Nastroje klientów na rynku motoryzacyjnym stopniowo się poprawiają. Powrót do normalności może potrwać nawet dwa lata

Sprzedaż samochodów zaczyna odbijać od dna. W czerwcu, jak wynika z najnowszych danych PZPM, była o 20,5 proc. niższa niż przed rokiem, podczas gdy majowa o 55 proc. gorsza w porównaniu do sytuacji z 2019 roku. W czasie pandemii znacząco spadł popyt na samochody premium. Z drugiej jednak strony była ona bodźcem do rozwoju przedsiębiorstw z określonych branż, w efekcie czego wzrosło zapotrzebowanie na samochody dostawcze i chłodnie. – Nastroje zakupowe w całej branży powinny wrócić do poziomu sprzed pandemii na przełomie sierpnia i września – ocenia Dariusz Olejnik, wiceprezes Kingsman Personal Finance.

– Koronawirus mocno uderzył w branżę motoryzacyjną, w szczególności na poziomie sprzedaży marek premium. Obecnie bardzo dużo ludzi wycofuje się z decyzji zakupowych bądź odkłada je w czasie. Wśród producentów na rynku widzimy teraz wstrzymane zamówienia przez to, że fabryki były zamknięte. Dopiero teraz robią one restart, dlatego sprzedaż nowych samochodów w Polsce znacząco się obniżyła – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Dariusz Olejnik.

Z danych GUS, na które powołuje się Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego, wynika, że produkcja samochodów osobowych w Polsce już w marcu była o połowę niższa niż rok wcześniej. W kwietniu zanotowała spadek o prawie 100 proc., a w maju – o 81,2 proc. w ujęciu rocznym. Odmrażanie fabryk i dostaw komponentów w kolejnych miesiącach powinno przynieść odbicie.

Widać je już w najnowszych danych sprzedażowych. W czerwcu – jak wynika z raportu PZPM na podstawie Centralnej Ewidencji Pojazdów – liczba rejestracji nowych aut osobowych była o 20,5 proc. niższa niż w czerwcu 2019 roku. W stosunku do maja br. oznacza to znaczące wzrosty – o 69,3 proc. w przypadku osobówek. Czerwiec przyniósł także odbicie w segmencie marek premium. Ich sprzedaż sięgnęła 6,6 tys. sztuk i była nie tylko wyższa niż w maju (o 60 proc.), lecz także wyższa niż przed rokiem i to o ponad 11 proc. Pierwsze półrocze zakończyło się jednak spadkiem sprzedaży w tym segmencie o 13,6 proc.

Obecnie sprzedaż na polskim rynku możemy posegmentować. Są na pewno klienci, którzy mieli i mają pieniądze i teraz ruszają na zakupy, ponieważ to jest bardzo dobry moment. Jest bardzo dużo samochodów rabatowanych i są to z reguły marki premium. Na naszym przykładzie możemy powiedzieć, że zakup takiego auta to jest około 300 tys. zł netto w górę i są to głównie marki takie jak BMW albo Mercedes. Z drugiej strony są klienci stricte biznesowi, dostawcy usług, np. spożywka czy przewozy. Bardzo dużo sprzedawaliśmy ostatnio samochodów dostawczych, a w szczególności chłodni – mówi wiceprezes Kingsman Personal Finance.

Sprzedaż samochodów dostawczych do 3,5 t ucierpiała w czasie pandemii nieco mniej niż w przypadku osobówek. Pierwsze półrocze zakończyło się spadkiem na poziomie niecałych 30 proc. (o 35,4 proc. spadł segment aut osobowych), ale już sam czerwiec – tylko na poziomie 14,1 proc.

 Przychodzą do nas przedsiębiorcy, którzy prowadzili sklepy internetowe czy hurtownie. Dla nich naturalnym rozwojem była dostawa bezpośrednio do klienta, żeby skrócić łańcuch dostaw, więc kupowali samochody, w dużej mierze były to chłodnie. Wzrost zauważyliśmy już na przełomie marca i kwietnia – wskazuje Dariusz Olejnik. – Coraz więcej ludzi idzie w agrobiznes. Mamy wiele transakcji, które są warte ponad 4 mln zł i jest ich coraz więcej, czyli widzimy rozwój w kierunku produkcji żywności czy szeroko rozumianego agrobiznesu.

Mimo stopniowego odbicia na rynku niedawne badanie KPMG i PZPM pokazało, że nastroje w branży motoryzacyjnej nie są najlepsze. Wskaźnik nastrojów zatrzymał się na poziomie 20 punktów, czyli o 46 punktów mniejszym niż pod koniec grudnia 2019 roku. Wszystkie badane firmy odnotowały spadek przychodów, a 61 proc. obniżyło wynagrodzenia. Blisko 80 proc. menedżerów jest zdania, że dojście do sytuacji, jaka panowała w branży motoryzacyjnej przed wybuchem pandemii, zajmie nawet dwa lata.

– Klienci muszą oswoić się z nowym otoczeniem i ekonomia naszego kraju musi wrócić do poziomu, który będzie gwarantował bezpieczeństwo rozwoju. Na przełomie kwietnia i maja przeprowadzaliśmy ankietę wśród naszych klientów i większość stwierdziła, że ich biznes wróci do normy w okresie od trzech do sześciu miesięcy. Przewidujemy więc, że w okolicach sierpnia/września powinny wrócić nastroje zakupowe, które pozwolą przełamać pewne bariery, nie ma jednak na to dzisiaj żadnej gwarancji – ocenia wiceprezes Kingsman Personal Finance.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/nastroje-klientow-na,p1607267007

Pandemia napędza rozwój innowacyjnych wdrożeń internetu rzeczy. Wraz z siecią 5G pozwoli skuteczniej wykrywać chorych [DEPESZA]

Pandemia koronawirusa wymusiła na wielu firmach przyjęcie nowego sposobu funkcjonowania i wdrożenie metod pracy zdalnej. Ta nieoczekiwana transformacja sektora stała się szansą dla rozwiązań z zakresu internetu rzeczy, które pozwolą zautomatyzować szereg procesów wykonywanych dotychczas przez ludzi. Na popularności zyskują rozwiązania mobilne oraz rozbudowane systemy komunikacji między inteligentnymi urządzeniami.

Z uaktualnionego raportu „Worldwide Internet of Things Spending Guide” autorstwa analityków z International Data Corporation wynika, że w 2020 roku branża internetu rzeczy będzie rozwijać się nieco wolniej niż w 2019 roku i wypracuje średnioroczne tempo wzrostu na poziomie 8,2 proc. Spadek będzie jednak tymczasowy, gdyż już w 2021 roku wzrosty wrócą do wartości dwucyfrowych. Będzie to możliwe dzięki upowszechnieniu się rozwiązań z zakresu IoT w najbardziej technologicznie perspektywicznych branżach.

