Żaluzje drewniane sklep w Warszawie

Drewniane żaluzje cieszą się bardzo dużym uznaniem szczególnie wśród osób, którym zależy na wyróżnieniu okien swojego gospodarstwa domowego. Nawet pomimo tego, że są one znacznie droższe niż klasyczne rozwiązania, cieszą się bardzo dużą popularnością, przede wszystkim ze względu na korzyści płynące z ich zastosowania. https://roletywarszawa.com.pl/zaluzje-drewniane/

Żaluzje drewniane Warszawa

W większości przypadków (mając na myśli rozwiązania klasyczne, a nie produkowane na wymiar pod specjalne zamówienie klienta) żaluzje drewniane składają się z podłużnych lameli o szerokości 25 mm i 50 mm. Dzięki temu mogą one w bardzo elastyczny sposób regulować ilość światła wpadającego do pomieszczenia, co bez wątpienia stanowi jedną z wielu atutów przemawiających na korzyść takiego rozwiązania. W przypadku tego typu żaluzji lamele mogą być ustawiane w sposób, w który pomieszczenie zostaje całkowicie zaciemnione, bądź do pomieszczenia wpada niewielka ilość słonecznych promieni. Oczywiście można też żaluzje drewniane podnieść całkowicie do góry, aby wpuścić dużą ilość światła dziennego do pomieszczenia. W zależności od konkretnego modelu, żaluzje drewniane Warszawa sterowane mogą  być ręcznie lub automatycznie.

Funkcjonale żaluzje drewniane Warszawa

Nie bez powodu żaluzje drewniane cieszą się tak dużą popularnością. Jest to rozwiązanie idealne w szczególności dla wszystkich tych, którzy cenią sobie połączenie funkcjonalności z klasyczną estetyką. Bez wątpienia za największe atuty wykonanych z drewna żaluzji uznać można:

  • bardzo prosty wygląd,
  • klasyczne i ponadczasowe piękno,
  • ciepła i naturalna stylistyka.

Praktyczne zastosowanie, dzięki elastycznej możliwości regulacji ilości i kąta wpadania do pomieszczenia promieni słonecznych,

  • wykonanie z ekologicznych materiałów,
  • duże możliwości wyboru rodzaju drewna i jego kolorystyki,
  • możliwość zamontowania na każdym typie okna.

W rzeczywistości żaluzje drewniane występują pod wieloma postaciami. Te najczęściej wybierane to żaluzje:

  • drewniane szerokie,
  • drewniane wąskie,
  • drewniane bezinwazyjne,
  • drewniane elektryczne.

Zapraszamy do naszej firmy Rolety Warszawa.

25 mln zł trafi na wsparcie innowacyjnych projektów w rolnictwie. Powstaje specjalny fundusz rolniczy

Małe i średnie firmy technologiczne z branży rolno-spożywczej, które rozwijają innowacyjne projekty, będą mogły liczyć na wsparcie nowego funduszu KOWR Ventures. Zostanie on utworzony przez GPW Ventures, spółkę zależną Giełdy Papierów Wartościowych, oraz Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa. Początkowo na rozwój projektów trafi 25 mln zł. Inicjatorzy liczą, że pomoże to unowocześnić przemysł rolno-spożywczy i rolnictwo w Polsce, ale też wprowadzić więcej podmiotów z tych sektorów na warszawski parkiet.

14 lipca został podpisany list intencyjny, który zapoczątkował współpracę GPW Ventures i KOWR w zakresie rozwoju innowacji w rolnictwie. Inwestorem nowego funduszu będzie KOWR, a zarządzany on będzie przez GPW Ventures.  

Najważniejszym zadaniem KOWR Ventures będzie selekcja projektów i wybór tych, które mają szansę na sukces rynkowy, oraz wspieranie ich rozwoju biznesowego. Wielu inżynierów posiada ekspercką wiedzę na temat produktu, ale słabiej radzi sobie z elementami sprzedażowymi, a jeszcze gorzej z zagadnieniami kontroli i planowania finansowego. Właśnie w tych obszarach KOWR Ventures może ich wesprzeć – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Marek Dietl, prezes GPW w Warszawie.

W tym roku KOWR planuje powierzyć pod zarządzanie spółce GPW Ventures do 25 mln zł. Zostaną one przeznaczone na inwestycje w przedsiębiorstwa, których działalność jest związana m.in. z poprawą konkurencyjności gospodarki rolnej i zwiększaniem rentowności gospodarstw rolnych. Inne obszary wsparcia to efektywne gospodarowanie zasobami i przeciwdziałanie niekorzystnym zmianom klimatycznym, a także rozwój działalności pozarolniczej na obszarach wiejskich.

Potencjał innowacji w rolnictwie jest gigantyczny, a firmy istniejące w tym sektorze i w jego otoczeniu są tego świetnym dowodem – mówi Wojciech Kędzia, zastępca dyrektora generalnego Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa. – W naszych szufladach leżą ciekawe projekty, jak całkowicie zrobotyzowane fabryki białka owadziego, narzędzia wykorzystujące technologie satelitarne, samolotów bezzałogowych, analizy multispektralnej dla rolnictwa precyzyjnego, dla szacowania wielkości plonów czy identyfikacji szkód w rolnictwie.

Problemem, podobnie jak w innych branżach, w rozwijaniu innowacyjnych projektów w sektorze agro jest dostęp do kapitału. Sposobem na ich dokapitalizowanie ma być właśnie fundusz KOWR Ventures. Jak podkreśla Wojciech Kędzia, trudno było do tej pory oceniać z perspektywy biznesowej projekty, które trafiały do KOWR. Teraz pomogą w tym eksperci GPW.

– Liczymy na to, że kompetencje Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa i resortu rolnictwa w zakresie rozpoznania potrzeb firm zostaną wzmocnione przez ekspertów od zarządzania finansami w projektach innowacyjnych, którymi dysponuje Giełda Papierów Wartościowych i spółka GPW Ventures – podkreśla zastępca dyrektora generalnego KOWR. – Mamy nadzieję, że ta współpraca przyczyni się w sposób bardzo wydatny do rozwoju polskiego rolnictwa, szybszej akceleracji projektów, ich kapitalizacji i wprowadzenia na rynek.

Jak podkreśla prezes GPW, celem jest także zwiększenie zainteresowania spółek technologicznych, działających na rzecz tego sektora, wejściem na giełdę.

Chcemy je przyciągnąć na giełdę poprzez inwestycje kapitałowe. Wielu przedsiębiorców chciałoby rozwijać swoje firmy w skali międzynarodowej i obecność na parkiecie może im w tym pomóc, natomiast nie są jeszcze przygotowani na to, żeby debiutować na GPW. To właśnie w takie przedsięwzięcia ma inwestować KOWR Ventures – podkreśla dr Marek Dietl.

