Ekspert rynku: Polacy powinni skupić się na tworzeniu oprogramowania i aplikacji dla dronów, a nie samych maszyn

Drony sprawdzają infrastrukturę, badają place budowy, pomagają ratownikom, monitorują populacje dzikiej przyrody i analizują parkingi. Od szybkich dostaw w godzinach szczytu do skanowania nieosiągalnej bazy wojskowej – okazują się niezwykle przydatne w miejscach, do których człowiek nie może dotrzeć. Do tego potrzebują jednak coraz bardziej zaawansowanych technologii.  – Drony to nie lotnictwo, drony to Przemysł 4.0, informatyka. I w tym kierunku powinna pójść Polska – przekonuje Sławomir Kosieliński, prezes Fundacji Instytut Mikromakro.

– Jeszcze kilka lat temu powiedziałbym, że rynek dronów w Polsce to świetlana przyszłość,  przychody będą szły w miliardy, a generalnie Polska dronami stoi. Dzisiaj tak nie powiem, ponieważ kilka lat temu zbyt optymistycznie uwierzyliśmy, że na tym rynku chodzi o maszyny, a to nieprawda – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Sławomir Kosieliński. – Cała sztuka leży w oprogramowaniu, systemach teleinformatycznych, aplikacjach i to jest dobry kierunek.

Polecamy certyfikowane osuszacze ziębnicze marki Vervo. Sprawdź ofertę producenta już teraz.

Szacuje się, że 95 krajów na całym świecie posiada już jakąś formę technologii dronów wojskowych. Sprawdzają się w inwigilacji czy operacjach ofensywnych. Drony wyposażone w kamery termowizyjne są przydatne w medycynie i ratownictwie, wykorzystywane w szacowaniu zniszczeń podczas katastrof naturalnych, kontrolują uprawy i hodowlę zwierząt. Zastosowań dronów jest coraz więcej, ich liczba rośnie wraz z rozwojem stosowanych w pojazdach aplikacji i systemów teleinformatycznych. Według PwC wschodzący globalny rynek usług biznesowych wykorzystujących drony jest wyceniany na ponad 127 mld dol.

Najnowsze, zaawansowane technologicznie drony są wyposażone m.in. w systemy unikania kolizji. Wykorzystują czujniki wykrywające przeszkody do skanowania otoczenia, podczas gdy algorytmy programowe i technologia SLAM przetwarzają obrazy w mapy 3D, umożliwiając dronowi wykrycie i uniknięcie zderzenia.

– Im więcej takich aplikacji, zastosowań powstanie i drony staną się zintegrowaną częścią danego systemu teleinformatycznego, tym dla nas będzie lepiej. Niech Chiny produkują drony, niech ktoś inny się skupia na skrzydełkach. My potrzebujemy przygotowywać takie projekty teleinformatyczne Przemysłu 4.0, w których znajdziemy zastosowanie dla dronów i będziemy umieli zbudować maszynę pod te konkretne zastosowania, nie odwrotnie – przekonuje prezes Fundacji Instytut Mikromakro.

Polska jako pierwszy kraj w Europie posiadała system operacyjny do koordynacji ruchu bezzałogowych statków powietrznych w separacji od ruchu lotniczego. Dzięki aplikacji DroneRadar sprawdzimy, czy można bezpiecznie wystartować pojazd w danym miejscu i czasie. Jako jedno z pierwszych państw uregulowała ten rynek i jest jednym z liderów technologii dronowych.

Rozwój rynku może przyspieszyć startujący projekt „Usługi cyfrowe dla bezzałogowych statków powietrznych”. Jego efektem ma być rozwój rozwiązań cyfrowych i teleinformatycznych dla branży.

– Wiemy, do czego drony wykorzystać, i wiemy, jak je pokazać na niebie, jak się nimi opiekować i jak zadbać o bezpieczeństwo. Nie wiemy, czy ludzie będą chcieli z tych aplikacji  korzystać. Zatem w tej chwili czeka nas gorący proces szukania i pokazywania tych zastosowań i mówienia ludziom: zapomnijcie o dronach jako lotnictwie. Drony to nie lotnictwo, drony to Przemysł 4.0, to informatyka, to zastosowania. Przestańcie patrzeć na  śmigiełka, na tę całą otoczkę, sensem istnienia dronów jest pozyskiwana informacja, a nie to, że latają – podkreśla Sławomir Kosieliński.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/ekspert-rynku-polacy,p1104652090

W czasie pandemii liczba ataków DDoS wzrosła o ponad 500 proc. Cyberprzestępcy wzięli na celownik zarówno wielkie korporacje, jak i małe firmy [DEPESZA]

Pandemia koronawirusa zwiększyła aktywność cyberprzestępców. Specjaliści ds. cyberbezpieczeństwa zanotowali nie tylko wzmożoną aktywność przestępców wymierzoną w użytkowników świadczących pracę zdalną, na celowniku znalazła się także infrastruktura sieciowa dużych i małych firm. Z analiz przeprowadzonych przez ekspertów Nexusguard Research wynika, że w pierwszym kwartale liczba ataków DDoS wzrosła o  278 proc. względem analogicznego okresu w roku ubiegłym i aż o 542 proc. w porównaniu do czwartego kwartału 2019 roku.

Badania przeprowadzone przez Nexusguard Research nie pozostawiają złudzeń – w czasie pandemii koronawirusa aktywność cyberprzestępców gwałtownie wzrosła. Na popularności zyskali m.in. tzw. niewidzialni zabójcy, czyli krótkoterminowe działania hakerskie o niewielkim zasięgu, ciężkie do wykrycia i zatrzymania przez dostawców usług sieciowych.

– Niewielkie ataki tzw. niewidzialnego zabójcy nie są odosobnionymi przypadkami, ale ciągłym trendem, którego nie można już ignorować, ryzykując zalewem infrastruktury sieci internetowej – podkreśla Juniman Kasman, dyrektor ds. technologii w Nexusguard.

Z analiz przeprowadzonych przez ekspertów Nexusguard Research wynika, że w pierwszym kwartale 2020 roku liczba ataków DDoS wzrosła o  278 proc. w porównaniu z analogicznym okresem w roku ubiegłym i aż o 542 proc. w porównaniu do czwartego kwartału 2019 roku.

Pandemia stworzyła także okazję do przeprowadzenia działań o znacznie większym zasięgu rażenia. Przedstawiciele firmy Amazon poinformowali, że dzięki usłudze AWS Shield w lutym tego roku udało się zapobiec największemu atakowi DDoS w historii internetu. Ruch wygenerowany przez cyberprzestępców osiągnął wartość 2,3 Tb/s. Poprzedni rekordowy atak o przepustowości 1,7 Tb/s przeprowadzono w marcu 2018 roku.

Z atakami tego typu mierzą się także firmy działające na polskim rynku. Z analizy przeprowadzonej przez ekspertów z Orange Polska wynika, że zagrożenie ze strony ataków DDoS na rodzime firmy wzrosło w ostatnim kwartale o 30 proc.