Według ekspertów znacznie wzrosną wydatki na technologię internetu rzeczy w branży zdrowotnej, ubezpieczeniowej i edukacyjnej, w których inwestycje w systemy IoT wyniosą odpowiednio 14,5 proc, 12,3 proc oraz 11,9 proc. Rynek napędzi również sektor prywatny – szacuje się, że na rynku konsumenckim sprzedaż rozwiązań z zakresu internetu rzeczy wzrośnie w 2020 roku aż o 13,9 proc.

– Chociaż pandemia zmusiła wiele organizacji do wstrzymania niektórych innowacyjnych wdrożeń internetu rzeczy, to będzie on kluczowym czynnikiem napędzającym powrót do wzrostu, a niektóre zastosowania pomogą użytkownikom końcowym w osiągnięciu nowego poziomu automatyzacji, hiperłączności i bycia zawsze zdalnie – przekonuje Andrea Siviero, dyrektor ds. badań w grupie Customer Insights & Analysis IDC.

Potencjał tego sektora gospodarki dostrzegł także polski rząd, który widzi w nim szansę na unowocześnienie polskiego przemysłu. Aby wypromować rozwiązania tego typu, powołano do życia Grupę Roboczą ds. Internetu Rzeczy, której nadrzędnym celem jest stworzenie dogodnych warunków do rozwoju IoT na terenie Polski. W ramach popularyzacji tej technologii zorganizowano cykl regionalnych konferencji „Perspektywy dla rozwoju Internetu Rzeczy – Samorząd Przyszłości”, które miały wesprzeć innowatorów z tego sektora gospodarki na drodze do wdrożenia ich pomysłów w życie.

O tym, jak przydatne mogą okazać się rozwiązania z zakresu internetu rzeczy, przekonuje m.in. firma WISeKey, która opracowała system automatycznego wykrywania ognisk infekcji chorobami zakaźnymi. Narzędzie Foresight IoT Early Warning System miałoby charakter globalny i funkcjonowałoby dzięki miliardom inteligentnych czujników, takich jak automatyczne termometry. System automatycznie identyfikowałby ogniska zakaźne i wskazywał, jaki obszar należy poddać kwarantannie, aby zapobiec wybuchowi pandemii.

– COVID-19 wpływa na ewolucję dojrzałości internetu rzeczy, ponieważ firmy zostały zmuszone do dostosowania swoich planów technologicznych w odpowiedzi na kryzys. Może to jeszcze bardziej wzmocnić podział na dwa typy osób wdrażających IoT – zaawansowanych użytkowników, którzy są zdeterminowani i chcą zarabiać na swoich inicjatywach z nim związanych. Druga grupa prawdopodobnie opóźni inwestycje, nie dostrzegając wyraźnych korzyści w perspektywie krótko- i długoterminowej, i pozostanie w tyle – wskazuje Svetlana Khimina, starszy analityk ds. badań w grupie Customer Insights & Analysis firmy IDC.

Wdrożenie technologii internetu rzeczy pozwoli zautomatyzować część prac wykonywanych dotychczas przez personel, a co za tym idzie – zmniejszyć ryzyko wybuchu epidemii w zakładach pracy. O tym, jak może wyglądać przyszłość zautomatyzowanego rynku pracy, przekonują przedstawiciele krakowskiego Hubu Innowacji Cyfrowych. Instytucja ma pomóc polskim przedsiębiorcom wdrożyć metodologię pracy zgodną z koncepcją Przemysłu 4.0. Aby zachęcić do inwestycji tego typu, w ramach hubu powstanie autonomiczna fabryka przyszłości wykorzystująca w procesie produkcji systemy sztucznej inteligencji, technologię uczenia maszynowego, autonomiczne roboty przemysłowe oraz urządzenia do wirtualnej rzeczywistości, wszystko spięte w ramach jednego, spójnego systemu internetu rzeczy.

– Obecnie wykorzystanie wiedzy na temat internetu rzeczy pozwoli skoncentrować się na zastosowaniach, które zapewnią lepszy start w warunkach nowej normalności – przekonuje Svetlana Khimina.

Nowa normalność oznacza najprawdopodobniej życie przez jakiś czas z rozprzestrzeniającym się wirusem. Do jego opanowania może przyczynić się sieć 5G. Dzięki infrastrukturze nowej generacji możliwe będzie podpięcie do internetu nawet do 100 urządzeń na metr kwadratowy. Tak duże zagęszczenie elementów internetu rzeczy umożliwi wdrożenie rozwiązań inteligentnych do systemów sygnalizacji świetlnej, monitoringu czy do urządzeń biometrycznych monitorujących stan zdrowia przechodniów.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/pandemia-napedza-rozwoj,p836419396

W kosmos polecimy balonem. Ziemię z wysokości ponad 30 kilometrów będzie można obejrzeć z kapsuły z widokiem 360 stopni [DEPESZA]

Już wkrótce podróż w kosmos może być w turystyce podobnym zjawiskiem jak np. rejs statkiem. W kosmosie powstają pierwsze hotele, wkrótce mogą też wystartować pierwsze komercyjne loty w przestrzeń kosmiczną realizowane przez prywatne firmy. Ziemię będzie można obejrzeć nie tylko z perspektywy statku kosmicznego, lecz także balonu stratosferycznego. Studio PriestmanGoode opracowało koncepcję wysokowydajnego balonu i kapsuły ciśnieniowej dla Space Perspective, aby zabrać turystów kosmicznych w rejs wokół stratosfery. Loty testowe mają się rozpocząć już w 2021 roku.

Statek kosmiczny Neptune, balon i kapsuła ciśnieniowa, które mogą polecieć na wysokość 100 tys. stóp, mogą stanowić kolejny etap turystyki kosmicznej. PriestmanGoode, agencja projektowa z siedzibą w Londynie i Chinach, zaprojektowała nowy rodzaj statku turystyki kosmicznej. Spaceship Neptune może zabrać zwykłych ludzi na skraj ziemskiej atmosfery. Statek kosmiczny, który składa się z wysokowydajnego balonu i kapsuły ciśnieniowej, jest budowany przez amerykańską firmę Space Perspective i oferuje pasażerom widok na Ziemię z wysokości ponad 30 kilometrów.

– Neptune to kulminacja długofalowej współpracy, która zaowocowała jedynym statkiem kosmicznym zaprojektowanym od samego początku z myślą o komercyjnych podróżach kosmicznych – podkreśla Nigel Goode, współzałożyciel firmy PriestmanGoode. – Naszym punktem wyjścia było doświadczenie i wygoda pasażerów. Przyjrzeliśmy się różnym elementom, które sprawiłyby, że przeżycie to nie tylko zapadałoby w pamięć, lecz było też wygodne i zawierało niezbędne elementy w sześciogodzinnej podróży, takie jak chociażby toaleta.