Priorytetem będą projekty małe i średnie, a początkowo zakładana jest dywersyfikacja portfela inwestycyjnego (do 5 mln zł w jedno przedsięwzięcie).

Jeśli ten fundusz będzie się powiększał i gdyby KOWR zdecydował się reinwestować zyski, które zostały uzyskane z tych inwestycji, to z czasem będzie można się pokusić o większe inwestycje, rzędu 10, 15 czy 20 mln zł – zapowiada prezes GPW.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/25-mln-zl-trafi-na,p1649683156

E-recepty prawie wyeliminowały papierowe druki. Według ekspertów wrażliwe dane pacjentów są w pełni bezpieczne

Lekarze wystawili już ponad 275 mln e-recept, a w maju stanowiły one 95 proc. wszystkich recept. Również pacjenci przekonali się do nowej formuły wykupywania leków, w dużej mierze dzięki pandemii, bo bez tego przez kilka tygodni byliby pozbawieni opieki medycznej. Zaufanie Polaków do tego narzędzia mogą podważać doniesienia o zagrożeniu wycieku wrażliwych danych z aplikacji do zarządzania e-receptami, jednak eksperci przekonują, że są one w pełni bezpieczne. Pacjenci mogą sami decydować o tym, jakie dane udostępniają w aplikacji, a bez ich zgody nie ma możliwości, żeby wrażliwe informacje o ich stanie zdrowia trafiły do niepowołanych podmiotów.

– W ostatnich miesiącach w czasie pandemii Polska dokonała ogromnego skoku technologicznego – i to zarówno administracja publiczna, przedsiębiorstwa, jak i ludzie – mówi agencji Newseria Biznes Mariusz Busiło z Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji, wiceprzewodniczący Komitetu Ochrony Danych Osobowych i Zarządzania Informacją. – Zdalny dostęp do sektora medycznego był w tym czasie bardzo istotny. Gdyby nie e-recepty i zdalne diagnozy, byliby pozbawieni dostępu do świadczeń zdrowotnych. Po prostu system nie był w czasie pandemii nastawiony na bezpośredni kontakt i tylko dzięki rozwiązaniom zdalnym można było zapewnić funkcjonowanie jakiejkolwiek opieki zdrowotnej.

Pandemia SARS-CoV-2 przyczyniła się do skokowego wzrostu popularności telemedycyny, jak i e-recept. Według danych Ministerstwa Zdrowia od momentu wprowadzenia elektronicznych recept lekarze wystawili ich już ponad 275 mln dla 25 mln pacjentów. W maju br. udział e-recepty wzrósł do 95 proc., podczas gdy jeszcze w lutym, tuż przed pandemią, sięgał 88 proc. Do tego narzędzia przekonali się zarówno lekarze, jak i pacjenci. Z badania „Świadomość i postrzeganie Internetowego Konta Pacjenta”, zrealizowanego w kwietniu br. przez ARC Rynek i Opinia na zlecenie Centrum e-Zdrowia, wynika, że o e-recepcie słyszało 93 proc. Polaków, a 40 proc. postrzega ją jako duże ułatwienie. Niemal 100 proc. nie miało żadnych trudności z jej realizacją, a 84 proc. badanych ocenia ją pozytywnie. Polacy doceniają głównie fakt, że dzięki niej mogą uniknąć osobistej wizyty w przychodni (48 proc.) i nie muszą przepisywać u lekarza recepty w formie papierowej (42 proc.).

W ostatnich tygodniach popularność i zaufanie do tej formy korzystania z e-recept podważyły jednak doniesienia, według których jedna z sieci aptek nielegalnie pozyskiwała dane pacjentów z systemu informacji medycznej P1. Chodzi o aplikację Gemini Apps, należącą do grupy Gemini, która jest właścicielem jednej z największych sieci aptek w Polsce. Jak podkreślił „Dziennik Gazeta Prawna”, zarzuty dotyczyły tego, że aplikacja do rezerwowania leków na e-receptę miała bez uprawnienia pobierać dane z państwowej bazy, które były wykorzystywane do profilowania pacjentów oraz przekazywane Microsoftowi i Amazonowi. Na ich podstawie można np. ustalić, kto choruje na demencję, cukrzycę, depresję albo jest nieuleczalnie chory.

– Wydaje się, że te rewelacje medialne są mocno przesadzone. System został wykorzystany przez aptekę certyfikowaną zgodnie z przeznaczeniem, czyli do weryfikacji danych z e-recepty. I tylko tyle. Został wykorzystany w sposób właściwy, zgodnie z interfejsem wystawionym przez Ministerstwo Zdrowia, więc trudno mówić tutaj o wycieku danych – ocenia Mariusz Busiło.

Głos w tej sprawie zabrały Ministerstwo Zdrowia, Naczelna Izba Aptekarska i Urząd Ochrony Danych Osobowych. Po medialnych doniesieniach grupa Gemini wydała oświadczenie, w którym odparła wszystkie zarzuty, informując, że jej aplikacja działała zgodnie z przepisami. Co więcej, profilowani według danych medycznych byli wyłącznie ci pacjenci, którzy wcześniej wyrazili na to zgodę.

– Użytkownik w tej aplikacji miał pełną kontrolę nad swoimi danymi. Wystarczyło, że podał wyłącznie swój e-mail i już mógł realizować system rezerwacji recept – dodaje ekspert Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji. – Użytkownik aplikacji ma wiele możliwości, aby zapewnić bezpieczeństwo swoich danych. Po pierwsze, warto się upewnić, że taka aplikacja korzysta z szyfrowanych połączeń, a jego dane są przechowywane na serwerach dużych i certyfikowanych dostawców, którzy dostarczają rozwiązania np. dla banków. Takimi dostawcami są właśnie Microsoft czy Amazon.

Jak podkreśla ekspert ds. cyberbezpieczeństwa, dr Łukasz Kister, za bezpieczeństwo systemu informatycznego P1, w którym są przechowywane dane medyczne Polaków i informacje o wystawionych e-receptach, odpowiada Ministerstwa Zdrowia. Resort udziela dostępu do rejestru wyłącznie tym aptekom, które zweryfikuje. Nie ma żadnej możliwości, żeby jakakolwiek apteka czy firma, która nie została pozytywnie zweryfikowana, uzyskała do niego dostęp.

– W przypadku aplikacji Gemini nie ma też możliwości, aby znalazły się w niej jakiekolwiek informacje dotyczące naszej prywatności, stanu zdrowia i chorób, z którymi się borykamy – wyjaśnia dr Łukasz Kister. – Ta aplikacja otrzymuje od uprawnionej apteki wyłącznie dane dotyczące przepisanych nam produktów medycznych. Żadne inne informacje ani dane wrażliwe nie są przekazywane. Można to zweryfikować samemu, przechodząc proces rejestracji. Jednak po komentarzach medialnych widać, że wiele wypowiadających się osób nie zweryfikowało tej aplikacji i nie przeszło procesu sprawdzenia swojej e-recepty, żeby móc samodzielnie i naocznie się o tym przekonać.

