Światło UV-C zabija 99,9 proc. koronawirusa w ciągu kilku sekund. Badania wykazały, że wirusy zabija także rodzaj światła bezpiecznego dla ludzi [DEPESZA]

Nawet 99,9 proc. koronawirusów może zostać zabitych pod wpływem światła UV-C. Dotyczy to także wirusa SARS-CoV-2, który wywołuje COVID-19. Dotychczas wirusy mogły być zabijane przez konwencjonalne bakteriobójcze światło UV-C o długości fali 254 nm, niebezpiecznej dla ludzi. Badania Signify i Uniwersytetu Bostońskiego wykazały jednak, że dla koronawirusa zabójcze jest także światło UV-C o długości fali 222 nm, które nie uszkadza ludzkich komórek. – Udostępnimy technologię innym firmom oświetleniowym, aby zaspokoić rosnące zapotrzebowanie na dezynfekcję – zapowiada Eric Rondolat, prezes Signify.

– Nasze wyniki testów pokazują, że powyżej określonej dawki promieniowania UV-C wirusy zostały całkowicie dezaktywowane: w ciągu kilku sekund nie byliśmy już w stanie wykryć żadnego – podkreśla dr Anthony Griffiths, profesor nadzwyczajny mikrobiologii na Boston University School of Medicine. – Jesteśmy bardzo podekscytowani odkryciami i mamy nadzieję, że przyspieszą one rozwój produktów, które mogą pomóc ograniczyć rozprzestrzenianie się SARS-CoV-2.

Naukowcy już  udowodnili, że światło ultrafioletowe zabija koronawirusa. Najczęściej stosowanym rodzajem światła UV do zastosowań bakteriobójczych jest lampa łukowo-rtęciowa, która emituje światło o długości fali ok. 254 nanometrów. Lampy te można jednak stosować tylko do dezynfekcji niezamieszkałych pomieszczeń –  bezpośrednia ekspozycja na konwencjonalne lampy UV może stanowić zagrożenie dla zdrowia i życia człowieka. W przeciwieństwie do UV-A i UV-B, które są transmitowane przez słońce i mogą być blokowane za pomocą kremu przeciwsłonecznego, UV-C składa się z krótszej długości fali światła, która niszczy materiał genetyczny – zarówno u ludzi, jak i cząstek wirusowych.

Naukowcy firmy Signify i Uniwersytetu Bostońskiego przeprowadzili badania, które potwierdzają, że dla wirusów równie zabójcze jest światło o długości fali 222 nm, które dla ludzi nie stanowi zagrożenia. Podczas badań napromieniowali koronawirusa różnymi dawkami UV-C pochodzącego ze źródła światła Signify. Przy dawce 5 mJ/cm kw. w ciągu 6 sekund zginęło 99 proc. wirusa SARS CoV-2. Opierając się na tych danych, stwierdzono, że dawka 22 mJ/cm kw. spowoduje zmniejszenie wirusa o 99,9999 proc. w 25 sekund.

– Bardzo się cieszę z owocnej współpracy z Uniwersytetem Bostońskim w walce z koronawirusem. Naukowcy potwierdzili skuteczność naszych źródeł światła jako środka zapobiegawczego dla firm i instytucji, które szukają sposobów na zapewnienie środowiska wolnego od wirusów  – wskazuje Eric Rondolat, prezes zarządu Signify.

Światło można bezpiecznie stosować w miejscach o dużym natężeniu ruchu – w szpitalach, środkach transportu czy szkołach. W Chinach światło UV jest już szeroko stosowane do czyszczenia autobusów i innych przedsiębiorstw publicznych. W najbliższym czasie taki sposób dezynfekcji może być wykorzystywany znacznie częściej. Signify zapowiedziało, że technologię udostępni innym firmom oświetleniowym.

– Biorąc pod uwagę potencjał technologii do wspomagania walki z koronawirusem, Signify nie zachowa jej do wyłącznego użytku, ale udostępni ją innym firmom oświetleniowym. W nadchodzących miesiącach zwiększymy jednak naszą zdolność produkcyjną wielokrotnie, aby zaspokoić rosnące zapotrzebowanie na dezynfekcję – podkreśla Eric Rondolat.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/swiatlo-uvc-zabija-999,p706796359

Pierwsze latające taksówki już za dwa lata. Rozładują zakorkowane miasta i przyspieszą krótkie podróże

Systemy autonomizujące pracę pojazdów transportowych pozwolą stworzyć inteligentne latające taksówki. Dzięki zastosowaniu technologii dronowych możliwe będzie wdrożenie do służby ekologicznych taksówek elektrycznych pionowego startu i lądowania z systemem autopilota na pokładzie. Sztuczna inteligencja przejmie w nich rolę kierowcy-oblatywacza, umożliwiając szybkie i sprawne przemieszczanie się po aglomeracji. Rynek podchodzi jednak dość sceptycznie do autonomicznych latających taksówek.

– Autonomiczna taksówka to jest o krok za daleko. W przypadku statku powietrznego, w którym nie widzę pilota i nie wiem, jak się z niego wydostać, czułbym niepokój. Ale zakładam, że skoro można dolecieć na Księżyc w statku, w którym człowiek niewiele może zrobić, to może jednak zaufajmy informatykom, programistom i innym konstruktorom i zgódźmy się na takie loty – mówi agencji Newseria Innowacje Sławomir Kosieliński, prezes Fundacji Instytut Mikromakro i przewodniczący Komitetu Organizacyjnego Droniada GZM 2020.

Z raportu „TomTom Traffic Index 2019” wynika, że od 2018 roku średni poziom zakorkowania miast na świecie wzrósł aż o 28 proc. W ubiegłym roku przestaliśmy w korkach średnio 87 minut i nic nie wskazuje na to, aby w najbliższym czasie sytuacja miała się zmienić. Rozwiązaniem problemu narastających korków mają być systemy autonomicznego transportu pasażerskiego, nad którymi pracują największe korporacje technologiczne z całego świata oraz obiecujące start-upy.

Potencjał pojazdów tego typu dostrzegł m.in. japoński rząd, który planuje wdrożyć do najbardziej zatłoczonych miast system autonomicznych latających taksówek. Do prac nad tym projektem zaproszono inżynierów z takich firm jak Airbus, Boeing, Cartivator, Japan Airlines, NEC, Uber czy Yamato Holdings. Według wstępnych założeń pierwsze pojazdy miałyby rozpocząć służbę w ciągu najbliższej dekady.