Statek Neptune będzie pilotowany przez pilota z maksymalnie ośmioma pasażerami na pokładzie. Całe doświadczenie zajmie około sześciu godzin – w tym dwugodzinne podejście powyżej 99 proc. ziemskiej atmosfery, dwugodzinny lot na wysokości 100 tys. stóp nad ziemią, a następnie dwugodzinne zejście. Neptune wyląduje na morzu, skąd statek odbierze pasażerów, kapsułę i balon.

– Chcieliśmy mieć pewność, że pasażerowie będą w każdej chwili mieć dostęp do widoku 360 stopni i że stworzyliśmy im na tyle dużo przestrzeni, by mogli poruszać się podczas podróży. W międzyczasie musieliśmy też zminimalizować wagę i stworzyć wysoce funkcjonalne środowisko dla pilota. Wszystkie te elementy miały wpływ na ostateczny kształt kapsuły – mówi Nigel Goode.

Statek kosmiczny Neptune nie jest jedynym projektem, dzięki któremu turyści zwiedzą skraj kosmosu. Podobne wycieczki balonami stratosferycznymi mają być organizowane przez firmę Zero 2 Infinity, która przewiduje zabranie ludzi w 4,5-godzinną podróż. W ciągu najbliższych kilku lat turyści polecą 22 mile w górę w balonie helowym Bloon. Virgin Galactic, firma astronautyczna brytyjskiego miliardera, sir Richarda Bransona, niedawno wznowiła z kolei listę oczekujących na udział w komercyjnym locie suborbitalnym.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/w-kosmos-polecimy,p1740999149

Trwają prace nad nowym systemem poboru opłat drogowych. Od 2021 roku będzie oparty na geolokalizacji i pozwoli płacić np. smartfonem

Prosty, nowoczesny i wygodny dla przewoźników – taki ma być nowy system poboru opłat drogowych, który zastąpi viaTOLL. Ten przestanie działać z końcem lipca 2021 roku i pozostaną po nim bramownice, które będą wykorzystywane już tylko w celach kontrolnych. Nowy system będzie oparty na geolokalizacji i pozwoli uiścić opłatę drogową m.in. za pośrednictwem aplikacji mobilnej w smartfonie. Zostanie też powiązany z e-Urzędem Skarbowym budowanym w resorcie finansów. Planowane na przyszły rok wdrożenie nowego systemu ma być płynne i nie powodować wzrostu opłat ani problemów dla kierowców.

Nowy system poboru opłat drogowych budujemy zgodnie z zasadą trzech P: prosty, przyjazny i przejrzysty. Chcemy, żeby użytkownik dróg płatnych w Polsce mógł właśnie w taki sposób wywiązywać się z obowiązków uiszczania opłat za przejazd. Zależy nam też, żeby wykorzystywać te dane, które już zbieramy i mamy w naszych rejestrach, aby nie pobierać ich ponownie od użytkowników dróg. W szczególności mówię tu o takich rejestrach jak rejestr CEPiK czy rejestr danych podatkowych CRP KEP – mówi agencji Newseria Biznes Przemysław Koch, pełnomocnik ministra finansów ds. informatyzacji.

Od 1 lipca Główny Inspektor Transportu Drogowego nie zajmuje się już poborem opłat za przejazdy pojazdami powyżej 3,5 tony po płatnych drogach krajowych i autostradach na wyznaczonych odcinkach A2 (Konin – Stryków) i A4 (Bielany Wrocławskie – Sośnica). Zgodnie z nowelizacją ustawy o drogach, którą prezydent podpisał w połowie czerwca, to zadanie przejęła Krajowa Administracja Skarbowa. Dla kierowców nie wiąże się to jednak z żadnymi zmianami – pobór opłat odbywa się na dotychczasowych zasadach.

Nadzór nad systemem poboru opłat drogowych trafił do KAS w celu ujednolicenia zasad poboru danin, które są uiszczane na rzecz państwa przez uczestników ruchu drogowego. To zagwarantuje szybki i skuteczny przepływ tych pieniędzy do Krajowego Funduszu Drogowego – wyjaśnia Dariusz Rostkowski, zastępca dyrektora Departamentu Zwalczania Przestępczości Ekonomicznej w Ministerstwie Finansów.

Do końca lipca 2021 roku KAS zamierza wygasić dotychczasowy system poboru opłat. Zastąpi go nowy, oparty na geolokalizacji.

System, który projektujemy, będzie bazować na technologii pozycjonowania satelitarnego, co oznacza, że nie będą konieczne inwestycje w infrastrukturę przydrożną. Nie będziemy już także potrzebować bramownic w celu rejestracji przejazdu po drogach płatnych w Polsce. Bramownice pozostaną, ale będą wykorzystywane w celach kontrolnych – mówi Przemysław Koch.

Nowy system poboru opłat drogowych ma być efektywniejszy, bardziej nowoczesny, a przy tym bardziej wygodny dla kierowców i przewoźników. Co ważne, nie będzie generował po ich stronie niepotrzebnych obowiązków i kosztów. Ograniczy też koszty ponoszone przez administrację.

– W tej chwili przyjmujemy projekt budowy nowego systemu, jesteśmy po fazie redefinicji architektury rozwiązania. Opieramy się na komponentach, które mamy już wdrożone produkcyjnie w resorcie finansów, w szczególności na systemie SENT, który wykorzystuje technologię pozycjonowania satelitarnego. Chcemy zbudować taki system, który dzięki nowym technologiom uprości i usprawni system poboru opłat drogowych w Polsce – mówi pełnomocnik ministra finansów ds. informatyzacji.

– Nowy system wesprze pracę inspektorów inspekcji drogowej. Będą oni mieli o wiele łatwiejszy dostęp do danych przekazywanych w czasie rzeczywistym, co pozwoli na bieżące monitorowanie przewozu towarów i ruchu środków przewozowych. Będzie to system nowoczesny, oparty na danych geolokalizacyjnych, które pozwolą z dużą dokładnością określić, czy realizowany przewóz wiązał się z uiszczeniem opłaty, czy też nie, i po jakim odcinku drogi krajowej się odbywał – dodaje Dariusz Rostkowski.

Jak podkreśla, wdrożenie nowego systemu w 2021 roku dla kierowców nie będzie wiązać się ze wzrostem opłat, bo ich wysokość ustala resort infrastruktury.

Politykę w zakresie wysokości stawek za przejazdy realizowane po płatnych odcinkach dróg krajowych realizuje Ministerstwo Infrastruktury. Nie jest to zadanie ministra finansów ani szefa Krajowej Administracji Skarbowej – zaznacza ekspert z Ministerstwa Finansów.

System ma być także dużo wygodniejszy dla kierowców. Zamiast urządzeń pokładowych służących wyłącznie do poboru opłaty pozwoli na wykorzystanie w tym celu telefonów komórkowych, nawigacji satelitarnych czy urządzeń fabrycznie montowanych w pojazdach. To oznacza, że do uiszczenia opłaty elektronicznej będzie można wykorzystać np. smartfon z zainstalowaną bezpłatną aplikacją mobilną dostarczoną przez KAS.

