Czy warto odnowić stary grzejnik?
Warunki mieszkaniowe jednym z trzech głównych problemów Polaków. Najmocniej dotyka rodziny wielodzietne
Złe warunki mieszkaniowe to problem, który najbardziej dotyka rodziny wielodzietne – z co najmniej trojgiem dzieci. Tych jest w Polsce ok. 500 tys., a połowie z nich dochody nie pozwalają na zaspokojenie ich bieżących potrzeb. Wiele z nich nie może sobie pozwolić także na wybudowanie domu czy zakup własnego lokum. To często powoduje, że ich warunki bytowe są niewystarczająco dobre, co w skrajnych przypadkach może oznaczać ryzyko odebrania dzieci. W pomoc takim osobom coraz częściej angażują się firmy. Budimex w partnerstwie z kilkoma innymi przedsiębiorstwami rozpoczął właśnie budowę domu dla jednej z potrzebujących rodzin.
– Potrzeby mieszkaniowe rodzin wielodzietnych są olbrzymie. W Polsce jest około pół miliona takich rodzin, które potrzebują znacznie lepszych, korzystniejszych warunków mieszkaniowych, ale po prostu ich na to nie stać – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Dariusz Blocher, prezes Budimeksu.
W Polsce niedobór mieszkań jest szacowany na ok. 2 mln lokali. Raport Fundacji Habitat for Humanity Poland („Mieszkalnictwo w Polsce”) pokazuje, że dochody ok. 70 proc. polskich gospodarstw domowych nie pozwalają im zaspokoić swoich potrzeb mieszkaniowych na rynkowych zasadach, czyli zaciągnąć kredytu hipotecznego na zakup własnego lokum. Co więcej, 14 proc. rodzin obecnie zamieszkuje domy bądź mieszkania niesamodzielne, przeludnione, wymagające pilnego remontu albo w złym stanie technicznym. Z badań opinii przeprowadzonych przez fundację wynika, że zła sytuacja mieszkaniowa to jeden z trzech głównych problemów polskich rodzin (obok niskich dochodów i niesprawnej służby zdrowia), na który wskazało 40 proc. z nich.
– Każda z młodych rodzin, która ma dziecko, chciałaby mieć swój własny lokal mieszkaniowy, czy to w bloku, czy w domu jednorodzinnym. W przypadku rodziców mieszkających z dziećmi idealnie, jeżeli mają one własny pokój. Dlatego w Polsce standardem dla rodziny 2+1 są salon z kuchnią plus dwa pokoje, natomiast w domach w małych miejscowościach czy na wsiach ten standard jest gorszy – wskazuje Dariusz Blocher.
Złe warunki mieszkaniowe to problem, który w największym stopniu dotyka rodziny wielodzietne. Według danych MRPiPS w Polsce jest obecnie ok. 500 tys. rodzin z co najmniej trojgiem dzieci. Wiele z nich mierzy się z problemami finansowymi, społecznymi (np. brakiem żłobków i przedszkoli) i właśnie mieszkaniowymi.
– Problemy rodzin wielodzietnych wynikają z tego, że na ogół nie stać ich na to, żeby wybudować dom albo pozwolić sobie na zakup mieszkania na wolnym rynku, bo nie dostaną kredytu. W Sejmie uchwaliliśmy właśnie ustawę dotyczącą mieszkalnictwa, która powędruje teraz do Senatu. Powinna ona pomóc młodym ludziom i polskim rodzinom w zapewnieniu sobie mieszkania, a samorządom – w pozyskiwaniu finansowania w formie dotacji bezzwrotnych na budowę domów z Banku Gospodarstwa Krajowego – mówi posłanka PiS Anna Milczanowska.
Jak pokazują dane Związku Dużych Rodzin „Trzy Plus”, dochody ok. 50 proc. rodzin wielodzietnych nie pozwalają im na zaspokojenie bieżących potrzeb. Gros środków jest przeznaczanych na żywność (ok. 30 proc. budżetu), wydatki związane ze szkołą (27 proc.), zajęcia dodatkowe dla dzieci (26 proc.), opłacenie żłobka lub przedszkola (19 proc.) oraz transport (15 proc.). To, co zostaje, często nie wystarcza na budowę domu czy zakup odpowiednio dużego mieszkania.
– Rodziny wielodzietne mieszkają w Polsce w bardzo różnych warunkach, od skrajnie dobrych do skrajnie złych – mówi prezes Budimeksu. – Możliwości pomocy takim rodzinom są bardzo różne: od najprostszych, czyli podarowania pieniędzy, po kontakt z MOPS-ami, czyli miejskimi ośrodkami pomocy społecznej. One wiedzą, którym trzeba pomagać, jakie są ich problemy i czego one potrzebują.
Mimo wsparcia w postaci programów prorodzinnych w Polsce rodziny wielodzietne wciąż borykają się z problemami i potrzebują pomocy. Tę oferują nie tylko państwo i MOPS-y, ale i prywatni darczyńcy oraz firmy. Budimex w partnerstwie z kilkoma innymi przedsiębiorstwami rozpoczął właśnie budowę domu dla jednej z takich potrzebujących rodzin w ramach akcji HASHDomZSerca. Na początku tego roku media zainteresowały się losem rodziny Magdy Saternus, ponieważ sąd miał zadecydować o odebraniu jedenaściorga dzieci matce ze względu na złe warunki mieszkaniowe. Telewizyjny reportaż został zauważony w Budimeksie, jednej z największych w Polsce firm budowlanych. Spółka połączyła siły z innymi firmami, aby wybudować, wyposażyć i przekazać szesnastoosobowej rodzinie nowy dom koło Radomska.
– Dopiero za pośrednictwem telewizji dowiedziałam się, że przyjdzie firma, która postawi nam nowy dom, żebyśmy żyli w lepszych warunkach, a dzięki temu dzieci zostaną przy mnie. Dzięki wsparciu dzieci zostaną w pełnej rodzinie, przy matce, a po nowym roku mam nadzieję, że zamieszkamy już w lepszych warunkach mieszkaniowych – mówi Magdalena Saternus.
Wiosną przyszłego roku szesnastoosobowa rodzina przeprowadzi się z obecnego, dwupokojowego mieszkania do nowego domu jednorodzinnego, o powierzchni ponad 200 mkw., z dwoma łazienkami, dwoma garderobami i ośmioma pokojami dla dzieci, z których najmłodsze ma cztery lata. Dzięki zaangażowaniu partnerów dom zostanie wyposażony „pod klucz”.
