Opracowano materiał zdolny do przechwytywania dwutlenku węgla z przemysłowych gazów cieplarnianych. To rewolucja w drodze do zeroemisyjności [DEPESZA]

0

Zgodnie z postanowieniami Europejskiego Zielonego Ładu, porozumienia wypracowanego przez Komisję Europejską w 2019 roku, państwa członkowskie zobowiązały się do redukcji emisji gazów cieplarnianych do zera nie później niż do 2050 roku. W realizacji tych założeń może pomóc innowacyjny materiał opracowany na Uniwersytecie w Bayreuth, który pozwala odseparować dwutlenek węgla z mieszaniny gazów.

– Naszemu zespołowi badawczemu udało się zaprojektować materiał, który spełnia jednocześnie dwa zadania. Z jednej strony fizyczne interakcje z dwutlenkiem węgla są wystarczająco silne, aby uwolnić i przechwycić ten gaz cieplarniany z mieszaniny gazów. Z drugiej strony jednak, są na tyle słabe, że pozwalają na uwolnienie CO2 z materiału przy niewielkiej ilości energii – podkreśla Martin Rieß, doktorant w grupie badawczej chemii nieorganicznej na Uniwersytecie w Bayreuth.

Materiał zaprojektowany na Uniwersytecie w Bayreuth może okazać się jedną z kluczowych innowacji na drodze do redukcji emisji dwutlenku węgla do atmosfery. Dzięki zdolności do wychwytywania dwutlenku węgla można go wykorzystać do separowania dwutlenku węgla z gazów przemysłowych, aby ułatwić jego recykling.

Nowy materiał ma znaczącą przewagę nad dotychczasowymi sposobami separacji – nie wymaga przeprowadzania jakichkolwiek reakcji chemicznych i pozwala usunąć cały dwutlenek węgla z mieszaniny gazów. Zamiast tego gaz akumuluje się w zagłębieniach materiału w wyniku interakcji o stricte fizycznym podłożu, a uwolnienie pierwiastka odbywa się przy minimalnym zapotrzebowaniu energetycznym. Po uwolnieniu dwutlenku węgla materiał może zostać wykorzystany po raz kolejny.

Nowatorska metoda precyzyjnej separacji gazów może sprawdzić się zarówno do filtrowania gazów przemysłowych pochodzenia naturalnego, jak i tych powstałych w procesie przemysłowej uprawy roślin bądź produkcji biogazu. Jego wysoka skuteczność absorpcyjna związana jest m.in. z tym, że wyłapuje wyłącznie cząsteczki dwutlenku węgla i przepuszcza wszystkie inne gazy.

– Wszystkie kryteria odnoszące się do oceny przemysłowych procesów separacji dwutlenku węgla zostały całkowicie spełnione przez nasz hybrydowy materiał. Można go produkować w sposób opłacalny i ma znaczący wkład w redukcję przemysłowych emisji dwutlenku węgla, ale także w przetwarzanie biogazu i kwaśnych gazów – przekonuje Martin Rieß.

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rozwiązań do zarządzania śladem węglowym w 2020 roku wyniesie 9 mld dol. Przewiduje się, że do 2025 roku wzrośnie do 12,2 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 6,2 proc. 

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/opracowano-material,p1183175946

Pandemia zmusiła 1/3 Polaków do sięgnięcia po oszczędności. Prawie co piąty nie miał odłożonej poduszki finansowej

0

W tej chwili ok. 50 proc. Polaków ma oszczędności, które uznają za wystarczające i które zapewniają im poczucie bezpieczeństwa. Jednak tylko 14 proc. deklaruje, że odkłada teraz więcej niż przed pandemią. Prawie 1/3 badanych podkreśla, że stać ich na oszczędzanie jedynie mniejszych kwot. Trudniejsza sytuacja zmusiła prawie co trzeciego do sięgnięcia po zaskórniaki, aby móc zapewnić sobie bieżące utrzymanie i pokryć wszystkie wydatki – wynika z cyklicznego badania „Barometr Providenta” przeprowadzonego z okazji przypadającego na 31 października Światowego Dnia Oszczędzania.

– W związku z tym, że zbliża się Światowy Dzień Oszczędzania, zadaliśmy Polakom pytania dotyczące tego, jak oszczędzają w tych trudnych, pandemicznych czasach. Okazuje się, że zmienia się nasz stosunek do oszczędzania, zmieniają się nasze potrzeby finansowe i wzrasta poduszka bezpieczeństwa, czyli kwota, którą postrzegamy jako tą, która zapewnia nam spokój – mówi agencji Newseria Biznes Karolina Łuczak, rzeczniczka prasowa Provident Polska.

