z cyklicznie prowadzonego przez Fundację Habitat for Humanity Poland badania wynika, że problemy mieszkaniowe są wskazywane jako jedna z trzech najważniejszych bolączek Polaków – po niskich zarobkach i bezrobociu.

– Polacy cały czas odczuwają duże problemy z dostępem do mieszkań. Według szacunków brakuje od 600 tys. do 2 mln tanich, dostępnych cenowo lokali – mówi agencji Newseria Biznes Katarzyna Przybylska, kierowniczka ds. rzecznictwa w Fundacji Habitat for Humanity Poland. – Polska jest jednym z krajów, gdzie skala przeludnienia jest niemalże największa w całej Europie, to jest około 40 proc. Borykamy się również z dużym problemem przeludnienia młodych. Osoby  między 18. a 25. rokiem życia bardzo długo zamieszkują z rodzicami, nie są w stanie się usamodzielnić i zamieszkać we własnym czy w wynajmowanym mieszkaniu.

Jak zaznacza, w Polsce potrzeba przede wszystkim kompleksowego, systemowego podejścia do kwestii mieszkaniowych. Jednym z obszarów wymagających wsparcia jest mieszkalnictwo komunalne. Jak podaje Fundacja Habitat for Humanity Poland, średni czas oczekiwania na lokal z zasobu gminy wynosi nawet kilka do kilkunastu lat w zależności od wielkości miasta. W kolejce czeka prawie 150 tys. osób o najniższych dochodach.

– Istnieje również grono osób, które mieszczą się w tzw. luce czynszowej, czyli zarabiają trochę lepiej i nie kwalifikują się na mieszkanie komunalne, ale dochody nie pozwalają im również na zakup lub wynajem mieszkania na rynku – wyjaśnia Katarzyna Przybylska.

To właśnie z myślą o osobach o niskich dochodach Ministerstwo Rozwoju przygotowało pakiet zmian w budownictwie społecznym i komunalnym. W ubiegłym tygodniu rząd przyjął ustawy, które m.in. wprowadzą dopłaty dla rodzin do czynszów (dla najemców dotkniętych skutkami pandemii do 1,5 tys. zł miesięcznie przez pół roku, na pokrycie 75 proc. czynszu) czy wakacje czynszowe dla osób wynajmujących mieszkania w TBS-ach (towarzystwa budownictwa społecznego). Nowe przepisy zakładają także dopłaty dla spółek gminnych czy miejskich, dzięki którym spółki te będą mogły budować tańsze mieszkania. Średnio do samorządów na budownictwo mieszkaniowe ma trafiać 500 mln zł rocznie, czyli prawie dwukrotnie więcej niż obecnie. Łatwiejszy ma być także dostęp do gruntów pod zabudowę.

– Zbudowanie odpowiednio dużego zasobu tanich mieszkań na wynajem jest bardzo dobrą metodą, ponieważ one rotują. Jedna rodzina poprawi swoją sytuację mieszkaniową i wyprowadza się z tego mieszkania, może potem kupić swoje czy wynająć w innym mieście, a dany lokal może służyć kolejnej rodzinie. Gdyby to było mieszkanie własnościowe, nie będzie aspektu służenia całemu społeczeństwu. Poza tym tanie mieszkania na wynajem też są o tyle korzystne, że wspierają mobilność na rynku pracy. Osoby, które kupują mieszkanie na własność, często są nazywane więźniami kredytu – podkreśla kierowniczka ds. rzecznictwa w Fundacji Habitat for Humanity Poland.

Badania pokazują, że obecnie największe zapotrzebowanie występuje w segmencie mieszkań na wynajem. Im większa metropolia, tym wyraźniej respondenci podkreślają zapotrzebowanie na najem mieszkania bez możliwości jego wykupu. Poszukiwane są rozwiązania, które pozwolą młodym ludziom oraz seniorom pokonać bariery cenowe i mieszkać samodzielnie, zwiększą mobilność na rynku pracy oraz umożliwią wynajem lokalu z rozsądnymi kosztami eksploatacji, zwłaszcza ogrzewania.