– Nowy system poboru opłat budujemy w modelu otwartym, dajemy możliwość wykorzystania różnych urządzeń do przekazywania koordynatów geolokalizacyjnych. Będą to m.in. urządzenia OBU, które są już dzisiaj stosowane, ale także zintegrowane systemy lokalizacyjne (ZSL) fabrycznie montowane w pojazdach ciężkich powyżej 3,5 tony, czy aplikacja mobilna. Będzie ona darmowa, każdy użytkownik dróg płatnych w Polsce będzie mógł ją pobrać ze sklepów internetowych, zainstalować na smartfonie lub tablecie i wykorzystywać w celu uiszczenia opłaty za przejazd – mówi Przemysław Koch.

Pełnomocnik ministra finansów ds. informatyzacji podkreśla, że nowy system elektronicznego poboru opłat drogowych będzie też powiązany z e-Urzędem Skarbowym budowanym w resorcie finansów.

W e-Urzędzie chcemy stworzyć kafelek „pobór opłat drogowych”, gdzie użytkownik dróg będzie miał dostęp do kompleksowej obsługi. Będzie mógł założyć konto, zarejestrować wszystkie swoje pojazdy i do każdego z nich przypisać urządzenie wykorzystywane do przekazywania koordynatów geolokalizacyjnych, czyli ZSL, OBU albo aplikację mobilną. W przestrzeni e-Urzędu Skarbowego użytkownik będzie miał także wgląd we wszystkie zrealizowane przejazdy po drogach płatnych w Polsce i informację o naliczonych opłatach i rozliczeniach – mówi.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/trwaja-prace-nad-nowym,p1693570391

Susza minęła, ale ulewy i podtopienia wciąż groźne. Na rzekach utrzymują się stany ostrzegawcze i alarmowe

Ze skrajności w skrajność – sytuacja hydrologiczna w Polsce jest dynamiczna i nieprzewidywalna. Po wielu miesiącach suszy i braku deszczu przyszedł czas intensywnych opadów  atmosferycznych i zagrożenia powodziowego. Najtrudniejsza sytuacja jest na południu kraju oraz tam, gdzie przemieszcza się fala wezbraniowa. Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej ostrzega przed gwałtownym wzrostem stanów wody w rzekach na terenie południowej Polski. Tym bardziej że sezon burzowy się nie skończył.

W ostatnich dniach wystąpiły bardzo intensywne, punktowe opady deszczu wynikające z burz, m.in. w Łapanowie w Małopolsce, w województwie podkarpackim, także w Warszawie. Nagle na stosunkowo małą powierzchnię spadły hektolitry wody, od 100 do 150 litrów na metr kwadratowy. W przypadku Łapanowa w ciągu paru godzin spadło 30 proc. rocznych opadów. To bardzo duże ilości wody i żadne koryto rzeczne lub wały przeciwpowodziowe nie są w stanie tej wody utrzymać – powiedział agencji Newseria Biznes Przemysław Daca, prezes Państwowego Gospodarstwa Wodnego Wody Polskie, podczas otwarcia budowanego zbiornika przeciwpowodziowego w Raciborzu.

Końcówka czerwca i początek lipca przyniosły w wielu regionach gwałtowne ulewy, burze i opady gradu, głównie na wschodzie i południu kraju. To spowodowało liczne podtopienia, zwłaszcza na obszarach silnie zurbanizowanych, czego przykładem może być Warszawa. IMiGW ostrzega, że kolejne dni także będą sprzyjać głębokiej konwekcji, która wiąże się z wnoszeniem nagrzanego od podłoża, zabudowań i akwenów wilgotnego powietrza i tworzeniem się ośrodka niskiego ciśnienia przy powierzchni ziemi. To grozi kolejnymi krótkotrwałymi, ale gwałtownymi opadami. W miejscu wystąpienia intensywnych opadów, na mniejszych rzekach i w zlewniach zurbanizowanych wciąż możliwe są gwałtowne wzrosty stanu wody, a nawet przekroczenia stanów ostrzegawczych i alarmowych.

Mamy lokalne podtopienia, mamy uszkodzoną infrastrukturę transportową, a w niektórych miejscach tzw. powodzie miejskie, które wynikają głównie z zabetonowania terenów, z niewłaściwej infrastruktury kanalizacyjnej, ale przede wszystkim z ilości wody, która nagle spada – dodaje Przemysław Daca.

Jak podkreśla, trudno o jednoznaczną prognozę na temat tego, czy ostatnie intensywne opady deszczu oddalają ryzyko suszy na dłużej.

Wszystko zależy od przyrody i trudno o jakiekolwiek prognozy. Możemy jedynie prognozować opady i takie dane skutecznie prezentuje Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej w perspektywie od kilku dni do dwóch tygodni. Trudno przewidzieć, jaka będzie sytuacja hydrologiczna latem i jesienią. Musimy być przygotowani na każdą sytuację, zarówno na suszę, jak i na podtopienia – wyjaśnia prezes Wód Polskich.

Jeszcze w kwietniu meteorolodzy zapowiadali, że to będzie kolejny rok suszy, rekordowej od kilkudziesięciu lat. Z takim zjawiskiem zmagaliśmy się przez ostatnie prawie trzy lata, które były bardzo trudne pod względem hydrologicznym.

W niektórych regionach punktowo, w województwie lubuskim czy łódzkim, są takie miejsca, gdzie nie padało aż tak mocno – mówi Przemysław Daca.

IMiGW ostrzega przed suszą hydrologiczną również na części terenów w Wielkopolsce.

Jednym z obszarów najbardziej dotkniętych skutkami suszy jest jak zwykle rolnictwo. W tym roku po ciepłej zimie oraz suchym marcu i kwietniu opady deszczu pojawiły się w maju, czyli wtedy, kiedy rośliny najbardziej potrzebują wody. Zatem rolnicy nie powinni mieć wywołanych suszą problemów z plonami. Jednak ulewne deszcze to też dla nich duży problem – powodują podtopienia, woda stoi na polach, przez co niemożliwe jest wykonywanie jakichkolwiek zabiegów agrotechnicznych. Dodatkowo gleba wyschnięta po gorącym dniu nie chłonie wody jak gąbka, tylko powoduje jej spływanie do rzek.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/susza-minela-ale-ulewy,p1308638004

Nowa strategia CERN ma pomóc odkryć tajemnice Wszechświata. Naukowcy będą też opracowywać rewolucyjne technologie i innowacyjne terapie medyczne [DEPESZA]

Medycyna, biotechnologia, sztuczna inteligencja czy robotyka – to tylko część obszarów, nad którymi będą w najbliższych latach pracować naukowcy ze Starego Kontynentu. Europejska Organizacja Badań Jądrowych CERN ogłosiła niedawno strategię, która określa przyszłość badań w dziedzinie fizyki cząstek elementarnych. Priorytetami będą badanie bozonu Higgsa, czyli cząstki elementarnej, która może wyjaśnić tajemnice Wszechświata, oraz badanie granicy wysokoenergetycznej.

