Pandemia znacznie zwiększyła ilość przesyłanych danych. Coraz więcej firm do ich przetwarzania wdraża rozwiązania oparte na sztucznej inteligencji [DEPESZA]

Tylko w tym roku w wyniku pandemii koronawirusa na całym świecie zostanie przetworzonych 59 zetabajtów danych. Rosnąca w lawinowym tempie ilość przesyłanych informacji wymusza błyskawiczną cyfryzację firm i administracji. Podstawą w tym procesie jest sztuczna inteligencja, która jednak wymaga stosowania odpowiedniej infrastruktury IT. Powszechnie stosowane dziś rozwiązania przestają wystarczać, dlatego coraz więcej przedsiębiorstw decyduje się na inwestycje w serwery zaprojektowane stricte z myślą o sztucznej inteligencji i analizie wielkich zbiorów danych. Już teraz są wykorzystywane także w walce z pandemią.

– Sztuczna inteligencja będzie wymagała znacznych zasobów obliczeniowych. Kiedy technologia stanie się bardziej złożona, a koszty ogólne będą lawinowo rosnąć, znalezienie opłacalnych środowisk do prowadzenia intensywnych procesów będzie zarówno wymogiem, jak i przewagą konkurencyjną. Firmy będą musiały się dostosować i być elastyczne, zwłaszcza w zakresie infrastruktury. Technologie chmurowe – w szczególności hybrydowe – są i będą podstawą sztucznej inteligencji, ponieważ potrzebuje ona znacznych ilości danych – mówi agencji Newseria Biznes Jakub Grzywacz, Infrastructure Solution Architect w Goldenore.

Sztuczna inteligencja (SI) to jedna z fundamentalnych technologii w procesie cyfrowej transformacji, dla której motorem są dane. Według dotychczasowych szacunków IDC globalna baza danych miała zwiększyć się z 45 w ubiegłym do 175 zetabajtów w 2025 roku, przy czym prawie 30 proc. z nich będzie musiało być przetwarzanych w czasie rzeczywistym. Nowsze prognozy pokazują jednak, że tylko w tym roku na całym świecie zostanie przetworzonych 59 ZB danych. Do tego wzrostu przyczyniła się pandemia COVID-19.

IDC prognozuje, że wydatki firm na systemy SI będą znacząco przyspieszać, bo organizacje coraz szerzej wdrażają je w ramach swojej cyfrowej transformacji, aby utrzymać konkurencyjność w realiach cyfrowej gospodarki. W ciągu najbliższych czterech lat globalne wydatki na SI mają się podwoić z obecnych 50,1 mld dol. do ponad 110 mld dol. w 2024 roku przy średniorocznej stopie wzrostu na poziomie ponad 20 proc. Rozwiązania SI wymagają jednak odpowiedniej architektury.

– Korzystając z infrastruktury, która została zaprojektowana z myślą o obsłudze właśnie takich systemów, mamy pewność, że maksymalizujemy korzyści z pracy SI i informacji zawartych w naszych danych. Zastosowanie dedykowanych rozwiązań jest bardziej efektywne niż rozwiązań do ogólnych przeznaczeń. Dedykowana platforma dostarczy wyniki szybciej, co z kolei pozwala na szybsze reagowanie i podejmowanie decyzji – wskazuje Jakub Grzywacz.

W tej chwili firmy, które potrzebują bardzo dużych mocy obliczeniowych w celu przetwarzania danych w chmurze czy obsługi systemów SI, dość powszechnie korzystają z rozwiązań opartych na serwerach w architekturze x86 (stosowanej także w domowych komputerach). Część organizacji zaczyna od nich odchodzić, bo przestają być wystarczające, a ich skalowanie wymaga np. fizycznej rozbudowy centrów danych, co pociąga też za sobą większe koszty zasilania czy chłodzenia.

Co więcej, wraz ze wzrostem ilości danych serwery będą musiały dostosowywać się do rosnących potrzeb. Dlatego też z rozwiązaniami opartymi na x86 coraz skuteczniej konkurują na rynku serwery IBM Power Systems (oparte na procesorach POWER9 i autorskiej architekturze amerykańskiego producenta), zaprojektowane do przetwarzania ogromnych ilości danych i przystosowane do działania w chmurze. Ich skalowanie nie wymaga rozbudowy centrum danych dzięki zaawansowanej wirtualizacji sprzętu.

– Prawie każda firma lub organizacja wykorzystuje wirtualizację. Procesory Power zostały zaprojektowane z myślą o niej, a samo zastosowanie wirtualizacji skutkuje około 2-proc. narzutem na wydajność. Architektura x86 posiłkuje się rozwiązaniami firm trzecich i nie uzyskuje tak dobrych wyników – mówi ekspert z Goldenore. – Trzeba też pamiętać, że nie wszystkie procesory sprawdzają się np. przy obciążeniach związanych ze sztuczną inteligencją. W procesorach IBM Power mamy wykorzystaną akcelerację GPU za pomocą technologii NVIDIA NVLink 2.0 dla połączenia zarówno pomiędzy procesorami logicznymi i graficznymi, jak i graficznymi między sobą. U konkurencji akceleracja dotyczy wyłącznie procesorów graficznych.

Jak podaje IBM, po migracji i konsolidacji obciążeń na Power Systems zajęta powierzchnia serwerowni może zmniejszyć się o 85 proc., a zastosowanie tej technologii dodatkowo ogranicza koszty zużycia energii elektrycznej nawet do 80 proc. Obsługa platformy wymaga mniej pracy od administratorów, dzięki czemu mogą poświęcać więcej czasu na inne, innowacyjne projekty. Duża skalowalność powoduje też, że firma nie będzie mieć problemów z zaspokojeniem swoich rosnących potrzeb na moce obliczeniowe, związanych z nowymi projektami czy po prostu rozwojem przedsiębiorstwa.

Co istotne, w porównaniu z jednostkami klasy x86 serwery IBM Power Systems zapewniają dwukrotnie większą wydajność na każdy rdzeń procesora i pięciokrotnie szybszą przepustowość danych.

– Power Systems zostały zaprojektowane dla obciążeń wymagających dużej wydajności, takich jak analiza danych, sztuczna inteligencja czy aplikacje tworzone dla chmury. Natomiast x86 został stworzony dla wielu rynków, m.in. pod rozwiązania serwerowe, komputery PC i laptopy, była nawet próba wejścia na rynek smartfonów – wymienia Jakub Grzywacz.

Dla firm równie istotna jest niezawodność sprzętu, bo wszelkie zakłócenia w realizacji operacji oznaczają straty finansowe, których wysokość może sięgnąć od kilku do nawet kilkuset tysięcy dolarów.

– Serwery IBM cechują się również wysoką niezawodnością i odpornością na awarię, co prowadzi do długiego czasu dostępności i braku nieplanowanych przestojów działania systemów – podkreśla ekspert.

Według kwietniowego raportu ITIC, która co roku przeprowadza ankietę wśród ok. 1 tys. globalnych przedsiębiorstw na temat niezawodności serwerów i ich systemów operacyjnych, serwery IBM Power Systems okazały się pod tym względem najlepsze i otrzymały najwyższe oceny już po raz 12. z rzędu. W ich przypadku średni przestój z powodu nieprzewidzianych wad sprzętowych wyniósł w tym roku nieco ponad 1 minutę, podczas gdy przestój serwerów klasy x86 wahał się między 4,8 a18 min. Koszt takiego przestoju waha się od 24 tys. do nawet 90 tys. dol., tymczasem w przypadku IBM Power Systems wyniósł on 6 tys. dol. – wynika z obliczeń ITIC.

Brak kosztów związanych z przestojami to niejedyne oszczędności, jakie generuje IBM Power Systems. Fizyczny sprzęt to nie są jedyne wydatki niezbędne do działania systemów.