– Dla osób z tzw. luki czynszowej bardzo atrakcyjną ofertą mogą być społeczne agencje najmu, bo oferują czynsz niższy niż stawki rynkowe – mówi Katarzyna Przybylska.

Model działania społecznych agencji najmu jest prosty – agencja wynajmuje na rynku mieszkania od właścicieli, a następnie podnajmuje je osobom o dochodach niewystarczających do zaspokojenia potrzeb mieszkaniowych. Agencja działa długoterminowo i jest solidnym partnerem dla właścicieli mieszkań, zatem negocjuje warunki najmu i zwykle właściciele są gotowi obniżyć czynsz o około 20 proc.

– Dzięki tej 20-proc. różnicy społeczna agencja najmu może następnie zaoferować mieszkanie podnajemcy taniej, niż proponuje rynek – uściśla ekspertka z Fundacji Habitat for Humanity Poland.

Taka agencja działa już m.in. w Warszawie, prowadzona przez fundację Habitat for Humanity. Ministerstwo Rozwoju przygotowało projekt ustawy, która ma stworzyć podstawy prawne do funkcjonowania takich instytucji. Zgodnie z zapowiedziami ma trafić na Radę Ministrów w III kwartale br. Dodatkowo zakłada on także wprowadzenie nowej ulgi w podatku dochodowym od osób fizycznych, tzw. ulgi na zasiedlenie. Będzie ona dostępna dla osób, które nabyły mieszkanie na rynku pierwotnym lub wybudowały dom jednorodzinny.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/500-mln-zl-rocznie,p1365898846

Rozszerzona rzeczywistość zmieni telewizję. Innowacyjne reklamy mogą wkrótce pojawić się w trakcie transmisji sportowych

Zaawansowane narzędzia do projektowania i produkcji, które umożliwiają nadawcom tworzenie wirtualnych obiektów, są dostępne od kilku lat, ale od niedawna weszły do głównego nurtu w największych sieciach telewizyjnych. Grafika AR umożliwia lepszą interakcję, daje swobodę w opowiadaniu złożonej historii w bardzo wizualny sposób. Aplikacje Augmented Reality pozwalają na angażujące wizualnie reprezentacje danych, dlatego sprawdzają się m.in. przy rozgrywkach sportowych. Przyszłością mogą być reklamy wyświetlane jeszcze w czasie transmisji.

– Najnowsze technologie w transmisjach telewizyjnych to obecnie przede wszystkim wykorzystywanie coraz bardziej zaawansowanych silników renderujących, silników gamingowych w telewizji, w broadcaście i w reklamie. Mówimy tutaj o rozszerzonej rzeczywistości i wirtualnym oknie, czyli o tworzeniu perspektywy, która pozwala nam na budowanie dużych przestrzeni za aktorem – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Piotr Gęsek z Platige Image.

Producenci i sieci telewizyjne szukają sposobów na uatrakcyjnienie przekazu. Telewizja coraz częściej przegrywa z innymi formami przekazu, a nowe technologie pozwalają na wyrównaną walkę z konkurencją. Zaawansowane narzędzia do projektowania i produkcji, które umożliwiają nadawcom tworzenie wirtualnych obiektów wyglądających tak, jakby faktycznie znajdowały się w studiu, są dostępne od kilku lat, ale od niedawna są już często wykorzystywane przez producentów. Pandemia przyspieszyła ten proces – dzięki AR udało się np. stworzyć iluzję wypełnionych trybun podczas zawodów.

– Do tej pory grafiki można było pokazywać po prostu na pełnym ekranie czy w formie wyświetlanych alf, nakładanych już na gotowy sygnał. My rozszerzoną rzeczywistość dodajemy do sygnału kamery, dzięki czemu widz ma wrażenie, że dodajemy wirtualne rzeczy albo nawet, jeśli są bardzo dobrze zrobione, że dodajemy je bezpośrednio i fizycznie do obiektów, które są filmowane – tłumaczy Piotr Gęsek.