Na apel japońskiego rządu opowiedziała m.in. firma NEC, która pod koniec 2019 roku przeprowadziła testy prototypowej maszyny tego typu. Pojazd wyposażono w cztery silniki wirnikowe, które z powodzeniem uniosły maszynę na wysokość ok. 3 metrów, pozwoliły wykonać kilka manewrów i bezpiecznie wylądować. Testy odbywały się bez pasażerów na pokładzie, w przyszłości jednak maszyna będzie zdolna do transportowania zarówno towarów, jak i ludzi. Za masową produkcję autonomicznych taksówek od NEC ma odpowiadać spółka Cartivator, a pierwsze pojazdy zjadą z linii produkcyjnych w 2026 roku.

– Już dzisiaj niektóre linie metra są całkowicie autonomiczne. Pociągiem steruje komputer, maszynisty tam nie uświadczymy. Gdybyśmy na chłodno na to spojrzeli, współczesne boeingi i airbusy są również pojazdami bezzałogowymi, pilot tylko naciska guzik. Maszyna sama startuje, leci i ląduje, a pilot jest tylko dla naszej satysfakcji – twierdzi ekspert.

Jednym z pierwszych operatorów latających pojazdów autonomicznych może zostać firma Uber, która w ramach programu Uber Air pracuje nad autorskimi pojazdami tego typu. Od 2020 roku korporacja rozpoczyna intensywne testy swoich wielkoformatowych dronów transportowych, a od 2023 roku planuje rozpocząć świadczenie usług komercyjnych dla mieszkańców trzech miast: Dallas, Los Angeles oraz Melbourne.

Do wdrożenia na rynek latających taksówek przygotowuje się również Europejska Agencja Bezpieczeństwa Lotniczego. Eksperci EASA opublikowali wytyczne dla producentów elektrycznych i hybrydowych pojazdów pionowego startu i lądowania, które będą stanowić podstawę do prac nad pojazdami przeznaczonymi do funkcjonowania na terenie Unii Europejskiej.

– Jeżeli piloci nie ćwiczą, nie wykonują zadań specjalnych, to w tak zautomatyzowanym środowisku tracą swoje umiejętności. Jest to więc nieustająca walka między tym, ile zautomatyzować, a ile jeszcze zachować kompetencji pilota, maszynisty czy kierowcy – wskazuje Sławomir Kosieliński.

Według Index Markets Research w 2017 roku wartość rynku autonomicznych samolotów pionowego startu i lądowania wyniosła 3,2 mld dol. Szacuje się, że do 2022 roku osiągnie wartość 7,88 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 19,82 proc.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/pierwsze-latajace,p1040325183

Gemius: Zakupy w sieci biją rekordy popularności. Co czwarty internauta robiłby je częściej, gdyby miał do wyboru więcej opcji dostawy

Zakupy online robimy częściej niż przed pandemią. Jak wynika z opublikowanego właśnie raportu Gemius, już 73 proc. internautów kupuje w sieci, czyli o 11 pkt proc. więcej niż rok temu, przede wszystkim w polskich e-sklepach. Do takiej formy zakupów zachęcają całodobowa dostępność i wygoda, a najbardziej pożądaną formą dostarczenia paczek jest dostawa kurierem do domu lub firmy. – To właśnie szeroka opcja wyboru dostawy, jej cena i jakość są przez internautów wymieniane wśród najbardziej motywujących czynników do zakupów internetowych – komentują eksperci od e-commerce.

– Niewątpliwie czas, w którym się znajdujemy, czyli okres pandemii, wpłynął na zmianę naszych zachowań oraz przyspieszył pewne trendy, które już się działy. W tym momencie coraz więcej osób, które nie kupowały online, przekonało się do tej formy zakupów – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Katarzyna Binert, e-commerce manager w Gemius.

Z badania Gemius Polska „E-commerce w Polsce 2020 w oczach internautów” wynika, że już 73 proc. internautów kupuje w sieci. To o 11 pkt proc. więcej niż w 2019 roku. Częściej kupujemy w polskich e-sklepach (71 proc.), choć rośnie liczba osób korzystających ze sklepów zagranicznych (30 proc. internautów). Kupujący online to nieco częściej osoby młodsze – do 34. roku życia, z wyższym wykształceniem oraz te dobrze oceniające sytuację finansową swojego gospodarstwa domowego.

– Najczęściej kupujemy odzież i dodatki oraz obuwie [odpowiednio 69 i 58 proc. – red.]. Na kolejnym miejscu są perfumy i kosmetyki [57 proc.], a dalej – książki, multimedia i filmy [56 proc]. Na odzież, obuwie i dodatki wydajemy średnio 190 zł, na perfumy i kosmetyki około 130 zł miesięcznie, a na książki około 76 zł miesięcznie – wylicza Katarzyna Binert.

Do zakupów online zachęcają całodobowa dostępność (82 proc. wskazań), wygoda oraz ceny atrakcyjniejsze niż w tradycyjnych sklepach. Motywująca do częstszych zakupów jest też sprawna dostawa. Istotna dla internautów jest także forma doręczenia przesyłki. Dla 53 proc. badanych jedną z głównych motywacji do robienia zakupów w sieci jest wiele dostępnych możliwości dostawy lub odbioru zamawianych produktów.

– Jak pokazuje najnowsze badanie, dostawa kurierem bezpośrednio pod wskazany adres jest niezmiennie tą formą doręczenia, która w największym stopniu zachęca i motywuje klientów do zakupów w konkretnym sklepie internetowym – wskazuje Anna Kania-Okieńczyc, dyrektor ds. marketingu w DHL Parcel Polska, która jest jedną z najczęściej wybieranych przez internautów firm kurierskich.

Dostawa kurierem bezpośrednio do domu czy pracy zachęca do zakupów online 74 proc. internautów. To o 3 pkt proc. więcej niż w poprzedniej edycji badania. Popularność usług kurierskich wzrosła szczególnie w okresie pandemii, kiedy klienci wybierali dostawę kurierem jako najbezpieczniejszą formę dostarczenia przesyłki, która zwalniała ich z obowiązku wychodzenia z domu.

Z badania DHL „Preferencje konsumentów w zakresie sposobu dostawy” wynika, że dostawa do drzwi jest ulubioną formą dostawy polskich kupujących. Gdyby wszystkie jej formy były w tej samej cenie, blisko połowa wybrałaby właśnie ją. Ponad 80 proc. osób, które korzystają z usług dostawy bezpośrednio do domu lub pracy, często chciałoby, aby zakupy zostały wniesione do domu przez kuriera. Podobnie wyglądają preferencje klientów podczas zwrotu towarów kupionych w sieci. Ponad połowa (52 proc.) z nich przyznała, że możliwość darmowego odesłania produktów kurierem zachęca ich do zakupów w danym sklepie.

– Dla branży kurierskiej bardzo istotna jest strefa odbiorcy, czyli to, jak konsumenci widzą dostawę kurierską, czy umiejętnie się z nimi komunikujemy, czy informujemy ich o potencjalnych godzinach doręczenia i czy w nie trafiamy. Dzisiaj dwugodzinne przedziały to jest w naszym przypadku standard. Pracujemy nad tym, żeby jeszcze skrócić to okno doręczenia, bo to jest podstawa świadczenia usług kurierskich – podkreśla dyrektor ds. marketingu w DHL Parcel Polska.