– Nowa strategia dotycząca fizyki cząstek elementarnych opiera się przede wszystkim na nauce, dlatego przedstawia naukowe priorytety w tej dziedzinie – wskazuje Ursula Bassler, przewodnicząca Rady CERN. – Europejska Grupa Strategiczna (ESG) – specjalny organ utworzony przez radę – z powodzeniem przeprowadziła strategiczną refleksję, do której włączyło się kilkuset europejskich fizyków. Przedstawiona w strategii wizja naukowa powinna służyć jako wskazówka dla CERN-u i ułatwiać spójną politykę naukową w całej Europie.

Europejska Organizacja Badań Jądrowych (CERN) niedawno ogłosiła zaktualizowaną strategię dotyczącą dalszych badań w dziedzinie fizyki cząstek elementarnych. Badania rozwojowe dotyczące zaawansowanych technik akceleratorowych, detektorowych i obliczeniowych mają zostać zintensyfikowane. W ten sposób Europa ma stać się liderem w zakresie przełomowych technologii.

W centrum działań ma pozostać Wielki Zderzacz Hadronów (LHC), czyli dotychczas największy na świecie akcelerator cząstek. Jest w stanie wytworzyć ogromną energię, naturalną dla Wszechświata, ale niedostępną na Ziemi. Dotychczas LHC mogło zderzać protony z maksymalną energią 13 teraelektronowoltów. W ten sposób naukowcy odkryli bozon Higgsa czy pentakwarki – nieobserwowany wcześniej rodzaj cząstek elementarnych.

Obecnie trwają prace nad Future Circular Collider (FCC), który ma pozwolić na m.in. kolizje elektronów z protonami i elektronów z jonami. W ten sposób można byłoby wyzwalać energię o niespotykanej sile nawet 100 TeV. W międzyczasie przebudowywany jest także LHC. Nowy, Wielki Zderzacz Hadronów Wysokiej Świetlności (High-Luminosity LHC) ma pracować do 2038 roku.

– To bardzo ambitna strategia, która wyznacza świetlaną przyszłość dla Europy i dla CERN z ostrożnym, stopniowym podejściem. Będziemy nadal inwestować w silne programy współpracy między CERN i innymi instytutami badawczymi w państwach członkowskich i poza nimi – deklaruje dyrektor generalna CERN Fabiola Gianotti. – Współpraca ta ma kluczowe znaczenie dla trwałego postępu naukowego i technologicznego oraz przynosi wiele korzyści społecznych.

Po erze Wielkiego Zderzacza Hadronów ma nastąpić era zderzacza elektronowo-pozytonowego. Na niespełna 10 lat przed zakończeniem programu High-Luminosity LHC ma powstać „fabryka Higgsa”. Nowa maszyna produkowałaby duże ilości bozonów Higgsa w bardzo czystym środowisku, mogłaby też mapować interakcję z innymi cząsteczkami. To pozwoliłoby na znaczące odkrycia, m.in. dotyczące ciemnej materii. Miałoby też ogromny wpływ na wiele różnych dziedzin, nie tylko fizykę. Stworzenie nowych cząstek zrewolucjonizowałoby np. medycynę i pomogło odkryć leki na choroby uważane za praktycznie niewyleczalne. Przyspieszyłoby także rozwój sztucznej inteligencji i robotyki. Jak wskazują naukowcy, bozon Higgsa, czyli cząstka elementarna odkryta w 2012 roku, jest potężnym narzędziem do znalezienia odpowiedzi na kluczowe pytania dotyczące początków Wszechświata.

– Europa powinna pozostać otwarta na uczestnictwo w innych ważnych projektach, które będą służyć całej branży, takich jak proponowany projekt Międzynarodowego Zderzacza Liniowego – wyjaśnia przewodnicząca ESG Halina Abramowicz.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/nowa-strategia-cern-ma,p630152234

Pandemia przyspiesza rozwój aplikacji mobilnych do walki z jej skutkami. Wiele z nich pozwala firmom na wyeliminowanie bezpośredniego kontaktu z klientem

Restrykcje pandemiczne utrudniły prowadzenie biznesów, w których kontakt z klientem stanowi podstawę działania. Na ratunek przyszły rozwiązania mobilne – aplikacje smartfonowe umożliwiły przeniesienie procesów sprzedażowych do sieci czy nawiązanie kontaktu z partnerem biznesowym za pośrednictwem nowoczesnych narzędzi komunikacyjnych. Potencjał aplikacji mobilnych w ograniczaniu skutków pandemii doceniają nawet te biznesy, które dotychczas nie korzystały z żadnych rozwiązań mobilnych.

– Pandemia koronawirusa sprawiła, że ludzie skierowali się w stronę rozwiązań bezdotykowych. W związku z tym sporo firm zwraca się w kierunku aplikacji mobilnych. Widzimy duży wzrost zainteresowania nimi w porównaniu do poprzednich okresów – większość produktów, które przygotowywaliśmy do tej pory, to  aplikacje będące częścią większych systemów informatycznych, portali. Teraz sporo firm zgłasza się do nas po rozwiązania, które mogłyby uporządkować procesy w nich, przyspieszyć, zoptymalizować pracę, a także zachęcić użytkowników do tego, żeby kupili produkty przez aplikację mobilną – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Michał Powichrowski, projektant graficzny i współwłaściciel GoApps.

Z badania zrealizowanego w czasie pandemii koronawirusa przez firmę badawczą Ipsos na zlecenie PayPal wynika, że w trakcie kwarantanny aż 47 proc. Polaków zdecydowało się na opłacanie rachunków za pośrednictwem aplikacji webowych bądź mobilnych. Co więcej, 75 proc. ankietowanych zadeklarowało, że nawet po wygaśnięciu pandemii będzie sięgać po narzędzia tego typu. 51 proc. badanych w wieku co najmniej 65 lat chciałoby zrezygnować z gotówki.

Inwestycja w rozwiązania mobilne ułatwiła funkcjonowanie m.in. firmy InPost, która w dobie pandemii koronawirusa mogła na masową skalę przetestować potencjał swojej nowej aplikacji. Po wdrożeniu mechanizmu zdalnego, bezdotykowego otwierania skrytki zainteresowanie aplikacją gwałtownie wzrosło, dzięki czemu do końca maja zainstalowano ją na 4 mln urządzeń.

Po rozwiązania mobilne sięgnęła również sieć sklepów Żabka, która nie tylko eksperymentuje z autorskimi płatnościami Żappka Pay. Aplikacja tej firmy umożliwi także wysłanie listy zakupów do sklepu i skompletowanie zamówienia przez jego personel. Dziś zakupy można odebrać osobiście w placówce, a w niedalekiej przyszłości trafią do punktów odbioru Żabki, dzięki czemu odbierzemy je bez kontaktowania się z kasjerami.