Pacjenci mogą samodzielnie zweryfikować wystawioną przez lekarza e-receptę, co jest o tyle istotne, że dziś na podstawie czterocyfrowego kodu nie wiemy, co konkretnie lekarz przepisał i w jakim dawkowaniu.

– Dla nas – jako pacjentów – ważne jest, żeby móc zweryfikować, czy lekarz się nie pomylił – tłumaczy ekspert ds. cyberbezpieczeństwa.

Jak podkreśla, aplikacje służące do rezerwacji leków online i zarządzania e-receptą nie stanowią żadnego zagrożenia dla prywatności pacjentów i ich wrażliwych danych osobowych.

– Szczególnie gdy mówimy o aplikacjach profesjonalnych, które wykorzystują naszą zgodę i dobrowolne wykorzystanie danych dla swojej wygody. One pozwalają na wybór tego, w jaki sposób chcemy korzystać z tej aplikacji, i nie przechowują ważnych informacji o nas – mówi dr Łukasz Kister.

Eksperci podkreślają, że wątpliwości dotyczące aplikacji Gemini Apps nie powinny zahamować cyfryzacji polskiej służby zdrowia, która służy zarówno pacjentom, jak i lekarzom. Konieczne jest opracowanie standardów bezpieczeństwa dla rozwiązań technologicznych, ale nie powinny być one zbyt restrykcyjne, żeby nie zahamować innowacyjności branży.

– Mam nadzieję, że Ministerstwo Zdrowia, które już zmienia ton wypowiedzi w sprawie tej aplikacji, nie zrezygnuje z cyfryzacji medycyny i w dobie koronawirusa i obostrzeń pandemicznych, które w każdej chwili mogą wrócić, nie nakaże nam znów chodzić do aptek i tam bezpośrednio weryfikować wystawione recepty. Tego rodzaju aplikacje są stosowane na całym świecie, są bezpieczne i weryfikowane. Najważniejsze, aby ministerstwo, Centrum Systemów Informacyjnych Ochrony Zdrowia, UODO i apteki doszli do porozumienia i określili minimalne standardy bezpieczeństwa, jakie należy zastosować przy tego rodzaju aplikacjach, żeby już nigdy więcej nie pojawiły się tego rodzaju wątpliwości – wskazuje ekspert ds. cyberbezpieczeństwa.

– Wprowadzając bardzo sztywne ramy prawne, de facto blokujemy innowacje i możliwość rozwoju. Nadmierna ochrona prywatności przez regulatora może prowadzić do wykluczenia Polski z konkretnych rynków i branż. To wcale nie znaczy, że nasze dane będą bardziej i lepiej chronione. Najlepszym przykładem jest to, że jesteśmy profilowani i śledzi się naszą obecność w internecie przez przeglądarki internetowe – dodaje ekspert Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/erecepty-prawie,p403323446

Pandemia zwiększyła skalę marnowania żywności. Z rosnącym problemem pomagają walczyć nowe technologie

Co roku do kosza trafia 1/3 produkowanej żywności, a statystyczny Polak wyrzuca 247 kg jedzenia. Ograniczenia związane z pandemią koronawirusa sprawiły, że problem wyrzucania jedzenia stał się jeszcze poważniejszy. Polacy chcą jednak z nim walczyć i sięgają w tym celu po nowe technologie. Aplikacja Too Good To Go pozwala uratować przed wyrzuceniem to, co danego dnia serwowały lokale współpracujące z aplikacją, a co nie zostało sprzedane. Do pogromców marnowania jedzenia mogą dołączyć m.in. klienci bp.

Spowodowane pandemią utrudnienia w transporcie, zamknięte restauracje i przymusowa izolacja sprawiły, że do kosza trafiły miliony ton jedzenia.

 Problem marnowania żywności istniał już wcześniej, pandemia jedynie uwidoczniła nam, jak duża jest to skala. W momencie, kiedy wycięliśmy jeden element łańcucha dostaw, okazało się, że mierzymy się z gnijącymi na polach truskawkami, wylewanym mlekiem i ziemniakami, które nie docierały do konsumentów – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Karolina Woźniak, PR Manager Too Good To Go.

Według danych Boston Consulting Group każdego roku w Unii Europejskiej marnuje się 88 mln ton żywności, średnio 173 kg na osobę. Polska pod tym względem należy do niechlubnej czołówki – co roku każdy z nas wyrzuca średnio 247 kg.

– Globalnie marnujemy 1/3 jedzenia. Wyobraźmy sobie, że kupując trzy torby pysznego jedzenia, zaraz po wyjściu ze sklepu wyrzucamy jedną z nich. Gdyby całe zmarnowane jedzenie było krajem, byłoby trzecim największym emitentem zanieczyszczeń do atmosfery na świecie, zaraz po Chinach i Stanach Zjednoczonych – wskazuje Karolina Woźniak.

Wyrzucając jedzenie, marnujemy także surowce potrzebne do jego wyprodukowania, m.in. wodę czy energię. To z kolei przyczynia się do ocieplenia klimatu. Jak wskazują eksperci FAO (Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa), marnowanie żywności odpowiada za 8 proc. gazów cieplarnianych wyemitowanych na skutek działalności człowieka, a na każdy kilogram wyprodukowanej żywności do atmosfery wydziela się 4,5 kg CO2.

– Nowe technologie pozwalają nam w bardzo łatwy sposób przyłączać się do walki z marnowaniem jedzenia – przekonuje ekspertka. – Aplikacja Too Good To Go w prosty sposób łączy jej użytkowników z miejscami takimi jak restauracje, piekarnie, cukiernie czy sklepy mającymi nadwyżkową żywność, której nie udało się sprzedać danego dnia.

Klient poprzez aplikację kupuje paczkę niespodziankę, w której znajdzie się to, co danego dnia serwowały lokale współpracujące z Too Good To Go, a co nie zostało sprzedane. Nie ma przy tym pewności, jakie dokładnie produkty się w niej znajdą, ale może je zakupić po znacznie niższej cenie niż normalnie, a paczkę musi odebrać we wskazanym punkcie. Sama aplikacja jest darmowa i cieszy się dużym powodzeniem. Dziennie sprzedawane jest nawet 90 proc. wystawionej żywności. Z Too Good To Go współpracuje ponad 38 tys. partnerów. Od niedawna do tego grona dołączyła firma bp.

– Klienci bp w bardzo łatwy sposób mogą korzystać z aplikacji Too Good To Go i zamawiać paczki niespodzianki z kawiarenek na naszych stacjach Wild Bean Cafe albo ze sklepów na stacjach bp, a następnie odebrać je ze wskazanej, wybranej w aplikacji stacji bp – mówi dr Magdalena Kandefer-Kańtoch, rzecznik prasowy bp Polska.