Dostawa kurierem pod drzwi jest preferowana szczególnie przez klientów 45+ (ponad połowa osób w tej grupie wiekowej wskazała taką opcję). Wśród młodszych grup odsetek wskazań waha się od 45 do 50 proc. Internauci coraz chętniej wskazują również na możliwości odbioru z punktów. Badanie DHL wskazuje, że taką formę dostawy częściej wybierają osoby w grupach wiekowych 25–34 lata i 35–44 lata.

– Widzimy wysoki potencjał rozwoju naszej sieci punktów nadań i odbioru – DHL ServicePoint, których w sumie jest już ponad 8 tys. Jest to sieć złożona z rzetelnych partnerów: Żabki, Inmedio, Kaufland, ABC, stacji Shell i wielu innych indywidualnych punktów – wymienia Anna Kania-Okieńczyc. – Trend związany z odbiorami w punktach staje się coraz bardziej znaczący i jest widoczny szczególnie wśród osób, które cenią sobie elastyczność. Odbieramy wtedy, kiedy chcemy, w miejscu, które wybieramy, i przy okazji możemy zrobić małe zakupy. Mamy też automaty paczkowe rozstawione w sieci Biedronka, które cieszą się coraz większym zainteresowaniem klientów.

Jak podkreśla, są grupy klientów, które w zależności od potrzeb i aktualnych preferencji wybierają zamiennie dostępne opcje dostawy. Dlatego też co czwarty badany przez Gemiusa internauta zadeklarował, że większy wybór sposobów dostawy jest dla niego czynnikiem motywującym do częstszych zakupów online.

– Ci sami klienci w różnych momentach zamawiają albo kuriera, albo dostawę do punktu, w zależności od tego, co i gdzie kupują, jaka jest wartość przesyłki, czy ma być to dostawa ekonomiczna, bo dostawa do punktu jest zawsze tańsza, ale też jest ekologiczna. Mamy różne potrzeby, kupujemy różne produkty, w różnych sklepach i to determinuje nasz wybór, czy odbieramy w domu, czy możemy odebrać w punkcie – podkreśla dyrektor ds. marketingu w DHL Parcel Polska.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/gemius-zakupy-w-sieci,p754979206

Czarne chmury nad projektem gazociągu Nord Stream 2. Gazprom będzie musiał dostosować się do reguł UE, a Amerykanie szykują kolejne sankcje

Budowa gazociągu Nord Stream 2 stoi od ponad pół roku wskutek amerykańskich sankcji. Do ułożenia zostało ok. 160 km gazociągu, który Rosjanie chcą dokończyć z wykorzystaniem statku należącego do Gazpromu i oddać na przełomie 2020 i 2021 roku. Amerykański Kongres pracuje jednak nad projektem nowych sankcji wymierzonych w projekt gazociągu, które mogą go ostatecznie zastopować. Dla Rosji równie dużym problemem mogą okazać się też unijne regulacje i konieczność dostosowania się do reguł panujących na rynku UE, co uniemożliwi Gazpromowi monopolistyczne wykorzystanie Nord Stream 2.

W ostatnich tygodniach w Kongresie Stanów Zjednoczonych został wprowadzony nowy projekt ustawy o sankcjach dotyczących Nord Stream 2, przy czym musi to jeszcze oczywiście zostać przyjęte przez amerykańskich polityków. Jeżeli udałoby się przyjąć te zapisy, to będzie oznaczać już drugie poważne uderzenie w gazociąg Nord Stream 2. Kto wie, czy skutkiem tego nie będzie to, że projekt będzie musiał zostać trwale wstrzymany, a nie jedynie opóźniony. Ta kwestia będzie się rozwijać w kolejnych miesiącach – mówi agencji Newseria Biznes Mateusz Kubiak, analityk rynków energetycznych Esperis.

Dwunitkowy rurociąg Nord Stream 2 o łącznej przepustowości 55 mld m3 rocznie ma transportować rosyjski gaz do Niemiec przez Morze Bałtyckie, z pominięciem Ukrainy. Jednak projekt jest de facto zamrożony od ponad pół roku. To bezpośredni efekt wprowadzonych w grudniu ub.r. amerykańskich sankcji, które skutecznie wstrzymały jego budowę. W wyniku ich nałożenia szwajcarska firma Allseas, która budowała Nord Stream 2, wycofała z Bałtyku swe specjalistyczne statki układające rury na dnie morskim.

Trzeba jednak pamiętać, że Nord Stream 2 w większości leży już na dnie Bałtyku. Do wybudowania został względnie krótki odcinek, około 160 km gazociągu. Prace nie zostały dotychczas wznowione ze względu na wciąż obowiązujące sankcje, które uniemożliwiają Rosjanom współpracę z zagranicznymi, zachodnimi spółkami inżynieryjnymi. Ale teraz Rosjanie przygotowują się do tego, żeby kontynuować prace konstrukcyjne własnymi siłami, z użyciem własnego statku do układania rur. Nie wiemy jeszcze, kiedy zostaną one wznowione – mówi Mateusz Kubiak.

Według pierwotnego harmonogramu Nord Stream 2 miał być ukończony w 2019 roku. Aktualnie Rosjanie deklarują, że inwestycja zostanie oddana na przełomie 2020 i 2021 roku. Projekt może zostać dokończony przez należący do grupy Gazpromu statek Akademik Czerski. Ekspert ocenia jednak, że oprócz ewentualnych amerykańskich sankcji dla Rosji drugim dużym problemem pozostaje kwestia regulacji unijnych.

Znowelizowana dyrektywa gazowa z zeszłego roku wprowadza obowiązek stosowania europejskich regulacji także dla gazociągów importowych do UE. W maju br. została ogłoszona decyzja niemieckiego regulatora, który był uprawniony, aby orzekać, czy Nord Stream 2 może uzyskać derogację, czyli zwolnienie z obowiązywania tych nowych reguł. Odpowiedź była odmowna. Na dziś wszystko wskazuje więc, że projekt będzie musiał zostać objęty zasadami obowiązującymi graczy, którzy funkcjonują na unijnym rynku. To kolejny problem dla Rosjan, bo de facto uniemożliwi monopolistyczne wykorzystywanie tego gazociągu przez Gazprom – mówi analityk rynków energetycznych Esperis.

Jak ocenia, zablokowanie dokończenia budowy wciąż nie jest jednak pewne i stoi pod znakiem zapytania. Jeśli jednak projekt zostanie zastopowany, będzie to mieć konsekwencje zarówno biznesowe, jak i polityczne, w tym głównie wzmocni pozycję Ukrainy w negocjacjach z Rosją.