Broadcast coraz częściej wykorzystuje grafikę AR do ulepszonego opowiadania historii. Rzeczywistość rozszerzona umożliwia wyświetlanie grafiki opartej na danych wraz z rzeczywistymi obrazami, gdzie prawdziwy materiał filmowy lub wideo na żywo miesza się z wirtualnymi tłami lub scenami i grafiką 3D. Tak rozszerzona rzeczywistość pozwala na tworzenie wirtualnych środowisk, w których prezenterzy mogą lepiej wyjaśnić wizualnie reprezentacje danych. Przełomowy dla przyjęcia grafiki w telewizji był 2018 rok. To właśnie igrzyska olimpijskie były wydarzeniem, podczas którego AR została szerzej wykorzystana.

– Augmented reality najczęściej wykorzystuje się w transmisjach sportowych, które jeszcze rzadko przenoszą się do internetu. Jednak nie ma żadnego wpływu, czy jest to streaming internetowy, czy transmisja bezpośrednio tworzona przez operatorów telewizyjnych – tę technologię możemy wykorzystywać tak samo – wskazuje przedstawiciel Platige Image.

Wszystko wskazuje na to, że AR już weszła do świata transmisji sportowych i może być wykorzystana także do prezentowania innowacyjnych reklam.

– Dla nas rozwój technologii rozszerzonej rzeczywistości i wirtualnego okna wiąże się przede wszystkim z rynkiem reklamowym. Chcielibyśmy, żeby AI zaistniała w feedzie telewizyjnym, np. w transmisjach meczów piłki nożnej, gdzie moglibyśmy pokazywać reklamy różnych producentów bezpośrednio w trakcie spotkania, bez konieczności czekania do przerwy pomiędzy połówkami czy do studia kończącego mecz – podkreśla Piotr Gęsek.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/rozszerzona,p1062371088

Przełom w transporcie coraz bliżej. Już w 2030 roku mogą wystartować pierwsze komercyjne kapsuły hyperloop

Superszybkie pociągi, a raczej pociski lewitujące ponad torami, mogą już wkrótce stać się rzeczywistością. Firma Virgin Hyperloop One podpisała umowę z rządem Arabii Saudyjskiej na budowę toru testowego dla swojej futurystycznej koncepcji transportu, która obejmuje kapsułę ciśnieniową z pojazdem przewożącym pasażerów do 10 razy szybciej niż obecna kolej. W efekcie podróż z Rijadu do Jeddah, zamiast 10 godzin, skróci się do 76 minut. – To posunięcie, które przybliża systemy Hyperloop do rzeczywistości – ocenia Sultan Ahmed bin Sulayem, prezes i dyrektor generalny grupy DP World.

To może być przełom we wprowadzeniu na rynek innowacyjnego transportu. Saudyjskie Ministerstwo Transportu (MoT) ogłosiło zawarcie umowy z Virgin Hyperloop One (VHO). VHO przeprowadzi wstępne studium wykonalności dotyczące wykorzystania technologii hyperloop do transportu pasażerów i ładunków, kładąc podwaliny pod sieć tras hyperloop. Pierwsze kapsuły mają wystartować w 2030 roku.

Transport hyperloop odbywa się w niewielkich kapsułach z elektrycznymi silnikami. Poruszają się dzięki magnetycznej lewitacji w tunelach o zredukowanym ciśnieniu. Związane z tym mniejsze opory powietrza, zredukowana siła tarcia pozwalają na osiągnięcie prędkości nawet 1100 km/h.

