Prezes GPW: Powrót do wzrostów na giełdzie może świadczyć o wierze inwestorów w miarę szybkie odbicie gospodarek

Dzięki spowodowanej pandemią dużej zmienności na giełdach wzrosły obroty. Skorzystała również warszawska GPW, która zaczęła rok rekordowym kwartałem. Gorzej wyglądały notowania głównego indeksu, zwłaszcza w pierwszym kwartale roku, bo drugi był już korzystny dla wszystkich. Wciąż jednak pozostaje pytanie o przyszłość i stosunek inwestorów do ryzyka, a ten zależeć będzie od tempa, w jakim gospodarki powrócą na tory rozwoju.

– GPW jako spółka ma się bardzo dobrze, mieliśmy rekordowy pierwszy kwartał w jej historii. Giełda to też organizator obrotu i mamy bardzo dobre obroty związane z tym, że na początku pandemii była panika, potem dość silne odbicie i teraz indeksy małych spółek są mniej więcej 10 proc. powyżej tych z początku roku. Jednak większe spółki są wciąż poniżej tego otwarcia roku 2020 – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Marek Dietl, prezes Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie. – Po paru miesiącach bardzo intensywnego handlu, gdzie obroty przekraczały 900 mln zł dziennie, mamy uspokojenie na poziomie ok. 800 mln zł.

Właśnie dzięki tej zmienności rynku w pierwszym kwartale roku GPW osiągnęła 97 mln zł skonsolidowanych przychodów ze sprzedaży –  wzrosły one o 15,3 proc. wobec pierwszych trzech miesięcy 2019 roku i o 20,9 proc. w stosunku do czwartego kwartału 2019 roku. Zysk EBITDA w tym okresie wyniósł 50 mln zł, zaś zysk netto 29,3 mln zł. To wzrost rok do roku o niemal jedną piątą. Do tych wyników przyczyniły się wyższe obroty na rynku finansowym. Także w całym półroczu obroty wzrosły w ujęciu rocznym o 34,8 proc. do 134,3 mld zł (na NewConnect nawet o kilkaset procent).

Jednak indeks największych spółek, obciążony obecnością banków, od początku roku stracił na wartości ok. 17 proc., a indeks szerokiego rynku WIG – 12 proc. Za to najmniejsze podmioty skupione w sWIG80 zwiększyły kapitalizację o 17 proc.

– Wszyscy czekamy na to, w jakim kierunku pójdzie światowa gospodarka, jaki kształt będzie miało odbicie, jak szybko nastąpi i w których branżach. Szczególnie po branży biotechnologicznej i informatycznej, której indeksy są 50 proc. powyżej otwarcia roku, widać, że to są zdecydowani zwycięzcy koronakryzysu – mówi Marek Dietl. – Z kolei instytucje finansowe i szereg innych branż wciąż muszą jeszcze walczyć o to, żeby wyjść z niego wzmocnione. Jest jeszcze tarcza antykryzysowa rządu premiera Morawieckiego – około 30 spółek giełdowych już z niej skorzystało, kolejne duże spółki teraz będą korzystać po zgodzie Komisji Europejskiej na nią. To na pewno było jedno z ważniejszych wydarzeń, gdyż spowodowało, że nie mieliśmy fali bankructw w całej gospodarce, również wśród spółek giełdowych.

Jak informuje Polski Fundusz Rozwoju, do 9 lipca z tarczy finansowej skorzystało prawie 315,7 tys. firm zatrudniających łącznie niemal 2,95 mln pracowników. Łącznie banki wypłaciły im 56,8 mld zł, w tym 17,6 mld zł przypadło mikrofirmom, zaś małym i średnim przedsiębiorstwom – 39,6 mld zł. Cała tarcza finansowa ma wartość 100 mld zł.  Prezes GPW liczy na to, że gospodarki szybko wrócą do wzrostów. Inwestorzy przekonaliby się wtedy do bardziej ryzykownych inwestycji, za jakie uważane są rynki akcyjne krajów wschodzących, w tym wciąż Polska.

– Co 200 mikrosekund mamy wycenę wszystkich spółek i ceny kapitału. Widzieliśmy bardzo dużą zmienność, czyli najpierw olbrzymie tąpnięcie, największe w historii, a potem stopniowe, ale dość szybkie odbudowywanie, szczególnie mniejszych spółek – mówi. – Giełda jest dawcą informacji publicznej, wszyscy możemy sprawdzić w aplikacji GPW App albo na naszej stronie internetowej, ile kosztuje kapitał i jak jest postrzegane ryzyko. Rzeczywiście w marcu i na początku kwietnia ryzyko w gospodarce było postrzegane jako bardzo wysokie, a teraz widać, że wyceny się podnoszą, więc jednak inwestorzy zakładają taki scenariusz – szybki spadek i w miarę szybkie odbicie.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/prezes-gpw-powrot-do,p298300138

Jacek Męcina: Dodatek solidarnościowy powinien być rozwiązaniem tymczasowym. Czas pomyśleć o ubezpieczeniu od bezrobocia

Świadczenie solidarnościowe po utracie pracy przysługuje pracownikom, którym po 15 marca pracodawca rozwiązał umowę o pracę w następstwie pandemii koronawirusa lub ich umowa wygasła. Przez trzy miesiące – czerwiec, lipiec, sierpień – jest wypłacane świadczenie w wysokości 1400 zł, a przysługujący zasiłek dla bezrobotnych zostanie w tym czasie zawieszony. – W obecnej sytuacji dobrym rozwiązaniem byłaby podwyżka zasiłku, ale należy rozważyć, w jaki sposób go finansować – komentuje Jacek Męcina, ekspert Konfederacji Lewiatan, i sugeruje wprowadzenie ubezpieczenia od bezrobocia.

Warunkiem uzyskania dodatku solidarnościowego jest podleganie ubezpieczeniom społecznym z tytułu umowy o pracę przez co najmniej 60 dni w 2020 roku oraz złożenie wniosku do ZUS do 31 sierpnia. Nowe świadczenie to kolejny element rządowego wsparcia dla osób, które odczuwają gospodarcze skutki pandemii koronawirusa.

– W sytuacji, kiedy na skutek kryzysu gospodarczego ludzie tracą pracę i nie mają prawa do zasiłku dla bezrobotnych lub są zmuszeni zamknąć działalność gospodarczą w przypadku samozatrudnionych, dodatek solidarnościowy może być dobrym rozwiązaniem, ale na krótki okres, najdalej do końca 2020 roku – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. Jacek Męcina, profesor UW, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan. – Nie powinien być jednak rozwiązaniem systemowym. Należy podwyższyć zasiłek dla bezrobotnych, ale jednocześnie zastanowić się, jak go finansować.

Jak podkreśla ekspert, jednym z rozwiązań jest wprowadzenie ubezpieczenia od bezrobocia. Mogłoby ono obowiązywać od 2023 lub 2024 roku. Wysokość zasiłku dla bezrobotnych od dawna jest przedmiotem dyskusji. W Polsce jest on najniższy w porównaniu z krajami Unii Europejskiej, a prawo do niego ma najmniejszy odsetek bezrobotnych.

– W dodatku jest on bardzo krótki, bo wynosi od 6 do 12 miesięcy w regionach z najwyższym bezrobociem – uściśla doradca zarządu Konfederacji Lewiatan. – W wielu krajach Unii Europejskiej funkcjonuje system ubezpieczenia od bezrobocia, który pozwala w dłuższym czasie skorelować wysokość zasiłku z wysokością wynagrodzenia. Ale to oznacza także koszty związane z ubezpieczeniem na wypadek bezrobocia dla osób zatrudnionych.