Nord Stream 2 ma skutkować ograniczeniem, być może nawet wstrzymaniem dostaw rosyjskiego gazu przez Ukrainę. Jeżeli budowa gazociągu zostanie zablokowana, w kolejnych latach Ukraińcy będą rozmawiać z Rosjanami z zupełnie innej pozycji. Wciąż pozostaną niezbędnym państwem tranzytowym dla dostaw rosyjskiego gazu do UE. Ukraina będzie w lepszej pozycji, negocjując z Rosjanami przedłużenie obecnie obowiązującej umowy, która została podpisana z końcem zeszłego roku na okres pięciu lat. Z drugiej strony na Ukrainę będzie się inaczej patrzeć w samej UE. Dalej będzie to kluczowe państwo, bez którego nie może odbywać się tranzyt gazu do Unii, więc zainteresowanie nim będzie dużo większe – mówi Mateusz Kubiak.

Wstrzymanie budowy Nord Stream 2 będzie też oznaczać, że nie dojdzie do znaczącego wzmocnienia roli Niemiec jako głównego hubu i głównego punktu obrotu gazem w Unii Europejskiej. Jak wskazuje ekspert, w dalszej przyszłości może też pojawić się zainteresowanie kolejnymi projektami dywersyfikacyjnymi w Europie lub rozbudową już istniejących połączeń. 

W dłuższej perspektywie można się spodziewać, że brak Nord Stream 2 spowoduje, iż dostawy nierosyjskiego gazu do Europy będą coraz większe, pod warunkiem że popyt na gaz w Europie będzie rosnąć. Wówczas – o ile nie dojdzie do pojawienia się dodatkowych mocy przesyłowych z Rosji – to w naturalny sposób będzie sprzyjać dostawom alternatywnego surowca, niekoniecznie amerykańskiego, ale też z innych źródeł – mówi analityk rynków energetycznych Esperis.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/czarne-chmury-nad,p1003913151

Autonomiczne i uzbrojone pojazdy wkraczają na pola walki. Będą patrolować granice na lądzie, morzu i w powietrzu

Maszyny coraz częściej zastępują zawodowych żołnierzy na polu walki. Dzięki dynamicznemu rozwojowi technologii autonomicznych roboty wojskowe nowej generacji nie tylko pozwalają wykonywać część niebezpiecznych zadań zdalnie, ale w niektórych sytuacjach mogą także podejmować samodzielne decyzje na podstawie danych zebranych z inteligentnych czujników. Roboty będą wykorzystywane m.in. w procesach rozpoznania, transportu czy wsparcia ogniowego.

– Autonomiczny pojazd kołowy z modułem uzbrojenia do zadań rozpoznawczych i bojowych umożliwi przemieszczanie się do docelowego punktu. Jest on wyposażony w szereg czujników, które umożliwiają uzyskanie autonomii: głowicę obserwacyjną, kamery światła widzialnego i kamery termowizyjne, które umożliwiają wykrywanie przeszkód oraz dokonywanie analizy terenu. Mamy też lasery 3D do wspomagania wykrywania przeszkód w przypadku jazdy autonomicznej – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr inż. Marek Nowakowski, dyrektor ds. technicznych Stekop SA.

Za projekt pierwszego polskiego autonomicznego pojazdu bojowego Perun odpowiadają inżynierowie ze Stekop SA, ZMT Tarnów oraz eksperci z Wojskowej Akademii Technicznej. Maszyna powstaje w ramach programu badań naukowych na rzecz obronności i bezpieczeństwa państwa i po wdrożeniu do służby ma zastąpić żołnierzy w najbardziej niebezpiecznych zadaniach realizowanych na polu walki.

Perun umożliwi realizację w pełni autonomicznych misji w odległości co najmniej 5 km od punktu dowodzenia, zaś w trybie sterowania manualnego żołnierze będą mogli kontrolować go w zasięgu do 500 metrów. Operator będzie mógł ręcznie wprowadzić trajektorię przemieszczania się pojazdu albo wskazać jedynie docelowy punkt podróży. Perun automatycznie wybierze optymalną ścieżkę i wykorzysta inteligentne czujniki do omijania przeszkód na swojej drodze.

– Celem tego projektu było wsparcie wojsk przede wszystkim w rozpoznaniu terenu. A dzięki temu, że ma moduł uzbrojenia, może też dokonać zdalnie ostrzału. W pewnej odległości może stanowić zabezpieczenie wojsk w przypadku działań na polu walki. Dodatkowo jego autonomia umożliwia szereg innych zastosowań, np. podążanie za wojskami, przemieszczanie, przenoszenie pewnych elementów związanych z wyposażeniem wojsk – tłumaczy ekspert.

Nad podobną maszyną pracuje także estońska firma Milrem Robotics. Autonomiczny pojazd gąsienicowy Type-X RCV powstał w ramach Europejskiego Programu Rozwoju Przemysłu Obronnego EDIDP i ma stać się podstawową platformą do konstrukcji autonomicznych pojazdów bojowych wykorzystywanych przez państwa Unii Europejskiej. Za podstawę konstrukcyjną przyjęto platformę samobieżną THeMIS, która do kwietnia 2020 roku była testowana przez estońskich żołnierzy w misjach transportowych.

Z kolei brytyjskie siły zbrojne w ramach programu Progeny Maritime Research Framework testowały bezzałogową, autonomiczną łódź bojową Seagull opracowaną przez inżynierów z firmy Albit. Pojazd przystosowano do wykonywania samodzielnych akcji zbrojnych trwających nawet do czterech dni, a po wdrożeniu do regularnej służby wojsko będzie mogło zlecić mu zadania z zakresu obrony przeciwminowej bądź zwalczania okrętów podwodnych.

Szeroko zakrojone prace nad wojskowymi maszynami autonomicznymi prowadzi także amerykańska armia, która nie ogranicza się wyłącznie do eksperymentów z klasycznymi pojazdami. Ciekawym przykładem innowacyjnego podejścia do autonomicznych technologii wojskowych jest zmechanizowany pilot autorstwa DZYNE Technologies Inc. Maszynę ROBOpilot przystosowano do obsługi klasycznych pojazdów latających i w 2019 roku odbyła udany autonomiczny lot na pokładzie samolotu Cessna.

Zbudowana przez Polaków platforma autonomiczna, która będzie sercem pojazdu Perun, może być w przyszłości wykorzystana także do innych celów.