– Konieczne jest, aby dostawcy usług internetowych podjęli inicjatywę, aby zająć się każdym podejrzanym ruchem w sieci – niezależnie od wielkości lub ilości – aby klienci nie odczuwali awarii spowodowanych atakami DDoS – wskazuje Juniman Kasman.

Według analityków z firmy Grand View Research wartość globalnego rynku cyberbezpieczeństwa do 2025 roku wzrośnie do ponad 241 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 11 proc.

(Newseria Innowacje)

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/w-czasie-pandemii-liczba,p165205048

Miliardy na walkę z suszą. Rząd planuje kolejne inwestycje i uprości ich realizację

Polska jest jednym z europejskich krajów najbardziej zagrożonych deficytem wody, a susze, które ją co roku nawiedzają, są coraz większym problemem m.in. dla rolnictwa i przemysłu. Dlatego też w najbliższych latach rząd przeznaczy miliardy złotych na inwestycje, które mają jej przeciwdziałać i poprawić krajowy bilans wodny. Projekt specjalnej ustawy, która ma minimalizować skutki susz oraz upraszczać prowadzenie niezbędnych inwestycji w tym zakresie, trafił do Rady Ministrów i ma zostać przyjęty w tym kwartale.

– Przygotowaliśmy około 34 zbiorników na najbliższe siedem lat, a więc najbliższą perspektywę budżetową. W grę wchodzą i duże, i małe zbiorniki, to są inwestycje rozrzucone po całej Polsce. Na najbliższy okres planujemy natomiast budowę cofki na stopniu wodnym w Malczycach i rozpoczęcie budowy [stopnia wodnego – red.] w Libiążu. Już mamy gotowy program wieloletni, który jest złożony na Radę Ministrów, czekamy na uzgodnienia i przygotowujemy realizację – mówi agencji Newseria Biznes Marek Gróbarczyk, minister gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej.

Projekt ustawy o inwestycjach w zakresie przeciwdziałania skutkom suszy przewiduje m.in. rozwiązania prawne ułatwiające działalność dla rolników, samorządów i spółek wodnych w zakresie przeciwdziałania suszy. Zaproponowane w dokumencie narzędzia mają skrócić czas przygotowania inwestycji wodnych i usprawnić procesy uzyskiwania pozwoleń, aby takie projekty można było realizować znacznie szybciej.

Potężną bolączką wszystkich inwestycji w Polsce jest czas. Zbiornik w Raciborzu był planowany w poprzednim wieku, już nie mówiąc o perturbacjach podczas realizacji, budowa rozpoczęta w 2000 roku dopiero dzisiaj mogła się zakończyć – mówi Marek Gróbarczyk. – Założyliśmy sobie, że inwestycje realizujemy w ciągu siedmiu lat, tyle, ile trwa perspektywa budżetowa, i tak chcemy wydawać środki. Żadna inwestycja nie będzie mogła wejść do realizacji, jeśli nie będzie przygotowana tak, aby można było ją skończyć w ciągu siedmiu lat plus trzy dodatkowe lata na rozliczenie projektu z Unią Europejską.

Jak wynika z projektu ustawy, Polska jest na przedostatnim miejscu w Europie pod względem zasobów wodnych, dlatego jest jednym z najbardziej zagrożonych deficytem wody państw europejskich. Na jednego mieszkańca przypada ok. 1,6 tys. m sześc. na rok, a w okresach suszy spada do poziomu 1 tys. Średnia w Europie jest prawie trzykrotnie większa.

Jednym z narzędzi do walki ze skutkami suszy jest retencja wód. Dziś utrzymuje się ona na poziomie ok. 6,5 proc, co oznacza, że gromadzimy ok. 4 mld m sześc. wody. Dla porównania w Hiszpanii to ok. 40 proc. Aby zgromadzone zasoby wodne zaspokoiły wszystkie potrzeby ludzi, gospodarki i środowiska, retencja w Polsce powinna być przynajmniej dwa razy wyższa. Zgodnie z Programem Rozwoju Retencji, który został przyjęty przez rząd w ubiegłym roku, poziom ten ma wzrosnąć do 15 proc. w perspektywie 2027 roku.

 Program Rozwoju Retencji jest zakrojony na 10 mld zł. To w sumie 94 duże i małe inwestycje – mówi  minister gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej.

Program ten ma przede wszystkim zabezpieczyć Polskę przed skutkami suszy, która pojawia się co roku i uderza m.in. w rolnictwo, energetykę i przemysł. Z analiz PGW Wody Polskie wynika, że 45 proc. terenów rolnych i leśnych (głównie na terenie województwa wielkopolskiego, części kujawsko-pomorskiego, lubuskiego oraz Mazowsza) jest zagrożonych występowaniem suszy rolniczej. Straty w rolnictwie wywołane tym zjawiskiem są bardzo dotkliwe. Tylko w 2018 roku Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi udzieliło pomocy finansowej producentom rolnym w wysokości ponad 3,3 mld zł. W ubiegłym roku szczególnie dotkliwa była susza rolnicza, która dotknęła ponad 200 tys. gospodarstw rolnych i przełożyła się na spadek plonów i wzrost cen żywności. Z kolei obszary zagrożone suszą hydrogeologiczną stanowią 35,6 proc. powierzchni Polski („Plan przeciwdziałania skutkom suszy”). Zjawisko to na początku tego roku objęło 90 proc. terytorium Polski.

Jesteśmy w okresie niezwykle fluktuacyjnej pogody i realizowane inwestycje muszą być budowane zarówno na okres powodzi, jak i na okres suszy. O tej porze w Warszawie mieliśmy 6 metrów poziomu wody, aby miesiąc później stan Wisły spadł do 40 cm – mówi Marek Gróbarczyk. – W województwach śląskim, dolnośląskim, małopolskim czy podkarpackim występuje bardzo dużo podtopień.

W ubiegłym tygodniu w Raciborzu Dolnym został oddany do użytku największy w Polsce zbiornik przeciwpowodziowy o powierzchni przekraczającej 26 km² i pojemności 185 mln m³. Inwestycja wybudowana przez Budimex zabezpieczy przed żywiołem około 2,5 mln mieszkańców Dolnego Śląska. Jak poinformował minister gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej, pod uwagę brana jest przebudowa zbiornika na mokry, zasilający Odrę w okresach suszy i stanowiący element zabezpieczenia przeciwpowodziowego.