W warunkach kryzysu gospodarczego istotnym dla pracodawców czynnikiem modelującym zatrudnienie jest poziom płacy minimalnej. Od kilku tygodni trwają dyskusje o tym, czy i o ile powinna wzrosnąć w przyszłym roku.

– Płaca minimalna nie może rosnąć zbyt szybko w warunkach kryzysu, bo skutkuje to albo wzrostem szarej strefy, albo redukcją zatrudnienia. Przedsiębiorcy, zwłaszcza mikro i mali, zwracają uwagę, że wysokość płacy minimalnej w Polsce w najbliższym czasie powinna pozostać na tym samym poziomie – uściśla Jacek Męcina.

Do 15 czerwca każdego roku rząd przedstawia Radzie Dialogu Społecznego proponowaną wysokość płacy minimalnej oraz wskaźniki makroekonomiczne. Wysokość minimalnego wynagrodzenia jest następnie przedmiotem negocjacji w ramach RDS. W tym roku z uwagi na pandemię koronawirusa zmieniły się ustawowe terminy i propozycje rządu zostaną przedstawione do 31 lipca. Partnerzy będą mieli tylko 10 dni na ustalenie trzech podstawowych wskaźników, czyli płacy minimalnej, wskaźnika wzrostu wynagrodzeń dla sfery budżetowej i wskaźnika waloryzacji.

Mechanizm ustalania płacy minimalnej jest określony ustawowo. Przepisy prawne gwarantują weryfikację wysokości płacy minimalnej o inflację, a jeżeli inflacja w roku poprzednim była wyższa od zakładanej – także o wskaźnik weryfikujący. Poza tym, jeżeli w danym roku wysokość minimalnego wynagrodzenia będzie niższa od połowy wysokości przeciętnego wynagrodzenia, stopień jego wzrostu zwiększa się dodatkowo o 2/3 wskaźnika prognozowanego realnego przyrostu PKB.

Konfederacja Lewiatan prowadzi analizy wysokości płacy minimalnej w gronie eksperckim. Wnioski są jednoznaczne. Z mechanizmów ustawowych wynika, że w tym roku należy zweryfikować płacę minimalną na poziomie 2,6 tys. zł o poziom inflacji prognozowanej na 2021 rok (od 2 do 3 proc.).

– Wskaźnik ustawowy nakazuje weryfikować wysokość najniższej płacy mnożnikiem 2/3 spodziewanego wzrostu PKB, a ten wzrost w perspektywie 2021 roku na pewno nie będzie wielki. Być może ten zalecany wskaźnik weryfikacji będzie właśnie odnoszony głównie do planów inflacyjnych. Zwracam też uwagę, że wysokość płacy minimalnej od dawna jest zakotwiczona w wysokości 50 proc. przeciętnego wynagrodzenia – kontynuuje ekspert.

Jak podkreśla Jacek Męcina, to uczciwe założenie, także w kontekście dyskusji o europejskiej płacy minimalnej, aby punktem wyjścia do rozmów było 50 proc. przeciętnego wynagrodzenia oraz inflacja, natomiast inne parametry powinny być już elementem negocjacji partnerów społecznych, a więc związków zawodowych i pracodawców.

Konfederacja Lewiatan postuluje, aby płaca minimalna w 2021 roku pozostała na poziomie z 2020 roku, czyli 2,6 tys. zł. Aby zrealizować ten cel, zdaniem Jacka Męciny konieczna będzie ustawowa interwencja. Zgodnie z art.  5 ust. 1 i 2 ustawy z 2002 roku o minimalnym wynagrodzeniu za pracę prawo gwarantuje wzrost płacy minimalnej na kolejny rok w stopniu nie niższym niż prognozowany na dany rok wskaźnik cen.

– Jako Konfederacja Lewiatan odbyliśmy już wstępne rozmowy ze związkami zawodowymi na temat płacy minimalnej i wydaje mi się, że jest zrozumienie co do tego, że nie może ona rosnąć zbyt szybko w warunkach kryzysu. Jest także konsensus dotyczący odnoszenia płacy minimalnej do 50 proc. przeciętnego wynagrodzenia i weryfikacji o inflację. Jak zawsze w negocjacjach związki zawodowe mają zapewne nieco większe apetyty, czyli chciałyby trochę wyższej płacy minimalnej, ale argumenty przedsiębiorców są dość istotne i można się spodziewać porozumienia w tej sprawie – zaznacza.

Apetyty związków są o tyle uzasadnione, że rząd w ubiegłym roku zapowiadał wzrost płacy minimalnej do 3 tys. zł brutto w 2021 roku, a w perspektywie kolejnych dwóch lat – do 4 tys. zł brutto.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/jacek-mecina-dodatek,p1488848378

Inwestycje w energię odnawialną mogą stanowić alternatywę dla budowy elektrowni atomowej. Ich łączna moc w Polsce przekroczyła już 10 GW

Jednym z kluczowych elementów transformacji energetycznej w Polsce mogą okazać się inwestycje skupione wokół energetyki odnawialnej. Pozwolą uniezależnić ten sektor gospodarki od przemysłu górniczego. Kluczową rolę w odejściu od węgla może odegrać zielony wodór, który pozwoli zgromadzić nadwyżki energetyczne do wykorzystania w szczycie obciążenia sieci energetycznych.

– Energetyka odnawialna jest ważną alternatywą dla elektrowni jądrowych. Zaczyna tanieć i staje się coraz bardziej efektywna, a jeżeli ją rozwiniemy, to powstaną nadwyżki energii, kiedy wieje i kiedy świeci. I wtedy możemy wytwarzać tzw. zielony wodór i magazynować go do produkcji energii elektrycznej.  W naszym systemie gazowniczym bez dodatkowych inwestycji możemy zmagazynować 3-4 mld metrów sześciennych wodoru – mówi agencji Newseria Innowacje Andrzej Kassenberg, ekspert Koalicji Klimatycznej z Instytutu na rzecz Ekorozwoju.

Z najnowszych danych opublikowanych przez Ministerstwo Klimatu wynika, że moc systemów energii odnawialnej w Polsce przekroczyła właśnie wartość 10 GW, z czego największą dynamikę wzrostu wykazuje sektor fotowoltaiczny – od grudnia 2015 roku nominalna moc instalacji tego typu wzrosła aż o 1500 proc.

Rośnie również znaczenie instalacji wiatrowych, które obecnie stanowią największą część zielonego miksu energetycznego w Polsce. Z danych opublikowanych przez Urząd Regulacji Energetyki  wynika, że elektrownie wiatrowe odpowiadają za produkcję 65 proc. mocy OZE – pod koniec 2019 roku produkowały 5,9 GW energii. Wartość ta będzie stale wzrastać, gdyż obecnie prowadzone są prace nad 160 instalacjami o łącznej mocy rzędu 2,5 GW. Szacuje się, że przy obecnym poziomie rozwoju energetyki odnawialnej do 2025 roku udział OZE w miksie energetycznym wzrośnie do 17,6 proc, a w 2030 roku osiągnie wartość 21 proc.

– Istotne jest powiązanie niestabilnej energetyki odnawialnej ze stabilną oraz z mechanizmem Demand Side Response, zgodnie z  którym płaci się firmom za to, że wtedy, kiedy jest szczyt, ograniczają zużycie energii, a w pozostałych mogą normalnie pracować i tak urządzić pracę, żeby to było dla nich korzystne. Zwłaszcza że za to im się płaci – tłumaczy ekspert.

Instytut na rzecz Ekorozwoju włączył się do unijnego programu LIFE_UNIFY. Nadrzędnym celem tego projektu jest wykorzystanie funduszy europejskich do wdrażania w krajach Unii Europejskiej krajowych planów energii i klimatu oraz długoterminowych strategii klimatycznych. Pomoże w tym nowa jednostka administracyjna, której rolą będzie oddziaływanie na lokalne ośrodki władzy w celu realizacji polityki proekologicznej.