– Platforma autonomiczna TARVOS opracowana przez firmę Stekop ma szereg zastosowań. Może być wyposażona w różnego rodzaju czujniki, sensory, np. jeżeli chodzi o zagrożenie chemiczne, o wszelkiego rodzaju działania, które wymagają detekcji, użycia wizji – wyjaśnia dr inż. Marek Nowakowski.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/autonomiczne-i-uzbrojone,p953103208

NASA chce zmienić trajektorię lotu planetoidy. To pierwsza taka misja kosmiczna w historii [DEPESZA]

NASA szacuje, że Ziemi zagraża pół miliona obiektów kosmicznych o rozmiarach 40 metrów  i większych. Niemal 20 tys. asteroid znajduje się blisko Ziemi, przy czym ponad tysiąc jest na liście ryzyka Europejskiej Agencji Kosmicznej. Zderzenie z nimi może mieć dla naszej planety katastrofalne skutki, dlatego NASA i Europejska Agencja Kosmiczna testują rozwiązania, które mają zneutralizować zagrożenie. W ramach misji AIDA wyślą specjalny statek, który ma zmienić trajektorię lotu planetoidy Dimorphos.

Szacunki NASA wskazują, że ogółem Ziemi zagraża 500 tys. obiektów tzw. Near Earth Objects (NEO) o średnicy 40 metrów i większych. Z danych Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA) wynika zaś, że obecnie w Układzie Słonecznym blisko Ziemi krąży ich ok. 20 tys. Potencjalnie mogą być niebezpieczne, choć ich trajektoria nie pozwala na razie sądzić, że zderzą się z naszą planetą. Na liście ryzykownych obiektów ESA znajduje się ich obecnie 1060.

– Potencjalnie niebezpieczne asteroidy są problemem globalnym – ocenia Andrea Riley, dyrektor programowy DART w centrali NASA. – DART jest pierwszym krokiem w testowaniu metod zmiany orbity niebezpiecznych asteroid.

NASA i Europejska Agencja Kosmiczna testują już rozwiązania, które mają zabezpieczyć Ziemię przed potencjalnym zderzeniem. W ramach misji Asteroid Impact and Deflection Assessment (AIDA) powstał pojazd Double Asteroid Redirection Test (DART), którego celem będzie planetoida Didymos, a dokładniej – mniejsza z dwóch planetoid. Większa ma średnicę 780 metrów, mniejsza – 160 metrów. To właśnie w Dimorphosa, czyli księżyc Didymosa, ma uderzyć pojazd DART.

– Asteroidy otrzymują po ich odkryciu tymczasową nazwę, dopóki nie poznamy ich orbit na tyle dobrze, aby ich nie zgubić. Po zidentyfikowaniu systemu Didymos jako idealnego celu dla misji DART musieliśmy formalnie rozróżnić ciało główne i satelitę – wskazuje Andy Rivkin, astronom badawczy i współprowadzący badania DART w Laboratorium Fizyki Stosowanej Johna Hopkinsa (APL), które zarządza misją NASA.

Sonda DART ma celowo uderzyć w asteroidę, aby zmienić jej trajektorię ruchu w przestrzeni kosmicznej. Choć akurat Didymos nie zagraża w żaden sposób Ziemi, w ten sposób naukowcy będą mogli sprawdzić, czy w przyszłości taki statek mógłby uratować naszą planetę przed ogromną katastrofą.

Dotychczas naukowcy pracowali nad technologią obrony planetarnej, w tym wybuchem jądrowym, ablacją laserową i oporem grawitacyjnym, aby zmniejszyć ryzyko potencjalnie niebezpiecznych asteroid. Obecnie wydaje się jednak, że to właśnie zderzenie kinetyczne może okazać się najbardziej skuteczne. Będzie można się o tym przekonać w 2022 roku, kiedy DART ma uderzyć w planetoidę Dimorphos.

– Astronomowie będą mogli porównać obserwacje z teleskopów ziemskich przed zderzeniem kinetycznym DART i po nim, aby określić, jak bardzo zmienił się okres orbitalny Dimorphosa – wskazuje Tom Statler, naukowiec programu DART w centrali NASA. – To kluczowy pomiar, który pokaże nam, jak asteroida zareagowała na naszą próbę zmiany jej orbity.

Jakie straty powoduje obiekt kosmiczny uderzający w Ziemię, można było przekonać się w 2013 roku, kiedy nad obwodem czelabińskim, po wejściu w ziemską atmosferę, 17-metrowy meteoryt rozpadł się na małe części. Energię tego zdarzenia szacuje się na 440 kiloton trotylu, a fala uderzeniowa spowodowała znaczne straty. W ostatnim stuleciu ogromne zniszczenia spowodowała asteroida o rozmiarach 40–60 metrów, która w 1908 roku wleciała w atmosferę i  wybuchła w środkowej Syberii z energią równoważną 5–10 megatonom trotylu. Zniszczyła ponad 2 tys. km kw. lasów. Gdyby takie wydarzenie miało miejsce współcześnie, spowodowałoby miliony ofiar.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/nasa-chce-zmienic,p1068301403

Długość czy jakość włosów dylemat wielu kobiet

Dla wielu kobiet długie i zadbane włosy są marzeniem, do którego spełnienia dążą wytrwale latami.  W takiej sytuacji najtrudniej jest zdobyć się na odwagę, by pójść do fryzjera i bezpowrotnie stracić cenne centymetry.

Długie włosy od tysięcy lat są uważane za atrybut kobiecości, w wyjątkowy sposób podkreślający zmysłowość i wdzięk płci pięknej. Dlatego też kobiety na całym świecie decydują się na wieloletni proces zapuszczania włosów, często rezygnując przy tym z jakiejkolwiek ingerencji fryzjera, w obawie poniesienia zbyt wielkiej straty upragnionej długości. Czy warto jednak unikać nożyczek, w żmudnej walce o piękne i długie włosy?

Długość czy jakość włosów się liczy?

Dylemat wielu kobiet.

W pogodni za wymarzonymi włosami często zapominamy o tym, że długość naszych włosów jest uzależniona od ich ogólnej kondycji. Zdrowe i zadbane włosy nie tylko rosną szybciej, ale także są mniej podatne na wszelkiego rodzaju uszkodzenia, powodujące osłabienie ich struktury. Każdego dnia mamy do czynienia z sytuacjami, które negatywnie wpływają na stan i jakość naszych włosów. Wiatr, nadmiar promieni słonecznych, częsta koloryzacja, a nawet i źle dobrane kosmetyki – to wszystko sprawia, że pomimo widocznego na czubku głowy odrostu, nasze włosy na długości tracą, zamiast zyskiwać.

Pomimo tego, że podcinanie końcówek nie ma bezpośredniego wpływu na przyśpieszenie wzrostu włosa, pomaga zadbać o utrzymanie jego długości, co jest szczególnie istotne w przypadku zapuszczania włosów. Rezygnując z regularnego podcinania, dopuszczamy do pogłębienia problemu rozdwojonych końcówek, który z czasem może objąć nawet połowę długości naszych włosów. W takiej sytuacji ścięcie kilku centymetrów może okazać się już niewystarczające, a jedynym ratunkiem dla naszych włosów będzie rezygnacja z ich znacznej długości.