– Czynnikiem, który trzeba wziąć pod uwagę, jest całkowity koszt posiadania. Koszt samej platformy jest zazwyczaj stosunkowo niewielki w stosunku do kosztu oprogramowania, które na niej działa. W porównaniu do innych platform mniejsza liczba rdzeni zapewni taką samą wydajność, dzięki czemu całe rozwiązanie będzie wymagało zakupu mniejszej liczby licencji. Dodatkowo dzięki takiej konsolidacji firma oszczędza na kosztach przestrzeni, prądu czy klimatyzacji – wskazuje Jakub Grzywacz.

Procesory IBM POWER9 są już wykorzystywane m.in. w superkomputerze Summit, który swoje działanie opiera na sztucznej inteligencji. Jego moc obecnie jest używana m.in. do walki z koronawirusem. We współpracy m.in. z Białym Domem oraz Departamentem Energii Stanów Zjednoczonych IBM pomaga w uruchomieniu COVID-19 High Performance Computing Consortium, które zapewni bezprecedensową moc obliczeniową – 16 systemów o mocy ponad 330 petaflopsów, 775 tys. rdzeni procesorów, 34 tys. procesorów graficznych. Konsorcjum ma na celu pomoc naukowcom na całym świecie w lepszym zrozumieniu COVID-19, metod leczenia i potencjalnych leków.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/pandemia-znacznie,p1300825441

Pandemia zapoczątkowała w Polsce cyfrową rewolucję. Na niespotykaną dotąd skalę cyfryzują się zarówno firmy, jak i urzędy

Polska wciąż ma do nadrobienia spore zaległości w obszarze cyfryzacji – zarówno po stronie firm, jak i administracji publicznej. Ta w ostatnich latach rozwija e-usługi, z których sztandarowa, czyli elektroniczny Profil Zaufany, tylko do września zanotowała przyrost aż o 3,4 mln użytkowników. Pandemia mocno przyspieszyła procesy cyfryzacji i wdrażania rozwiązań technologicznych. Z raportu Banku Światowego i PARP wynika, że co trzecia firma zwiększyła wykorzystanie internetu, aplikacji czy platform cyfrowych, co miało istotny wpływ na ich wyniki. Druga fala i nadchodzący kolejny lockdown będzie sprawdzianem dla firm i administracji, które musiały cyfryzować swoje usługi i działania w błyskawicznym tempie. Co ciekawe, za cyfryzacją nie stoją już tylko duże firmy. Aż 72 proc. laureatów konkursu PARP „100 najlepszych projektów na zwiększenie poziomu cyfryzacji w firmie” to mikrofirmy.

– Pandemia COVID-19 zmusiła nas do tego, abyśmy automatyzowali się w sposób szybszy, abyśmy prowadzili zdalne nauczanie, zdalną pracę i spotykali się online. To spowodowało również bardzo szybki proces cyfryzacji, w który weszła nie tylko Polska, ale i cały świat – mówi agencji Newseria Biznes Olga Semeniuk, wiceminister rozwoju, pracy i technologii.

Jak pokazuje raport Banku Światowego przygotowany we współpracy z PARP („COVID-19 Business Pulse Survey – Polska”), w wyniku pandemii 32 proc. polskich firm zaczęło używać (bądź zwiększyło użycie) internetu, mediów społecznościowych, wyspecjalizowanych aplikacji czy platform cyfrowych w celach biznesowych. Przedsiębiorstwa poprawiły w ten sposób głównie sprzedaż (45 proc.), marketing (38 proc.) i zarządzanie (24 proc.)

– Proces cyfryzacji do tej pory przebiegał – zarówno wśród mieszkańców, administracji, jak i instytucji publicznych i przedsiębiorców – w sposób dosyć ewolucyjny. A pandemia zapoczątkowała rewolucję w tym obszarze. Wiele instytucji i przedsiębiorców stwierdziło, że bez wprowadzenia rozwiązań cyfrowych nie mogą normalnie funkcjonować albo nie przetrwają na rynku – wyjaśnia Małgorzata Oleszczuk, prezes PARP. – Dotyczy to firm, które zaczęły np. prowadzić sprzedaż internetową. Ogromny rozwój branży e-commerce spowodował możliwość kontaktu z wieloma kontrahentami, już nie tylko lokalnymi. Dla firm, które wychodzą na rynki międzynarodowe, bodźcem była pandemia, natomiast żałują, że nie zrobiły tego wcześniej.

Chwila oddechu przed drugą falą pandemii nie zatrzymała procesów transformacji w polskich firmach. Nie tylko z powodu obaw przed trudniejszymi czasami, lecz także z powodu nagłych zmian w zachowaniach konsumentów. Pojawiły się nowe potrzeby produktowe, również te związane z procesem zakupu i obsługi klienta. Obecne obostrzenia, mające chronić polskie społeczeństwo tu i teraz, ograniczają dotychczasową formę pracy, życia i drogę rozwoju gospodarczego. Jednak – z drugiej strony – będą one miały długoterminowe skutki w postaci nowych modeli biznesowych, produktów i usług oraz mechanizmów współpracy w różnych sferach życia społecznego. Pandemia przyspiesza te procesy, ale faktycznym podłożem dla większości tych rozwiązań jest trend transformacji cyfrowej, z którego coraz więcej polskich firm chce korzystać.

– Firmy wprowadzają więc szeroko zakrojone zmiany. Zmieniają modele biznesowe i formy działania, kanały sprzedaży i obsługi klienta, ale także wprowadzają zmiany dotyczące wewnętrznej struktury. Wiedzą, że od tego nie da się już odejść – przekonuje Małgorzata Oleszczuk.

Statystyki GUS pokazują systematyczny rozwój cyfryzacji w sektorze przedsiębiorstw. W tym roku z usług chmury obliczeniowej korzystało 24,4 proc. firm (wzrost o prawie 7 pkt proc. względem poprzedniego), jednak to wciąż mniej niż w Finlandii, Szwecji czy Danii, gdzie z chmury korzysta ponad połowa firm. Niemal co 10. polskie przedsiębiorstwo prowadziło analizy Big Data, a 16,6 proc. używało urządzeń lub systemów internetu rzeczy.

– W Polsce biznes jest w wielu obszarach mocno zaawansowany cyfrowo. Sztandarową branżą, którą możemy się pochwalić, jest bankowość i mobilne aplikacje bankowe uznawane za jedne z najlepszych na świecie. Warto wspomnieć też ostatni sukces Allegro czy firmy telekomunikacyjne, które mocno wykorzystują usługi cyfrowe. Mamy wiele branż, o których możemy powiedzieć, że są w czołówce pod względem wykorzystania najnowocześniejszych rozwiązań technologicznych – mówi Marek Zagórski, pełnomocnik rządu ds. cyberbezpieczeństwa, sekretarz stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.

O tempie przyspieszenia cyfrowej transformacji w biznesie mogą świadczyć również zgłoszenia do konkursu PARP „100 najlepszych projektów na zwiększenie poziomu cyfryzacji w firmie”, którego wyniki poznaliśmy 26 października. W ciągu zaledwie kilkudziesięciu dni aplikacje złożyło prawie 500 firm, głównie mikroprzedsiębiorcy, wskazując projekty, które niedawno zakończyli lub planują wdrożyć w najbliższym czasie. 

W programie finansowanym z funduszy unijnych (Program Operacyjny Inteligentny Rozwój) wzięli udział przedsiębiorcy ze wszystkich województw w Polsce. Wśród wnioskodawców przeważały firmy usługowe. Co piąta nagrodzona firma pochodzi z sektora produkcyjnego, w którym wprowadzenie tego typu zmian jest kosztowniejsze i bardziej długotrwałe. Różnorodność była jednak duża – aplikowały zarówno firmy, które wcześniej nie mały do czynienia z rozwiązaniami w obszarze cyfryzacji (zmieniając diametralnie np. sposób realizacji usług albo komunikacji z klientem), jak i firmy, których zgłoszone rozwiązania cechowały się bardzo wysoką wartością dodaną (projekt był przemyślanym, kolejnym etapem już toczącej się transformacji).