– Pod koniec października zaczęliśmy pierwsze prace budowlane. Dom został już wyprodukowany i zostanie zmontowany w ciągu 60 dni, czyli przed świętami Bożego Narodzenia. Mamy około półtora miesiąca, żeby go wykończyć pod klucz, ze wszystkimi niezbędnymi elementami, sprzętem AGD i RTV, meblami, łóżkami i dywanami, tak żeby rodzina mogła zamieszkać już na gotowym. Wszystko powinniśmy w pełni ukończyć przed końcem lutego następnego roku – zapowiada Dariusz Blocher.
– Dzieci będą miały swoje pokoje do dyspozycji, będą łazienki i pralki, salon. Ten dom scementuje tę rodzinę – mówi Anna Milczanowska. – Warto interesować się tym, co się dzieje wokół nas, jak żyją nasi znajomi, sąsiedzi, zaangażować się wolontariacko w pomoc takim rodzinom. Cieszy to, że takich ludzi dobrej woli jest bardzo wielu.
Prezes giełdowego Budimeksu ma nadzieję, że akcja HASHDomZSerca zachęci też inne podmioty do inicjowania podobnych działań pomocowych skierowanych do potrzebujących.
– Ważne jest, żeby firmy, które mogą pomóc w takich sytuacjach, potrafiły znaleźć potrzebujących. Tutaj apel do mediów: pokazujcie takie rodziny i kojarzcie tych, którzy chcą pomagać, z tymi, którzy tej pomocy potrzebują. Bardzo chcemy, żeby ten projekt został powtórzony na większą skalę, jeżeli kolejne firmy zaangażują się w pomoc – mówi.
Partnerami akcji HASHDomZSerca są AkzoNobel, Black Red White, Candellux Lighting, Dyckerhoff Polska, Synertime, Komunikacja Plus, .mdd, OBI, Procontent, RedNet Property, RTV EURO AGD.
Innowacje w tworzywach sztucznych skupiają się wokół ich recyklingu. Ich efektywne wykorzystanie może być podstawą gospodarki obiegu zamkniętego
Plastikowe opakowania na żywność zapobiegają jej marnowaniu, co z kolei przekłada się na redukcję emisji 350 g CO2 za każdy kilogram. Tworzywa sztuczne mają być jednym z pięciu filarów gospodarki obiegu zamkniętego. Mimo tego plastik jest powszechnie uważany za jeden z głównych szkodników dla środowiska. Ambicją firm działających w tej branży jest to, by zapobiec przedostawaniu się granulek polimerowych do środowiska.
– Tworzywa w gospodarce obiegu zamkniętego mają wiele funkcji i na co dzień musimy pamiętać o tym, że to nie jest tylko odpad, który nas denerwuje i że trzeba go odpowiednio zagospodarować. Celem gospodarki obiegu zamkniętego jest bowiem jak najlepsze wykorzystanie surowca – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Anna Szałkowska z Fundacji PlasticsEurope Polska.
W przypadku tworzyw sztucznych surowcem tym są granulki polimerów. Firmy będące członkami PlasticsEurope w ramach programu Operation Clean Sweep dążą do tego, by żadna granulka polimeru nie przedostawała się do środowiska.
– Jednym z wymogów gospodarki obiegu zamkniętego jest tzw. ekoprojektowanie, czyli takie projektowanie danego wyrobu, które nam później pozwoli wielokrotnie z niego korzystać: naprawiać go, ale także ułatwić recykling. W przypadku opakowań z tworzyw sztucznych mamy duże pole do popisu. Innowacje branży idą w tym kierunku, by zastąpić trudno recyklowalne opakowania takimi, które będą łatwiej recyklowalne – wskazuje Anna Szałkowska.
Wszystkie plastikowe butelki, z których korzysta koncern Coca Cola w Wielkiej Brytanii, są obecnie produkowane w 50 proc. z rPET – tworzywa sztucznego pochodzącego z recyklingu. Decyzja o wykorzystaniu takiego materiału oznacza oszczędność 21 tys. ton plastiku rocznie. Z kolei Orkla, norweski producent żywności, pakuje chipsy w paczki wykonane z odnawialnego polimeru propylenowego. To materiał wytwarzany z oleju talowego, będącego produktem ubocznym w procesie pozyskiwania pulpy drzewnej.
Opakowania z tworzyw sztucznych wykorzystywane są przede wszystkim do pakowania żywności. Dzięki nim udaje się unikać znacznych strat produktów spożywczych. Z raportu rocznego Fundacji PlasticsEurope za rok 2019 wynika, że przeciętna emisja CO2 wynikająca z produkcji opakowania plastikowego na 1 kilogram żywności wynosi 70 gramów. Z kolei zaoszczędzona emisja CO2 z powodu mniejszych strat żywności dzięki takim opakowaniom wynosi 350 gramów za każdy kilogram. Oznacza to, że korzyści w tym przypadku przewyższają straty.
– Trzeba pamiętać, że straty żywności to jeden z krytycznych elementów gospodarki obiegu zamkniętego. Innymi słowy, musimy je minimalizować ze wszystkich sił, a opakowanie plastikowe jest bardzo dobrym przykładem takiego, które doskonale pozwala nam to osiągnąć – podkreśla ekspertka z Fundacji PlasticsEurope Polska.
Zagospodarowanie odpadów opakowaniowych jest jednym z priorytetów gospodarki obiegu zamkniętego. Koncepcja GOZ, która od 2018 roku jest w Europie w fazie praktycznej realizacji, określa tworzywa sztuczne jako jeden z pięciu elementów, które będą kluczowe dla jej skutecznej realizacji. Z kolei „Europejska strategia na rzecz tworzyw sztucznych w gospodarce o obiegu zamkniętym” jest oparta na czterech filarach. To zwiększenie opłacalności recyklingu, ograniczenie ilości generowanych odpadów plastikowych, walka z zaśmieceniem środowiska morskiego, a także zwiększenie inwestycji i innowacji w zakresie recyklingu.
– Plastik poddaje się recyklingowi dość łatwo. Są jednak grupy materiałów, których recykling mechaniczny jest trudny lub obecnie nieefektywny ekonomicznie. Jest natomiast tzw. recykling surowcowy lub chemiczny, które już wchodzą w fazę realizacji i stosowania na co dzień. Pozwalają nie tylko odzyskać sam polimer, lecz także surowiec, z którego powstał. Absolutnie nie powinniśmy natomiast odpadów z tworzyw składować na wysypiskach. Marnuje się tam po prostu wartość tego surowca – mówi Anna Szałkowska.
W krajach Unii Europejskiej, zgodnie z dyrektywą z 30 maja 2018 roku, zwiększono wymagane poziomy recyklingu wszystkich opakowań do 65 proc. w roku 2025 i do 70 proc. do roku 2030. W przypadku opakowań z tworzyw sztucznych cele te wynoszą odpowiednio 50 i 55 proc.