– Przebudowa nie będzie inwazyjna. Oczywiście to będzie wymagało zbudowania śluzy w ramach drogi wodnej, stworzenia nowego projektu. Największe problemy dotyczą oczywiście obszaru środowiskowego, ale myślę, że poradzimy sobie w kwestiach ekologicznych – mówi.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/miliardy-na-walke-z,p657848414

Coraz popularniejszy crowdfunding udziałowy wymaga regulacji. UE już działa w tym kierunku

Crowdfunding udziałowy, czyli finansowanie społecznościowe, to coraz popularniejsza forma pozyskiwania kapitału przez małe spółki, start-upy i rozwijające się projekty, ale niejednokrotnie korzystają z niej też dojrzałe biznesy. W Polsce ten rodzaj crowdfundingu nie jest jeszcze tak rozwinięty jak w USA czy Wielkiej Brytanii, a większość platform działa w sferze praktycznie nieregulowanej, co wiąże się z szeregiem ryzyk dla przeciętnych inwestorów. UE pracuje jednak nad przepisami, które mają to zmienić, uregulować i ujednolicić rynek w całej Europie. Platformy crowdfundingowe będą mogły działać w całej UE na podstawie tych samych zezwoleń i wymogów.

– Popularność platform crowdfundingu udziałowego na świecie ogromnie wzrosła na przestrzeni ostatnich 10 lat. Wiąże się to głównie z tym, że umożliwiają one przedsiębiorcom stosunkowo łatwe pozyskanie środków na działalność gospodarczą. Wiąże się to także z rozwojem technologii, dzięki internetowi szerokie grono inwestorów może się zapoznać z działalnością emitentów i zainwestowania w ich biznes – mówi agencji Newseria Biznes Michał Karwasiński, radca prawny, wspólnik kancelarii Karwasiński Szpringer i Wspólnicy. – W Polsce ten rynek rozwija się od kilku lat i to bardzo dynamicznie. Jego wielkość szacowana jest na poziomie nawet kilkuset milionów złotych. Z całą pewnością jest to rynek prospektywny, co dostrzegają też organy UE, które już w 2014 roku zwróciły uwagę na tę formę działalności jako umożliwiającą rozwój małych i średnich przedsiębiorstw, w tym start-upów.

Certyfikowane łożyska z Łodzi. Sprawdź i przekonaj się, że warto u nas kupować.

W Polsce platformy crowdfundingu udziałowego funkcjonują w dwóch reżimach prawnych. Jedna z nich prowadzona jest przez dom maklerski i podlega nadzorowi Komisji Nadzoru Finansowego. Jej działalność jest ściśle regulowana i nadzorowana w celu zapewnienia bezpieczeństwa inwestorom. Od podmiotu prowadzącego taką platformę KNF wymaga spełnienia określonych wymogów prawnych. Większość platform crowdfundingu udziałowego działa jednak w sferze niemal całkowicie nieregulowanej. Ich działalność opiera się na reklamowaniu i przekazywaniu inwestorom informacji o ofertach publicznych akcji prowadzonych przez emitentów.

W zasadzie działalność nieregulowanych platform powinna ograniczać się wyłącznie do przekazywania niektórych informacji i namiarów na emitenta takich instrumentów. Trzeba nieustannie zwracać uwagę, czy działalność takiej platformy – polegająca na ułatwieniu inwestorom i emitentom pozyskania kapitału – mieści się jeszcze w sferze nieregulowanej, czy być może wkracza już w sferę zastrzeżoną dla regulowanych pośredników, czyli domów maklerskich – mówi Michał Karwasiński.

Jak ocenia, sytuacja ta wiąże się z szeregiem ryzyk dla przeciętnych inwestorów. Wielu z nich ma ograniczoną wiedzę i doświadczenie w zakresie inwestowania w instrumenty finansowe. Przez to istnieje ryzyko, że instrumenty finansowe, które trafią do ich portfeli w związku z działalnością platform crowdfundingowych, będą dla nich nieodpowiednie albo związane z nadmiernym ryzykiem. Inwestorzy mogą też nie zdawać sobie sprawy z bardzo ograniczonej płynności takich instrumentów oraz faktu, że mogą zostać z taką inwestycją na lata, bez możliwości wycofania się.

 Ponadto inwestorzy mogą ulegać impulsom i emocjom związanym z inwestowaniem w instrumenty, o których informują platformy crowdfundingowe. Widząc, że zbliża się czas do zakończenia danej oferty, zegar tyka, został ostatni kwadrans i to jest ostatni moment, żeby zainwestować w spółkę, wielu z nich nie będzie w stanie racjonalnie przemyśleć swojej decyzji i zadziała na podstawie emocji – mówi radca prawny.

Rynkowi crowdfundingu udziałowego coraz uważniej przygląda się KNF, z kolei Unia Europejska zamierza uregulować i ujednolicić zasady funkcjonowania tego typu platform w całej Europie. Porozumienie w tej sprawie Parlament Europejski i Komisja Europejska wypracowały w grudniu ubiegłego roku. Najważniejsze projektowane zmiany to możliwość promowania emisji we wszystkich 27 krajach UE. W tej chwili jest to mocno utrudnione: reklamowanie emisji polskiej spółki za granicą mogłoby wymagać akceptacji lokalnych nadzorów finansowych, które zwykle mają różne wymogi i regulacje. Po wejściu w życie nowych przepisów zgoda na działalność wydana przez KNF będzie miała charakter wystandaryzowany w całej Europie, a na poziomie UE pieczę będzie sprawować ESMA (Europejski Urząd Nadzoru Giełd i Papierów Wartościowych).

– Na przestrzeni ostatnich kilku lat poszczególne kraje członkowskie UE w różny sposób odnosiły się do działalności platform crowdfundingu udziałowego. Wiele z nich wprowadziło częściowe, szczątkowe czy nawet daleko idące regulacje ograniczające ich działalność. Tym samym właściciele platform crowdfundingowych w Polsce, chcąc prowadzić podobną działalność np. w Niemczech czy Portugalii, muszą uwzględniać lokalne przepisy. Unia Europejska zamierza stworzyć jednolity rynek i wprowadzić jednolite zezwolenie na prowadzenie działalności w charakterze platformy finansowania społecznościowego. Dzięki temu przedsiębiorcy w całej UE posiadający takie zezwolenie będą mogli prowadzić działalność na równych zasadach i w sposób całkowicie bezpieczny – mówi Michał Karwasiński.

Jak ocenia, przepisy projektowane na poziomie UE z pewnością przyczynią się do wzrostu konkurencyjności rynku crowdfundingu udziałowego i jego większej popularności. Oznacza to też, że rynek potencjalnych inwestorów ma szanse na wzrosty, a nowe przepisy dodatkowo zapewnią im większe bezpieczeństwo.