Z oferty mogą na razie korzystać mieszkańcy Krakowa, ale program ma objąć stacje bp w całej Polsce. W ramach współpracy klienci bp będą też mogli wesprzeć Banki Żywności specjalnym voucherem, który można zakupić w aplikacji Too Good To Go.

 Także w Polsce od lat inwestujemy, stosujemy szereg procesów i innowacji, by zapobiegać marnowaniu jedzenia w gastronomii czy w handlu. Współpraca z Too Good To Go jest kolejnym krokiem w tej strategii i z pewnością nie ostatni – zapowiada Magdalena Kandefer-Kańtoch.

Na początku 2020 roku bp ogłosiło nowy cel HASHbpNetZero, zgodnie z którym do 2050 roku ma stać się firmą o zerowej emisji netto. Chce także pomóc zredukować światową emisję netto do zera do 2050 roku lub wcześniej.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/pandemia-zwiekszyla,p1355735433

Płyty drogowe betonowe – skuteczna alternatywa na drogi

Płyty drogowe betonowe – skuteczna alternatywa na drogi. Jeśli zdecydujemy się na płyty drogowe do stworzenia podjazdu do swojego domu, na pewno tego nie pożałujemy. Płyty prezentowały się będą w niezwykły sposób. Pozwolą stworzyć solidny podjazd, który służył nam będzie przez wiele lat. Uzyskać będzie można wtedy wysokie zadowolenie z efektów, jakie osiągniemy. Płyty odznaczają się wysoką wytrzymałością.

Płyty drogowe betonowe – skuteczna alternatywa na drogi

Czy po takiej drodze będzie jechał tir czy samochód osobowych, na pewno nic złego się z nimi nie będzie działo. Płyty są odporne na duże obciążania.

W związku z tym, na pewno nie będziemy mieli żadnych problemów z poruszaniem się po takiej drodze. Nie będzie ona pękała nawet pod dużym ciężarami. Ponadto, płyty są odporne na działanie czynników atmosferycznych.

Płyty drogowe – skuteczna alternatywa na drogi w miejscach trudno dostępnych

Po najbardziej srogiej zimie, nic złego z płytami się nie stanie. Nie okaże się, że nagle wszystko zostanie zepsute po zimie. Dlatego też, jeśli zdecydujemy się na takie właśnie rozwiązanie, na pewno będziemy zadowoleni z efektów, jakie uda nam się osiągnąć. Polecamy naszą firmę https://plytynadrogi.pl/

Droga będzie nam służyła przez wiele lat. Nie będziemy mieli z nią żadnych, nawet najmniejszych problemów. Płyty wykonane są w nowoczesnej technologii. Gwarantują niezawodność drogi przez wiele lat. Na pewno nikt nie będzie narzekał na korzystanie z takiej właśnie płyty drogowej. Wszystko z nią będzie w jak najlepszym porządku. Poza tym, warto podkreślić, że koszty utrzymania takiej drogi są minimalne. W związku z tym, jej stworzenie nie będzie dla nas w późniejszym czasie żadnym obciążeniem finansowym. Warto więc postawić na takie właśnie rozwiązanie, które będzie dla nas satysfakcjonujące.

Polska w ogonie Europy pod względem leczenia alergii – z 12 mln osób chorych odczula się tylko 20 proc. Brak leczenia zwiększa ryzyko zachorowania na COVID-19

Alergia to problem 12 mln Polaków. Przyczyną jej rozwoju są alergeny znajdujące się w pyłkach drzew, traw, zbóż, chwastów, odchodach roztoczy kurzu domowego czy w sierści i naskórku zwierząt domowych. Najczęstsze objawy choroby to katar, zatkany nos, zaczerwienienie spojówek, swędzenie oczu czy suchy kaszel. Alergia to nie tylko choroba dokuczliwa, ale i groźna. Nierozpoznana albo nieleczona prawidłowo może prowadzić do rozwoju astmy oskrzelowej. Dlatego lekarze podkreślają, że kluczowa jest szybka diagnoza i leczenie, które zwłaszcza teraz – w czasie pandemii SARS-CoV-2 – może zapobiec wniknięciu wirusa do organizmu przez błony śluzowe.

– W dobie COVID-19 alergie, alergiczny nieżyt nosa i astmę oskrzelową leczymy tak samo jak wcześniej. Nie rezygnujemy z żadnych leków. Leczenie przewlekłego procesu zapalnego – zarówno w nosie, jak i w płucach – powoduje, że błona śluzowa nosa staje się bardziej odporna na wniknięcie alergenu, natomiast błona śluzowa układu oddechowego staje się lepiej zabezpieczona przed wniknięciem wirusa, w tym SARS-CoV-2. Zatem nie zmieniamy nic, staramy się właściwie optymalizować leczenie – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr n. med. Piotr Dąbrowiecki, alergolog z Kliniki Chorób Infekcyjnych i Alergologii Centralnego Szpitala Klinicznego MON, prezes Polskiej Federacji Stowarzyszeń Chorych na Astmę, Choroby Alergiczne i POChP.

Choroby alergiczne są określane mianem epidemii XXI w. Według Światowej Organizacji Alergii u 30–40 proc. całej populacji występuje co najmniej jedno ze schorzeń alergicznych. Z kolei WHO podaje, że zajmują one już trzecią pozycję na liście najczęstszych chorób przewlekłych. Według danych przytaczanych przez NFZ w Polsce na alergie cierpi w sumie około 12 mln osób. 8 mln ma alergiczny nieżyt nosa, a ponad 4 mln walczy z astmą, która najczęściej ma właśnie podłoże alergiczne. Zachorowań szybko przybywa, co wiąże się m.in. z rozwojem cywilizacyjnym.

– Niezauważona alergia powoduje, że nie rozpoznajemy patologii, która prowadzi do rozwoju powikłań, np. polipów nosa czy przewlekłego zapalenia zatok. Podobnie jest w astmie oskrzelowej – większość chorych to alergicy. Jeżeli nie rozpoznamy jej na czas i nie wdrożymy odpowiedniego leczenia, np. immunoterapii, może to wprost doprowadzić do rozwoju ciężkiej astmy oskrzelowej, którą już bardzo trudno leczyć. Potrzebujemy dużo sił i środków, żeby „okiełznać” takiego pacjenta. Wszystko zaczyna się od podstaw, czyli właśnie od rozwoju alergii. Nie musiałoby do tego dojść, gdybyśmy rozpoznali ją na czas – mówi dr Piotr Dąbrowiecki.