Prof. Stanisław Gomułka: Perspektywa powrotu do stanu normalności w gospodarce się odsuwa. Odbicie najwcześniej w połowie przyszłego roku
Drugi albo trzeci kwartał przyszłego roku to najwcześniejsze okresy, w których przedsiębiorcy mogą liczyć na odbicie w gospodarce – przewiduje były wiceminister finansów, prof. Stanisław Gomułka. Z pomocą państwa i bez drugiego ścisłego lockdownu większość firm jest w stanie przetrwać ten trudny okres. Kosztem jest wzrost długu publicznego, osłabienie złotego i słabość warszawskiej giełdy. Pod znakiem zapytania stoi też współpraca z UE przy kolejnej perspektywie budżetowej.
– Pomoc ze strony państwa dla przedsiębiorstw jest rzeczywiście na sporą skalę, mniej więcej w tej wysokości, w jakiej one tej pomocy oczekiwały, szczególnie tzw. trzecia tarcza – finansowa, która zmierzała do utrzymania ich płynności i zatrudnienia. Teraz mamy nową falę problemów i przedsiębiorcy zaczynają się zastanawiać, czy będzie jakaś dodatkowa pomoc – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Stanisław Gomułka, główny ekonomista BCC, członek Polskiej Akademii Nauk. – Skala tej najnowszej pomocy jest bardzo niewielka, dotyczy w zasadzie jednego miesiąca z możliwością przedłużenia na następne i tylko stosunkowo wąskiej grupy przedsiębiorców.
Niezawodny czujnik przepływu powietrza w atrakcyjnej ofercie cenowej.W ramach tarczy finansowej wiosną tego roku rząd przeznaczył 100 mld zł na walkę z trudną sytuacją, w jaką lockdown wpędził firmy. Połowa tej kwoty miała być przeznaczona dla małych i średnich przedsiębiorstw, ćwierć dla mikrofirm, ćwierć dla firm dużych, zatrudniających powyżej 250 pracowników. W sumie w ramach tarcz antykryzysowych do przedsiębiorców trafiło prawie 150 mld zł.
W efekcie zamiast zrównoważonego budżetu, zapowiadanego przed rokiem, tegoroczny deficyt budżetowy przewidziano na 109,3 mld zł, a przyszłoroczny na 82,3 mld zł. Obecnie w obliczu drugiej fali pandemii i rekordowej liczby zakażeń i zgonów rząd stara się uniknąć całkowitego zamrożenia gospodarki. Jednak kluby fitness, siłownie i restauracje zostały ponownie zamknięte. Te ostatnie mogą jedynie dostarczać dania na wynos.
– Premierowi i rządowi generalnie chodzi głównie o te branże, które już cierpią z racji tego, że mamy nową falę zakażeń. Problem też jest ze szkolnictwem, w jaki sposób zmniejszać stopień rozpowszechniania się wirusa, czy zamrozić, czy nie – mówi główny ekonomista BCC. – Mamy też doświadczenie innych krajów, które zaczynają myśleć o powrocie do silniejszych działań, chociażby sąsiednia Słowacja, ale także Czechy, Wielka Brytania, Francja. Myśleliśmy, że być może już będzie powrót do odbicia, ale wygląda na to, że III i IV kwartał to będą dalsze spadki aktywności ekonomicznej. Oczekujemy w tej chwili odbicia dopiero od II kwartału przyszłego roku.
Ekonomiści oceniają, że w czasie wiosennego lockdownu spowolnienie lub wręcz zamknięcie dotknęło firm odpowiedzialnych za około jedną czwartą polskiego PKB, obecnie – za około 5 proc.
Na razie premier Mateusz Morawiecki zapowiedział przeznaczenie 1,8–2 mld zł na pomoc dla branży HoReCa, rozrywkowej, dbającej o zdrowie i osób handlujących na targowiskach. Wystarczy udowodnić spadek przychodów rok do roku o 40 proc., by ubiegać się o pomoc do 5 tys. zł (w wypadku mikrofirm i małych przedsiębiorstw), zwolnienie ze składek ZUS (w listopadzie 2020 roku z możliwością przedłużenia na kolejne miesiące) oraz postojowe, czyli jednorazowe świadczenie dla osób prowadzących działalność. Handlujący na targowiskach byliby zwolnieni z opłaty targowej za cały 2021 rok, którą rząd zapłaci za nich samorządom.
– Polskie firmy zdają sobie sprawę z tego, że koszt już podjętych działań jest wysoki. Mamy przyrost długu publicznego w skali około 250 mld zł, może nawet do 300 mld zł. Dla przedsiębiorców ważne jest też to, że mamy silne osłabienie złotego, silny spadek akcji przedsiębiorstw, więc inwestorzy zagraniczni też reagują na tę sytuację w Polsce – wyjaśnia prof. Stanisław Gomułka. – Przedsiębiorcy oczekują bliskiej współpracy z Unią Europejską, są zaniepokojeni tym, co powiedział prezes Kaczyński, że Polska może zawetować prace nad nową perspektywą budżetową. Zresztą premier zwracał uwagę na to, jak ważna może być pomoc ze strony UE. Jeżeli Polska dobrze wykorzysta tę ofertę, to jest szansa, że w przyszłym roku już to odbicie będzie znaczne i wrócimy do stanu normalnego.
W ciągu ostatnich trzech miesięcy zloty stracił do euro 5 proc., podobnie do dolara. Indeks WIG20 zanotował w tym czasie spadek o ponad 15 proc.
Według Banku Światowego w 2020 roku gospodarka Polski skurczy się – po raz pierwszy od 1990 roku – o 3,9 proc. W przyszłym powinna wzrosnąć o 3,5 proc. Według lipcowej projekcji inflacji NBP (w listopadzie będzie kolejna, zapewne zmieniona) tegoroczny spadek sięgnie 5,4 proc., a przyszłoroczny wzrost 4,9 proc.
Pod względem bankructw wrzesień nie był złym miesiącem: liczba firm, które ogłosiły wtedy upadłość, wyniosła 32, czyli była wyższa o 33,3 proc. w porównaniu z sierpniem br. i niższa o 34,7 proc. w skali roku – podała Korporacja Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych (KUKE).