– Możemy na każdy proces, który odbywa się z użyciem obsługi urządzenia, spojrzeć tak, jakbyśmy traktowali smartfon jako pilot do obsługi nowej rzeczywistości. Smartfonem możemy otworzyć paczkomat, zapłacić za bilety czy miejsce parkingowe. Ludzie coraz częściej będą wybierali smartfon niż dotykanie publicznych urządzeń w przestrzeni publicznej – ocenia ekspert.

Przełomową aplikację mobilną planuje wdrożyć także sieć Stokrotka. Firma we współpracy z ekspertami ze Scandit pracuje nad rozwiązaniem, które pozwoli wdrożyć do smartfonów skaner zakupów. Aplikacja tej sieci umożliwiłaby wykonywanie zakupów bez jakiegokolwiek kontaktu z personelem. Technologia jest obecnie testowana w estońskich sklepach i jeśli przyjmie się na tamtejszym rynku, trafi także do Polski, umożliwiając skanowanie i płacenie za produkty z poziomu telefonu.

– Klienci poza aplikacjami mobilnymi często potrzebują także integracji np. z silnikami obsługującymi sztuczną inteligencję. Tak mieliśmy w przypadku ostatnio realizowanego projektu, który ma wspierać ludzi w trzeźwości, w walce z nałogami. Często klienci wymagają przygotowania oprogramowania, które będzie działało ze sprzętem, czyli np. z czujnikami, paczkomatami czy urządzeniami przemysłowymi. I to jest trend, który coraz bardziej widać w ostatnich czasach – wskazuje Michał Powichrowski.

Ogromny wzrost zainteresowania rozwiązaniami mobilnymi w czasie pandemii zanotowano nie tylko w branży usług, lecz także w sektorze rozrywkowym. Według analityków z Sensor Tower w pierwszym półroczu 2020 roku posiadacze urządzeń mobilnych pobrali aż o 42,5 proc. więcej gier niż w analogicznym okresie w roku ubiegłym. Zauważalnie wzrosły również wpływy App Store oraz Sklepu Play, odpowiednio o 22,7 proc. i 19 proc.

Według firmy badawczej Technavio wartość globalnego rynku aplikacji mobilnych do 2024 roku ma się rozwijać w tempie 21 proc. w skali roku.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/pandemia-przyspiesza,p1771604047

System EAM do zarządzania aktywami przedsiębiorstwa

System EAM do zarządzania aktywami przedsiębiorstwa System EAM (Enterprise Asset Management) jest to narzędzie do zarządzania aktywami przedsiębiorstwa. Jego zadaniem jest optymalne i efektywne wykorzystanie zasobów sprzętowych i wydłużenia okresu ich przydatności.

System EAM  umożliwia zarządzanie:

  • środkami trwałymi,
  • wyposażeniem pracowników,
  • stanem technicznym infrastruktury firmy oraz sprzętu informatycznego i sieciowego,
  • flotą pojazdów,
  • wyposażeniem biurowym,
  • częściami zamiennymi.

Chcesz się dowiedzieć więcej na temat systemów EAM? Zapraszamy na nasza stronę firnową https://eurotronic.net.pl/

Jaka jest różnica między ERP a EAM?

System ERP przydaje się w przypadku kompleksowej obsługi procesów w firmie. Natomiast oprogramowanie do zarządzania majątkiem przedsiębiorstwa sprawdza się jedynie w przypadku ewidencji majątku i zarządzania procesami pracami serwisowymi.

Do zarządzania majątkiem w systemie ERP służą:

  • Księga inwentarzowa,
  • Wypożyczalnia,
  • Zarządzanie odzieżą roboczą.

Celem działania systemu EAM jest zarządzaniu majątkiem i generowaniu oszczędności. Ma możliwość wymiany danych z oprogramowaniem klasy ERP. Rozwiązanie znajduje zastosowanie w różnych branżach np. branży budowlanej, transporcie, logistyce czy handlu. Najczęściej jest wdrażane w średnich i dużych firmach, które mają odpowiednią ilość funduszy, którą są w stanie zainwestować w koszt wdrożenia i utrzymania systemu.

Korzyści systemu EAM

Czasami może być tak, że sam system ERP nie wystarcza, wtedy należy wdrożyć funkcjonalność EAM. Na rynku są dostępne zarówno uzupełniające moduły EAM do programu klasy ERP, ale też jest możliwość dobrania oddzielnego systemu, który będzie odpowiadał za zarządzanie majątkiem firmy. Jednym z ciekawszych rozwiązań typu EAM jest system Infor EAM oferowany przez firmę Eurotronic którego zakres działania jest następujące:

Zakres:

Obsługuje kluczowe procesy i dane niezbędne w sprawnym i skutecznym zarządzaniu obiektami wymagającymi nakładów na zapewnienie ich oczekiwanej funkcjonalności;

Stanowi efektywne narzędzie zwiększania zwrotu z inwestycji w środki trwałe poprzez poprawę dostępności i niezawodności urządzeń;

Pomaga kontrolować koszty związane z wykonawcami zewnętrznymi i dostawcami oraz ich gwarancjami na dostarczane komponenty i usługi.

Przy wyborze odpowiedniego rozwiązania warto zwrócić uwagę na funkcje systemu EAM:

  • koszt zarządzania zmianą,
  • pakiet ERP,
  • koszt licencji,
  • koszt dostosowania systemu do potrzeb przedsiębiorstwa czy koszt integracji z innymi systemami.

Samo narzędzie EAM zawiera bardzo dużo korzyści, które powinny też pomóc w ostatecznej decyzji, czy warto wdrażać je do swojej firmy. System do zarządzania aktywami przedsiębiorstwa charakteryzuje się takimi zaletami jak:

  • nieustanny dostęp do wiedzy o firmie,
  • możliwość zarządzania majątkiem organizacji, dzięki czemu łatwiej podejmować decyzję w kontekście funkcjonowania przedsiębiorstwa,
  • optymalizacja zasobów,
  • automatyzacja zadań, a przy tym lepsze planowanie pracy,
  • poprawa efektywności działań,
  • możliwość zarządzania personelem technicznym,
  • większa rentowność przedsiębiorstwa.

Zapraszamy do zapoznania się z oferta firmy https://eurotronic.net.pl/która już od ponad 25 lat konsekwentnie, etycznie i z pełnym zaangażowaniem buduje swoją pozycję dostarczając rozwiązania informatyczne wspierające w pełni zarządzanie majątkiem trwałym, a więc wszelkiego typu obiektami i systemami technicznymi, nieruchomościami, pojazdami oraz infrastrukturą.