W czerwcu br. PARP przeprowadziła również badanie o tematyce COVID-19 wśród beneficjentów swoich programów realizowanych w ramach POIR oraz POPW. 75 proc. ankietowanych potwierdziło, że w wyniku pandemii wprowadziło pracę zdalną, 62 proc. zaczęło obsługiwać klientów przez Internet, a ponad połowa uruchomiła działania z obszaru marketingu internetowego.

– Przynajmniej w części firm te działania można było wprowadzić stosunkowo szybko, dlatego te wysokie odsetki są uzasadnione. Natomiast zwraca uwagę fakt, że sięgano również po bardziej pracochłonne i kapitałochłonne działania – co piąty beneficjent deklarował wprowadzenie automatyzacji procesów w firmie jako efekt pandemii, a 39 proc. uruchomiło działalność e-commerce – mówi Małgorzata Oleszczuk. – Te dane wskazują, że ogólna sytuacja na rynku mogła być analogiczna i szybkość oraz masowość zjawiska cyfryzacji będzie się pogłębiać. Mniejsze firmy nie zawsze w takiej konkurencji wygrywają, dlatego nasz konkurs skierowaliśmy również do takich podmiotów.

Przyspieszenie procesu cyfryzacji w ostatnich miesiącach nastąpiło także w administracji publicznej. Z e-usług – jak pokazują dane GUS – w ciągu ostatniego roku korzystało 42 proc. Polaków.

– W administracji najlepszym przykładem e-usług jest używanie przez Polaków środka identyfikacji elektronicznej, czyli Profilu Zaufanego, poprzez który każdy może załatwić cały szereg spraw urzędowych, np. e-PIT-y. W tym przypadku dane zgromadzone przez administrację pozwalają na to, żeby aktywność obywatela była ograniczona do minimum. Podobnie zresztą jak w przypadku danych w rejestrach wykorzystywanych chociażby po to, żebyśmy nie musieli zawsze jeździć z dowodem rejestracyjnym czy prawem jazdy – mówi Marek Zagórski.

Z danych resortu cyfryzacji wynika, że jeszcze w połowie lutego br. Profil Zaufany, który umożliwia m.in. złożenie online wniosku o nowy dowód, zgłoszenie narodzin dziecka, kupna lub sprzedaży samochodu czy zawnioskowanie o odpis aktu stanu cywilnego, miało 5 mln Polaków. Pod koniec września ta liczba wzrosła już do 8 mln. Od początku tego roku PZ założyło w sumie 3,4 mln osób, czyli prawie trzykrotnie więcej niż przez cały 2018 rok.

– Cyfryzacja to dla nas szansa, ale i wyzwanie w kontekście państwowych urzędów i wykorzystania Profilu Zaufanego. Tutaj warto przypomnieć, że zaczynaliśmy od 400 tys. beneficjentów tego systemu – wskazuje Olga Semeniuk.

W Polsce działania dotyczące rozwoju cyfryzacji koncentrują się na kilku obszarach. Poza rozwijaniem infrastruktury i e-usług są to także: tworzenie bardziej przyjaznej legislacji oraz podnoszenie cyfrowych kompetencji społeczeństwa. Z raportu Komisji Europejskiej wynika, że w tym obszarze wciąż pozostało dużo do nadrobienia.

– Prawie połowa ludności Polski twierdzi, że nie ma kompetencji cyfrowych. To jest dosyć niepokojący wskaźnik i od dłuższego czasu podejmowane są działania, aby go poprawić – podkreśla Małgorzata Oleszczuk.

– Najpierw musi być internet, żeby móc z niego korzystać. Kiedy już mamy internet, potrzebne są kompetencje i usługi w tym internecie. Żeby jednak te usługi działały dobrze, potrzebujemy też dobrego prawa. Prawo często jest barierą dla cyfryzacji, ponieważ zostało wymyślone w czasie, kiedy internetu jeszcze nie było – dodaje sekretarz stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.

Według danych GUS w ubiegłym roku 83,1 proc. gospodarstw domowych w Polsce miało przynajmniej jeden komputer, a ten wskaźnik rośnie z roku na rok – choć w coraz wolniejszym tempie. Aktualnie dostęp do internetu ma już 90,4 proc. gospodarstw (jeszcze w ubiegłym było to 86,7 proc.), ale jest on uzależniony m.in. od miejsca zamieszkania i stopnia urbanizacji. Najwięcej gospodarstw domowych mających dostęp do internetu znajduje się w aglomeracjach i dużych miastach. Z kolei wśród tych, które nie mają w domu internetu, najczęściej wskazywanym powodem jest brak takiej potrzeby. Drugi istotny powód to brak odpowiednich umiejętności.

 

 

PARP

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/pandemia-zapoczatkowala,p529529337

5G wchodzi do lotnictwa. Zrewolucjonizuje systemy komunikacji, a tym samym poprawi bezpieczeństwo [DEPESZA]

Wraz z postępującą informatyzacją i automatyzacją przemysłu lotniczego konieczne stało się wdrożenie nowych metod komunikacji bezprzewodowej, które pozwolą szybciej i sprawniej komunikować się w ramach sieci urządzeń połączonych. Projekt FACT ma na celu zwiększenie bezpieczeństwa, ochrony, wydajności i odporności przyszłej komunikacji w ruchu lotniczym na całym świecie. Do unijnego programu badawczego dołączą eksperci z firm Nokia oraz Honeywell International.

Future All Aviation CNS Technology (FACT) to unijny projekt, w ramach którego opracowywane są innowacyjne technologie na potrzeby rynku lotniczego.

– Projekt FACT to ambitne przedsięwzięcie, które ma na celu zwiększenie bezpieczeństwa, ochrony, wydajności i odporności przyszłej komunikacji w ruchu lotniczym na całym świecie poprzez opracowanie zintegrowanej architektury CNS (Communication, Navigation, Surveillance – przyp. red.) nowej generacji – wskazuje Mervyn Harris, szef zarządzania ruchem lotniczym w firmie Nokia.

Nokia została wytypowana jako partner strategiczny Projektu FACT i będzie odpowiedzialna za wdrożenie, rozwój oraz nadzór merytoryczny nad infrastrukturą nowej generacji, w tym implementacji technologii 4G oraz 5G na potrzeby europejskiego sektora lotniczego. Celem projektu jest wyposażenie dotychczasowej architektury CNS w technologie usprawniające komunikację pomiędzy wieżą kontroli lotów oraz pilotami. Centrum nowego systemu wymiany informacji mają być wysokoprzesyłowe sieci, które w przyszłości mogą zostać wykorzystane do zintegrowania usług z sektora U-Space. Dzięki temu możliwe stanie się zintegrowanie ruchu dronów oraz innych zdalnych pojazdów latających z europejskim systemem kontroli lotów.

– Przy obecnej komunikacji mobilnej z kokpitem samolotu przy użyciu technologii o ograniczonej przepustowości istnieje potrzeba transformacji na bardziej solidną i skalowalną technologię opartą na protokole IP, zdolną do obsługi dużych prędkości przy niewielkich opóźnieniach. Projekt FACT może pomóc w przekształceniu CNS, przy czym priorytetem jest zapewnienie bezpieczeństwa i wsparcia migracji starszych usług – podkreśla Mervyn Harris.

Pierwsze testy laboratoryjne nowych systemów komunikacji lotniczej od Nokii rozpoczną się latem 2021 roku. Z kolei do czerwca 2022 roku firma planuje rozpocząć testy terenowe.