Alergia to cały szereg schorzeń objawiających się między innymi świądem, łzawieniem i pieczeniem oczu, zaczerwienieniem spojówek, katarem, niedrożnością nosa, kichaniem, pokrzywką, obrzękiem nosa i jamy ustnej, dusznością, kaszlem i świszczącym oddechem. Atak choroby wywołują m.in. roztocze kurzu domowego, pleśnie, pyłki roślin, niektóre pokarmy, sierść i skóra zwierząt, jad owadów, leki czy substancje chemiczne zawarte np. w kosmetykach. Jeżeli symptomy utrzymują się długi czas, mogą być bardzo uciążliwe i groźne dla zdrowia. Mogą powodować atopowe zapalenie skóry albo katar, atakować układ oddechowy, a nawet wywoływać groźny dla życia wstrząs anafilaktyczny. Nierozpoznana albo leczona nieprawidłowo może prowadzić do powikłań i cięższych schorzeń, takich jak astma czy POChP (przewlekła obturacyjna choroba płuc), która według WHO jest już trzecią wiodącą przyczyną śmierci na świecie.

– Zwykle zaczyna się od łagodniejszych objawów obejmujących spojówki i nos. Mogą też dochodzić symptomy ze strony oskrzeli, np. suchy kaszel, a następnie pojawiają się duszności i objawy astmy. Gorzej jest w przypadku pacjentów uczulonych na roztocze kurzu domowego, bo tutaj kontakt z alergenem nie jest sezonowy, ale trwa cały rok. Dlatego w ich przypadku ryzyko astmy oskrzelowej jest większe, ale mogą pojawić się też objawy atopowego zapalenia skóry. To są choroby cięższe, które wymagają kompleksowego leczenia – mówi prof. dr hab. n. med. Marek Jutel, kierownik Katedry Immunologii Klinicznej Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu i prezydent Europejskiej Akademii Alergologii i Immunologii Klinicznej (EAACI)

Alergie mają zarówno dzieci, jak i dorośli, którzy w młodym wieku nie mieli symptomów. Skłonność do niej jest dziedziczna, ale za wzrost zachorowań w dużym stopniu odpowiedzialne są też czynniki cywilizacyjne, np. dym papierosowy, środki chemiczne czy smog. Lekarze podkreślają, że kluczowe jest szybkie postawienie diagnozy i wdrożenie leczenia przyczynowego.

– Kiedy diagnozujemy alergię albo zależne od niej choroby nosa czy układu oddechowego, w tym astmę oskrzelową, należy leczyć je przyczynowo z zastosowaniem immunoterapii swoistej, czyli odczulania. Podajemy lek uszyty na miarę potrzeb konkretnego pacjenta. Jeżeli przykładowo jest uczulony na roztocze, wtedy ten lek zawiera w sobie roztocze, odwraca kaskadę działań niepożądanych, pacjent przestaje na nie reagować i denerwować się, kiedy jego nos i płuca czują ich obecność. Tak działa immunoterapia – tłumaczy dr Piotr Dąbrowiecki.

Immunoterapia – nazywana popularnie odczulaniem – jest jedyną metodą leczenia alergii, która zwalcza ich przyczynę, a nie tylko objawy. Jest stosowana od dawna, to bezpieczna i skuteczna terapia, która zapobiega rozwojowi astmy oskrzelowej i innych, ciężkich chorób alergicznych. Jak podkreśla dr Dąbrowiecki, w Polsce wciąż jest jednak stosowana zbyt rzadko.

– Ponad 12 mln Polaków ma alergię objawową. To są osoby, które mają alergiczny nieżyt nosa, spojówek, objawy astmy alergicznej czy atopowego zapalenia skóry. Około 150–200 tys. osób się odczula, a to jest kropla w morzu potrzeb. Dobrze by było, aby pacjenci mieli szerszy dostęp do immunoterapii – zaznacza ekspert z Centralnego Szpitala Klinicznego MON.

Takie jest też zalecenie z tegorocznego kongresu Europejskiej Akademii Alergologii i Immunologii Klinicznej, który odbył się w czerwcu w Wiedniu. To największe na świecie wydarzenie, podczas którego między innymi omawiane i prezentowane są nowe doniesienia i wytyczne w leczeniu alergii.

 EAACI zaleca wprost, żeby – kiedy to tylko możliwe – odczulać pacjentów i próbować przywrócić tolerancję na alergen: czy to w formie iniekcyjnej, podjęzykowej, czy w formie kropli bądź tabletek. Dzięki temu można zdecydowanie lepiej i optymalnie leczyć błony śluzowe nosa i układ oddechowy. Jeżeli zaniedbamy immunoterapię, skupimy się tylko na leczeniu objawowym, to efekt nie będzie długofalowy – podkreśla dr Piotr Dąbrowiecki.

Efektywność różnych form terapii jest niemal taka sama. Leczenie trwa od trzech do pięciu lat, ale w przypadku immunoterapii podjęzykowej w tabletkach zaletą jest to, że pacjent może przyjmować ją w domu, samodzielnie, a do alergologa musi zgłosić się raz na trzy miesiące. W Polsce ta forma nie jest jednak refundowana.

 Immunoterapia podjęzykowa jest bardzo skuteczną formą terapii. Mamy badania kliniczne na dużych grupach pacjentów, które wykazały, że wyraźnie zmniejsza występowanie objawów i znacznie poprawia komfort życia. U wielu pacjentów te objawy znikają całkowicie. Problemem jest jednak właśnie brak refundacji, przez co w Polsce nie jest ona stosowana tak szeroko, jak powinna i jak oczekiwaliby tego pacjenci – mówi prof. Marek Jutel.

Jak podkreśla ekspert, w czasie pandemii SARS-CoV-2 immunoterapia podjęzykowa, którą można przyjmować w domu, jest dużo bezpieczniejszą formą leczenia, która nie wymaga częstych wizyt w gabinetach lekarskich.

– W sezonie covidowym musimy zoptymalizować leczenie chorób alergicznych, żeby zabezpieczać przed wnikaniem wirusa do organizmu przez górne czy dolne drogi oddechowe – podkreśla dr Piotr Dąbrowiecki. – Warto teraz leczyć nos, brać leki antyhistaminowe, sterydy donosowe czy wziewne, bo ich stosowanie zmniejsza ryzyko ciężkiego przebiegu COVID-19 u osób z astmą, które już zostaną zarażone. Nie wiemy też, co będzie jesienią i czy pandemia z nami nie zostanie. Dobrze byłoby mieć możliwość leczenia pacjentów nie tylko w gabinecie, ale i w domu – bez konieczności wizyt w przychodni czy szpitalu. Dlatego też dobrym pomysłem jest rozwinięcie panelu immunoterapii opartej na tabletkach czy kroplach pod język.

 

 


Materiał powstał w ramach kampanii edukacyjnej. Więcej informacji na stronie Facebooka: Zerwij z alergią wybierz zdrowie.

Zerwij z alergią, wybierz zdrowie.