Fobia ostrego cięcia

Pomimo wiedzy o konieczności podcinania końcówek, wiele kobiet wciąż rezygnuje z wizyt u fryzjera, czując strach przed utratą zbyt wielu centymetrów. Najczęściej jest to spowodowane traumatycznymi doświadczeniami z innych salonów fryzjerskich, w których obiecane nam 2 centymetry, okazały się wyjść poza skalę naszych oczekiwań. Podobne sytuacje miały miejsce również w programie „Ostre cięcie”, prowadzonym przez fryzjera Andrzeja Wierzbickiego. http://andrzejwierzbicki.com  Mimo wcześniejszych obaw związanych z podcięciem włosów przez pracowników salonu, wiele uczestniczek programu dało się namówić na ryzykowną metamorfozę, możliwą do przeprowadzenia jedynie pod czujnym okiem fryzjera Wierzbickiego.

Jak się później okazało – głównym problemem nie była długość cięcia, a potrzeba bycia zrozumianą. Według Andrzeja Wierzbickiego, w pracy fryzjera nie liczą się jedynie umiejętności, ale także budowanie porozumienia z klientem, wysłuchanie jego potrzeb i wspólne znalezienie najlepszego rozwiązania.

Pandemia mocno zachwieje kondycją finansową banków. O kredyty dla konsumentów i przedsiębiorstw będzie coraz trudniej

Obniżki stóp procentowych i wzrost kosztów ryzyka odbiją się na kondycji finansowej banków, które już na początku roku zaostrzyły warunki udzielania kredytów. I mimo że w nadchodzących miesiącach spodziewają się dużego spadku popytu, zwłaszcza na kredyty długoterminowe dla MŚP, mieszkaniowe i konsumpcyjne, to nie zamierzają tych kryteriów łagodzić. NBP wskazuje, że skala tego zaostrzenia będzie znacząca, co może odbić się na całej gospodarce.

– Banki żyją z kontrolowanego ryzyka. Pandemia była takim czarnym łabędziem, który skokowo podniósł ryzyko kredytowe, co oznacza, że w bankach pojawiają się bardzo duże rezerwy na kredyty. Ten rok na pewno będzie trudniejszy, tworzenie rezerw oznacza ograniczenie środków pod nowe kredyty i wymaga zrównoważenia tych dwóch elementów – mówi agencji Newseria Biznes Mariola Szymańska-Koszczyc, prezes EFPA Polska – Fundacji na rzecz Standardów Doradztwa Finansowego, wiceprezes Warszawskiego Instytutu Bankowości.

Pandemia SARS-CoV-2 to kolejny na przestrzeni ostatnich miesięcy cios dla sektora bankowego, po procesach o kredyty frankowe czy tzw. małym TSUE, regulującym zwroty prowizji za wcześniejszą spłatę kredytów konsumpcyjnych. Teraz nałożyły się na nie dodatkowe problemy – obniżki stóp procentowych, niska aktywność klientów i wzrost kosztów ryzyka, co z pewnością odbija się na kondycji finansowej sektora.

– Z pewnością wyniki sektora bankowego na koniec tego roku będą słabsze od poprzedniego, ale za wcześnie jeszcze prognozować, o ile. Prognozy, które się pojawiają, mają duży rozstrzał, mówimy o kilku do nawet kilkudziesięciu miliardów złotych różnicy w wyniku netto sektora bankowego na koniec roku wobec poprzedniego. To są poważne różnice. Wszystko zależy od tego, jak szybko będziemy odmrażać gospodarkę i jak będzie wyglądała jesień – mówi Mariola Szymańska-Koszczyc.

Według NBP w nadchodzącym okresie trzeba spodziewać się znacznego spadku przeciętnej zyskowności sektora bankowego oraz wzrostu liczby i udziału w aktywach banków ponoszących straty. Wpłynie na to m.in. spadek marży odsetkowej (obniżenie stopy referencyjnej NBP (o 1,4 pkt proc.) spowoduje spadek marży odsetkowej netto rzędu 15–30 proc.), wzrost odpisów na oczekiwane straty kredytowe, spadek przychodów banków z prowizji i opłat wskutek mniejszego popytu na usługi bankowe oraz możliwy wzrost odpisów portfelowych na ryzyko związane z kredytami frankowymi. Polskie banki mają tymczasem niewielki potencjał do głębszego obniżania kosztów.

– Polski sektor bankowy jest bardzo silny kapitałowo i to jest powszechna opinia wśród polskich i międzynarodowych instytucji. Polskie banki mają też mocną pozycję płynnościową, w związku z czym nie widzę dla nich fundamentalnych zagrożeń. Co nie zmienia faktu, że ten rok będzie dla nich bardzo trudny, podobnie jak i dla całego sektora finansowego – mówi prezes EFPA Polska.

Także Narodowy Bank Polski w „Raporcie o stabilności systemu finansowego. Wydanie specjalne: skutki pandemii COVID-19” wskazuje, że polski system finansowy wszedł w okres pandemii w dobrej kondycji, odporny na szoki i bez znaczących nierównowag. Siła i charakter szoku wywołanego pandemią sprawiły jednak, że ryzyko kredytowe znacznie wzrosło, a prawdopodobieństwo wystąpienia problemów z obsługą długu jest znaczne w większości kategorii kredytów. Bank centralny wskazał, że jednocześnie z uwagi na spodziewane straty kredytowe pojawiło się też ryzyko nadmiernego ograniczenia dostępności kredytu w gospodarce, co będzie mieć na nią niekorzystny wpływ.

– Największym wyzwaniem będą odroczone konsekwencje lockdownu: potrzeby kredytowe klientów i wzrost ryzyka kredytowego – mówi Mariola Szymańska-Koszczyc. – Dzisiejsza sytuacja postepidemiczna wymaga współpracy i ogromnej odpowiedzialności pomiędzy sektorem prywatnym a rządem i instytucjami publicznymi. Sektor finansowy dostarcza finansowanie dla gospodarki, przez co powinien być sektorem specjalnej troski, ważnym partnerem w znajdywaniu rozwiązań na optymalne wychodzenie z bardzo trudnej sytuacji, w której się znaleźliśmy.

Już w I kwartale tego roku banki zaostrzyły warunki udzielania kredytów we wszystkich segmentach rynku. W przypadku kredytów dla przedsiębiorstw skala tego zjawiska była największa od 2009 roku. Mimo że w nadchodzących miesiącach banki spodziewają się dużego spadku popytu na kredyty (zwłaszcza mieszkaniowe, konsumpcyjne i kredyty długoterminowe dla MŚP), to nadal zamierzają zaostrzać politykę kredytową. Jak wskazał bank centralny, skala tego zaostrzenia będzie znacząca, co może negatywnie odbić się na całej gospodarce („Sytuacja na rynku kredytowym II kwartał 2020 r.”).