– Sytuacja w przedsiębiorstwach jest bardzo zróżnicowana, ale generalnie malejące inwestycje świadczą o tym, że przedsiębiorcy są zaniepokojeni sytuacją, a niektórzy wręcz są w dramatycznej kondycji. Oczywiście wciąż jest nadzieja, że to jeszcze jest kwestia dwóch–trzech kwartałów. Jeżeli przetrwamy ten okres, w dużym stopniu z pomocą państwa, ale też dzięki wysiłkowi własnemu przedsiębiorców, pracowników, to w drugiej połowie przyszłego roku będzie odbicie w skali znaczącej na tyle, że wyjdziemy z tego obronną ręką. Oczywiście, gdyby rząd był zmuszony do bardziej radykalnych działań, a te z kolei oznaczają duże koszty dla całej gospodarki, to dla wielu przedsiębiorstw może to oznaczać bankructwo – podkreśla główny ekonomista BCC.
Pandemia ograniczyła jawność pracy sądów. Sale rozpraw w wielu sądach zamknięte dla publiczności
Obostrzenia związane z koronawirusem wprowadzone w sądach wpłynęły na jawność procesów. W początkowym okresie pandemii ograniczenia dostępu publiczności do rozpraw obowiązywały w 88 proc. sądów powszechnych i administracyjnych. Obecnie są one mniej restrykcyjne, ale wciąż istnieją sądy, w których co do zasady obowiązuje zakaz wstępu publiczności na salę rozpraw. To wnioski z Obywatelskiego Monitoringu Sądów 2020 prowadzonego przez Fundację Court Watch Polska. – Niesie to za sobą istotne zagrożenia: bez publicznego ogłoszenia wyroku może on zostać podważony, a nawet uznany za nieistniejący – tłumaczy Bartosz Pilitowski, prezes zarządu fundacji.
– W dobie pandemii wiele sądów zamknęło swoje drzwi dla publiczności, czyli osób, które mają prawo brać udział w rozprawach i posiedzeniach jawnych, obserwując ich przebieg. Takie obostrzenia wprowadzono początkowo w ponad 1/3 sądów. Obecnie, po naszej interwencji, jest już znacznie mniej sądów, w których obowiązuje zupełny zakaz obecności publiczności. Natomiast nadal zdarza się, że utrudnienia są skuteczne. W 40 proc. przypadków nasi obserwatorzy mieli problemy z wejściem do sądu w charakterze publiczności – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Bartosz Pilitowski, prezes zarządu Fundacji Court Watch Polska.
Jak wynika z Obywatelskiego Monitoringu Sądów 2020, w początkowym okresie pandemii ograniczenia dostępu publiczności do rozpraw wprowadzono zarządzeniami w 88 proc. sądów powszechnych i administracyjnych, jak również w Sądzie Najwyższym. Niektóre umożliwiały udział w rozprawach publiczności i mediów, choć w ograniczonej liczbie. Inne pozwalały na arbitralne wyłączenie jawności.
– Publiczność na sali sądowej przede wszystkim kontroluje to, co dzieje się na sali rozpraw. Chodzi o to, aby społeczeństwo mogło samo się przekonać, czy wyroki są rzeczywiście wydawane w sposób bezstronny oraz czy sędziowie nie podlegają naciskom. Jest to również okazja do tego, żeby się edukować. To jest darmowa edukacja prawna, a także świetna okazja do tego, żeby sędziowie mogli nawiązać bezpośredni kontakt z obywatelami, zwracać się do nich bezpośrednio w uzasadnieniach i w ten sposób budować swój autorytet, legitymizować swoją władzę – zaznacza prezes Fundacji Court Watch Polska.
Eksperci fundacji podkreślają, że ograniczenia w dostępie publiczności do rozpraw sądowych odbierają obywatelom fundamentalne prawo zawarte w art. 45 Konstytucji RP oraz ważną gwarancję rzetelnego i bezstronnego procesu.
– Największym zagrożeniem związanym z obecną sytuacją, czyli zakazami wstępu publiczności do sądów, jest sytuacja, w której wyroki nie są wydawane w sposób publiczny. Konstytucja gwarantuje publiczne ogłoszenie wyroku w każdym przypadku, nawet w sprawie, której jawność była wyłączona. Taki nieprawidłowo ogłoszony wyrok może być podważony, a nawet uznany za nieistniejący. Sąd Najwyższy w podobnych przypadkach, czyli kiedy zabrakło publicznego ogłoszenia wyroku, uznawał taki wyrok za nieistniejący – dodaje Bartosz Pilitowski.
Jak podkreśla, przede wszystkim konieczna jest zmiana zarządzeń prezesów sądów, które wykluczają obecność publiczności, oraz wprowadzenie rozwiązań, które umożliwią udział publiczności przy zachowaniu wszelkich zasad bezpieczeństwa i dostosowanie się do restrykcji sanitarnych.
– Ważna jest ochrona życia i zdrowia obywateli, ale bardzo ważne jest też prawo obywateli do sprawiedliwego i jawnego rozpatrzenia sprawy. Chodzi o to, żeby znaleźć równowagę i wprowadzić rozwiązania, które są w stanie pogodzić te wartości. W Polsce liczba publiczności, która pojawia się na salach rozpraw, to tylko ułamek wszystkich osób przebywających w budynku. Zatem łamanie zasady jawności tylko dlatego, żeby zrezygnować z tej niewielkiej grupy, jest naszym zdaniem po prostu nieadekwatne – uważa prezes zarządu Fundacji Court Watch Polska. – Potrzebna jest także zmiana w podejściu do tej kwestii ze strony wszystkich pracowników sądów, np. pracowników ochrony. Mimo zarządzeń, które teoretycznie zezwalają na obecność publiczności, zdarza się, że odmawiają oni prawa wejścia do sądu obywatelom.
Zaprojektowano wysoce wydajny i bezpieczny atomowy napęd rakietowy. Lot na Marsa może potrwać zaledwie trzy miesiące [DEPESZA]
Inżynierowie z Ultra Safe Nuclear Technologies opracowali na zlecenie NASA bezpieczny napęd atomowy. Silnik powstał z myślą o wykorzystaniu w misjach do najbliższych obiektów Układu Słonecznego. Prototypowy napęd jądrowy charakteryzuje się bardzo wysokim ciągiem, dzięki czemu może zostać wykorzystany w trakcie podróży na Księżyc czy Marsa, ponad dwukrotnie skracając czas trwania misji.
Ze wstępnych eksperymentów i obliczeń przeprowadzonych przez ekspertów z USNC-Tech wynika, że nowy silnik może pracować przy dwukrotnie silniejszym impulsie, niż oferują współczesne napędy rakietowe bazujące na mieszance chemicznej. Wypracowanie tak wysokich osiągów było możliwe zarówno dzięki usprawnieniu paliwa rakietowego, jak i wdrożeniu pasywnych systemów bezpieczeństwa.