Jak wynika z badania „Barometr Providenta”, dla wielu Polaków pandemia COVID-19 wiązała się z koniecznością naruszenia swoich oszczędności. Blisko 50 proc. zadeklarowało, że na utrzymanie wystarczyły im bieżące dochody, ale 1/3 Polaków musiała sięgnąć po odłożone wcześniej środki. Prawie co piąta osoba (18 proc.) przyznała jednak, że nie miała oszczędności, z których mogłaby skorzystać w tej trudniejszej sytuacji.

Pandemia sprawiła, że Polacy potrzebują coraz większych sum, żeby czuć się bezpiecznie. W tym roku średnia kwota oszczędności, która zapewnia poczucie bezpieczeństwa, wynosi 17 tys. zł. Rok temu była o 4 tys. zł niższa, a w 2018 roku wynosiła raptem 8,4 tys. zł.

– Potrzeby finansowe Polaków zmieniają się w zależności od wieku. Największą kwotę wskazują osoby najstarsze – dla nich to ok. 24 tys. zł. Zdecydowanie mniej wskazują natomiast osoby najmłodsze, poniżej 25. roku życia. Dla nich taka bezpieczna kwota wynosi już 6 tys. zł – wskazuje Karolina Łuczak.

We wszystkich grupach wiekowych odsetek osób deklarujących, że warto oszczędzać, przekroczył 80 proc. Jednak w tej chwili tylko ok. 50 proc. Polaków ma oszczędności, które uznaje za wystarczające i które zapewniają im poczucie bezpieczeństwa. Ponowne stworzenie takiej poduszki finansowej dla wielu badanych wiązałoby się z wielomiesięcznymi wyrzeczeniami. 17 proc. Polaków wskazało, że musieliby odkładać przez cały rok, a 15 proc. – przez pół roku. Z kolei 16 proc. ankietowanych zajęłoby to dwa–trzy miesiące, a średnio co 10. na uzbieranie wystarczającej poduszki finansowej potrzebowałby dwóch–trzech lat.

– Zadaliśmy Polakom także pytania dotyczące tego, w jaki sposób oszczędzają. 1/4 badanych wskazała, że regularnie odkłada kwotę, która pozostaje im na koniec miesiąca po opłaceniu wszystkich kosztów i wydaniu pieniędzy, których potrzebują na życie. Pozostali co miesiąc odkładają stałą kwotę, której nie naruszają, z kolei jeszcze inni oszczędzają raczej nieregularnie. Jest też grono osób, których po prostu nie stać na to, żeby regularnie odłożyć jakąkolwiek kwotę – mówi rzeczniczka Provident Polska.

Jak pokazuje badanie Providenta, w tej chwili ok. 14 proc. Polaków deklaruje, że regularnie oszczędza więcej niż przed pandemią. Jednak 28,3 proc. może aktualnie pozwolić sobie na odkładanie mniejszych sum, a 4,5 proc. nie jest w stanie wygospodarować żadnych oszczędności, choć wcześniej im się to udawało.

– Najczęściej wskazywanym sposobem oszczędzania jest konto oszczędnościowe przy rachunku bankowym. Część osób nigdzie nie odkłada zaoszczędzonych środków i gromadzi je na swoim osobistym koncie w banku. Niewielkie grono wskazuje też, że dla nich sposobem na oszczędzanie są lokaty, co oczywiście w tej chwili wiąże się z bardzo niskim oprocentowaniem – mówi Karolina Łuczak.

Zaoszczędzone środki blisko 60 proc. Polaków odkłada na „czarną godzinę”. Co ciekawe, na zakup własnego domu lub mieszkania oszczędza tylko co 10. Natomiast mniej więcej 1/4 badanych zamierza przeznaczyć oszczędności na wydatki takie jak remont i umeblowanie mieszkania, a niewiele mniejszy odsetek – na podróże i wakacyjne wyjazdy.

– Zapytaliśmy też Polaków o to, jak podchodzą do spontanicznych zakupów. Do takich wydatków przyznaje się około 60 proc. badanych. Częściej dotyczy to kobiet – ponad 70 proc. z nich deklaruje, że zdarza im się dokonywać nieplanowanych, impulsywnych zakupów. U mężczyzn wygląda to trochę inaczej, na takie wydatki wskazuje około 50 proc. badanych – mówi rzeczniczka Provident Polska. – Zwłaszcza teraz, kiedy mamy trudne czasy i tak dużą niepewność, warto odkładać pieniądze, jeśli tylko mamy możliwość oszczędzania. Warto zastanowić się nad tym, czy faktycznie potrzebujemy tych wszystkich rzeczy, które kupujemy spontanicznie, i czy aby przypadkiem nie lepiej byłoby tę kwotę odłożyć.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/pandemia-zmusila-13,p1033741616