Do pobudzenia tego sektora gospodarki włączył się również rząd, który podjął decyzję o wydłużeniu programów wsparcia OZE w ramach systemu aukcyjnego. Jeśli władze uzyskają zgodę Komisji Europejskiej na przeznaczenie dodatkowych środków na ten cel, program dotacji, który miał zakończyć się w czerwcu 2021 roku, zostanie przedłużony o kolejne pięć lat.

Ministerstwo Klimatu planuje także rozpocząć proces konsultacji strategii wodorowej do roku 2030, która pozwoliłaby zrealizować pomysł Instytutu na rzecz Ekorozwoju i powiązać rozwój rodzimego sektora OZE z rozwojem branży energii wodorowej. Program ten jest jednak na wczesnym etapie prac i resort podpisał dopiero list intencyjny w sprawie inwestycji w gospodarkę wodorową.

– Rządzący od lat są w tzw. pułapce politycznej, nie potrafią klarownie opowiedzieć się za jedną opcją. Polityka energetyczna przyjęta przez rząd jest z 2009 roku, a co cztery lata powinniśmy ją aktualizować, co jest zapisane w ustawie Prawo energetyczne. Biznes nie wie, w jakim kierunku pójść i to jest bardzo poważny mankament. Są jednak opracowania niezależnych instytucji, które pokazują, że najkorzystniejsza jest opcja energetyki odnawialnej, odejścia od węgla w roku 2030–2035, budowa magazynów, wykorzystania biomasy i biogazu oraz zaangażowania ludzi, czyli tzw. demokracja energetyczna – wymienia Andrzej Kassenberg.

Według analityków z firmy Market Study Report wartość globalnego rynku energii odnawialnej w 2019 roku wyniosła 507 mld dol. Przewiduje się, że do 2024 roku wzrośnie do 728,5 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 9,5 proc.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/inwestycje-w-energie,p738216681

Sztuczna inteligencja dopasuje skuteczny lek i jego dawkę w terapii nowotworowej. Nowa platforma zamiast laboratorium wykorzystuje dane zgromadzone w chmurze [DEPESZA]

Sztuczna inteligencja może zrewolucjonizować medycynę. Wykorzystuje biomarkery w celu dokładnego dopasowania pacjentów do badań klinicznych i pozwala spersonalizować terapię przeciwnowotworową. Platforma z SI izraelskiego start-upu Nucleai wykorzystuje algorytmy uczenia maszynowego do przewidywania postępu nowotworów i odpowiedzi układu odpornościowego pacjenta w celu ustalenia najbardziej skutecznego leczenia.

Wybór odpowiedniego leczenia raka dla konkretnego pacjenta staje się coraz bardziej skomplikowany ze względu na różne testy diagnostyczne, szeroką gamę leków i terapii oraz różne schematy leczenia. Przy tak dużej ilości informacji to sztuczna inteligencja może zrewolucjonizować leczenie nowotworów. Dzięki rozpoznawaniu wzorców SI może zautomatyzować wiele rutynowych zadań, ponadto pozwala rozszerzyć diagnozę o opcje leczenia.

Tak właśnie działa oprogramowanie Nucleai. Platforma izraelskiego start-upu wykorzystuje algorytmy uczenia maszynowego do przewidywania postępu nowotworów, a także odpowiedzi układu odpornościowego pacjenta w celu ustalenia najbardziej skutecznego przebiegu leczenia.

– Sprawdzenie slajdu przedstawiającego zmiany patologiczne pozwala wyraźnie zauważyć walkę pomiędzy guzem a komórkami odpornościowymi, podobnie jak zdjęcie satelitarne pola bitwy. Nasza platforma ze sztuczną inteligencją analizuje setki tysięcy komórek na slajdzie, bada interakcję guza z układem odpornościowym i dopasowuje odpowiedniego pacjenta do właściwego leku na podstawie tych cech – tłumaczy Avi Veidman, prezes zarządu Nucleai.

Leki immunoterapeutyczne na raka po raz pierwszy zatwierdzono w 2015 roku. Najskuteczniejsze okazały się w przypadku pacjentów z rakiem skóry i czerniakiem. Obecnie ok. 20 proc. chorych na nowotwory dobrze reaguje na taką terapię, ale dzięki platformie Nucleai będzie można stworzyć model układu odpornościowego, aby przewidzieć, kto lepiej zareaguje na który lek. Technologia ta analizuje ogromne zestawy danych obrazów tkanek przy użyciu metod uczenia maszynowego –  w ten sposób określa cechy przestrzenne zarówno guza, jak i układu odpornościowego pacjenta.

– To niebanalne rozwiązanie złożonego problemu. Nie ma potrzeby prowadzenia mokrego laboratorium biologicznego [specjalnie zaprojektowanego, szczelnego laboratorium, gdzie można badać niebezpieczne próbki – przyp.red.]. Nasze rozwiązanie oparte na chmurze pozwala nam gromadzić ogromne ilości danych immunoonkologicznych z różnych źródeł, tworząc złożone informacje, których pojedyncza apteka lub instytut nie są w stanie wygenerować samodzielnie – podkreśla Eliron Amir, dyrektor operacyjny Nucleai.

Firma Nucleai uzyskała niedawno 6,5 ​​mln dol. finansowania od szwajcarskiej firmy biofarmaceutycznej Debiopharm Group. Obecni inwestorzy Vertex Ventures Israel i Grove Ventures Capital również wzięli udział w nowej serii finansowania, dzięki której start-up otrzymał łącznie 11,5 mln dol. Dzięki dofinansowaniu prace nad skutecznym lekiem na nowotwory znacznie przyspieszą.

– Nasze rozwiązanie opiera się wyłącznie na oprogramowaniu wbudowanym w obieg pracy badacza biomarkerów. Dzięki temu możemy je szybko skalować, aby świadczyć usługi dla dużej liczby partnerów farmaceutycznych i biotechnologicznych, a także pacjentów – przekonuje Eliron Amir.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/sztuczna-inteligencja,p789354096

Prof. Marian Noga: Banki w Polsce są w bardzo złej kondycji. Upadek choćby jednego z nich wywołałby efekt domina

Zysk sektora bankowego w pierwszych miesiącach br. spadł o ponad 40 proc. Rekordowo niskie stopy procentowe, odpływ kapitału z rynku bankowego, znaczny wzrost ryzyka kredytowego i upadłości banków, które może wywołać falę domina – to główne zagrożenia, którym sektor będzie musiał stawić czoła w nadchodzących miesiącach. Jak ocenia prof. Marian Noga z wrocławskiej WSB, efektem będzie dalsze zaostrzanie polityki kredytowej, co ograniczy dostępność finansowania w gospodarce, a banki uciekną w inne produkty inwestycyjne. – Niedługo Rada Polityki Pieniężnej będzie musiała podnieść stopy procentowe, żeby wzmocnić złotego i przeciwdziałać rosnącej inflacji, dzięki czemu banki zaczną powoli odrabiać straty związane z kredytowaniem gospodarki – dodaje.

– Banki w Polsce są w tej chwili w bardzo złej kondycji. Wyliczenia dla pierwszych czterech miesięcy tego roku pokazują, że z zaplanowanych około 4 mld zł zysku osiągnięto tylko niecałe 2,5 mld zł – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. Marian Noga, były członek Rady Polityki Pieniężnej, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu i dyrektor Instytutu Współpracy z Biznesem.