– Przede wszystkim drobni inwestorzy w UE, korzystający z usług takich licencjonowanych platform crowdfundingowych, będą badani pod kątem ich wiedzy i doświadczenia. Będą otrzymywać ostrzeżenie, że inwestycja, której chcą dokonać za pośrednictwem takiej platformy, może być dla nich nieodpowiednia i podejmują ją na własne ryzyko. Dostaną szereg wystandaryzowanych informacji o inwestycjach dostępnych na tych platformach, dzięki czemu będą mogli je porównać, a same platformy będą pośrednio odpowiedzialne za zapewnienie rzetelności i aktualności tych informacji. Wreszcie, klient platformy będzie mógł otrzymać wsparcie w wycofaniu się ze swojej inwestycji – podkreśla radca prawny.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/coraz-popularniejszy,p421339607

Samochody przyszłości będą aktualizować oprogramowanie poprzez chmurę. Sztuczna inteligencja poprowadzi auto za człowieka [DEPESZA]

Branża motoryzacyjna dąży do automatyzacji. Auta przyszłości będą w czasie rzeczywistym analizować otoczenie i warunki drogowe, dzięki czemu możliwe stanie się wyeliminowanie roli kierowcy w procesie prowadzenia pojazdu. Pozwoli to zwiększyć bezpieczeństwo na drodze i upłynnić ruch w warunkach miejskich. Samochód przyszłości chce zaprojektować producent m.in. kart graficznych i systemów sztucznej inteligencji – Nvidia – we współpracy z Mercedes-Benz.

– Podzielamy z koncernem Mercedes-Benz wizję samochodu przyszłości. Wspólnie zrewolucjonizujemy środowisko własności samochodów, dzięki czemu oprogramowanie pojazdu będzie programowalne i będzie można je stale aktualizować za pośrednictwem aktualizacji bezprzewodowych. Każde przyszłe auto Mercedes-Benz z systemem Nvidia Drive będzie wspierane przez zespół ekspertów SI i inżynierów oprogramowania, którzy będą rozwijać, udoskonalać i ulepszać samochód przez cały okres jego użytkowania – przekonuje Jensen Huang, założyciel i prezes Nvidii.

Nadrzędnym celem firmy jest stworzenie pojazdu, który przy wykorzystaniu inteligentnej platformy Drive umożliwi dotarcie pod wskazany adres bez konieczności jego własnoręcznego prowadzenia. Tym samym przyszłe modele Mercedesów, począwszy od 2024 roku, będą w stanie na równi konkurować z pojazdami Tesli wyposażonymi w system autopilota.

Choć wdrożenie takiego systemu do komercyjnego użytku będzie wymagało czasu, już teraz platforma Nvidia Drive może zostać wykorzystana w inteligentnych pojazdach do ułatwienia pracy kierowcy. Obecna odsłona systemu współpracuje z systemami śledzenia ruchu oraz położenia głowy, dzięki czemu sztuczna inteligencja może wykryć pierwsze objawy zmęczenia bądź przysypiania za kierownicą. W takiej sytuacji system wykorzysta sygnały dźwiękowe, świetlne i wibracyjne, aby ostrzec kierowcę i uchronić go przed wypadkiem.

Układami od Nvidii zainteresowała się również chińska korporacja Xpeng Motors, która zaprojektowała inteligentny samochód P7. Pojazd ten wykorzystuje układ sztucznej inteligencji Nvidia Drive AGX Xavier, który jest odpowiedzialny za kontrolę autonomicznych funkcji auta. Jest to elektryczny samochód oferujący autonomię poziomu 3, czyli przystosowany do samodzielnej jazdy po ulicach i autostradach przy asyście kierowcy, który ma być bezpośrednią konkurencją dla pojazdów od Tesli.

– Ta nowa platforma stanie się wydajnym, scentralizowanym i programowalnym systemem w naszych przyszłych pojazdach. Architektura obliczeniowa SI firmy Nvidia pomoże nam usprawnić naszą podróż w kierunku jazdy autonomicznej. Te nowe możliwości i aktualizacje zostaną pobrane z chmury, co poprawi bezpieczeństwo – wskazuje Ola Källenius, szef Mercedes-Benz AG.

Według analityków z firmy ResearchAndMarkets wartość globalnego rynku autonomicznych samochodów w  2019 roku wyniosła 24,1 mld dol. Przewiduje się, że do 2025 roku wzrośnie do 60 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 18,06 proc.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/samochody-przyszlosci,p772640333

Na granicy USA z Meksykiem powstaje wirtualny mur. Zamontowane na wieżach czujniki zareagują na ruch, a sztuczna inteligencja sprawdzi zagrożenie [DEPESZA]

Kamery, drony wyposażone w sztuczną inteligencję, czujniki 3D – granice kontrolują od dawna już nie tylko celnicy. Amerykańska agencja celna poszła o krok dalej – na granicy USA i Meksyku do 2022 roku stanie 200 mobilnych wież kontrolnych, które wykorzystują sztuczną inteligencję do śledzenia ruchu. Rozróżnią ludzi od zwierząt, a przy tym zasilane są energią słoneczną. – Wieże znacząco zwiększą naszą przewagę w walce przeciwko zorganizowanym grupom przestępczym – przekonuje Rodney Scott, szef Patrolu Granicznego Stanów Zjednoczonych.

Już od kilku lat granice kontrolują nie tylko celnicy. Na lotniskach i przejściach granicznych bezpieczeństwo sprawdzają kamery wyposażone w system sztucznej inteligencji, która sama analizuje obraz, a ludzi informują tylko w wyjątkowych sytuacjach. Kamery rozpoznają ludzkie emocje, wyszukują ludzi zachowujących się podejrzanie. Aaron Elkins, informatyk z San Diego State University, zwraca uwagę, że ludzie zazwyczaj są w stanie dostrzec oszustwo tylko u innych ludzi w 54 proc. przypadków. Dla porównania systemy wizyjne z zasilaniem SI były w stanie osiągnąć dokładność ponad 80 proc. Kamery na podczerwień mogą wykrywać zmiany w systemie przepływu krwi i w ten sposób wychwycić podejrzanych. Zintegrowane z systemami bezpieczeństwa analizują rysy twarzy i w ten sposób sprawdzają, czy granicy nie zamierza przekroczyć osoba poszukiwana.

Amerykańska agencja celna idzie o krok dalej. Na granicy z Meksykiem powstanie inteligentny, wirtualny mur, który zapewni autonomiczną kontrolę terenu 24 godziny na dobę. Firma Anduril Industries podpisała pięcioletni kontrakt z amerykańską agencją celną na budowę wirtualnej ściany.

– Te wieże dają agentom terenowym znaczącą przewagę w walce przeciwko zorganizowanym grupom przestępczym, które ułatwiają nielegalną działalność transgraniczną – twierdzi Rodney Scott, szef Patrolu Granicznego Stanów Zjednoczonych (USBP).

Autonomiczne wieże nadzoru skanują teren za pomocą radaru. Jeśli wykryją ruch, kierują w to miejsce kamerę i analizują obrazy za pomocą algorytmów sztucznej inteligencji. Sprawdzą się zwłaszcza w miejscach słabiej zaludnionych, gdzie teoretycznie łatwiej nielegalnie przekroczyć granicę.

– Im więcej nasi agenci wiedzą o tym, co mogą napotkać w terenie, tym bezpieczniej i skuteczniej mogą odpowiedzieć na zagrożenie – przekonuje szef USBP.