– Dziś sektor bankowy jest tym, który, mimo że wychodzi proaktywnie i pomaga przedsiębiorcom z różnych branż, powinien sam zostać otoczony publiczną opieką jako część krwiobiegu gospodarki oraz jako źródło finansowania i wychodzenia z kryzysu wszystkich przedsiębiorstw w Polsce – wskazuje wiceprezes Warszawskiego Instytutu Bankowości.

Jak podkreśla, banki odegrały istotną rolę w transferowaniu rządowej pomocy z kolejnych tarcz antykryzysowych. Z kolei pod względem środowiska pracy bardzo dobrze poradziły sobie ze stress-testem, jakim okazała się pandemia SARS-CoV-2 i trzymiesięczny lockdown.

– Gdy spojrzymy na giełdę, ceny akcji banków mocno spadały, ale jeśli chodzi o ciągłość ich działania, ten egzamin zdały na piątkę. Nie było żadnych większych zawirowań związanych z serwisowaniem bieżących potrzeb klientów. Sektor bankowy jako mocno zinformatyzowany bardzo dobrze poradził sobie też z przejściem na pracę zdalną – mówi Mariola Szymańska-Koszczyc.

Prezes Fundacji EFPA Polska ocenia też, że pandemia dodatkowo napędzi w sektorze bankowym szersze wykorzystanie automatyzacji, procesów zdalnych i sztucznej inteligencji.

– Jednocześnie sektor finansowy jest jedną z najbardziej uregulowanych branż. Wchodząc w obszar, w którym ważną rolę odgrywają technologie takie jak sztuczna inteligencja, trzeba na nowo się temu przyjrzeć. W wielu obszarach te regulacje nie nadążają za rzeczywistością. Potrzebny jest okrągły stół, przy którym zostanie dokonany przegląd istniejących regulacji, oraz starania, żeby znaleźć równowagę pomiędzy oczekiwaniami klientów co do nowego modelu funkcjonowania instytucji finansowej a regulacyjnym zachowaniem bezpieczeństwa i stabilności sektora. Regulacje powinny przeciwdziałać i zabezpieczać, ale i ułatwiać zmianę modeli biznesowych tak, aby dostarczać usługę w takim formacie i jakości, jakich potrzebują klienci – mówi.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/pandemia-mocno-zachwieje,p1223753559

Ostatnie ulewy nie zażegnały zagrożenia suszą. Kilka upalnych dni bez opadów sprawi, że problem powróci

W Polsce zmiany klimatu są już widoczne gołym okiem – mówi Marcin Popkiewicz, fizyk i redaktor portalu Nauka o klimacie. Wzrost temperatury spowodował z jednej strony przyspieszone wyparowywanie wody i wzrost zagrożenia suszą, z drugiej zaś opady coraz częściej mają charakter nawalny, powodując wzrost zagrożenia powodziowego. Ostatnie deszcze załagodziły co prawda problem suszy, z którym zwłaszcza rolnicy borykali się od dłuższego czasu, ale nasycenie wodą w głębszych warstwach gleby wciąż jest niskie. To oznacza, że wystarczy cieplejszy okres bez opadów, żeby zagrożenie suszą wróciło.

– Zmiany klimatu widać gołym okiem, nie trzeba robić specjalnych badań. Latem mamy więcej fal upałów, zimą coraz mniej śniegu. Ta zmiana już jest bardzo wyraźna – mówi agencji Newseria Biznes Marcin Popkiewicz, fizyk, popularyzator nauki i redaktor portalu Nauka o klimacie.

Jak wskazuje, w ciągu ostatniego stulecia w Polsce nastąpił wzrost średniej temperatury o około 2,5°C.

 To znaczy, że Mazowsze ma w tej chwili klimat termicznie zbliżony do Niziny Węgierskiej z XIX wieku. Pomyślmy o winiarskim rejonie Tokaju na Węgrzech. Na Mazowszu panują już w tej chwili podobne temperatury – mówi.

Według danych PGW Wody Polskie w Polsce od co najmniej siedmiu lat zimą występują znikome opady śniegu. Miniona zima była najcieplejszą w historii pomiarów i już trzecią z rzędu, w której śnieg w wielu miejscach nie spadł w ogóle. Braku pokrywy śnieżnej, która zapewniałaby wilgotność gleby na wiosnę, nie zrekompensowały też znikome opady deszczu. To sprawiło, że wiosną na 90 proc. terytorium Polski wystąpiła susza hydrologiczna, która objawia się spadkiem poziomu rzek i wód gruntowych oraz wpływa na wegetację roślin. Dopiero ostatnie tygodnie przyniosły większe opady deszczu i sytuacja wodna się poprawiła.

– Obecne opady złagodziły zagrożenie suszą. W Polsce mamy na przemian susze i powodzie. Są to powodzie opadowe, bo wyniku bezśnieżnych zim przestają występować powodzie roztopowe na wiosnę. Klimat się zmienia, podobnie zresztą jak na całym świecie, w wyniku emisji gazów cieplarnianych. Sumaryczna ilość opadów w Polsce nie rośnie, ale temperatury są wyższe – mówi ekspert. – Co to oznacza dla bilansu wodnego, skoro pada tyle samo, a wyparowuje więcej? Bilans wodny robi się ujemny. W efekcie spada poziom wód gruntowych, wysychają stawy i rzeki, do tego zmienia się charakter opadów. Mamy więcej opadów ekstremalnych, nawalnych, a później dłuższe okresy bezopadowe i suszę. Jest to związane właśnie ze zmianą klimatu.

Dane IMiGW pokazują, że w tej chwili na większości terytorium Polski nasycenie gleby wodą (w warstwie 0–7 cm) jest duże i w zależności od regionu waha się od 40 miejscami do nawet 90 proc. W kilku regionach zachodniej Polski wciąż jednak oscyluje wokół 30–40 proc.

– Ostatnie opady oraz dość chłodny maj złagodziły problem suszy. Jednak jeśli spojrzymy na wilgotność gleby w warstwie głębszej, od 28 do 100 cm według IMiGW, to widzimy, że duża część Polski wciąż jest w stanie bardzo poważnej suszy. Ta woda jest na powierzchni, ale głębiej już jej nie ma. Zatem, o ile teraz nie widzimy ryzyka suszy, to kolejny cieplejszy okres bez opadów spowoduje, że to zagrożenie powróci – mówi Marcin Popkiewicz.

Jak podkreśla, aby załagodzić problem, potrzebne są równomierne, dość intensywne opady deszczu trwające co najmniej kilka tygodni, a nawet miesięcy i towarzyszące im niezbyt wysokie temperatury, żeby woda mogła wsiąknąć w grunt.