 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polska-w-ogonie-europy-pod,p1062660442

Przedsiębiorcy liczą na progospodarcze inicjatywy prezydenta. Oczekują też jasnych standardów stanowienia prawa

Organizacje zrzeszające przedsiębiorców apelują do prezydenta o jasne określenie kryteriów, które musi spełniać ustawa dotycząca spraw gospodarczych, by zyskać jego podpis. Postulują, żeby każda tego typu zmiana prawa była poprzedzona konsultacjami ze stronami dialogu społecznego i przedstawicielami przedsiębiorców, zapewniała odpowiednio długie vacatio legis, a te dotyczące zwiększania obciążeń podatkowych wymagały 3/5 większości sejmowej. – Prezydent nie wpływa bezpośrednio na gospodarkę i przedsiębiorczość, ale może być otwarty na głosy środowiska przedsiębiorców – uważa główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich.

Prezydent nie dysponuje szerokimi kompetencjami w zakresie przedsiębiorczości czy gospodarki, pełni jednak istotną rolę w procesie legislacyjnym – przypomina Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes. – Prezydent może wspierać dobre inicjatywy, może, korzystając z prawa weta, blokować takie zmiany prawa, które jeszcze utrudnią wychodzenie z kryzysu, i może także być otwarty na głosy środowiska przedsiębiorców dotyczące potrzebnych  zmian w prawie. Wykorzystując swoją inicjatywę ustawodawczą, może zgłaszać projekty ustaw, które będą tworzyć korzystniejsze środowisko dla rozwoju przedsiębiorczości.

Jeszcze w kampanii wyborczej członkowie Rady Przedsiębiorczości apelowali do kandydatów na urząd Prezydenta RP, by przyjęli oni szereg zobowiązań, które gwarantowałyby wysoki standard stanowienia prawa

– Jako Federacja Przedsiębiorców Polskich i inne organizacje zrzeszone w Radzie Przedsiębiorczości apelowaliśmy do kandydatów i apel ten podtrzymujemy w stosunku do zwycięskiego kandydata, by jasno zadeklarował, jakie minimalne standardy musi spełniać ustawa z zakresu prawa gospodarczego, by kwalifikowała się do podpisu – podkreśla Łukasz Kozłowski.

Za najważniejsze standardy właściciele firm uważają konsultacje z przedstawicielami Rady Dialogu Społecznego oraz reprezentacją przedsiębiorców (np. organizacjami branżowymi). Kolejnym warunkiem byłby odpowiedni okres na wdrożenie przepisów, czyli vacatio legis. W poprzedniej kadencji Andrzeja Dudy zdarzały się bowiem sytuacje błyskawicznego procedowania ustaw z bardzo krótkim okresem przystosowawczym.

Przykładem takiej ustawy jest tzw. podatek cukrowy – projekt opublikowano tuż przed weekendem bezpośrednio poprzedzającym święta Bożego Narodzenia, a termin zakończenia konsultacji wyznaczono na 10 stycznia, czyli przez okres świąteczno-noworoczny, kiedy wiele osób ma wolne. Ustawa miała zaś wejść w życie 1 kwietnia (potem zgodzono się na przesunięcie terminu na 1 lipca), co uniemożliwiałoby przedsiębiorcom przygotowanie się do zmian, czyli np. wdrożenie nowych, zdrowszych receptur i przestawienie produkcji. Gdy analogiczny podatek wprowadzano w Wielkiej Brytanii, producenci mieli na dostosowanie dwa lata. Ostatecznie przez pandemię temat nowego podatku został wstrzymany.  

Postulujemy, by wszelkie ustawy, które zwiększają obciążenia finansowe przedsiębiorców, podnoszą podatki, były przyjmowane większością 3/5 głosów w parlamencie. Jako przedsiębiorcy rozumiemy potrzebę przywracania równowagi budżetowej, zwłaszcza po tym czasie, kiedy deficyt budżetowy musiał znacząco wzrosnąć z powodu konieczności wdrażania na szeroką skalę działań antykryzysowych – mówi główny ekonomista FPP. – Mamy pełną świadomość tego, że rząd będzie musiał szukać dodatkowych środków na sfinansowanie tak dużych wydatków państwa. Uważamy jednak, że należy szukać tych pieniędzy w sposób odpowiedzialny, który w możliwie najmniejszy sposób wpłynie na zaburzanie działalności gospodarczej w Polsce i będzie miał możliwie najmniej szkodliwy wpływ na poziom aktywności w naszej gospodarce.

Jego zdaniem warunek uchwalania ustaw zwiększających obciążenia przedsiębiorców większością trzech piątych głosów zagwarantowałby, że akceptowane w parlamencie byłyby tylko te ustawy, co do których osiągnięto konsensus różnych stron, czyli odpowiednio przemyślane i dobrze skonsultowane ze wszystkimi zainteresowanymi. Główny ekonomista FPP przekonuje, że nie chodzi o blokowanie wszelkich podwyżek podatków, które czasami mogą być konieczne, tylko o szukanie rozwiązań najmniej inwazyjnych dla firm, a co za tym idzie – dla gospodarki. Jest to tym istotniejsze, że jesienią prawdopodobnie pojawi się zniechęcenie spowodowane słabymi wynikami polskiej gospodarki, skończą się tarcze antykryzysowe i proces wychodzenia z kryzysu spowolni.

Podkreśla przy tym, że problemem nie jest wysokość obciążeń podatkowych, bo ta kształtuje się na poziomie średniej dla krajów Wspólnoty, lecz szybkie zmiany prawa, jego niestabilność oraz niejednoznaczne interpretacje przepisów. Nie jest to przy tym kwestia tylko ostatniej kadencji.

– Przez większość czasu w ostatnich dekadach to właśnie złe prawo było największym hamulcem rozwoju firm. Dlatego absolutnie nie można bagatelizować wpływu ustanowionego prawa i jego jakości na działalność gospodarczą, ponieważ w przypadku kilku branż to właśnie regulacje były głównym hamulcem decyzji o inwestycjach, tak jak w przypadku regulacji dotyczących składek na ubezpieczenia społeczne, limitu trzydziestokrotności czy budowy elektrowni wiatrowych, które zmieniały się tak często, że rozwój tego rynku na kilka lat został zahamowany – przypomina Łukasz Kozłowski. – Ważne jest, by prawo było konstruowane w taki sposób, by było jasne, przejrzyste i tworzyło równe warunki gry rynkowej dla wszystkich firm.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/przedsiebiorcy-licza-na,p1098943045

Sprzedaż okularów przez internet może znacząco wzrosnąć. Polska aplikacja pozwoli przymierzyć oprawki w rozszerzonej rzeczywistości

Narzędzia oparte na rozszerzonej rzeczywistości, które umożliwiają wirtualne przymierzenie produktu przed zakupem w sieci, mogą zminimalizować liczbę zwrotów. – Według niemieckiego zrzeszenia branży internetowej Bitkom co ósmy zakup w internecie jest zwracany do sklepu, co zwiększa koszty poniesione przez sprzedawców – tłumaczy Beata Badzyńska z Sensi Labs, firmy, która stworzyła aplikację Glasses Click & Fit pozwalającą wirtualnie dopasować okulary. Innowacyjne rozwiązanie nie nakłada oprawek na zdjęcie, ale tworzy realny model 3D twarzy, dzięki czemu klient może w telefonie przejrzeć się jak w lusterku. Aplikacja działa na platformie iOS oraz, co było dotąd niespotykane, na Androidzie.