Nowy zbiornik przeciwpowodziowy w Raciborzu zabezpieczy przed żywiołem 2,5 mln osób z południa Polski. Tego typu inwestycji będzie coraz więcej

W Raciborzu oddano właśnie do użytku zbiornik przeciwpowodziowy, który ochroni przed żywiołem przeszło 2,5 mln mieszkańców południa Polski. To największa jak dotąd inwestycja hydrotechniczna w kraju. Na budowie obiektu przez dwa i pół roku pracowało ponad 1 tys. osób i kilka tysięcy jednostek sprzętu. Realizacja inwestycji nie była łatwa m.in. ze względu na powódź i pandemię. Coraz większe problemy z suszą i gwałtownymi opadami sprawiają, że Polska będzie realizować coraz więcej inwestycji hydrotechnicznych, a giełdowy Budimex, wykonawca zbiornika w Raciborzu, widzi w nich rynkową szansę.

– Polska retencjonuje tylko 6,5 proc. wody. W ciągu nadchodzących siedmiu lat chcemy zwiększyć retencję do poziomu 15 proc., docelowo do 30 proc., żebyśmy nie cierpieli w okresach suszy, które na pewno będą nas dotykać w pierwszych połowach roku, jak to miało miejsce w obecnym. Na początku tego roku mieliśmy ogromną suszę, obecnie walczymy z powodzią. Wszelkie podtopienia i wezbraniowe ulewy również będą miały cykliczny charakter – powiedział Marek Gróbarczyk, minister gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej, podczas otwarcia inwestycji.

Susze, które uderzają zwłaszcza w energetykę, rolnictwo i przemysł, nawiedzają Polskę regularnie od lat. W ubiegłym roku szczególnie dotkliwa była susza rolnicza, która dotknęła ponad 200 tys. gospodarstw rolnych i przełożyła się na spadek plonów i wzrost cen żywności. Z kolei na początku tego roku susza hydrologiczna objęła 90 proc. terytorium Polski. W tej chwili kolejne regiony kraju borykają się z nawałnicami, lokalnymi podtopieniami i powodziami. Dotknięte zostały zwłaszcza województwa małopolskie, mazowieckie, podkarpackie i śląskie. IMGW ostrzega przed kolejnymi nawałnicami.

Aby unormować sytuację, potrzebne są długofalowe inwestycje wpływające na poprawę bilansu wodnego i działania zwiększające retencję. Miesiąc temu zapowiedziano specustawę, która przewiduje m.in. rozwiązania prawne ułatwiające działalność dla rolników, samorządów i spółek wodnych w zakresie przeciwdziałania suszy oraz zwiększenie poziomu retencjonowanych wód przynajmniej do 15 proc. w perspektywie do 2027 roku.

W tym tygodniu w Raciborzu Dolnym została oddana inwestycja, która wpisuje się w ten program. To największy w Polsce zbiornik przeciwpowodziowy o powierzchni przekraczającej 26 km² i pojemności 185 mln m³, czyli tyle, ile zmieściłoby się w 226 Pałacach Kultury i Nauki.

– Ta inwestycja ma ogromne znaczenie dla całego Dolnego Śląska, ponieważ ochroni 2,5 mln mieszkańców przed ryzykiem powodzi. Jest kluczowym elementem ochrony przeciwpowodziowej całego regionu – mówi agencji Newseria Biznes Artur Popko, wiceprezes zarządu spółki Budimex, odpowiedzialnej za realizację inwestycji.

Zbiornik w Raciborzu został zaprojektowany jako polder, czyli suchy obiekt, który będzie wypełniany wyłącznie w przypadku powodzi. W momencie nadejścia fali polder będzie piętrzył wodę, zabezpieczając obszar około 600 km² od Raciborza, przez Kędzierzyn-Koźle, Brzeg, Opole, Oławę, aż po Wrocław. Inwestycja ochroni przed żywiołem blisko 2,5 mln mieszkańców w trzech województwach: śląskim, opolskim i dolnośląskim. Objętość zbiornika będzie się stopniowo powiększać do 300 mln m³ ze względu na wydobywane w czaszy kruszywo.

– Ta inwestycja zdecydowanie wpisuje się w proces budowy całej gospodarki wodnej – mówi Marek Gróbarczyk. – Polder ma przede wszystkim użytkowość przeciwpowodziową, żeby nigdy więcej nie wydarzyły się takie tragedie jak w 1997 roku. Docelowo chcemy przebudować go na zbiornik mokry, wieloużytkowy, zasilający Odrę w okresach suszy i stanowiący element zabezpieczenia przeciwpowodziowego.

Jak podkreśla prezes Budimexu Dariusz Blocher, realizacja inwestycji nie należała do łatwych m.in. ze względu na pogodę. Powódź w końcówce zeszłego roku sprawiła, że budowa została zalana na dwa miesiące, a po niej przyszła pandemia SARS-CoV-2, która spowodowała kolejne problemy z realizacją prac, bo część załogi trafiła na kwarantannę.

– Umowę podpisywaliśmy w trudnych warunkach. Przejęliśmy budowę po poprzednim wykonawcy, z mnóstwem problemów i słabo zinwentaryzowanym terenem. Wtedy wydawało się, że to jest w ogóle niemożliwe do realizacji w terminie – mówi. – Presja czasu była gigantyczna, a na początku problemem był też brak zaufania wszystkich stron, bo w projekt były zaangażowane środki unijne, środki budżetowe, Banku Światowego, napięte były też relacje inżynier – wykonawca. To wszystko trzeba było przełamać, ale jednak się udało.

Na budowie zbiornika pracowało w sumie ponad 1 tys. osób i kilka tysięcy jednostek sprzętu. Prace rozpoczęły się w końcówce 2017 roku i w sumie trwały dwa i pół roku. Do budowy wykorzystano ponad 6,8 mln ton ziemi, która zmieściłaby się w ponad 130 tys. wagonów kolejowych. Złożony z nich pociąg byłby tak długi, że w linii prostej prowadziłby z Raciborza aż do Madrytu.

– Krótki okres realizacji tej inwestycji był wielkim wyzwaniem. To ok. 22 km obwałowań o wysokości 11 metrów, miliony metrów sześciennych nasypu do zbudowania w różnych warunkach pogodowych – wskazuje Artur Popko.

Giełdowa spółka ma już duże doświadczenie w realizacji inwestycji hydrotechnicznych. Budimex, jako generalny wykonawca, przebudował m.in. porty w Świnoujściu i w Szczecinie, kanał Płonie przy Martwej Wiśle w Gdańsku czy Zbiornik Wodny Rydzyna. W tej chwili realizuje też modernizację portów w Gdańsku i poprawę dostępu do portów w Gdyni i w Świnoujściu.

– W sumie zrealizowaliśmy ok. 30 tego typu kontraktów. Ten w Raciborzu jest największym. Kolejny to tzw. Żelazny Most dla KGHM-u. Wykonaliśmy wiele prac umocnieniowych na Bałtyku, ale także w portach w Szczecinie, Świnoujściu i Gdańsku – wymienia Dariusz Blocher. – Retencja wody w Polsce, żeglowność rzek, gromadzenie i umacnianie brzegów to jest perspektywa nawet nie siedmiu, ale czternastu lat i Polska powinna przeznaczyć na ten cel duże środki. Dla firm, które potrafią i wiedzą, jak to robić, to powinny być dobre czasy. Z drugiej strony nie są to też proste projekty, bo nasz poprzednik sobie z nim nie poradził.