Według firmy badawczej Research and Markets wartość globalnego rynku technologii 5G do 2025 roku wzrośnie do 251 mld dol. W najbliższych latach ma się on rozwijać w tempie blisko 97 proc. w skali roku.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/5g-wchodzi-do-lotnictwa,p486772382

70 proc. firm w branży szkoleniowej jest zagrożonych bankructwem. Apelują o wsparcie finansowe i pomoc w uruchomieniu usług online

Po pierwszej fali pandemii koronawirusa ponad połowa firm w branży usług rozwojowych straciła przychody w zasadzie w całości, a pozostali przedsiębiorcy – znaczną ich część. Druga fala będzie jeszcze groźniejsza od pierwszej, bo wiele firm jest na skraju bankructwa. Ratunkiem może być rozwój usług szkoleniowych online. – Postulujemy do rządu o różnego rodzaju projekty, granty oraz bezzwrotne lub częściowo umarzalne pożyczki, które pomogą firmom przejść na profesjonalne usługi zdalne – mówi Piotr Piasecki, prezes Polskiej Izby Firm Szkoleniowych i przewodniczący Rady ds. Kompetencji Sektora Usług Rozwojowych.

Kondycja branży usług rozwojowych jest tragiczna. Badanie, które przeprowadziliśmy po pierwszej fali pandemii koronawirusa, pokazało, że ponad połowa firm straciła praktycznie 100 proc. przychodów, a kolejne 30 proc. przedsiębiorców uzyskiwało 20–25 proc. przychodów. Obecnie przygotowujemy drugie badanie, ale wiemy już z informacji zebranych z rynku, że sytuacja się powtarza. 70 proc. firm sektora jest bardzo zagrożona bankructwem, czyli nie ma kompletnie dochodów – uściśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Piotr Piasecki.

22 proc. przedsiębiorstw odczuło obniżenie dochodów na poziomie 50–75 proc, a pozostała część realizuje 20–50 proc. obrotów.

Większość firm z branży próbuje adaptować się do zmian, 1/3 organizacji chce jakoś przeczekać najtrudniejszy okres, 13 proc. szuka szans poza rynkiem usług rozwojowych, a 2 proc. z niego wychodzi. Pozostali wprowadzają usługi zdalne lub przygotowują się do tego. Co szósta firma znacząco zwiększyła skalę lub zakres oferty świadczonej online. Jednak nie każde szkolenie lub zajęcia można prowadzić zdalnie – często w ten sposób udaje się przekazać tylko część teoretyczną, a praktyczna musi się odbywać tradycyjnie. Przykładem może być nauka jazdy samochodem.

Po pierwszej fali pandemii mieliśmy takie sygnały, że mimo pomocy ze strony państwa firmy bardzo ścięły koszty, ograniczyły wydatki w swojej działalności, wiele z nich korzystało z oszczędności. Przygotowanie się do drugiej fali pandemii jest trudne, bo wiele podmiotów po prostu jest na skraju bankructwa po tym, co wydarzyło się wiosną. Liczymy na pomoc rządu. Niestety część firm bez wsparcia będzie musiała ogłosić upadłość – dodaje prezes Polskiej Izby Firm Szkoleniowych.

Wśród postulatów branży usług rozwojowych kierowanych do rządu jest uruchomienie wsparcia finansowego, które umożliwi przejście do świadczenia usług zdalnych. Chodzi o różnego rodzaju projekty, granty, bezzwrotne lub częściowo umarzalne pożyczki. To wymaga zbudowania infrastruktury e-learningowej, zakupu technologii oraz rozwoju kompetencji. Przykładem takiego wsparcia może być uruchomiony dziś program o wartości 5,5 mln zł obejmujący szkolenia i doradztwo z zakresu projektowania i realizacji zdalnych usług rozwojowych. To wspólna inicjatywa Ministerstwa Rozwoju, PARP, Rady ds. Kompetencji Sektora Usług Rozwojowych, HRP Group i Polskiej Izby Firm Szkoleniowych. Tego typu inicjatyw branża potrzebuje jednak więcej.

Potrzebujemy również wsparcia bezpośredniego, które uratuje płynność finansową: zwolnienia ze składek ZUS, wypłaty postojowego, dotacje dla przedsiębiorców, którzy utrzymają miejsca pracy, restrukturyzacja zadłużenia, które już powstało np. względem ZUS czy urzędu skarbowego, czy też zmiana harmonogramu spłat subwencji, które wcześniej firmy otrzymały – wymienia Piotr Piasecki.

Jednym z postulatów branży jest także wsparcie dla popytu na usługi rozwojowe, np. poprzez wprowadzenie bonów edukacyjnych, które mogłyby być wykorzystane w czasie pandemii na zdalne szkolenia.

– Oczekujemy szybkiej reakcji i zapewnienia, że szkoleniowcy, którzy odnotowali duży spadek dochodów, będą w stanie funkcjonować, przynajmniej w  minimalnym zakresie. Chcielibyśmy usłyszeć, że rząd poważnie potraktuje nasze pomysły i zasili branżę średnio- i długofalowo, aby mogła się rozwijać, zarówno ze strony technologicznej, jak i kompetencyjnej, oraz dopasować do potrzeb gospodarki – zaznacza prezes PIFS.

26 października przedstawiciele Polskiej Izby Firm Szkoleniowych i Prezydium Rady ds. Kompetencji Sektora Usług Rozwojowych wzięli udział w spotkaniu z wicepremierem i ministrem rozwoju, pracy i technologii Jarosławem Gowinem.

– Rząd nas uprzedził, że niestety skala tych potrzeb, łącznie zsumowanych, z różnych branż to są ogromne sumy, które przekraczają możliwości. Otrzymaliśmy zapewnienie, że rząd będzie te postulaty dokładnie weryfikował i selektywnie podchodził do przyznawania pomocy. My nie mamy nic przeciwko temu, bo każda firma potrzebuje innego rodzaju wsparcia – podkreśla Piotr Piasecki.

Jak szacuje PIFS, w branży usług rozwojowych działa w Polsce około 70 tys. podmiotów, które zatrudniają ok. 100 tys. osób. Wartość rynku, jeżeli weźmiemy pod uwagę całą edukację pozaformalną i formalną, szacowana jest na 6–10 mld zł.

– Do usług rozwojowych zalicza się edukacja skierowana zarówno do przedsiębiorstw, jak i innych grup odbiorców: na potrzeby rynku pracy, sportowa, artystyczna oraz edukacja po zajęciach szkolnych. Wszędzie tam, gdzie świadczone są usługi wspomagające uczenie się, mówimy o sektorze usług rozwojowych – wyjaśnia prezes PIFS.

Zdaniem Piotra Piaseckiego branża ma kluczowe zadanie w tym trudnym gospodarczo czasie. Rośnie bowiem zapotrzebowanie na wsparcie coachów, trenerów, ale także na kursy umożliwiające przekwalifikowanie się.

– W związku z tym mamy do odegrania ważną rolę, może nie pierwszoplanową jak medycy, ale jesteśmy tuż za nimi. Wspomagamy psychikę, edukujemy, uczymy nowych umiejętności – wymienia.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/70-proc-firm-w-branzy,p977796884

Sztuczna inteligencja diagnozuje bezobjawowych pacjentów COVID-19 ze 100-proc. skutecznością na podstawie analizy kaszlu. Naukowcy pracują już nad aplikacją mobilną [DEPESZA]

Naukowcy z Massachusetts Institute of Technology opracowali algorytm sztucznej inteligencji zdolny do wykrywania bezobjawowego zakażenia koronawirusem na podstawie próbek głosu. Zespół badawczy pracuje nad stworzeniem aplikacji mobilnej służącej do testów przesiewowych. – Skuteczne wdrożenie grupowego narzędzia diagnostycznego mogłoby ograniczyć rozprzestrzenianie się pandemii, gdyby wszyscy z niego skorzystali przed udaniem się do klasy, fabryki lub restauracji  – przekonuje Brian Subirana, naukowiec z MIT.