Według Komisji Nadzoru Finansowego w pierwszych czterech miesiącach tego roku zysk netto sektora bankowego spadł o prawie 44 proc. rok do doku do poziomu 2,39 mld zł. Zbliżone dane opublikował w zeszłym tygodniu Narodowy Bank Polski, który podał, że w okresie styczeń–maj zyski sektora wyniosły 3,38 mld zł, co oznacza spadek o 42,2 proc. r/r.

W czerwcowym „Raporcie o stabilności systemu finansowego. Wydanie specjalne: skutki pandemii COVID-19” NBP ocenił, że w nadchodzącym czasie trzeba spodziewać się znacznego spadku zyskowności sektora. Wpłynie na to m.in. spadek marży odsetkowej wywołany obniżką stóp procentowych, wzrost odpisów na oczekiwane straty kredytowe oraz spadek przychodów z tytułu opłat i prowizji, spowodowany zmniejszonym popytem na usługi bankowe. Jak zauważyli analitycy NBP, polskie banki mają tymczasem niewielki potencjał do głębszego obniżania kosztów.

– Największym zagrożeniem dla banków jest w tej chwili upadłość chociażby jednego z nich, bo to wywoła efekt domina i może pociągnąć za sobą upadek kolejnych – mówi ekspert.

Jak podkreśla, taki scenariusz reguluje unijna dyrektywa o restrukturyzacji i uporządkowanej upadłości banków (BRRD – Bank Recovery and Resolution Directive), którą musiały zaimplementować państwa członkowskie UE. Niemniej w nadchodzących miesiącach banki będą musiały zmierzyć się z całym szeregiem czynników, które zagrażają stabilności sektora. Jednym z głównych są niskie stopy procentowe (RPP obniżyła główną stopę referencyjną do 0,1 proc. i była to już trzecia obniżka w czasie pandemii) oraz znaczny wzrost ryzyka kredytowego.

– Po pięcioletnim bezruchu RPP trzykrotnie obniżyła stopy procentowe. To spowodowało, że bankom komercyjnym w Polsce w ogóle nie opłaca się akcja kredytowa. Zabezpieczenia kredytu są w tej chwili tak skomplikowane i wywindowane, że właściwie aż niemożliwe do spełnienia i w efekcie akcja kredytowa się zmniejsza, a nie zwiększa. Banki będą teraz uciekać od kredytowania, będą kupować złoto, obligacje, dokonywać inwestycji zagranicznych – prognozuje prof. Marian Noga. – W systemie bankowym jest około 400 produktów, w Polsce jak na razie uruchomionych jest tylko ok. 100. Banki zaczną teraz inwestować w te 300 produktów, w które dotąd jeszcze nie inwestowały.

Na zmiany w polityce kredytowej wskazuje też NBP. Według banku centralnego już w I kwartale tego roku banki zaostrzyły warunki udzielania kredytów we wszystkich segmentach. W przypadku kredytów dla przedsiębiorstw skala tego zaostrzenia była największa od 2009 roku. I choć w kolejnych miesiącach banki spodziewają się dużego spadku popytu na kredyty (zwłaszcza mieszkaniowe, konsumpcyjne i kredyty długoterminowe dla MŚP), to nadal zamierzają kontynuować tę politykę. Jak wskazał NBP, skala tego zaostrzenia będzie znaczna i spowoduje ryzyko nadmiernego ograniczenia dostępności kredytu w gospodarce („Sytuacja na rynku kredytowym II kwartał 2020 r.”).

Według danych BIK w maju tego roku banki i SKOK-i udzieliły dużo mniej wszystkich rodzajów produktów kredytowych. W ujęciu liczbowym  przyznały o prawie 53 proc. mniej limitów kredytowych, o 22 proc. mniej kredytów konsumpcyjnych oraz o 29 proc. mniej kredytów mieszkaniowych. Duże spadki nastąpiły też w ujęciu wartościowym. Dla przykładu wartość udzielanych kredytów konsumpcyjnych spadła prawie o połowę, a mieszkaniowych – o ponad 1/5.

– Obniżki stóp procentowych miały służyć temu, żeby przedsiębiorcy i gospodarstwa domowe zaciągały kredyty, a w efekcie gospodarka się rozwijała. Czyli było to działanie na rzecz akcji kredytowej, ale skutek tych decyzji był odwrotny – tłumaczy dyrektor Instytutu Współpracy z Biznesem.

Niskie stopy procentowe – z powodu niskiego oprocentowania lokat i depozytów – zniechęcają do gromadzenia na nich kapitału. W efekcie powinna nastąpić stymulacja gospodarki, ponieważ Polacy zaczną chętniej kupować i zadłużać się, choć jednocześnie zaczną topnieć ich oszczędności. Tymczasem – jak podkreśla ekspert WSB – ta sytuacja prowadzi też do zagrożenia stabilności finansowej banków. Mniejsze zyski oznaczają dla nich mniej pieniędzy, choćby na konieczne inwestycje w cyfryzację i IT. Co więcej, bardzo niska stopa referencyjna sprawi też, że klienci zabiorą kapitał z rynku bankowego na ryzykowny rynek finansowy. W efekcie banki znajdą się w potrzasku, posiadając portfele kredytowe o wyższym ryzyku, notując niższe zyski ze sprzedaży kredytów oraz odpływający kapitał z depozytów.

– Oprocentowanie depozytów jest bliskie zera, co oznacza, że w tej chwili w ogóle się nie opłaca trzymać depozytów w banku. Gospodarstwa domowe nie mają wiedzy z zakresu finansów i bankowości, ale np. obligacje emitowane przez Skarb Państwa będą dla nich zdecydowanie lepsze i bezpieczniejsze niż depozyt bankowy. To oznacza, że nastąpi ucieczka w obligacje. Z kolei bogatsi – tak jak banki – będą uciekać np. w złoto, a jeszcze bogatsi i lubiący ryzyko – na rynek papierów wartościowych i w akcje – ocenia prof. Marian Noga.

Według danych NBP średnie oprocentowanie lokat bankowych zakładanych w kwietniu po raz pierwszy w historii spadło poniżej 1 proc. i wyniosło 0,93 proc. Natomiast strach przed kryzysem i pandemią w połączeniu z bardzo niskim oprocentowaniem lokat sprawił, że nigdy w dotychczasowej historii Polacy nie wypłacili z banków tak dużej gotówki – w marcu i kwietniu było to w sumie 46 mld zł, co oznacza, że kwota gotówki w obiegu wzrosła aż o 20 proc.

Jak podkreśla prof. Marian Noga, trudna sytuacja banków nie jest wyłącznie pokłosiem pandemii. SARS-CoV-2 to kolejny na przestrzeni ostatnich miesięcy cios dla sektora bankowego, m.in. po procesach o kredyty frankowe, tzw. małym TSUE regulującym zwroty prowizji za wcześniejszą spłatę kredytów konsumpcyjnych czy podatku bankowym.

– Sektor został obarczony podatkiem bankowym, którego nigdzie indziej na świecie właściwie nie ma. Także chociażby restrukturyzacją SKOK-ów, na ratowanie których zostały wydane ponad 3 mld zł. To oznacza, że banki w pewnym sensie zostały niesprawiedliwie obciążone kosztami, na które same sobie nie zapracowały. Nie należy się dziwić, że teraz nie chcą udzielać kredytów, bo po prostu boją się tzw. kredytów nieregularnych, niespłacanych. Można się spodziewać, że dwa główne banki państwowe, czyli PKO BP i Pekao SA, będą pod presją polityczną, żeby jednak kredytów udzielać więcej, i znajdą się w potrzasku – mówi.