– Bez względu na to, dokąd zmierzamy jako kraj, będziemy musieli mieć świadomość sytuacyjną (możliwość szybkiej reakcji na zagrożenie – przyp. red.) na granicy – podkreśla w rozmowie z „The Washington Post” Matthew Steckman, dyrektor ds. rozwoju w firmie Anduril. – Zarówno demokraci, jak i republikanie zgadzają się, że ten system jest potrzebny.

System inteligentnego muru nie wykorzystuje rozpoznawania twarzy ani innych technologii identyfikacji osobistej. Sprawdza jedynie źródło ruchu, rozpoznając przy tym, czy odpowiada za to człowiek, zwierzę, czy pojazd. Co istotne, system może być stosowany także w terenach górskich, nie traci przy tym na dokładności. Za ideą inteligentnej ściany optowali demokraci. Republikanie zapowiadali budowę fizycznego, betonowego muru.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/na-granicy-usa-z-meksykiem,p1338343054

Branża sprzedaży bezpośredniej od początku pandemii notuje rekordowe wzrosty obrotów. Szybko rośnie też zapotrzebowanie na sprzedawców

Sprzedaż bezpośrednia w czasie lockdownu i stopniowego odmrażania handlu notuje rekordowe wzrosty obrotów. Od początku marca do końca maja branża sprzedaje średnio o 30 proc. więcej niż rok temu. W przypadku części firm wzrosty sięgają nawet 85 proc. Zwiększa się także zapotrzebowanie na nowych sprzedawców – poziom rekrutacji jest czterokrotnie wyższy niż przed rokiem. – Wirus nas nie zaskoczył. Już od kilku lat stopniowo przechodziliśmy na nowe technologie i inne sposoby komunikacji ze sprzedawcami i klientami – tłumaczy Mirosław Luboń, dyrektor generalny Polskiego Stowarzyszenia Sprzedaży Bezpośredniej.

– Sprzedaż bezpośrednia bywa powszechnie postrzegana jako bardzo tradycyjna i w związku z tym wydawałoby się, że w okresie pandemii powinna spadać. Nic takiego się nie zdarzyło. Od kilku lat firmy z tej branży przechodziły na nowsze technologie i nowe sposoby komunikowania się zarówno ze sprzedawcami, jak i z klientami. Już od trzech lat cała komunikacja odbywa się w 75 proc. online – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Mirosław Luboń.

Niezawodne folie do zgrzewu. Już teraz sprawdź ofertę marki Metro-Plast.

Dzięki wprowadzanym od kilku lat zmianom branża sprzedaży bezpośredniej nie odczuła skutków kryzysu wywołanego koronawirusem. Zdalne przyjmowanie zamówień, wysyłanie produktów do paczkomatów, konsultacje online czy wsparcie klientów za pośrednictwem komunikatorów lub infolinii sprawiły, że firmy szybko przestawiły się na pracę zdalną i mogły funkcjonować bez przeszkód również w czasie lockdownu. Dzięki temu większość z nich w ostatnich miesiącach notuje wzrosty.

– Podstawą sprzedaży bezpośredniej jest długotrwała relacja z klientem. Dotychczas opierała się na osobistym kontakcie, face to face. W związku z tym, że zmienia się branża, zakres i formy komunikacji, zmienia się również relacja z klientami. Więcej osób kontaktuje się z nami online, ale w przeciwieństwie do sprzedaży internetowej kontakt po zakupach się nie urywa. W interesie każdego sprzedawcy leży, żeby go podtrzymać, służyć klientowi radą, podpowiedzieć odpowiednie produkty zgodnie z jego potrzebami – tłumaczy ekspert.

Z danych PSSB wynika, że od początku marca do końca maja branża notuje sprzedaż średnio o 30 proc. wyższą niż w analogicznym okresie 2019 roku. Dla niektórych firm okres lockdownu okazał się najlepszy w historii i zanotowały nawet o 85 proc. wyższą sprzedaż niż przed rokiem.

– Wiele firm specjalizujących się w kosmetykach, suplementach i innych artykułach gospodarstwa domowego zanotowało rekordowe wzrosty już w marcu. Zwłaszcza te, które miały w swojej ofercie i suplementy, i płyny dezynfekujące. W związku z tym rzeczywiście większość firm, jeśli zanotowała spadek, to nieznaczny i tylko na samym początku pandemii, a potem sprzedaż albo się utrzymuje na tym samym poziomie co w zeszłym roku, albo jest znacznie lepiej – wskazuje dyrektor generalny PSSB. – Nie wiemy, co przyniesie druga połowa roku, ale prognozy są dobre.

Także raport Światowej Federacji Stowarzyszeń Sprzedaży Bezpośredniej (WFDSA) pokazuje, że branża na całym świecie prognozuje utrzymanie oraz stabilizację obecnego trendu rynkowego.

Wzrostowi obrotów sprzyja także rosnące zatrudnienie w branży. Choć obecnie liczba bezrobotnych w Polsce przekracza już milion osób, a tylko w I kwartale br. zlikwidowano blisko 120 tys. miejsc pracy, firmy sprzedaży bezpośredniej szukają sprzedawców. W niektórych poziom rekrutacji wzrósł kilkukrotnie. Polskie Stowarzyszenie Sprzedaży Bezpośredniej z firmami członkowskimi zachęca też konsultantów do współpracy w ramach kampanii „Krok we własny biznes”.

– Wiele osób albo straciło pracę, albo ma zmniejszone wynagrodzenie, szuka więc okazji do zarobienia dodatkowych pieniędzy. W związku z tym rekrutacja teraz przynosi lepsze efekty, a więcej sprzedawców oznacza  większe obroty. Myślę, że ten trend się utrzyma przez najbliższych kilka miesięcy – prognozuje Mirosław Luboń.

Szacuje się, że z branżą sprzedaży bezpośredniej współpracuje ok. milion osób, przy czym dla 20 proc. jest to podstawowe źródło dochodów.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/branza-sprzedazy,p2125475904

Powoli wracamy do planowych zabiegów i wizyt u lekarzy. Telemedycyna może pomóc w walce z rosnącymi kolejkami

Pandemia przyczyniła się do skokowego wzrostu popularności telemedycyny. Już na początku większość szpitali, przychodni i placówek medycznych wprowadziła zdalne konsultacje online i przez telefon, co umożliwiło zasięgnięcie porady lekarza, a także  wystawienie zwolnienia, skierowania czy recepty bez konieczności osobistego kontaktu. Do tej formy przekonali się zarówno lekarze, jak i pacjenci. Aż 74 proc. pacjentów chce korzystać z telemedycyny nawet po zakończeniu pandemii – wynika z badań Grupy LUX MED. Obecnie firma dostarcza prawie 20 tys. usług telemedycznych dziennie.