– Cieszymy się, że ta rewolucyjna wizja stanie się częścią przyszłości transportu. Jesteśmy przekonani, że Virgin Hyperloop zrobi krok naprzód i dostarczy rozwiązanie transportowe XXI wieku. Decyzja jest ogromnym wotum zaufania, że wszyscy jesteśmy po właściwej stronie historii. To posunięcie, które przybliża systemy hyperloop do rzeczywistości, potwierdza naszą decyzję o poważnym potraktowaniu tej technologii i wsparciu tej innowacji – wskazuje Sultan Ahmed bin Sulayem, prezes i dyrektor generalny grupy DP World, firmy logistycznej operującej w 40 krajach na sześciu kontynentach.

Już w 2019 roku firma Virgin Hyperloop One podpisała umowę z rządem Arabii Saudyjskiej na budowę toru testowego dla swojej futurystycznej koncepcji transportu. Tor o długości 35 km miał powstać na północ od Jeddah, obok ośrodka badawczo-rozwojowego i zakładu produkcyjnego. Virgin Hyperloop One twierdzi, że technologia może skrócić podróż z Rijadu do Jeddah z 10 godzin do zaledwie 76 minut.

Tor testowy hyperloop działa już też w Las Vegas. Firma Elona Muska, The Boring Company, testuje już połączenia na odległości 1200 m, wykorzystując do tego elektryczne samochody Tesla. Tymczasem amerykańska Izba Reprezentantów przyjęła ustawę wzywającą do wprowadzenia ram regulacyjnych dla bezpiecznego użytkowania systemów hyperloop. Rada Nietradycyjnych i Powstających Technologii Transportowych (NETT) w USA wyda wytyczne prawdopodobnie w ciągu najbliższych sześciu miesięcy.

Jednocześnie Virgin Hyperloop przeprowadziła rozmowy z rządami Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Arabii Saudyjskiej i Indii. W marcu Arabia Saudyjska wydała Virgin Hyperloop One licencję handlową po przeprowadzeniu ogólnokrajowego studium wykonalności wykorzystania tej technologii do transportu ludzi i towarów.

– Dążymy do zrewolucjonizowania regionalnych sektorów transportu i handlu poprzez system hyperloop dla pasażerów i ładunków, oparty na sztucznej inteligencji – tłumaczy bin Sulayem. – Naszym celem jest bycie katalizatorem globalnej adaptacji i ekspansji tego nowego środka transportu, który będzie szybszy, bezpieczniejszy, tańszy i bardziej zrównoważony niż inne istniejące środki transportu.

Kapsuły hyperloop mogą całkowicie zmienić transport, a przy tym – co istotne w dobie pandemii koronawirusa – zapewniają odpowiedni dystans między pasażerami.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/przelom-w-transporcie,p1573159481

Mimo kryzysu firmy nie muszą rezygnować z inwestycji. 160 mln zł z funduszy unijnych trafi do mikro-, małych i średnich przedsiębiorstw na rozwój i wdrażanie innowacji

Aktualizacja 13:10

Kryzys wywołany pandemią koronawirusa zmusił firmy, zwłaszcza MŚP, do szukania dodatkowych źródeł kapitału – zarówno na sfinansowanie bieżącej działalności, jak i dalszy rozwój. Przedsiębiorstwa, które miały w planach wdrażanie innowacji, nie muszą z nich rezygnować mimo niepewnej sytuacji. Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości w czterech prowadzonych konkursach „Bony na innowacje dla MŚP” ma do rozdysponowania 160 mln zł z funduszy unijnych na takie projekty. O dotację mogą ubiegać się mikro-, małe i średnie firmy z całego kraju, niezależnie od branży. Do tej pory blisko 900 przedsiębiorców pozyskało już w ten sposób ponad 220 mln zł. W obecnie trwających konkursach jest do rozdysponowania 160 mln zł. 

– „Bony na innowacje dla MŚP” to dotacja udzielana w ramach Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości dla mikro-, małych i średnich przedsiębiorców, która jest dostępna już od 2015 roku. W tym czasie wpłynęło do nas blisko 3,9 tys. projektów od przedsiębiorców i zawarliśmy z nimi prawie 900 umów. To oznacza, że w każdej rundzie dostajemy kilkaset projektów do dofinansowania, niezależnie od tego, czy mamy stan epidemiczny, czy też nie – mówi agencji Newseria Biznes Anna Forin, dyrektor Departamentu Usług Proinnowacyjnych w PARP.