– Nasz silnik maksymalizuje wykorzystanie sprawdzonej technologii, eliminuje tryby awarii z poprzednich koncepcji NTP (nuklearnych silników rakietowych – przyp. red.) i ma impuls właściwy ponad dwukrotnie większy niż w przypadku systemów chemicznych – podkreśla dr Michael Eades, główny inżynier w Ultra Safe Nuclear Technologies (USNC-Tech). – Chcemy przewodzić wysiłkom zmierzającym do otwierania nowych granic w kosmosie i robić to szybko i bezpiecznie.
Nowatorski rdzeń reaktora pozwoli uzyskać zauważalnie wyższy ciąg niż rakiety wykorzystywane w bieżących misjach kosmicznych. To z kolei odbije się na drastycznym skróceniu czasu transferu międzyplanetarnego. Silnik USNC-Tech na obecnym stadium rozwoju pozwoliłby zrealizować załogową misję na Marsa w ciągu zaledwie trzech miesięcy i zapewnić błyskawiczny transport na powierzchnię Księżyca, co przyspieszyłoby budowę stacji badawczej na jego powierzchni.
Do jego napędzenia użyto paliwa bazującego na niskowzbogaconym uranie o podwyższonym stopniu wzbogacenia (HALEU), które wykorzystuje się w najnowocześniejszych reaktorach elektrowni atomowych. Dzięki niemu udało się uzyskać wysoką temperaturę pracy silnika przy zachowaniu dużej stabilności paliwa. Sam reaktor przystosowano zaś do funkcjonowania w warunkach zerowej grawitacji, aby zapewnić wysoki poziom bezpieczeństwa astronautom oraz zminimalizować ryzyko radioaktywnego skażenia Ziemi oraz eksplorowanych obiektów kosmicznych.
Co istotne, napęd wykorzystuje mieszankę, którą można wyprodukować na liniach produkcyjnych wyspecjalizowanych w wytwarzaniu paliwa na potrzeby elektrowni atomowych. Decydując się na wykorzystanie tego silnika, przedstawiciele NASA nie musieliby inwestować w rozwój niezależnej infrastruktury produkcyjnej i transportowej.
– Kluczem do projektu USNC-Tech jest świadome nakładanie się technologii reaktorów naziemnych i kosmicznych – wyjaśnia dr Paolo Venneri, dyrektor generalny USNC-Tech. – To pozwala nam wykorzystać postęp w technologii jądrowej i infrastrukturze systemów naziemnych i zastosować je w naszych reaktorach kosmicznych.
Według analityków z firmy Research and Markets wartość globalnego rynku technologii kosmicznych w 2018 roku wyniosła 360 mld dol. Przewiduje się, że do 2026 roku wzrośnie do 558 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 5,6 proc.
Nowa platforma blockchain połączy sprzedawców zielonej energii z kupującymi. Online będzie można wybrać jej producenta
Rośnie moc instalacji odnawialnych źródeł energii w Polsce. Zmieniają się też sposoby dystrybucji i sprzedaży zielonej energii. Przyszłością może być zakup energii z mikroinstalacji, np. od sąsiada. Na Zachodzie Europy start-up Elblox opracował platformę blockchain, z której mogą korzystać konsumenci energii elektrycznej, aby stworzyć własny, indywidualny miks pochodzącej od wielu regionalnych producentów energii. Rozwiązanie jest już stosowane w Niemczech, jednak na razie to pilotaż. Jeśli się sprawdzi, podobne zostanie wprowadzone w kolejnych krajach.
– Elblox to obecnie projekt pilotażowy, który w małym rejonie w Niemczech pozwala łączyć małych wytwórców z konsumentami za pośrednictwem platformy przypominającej Airbnb. Można sobie wybrać źródła energii, np. naszego sąsiada, i za pośrednictwem technologii blockchain zakupić od niego energię elektryczną – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Grzegorz Biliński, dyrektor zarządzający Axpo Polska.
Na znaczeniu zyskuje współpraca na poziomie lokalnym. Przykładem może być sektor spożywczy, gdzie konsumenci mogą od siebie np. odkupywać żywność, która inaczej mogłaby się zmarnować. Elblox, spółka wydzielona z Axpo, przewiduje, że regionalność zyska na znaczeniu również w zakresie zakupów energii. Dlatego też firma stworzyła platformę, która pozwala użytkownikom na komponowanie własnej mieszanki energii od regionalnych producentów. Platforma oparta jest na technologii blockchain. Użytkownicy mogą ją wykorzystać do zakupu energii z systemu solarnego sąsiada, z systemu biogazowego lub z farmy wiatrowej w regionie. Konsumenci mogą wybrać producenta energii w trybie online za pomocą jednego kliknięcia myszką.
Co istotne, technologię można wykorzystać do śledzenia dostaw energii w czasie rzeczywistym. Platforma rejestruje wszystkie dane dotyczące produkcji, zużycia i stosunków między uczestnikami platformy. Dzięki blockchainowi informacje dotyczące produkcji i marketingu są dokumentowane dla każdego zakładu.
– Stawiamy pierwsze kroki, które są jeszcze przed Elbloxem. Chcemy dać klientom możliwość zakupu energii elektrycznej przez internet, dlatego udostępniliśmy platformę, która pozwala potencjalnym klientom przyłączyć się do Axpo bez wychodzenia z domu. Klientowi w Polsce głównie zależy na konkurencyjnej cenie, na tym, żeby było bezpiecznie i żeby faktura była na czas. Etap, w którym będziemy mogli kupić energię od sąsiada, jest drugim stadium, do którego mam nadzieję, że dojdziemy – ocenia Grzegorz Biliński.
Jak przekonuje, w Polsce rynek zielonej energii szybko się rozwija, jednak na tle Europy jesteśmy dopiero na początku drogi. Według danych GUS udział OZE w końcowym zużyciu energii brutto w 2018 roku wyniósł 11,28 proc. Na koniec 2020 roku, jak wynika ze wstępnych szacunków, może to być 13 proc. Im jednak rozwój OZE będzie szybszy, tym więcej innowacyjnych, ekologicznych rozwiązań, nie tylko w zakresie sprzedaży i dystrybucji energii.
– Bardzo ważne są projekty, które pobudzają wyobraźnię. W tym momencie Axpo jest w fazie końcowej bardzo innowacyjnego i pobudzającego wyobraźnię projektu budowy farmy fotowoltaicznej na wysokości 2,5 tys. metrów, notabene przyłączonej do fasady jednej z naszych największych elektrowni wodnych – wskazuje ekspert.