W trakcie pandemii SARS-CoV-2 wielu pacjentów obawia się wizyty w przychodni czy szpitalu (jak informował Główny Inspektorat Sanitarny – nawet 1/3 zakażeń miała miejsce właśnie w placówkach służby zdrowia). W związku z wprowadzonymi przez państwo ograniczeniami, a także z uwagi na obawy samych pacjentów, wiele procedur medycznych musiało zostać odłożonych w czasie. Konsekwencją tych zawirowań jest narastający w społeczeństwie dług zdrowotny. Chodzi przede wszystkim o fizyczne możliwości realizacji skumulowanego zapotrzebowania na usługi zdrowotne, które na dodatek będą nadal musiały być realizowane w warunkach ograniczeń epidemiologicznych.

– Dług zdrowotny jest jednym z głównych skutków pandemii. Pacjenci w pierwszym okresie walki z koronawirusem mieli duży problem z podjęciem leczenia w dotychczasowej formie, co było konsekwencją wprowadzonych ograniczeń oraz tym, że główny wysiłek systemu zdrowotnego został skierowany przede wszystkim na walkę z COVID-19. Najbardziej odczuli to pacjenci z poważnymi i przewlekłymi chorobami, np. onkologicznymi czy kardiologicznymi – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Anna Rulkiewicz, prezes Grupy LUX MED. 

Po prawie czterech miesiącach szpitale i placówki medyczne wracają do planowanych zabiegów i ponownie, przy zachowaniu restrykcyjnych procedur bezpieczeństwa i zaostrzonych standardach higieny i dezynfekcji, coraz powszechniej udzielają konsultacji lekarskich w trybie stacjonarnym. Pandemia SARS-CoV-2 przyczyniła się jednak do skokowego wzrostu popularności telemedycyny. Wielu pacjentów przekonało się do tej formy korzystania z porad lekarskich.

– Sytuacja zmusiła nas do szybkiego rozwoju telemedycyny, w czym dosyć dobrze i szybko odnalazł się sektor prywatny. Telemedycyna pomogła w tym najtrudniejszym okresie, nie pozwalając stracić pacjentów z oczu – podkreśla Anna Rulkiewicz.

Już na początku pandemii minister zdrowia, NFZ i Rzecznik Praw Pacjenta zachęcali pacjentów do korzystania z konsultacji zdalnych, podkreślając, że stanowią one pełnoprawne świadczenie zdrowotne, które powinno być udzielane na takich samych zasadach jak tradycyjna porada w gabinecie lekarza.

– Dzisiaj telemedycyna w Polsce wygląda dość dobrze. Mamy e-Receptę, e-Zwolnienia i e-Skierowania, dzięki czemu usługa telemedyczna może być wykonana w wielu przypadkach zdrowotnych kompleksowo. Dlatego też telemedycyna już z nami zostanie, bo część pacjentów bardzo dobrze ją ocenia – mówi prezes Grupy LUX MED. 

– Coraz lepiej rozumiemy, w których przypadkach klinicznych telemedycyna sprawdza się najlepiej. Z naszego doświadczenia wynika, że dużą skuteczność ma w leczeniu infekcji górnych dróg oddechowych, chorób przewlekłych w okresie stabilizacji, w kontynuacji rozpoczętego leczenia, w dermatologii – jeśli pacjent może przesłać lekarzowi zdjęcia – czy przy omawianiu wyników badań i planowaniu dalszej diagnostyki – wymienia Mirosław Suszek, dyrektor Pionu Opieki Ambulatoryjnej LUX MED.

Pod koniec marca 75 proc. konsultacji w LUX MED odbywało się drogą zdalną. Obecnie to ok. 40 proc. Firma przewiduje, że docelowo będzie to ok. 25–30 proc.

– W ok. 40 proc. przypadków konsultacja zdalna jest wystarczająca do wykonania skutecznego wywiadu, postawienia diagnozy i rozpoczęcia procesu leczenia. W pozostałych 60 proc. przypadków niezbędna jest wizyta w placówce – najczęściej w celu wykonania badania diagnostycznego, np. USG, pobrania krwi do testów laboratoryjnych, wykonania zabiegu czy badania fizykalnego w gabinecie lekarskim. Stopień wykorzystania telemedycyny mocno różni się jednak między poszczególnymi specjalizacjami lekarskimi. Przykładowo w okulistyce wynosi 20 proc., w pediatrii już 40 proc., a najwyższy jest w psychologii – aż 75 proc. – wskazuje Mirosław Suszek.

Pacjent może wybrać konsultację spośród wszystkich lekarzy danej specjalizacji z całej Polski, którzy świadczą takie porady.

– Mamy ogromny niedobór kadr medycznych, więc telemedycyna jest wsparciem dla polskiego systemu ochrony zdrowia, gdzie czas pracy lekarza czy pielęgniarki jest jednak bardzo istotny. Lekarz może udzielać porad i monitorować stan zdrowia, nawet jeśli znajduje się w innym mieście niż pacjent – mówi Anna Rulkiewicz.

W przyszłości telemedycyna może być lekarstwem także na inne, narastające bolączki systemu ochrony zdrowia, takie jak starzejące się społeczeństwo czy wzrost znaczenia chorób cywilizacyjnych, co przekłada się na zapotrzebowanie na większą liczbę konsultacji i świadczeń medycznych. Dla systemu zdalne usługi to wzrost wydajności i długofalowo niższe koszty.

– Według naszego niedawno przeprowadzonego badania opinii aż 74 proc. pacjentów zadeklarowało chęć korzystania z telemedycyny nawet po zakończeniu pandemii. Jednak ważne jest dla nich to, że jeżeli zajdzie taka potrzeba, będą mogli skorzystać z usług również w placówce. 24 proc. pacjentów nie jest zainteresowanych telemedycyną, a 2 proc. chciałoby korzystać wyłącznie z usług telemedycznych. Podsumowując – te statystyki wskazują, że pacjenci są w głównej mierze zainteresowani modelem zintegrowanym, w którym telemedycyna jest częścią całego procesu leczenia – wskazuje dyrektor Pionu Opieki Ambulatoryjnej LUX MED.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/powoli-wracamy-do,p482187241

Co czwarty internauta woli robić zakupy w sieci niż w tradycyjnych sklepach. Rozszerzona rzeczywistość może zmniejszyć liczbę zwrotów

Migracja konsumentów z trybu offline do online trwa już od dawna, ale pandemia SARS-CoV-2 okazała się katalizatorem, który przyspieszył ten proces. W sieci kupuje już 72 proc. Polaków, a więcej niż co czwarty częściej wybiera obecnie ten kanał zakupowy m.in. ze względu na wygodę, szybkość i większe bezpieczeństwo. Zyskały kategorie, które w e-commerce dobrze radziły sobie już wcześniej, jak moda i uroda czy elektronika, ale Polacy przekonali się również do kupowania w internecie produktów spożywczych. Rosnącą rolę w e-zakupach odgrywają technologie, jak np. rozszerzona rzeczywistość, które pozwalają lepiej dopasować produkt i zminimalizować ryzyko zwrotów.