W trudnej sytuacji gospodarczej, wywołanej pandemią SARS-CoV-2, wszystkie przedsiębiorstwa szukają dodatkowych źródeł finansowania na bieżące wydatki, inwestycje, jak i na działalność innowacyjną. Firmy, które mają innowacyjny pomysł, ale brakuje im środków na jego realizację, mogą starać się o wsparcie finansowe z funduszy unijnych.

Firma, która ma pomysł na innowację, we współpracy z jednostką naukową może go opracować, sparametryzować, a później wprowadzić na rynek. Dla mikro- i małych firm często jest to w ogóle pierwszy kontakt z wdrażaniem innowacji, bo nie mają własnego zaplecza badawczo-rozwojowego, więc wsparcie jednostki naukowej jest im bardzo pomocne – mówi Anna Forin.

Możliwość zlecenia prac B+R wyspecjalizowanej jednostce jest najistotniejszym elementem tego bonu. Sami nie bylibyśmy w stanie zrobić takich badań – podkreśla Krzysztof Grzegorczyk, prezes Fundacji Ochrony Klimatu PROZON, która dzięki środkom z bonu sfinansowała opracowanie innowacyjnej instalacji do odzyskiwania surowców. – Drugi ważny element to dość krótki czas rozpatrywania i realizacji tego projektu – nasz zamknął się w ciągu 12–13 miesięcy.

„Bony na innowacje dla MŚP” są podzielone na dwa etapy. W pierwszym z nich – usługowym – firma może pozyskać środki na zakup usług B+R polegających na opracowaniu nowego lub znacząco ulepszonego produktu, technologii czy projektu wzorniczego. To działanie ma wspierać współpracę firm z jednostkami naukowo-badawczymi.

– Przedmiotem dofinansowania mogą być zarówno innowacje procesowe, jak i produktowe. Całkowity koszt projektu może wynieść od 60 do 400 tys. zł, a maksymalne dofinansowanie to 85 proc. jego wartości. To oznacza, że wartość dofinansowania może wynieść od 51 tys. zł aż do 340 tys. zł. Na wnioski od przedsiębiorców w tym konkursie czekamy do 30 września br. – mówi Anna Forin.

Po pomyślnym przejściu tego etapu firma może ubiegać się o kolejne środki na wdrożenie innowacji w ramach drugiego etapu – inwestycyjnego. Pozyskane z POIR finansowanie może przeznaczyć np. na zakup maszyn i urządzeń niezbędnych do wdrożenia innowacji technologicznej opracowanej przez jednostkę naukową lub zakup patentów, licencji, know-how albo innych praw własności intelektualnej.

Tutaj dofinansowanie może wynieść od 20 do nawet 70 proc., przy czym maksymalna wartość projektu inwestycyjnego to 800 tys. zł. To oznacza, że w zależności od tego, jakiej wielkości jest firma i gdzie realizuje projekt – może dostać maksymalnie 560 tys. zł. Konkurs inwestycyjny zakończy się 30 grudnia br., przed nami jeszcze dwie rundy – zapowiada dyrektor Departamentu Usług Proinnowacyjnych w PARP.

„Bony na innowacje dla MŚP” cieszą się wśród przedsiębiorców dużą popularnością. O takie wsparcie najczęściej starają się firmy z sektora przetwórstwa przemysłowego (864 złożone wnioski), zajmujące się działalnością profesjonalną, naukową i techniczną (487) oraz informacją i komunikacją (471).

– Projekty są bardzo różnorodne i dotyczą wielu różnych branż, mamy cały przekrój wszystkich możliwych kodów PKD i Krajowych Inteligentnych Specjalizacji – mówi Anna Forin.