Ekspert ocenia, że w najbliższym czasie RPP nie będzie miała innego wyjścia, jak podnieść stopy procentowe, żeby wzmocnić złotego i przeciwdziałać inflacji, która najdotkliwiej odbija się na budżetach gospodarstw domowych. Dzięki temu banki zaczną powoli odrabiać straty związane z kredytowaniem zarówno ich, jak i gospodarki.

– System bankowy będzie się jednak zmieniał, odchodząc od kredytów i depozytów, czyli od dwóch najważniejszych funkcji banku komercyjnego – mówi prof. Marian Noga.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/prof-marian-noga-banki-w,p1316059874

W transporcie ubywa pasażerów, ale przybywa gapowiczów. Długi za jazdę bez ważnego biletu przekraczają już 144 mln zł

Z powodu pandemii średni spadek przychodów ze sprzedaży biletów – zarówno w komunikacji miejskiej, jak i na kolei – szacuje się na ponad 80 proc. Z publicznego transportu wciąż nie korzysta tylu pasażerów, co wcześniej, za to pojawia się coraz więcej gapowiczów. W Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor figuruje ich już ponad 115 tys. z łącznym długiem 144,3 mln zł, a rekordzista z Pomorza ma do zapłaty ponad 219 tys. zł. Niższe wpływy z biletów, a z drugiej strony wzrost kosztów związany z zaostrzonymi procedurami bezpieczeństwa powodują, że przewoźnicy są coraz bardziej zniecierpliwieni i zdeterminowani w odzyskiwaniu długów.

– W marcu ZTM w Warszawie sprzedał o 3,5 mln biletów mniej niż w analogicznym okresie rok wcześniej, co stanowi spadek o 53 proc., a ze sprzedaży biletów uzyskano blisko 37 mln zł mniej [spadek o 44 proc. – red.]. W Krakowie liczba pasażerów zmniejszyła się o 90 proc., a tygodniowe wpływy z tytułu sprzedanych biletów spadły z 8 mln zł do 600 tys. zł. Z kolei przewoźnicy kolejowi stracili od 70 do 90 proc. pasażerów. W PKP Intercity liczba rezerwacji biletów zmniejszyła się o 94 proc. Spółka z powodu pandemii odwołała 60 proc. połączeń, a 8 proc. miało skrócone trasy – wylicza w rozmowie z agencją Newseria Biznes Rafał Gołębiewski, ekspert Departamentu Rynku Korporacyjnego w Rejestrze Dłużników Biura Informacji Gospodarczej InfoMonitor.

Choć większość obostrzeń związana z pandemią SARS-CoV-2 została już zniesiona, z transportu pasażerskiego wciąż nie korzysta tylu pasażerów, co wcześniej. Pojawia się za to więcej pasażerów podróżujących na gapę.

– Z obserwacji PKP Intercity wynika, że w niektórych pociągach istotnie wzrósł odsetek osób podróżujących bez ważnego biletu. Potwierdzają to też dane Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor, które pokazują, że w tym roku liczba osób podróżujących na gapę wzrosła o prawie 18 tys., a kwota niezapłaconych kar z tego tytułu – o ponad 20 mln zł. Tylko w maju przybyło 7 tys. nowych dłużników i prawie 8 mln zł nowych długów – mówi Rafał Gołębiewski. – Średni dług z tytułu jazdy bez ważnego biletu wynosi około 1250 zł.

Łącznie na liście dłużników BIG InfoMonitor figuruje w tej chwili ponad 115 tys. gapowiczów z łącznym długiem 144,3 mln zł (dane na koniec maja br.).

Wbrew pozorom profil statystycznego gapowicza to nie osoba, która niedawno odebrała dowód osobisty, ale stateczny 40-latek. Jedna trzecia dłużników to osoby między 35. a 44. rokiem życia. Wśród nich zdecydowaną większość, bo aż 80 proc., stanowią mężczyźni.

– Najwięcej dłużników pochodzi z województw: mazowieckiego, śląskiego i pomorskiego. W tych regionach są także największe kwoty zaległości. Najmniej gapowiczów pochodzi natomiast z województw: podlaskiego, opolskiego i lubuskiego – wymienia ekspert.

Ograniczona liczba pasażerów i coraz wyższe długi gapowiczów stanowią poważny problem dla firm przewozowych. Dodatkowo zaostrzone procedury bezpieczeństwa w środkach transportu oznaczają dla nich wyższe koszty.

– W tych trudnych warunkach finansowych przewoźnicy wykazują się większą determinacją w ściąganiu należności i kar – twierdzi Rafał Gołębiewski. – Rejestr Dłużników BIG InfoMonitor to dla firm przewozowych skuteczne narzędzie.

Już sama groźba wpisania informacji do tego systemu powoduje, że 67 proc. dłużników dokonuje płatności do 30 dni po otrzymaniu wezwania. Cały proces trwa znacznie krócej niż skierowanie sprawy do sądu czy windykacji.

– Całkowita spłata zobowiązania powoduje, że informacja jest usuwana z rejestru, nie są przechowywane żadne dane historyczne, co dodatkowo motywuje dłużnika do spłaty. Nawet 26 proc. informacji jest usuwanych w ciągu pierwszych czterech miesięcy od dokonania wpisu – mówi ekspert Biura Informacji Gospodarczej InfoMonitor.

Jak podkreśla, dużą grupą gapowiczów są osoby, które prędzej czy później będą chciały skorzystać np. z ofert pożyczkowych, kredytowych czy telekomunikacyjnych, a instytucje, które je zapewniają, aktywnie korzystają z bazy BIG InfoMonitor i sprawdzają tam swoich klientów. Dłużnik, który figuruje w bazie, może mieć problemy z późniejszym zaciągnięciem kredytu, podpisaniem umowy abonamentowej czy kupieniem sprzętu na raty.

Z BIG InfoMonitor współpracuje m.in. spółka PKP Intercity, która dotąd wpisała do Rejestru Dłużników ponad 120 tys. osób. Ostatnio do grona przewoźników, którzy korzystają z tego narzędzia windykacyjnego, dołączył też Miejski Zakład Komunikacji w Nysie, wobec którego 300 dłużników zalega łącznie na kwotę ponad 378 tys. zł.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/w-transporcie-ubywa,p1769786718

Nadchodzi era post-covid commerce. Rozwój rynku będą napędzać przede wszystkim nowe technologie

Pandemia zmieniła nawyki zakupowe Polaków. Co czwarty internauta i ponad połowa e-kupujących zaczęła z jej powodu częściej robić zakupy w sieci – wynika z raportu e-Izby „Omni-commerce. Kupuję wygodnie 2020”. – Inwestycje w technologie to podstawa e-commerce’owego rozwoju – przekonuje Patrycja Sass-Staniszewska, prezes Izby Gospodarki Elektronicznej. W erze post-covid commerce inteligentny sprzęt domowy sam zamówi brakujące produkty, sztuczna inteligencja sama odgadnie potrzeby konsumenta, a sklep przyszłości będzie łączyć świat offline z wirtualną i rozszerzoną rzeczywistością.

– Post-covid commerce to zjawisko, które nastąpi po całej sytuacji pandemii. Według naszego raportu „Omni-commerce. Kupuję wygodnie 2020” wynika, że konsumenci pozostaną w e-commerce. To znaczy, że te osoby, które rozpoczęły zakupy przez internet, a dla których powodem tego była pandemia, pozostaną im wierne, ponieważ to znacznie ułatwia im życie – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Patrycja Sass-Staniszewska.

Z raportu Izby Gospodarki Elektronicznej wynika, że pandemia znacząco wpłynęła na nawyki zakupowe Polaków. Co czwarty (27 proc.) internauta i ponad połowa e-kupujących zaczęła z jej powodu częściej robić zakupy w sieci. Zakupy online robi już 72 proc. badanych. To wzrost o 15 pkt proc. w stosunku do danych sprzed roku.