Na rynku są już dostępne dachówki fotowoltaiczne, którymi można pokryć cały dach. Energię słoneczną pozyskują już także okna. Farba słoneczna opracowana przez naukowców z Królewskiego Instytutu Technologii w Melbourne (RMIT) pochłania światło słoneczne i wilgoć z otoczenia, przekształcając parę wodną w wodór, a tym samym w energię.
W Holandii rowerzyści mogą zaś jeździć po ścieżkach rowerowych, które pozyskują energię ze Słońca. Przykłady można mnożyć. Wkrótce podobne rozwiązania mogą powstać również w Polsce, istotna jest jednak budowa świadomości społecznej dotyczącej korzyści, jakie płyną z odnawialnych źródeł energii.
– Inspirujących projektów nie brakuje, w pewnym stopniu ogranicza nas tylko wyobraźnia. Liczę, że Polska niedługo dołączy do tych wszystkich krajów, które wprowadzają na rynek innowacyjne projekty – ocenia Grzegorz Biliński. – Mam nadzieję, że programy rządowe spowodują geometryczny przyrost nowych źródeł.
Gastronomia znów przed widmem bankructwa. Proponowana pomoc rządu nie rozwiązuje problemów
Branża gastronomiczna krótko miała możliwość prowadzenia biznesu. Już pierwszy lockdown spowodował spadek obrotów rzędu 80–90 proc., a przez wakacje restauratorom nie udało się odrobić strat. Branża spodziewa się, że nowy lockdown potrwa co najmniej do końca roku, a wiele firm go nie przetrzyma. Rządową pomoc, zaproponowaną w ramach branżowej tarczy antykryzysowej, ocenia jako dalece niewystarczającą. Wątpliwości budzą niejasne zasady postojowego, które de facto ograniczą grupę beneficjentów w porównaniu do poprzednich tarcz. Zabrakło również rozwiązania kwestii czynszów w czasie lockdownu. Ograniczona reakcja rządu przyczyni się do problemów z utrzymaniem miejsc pracy w branży zatrudniającej nawet ponad pół miliona osób.
Wraz ze wzrostem liczby zachorowań rząd tydzień temu zdecydował się na wdrożenie nowych obostrzeń w działalności przedsiębiorców, w tym ponowne zamknięcie restauracji, barów, kawiarni i innych placówek gastronomicznych, które mogą już serwować jedzenie tylko na wynos lub z dowozem. Branża spodziewa się, że nowy lockdown potrwa co najmniej do końca roku.
– Możemy sobie wyobrażać, że to potrwa kilka miesięcy, ale tego ani gospodarka, ani nikt z nas nie wytrzyma. Nie sądzę, żebyśmy wrócili do normalnej pracy i mieli otwarte lokale wcześniej niż od nowego roku, bo wszyscy wiemy, jaki jest grudzień. Są andrzejki, mikołajki, święta, sylwester. Nie sądzę, aby rząd pozwolił nam w tym okresie otwierać restauracje – mówi agencji Newseria Biznes Sylwester Cacek, prezes Sfinks Polska, przewodniczący rady Związku Pracodawców HoReCa.
W ramach nowej, tzw. antykryzysowej tarczy branżowej rząd przygotował pakiet kolejnych ułatwień dla firm najbardziej poszkodowanych pandemią. Wśród nich znalazła się też gastronomia, która będzie mogła skorzystać m.in. ze zwolnienia ze składki ZUS za listopad oraz mikropożyczki do 5 tys. zł. Jest też propozycja wypłaty jednorazowego dodatkowego świadczenia postojowego w wysokości 2080 zł, ale obejmie ona tylko osoby prowadzące działalność gospodarczą, czyli de facto właścicieli punktów gastronomicznych, a nie ich pracowników, czyli – jak było poprzednio – również osoby zatrudnione na umowach cywilnoprawnych. Proponowaną pomoc branża gastronomiczna ocenia jednak jako dalece niewystarczającą.
– Forma postojowego zaproponowana przez rząd w jakiejś małej części pomoże, ale to jest o wiele za mało, żeby w dłuższej perspektywie gastronomia i miejsca pracy zostały uratowane – mówi Sylwester Cacek. – Oczekiwalibyśmy zwolnienia ze składek ZUS nie tylko za listopad, ale już za październik, bo część firm nie będzie mieć środków już na październikowe opłaty.
Druga istotna kwestia to wsparcie długoterminowe. Już po pierwszym lockdownie branża oceniała, że wychodzenie z dołka zajmie jej czas co najmniej do końca przyszłego roku, teraz bardziej realny wydaje się rok 2022. Jak podkreśla ekspert, bez długofalowego wparcia finansowego i systemowych rozwiązań prawnych wielu najemców po prostu nie przetrwa na rynku.
– To chociażby kwestia pomocy w uregulowaniu spraw czynszowych, bo wychodzenie z kryzysu epidemicznego będzie dużo trudniejsze i bardziej długotrwałe niż sama epidemia – ocenia przewodniczący rady Związku Pracodawców HoReCa. – Potrzebne są narzędzia do finansowania długoterminowego, wspierające płynność i możliwość funkcjonowania, stosunkowo tanie, bo jeżeli to będą drogie pożyczki, to nikt nie będzie chciał z nich korzystać. Bez tego będzie ciężko gastronomii, jak i wielu innym branżom detalicznym po tej sytuacji wracać do normy.
Jak podkreśla, w trudnej sytuacji jest aktualnie większość firm działających w branży gastronomicznej. Część zaczęła dopiero podnosić się po wprowadzeniu w 2018 roku ograniczenia handlu w niedziele, gdy na początku 2020 r. uderzyły w nie pandemia COVID-19 i zamrożenie gospodarki.
– Większość restauracji w centrach handlowych przez ostatnie miesiące pracowała na stratach albo na minimalnym zysku. Wiele restauracji miejskich też nie osiągało wyników dodatnich, choć tam sprzedaż wracała szybciej. Najgorsza jest sytuacja w tych restauracjach, które liczyły na turystów zagranicznych. Tam spadki były dramatyczne, nawet w ciągu lata, a sprzedaż wynosiła 20–30 proc. w porównaniu do ubiegłego roku – mówi Sylwester Cacek.
Z danych BIG InfoMonitor wynika, że już w pierwszy lockdown branża weszła z 647 mln zł zaległości, które teraz wzrosły o ponad 48 mln zł. Między marcem a wrześniem liczba zadłużonych firm wzrosła o 198, czyli znacznie więcej niż w ciągu wcześniejszych 12 miesięcy (132). Natomiast przyrost zadłużenia od początku kryzysu wywołanego pandemią wyniósł 7,5 proc. i był większy niż w przypadku ogółu firm (3,7 proc.).