Od lat chcieliśmy zrealizować duży projekt, natomiast nie mieliśmy na niego wystarczających funduszy. Bon na innowacje pozwolił nam stworzyć projekt bardzo innowacyjnej instalacji do rozdziału czynników chłodniczych i sfinansował ją w 85 proc. Dzięki niej możemy odzyskiwać nie 80 proc. czynników, ale blisko 100 proc. i wprowadzać je na rynek. To ogromny skok dla naszej firmy i duży efekt ekologiczny – dodaje Krzysztof Grzegorczyk.

Łącznie w obu etapach konkursu do MŚP trafiło już wsparcie w łącznej wysokości ponad 220,5 mln zł ze środków unijnych. Średnia wartość dotacji oscyluje wokół 250 tys. zł w etapie usługowym i ok. 400 tys. zł w inwestycyjnym. Jak podkreśla dyrektor w PARP, wartość całego programu przekracza 400 mln zł, a w czterech prowadzonych obecnie konkursach jest do rozdysponowania 160 mln zł.

– To oznacza, że jeszcze całkiem duża grupa przedsiębiorców może liczyć na wsparcie – mówi Anna Forin.

Równolegle toczą się również dwa konkursy na dofinansowanie projektów wpisujących się w realizację rządowego programu Dostępność Plus. Do PARP wpłynęło dotychczas 60 wniosków o dofinansowanie takich projektów na kwotę 15,8 mln zł. Przedsiębiorcy muszą wykazać, że opracowane przez nich rozwiązania ułatwią codzienne funkcjonowanie osób z ograniczeniami funkcjonalnymi, np. osób niepełnosprawnych czy z trwałymi lub czasowymi ograniczeniami sprawności, np. seniorów.

– Chodzi przede wszystkim o osoby z wszelkimi możliwymi rodzajami niepełnosprawności, ale i takie, które mają czasowe utrudnienia w poruszaniu się, np. seniorzy, kobiety w ciąży, osoby o nietypowym wzroście, poruszające się z dużym i nieporęcznym bagażem. W ramach konkursu usługowego możliwe jest dofinansowanie tylko innowacji produktowych. Wartość projektu może wynieść od 60 do 400 tys. zł, a maksymalne dofinansowanie to 85 proc. To oznacza, że można pozyskać z funduszy europejskich od 51 tys. zł do 340 tys. zł. W przypadku konkursu inwestycyjnego maksymalna wartość projektu to 800 tys. zł. To oznacza, że w zależności od tego, jakiej wielkości jest firma i gdzie realizuje projekt, może dostać maksymalnie 560 tys. zł z UE – wskazuje dyrektor Departamentu Usług Proinnowacyjnych w PARP.


PARP POIR

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/mimo-kryzysu-firmy-nie,p90163024

W przyszłym roku do NFZ trafi mniej składek. Rząd będzie miał problem z finansowaniem służby zdrowia

W 2021 roku wydatki na służbę zdrowia powinny sięgnąć 120,5 mld zł, ale może się okazać, że pojawią się trudności z wygospodarowaniem takiej kwoty. – W najbliższym czasie możemy spodziewać się zwolnień, a płace pracowników nie będą rosły tak szybko, jak można było oczekiwać przed pandemią, co oznacza, że mniej składek zasili budżet Narodowego Funduszu Zdrowia – mówi Wojciech Wiśniewski, prezes zarządu Public Policy. Brakującą kwotę będzie trzeba pokryć z budżetu państwa, a to może oznaczać konieczność cięć w innych obszarach.

Główny kłopot, który może się pojawić w przyszłym roku w związku z kryzysem gospodarczym spowodowanym pandemią, polega na tym, że suma składek, które będą trafiać do Narodowego Funduszu Zdrowia, będzie niższa, niż wcześniej planowano – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Wojciech Wiśniewski.

Jak podkreśla, zgodnie z prognozą przychodów Narodowego Funduszu Zdrowia na lata 2020–2023 w tym roku mają być one o blisko 2 mld zł niższe od wstępnie zaplanowanych i wyniosą 91,23 mld zł. Znaczące spadki składek odnotowano już w kwietniu, maju i czerwcu – wynika z danych ZUS na temat wysokości środków przekazywanych do NFZ.