– Z powodu pandemii i bieżącej sytuacji internetowy handel dynamicznie się rozwija. Według naszego najnowszego raportu już 72 proc. internautów kupuje przez internet i w stosunku do poprzedniego roku jest to skok o ok. 15 pkt. proc. Bardzo chętnie kupujemy w sieci nie tylko dlatego, że jest to bezpieczna i bezkontaktowa forma zakupów, ale i ze względu na fakt, że jest to łatwe, szybkie i wygodne – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Patrycja Sass-Staniszewska, prezes zarządu Izby Gospodarki Elektronicznej.

Jak pokazuje czerwcowy raport Izby „Omni-commerce. Kupuję wygodnie”, zakupów w sieci dokonuje już blisko 3/4 polskich internautów, przy czym 27 proc. z powodu pandemii SARS-CoV-2 częściej wybiera ten kanał zakupowy. E-zakupy są najczęściej realizowane w sklepach internetowych (52 proc.) oraz na platformach zakupowych (38 proc.). Co istotne, 70 proc. internautów deklaruje, że wartość ich e-koszyka zakupowego jest taka sama lub większa w porównaniu do stacjonarnego, a prawie 1/3 decyzji zakupowych zapada, gdy konsument otrzyma informację o promocji.

– Konsumenci polubili zakupy przez internet nie tylko ze względu na bezpieczeństwo. E-commerce zapewnia im maksymalne ograniczenie kontaktów bezpośrednich. Polubili go również za to, że jest to bardzo fajna, łatwa forma zakupów i przede wszystkim zaoszczędzają czas, który teraz mogą spędzać z rodziną lub na swoim ulubionym hobby – mówi Patrycja Sass-Staniszewska.

Proces migracji konsumentów z trybu offline do online trwa już od dawna, ale pandemia SARS-CoV-2 okazała się katalizatorem, który go dodatkowo przyspieszył (tylko 17 proc. Polaków wskazało w tym roku sklepy stacjonarne jako swoje ulubione miejsce zakupów – to o 5 pkt proc. mniej niż w ubiegłym roku). Do e-commerce przekonały się osoby, które dotychczas były w sieci bierne i korzystały wyłącznie z tradycyjnych kanałów zakupowych.

– W czasie, kiedy tradycyjny handel przeżywa ogólnoświatowy kryzys, sprzedaż internetowa jeszcze bardziej rośnie w siłę. Do tej pory rynek e-commerce rozwijał się w tempie ponad 18 proc. rocznie. Teraz możemy być prawie pewni co najmniej dwukrotnie wyższego wyniku za ten rok – mówi Beata Badzyńska, dyrektor ds. operacyjnych Sensi Labs.

Jak podkreśla, obostrzenia i strach przed koronawirusem przełożyły się też na zmianę nawyków zakupowych konsumentów, którzy docenili bezpieczeństwo zakupów przez internet. Z kolei zamrożenie gospodarki i zamknięcie stacjonarnych sklepów spowodowało, że retailerzy i inne biznesy musiały przejść przyspieszoną cyfrową transformację, przenieść się do online’u i dostosować do zmian nawyków zakupowych klientów, w czym pomagają nowe technologie. Ponad połowa (55 proc.) internautów w trakcie zakupów korzysta też z nowoczesnych rozwiązań zakupowych, takich jak BLIK, wideo produktowe czy wirtualne przymierzalnie.

– Po rewolucji wywołanej przez e-commerce przyszła kolej na rozszerzoną rzeczywistość, która rozwiązuje problemy takie jak np. brak możliwości przymierzenia produktu. W trakcie zakupów online klient nie może zobaczyć, czy produkt do niego pasuje, i nie może być pewien, czy spełni jego oczekiwania. Ta niepewność często przekłada się na brak finalizacji zakupu albo zwrot zakupionego produktu – mówi Beata Badzyńska. – Wdrożenie rozszerzonej rzeczywistości do e-commerce pozwala zminimalizować liczbę zwrotów, bo przed zakupem klient ma możliwość wirtualnego przymierzania produktu.

Przykładem może być stworzona przez Sensi Labs aplikacja do wirtualnego mierzenia oprawek okularów. To kategoria produktów, której klienci raczej nie kupią bez przymierzenia. 

– Aplikacja Sensi Labs Glasses Click & Fit pozwala klientowi sprawdzić, jak będzie wyglądać w różnych modelach okularów. Jest bezpłatna, więc wystarczy ją ściągnąć i zainstalować, żeby aktywować przymierzanie. Nie jest to kolejna aplikacja, która nakłada okulary na zdjęcie – tu użytkownik widzi, jak ich kształt jest dopasowany do twarzy, może przejrzeć się w aplikacji jak w lustrze i wybrać takie oprawki, które najbardziej do niego pasują. Co ważne, okulary pozostają osadzone na nosie podczas poruszania głową czy oglądania się pod różnymi kątami, co odwzorowuje warunki zbliżone do realnej wizyty w sklepie – wyjaśnia dyrektor ds. operacyjnych Sensi Labs.

Aplikacja jest rozwiązaniem abonamentowym dla wszystkich firm, które sprzedają okulary. Można ją zintegrować z istniejącymi systemami sprzedaży oraz dostosowywać do indywidualnych potrzeb każdej marki.

– Będziemy tworzyć dedykowane aplikacje dla każdego sprzedającego lub implementować moduł przymierzania w rozszerzonej rzeczywistości w istniejących już aplikacjach. To usługa komplementarna, zawiera także wykonanie modeli 3D produktów oraz wstawienie do aplikacji. Mamy nadzieję, że klienci biznesowi docenią nasze rozwiązanie i zdecydują się na jego wykorzystanie – mówi Beata Badzyńska. – Wirtualne przymierzanie okularów gwarantuje realną oszczędność czasu, pieniędzy i nerwów traconych podczas zwrotów nietrafionych okularów.

Jak pokazuje czerwcowy raport „Omni-commerce. Kupuję wygodnie”, z wirtualnych przymierzalni korzysta 6 proc. internautów. Badanie wskazuje, że moda i uroda, a także elektronika są kategoriami, które w e-commerce dobrze radziły sobie już wcześniej, a w czasie pandemii dodatkowo zyskały.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/co-czwarty-internauta-woli,p725818063

Turystyka na skraju zapaści. Branża, by przetrwać, potrzebuje rządowego wsparcia przez najbliższy rok

Hotele i obiekty noclegowe mają minimalne obłożenie, wciąż sparaliżowana jest też turystyka przyjazdowa, przewoźnicy autokarowi, duże wydarzenia i targi. – Istnieje niebezpieczeństwo, że wiele firm i obiektów turystycznych zbankrutuje, bo jeżeli nie ma popytu, to nie będą w stanie pokryć kosztów – mówi Andrzej Hulewicz, wiceprezes Mazurkas Travel, i podkreśla, że za rok obraz branży może wyglądać zupełnie inaczej niż dziś. Jego zdaniem będzie ona potrzebować programów pomocowych jeszcze przez następny rok, żeby podnieść się z zapaści spowodowanej pandemią. Minister rozwoju Jadwiga Emilewicz zapowiedziała, że jeszcze w lipcu zostanie przedstawiona ustawa z rozwiązaniami dla branży.