– Teraz mamy drugie zamknięcie gospodarki, od marca praktycznie nie mamy możliwości odrobienia strat, nie mówiąc już o generowaniu zysków. To powoduje, że w zasadzie wszyscy jesteśmy u skraju wytrzymałości – mówi przewodniczący rady Związku Pracodawców HoReCa.
Polski Instytut Ekonomiczny szacuje, że już w pierwszej fali zamknięcie punktów gastronomicznych spowodowało w nich spadek obrotów rzędu 80–90 proc. Po tygodniach zamrożenia restauratorzy mogli wrócić do działalności z uwzględnieniem restrykcyjnych wymogów sanitarnych, ale lipcowe badanie Research & Grow dla BIG InfoMonitor pokazuje, że klienci wcale nie rzucili się tłumnie do ulubionych lokali. 39 proc. w ogóle nie poszło do restauracji w ciągu dwóch miesięcy od ich ponownego otwarcia, a 1/3 bywała w nich rzadziej niż przed pandemią. Wszystko to spowodowało, że restauracje, kawiarnie i bary nie miały kiedy odrobić strat. W efekcie wiele z nich musiało zamknąć działalność.
– Część restauracji nie wytrzymała i zniknęła z rynku, część zawiesiła działalność. Szacuje się, że zbankrutowało ok. 6 tys., a więc na rynku pozostało około 60 tys. różnej wielkości restauracji, stałych i sezonowych. Szacunki dotyczące zatrudnienia w branży są różne. Według GUS jest to ponad 300 tys. pracowników, ale może to być nawet dużo powyżej 500 tys. – mówi Sylwester Cacek.
Według ostatnich dostępnych danych GUS w Polsce jeszcze przed pandemią działało ok. 70 tys. stałych lub sezonowych placówek gastronomicznych. Wśród nich 38 proc. stanowiły punkty gastronomiczne, 28 proc. – restauracje, a 27,6 proc. – bary.
Według przytaczanego przez BIK raportu PMR „Rynek HoReCa w Polsce 2020” w ubiegłym roku polski rynek gastronomiczny był wart 32,6 mld zł. Prognozy sprzed pandemii zakładały, że w tym roku jego wartość urośnie do 34,4 mld zł, ale te są już mocno nieaktualne, bo branża jest jedną z tych, które najmocniej ucierpiały wskutek pandemii COVID-19.
Centralny Port Komunikacyjny ma przynieść 290 tys. nowych miejsc pracy. Aby zrealizować inwestycję, potrzebne są pieniądze publiczne i inwestor zagraniczny
Centralny Port Komunikacyjny „Solidarność” ma być węzłem transportowym, który zintegruje transport lotniczy, kolejowy i drogowy, a przy tym pobudzi rozwój innowacji, turystyki i przemysłu. – To nie jest zwykły projekt infrastrukturalny, to jest olbrzymi projekt cywilizacyjny – podkreśla Sławomir Majman, wiceprezes Zarządu Targów Warszawskich. Jak pokazują analizy firmy Kearney dotyczące przyszłego funkcjonowania CPK, jego powstanie pozwoli stworzyć do 2040 roku 290 tys. nowych miejsc pracy i zapewni wzrost łącznej produkcji w Polsce nawet o 90 mld zł rocznie.
Jak wyliczają analitycy firmy Kearney, w 2028 roku CPK „Solidarność” zapewni w gospodarce 238 tys. nowych miejsc pracy. W 2040 roku liczba ta wzrośnie do 290 tys., z czego 217 tys. będzie związanych z lotnictwem, a 73 tys. – z koleją.
– Wpływ Centralnego Portu Komunikacyjnego na polską gospodarkę będzie znaczący – mówi Sławomir Majman, wiceprezes Zarządu Targów Warszawskich SA, organizatora konferencji „Lotnictwo Nowej Generacji 2020”. – Jeżeli ten projekt się uda, to oznacza co roku wzrost PKB o 1 proc., a to jest bardzo dużo. Podkreślam, jeżeli ten projekt się uda. To nie jest zwykły projekt infrastrukturalny, to jest olbrzymi projekt cywilizacyjny, rozpisany na kilka dziesięcioleci.
Na dziesięciolecia przewidziane są też korzyści gospodarcze z jego uruchomienia. Druga część raportu Kearney, obejmująca oddziaływanie na gospodarkę z fazy operacyjnej (pierwsza dotyczyła fazy inwestycyjnej), wskazuje, że już w pierwszym roku funkcjonowania lotniska i części inwestycji kolejowych całkowita produkcja w Polsce wzrośnie o 71 mld zł. Z kolei wartość dodana brutto, czyli dodatkowe zyski przedsiębiorstw, wynagrodzenia pracowników i amortyzacja środków trwałych, zwiększy się o ponad 50 mld zł w 2028 roku. W okresie 2028–2040 te wartości wzrosną odpowiednio do 986 mld zł (wartość produkcji) oraz 780 mld zł (wartość dodana brutto).
– Centralny Port Komunikacyjny jest jedyną szansą dla Polski, aby wygrać bitwę o tranzyt. Najcenniejszą częścią biznesu lotniczego są właśnie przewozy tranzytowe. Obecnie nie mamy argumentów, aby przyciągnąć je na polskie lotniska. A jest to możliwe – świadczy o tym choćby przykład lotniska w Helsinkach, które w ciągu dekady z malutkiego, prowincjonalnego lotniska na skraju Europy stało się jednym z większych hubów pomiędzy Europą a Azją Wschodnią – Koreą, Japonią i Chinami – przekonuje wiceprezes Zarządu Targów Warszawskich.
Drugi istotny argument to wyczerpująca się przepustowość Lotniska Chopina. Jak podkreśla Sławomir Majman, za 10–12 lat będzie ono niewystarczające, aby obsłużyć tranzytowy ruch lotniczy. I to mimo trwającej rozbudowy stołecznego portu lotniczego. Eksperci Kearney wyjaśniają, że inwestycje zrealizowane w ramach programu CPK pozwolą wygenerować korzyści znacznie przewyższające maksymalny potencjał obecnego Lotniska Chopina.
– Zwiększenie ruchu lotniczego i turystyki w Polsce dzięki temu, że jest przyzwoite, duże lotnisko, może zwiększyć także biznes polskich lotnisk regionalnych. Myślę, że przy dobrze wymyślonym lotnisku w Baranowie możliwe jest zdrowe współistnienie, zdrowa synergia między większością lotnisk regionalnych. Kłopot jest z Okęciem i lotniskiem w Łodzi – mówi Sławomir Majman.