Zyskały nie tylko kategorie, które już wcześniej dobrze sobie radziły w e-biznesie, jak moda, uroda czy elektronika, lecz także zakupy spożywcze, które do tej pory były uznawane za branżę najbardziej offline’ową. Obecnie zadowolenie klientów z e-zakupów w kategorii  spożywczej jest bardzo duże. 72 proc. uważa, że dostępność produktów jest dobra lub nawet bardzo dobra. Wartość branży e-commerce na koniec 2020 roku sięgnie 98 zamiast wcześniej szacowanych 70 mld zł.

– Inwestycje w technologie to aktualnie podstawa rozwoju e-commerce, zwłaszcza w sytuacji, kiedy rośnie tak dynamicznie. Ludzie nie są w stanie obsłużyć w ten sposób konsumenta. W niektórych krajach zaczynają być popularne drony, bo brakuje kurierów, którzy dostarczają produkty zakupione przez internet. Niektóre firmy wykorzystują autonomiczne samochody. Inwestycja w technologie, automatyzację da kolejny sukces branży e-commerce – przekonuje prezes Izby Gospodarki Elektronicznej.

E-commerce do dalszego rozwoju potrzebuje przede wszystkim szerszego wykorzystywania sztucznej inteligencji. Uczenie maszynowe poznaje potrzeby konsumenta, stąd wiele firm e-commerce korzysta już z SI, aby lepiej zrozumieć swoich klientów i zapewnić im lepszą obsługę poprzez personalizację oferty. Na znaczeniu już zyskuje internet rzeczy – inteligentny sprzęt domowy zamówi brakujące produkty, zasugeruje też np. zdrowsze zamienniki tych najczęściej spożywanych. Technologia idzie krok dalej – lodówki same ocenią, kiedy dany produkt może się wyczerpać, i zrobią zakupy z wyprzedzeniem.

– W przypadku sprzedaży wielokanałowej bardzo fajnym pomysłem jest sklep przyszłości. To połączenie świata offline’owego z online’owym. Sklep przyszłości, który wykorzystuje najnowsze technologie, jest w stanie wykorzystać również augmented reality, czyli przenieść konsumenta, który już jest wirtualny w świecie stacjonarnym, do świata internetowego. Inwestycja w technologie i pełną automatyzację daje szansę na obsługę większej liczby konsumentów w internecie – mówi Patrycja Sass-Staniszewska.

Coraz więcej firm rozwija koncepcję inteligentnych, wirtualnych półek sklepowych, na których zamówione produkty są dostępne od razu. Klient może przeglądać dostępne na półce produkty lub równolegle w aplikacji mobilnej. Dzięki oprogramowaniu i połączeniu go z podajnikiem produkty trafią bezpośrednio do klienta bez udziału sprzedawcy. Program poinformuje także właściciela sklepu o tym, jakie towary należy uzupełnić.

Nowinki technologiczne przyciągają klientów. Jak wynika z raportu IGE, już ponad połowa internautów korzysta z nowoczesnych rozwiązań zakupowych, m.in. wirtualnych przymierzalni.

Coraz więcej sklepów zdaje też sobie sprawę, że bez szerszej obecności w internecie, w tym w mediach społecznościowych, może nie mieć szans w walce z konkurencją.

– Rośnie social selling. Według naszego raportu ludzie chętnie kupują przez serwisy społecznościowe, klikając w przycisk „Kup” np. na Facebooku. Bardzo popularny staje się również TikTok – wskazuje prezes Izby Gospodarki Elektronicznej. – Jeżeli sklep dostarcza jak największy wachlarz komunikacji, konsument z niego skorzysta.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/nadchodzi-era-postcovid,p1174354545

Jesteśmy w samym środku „tsunami e-odpadów”. Tylko gospodarka zamkniętego obiegu zapobiegnie dalszej fali zanieczyszczeń [DEPESZA]

Coraz większy popyt i zużycie urządzeń elektronicznych tworzy najszybciej rosnący strumień odpadów na świecie. Organizacja Narodów Zjednoczonych nazywa to „tsunami e-odpadów”. Trzecia edycja raportu „Global E-Waste Monitor 2020” wskazuje, że w 2019 roku ludzkość wyprodukowała 53,6 mln ton metrycznych e-odpadów. W ciągu pięciu lat ich liczba wzrosła o 21 proc. – Pilnie potrzebujemy połączenia czwartej rewolucji przemysłowej z gospodarką o obiegu zamkniętym – przekonuje Antonis Mavropoulos, przewodniczący Międzynarodowego Stowarzyszenia Odpadów Stałych.

– W wielu częściach świata powstaje znacznie więcej odpadów elektronicznych, niż jest bezpiecznie przetwarzanych. Trzeba więcej wspólnych wysiłków, aby uświadomić sobie ten rosnący problem i podjąć odpowiednie środki zaradcze uzupełnione odpowiednimi badaniami i szkoleniami – podkreśla Nikhil Seth, dyrektor Instytutu ONZ do spraw Badań i Szkoleń (UNITAR).

Z najnowszej, trzeciej edycji raportu „Global E-Waste Monitor 2020” wynika, że w 2019 roku ludzkość wyprodukowała rekordowe 53,6 mln Mt elektronicznych odpadów. Oznacza to, że liczba e-śmieci w ciągu pięciu lat wzrosła o 21 proc. Do 2030 roku globalna liczba e-odpadów może sięgnąć 74 Mt, niemal dwukrotnie więcej niż jeszcze w 2014 roku. Organizacja Narodów Zjednoczonych nazywa to „tsunami e-odpadów”.

Co istotne, tylko niewielki odsetek elektronicznych śmieci trafia do recyklingu. W 2019 roku tylko 17,4 proc. z nich zostało przetworzonych. Tym samym szacuje się, że żelazo, miedź, złoto i inne wysokowartościowe materiały wycenione na 57 mld dol. zostały w większości wyrzucone, a nie przetworzone i ponownie wykorzystane. Tymczasem dla przykładu w tonie telefonów komórkowych jest 100 razy więcej złota niż w tonie rudy złota.

– Ilości odpadów elektronicznych rosną trzy razy szybciej niż ludność świata i 13 proc. szybciej niż światowy PKB w ciągu ostatnich pięciu lat. Ten gwałtowny wzrost każe zwrócić szczególną uwagę na kwestie związane ze środowiskiem i zdrowiem oraz pokazuje pilną potrzebę połączenia czwartej rewolucji przemysłowej z gospodarką o obiegu zamkniętym – wskazuje Antonis Mavropoulos, przewodniczący Międzynarodowego Stowarzyszenia Odpadów Stałych (ISWA).

Według raportu „Global E-Waste Monitor 2020”  Azja wygenerowała największą ilość e-odpadów w 2019 roku – 24,9 Mt. Obie Ameryki wyprodukowały 13,1 Mt, Europa – 12 Mt, a Afryka i Oceania odpowiednio 2,9 Mt i 0,7 Mt. E-odpady stanowią zagrożenie dla środowiska. Zawierają toksyczne dodatki i niebezpieczne substancje, np. rtęć, która może spowodować uszkodzenie mózgu. Szacuje się, że rocznie 50 ton rtęci stosowanej w monitorach czy fluorescencyjnych i energooszczędnych źródłach światła znajduje się w nieudokumentowanym przepływie e-odpadów. Dlatego tak ważna jest zrównoważona polityka.

Tymczasem, choć od 2014 roku liczba krajów, które przyjęły krajową politykę w zakresie e-odpadów, przepisy lub regulacje, wzrosła z 61 do 78, a największe firmy wyznaczyły ambitne cele w zakresie recyklingu, problem pozostaje nieuregulowany. Pomóc może gospodarka zamkniętego obiegu, która pozwoli na szerokie, ponowne wykorzystywanie e-odpadów.