– Naukowcy z MIT odkryli, że sposób kasłania osoby bez objawów COVID-19 może różnić się od osób zdrowych. Różnic tych nie da się usłyszeć ludzkim uchem, ale może je wychwycić sztuczna inteligencja – wskazuje Jennifer Chu z MIT News Office.

Naukowcy z MIT pracują nad tym, by ten model sztucznej inteligencji włączyć do wygodnej w obsłudze aplikacji mobilnej. Jeśli zostałaby ona zatwierdzona przez FDA (amerykańską Agencję ds. Żywności i Leków), to medycy na całym świecie mogliby zyskać bezpłatne narzędzie do badań przesiewowych o bardzo wysokiej wiarygodności. W trakcie badań wstępnych algorytm wykazał 98,5-proc. skuteczność w diagnozowaniu osób objawowych i 100-proc. skuteczność w diagnozowaniu pacjentów bezobjawowych.

– Nasze badania wskazują, że sposób, w jaki produkujemy dźwięk, zmienia się, gdy chorujemy na COVID-19, nawet jeśli nie mamy żadnych objawów. Na dźwięki mówienia i kaszlu wpływają struny głosowe i otaczające je narządy. Oznacza to, że część mowy człowieka przypomina kaszel, a kaszel w części przypomina mowę. Oznacza to również, że rzeczy, które łatwo wyprowadzamy z płynnej mowy, sztuczna inteligencja może wychwycić po prostu z kaszlu, w tym takie rzeczy jak płeć osoby, język ojczysty, a nawet stan emocjonalny – podkreśla Brian Subirana, naukowiec z Laboratorium Auto-ID MIT.

Do diagnozowania zakażenia SARS-CoV-2 zostały wykorzystane biomarkery choroby Alzheimera. W pierwszej fazie prac naukowcy na bazie tysiąca godzin nagrań wyszkolili ogólny algorytm uczenia maszynowego, służący do rozróżniania dźwięków związanych z różnym nasileniem pracy strun głosowych. Potem zespół wyszkolił drugą sieć neuronową do rozróżniania stanów emocjonalnych uwydatnionych w mowie i charakterystycznych dla chorób neurologicznych. Następnie naukowcy wyszkolili na bazie danych z nagrań kaszlu trzecią sieć neuronową zdolną wykrywać zmiany w wydolności płuc i układu oddechowego. Po połączeniu wszystkich trzech narzędzi powstał algorytm zdolny diagnozować kaszel pod kątem cech charakterystycznych dla choroby COVID-19. Narzędzie jest ogromną szansą na wczesne diagnozowanie choroby.

Tymczasem sztuczna inteligencja coraz skuteczniej radzi sobie z diagnozowaniem zakażenia nowym koronawirusem na podstawie różnego rodzaju danych uzyskiwanych w badaniach. Amerykańska firma Novarad udostępniła do bezpłatnego pobrania asystenta diagnostycznego AI COVID-19, który umożliwia szybkie i zautomatyzowane diagnozowanie choroby na podstawie skanów pozyskanych z tomografii komputerowej płuc pacjentów. Narzędzie pozwala nie tylko diagnozować zachorowanie, ale i oceniać stopień zajęcia płuc zmianami chorobowymi.

– Skuteczne wdrożenie grupowego narzędzia diagnostycznego mogłoby ograniczyć rozprzestrzenianie się pandemii, gdyby wszyscy z niego skorzystali przed udaniem się do klasy, fabryki lub restauracji  – przekonuje Brian Subirana.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/sztuczna-inteligencja,p677575431

Wydatkowanie środków z UE nie zwolniło mimo pandemii. Zainwestowano już prawie 90 proc. puli dla Polski

Czas podpisywania umów na realizację inwestycji z dofinansowaniem z obecnego budżetu UE na lata 2014–2020 dobiega końca. Do początku listopada Polska zainwestowała już prawie 90 proc. przypadającej jej puli, a w skali całego kraju toczy się w tej chwili ok. 74 tys. inwestycji z unijnym dofinansowaniem. Wydatkowanie środków z UE nie zwolniło nawet pomimo pandemii dzięki specustawie przyjętej przez rząd jeszcze w marcu. W tej chwili resort funduszy i polityki regionalnej pracuje już nad zagospodarowaniem środków z nowego budżetu na lata 2021–2027.

Polska jest jednym z liderów wydatkowania funduszy europejskich, które były przeznaczone na lata 2014–2020. W tym trudnym okresie pandemii jesteśmy dokładnie tam, gdzie powinniśmy pod względem realizacji projektów współfinansowanych ze środków europejskich – mówi Małgorzata Jarosińska-Jedynak, wiceminister funduszy i polityki regionalnej.

Jak podał resort, do 1 listopada zostało zainwestowanych 302,2 mld zł, czyli 88,8 proc. środków przypadających Polsce z obecnej siedmiolatki UE. W skali całego kraju samorządy, przedsiębiorcy, instytucje rządowe i pozarządowe realizują łącznie 74 tys. inwestycji współfinansowanych z unijnych środków, których łączna wartość sięga 496,4 mld zł.

Nie można zapominać też o środkach stanowiących wkład własny do realizowanych projektów, które pochodzą z budżetu państwa, samorządów terytorialnych i od przedsiębiorców. I tutaj kwota jest równie imponująca, bo w realizację tych projektów z unijnym wsparciem zostało zainwestowanych prawie 195 mld zł – mówi Małgorzata Jarosińska-Jedynak.

Ministerstwo podkreśla, że wydatkowanie unijnych środków przebiega w równym, miarowym tempie nawet pomimo pandemii, a ponieważ czas podpisywania umów na realizacje inwestycji z dofinansowaniem z obecnego budżetu UE powoli się kończy, w tej chwili główny akcent kładziony jest na rozliczanie dotychczasowych inwestycji. Do tej pory z Komisją Europejską rozliczono 199,2 mld zł, w tym dofinansowanie unijne w kwocie 168,8 mld zł, co stanowi blisko 50 proc. puli dla Polski.

Usprawnienia, które zostały wprowadzone w ramach Funduszowego Pakietu Antywirusowego, przynoszą korzyści w realizacji projektów, wprowadzają uproszczenia, elastyczność. Dzięki temu udaje nam się realizować fundusze europejskie nawet w czasie pandemii – mówi wiceminister funduszy i polityki regionalnej.

Funduszowy Pakiet Antywirusowy powstał w marcu na mocy tzw. specustawy funduszowej. Wspiera on beneficjentów funduszy z UE, którzy przez pandemię mieli problemy z realizacją inwestycji. Aby ułatwić im prowadzenie i rozliczanie takich projektów w nowej rzeczywistości, MFiPR przygotowało pakiet rozwiązań wprowadzających większą elastyczność, tak aby beneficjenci mogli dokończyć rozpoczęte projekty bez strat finansowych. Nowe przepisy wprowadziły m.in. możliwość uznania za kwalifikowane wydatków na cele niezrealizowane z powodu pandemii, wydłużenie terminów składania wniosków w konkursach i udzielanie ulg w spłacie należności. Fundusz skierował również unijne pieniądze na walkę z pandemią COVID-19 i jej skutkami, głównie w sektorze przedsiębiorstw i ochronie zdrowia.

Z początkiem przyszłego roku zacznie już obowiązywać nowa unijna siedmiolatka na lata 2021–2027, której łączna wartość to 1,074 bln euro – w tym Fundusz Odbudowy o wartości 750 mld euro (składający się z 390 mld euro w formie grantów i kolejnych 360 mld euro w formie pożyczek, które trafią do państw członkowskich do 2023 roku). Polska otrzyma z tej puli 125 mld euro dotacji i prawie 35 mld euro pożyczek.