W przyszłym roku zgodnie z ustawą o minimalnych nakładach na ochronę zdrowia wydatki na ten cel powinny wynieść 120,5 mld zł. Jest to niemal 14 mld zł więcej niż w tym roku – mówi prezes zarządu Public Policy. – W związku z niższymi wpływami ze składek większa kwota będzie musiała trafić na ochronę zdrowia z budżetu państwa. Według naszych wyliczeń w przyszłym roku będzie to około 25 mld zł, czyli 10–15 mld zł więcej niż w tym roku.

Zgodnie z mechanizmem z ustawy zakładającej wzrost wydatków na zdrowie do 6 proc. PKB, w przypadku gdy zakładany poziom wpływów do Narodowego Funduszu Zdrowia nie zostanie osiągnięty, rząd powinien skierować dodatkowe środki w formie dotacji budżetowej. Ta zaś – jak podkreślają eksperci Public Policy – ma z roku na rok być coraz wyższa, a za dwa lata wyniesie już 34,8 mld zł. Jak wynika z ustawy i wskaźników makroekonomicznych, w 2022 roku minimalne nakłady na ochronę zdrowia będą wynosić 125,9 mld zł, a w 2023 roku – 139,4 mld zł.

Ochrona zdrowia jest w stanie przyjąć dużo więcej pieniędzy, jednak jeżeli chcemy zachować odpowiednią dostępność świadczeń, żeby pacjenci nie byli zmuszeni korzystać z sektora prywatnych usług medycznych, bo niektórych po prostu na to nie stać, musimy przeznaczyć znacząco więcej na podstawową opiekę zdrowotną i na likwidację kolejek do specjalistów. Jeżeli zaledwie kilkadziesiąt miliardów złotych będzie trafiać do Narodowego Funduszu Zdrowia, to może się okazać, że ta kwota też nie wystarczy – przestrzega Wojciech Wiśniewski.

Z uwagi na konstytucyjne progi ostrożnościowe dotyczące długu publicznego w najbliższym czasie rząd nie będzie mógł tak efektywnie pozyskiwać pieniędzy z rynku długu, zatem nieuniknione wydaje się poszukiwanie oszczędności w innych obszarach.

Trudno powiedzieć, jakie wydatki budżetowe zostaną obcięte, czy będzie to infrastruktura, czy inwestycje, czy transfery społeczne. Wiemy, że w przyszłym roku rząd będzie musiał podejmować decyzje, których żaden rząd nie chce podejmować. Sytuacja jest niestety bardzo trudna – ocenia prezes Public Policy.

Jego zdaniem system ochrony zdrowia w Polsce jest znacząco niedofinansowany, bo obecnie przeznaczamy na ochronę zdrowia 6,3 proc. PKB, a wydatki publiczne stanowią 4,5 proc. PKB. To plasuje Polskę wśród krajów w dolnej części tabeli Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju. Średnia dla wszystkich jej państw to odpowiednio 8,8 proc. oraz 6,6 proc. (dane OECD Health Statistics 2019).

Jeżeli nie zainwestujemy więcej, to – jak szacuje OECD – w 2030 roku będziemy przeznaczać na ochronę zdrowia tyle pieniędzy, ile Kolumbia. Jeżeli chcemy być państwem rozwiniętym, powinniśmy zainwestować w zdrowie Polaków znacznie więcej niż obecnie. Bez tego nie będzie nas stać na podstawowe rzeczy. W dobie koronawirusa życie wielu ludzi zależy od ratowników, diagnostów laboratoryjnych, a oni mają bardzo konkretne oczekiwania płacowe. Bez wzrostu nakładów na służbę zdrowia w budżecie państwa nie będziemy w stanie ich zaspokoić – ocenia Wojciech Wiśniewski.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/w-przyszlym-roku-do-nfz,p2118076570