– Czwarta rewolucja przemysłowa albo wprowadzi nowe podejście do gospodarki o obiegu zamkniętym w naszych krajach, albo pobudzi dalsze wyczerpywanie zasobów i nowe fale zanieczyszczeń. Postęp w monitorowaniu e-odpadów osiągnięty przez globalne partnerstwo w dziedzinie ich statystyki  daje promyk nadziei, że uda się nie tylko ściśle monitorować wzrost ilości e-odpadów, lecz także kontrolować ich wpływ i ustanowić odpowiednie systemy zarządzania – wskazuje Antonis Mavropoulos.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/jestesmy-w-samym-srodku,p1715366657

Śląsk ma kilkanaście lat na odejście od górnictwa. Proces ten zachwieje rynkiem pracy w regionie

– Jesteśmy już spóźnieni. Zostało kilkanaście lat na przeprowadzenie kompleksowej transformacji Śląska. Każdy kolejny rok zwłoki oznacza, że wyzwania będą coraz większe, a tempo zmian szybsze – mówi Piotr Lewandowski, prezes Instytutu Badań Strukturalnych. Jak podkreśla, dekarbonizacja Śląska jest nieunikniona, ale musi zostać przeprowadzona zgodnie z dobrym planem, bo spowoduje głębokie przekształcenia na rynku pracy. Sami górnicy szans przyszłego zatrudnienia upatrują w transporcie, motoryzacji, ale także w energetyce odnawialnej.

– Potrzebne jest bardziej planowe podejście do transformacji Śląska, niż to miało miejsce w przeszłości. Wtedy kopalnie zamykano w sposób nagły, kiedy już nie dało się ich uratować ani kontynuować działalności. Ludzie tracili pracę, były gwałtowne ruchy, aby zaproponować im coś w zamian. Jeżeli będziemy mieli strategię odchodzenia od węgla stopniowo – na przestrzeni dekady, dwóch – to wówczas będzie można zaplanować programy i przeszkolić ludzi do innej pracy, zaproponować im coś innego. To długoterminowe podejście jest teraz najważniejsze – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Piotr Lewandowski, prezes Instytutu Badań Strukturalnych, który prowadzi badania nad przełożeniem procesu dochodzenia do neutralności klimatycznej na rynek pracy na Śląsku.

Grzejniki płytowe do domu w atrakcyjnej ofercie cenowej. Sprawdź już teraz.

Węgiel jest surowcem, na którym wciąż opiera się polska energetyka (w 2019 roku jego udział w produkcji energii wyniósł 73,6 proc.), a według danych ARP na koniec marca br. w sektorze górniczym zatrudnionych było 82,6 tys. osób. Jednak z przyczyn ekonomicznych i klimatycznych stopniowe wygaszanie wydobycia węgla w Polsce jest nieuniknione. Rządowe plany zakładają, że udział tego surowca w miksie energetycznym ma sukcesywnie spadać (do poziomu 60 proc. w 2030 roku) przy równoczesnym zwiększaniu znaczenia energii z odnawialnych źródeł.

To oznacza, że rola węgla w gospodarce Śląska będzie stopniowo maleć. Dla regionu, który jest kulturowo i ekonomicznie uzależniony od kopalń, dekarbonizacja będzie stanowić główne wyzwanie nadchodzących dekad i pociągnie za sobą daleko idące zmiany gospodarcze i społeczne. Jak podkreśla prezes IBS, sprawna transformacja Śląska będzie jednak możliwa tylko wtedy, kiedy zostanie zaplanowana dobrze, z wyprzedzeniem i przy współudziale wszystkich zainteresowanych stron.

– Potrzeba współpracy na różnych poziomach administracji publicznej. Po pierwsze, potrzebna jest inicjatywa centralna, żeby ludzie na Śląsku wiedzieli, jak długo jeszcze górnictwo będzie działać i jak ma wyglądać ta ścieżka. Po drugie, potrzebny jest poziom wojewódzki, który będzie koordynował działania pomiędzy różnymi powiatami. Niezbędne jest też zaangażowanie lokalne, bo transformacja nie może zostać przeprowadzona odgórnie. Ludzie w poszczególnych miastach na Śląsku muszą być zaangażowani i akceptować kierunek zmian – mówi prezes Instytutu Badań Strukturalnych. – To jest duże wyzwanie, bo do tej pory mieliśmy albo inicjatywy centralne, albo był dialog między związkami zawodowymi i kopalniami. Brakowało wielopłaszczyznowego, kompleksowego podejścia.

Jak ocenia, zmiany w polskiej energetyce i górnictwie i tak są już spóźnione o co najmniej 20 lat, dlatego teraz – m.in. wobec konieczności ograniczenia emisji CO2 zgodnie z porozumieniem paryskim i zaostrzenia polityki klimatycznej UE – będą przebiegać szybciej i gwałtowniej, niż gdyby zostały zaplanowane z wyprzedzeniem.

– Teraz nie można już czekać, zostało kilkanaście lat na przeprowadzenie kompleksowej transformacji tego regionu. Każdy kolejny rok zwłoki oznacza, że te wyzwania będą coraz większe, a tempo zmian szybsze – ostrzega Piotr Lewandowski.

Dekarbonizacja Śląska pociągnie za sobą głębokie przekształcenia na rynku pracy, co dla pracowników będzie wiązać się zarówno z zagrożeniami, jak i nowymi możliwościami. Jak pokazuje ubiegłoroczny raport Instytutu Badań Strukturalnych, w latach 2015–2040 przy realizacji ambitnej polityki klimatycznej liczba miejsc pracy w górnictwie zmniejszy się o 50 tys. Nie oznacza to, że tyle osób straci pracę, bo do 2040 roku 53 tys. górników odejdzie z sektora w sposób naturalny, czyli na emeryturę.

Górnicy, których kopalnie zostaną zamknięte, zanim osiągną wiek emerytalny, będą zmuszeni do zmiany miejsca pracy. Duże szanse na znalezienie nowego zatrudnienia mają mi.in. w sektorach przetwórstwa przemysłowego, transportu czy budownictwa. Bardziej skomplikowana jest sytuacja górników z niższym wykształceniem – w ich przypadku znalezienie atrakcyjnej pracy poza kopalnią może wiązać się z koniecznością zdobycia dodatkowych kwalifikacji.

– Śląsk jest najważniejszym w Polsce zagłębiem przemysłowym. Nawet jeśli zmniejszy się zatrudnienie w górnictwie, to różnego rodzaju branże przemysłowe będą się tam prężnie rozwijać jeszcze przez całe dekady – podkreśla ekspert. – W tej chwili na Śląsku ok. 30 proc. zatrudnienia jest właśnie w przemyśle i tylko co piąte spośród tych miejsc pracy jest w sektorze górniczym. To oznacza, że znakomita większość jest zatrudniona gdzie indziej, np. w branży motoryzacyjnej czy chemicznej. Z naszych badań wśród górników wynika zresztą, że właśnie praca w branży motoryzacyjnej czy w budownictwie jest przez nich postrzegana jako dobra alternatywa.

Jako główny kierunek poszukiwania nowej pracy górnicy wskazują przede wszystkim sektor wydobywczy niezwiązany z węglem (20 proc.), transport (14,9 proc.) i branżę motoryzacyjną (14,8 proc.). Średnio co dziesiąty (10,7 proc.) wskazał też na energetykę odnawialną – wynika z badania przeprowadzonego w zeszłym roku przez IBS. Pokazuje ono też, że większość górników wysoko ocenia swoje kwalifikacje zawodowe – jako stwarzające realną możliwość otrzymania pracy poza górnictwem. Najważniejszymi kryteriami przy wyborze nowego miejsca pracy są wysokość wynagrodzenia i stabilność zatrudnienia.