Zgodnie z przyjętym w lipcu projektem budżetu na kolejne siedem lat Polska z unijnej polityki spójności otrzyma 66,8 mld euro, a w ramach Wspólnej Polityki Rolnej trafi do nas 28,5 mld euro. Ponadto nasz kraj będzie największym beneficjentem Funduszu Sprawiedliwej Transformacji (3,5 mld euro), ukierunkowanego m.in. na budowę niskoemisyjnej gospodarki i transformację regionów górniczych. Losy kolejnej siedmiolatki wciąż się ważą. Zgodę musi jeszcze wyrazić Parlament Europejski, a wszystkie państwa członkowskie muszą ratyfikować tę decyzję. Kwestią, która wciąż jest dyskutowana, jest powiązanie wypłat z praworządnością.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/wydatkowanie-srodkow-z,p2116101155

Polacy czekają na 5G „made in Poland”. Sieć nowej generacji może zwiększyć konkurencyjność naszej gospodarki

Polskie firmy i konsumenci mają duże oczekiwania co do rozwoju 5G w kraju. Ponad 60 proc. uważa, że sieć nowej generacji zwiększy konkurencyjność naszej gospodarki – wynika z badania firmy Ericsson. Ponad 70 proc. konsumentów jest zdania, że za budowę sieci 5G w kraju powinna odpowiadać firma z Polski lub Europy. Ponad połowa chciałaby, żeby komponenty były produkowane w Polsce, a co trzeci dobrze ocenia wkład lokalnie działających firm w rozwój światowych technologii teleinformatycznych. 

– Właśnie zrealizowaliśmy w Polsce ogólnokrajowe badanie ankietowe dotyczące 5G. 63 proc. respondentów spodziewa się, że 5G poprawi status polskiej gospodarki względem innych krajów europejskich, a 54 proc. jest zdania, że rozwiązania 5G w kraju powinny być także produkowane lokalnie – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Martin Mellor, szef firmy Ericsson w Polsce.

Swojej szansy na rozwój w 5G upatrują także przedsiębiorcy. 18 proc. badanych deklaruje, że uwzględnia jej wykorzystanie w strategii firmy na najbliższe lata.

– Blisko 70 proc. polskich przedsiębiorców uważa, że 5G zwiększy ich konkurencyjność. Połowa z badanych planuje wdrożyć 5G w ciągu dwóch–trzech najbliższych lat w swoich firmach – mówi Marcin Sugak, dyrektor rozwoju biznesu w Ericssonie. 

Korzyści z wdrożenia 5G dla wielu gałęzi gospodarki potwierdza również najnowszy raport agencji Analysys Mason. W Polsce największe korzyści odczują firmy z branży produkcyjnej i logistycznej, które dzięki sieci piątej generacji mogą zyskać nawet ponad 5 mld euro.

Badanie SW Research na zlecenie firmy Ericsson wskazuje, że według ponad połowy Polaków (53 proc.) za budowę sieci 5G w kraju powinna odpowiadać firma z Polski. 16 proc. wskazało na firmy europejskie. Również jeśli chodzi o produkcję komponentów, największym zaufaniem darzymy przedsiębiorstwa produkujące w Polsce (54 proc.) i w Europie (17 proc.). Znacznie niżej oceniamy firmy z USA (4,4 proc.) czy Azji (2,5 proc.). To może mieć związek z tym, że według 30 proc. badanych sieć 5G powinna być traktowana jako infrastruktura krytyczna – kluczowa dla bezpieczeństwa narodowego i stabilnego rozwoju gospodarki.

Z badania SW Research wynika, że co trzeci Polak wysoko ocenia wkład działających w naszym kraju firm w rozwój światowych technologii teleinformatycznych.

– W zeszłym roku Ericsson rozszerzył produkcję w Tczewie o nadajniki i układy baseband obsługujące sieci 4G i 5G, które są wdrażane w całej Europie. Wkrótce też będziemy dalej rozszerzać produkcję w Tczewie o najnowsze nadajniki 5G. Ponadto zatrudniamy 2 tys. inżynierów w ośrodkach badań i rozwoju w Krakowie i Łodzi, którzy opracowują oprogramowanie do systemu radiowego Ericssona wdrażane na całym świecie – dodaje Martin Mellor.

Efekty pracy polskich inżynierów zatrudnionych w Krakowie i Łodzi wykorzystują już operatorzy telekomunikacyjni, m.in. Play i Polkomtel. Wyprodukowany przez Ericssona w Polsce sprzęt zostanie zastosowany do budowy sieci 5G również w innych krajach Europy.

– Technologia firmy Ericsson pozwoliła Polkomtelowi być pierwszym operatorem, który wdrożył sieć 5G w Polsce. Współpracowaliśmy także z Play przy wdrażaniu 5G w ich sieci – mówi szef Ericssona w Polsce. – Liczba podpisanych umów 5G wciąż rośnie. Dziś Ericsson ma przeszło 110 umów z operatorami z całego świata, które dotyczą 60 aktywnych sieci w 30 różnych krajach.

Technologia 5G jest już dostępna w Polsce, ale żeby mogła być wdrożona na szeroką skalę, konieczne jest przydzielenie odpowiednich pasm i częstotliwości. Niezbędne są także wszelkie inicjatywy, które będą prowadzić do większej świadomości wykorzystania sieci nowej generacji zarówno w biznesie, jak i na uczelniach.

– Ericsson aktywnie działa w temacie 5G w Polsce. Współpracujemy z uczelniami, a w tym roku otworzyliśmy pierwszy kampus 5G na Politechnice Łódzkiej, który posłuży za centrum doskonałości 5G dla studentów – wskazuje Martin Mellor.

Digital Innovation Hub 5G to uruchomiona wspólnie z Instytutem Łączności i Politechniką Łódzką sieć badawcza. Przedsiębiorcy mogą tam testować swoje rozwiązania za pomocą infrastruktury dostarczonej przez Ericssona.

– Naszym zdaniem deklarowane tempo wdrażania nowych technologii jest trochę zbyt wolne, dlatego mamy kilka inicjatyw, które mają ten rynek stymulować w najbliższych latach – zapowiada Marcin Sugak. – Innym projektem, który tworzymy wspólnie z Łódzką Specjalną Strefą Ekonomiczną, jest program Akcelerator Technologii 5G, w ramach którego 20 firm otrzymuje możliwość wdrożenia i przetestowania swoich rozwiązań w warunkach przemysłowych z dużymi inwestorami.

Komisja Europejska oczekuje, że do 2025 roku kraje członkowskie będą posiadać szerokie pokrycie 5G. Według European 5G Observatory do września br. 282 miasta w 27 krajach członkowskich i Wielkiej Brytanii były gotowe na wdrożenie nowej sieci.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polacy-czekaja-na-5g,p2003101840

Polscy producenci gier komputerowych zyskują podczas pandemii. Koniec roku może być dla branży rekordowy

Inaczej niż większość segmentów gospodarki branża gier komputerowych nie ucierpiała z powodu pandemii COVID-19. Lockdown przyczynił się wręcz do wzrostów, bo wiele osób poszukiwało rozrywki w świecie wirtualnym. Ostatni kwartał roku, który dla branży był zawsze okresem przedświątecznych żniw, w tym roku powinna dodatkowo napędzać premiera konsol PlayStation 5 i Xbox Series X. W Polsce produkcją gier zajmuje się ok. 440 firm, a rodzimą specjalnością są m.in. symulatory i gry mobilne. Między innymi na tych segmentach planuje skupić się warszawskie studio deweloperskie SimFabric, które w czasie lockdownu podwoiło sprzedaż swoich produkcji.

– Branża gier komputerowych rozwija się bardzo dynamicznie, w tempie 5–7 proc. rocznie. W ciągu najbliższych pięciu lat z aktualnych ok. 150 mld dol. przychodów rocznie wzrośnie już do 200 mld dol. Zestawiając to z rynkiem hollywoodzkim  jest to trzykrotnie więcej niż cała produkcja filmowa na świecie – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Emil Leszczyński, przewodniczący rady nadzorczej spółki SimFabric.