Turystyka jest różnorodna i są obszary, które mniej ucierpiały w wyniku pandemii i szybciej wracają do życia, ale inne nie ruszyły do tej pory. Hotele i obiekty wypoczynkowe nad morzem, w górach czy nad jeziorami w miarę szybko powróciły do życia, kiedy zostały już otwarte. Ale z drugiej strony mamy hotele miejskie czy turystykę biznesową, która wciąż jest na poziomie prawie zerowym – mówi agencji Newseria Biznes Andrzej Hulewicz, wiceprezes Mazurkas Travel i przedstawiciel Stowarzyszenia Organizatorów Incentive Travel.

Turystyka jest dużą i, co najważniejsze, od lat stale rosnącą gałęzią polskiej gospodarki, generującą ponad 6 proc. krajowego PKB. W wielu regionach Polski rozwój infrastruktury turystycznej – hoteli, restauracji czy atrakcji dla turystów – tworzy miejsca pracy i pobudza lokalny wzrost gospodarczy, więc dobra kondycja tego sektora przesądza o ich być albo nie być.

Branża turystyczna bardzo ucierpiała w wyniku pandemii, większość firm jest w złej kondycji. Dostaliśmy pomoc, za którą jesteśmy wdzięczni, ale ona tylko w części pokryła nasze koszty. Wiele firm potrzebuje jej nadal. Jeżeli chcemy zachować potencjał, który tkwi w tych firmach, i utrzymać wkład branży turystycznej do dochodu narodowego na dotychczasowym poziomie, dalsza pomoc jest potrzebna. Zarówno branży, jak i budżetowi państwa będzie się to opłacało – podkreśla ekspert.

W Polsce cały rynek HoReCa jest wart około 30,9 mld zł, a w ostatnich trzech latach rósł w tempie około 7 proc. rocznie, napędzany m.in. przez rosnącą konsumpcję, wzrost dochodów gospodarstw domowych i świadczenia socjalne takie jak 500+ („Rynek HoReCa w Polsce 2019. Analiza i prognozy rozwoju do 2024 r.”). Pandemia SARS-CoV-2 mocno zachwiała jednak jego kondycją. Trzymiesięczny lockdown, obostrzenia w przemieszczaniu się i całkowity paraliż turystyki sprawiły, że wiele podmiotów działających w branży ma dziś problemy z utrzymaniem finansowej płynności.

Hotele, miejsca noclegowe i obiekty turystyczne w Polsce decyzją rządu pozostawały zamknięte od 31 marca i dopiero drugi etap odmrażania gospodarki, który rozpoczął się w maju, umożliwił im wznowienie działalności. Mimo to wiele z nich wciąż ma niewielkie obłożenie, na poziomie kilku–kilkunastu procent, przez co notują straty. Obostrzenia związane z SARS-CoV-2 powodują też, że w praktyce wciąż zamrożony jest sektor dużych wydarzeń, targów i konferencji. Wciąż sparaliżowana jest także turystyka przyjazdowa, polscy przewoźnicy autokarowi nie realizują żadnych zamówień od kilku miesięcy.

Istnieje niebezpieczeństwo, że wiele firm i obiektów turystycznych zbankrutuje, bo jeżeli nie ma popytu, to nie będą w stanie pokryć kosztów. Za rok obraz branży może już wyglądać zupełnie inaczej – mówi Andrzej Hulewicz.

W ramach pomocy dla branży rząd zapowiedział najpierw program 1000+, który następnie zmienił się w propozycję bonu turystycznego 500+. W Senacie trwają prace nad ustawą, która ma go wprowadzić. Zakłada ona, że rodzice dzieci przed 18. rokiem życia otrzymają elektroniczny voucher na cele związane z turystyką, np. opłacenie biletów, noclegu w hotelu lub pensjonacie, kolonii czy obozów sportowych i rekreacyjnych.

Voucher ma trafić w sumie do ponad 6 mln dzieci w Polsce, a wartość pomocy skierowanej do branży turystycznej wyniesie ok. 3,5 mld zł.  Resort rozwoju szacuje, że na wprowadzeniu bonu 500+ skorzysta kilkadziesiąt tysięcy podmiotów, z których 15 proc. to duże firmy, 85 proc. to przedsiębiorstwa z sektora mikro, małych i średnich. Ministerstwo podkreśla, że program został przygotowany tak, żeby skorzystały na nim zarówno najmniejsze podmioty, np. przewodnicy i piloci, jak i touroperatorzy i hotelarze, którzy świadczą kompleksowe usługi turystyczne.

– Bon turystyczny jest ważny i należy się uznanie za to, że w ogóle doszedł do skutku, choć w dużo mniejszym wymiarze, niż zakładano. Jednak on tylko w małym stopniu odpowiada na potrzeby branży turystycznej. Poza tym dotyczy wąskiej grupy podmiotów, przede wszystkim organizatorów kolonii czy obiektów stricte wypoczynkowych, i do nich głównie będzie kierowany. Większość podmiotów z branży turystycznej w zasadzie nie odniesie korzyści z bonu turystycznego – ocenia wiceprezes Mazurkas Travel.

Jak podkreśla, fenomenem branży turystycznej w Polsce jest to, że przez ostatnich 30 lat dynamicznie się rozwijała bez żadnej większej pomocy ze strony państwa. Jednak teraz wsparcie jest niezbędne – zwłaszcza na czas po pandemii, żeby branża mogła podnieść się z zapaści. W przeciwnym razie w lipcu, kiedy skończą się środki płynące z rządowych tarcz, pojawią się problemy z utrzymaniem płynności i zatrudnienia.

Przez najbliższy rok ta pomoc będzie nadal bardzo potrzebna – podkreśla Andrzej Hulewicz. – Dla hoteli, firm autokarowych, biur turystyki przyjazdowej problemem jest teraz przede wszystkim płynność finansowa, kwestia pokrycia kosztów stałych i utrzymania pracowników. Potrzebne jest szerokie wsparcie ze strony rządu, żeby utrzymać ten 6-proc. wkład branży w krajową gospodarkę.

Wicepremier i minister rozwoju Jadwiga Emilewicz zapowiedziała, że do 22 lipca resort przedstawi ustawę z rozwiązaniami dla branży. Wśród nich mają być: nowy fundusz na pożyczki dla organizatorów turystyki na zwroty zaliczek, przedłużenie zwolnienia z ZUS i postojowego do końca września, programy pomocowe ARP czy dodatkowe zachęty dla klientów biur podróży.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/turystyka-na-skraju,p2143376050