 Wprowadzenie rozszerzonej rzeczywistości do e-commerce pozwala zminimalizować liczbę zwrotów, gdyż przed zakupem klient ma możliwość wirtualnego przymierzania tych produktów – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Beata Badzyńska, dyrektor ds. operacyjnych Sensi Labs.

Jak wynika z badania Gemius „E-commerce w Polsce 2020”, 27 proc. internautów nie kupuje w sieci, a w 43 proc. przypadków przyczyną jest chęć obejrzenia produktu przed zakupem. Dlatego też coraz więcej e-sklepów inwestuje w rozwiązania oparte na technologii rozszerzonej rzeczywistości z myślą o przyciąganiu kolejnych klientów i zwiększaniu sprzedaży. Możliwość wirtualnej przymiarki sprawdza się w zakupach ubrań czy dodatków, ale także np. mebli. Największe koncerny meblowe wprowadziły możliwość wirtualnego dopasowania sprzętu domowego do wnętrza.

Jednym z przykładów rozwiązań dla branży fashion jest stworzona przez Sensi Labs aplikacja Glasses Click & Fit, która pozwala dopasować oprawki do kształtu twarzy i sprawdzić, jak będziemy w nich wyglądać.

 Rozwiązanie zaproponowane przez Sensi Labs jest jednym z najnowocześniejszych na świecie. W trakcie wirtualnego przymierzania okularów do odwzorowania twarzy aplikacja na platformę iOS wykorzystuje technologię wprowadzoną przez Apple w modelu iPhone X. Dzięki wykorzystaniu osiągnięć technologii rozszerzonej rzeczywistości i kamerze TrueDepth, która wyświetla siatkę 30 tys. punktów, tworząc realny model 3D twarzy, od razu wiemy, jak będziemy wyglądać w danych oprawkach – mówi Beata Badzyńska.

Co więcej, aplikacja działa nie tylko na urządzenia iOS, ale także na Androidzie.

– Innowacyjność rozwiązania Sensi Labs polega również na tym, że jako jedyni w Europie stworzyliśmy równolegle aplikację na Androida, która do rozszerzonej rzeczywistości implementuje technologię AR Foundation i Augmented Face. Z kolei ARCore pozwala prawidłowo tworzyć model 3D twarzy. Wszystko po to, aby odwzorowanie twarzy i przymierzanych okularów było jak najdokładniejsze – wskazuje dyrektor ds. operacyjnych Sensi Labs.

Narzędzie jest przeznaczone dla producentów okularów, dystrybutorów i sklepów optycznych. Można je zintegrować z już istniejącymi aplikacjami lub opracować jako niezależną aplikację. Glasses Click & Fit ma na celu zwiększenie sprzedaży online, dając klientom możliwość wypróbowania produktów w zaciszu własnego domu. Technologia AR pozwala zobaczyć siebie w okularach, tak jakby użytkownik stał przed prawdziwym lustrem.

– To usługa komplementarna, obejmująca także wykonanie modeli 3D oraz wstawienie do aplikacji wszystkich oprawek. Klienci otrzymają komfort wirtualnego przymierzania przed zakupem. Będą mogli zrobić sobie zdjęcie, wysłać znajomym, aby uzyskać opinie, czy też opublikować je w social mediach. Wirtualne przymierzanie okularów gwarantuje realną oszczędność czasu, pieniędzy i nerwów przy zwracaniu nieudanych zakupów – podkreśla Beata Badzyńska.

Według analityków Fortune Business Insights rynek rozszerzonej rzeczywistości w najbliższych latach ma się rozwijać w tempie blisko 50 proc. średniorocznie. Jednym z głównych motorów napędowych ma być branża sprzedaży detalicznej.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/sprzedaz-okularow-przez,p244905981

Technosygnatury mogą pomóc w odkryciu inteligentnych cywilizacji. Naukowcy będą szukać paneli słonecznych i śladów przemysłowego zanieczyszczenia atmosfery [DEPESZA]

W Drodze Mlecznej może być nawet 36 inteligentnych cywilizacji. Średni dystans do jednej z nich wynosi jednak około 17 tys. lat świetlnych. Naukowcy starają się szukać życia poza naszym Układem Słonecznym za pomocą teleskopów nowej generacji czy małych sond kosmicznych. NASA udzieliła grantu grupie astronomów na przeszukanie Wszechświata pod kątem oznak obcych cywilizacji za pomocą „technosygnatur” – przemysłowych zanieczyszczeń atmosfery, świateł miast, ogniw fotowoltaicznych czy satelitów.

Grupa naukowców z Uniwersytetu w Nottingham opracowała nową kalkulację opartą na „ewolucji kosmicznej”. Przy założeniu, że ​​życie na Ziemi jest mniej więcej reprezentatywne dla sposobu, w jaki życie ewoluuje w dowolnym miejscu we wszechświecie – na skalistej planecie, we właściwej odległości od odpowiedniej gwiazdy, po około 5 mld lat. W ten sposób wyliczyli, że w Drodze Mlecznej istnieje co najmniej 36 inteligentnych cywilizacji. Według badaczy średni dystans do jednej z nich wynosi ok. 17 tys. lat świetlnych.

Do szukania obcych cywilizacji naukowcy wykorzystywali przede wszystkim zaawansowane teleskopy. Niedawno zaś NASA udzieliła grantu grupie badaczy z Centrum Astrofizyki Harvard & Smithsonian i Uniwersytetu w Rochester na przeszukanie Wszechświata pod kątem oznak obcych cywilizacji za pomocą „technosygnatur”.

– Technosygnatury to ślady zaawansowanych technologii obcej cywilizacji, podobnych lub może nawet bardziej wyrafinowanych niż to, co posiadamy – tłumaczy Avi Loeb z Uniwersytetu w Harwardzie. – Takie sygnatury mogą obejmować przemysłowe zanieczyszczenie atmosfery, światła, ogniwa fotowoltaiczne (panele słoneczne), megastruktury czy roje satelitów.

Jednym ze sposobów, aby dowiedzieć się, czy na danej planecie może istnieć życie, jest poszukiwanie bioznaków. Gdy światło gwiazd odbija się od planety lub przechodzi przez jej atmosferę, gazy pochłaniają określone długości fal. Widmo obserwowane przez teleskop może pokazać, czy obecne są gazy związane z życiem, takie jak tlen, dwutlenek węgla lub metan. Od bioznaków znacznie dokładniejsze mogą być jednak technosygnatury –  zanieczyszczenia chemiczne dookoła planet, które mogą świadczyć o istnieniu inteligentnej, obcej cywilizacji.