Gry to jeden z najszybciej rosnących segmentów przemysłu rozrywkowego. Tylko w tym roku wartość światowego rynku gier ma wzrosnąć o 9 proc. do 159,3 mld dol., a w 2023 roku przekroczyć już 200 mld dol. – wynika z szacunków przytaczanych we wrześniowym raporcie „The game industry of Poland”, opracowanym przez PARP przy wsparciu Ministerstwa Rozwoju, Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Game Industry Conference oraz Indie Games Polska. Trzy największe rynki pod względem liczby graczy to Chiny, USA i Rosja.

Polska pod względem wydatków na gry na platformie Steam zajmuje z kolei siódme miejsce na całym świecie. Krajowy rynek odnotowuje rokrocznie wzrosty sięgające 30 proc., a tylko w 2019 roku dochody ze sprzedaży rodzimych gier przekroczyły 2,1 mld zł.

– Polskie gry już są światową marką. Technologią czy pomysłami niczym nie odbiegamy od zagranicznych produkcji. Zresztą daleko nie trzeba szukać, Cyberpunk 2077 studia CD Projekt, który ma mieć niedługo swoją premierę, prawdopodobnie wyznaczy nowe trendy w gamingu na całym świecie – wskazuje Julia Leszczyńska, prezes zarządu SimFabric.

Jak wynika z raportu PARP, w naszym kraju gry produkuje ponad 440 firm, które w sumie zatrudniają ok. 9,7 tys. osób. Każdego roku do graczy trafia około 480 nowych polskich produkcji, które wzbudzają zainteresowanie także za granicą. Aż 96 proc. sprzedaży stanowi eksport, a obok znanego większości graczy produkcji studia CD Projekt Red polską specjalnością są też symulatory i gry mobilne.

– Polski rynek odpowiada tylko za małą część przychodów i zysków ze sprzedaży gier. Niektóre studia często w ogóle rezygnują z polskiej wersji językowej, ponieważ jest to zbyt mały rynek, i wolą skupić się na wersjach zagranicznych – mówi Julia Leszczyńska. – W SimFabric produkcje własne to głównie symulatory, które są dość niszową kategorią, ale mają wierne grono graczy i przy niewielkich nakładach budżetowych są w stanie zwrócić się już w pierwszy tydzień, a nawet weekend od premiery.

 Nasze studio od początku było skoncentrowane na symulatorach. Już na starcie otrzymaliśmy w konkursie Europejskiej Agencji Kosmicznej główną nagrodę właśnie za symulator kosmiczny. Nasze główne produkcje – takie jak Farm & Fix, ElectriX czy House Designer – to są symulatory i na nich się skupiamy – dodaje Emil Leszczyński.

W Polsce jest ok. 16 mln graczy, a branża gier – inaczej niż większość segmentów gospodarki – nie ucierpiała z powodu pandemii COVID-19. Wręcz przeciwnie, lockdown przyczynił się do wzrostów, ponieważ w trakcie zamknięcia wiele osób poszukiwało rozrywki w świecie wirtualnym.

– Po wprowadzeniu lockdownu w wielu krajach odnotowaliśmy skok sprzedaży bez dodatkowego marketingu, nie robiąc praktycznie nic w tym kierunku. Od innych studiów w Polsce też mamy sygnały, że pandemia wzmacnia sprzedaż gier, które są dzisiaj najtańszym rodzajem rozrywki, dostępnym dla każdego w kieszeni. Wystarczy, że wyjmiemy telefon komórkowy i możemy grać – dodaje przewodniczący rady nadzorczej SimFabric.

– Nasze studio pracuje pełną parą, inne zespoły też mają dużo pracy w tym okresie – mówi Julia Leszczyńska. – Przesunięcia premier gier mają miejsce, ale wydaje mi się, że jest to bardziej spowodowane problemami technicznymi, bo proces ich tworzenia jednak potrzebuje czasu i wymaga testów. Te przesunięcia często wynikają też z konieczności znalezienia odpowiednich okien wydawniczych dla gier.

Jak podkreśla przewodniczący rady nadzorczej SimFabric, w kilku kolejnych miesiącach wzrosty powinny jeszcze przyspieszyć, ponieważ IV kwartał roku zwykle jest dla branży bardzo udany pod względem sprzedaży.

 W tym roku spodziewamy się, że IV kwartał będzie dynamiczny podwójnie, bo czekamy na premierę dwóch najnowszych konsol – mówi Emil Leszczyński. 

– Wszyscy szykują się na PlayStation 5 i Xbox Series X. My też jesteśmy przygotowani i każda nasza gra, która pojawia się na PS4 i Xbox One, jest też kompatybilna na platformach nowej generacji – uzupełnia Julia Leszczyńska.

Jednym z ostatnich tytułów z portfolio SimFabic jest oparty na okultystycznych motywach horror psychologiczny Lust for Darkness. Przygotowywana głównie z myślą o rynku amerykańskim i europejskim gra w marcu miała premierę na Nintendo Switch, a wpływy ze sprzedaży w Nintendo eShop przekroczyły 0,5 mln zł. W połowie października została wydana na konsolę PlayStation 4, ale jest też przygotowana dla trybu zgodności z PS5.  

– Dalsze plany spółki obejmują wydawanie produkcji własnych. Skupiamy się na dużych kontraktach z zagranicznymi wydawcami. Kolejnym filarem jest portowanie gier [w uproszczeniu przenoszenie gier na wersje na inne konsole – red.] spoza naszego portfolio i część badawczo-rozwojowa. Niedawno powołaliśmy też spółki VRFabric i MobileFabric, zajmujące się wydawaniem gier na gogle wirtualnej rzeczywistości oraz na platformę mobilną – wskazuje prezes zarządu SimFabric.

Obie spółki zależne – MobileFabric SA i VRFabric SA – wyemitowały w ostatnim tygodniu października akcje, pozyskując w niepublicznej emisji (preIPO) łącznie 7 mln zł. Akcje zostały objęte przez fundusz i inwestorów indywidualnych, a łączna kapitalizacja obu spółek przekroczyła 40 mln zł. SimFabric planuje dalszy rozwój grupy kapitałowej oparty na tych dwóch podmiotach.

– Te emisje będą przeznaczone na rozwój zespołów, akwizycje i marketing oraz pozyskanie większych rynków, dotarcie do większych wydawców i rozszerzenie ekspansji m.in. o rynki azjatyckie – wymienia Emil Leszczyński.

Jeden z filarów rozwoju spółki ma też stanowić działalność B+R. W październiku br. SimFabric podpisała z Gaming Investment Group wstępną umowę na budowę Space Engine Lab, czyli własnego centrum badawczo-rozwojowego, które ma powstać w Katowicach do 2023 roku. Centrum będzie prowadzić prace nad innowacyjnymi produktami, w tym m.in. komercyjnym symulatorem B+R dla przemysłu kosmicznego oraz systemem do digitalizacji przestrzennej i pomiaru ruchu. Prace będą skupiać się także wokół sztucznej inteligencji.

 Szukamy innowacji w grach, sprawdzamy, na ile sztuczna inteligencja jest w stanie tworzyć gry i czy jest w stanie pomóc w portingu – mówi przewodniczący rady nadzorczej SimFabric – Mamy dziś ponad 50 umów wydawniczych na porting od różnych studiów i na różne rodzaje gier. Wachlarz jest bardzo szeroki.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polscy-producenci-gier,p1487795152

Na Księżycu wkrótce powstanie infrastruktura LTE i 5G. Już w 2024 roku astronauci będą mogli zadzwonić na Ziemię [DEPESZA]

Na 15 umów z różnymi firmami NASA przeznaczy ponad 370 mln dol. Wszystko po to, by przystosować Księżyc do zasiedlenia przez ludzi. Trwają już prace nad budową infrastruktury, która umożliwi zamieszkanie na naturalnym satelicie Ziemi. Niedawno zaś NASA wybrała firmę do zbudowania pierwszej sieci komórkowej w standardzie LTE na Księżycu. Zbudowana ma być także infrastruktura pod sieć nowej generacji – 5G.