W inwestycjach hydrotechnicznych Budimex widzi duży potencjał rynkowy. Spółka szacuje, że w nadchodzących latach budżet przeznaczony na hydrotechnikę znacznie przekroczy 100 mld zł.

– Polska ma najmniejsze zasoby wody pitnej w Unii Europejskiej. Wiemy, że zlewnie Odry, Wisły czy Nysy Łużyckiej wymagają dużego doinwestowania. Cały czas wracamy do połączenia Bałtyku z Morzem Śródziemnym, więc Odra musi być żeglowna. Pojawia się też temat progu na Wiśle, koło Włocławka. Potrzeby są wszędzie, to będą małe, średnie i duże projekty wspierane przez Skarb Państwa – mówi prezes firmy Budimex.

Oddany do użytku zbiornik przeciwpowodziowy Racibórz Dolny to w tej chwili największa inwestycja hydrotechniczna w Polsce. Jego przebudowę zlecił Regionalny Zarząd Gospodarki Wodnej w Gliwicach. Wartość prac budowlanych zrealizowanych przez Budimex to 672 mln zł netto. Środki na realizację inwestycji pochodziły z Banku Światowego, Banku Rozwoju Rady Europy, Unii Europejskiej, budżetu państwa oraz Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/nowy-zbiornik,p2082985905

Firmy produkcyjne walczą z kryzysem i brakiem zamówień. 30 proc. musiało zredukować zatrudnienie

71 proc. firm produkcyjnych zapowiedziało, że nie planuje zwiększać zatrudnienia w najbliższych miesiącach, a prawie 30 proc. musiało już zredukować liczbę pracowników – wynika z badania Trenkwalder. Takie wyniki nie dziwią, gdy spojrzymy na dane o produkcji przemysłowej, która w kwietniu była o ponad 24 proc., a w maju o 17 proc. niższa niż przed rokiem. Trudna sytuacja jest np. w branży motoryzacyjnej, gdzie 39 proc. firm przeprowadziło zwolnienia, a 61 proc. obcięło wynagrodzenia. Jej poprawa potrwa co najmniej półtora roku.

Dla firm produkcyjnych prowadzenie działalności podczas pandemii jest dużo bardziej skomplikowane niż dla innych branż. Pracowników obsługujących linie produkcyjne nie da się zatrudniać w trybie home office. Firmy wciąż balansują pomiędzy koniecznością zapewnienia bezpieczeństwa pracownikom a utrzymania produkcji i płynności finansowej. Jak wynika z badania przeprowadzonego w kwietniu przez agencję Trenkwalder, pracodawcy w pierwszej kolejności starali się utrzymać miejsca pracy. Dlatego też po ogłoszeniu stanu epidemii kierowali pracowników na zaległe urlopy wypoczynkowe, urlopy bezpłatne czy postojowe. Jednak  blisko 30 proc. firm produkcyjnych zredukowało swoje zatrudnienie w związku z kryzysem wywołanym pandemią koronawirusa, a jedynie 13 proc. z nich skorzystało ze świadczenia postojowego przyznawanego w ramach tarczy antykryzysowej.

– Zwolnienia dotyczyły przede wszystkim pracowników o najkrótszym stażu pracy, najmniej doświadczonych i których prace mogą wykonywać inni pracownicy – mówi agencji Newseria Biznes Wojciech Ratajczyk z agencji pracy Trenkwalder.

Badanie Trenkwalder było prowadzone w pierwszym miesiącu pandemii i wpływ kryzysu na dalsze redukcje zatrudnienia nie jest jeszcze znany. GUS raportuje w kwietniu rekordowy spadek zatrudnienia wynoszący 152 tys. etatów, co stanowi zmniejszenie zatrudnienia o 2,1 proc. w stosunku do analogicznego okresu w ubiegłym roku i 2,4 proc. w stosunku do marca 2020 roku. W maju stopa bezrobocia wzrosła do 6 proc., a bez pracy pozostawało milion osób.

Co ciekawe, trzy czwarte firm, które dokonały redukcji etatów, nie przewiduje zwiększenia zatrudnienia. To oznacza, że w najbliższych tygodniach i miesiącach nastąpi stagnacja na rynku pracy. Dotyczy to głównie branży motoryzacyjnej, gdzie wystąpił spadek zamówień i potrzeba czasu, aby rynek znów się ożywił. Optymistyczne prognozy mówią, że pozytywne zmiany na rynku pracy będą możliwe dopiero po 2021 roku – podkreśla Wojciech Ratajczyk.

Z badania PZPM i KPMG wynika, że wszystkie firmy motoryzacyjne odnotowały w związku z pandemią spadek sprzedaży, a większość musiała mierzyć się z zakłóceniami w dostawach. Te problemy spowodowały, że 61 proc. podmiotów było zmuszonych obniżyć pensje pracowników, a 39 proc. nie ustrzegło się przed zwolnieniami. Prawie siedem na dziesięć firm wskazuje, że długotrwałym skutkiem pandemii będzie konieczność ograniczania zatrudnienia. Trudności dotyczą także obszaru produkcji odzieży i wyrobów tekstylnych oraz mebli.

Branże, które świetnie sobie radzą dzisiaj, to logistyka związana z e-commerce, produkcja żywności i farmacja – mówi prezes agencji pracy Trenkwalder.

I to w tych branżach możliwe będzie zwiększanie liczby pracowników w najbliższych miesiącach. Kwietniowa ankieta Trenkwalder wskazuje, że takie plany ma 26 proc. firm. Zdecydowanie więcej (71 proc.) wstrzymuje się z tymi zamiarami.

Wydaje się, że po kwietniu osiągnęliśmy dół krzywej spadku zatrudnienia. Z naszego badania wynika, że 86 proc. firm nie planuje dalszych zwolnień. Zatem teraz mówimy o nadchodzącej stagnacji na rynku pracy – podkreśla ekspert. – Świat był już niepewny przed wybuchem pandemii, dzisiaj firmy obawiają się przyszłości. Można powiedzieć, że planują swoje zasoby i swoje moce produkcyjne z dnia na dzień.

W takiej sytuacji dla firm kluczowa może okazać się praca tymczasowa, która – jak podkreślają pracodawcy – zapewnia im większą elastyczność zatrudnienia, w zależności od liczby zleceń. To może być szansa dla rynku, którym poważnie zachwiał stan pandemii. Agencje pracy zrzeszone w Polskim Forum HR informują, że 10 tys. pracowników tymczasowych straciło pracę z powodu koronawirusa w ciągu zaledwie półtora miesiąca od ogłoszenia kwarantanny narodowej. Ze względów logistycznych czy formalnych tylko niewielkiej części z tych osób udało się znaleźć nowe zatrudnienie u innego pracodawcy.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/firmy-produkcyjne-walcza,p1932466337