– Mamy zasoby wody na różnych głębokościach. Pokłady wodne, które generują się dużo wolniej, wolniej się też napełniają. Najlepszy jest taki deszcz, który pada równomiernie i łagodnie, ponieważ woda ma wtedy czas wsiąknąć w glebę i przesączyć się głębiej, do pokładów wodonośnych. Kiedy mamy nagłe ulewy, urwania chmur, w dodatku na wyschniętą, spieczoną glebę, ta woda po prostu spływa po powierzchni do rzek i dalej do Bałtyku. W rezultacie wody na polach po prostu nie ma. Niestety w związku ze zmianą klimatu coraz więcej opadów ma charakter nawalny – mówi redaktor portalu Nauka o klimacie.

Problem gwałtownych opadów potęgują jeszcze kwestie zabudowy w polskich miastach, które – zabetonowane i wyasfaltowane – są o kilka stopni cieplejsze niż łąki czy lasy. To powoduje, że właśnie nad miastami zwykle jest oberwanie chmury.

Betonując nasze miasta, sami ściągamy te opady nawalne na głowę. To właśnie nad nagrzanymi miastami formują się gwałtowne ruchy konwekcyjne, prowadzące do tzw. oberwań chmury. Jak już tak pięknie je zabetonowaliśmy, pozbyliśmy się zieleni, wycięliśmy drzewa, pobudowaliśmy wszędzie nasze domy, wyłożone kostką place, parkingi itd., to jak już ten opad nawalny spadnie, to gdzie ma się podziać ta woda? Kanalizacja burzowa nie jest w stanie obsłużyć takich opadów, więc woda spływa do piwnic, zatapia tunele i mamy olbrzymi problem. Co więc powinniśmy zrobić? Oczywiście oprócz tego, że chronić klimat i nie dopuszczać do jego destabilizacji, powinniśmy prowadzić działania adaptacyjne. Coraz więcej samorządów ma tego świadomość, że potrzebna jest w miastach zieleń, nie parkingi, tylko parki – podkreśla Marcin Popkiewicz.

Jak dodaje, fundamentalną zasadą jest zatrzymywanie opadów w miejscu, gdzie spadną.

– Teren powinien być gąbką przechwytującą i magazynującą wodę. Działają tak tereny zielone, bujne lasy, łąki, mokradła i meandrujące rzeki. Z kolei wycinane lasy, nadmierna rozbudowa rowów melioracyjnych czy wyprostowane rzeki przypominające kanalizację burzową sprzyjają szybkiemu spływowi wody do Bałtyku, powodzi oraz suszy. W kontekście postępującej zmiany klimatu to szkodliwe działania antyadaptacyjne – zauważa redaktor portalu Nauka o klimacie.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/ostatnie-ulewy-nie,p1712264626

Odwzorowano już niemal 20 proc. dna oceanów. Dokładna wiedza pozwoli lepiej przewidzieć fale tsunami i ocenić zmiany klimatu [DEPESZA]

Nawet Księżyc i Mars zostały całkowicie i szczegółowo odwzorowane. W przypadku dna morskiego jest to jednak znacznie trudniejsze. Większość tego, co dotychczas zostało przedstawione, nie opiera się na bezpośrednich pomiarach. Szacunki głębokości dna morskiego mogą być niepoprawne nawet o ponad kilometr, a obiekty mniejsze niż kilkaset metrów są niewidoczne. Stopniowo się to jednak zmienia. Fundacja Seabed 2030 ogłosiła właśnie, że zmapowała już niemal 20 proc. dna oceanicznego.

Ponad 70 proc. powierzchni Ziemi jest pokryte wodą i nie można jej zmierzyć bezpośrednio za pomocą kamer ani zdjęć satelitarnych. Mapowanie zwykle wykonuje się za pomocą teledetekcji poprzez odbijanie fal dźwiękowych od dna morskiego. W efekcie tylko niewielki procent oceanicznego dna został dokładnie zbadany. O ile nawet Księżyc i Mars zostały szczegółowo odwzorowane, o tyle większość naszej planety pozostaje tajemnicą.

Aby wypełnić tę lukę, w 2017 roku powstał projekt Seabed 2030, którego celem jest mapowanie całego dna oceanu i udostępnianie danych. Projekt powstał we współpracy The Nippon Foundation z General Batymetric Chart of the Oceans (GEBCO). Fundacja niedawno ogłosiła, że do sieci GEBCO dodała zmapowanych 14,5 mln mkw. dna oceanicznego. To powierzchnia niemal dwukrotnie większa niż terytorium Australii. W efekcie zmapowane jest już 19 proc. dna oceanu. Dla porównania w 2017 roku było to zaledwie 6 proc.

– Ciągły wzrost ilości danych dostępnych do mapowania dna oceanu pozwoli Seabed 2030 odegrać wiodącą rolę w dostarczaniu kompleksowego zestawu wiarygodnych danych, z których wszyscy mogą swobodnie korzystać. Jest to krok naprzód w kierunku realizacji naszej misji do 2030 roku, której celem jest umożliwienie światu podejmowania decyzji politycznych, wykorzystania zrównoważonego rozwoju oceanów i podjęcia badań naukowych na podstawie szczegółowych informacji batymetrycznych dna morskiego Ziemi – mówi Jamie McMichael-Phillips, dyrektor projektu Seabed 2030.

Prezes Fundacji Nippon, Yohei Sasakawa, ogłosił niedawno trzy inicjatywy, które pozwolą przyspieszyć mapowanie dna oceanu. To wspieranie mapowania niezbadanych obszarów, gromadzenie danych poprzez crowdsourcing i rozwój technologii gromadzenia danych.

– Przy wsparciu rządów, przemysłu, środowisk akademickich i filantropii, a także dzięki zastosowaniu innowacyjnych technologii spodziewamy się, że nowych danych z roku na rok będzie przybywać – mówi Jamie McMichael-Philips.

Znajomość kształtu dna morskiego ma wiele ważnych zastosowań – od bezpiecznej nawigacji po zarządzanie zasobami i modelowanie klimatu. Wiele nowoczesnych sieci komunikacyjnych mogłoby nie istnieć, gdyby nie dokładnie zbadane dna morskie, a podwodne kable stanowią podstawę cyfrowego ekosystemu i internetu. Co istotne, dokładna mapa pozwoli lepiej zrozumieć np. cyrkulację oceanów czy wzrostu poziomu morza. Pomoże przewidzieć fale tsunami, ekologom da zaś możliwość dokładnego śledzenia zmian klimatycznych.

– Seabed 2030 będzie nadal poszukiwać nowych partnerów i innowacji technologicznych. Każdy może przyczynić się do budowania mapy oceanów, która przyniesie ludzkości ogromne korzyści – przekonuje dyrektor projektu Seabed 2030.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/odwzorowano-juz-niemal-20,p518750503