W lipcu 1969 roku Neil Armstrong jako pierwszy człowiek stanął na powierzchni Księżyca. Do tej pory już 24 ludzi odwiedziło tego satelitę, z czego połowa dotknęła jego powierzchni. Wszystko wskazuje jednak na to, że do tego ekskluzywnego grona dołączy spora grupa osób. Dzięki programowi Artemis do 2024 roku na satelicie Ziemi mają wylądować kolejni astronauci. Przy wykorzystaniu innowacyjnych technologii zbadają większą jego powierzchnię, niż kiedykolwiek wcześniej było to możliwe. To jednak nie wszystko – trwają prace, które mają przygotować Księżyc do zamieszkania przez ludzi.

Amerykańska firma ICON rozpoczęła Project Olympus, który ma na celu opracowanie kosmicznego systemu konstrukcyjnego. W efekcie już wkrótce na Księżycu może powstać pierwszy budynek mieszkalny. Okazuje się też, że pierwsza kobieta i następny mężczyzna na nim będą mogli zadzwonić do domu podczas eksploracji jego powierzchni. NASA właśnie ogłosiła, że ​​Nokia zbuduje pierwszą w historii sieć komórkową na Księżycu, która obsługuje komunikację 4G w kosmosie, a ostatecznie przejdzie na 5G.

– Wykorzystując naszą bogatą historię w technologiach kosmicznych, od pionierskiej komunikacji satelitarnej po odkrycie kosmicznego mikrofalowego promieniowania tła wytwarzanego przez Wielki Wybuch, obecnie budujemy pierwszą w historii komórkową sieć komunikacyjną na Księżycu – wskazuje Marcus Weldon, prezes Nokia Bell Labs i dyrektor ds. technologii w firmie Nokia.

Sieć zapewni astronautom możliwości komunikacji głosowej i wideo oraz umożliwi wymianę danych telemetrycznych i biometrycznych, a także rozmieszczenie i zdalne sterowanie łazikami księżycowymi i innymi urządzeniami robotycznymi.

Sieć księżycowa Nokii będzie składać się ze stacji bazowej LTE ze zintegrowanymi funkcjami Evolved Packet Core (EPC), sprzętu użytkownika LTE, anten RF oraz oprogramowania do kontroli operacji i konserwacji (O&M). Rozwiązanie zostało specjalnie zaprojektowane, aby wytrzymać trudne warunki startu i lądowania na Księżycu oraz działać w ekstremalnych warunkach kosmicznych. W pełni zintegrowana sieć komórkowa spełnia też rygorystyczne wymagania dotyczące rozmiaru, wagi i mocy, związane z ładunkami kosmicznymi. Nokia planuje dostarczać produkty LTE i technologie, które pozwolą rozszerzyć komercjalizację LTE, a także zająć się aplikacjami kosmicznymi następnej technologii – 5G.

– Niezawodne, odporne i wydajne sieci komunikacyjne będą miały kluczowe znaczenie dla wspierania trwałej obecności ludzi na powierzchni Księżyca. Budując pierwsze wysokowydajne rozwiązanie sieci bezprzewodowej na Księżycu, Nokia Bell Labs postawi flagę kolejnych innowacji wykraczających poza konwencjonalne ograniczenia – twierdzi Marcus Weldon.

Umowa o wartości 14,1 mln dol. z Nokią to jedna z 15 umów NASA z różnymi firmami, na łączną kwotę ponad 370 mln dol. Koncentrują się na technologiach umożliwiających długoterminową obecność na Księżycu oraz udanych misjach załogowych na Marsa. Co istotne, program NASA Artemis dotyczący eksploracji Księżyca może utorować drogę dla ludzkich misji na Marsa.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/na-ksiezycu-wkrotce,p349444667

Zamawianie jedzenia na wynos w czasach pandemii

Zamawianie w restauracjach dań na wynos oraz cateringów dietetycznych, to bardzo popularna opcja, z której korzystają już prawie wszyscy. Jeszcze przed wybuchem pandemii COVID-19, posiłki na wynos wielu kojarzyły się z osobami, które nie mają czasu na gotowanie oraz wiedzy, jak przygotować smaczny obiad. Dzisiaj, zamawiamy je, chociażby dlatego, aby wspomóc branżę gastronomiczną w tym trudnym czasie, kiedy restauracje musiały zamknąć swoje punkty stacjonarne. Poniżej przedstawiamy kilka ważnych faktów, które warto wziąć pod uwagę, rozważając zamówienie posiłku z dostawą do domu. Na chwilę obecną nie ma podstaw, aby sądzić, że koronawirusem zarazimy się poprzez jedzenie. Jak pokazują badania, wirusy giną w wysokich temperaturach, dlatego dla własnego spokoju, warto ponownie podgrzać zamówiony posiłek. Pamiętajmy, że wybór restauracji czy firmy cateringowej, która dostarcza swoje dania w odpowiednich opakowaniach, jest bardzo ważne, tak samo, jak to, aby sprawdzić jakie procedury zostały wdrożone, w celu ograniczenia ilości osób, które dotkną opakowanie z jedzeniem, zanim zostanie nam dostarczone.

Zamawianie jedzenia na wynos – na co zwrócić uwagę?

Po pierwsze, za zamówiony posiłek warto zapłacić online. Nie bez powodu promowane są transakcje bezgotówkowe, gdyż pozwalają one ograniczyć kontakt z wirusami, jakie znajdują się  na banknotach. Dobrą praktyką jest pozostawienie przez kuriera zamówionego posiłku przed drzwiami naszego domu, gdyż do zera ograniczymy w ten sposób kontakt z dostawcą. Po trzecie opakowania. Podane do publicznej wiadomości wyniki badań potwierdzają, że wirus jest w stanie przetrwać na powierzchniach kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt godzin, warto po wyciągnięciu posiłku z opakowania natychmiast wyrzucić je do odpowiednio oznaczonego pojemnika na śmieci, aby ograniczyć jego kontakt z innymi powierzchniami oraz domownikami. I tutaj nasuwa się kwestia ekologii. Ponieważ coraz częściej i więcej zamawiamy do domu, jak poradzić sobie z gromadzącymi się odpadami w postaci opakowań i pojemników po daniach na wynos? Wybierz ekologiczne pojemniki na wynos do zgrzewu Dobrą praktyką jest sprawdzenie dostawcy – restauracji czy firmy cateringowej, z jakich pojemników w opcji na wynos korzystają. Najlepszym rozwiązaniem jest wybór tych przedsiębiorców, którzy w swojej ofercie serwują dania w biodegradowalnych pojemnikach do zgrzewu. Biodegradowalne opakowania ulegają naturalnemu rozkładowi, co jest przyjazne dla środowiska. Są jednak takie tworzywa, które, pomimo że nie ulegają biodegradacji, nadają się do recyklingu, a mowa tutaj o polimerach, jakimi są opakowania i pojemniki wykonane z PP oraz PET – wybór tych, jest równie rozsądną opcją, gdyż można je ponownie przetworzyć i nie są szkodliwe dla środowiska. Jeśli jesteś konsumentem, wiesz już, na co zwrócić szczególną uwagę. Jeśli jednak prowadzisz punkt gastronomiczny, a środowisko naturalne jest ważną częścią polityki prowadzonego biznesu, skorzystaj z oferty opakowań na wynos takich producentów, jak firma Metro-Plast, która w swojej ofercie posiada biodegradowalne pojemniki i opakowania do zgrzewu, a także takie, które nadają się do recyklingu. Pomóżmy chronić środowisko przed wzrostem generowanych odpadów i zalegających na wysypiskach śmieci. Niezależnie od tego, czy serwujesz dania na wynos, czy może je zamawiasz, zawsze wybieraj eko-rozsądnie. Razem możemy więcej.