Analitycy firmy Kearney jako główne korzyści podają m.in. poprawę dostępności komunikacyjnej kraju i regionu, rozwój turystyki, wzrost mobilności mieszkańców, pobudzanie innowacji i nowych technologii oraz rozwój segmentu cargo, przemysłu, biznesu.
– Aby ten projekt został zrealizowany, potrzebne są pieniądze. Unia Europejska nie finansuje projektów lotniskowych, tylko część kolejową, czyli tzw. szprychy zbiegające się w lotnisku mogą liczyć na wsparcie UE. Po pierwsze więc, potrzebne są fundusze publiczne i inwestor zagraniczny. Po drugie, niezbędne jest właściwe podejście, aby ambicje i deklaracje polityczne zostały zastąpione przez wiedzę ekspercką. Czekamy, aż spółka CPK wyłoni twórcę tzw. masterplanu, czyli pomysłu, gdzie, co, jak i za ile, z kim budować, jak wyposażać itd. To nie może być projekt jednej partii, budzący wrogość wszystkich dookoła. To powinien być polski projekt ekumeniczny – zauważa wiceprezes Zarządu Targów Warszawskich.
CPK, jako członek europejskiego konsorcjum, otrzymało dofinansowanie na opracowanie zielonych, proekologicznych i inteligentnych rozwiązań dotyczących projektowania lotnisk. Wysokość grantu to 12 mln euro, a do Polski trafi ok. 500 tys. euro. Partnerami CPK są m.in. porty lotnicze w Kopenhadze, Rzymie i Wilnie. Dofinansowanie pochodzi z Programu Ramowego Badań i Rozwoju Horyzont 2020 w kategorii: „Budowanie niskoemisyjnej i odpornej na zmiany klimatu przyszłości: Bezpieczna, czysta i wydajna energia”.
Roboty pomogą osobom niepełnosprawnym w codziennym życiu. Wspomagane sztuczną inteligencją będą mogły nawet je karmić [DEPESZA]
Roboty monitorują statystyki życiowe pacjentów i ostrzegają pielęgniarki, wprowadzają też automatycznie informacje do elektronicznej karty zdrowia pacjenta. Inne pomagają podczas operacji lub całkowicie zastępują lekarzy. Roboty rehabilitacyjne pomagają zaś osobom niepełnosprawnym w codziennych czynnościach. Zespół naukowców ze Stanfordu opracował nowatorski sposób sterowania ramionami robotów. Inteligentne kontrolery pozwalają na precyzyjne ruchy, które umożliwią np. karmienie pacjentów.
Roboty rehabilitacyjne pomagają osobom ze znacznym stopniem niepełnosprawności uzyskać samodzielność w wykonywaniu codziennych czynności. Inne nie tylko wspomagają niepełnosprawnych, ale służą też do rehabilitacji. Instytut Biomechaniki i Ortopedii na niemieckim Uniwersytecie Sportowym w Kolonii opracowuje np. zrobotyzowane systemy treningowe do stymulacji fizycznej i poznawczej, które oprócz rehabilitacji mają też zapobiegać chorobom. Uniwersytet RWTH w Akwizgranie używa robota, który prowadzi przedramię chorego i ma umożliwić pacjentom po udarze samodzielne wykonywanie ćwiczeń i wzmocnić skuteczności terapii.
Wyzwaniem było dotychczas przystosowanie robotów do bardzo precyzyjnych czynności, jak np. karmienie. To o tyle istotne, że tylko w USA blisko milion osób korzysta z wózków inwalidzkich wyposażonych w robotyczne ramiona, które pomagają im w takich czynnościach jak ubieranie, mycie zębów czy właśnie jedzenie. Zespół naukowców ze Stanfordu opracował innowacyjny system sterowania ramionami robota, który pozwala na precyzyjne dopasowanie ruchu do określonej czynności.
– Z punktu widzenia robotyki jednym z trudniejszych problemów, nad którym trwają prace, jest karmienie. Wymaga bowiem precyzyjnej manipulacji, a przy tym jest to tak fundamentalne zadanie – musimy się codziennie odżywiać – podkreśla Dorsa Sadigh, adiunkt informatyki i elektrotechniki na Uniwersytecie Stanforda oraz członkini Stanford Institute for Human-Centered Artificial Intelligence (HAI). – To również jeden z moich ulubionych problemów, nad którymi pracuję. Korzyści z tego można zobaczyć na własne oczy.
Naukowcy opracowali kontroler, który łączy dwa algorytmy sztucznej inteligencji. Pierwszy umożliwia sterowanie w dwóch wymiarach za pomocą joysticka, wykorzystując przy tym kontekstowe wskazówki, aby określić, czy użytkownik sięga np. po klamkę czy kubek. Następnie, gdy ramię robota zbliża się do celu, uruchamia się drugi algorytm, umożliwiający bardziej precyzyjne ruchy. Inteligentne algorytmy sprawiają, że robot wie, po jaki przedmiot sięgamy, i może sam przejąć kontrolę nad ruchem. Eksperymenty pokazały, że system się sprawdza – ramię robota wyposażone w widelec precyzyjnie wykonywało żądane czynności.
– Kluczowy wniosek jest taki, że w zależności od pewnych ograniczeń, takich jak kontekst, robot będzie wiedział, że naciśnięcie joysticka w prawo oznacza określoną rzecz, na przykład podniesienie filiżanki – tłumaczy Dorsa Sadigh. – Jeśli go w żaden sposób nie nakierujemy, sam rozpozna najważniejszą rzecz, na którą powinien zwrócić uwagę, zważywszy na aktualną sytuację.
Osoby niepełnosprawne mogą już od kilku lat korzystać z podobnych robotów. Zdecydowana większość, choć pomaga w codziennych czynnościach, innych – bardziej precyzyjnych – nie potrafi wykonać. Ramiona robotów są wyposażone w kilka przegubów. To zaś oznacza, że użytkownik musi przełączać się między różnymi trybami na joysticku. Sam proces jest więc czasochłonny i nie zawsze dokładny. System opracowany przez naukowców ze Stanfordu sprawia, że joystick wydaje polecenia tylko w dwóch kierunkach – góra/dół oraz lewo/prawo, a mimo to, dzięki inteligentnym algorytmom, może płynnie i szybko sterować robotem wieloprzegubowym.
– Roboty współpracujące są już dostępne, ale korzystanie z nich jest wciąż bardzo trudne – podkreśla badaczka. – Typowe roboty pomocnicze obecne na rynku mają sześć–siedem przegubów. Aby sterować każdym z nich, użytkownik przełącza się między różnymi trybami na joysticku, co jest nieintuicyjne, męczące psychicznie i zajmuje dużo czasu.