Co jednak problematyczne, wynagrodzenia w takich sektorach jak transport czy motoryzacja są zdecydowanie niższe niż w górnictwie. Tymczasem prawie połowa górników zdecydowanie nie wyraża zgody na pracę za wynagrodzenie mniejsze, niż otrzymują w kopalni. Tylko co czwarty byłby skłonny podjąć pracę poza górnictwem z wynagrodzeniem niższym o około 250 zł. Nieliczni byliby skłoni obniżyć swoje wynagrodzenie maksymalnie o 750 zł.

Dekarbonizacja Śląska będzie mieć też wpływ na zatrudnienie w branżach dostarczających dobra i usługi niezbędne do funkcjonowania kopalni. Z szacunków IBS wynika, że liczba pracowników, których miejsca pracy są bezpośrednio związane z górnictwem, wynosi 57 tys. (czyli ok. 0,4 proc. całkowitej liczby pracowników w Polsce). W samym regionie śląskim to około 35 tys. miejsc pracy, czyli 2 proc. zatrudnienia w województwie. Stopniowy spadek liczby miejsc pracy zależnych od górnictwa rozłoży się jednak na kilka dekad i również w tym przypadku część pracowników odejdzie w tym czasie na emeryturę. Co więcej, firmy zależne od górnictwa będą w przyszłości szukać nowych rynków zbytu i przestawiać produkcję na dobra wykorzystywane w innych działach gospodarki.

– W trakcie pandemii ludzie uświadamiają sobie, że praca w górnictwie jest niebezpieczna i zadają sobie pytanie, czy aby na pewno potrzebna, skoro istnieją inne metody wytwarzania energii, bardziej czyste, które nie wiążą się ze smogiem i nie mają konsekwencji zdrowotnych. Poza tym ten kryzys bardzo pogarsza kondycję spółek węglowych, które mają koszty, ale nie są w stanie produkować i sprzedawać – mówi Piotr Lewandowski. – Trzeba zadać pytanie, czy biorąc pod uwagę morze innych potrzeb w gospodarce, wspomaganie spółek węglowych środkami publicznymi przez państwo to rzeczywiście najlepszy sposób ich wydatkowania.

Transformacja węglowa Śląska to największe wyzwanie nadchodzącej dekady. Region może wykorzystać w tym procesie miliardowe środki, które UE przewidziała w ramach Funduszu Sprawiedliwej Transformacji i innych instrumentów finansowych przeznaczonych na łagodzenie skutków dekarbonizacji. Jednak eksperci podkreślają, że potrzebne są też narzędzia, które załagodzą nie tylko ekonomiczne, ale i społeczno-kulturowe skutki tej transformacji.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/slask-ma-kilkanascie,p793574638

Sektor mleczarski domaga się dyskusji nad europejskimi projektami ekologicznymi. Obawia się spadku opłacalności produkcji rolniczej

Dwie strategie w ramach Europejskiego Zielonego Ładu – ochrony bioróżnorodności i „Od pola do stołu” – w kształcie zaproponowanym przez Komisję Europejską martwią branżę mleczarską. Jej zdaniem potrzebne są: dyskusja nad długoterminową strategią, rzetelna ocena skutków wprowadzenia tych strategii i znalezienie sposobów na zachęcenie rolników do pozostania w gospodarstwach i kontynuowania produkcji żywności.

Problemy, z jakimi branża mleczarska będzie się borykała, to m.in. ogromne wyzwanie, jakie stawia przed nami strategia „Od pola do stołu” (Farm to Fork). Musimy się zastanowić i porozmawiać na temat długoletniej strategii sektora mleczarskiego, nie 5- czy 10-letniej, ale 20-letniej, a nawet i dłuższej, dlatego że przed nami bardzo poważne decyzje, które będą skutkowały tym, w jaki sposób będziemy funkcjonowali w przyszłości – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Agnieszka Maliszewska, dyrektor Polskiej Izby Mleka, wiceprezydent COGECA. – Czy mamy myśleć o konsolidacji, czy raczej o rynku lokalnym. Jest cała masa niewiadomych, ale dzisiaj tworząc taką strategię, musimy wiedzieć, w jaki sposób branża mleczarska wpisze się w Europejski Zielony Ład, od którego już nie ma odwrotu.

Komisja Europejska zaproponowała w maju dwa projekty strategii, w ramach których europejscy rolnicy mieliby do 2030 roku ograniczyć używanie pestycydów o połowę, nawozów o 20 proc., a sprzedaż środków przeciwdrobnoustrojowych stosowanych u zwierząt gospodarskich i w akwakulturze miałaby spaść o połowę. Ponadto rolnicy mieliby ugorować 10 proc. gruntów w celu przywrócenia różnorodności biologicznej oraz pozyskiwać 25 proc. żywności z upraw ekologicznych. Dotyczy to również produkcji zwierzęcej, np. mleka. Rolnicy chcieliby dążyć w tej sytuacji do zwiększania wydajności krów, ale w przypadku stad ekologicznych wydajność jest niższa, co przy ograniczeniu areału spowoduje spadek opłacalności produkcji.

Nie jesteśmy samowystarczalni w obszarze takiego produktu jak mleko ekologiczne. Dzisiaj produkujemy go bardzo niewiele, zarówno w skali Europy, jak i Polski, bo krajowa produkcja produktów ekologicznych wynosi około 7 proc. Jeżeli mamy dotrzeć do tych 25 proc., to rzeczywiście bardzo daleka droga przed nami – mówi dyrektor Polskiej Izby Mleka. – Trzeba wiedzieć, że przekształcenie zwykłej produkcji w produkcję mleka ekologicznego jest niezwykle kosztochłonne, pracochłonne. To jest okres co najmniej dwóch lat pracy rolnika. To też oznacza import tego mleka spoza Polski. Musimy myśleć o tym, jak dążyć do osiągnięcia tych celów, a z drugiej strony takie organizacje jak COGECA muszą zabiegać o to, żeby rolnicy mieli zabezpieczone środki finansowe na ich realizację.

Jak podkreśla, potrzebna jest rzetelna ocena skutków wprowadzenia nowych strategii dla branży mleczarskiej i szerzej dla całego rolnictwa. W czerwcu Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi prowadziło konsultacje społeczne i zbierało uwagi środowisk rolniczych do przedstawionych przez KE propozycji. Minister Jan Krzysztof Ardanowski zapowiedział już w mediach, że będzie mocne stanowisko Polski w tej sprawie.

Będziemy musieli się także zastanowić, czy młodzi ludzie w przyszłości będą w stanie z rolnictwa wyżyć – apeluje Agnieszka Maliszewska. – Mam nadzieję, że znajdą się takie mechanizmy i taki rodzaj pomocy, które będą ich zachęcały do pozostawania w gospodarstwach, prowadzenia produkcji i bycia naszymi żywicielami. Jestem optymistką i mam nadzieję, że uda nam się wypracować takie modele rozwiązań, w których będziemy pomagali młodym rolnikom, a z kolei nasze naciski na Komisję Europejską spowodują, że znajdzie się więcej środków poza budżetem wspólnej polityki rolnej na wsparcie rolnictwa. 

Wyzwania związane z przekształcaniem produkcji nakładają się dodatkowo na pandemię koronawirusa i brexit – niemal na półmetku od wyjścia Zjednoczonego Królestwa ze Wspólnoty do ostatecznego terminu wypracowania warunków dalszej koegzystencji UE i Wielka Brytania wciąż są dalekie od porozumienia.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/sektor-mleczarski-domaga,p342161661