– Zanieczyszczamy ziemską atmosferę naszą działalnością przemysłową –  twierdzi Avi Loeb. – Gdyby inna cywilizacja robiła to znacznie dłużej niż my, wówczas atmosfera jej planety mogłaby wykazywać wykrywalne oznaki sztucznie wytwarzanych cząsteczek, których natura prawdopodobnie nie produkuje spontanicznie, takich jak freony (CFC).

Naukowcy rozpoczną projekt od przyjrzenia się dwóm możliwym technosygnaturom, które mogą wskazywać na aktywność technologiczną na innej planecie. Według naukowców astronomowie powinni szukać obecności freonów w atmosferze planet, co może wskazywać na obecność działalności przemysłowej. Inną sygnaturą są panele słoneczne. Gwiazdy są jednym z najpotężniejszych generatorów energii we wszechświecie. Na Ziemi wykorzystujemy energię słoneczną, podobnie inne cywilizacje mogłyby wykorzystać swoje gwiazdy. Jeśli cywilizacja używa paneli słonecznych, światło odbite od planety miałoby pewną sygnaturę widmową, wskazującą na obecność takich kolektorów. Przykładem może być najbliższa gwiazda, Proxima Centauri, gospodarz planety nadającej się do zamieszkania, Proxima b.

– Wokół najbliższej Ziemi gwiazdy, Proximy Centauri (oddalonej od Ziemi o 40 bln km – przyp.red.), krąży planeta nadająca się do zamieszkania, Proxima b. Uważa się, że planeta jest na stale odwrócona w kierunku gwiazdy i ma stałe strony nocy i dnia – wskazuje Avi Loeb.

Astronom Frank Drake (założyciel instytutu SETI – Search for Extraterrestrial Intelligence) twierdził np., że w galaktyce może być 10 tys. inteligentnych cywilizacji. Najnowsze obliczenia mówią nawet o 36 tys. Włoch Enrico Fermi zapewniał z kolei, że ​​gdyby istniało inteligentne życie, już byśmy je spotkali. Jeśli jednak inteligentna, obca cywilizacja istniała, poprzez szukanie technosygnatur będzie można ją szybciej zidentyfikować.

– Mam nadzieję, że korzystając z grantu NASA, będziemy kwantyfikować nowe sposoby badania oznak obcych cywilizacji technologicznych, które są podobne lub znacznie bardziej zaawansowane niż nasze własne – mówi Avi Loeb. – Podstawowe pytanie, na które staramy się odpowiedzieć, brzmi: czy jesteśmy sami? Ale dodałbym do tego: nawet jeśli teraz jesteśmy sami, czy byliśmy sami w przeszłości?

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/technosygnatury-moga,p1795378752

Shena.pl – Biżuteria ze stali chirurgicznej

Nasza Marka Shena powstała sześć lat temu.  Wszystko zaczęło się z pasji do biżuterii. Na rynku biżuteryjnym jest całe mnóstwo biżuterii złotej, srebrnej oraz tej z tworzyw sztucznych. Niestety wiele osób (w tym również my) boryka się z problemami alergicznymi, które uniemożliwiają noszenie biżuterii z dowolnych materiałów bez przykrych konsekwencji.


Stąd właśnie pomysł na stworzenie naszej  własnej marki biżuteryjnej Shena, https://shena.pl/ która sprosta oczekiwaniom wszystkich osób zmagających się alergiami,a które nie chcą rezygnować z tego dodatku w swoich stylizacjach.


Zapewniamy szeroki wybór produktów, wysoką jakość, bezpieczeństwo oraz przystępne ceny. Wierzymy, że asortymencie naszego sklepu, każdy miłośnik biżuterii odnajdzie dla siebie bądź kogoś bliskiego coś wyjątkowego, czym sprawi sobie bądź komuś  drobną przyjemność. Bo przecież małe rzeczy cieszą najbardziej. W naszym sklepie oferujemy.

Kolczyki ze stali chirurgicznej

Kolczyki ze stali chirurgicznej. Nic tak nie podkreśla kobiecej urody i błysku w oku jak kolczyki. Dzięki temu, że znajdują się bardzo blisko twarzy, mogą zaakcentować jej najważniejsze atuty: regularny kształt, piękną
cerę oraz wyjątkowe spojrzenie.


Kolczyki ze stali chirurgicznej to zawsze trafny wybór. Niezależnie od tego, czy masz alergię na srebro i złoto, czy też po prostu chcesz cieszyć się modną biżuterią w korzystnej cenie. Takie kolczyki to również doskonały pomysł na prezent dla bliskiej osoby. Dlaczego warto zdecydować się na kolczyki ze stali szlachetnej?

Bransoletki ze stali chirurgicznej

Biżuteria, bez względu na styl i ilość zdobień, daje każdej kobiecie poczucie wyjątkowego piękna, wyraźnie podkreślając jej charakter i wrodzoną zmysłowość. Odpowiednio dobrana biżuteria potrafi zarówno dopełnić stylizację, jak i całkowicie odmienić jej oblicze. Idealnie sprawdzi się na co dzień, jak i na wieczorne wyjście ze znajomymi, a także większe wydarzenia. Choć obecnie biżuteria kojarzona jest w głównej mierze z płcią piękną, stanowiąc swego rodzaju emblemat kobiecości – pierwotnie była domeną mężczyzn, świadczącą o władzy i pełnionej przez nich funkcji społecznej. Jako najstarszy element biżuterii przypisywanej kobietą uważa się bransoletkę – kolistą ozdobę, z założenia noszoną na nadgarstku, ale nie tylko…

Celebrytki ze stali chirurgicznej

Perfekcyjnie zaprojektowana i wykonana biżuteria stanowi gustowny dodatek i stylowe uwieńczenie każdej kreacji. Elegancja i ponadczasowy design, naszyjniki ze stali chirurgicznej typu celebrytka to przepiękna, prosta forma zamknięta w niewielkiej ozdobie wysmuklającej i wydłużającej szyję. Wisiorki stanowią jeden z najbardziej uniwersalnych elementów biżuterii podkreślający, ale nie przyćmiewający kobiecej urody. Nasze wyjątkowe modele typu celebrytka dzięki swojej delikatnej i nienachalnej linii będą stanowiły wspaniały dodatek do wielu stylizacji od wiosennych sukienek, przez wieczorowe kreacje po zimowe swetry.

Nasz cel

Naszym celem jest przede wszystkim satysfakcja naszych Klientów. Chcemy aby Shena.pl była marką kojarzoną z wysoką jakością biżuterii dostępnej dla każdego a także z dbałości o obsługę klienta. Dlatego też każdego dnia dbamy o wszystkie szczegóły na każdym etapie realizacji Państwa zamówień, rozpoczynając od pierwszego kontaktu, poprzez pakowanie i wysyłkę.
Zapraszamy do naszego sklepu https://shena.pl