Rząd proponuje tarczę branżową dla najbardziej poszkodowanych sektorów. Pomoc w listopadzie będzie kosztować ponad 1,8 mld zł

0

Mocny wzrost liczby zakażeń rodzi obawy o konieczność wprowadzania kolejnych restrykcji. To wiąże się z ograniczaniem działalności firm, a co za tym idzie, również ich problemami finansowymi, które ponownie będą oznaczać konieczność uruchomienia publicznego wsparcia. We wtorek rząd zapowiedział tarczę branżową, czyli zestaw zwolnień i świadczeń, które w listopadzie będą przysługiwać firmom z najbardziej poszkodowanych branż. Według Jana Zygmuntowskiego, ekonomisty z Polskiej Sieci Ekonomii, dla ratowania miejsc pracy rząd nie powinien wahać się przed powiększaniem długu. – Nadwyżki budżetowe można budować, ale w środku boomu – mówi ekspert.

Z tarczy branżowej będą mogli skorzystać przedstawiciele sektorów: gastronomii, rozrywki, fitness i sprzedaży detalicznej. Przedsiębiorcom przysługiwać będzie m.in. zwolnienie z ZUS-u, świadczenie postojowe za listopad oraz dotacja w wysokości 5 tys. zł.

– Dominującym sposobem, żeby pozyskiwać potrzebne środki, jest teraz przede wszystkim dalsze zwiększanie zadłużenia publicznego. Wbrew temu, co mówi dziś część szczególnie starej daty ekonomistów, zadłużenie publiczne nie powinno być takim problemem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jan Zygmuntowski, ekonomista, współprzewodniczący Polskiej Sieci Ekonomii. – To normalne, że wykorzystuje się je w kryzysie, po drugie, jest to zadłużenie w większości krajowe, a więc mobilizuje oszczędności polskich gospodarstw domowych, polskich firm, polskiego sektora finansowego. Poza tym cały czas ma bardzo niską rentowność, czyli charakteryzuje się niskimi kosztami spłaty. Jak tylko będziemy wychodzić z tego kryzysu, bez problemu będziemy w stanie te poziomy długu zmniejszać.

W ramach tarcz antykryzysowych oraz finansowej do polskich firm – m.in. poprzez BGK i PFR – trafiło prawie 150 mld zł.

Według zapowiedzi rządu nowa tarcza branżowa będzie kosztować ponad 1,8 mld zł. Szacunki mówią o tym, że pomoże ona ok. 200 tys. firm i 372 tys. pracowników. Rząd zapowiada, że w razie potrzeby wydłuży działanie nowej tarczy o kolejne miesiące.

W trudnej sytuacji jest branża turystyczna, której zobowiązania rosną szybciej niż w innych dziedzinach gospodarki. Jak wynika z raportu Krajowego Rejestru Długów, na koniec września zadłużenie firm turystycznych sięgało 19,2 mln zł, o 5 mln zł więcej niż w styczniu br., z czego 16,2 mln zł obciążało mikrofirmy. Również branża HoReCa nie może odrobić strat z poprzednich miesięcy. Zaległości hoteli, restauracji i firm cateringowych wynoszą ponad 280 mln zł, o prawie 70 mln zł więcej niż w lutym. Odrabianie strat będzie teraz tym trudniejsze, że od soboty 24 października branża ponownie działa w ograniczonym zakresie.

 Być może będziemy mówili znowu o kilkudziesięciu, kilkuset miliardach złotych, które będą potrzebne, i mam nadzieję, że będą przede wszystkim wydane na tych najbardziej potrzebujących. Te realne potrzeby to np. blisko 3 mln pracowników na śmieciówkach albo jednoosobowych działalnościach, którzy pierwsi mogą stracić swoje zarobki. W takiej sytuacji wpadliby albo w spiralę zadłużenia prywatnego, albo nie mogliby opłacić czynszów – mówi współprzewodniczący Polskiej Sieci Ekonomii.

Jak podkreśla, dziś największym zagrożeniem byłoby dążenie do budowy nadwyżek budżetowych lub równoważenia budżetu.

Im szybciej to zrobimy, tym większe ryzyko, że wpadniemy w ponowną przedłużoną recesję. Za każdym razem, kiedy budżet uzyskuje nadwyżki, oznacza to, że część płynności środków finansowych w gospodarce jest kasowana. Zatem dopóki nie będziemy na etapie mocnej, wznoszącej się gospodarki, to zniszczymy sobie podwaliny tego wzrostu – podkreśla ekonomista. – Jeśli chodzi o duże zagrożenia, zadłużenie zagraniczne na pewno będzie większym problemem niż krajowe, w razie gdyby np. kurs polskiego złotego do euro był w dużo gorszej sytuacji. Dużym zagrożeniem jest też oczywiście zła selekcja projektów inwestycyjnych i zła selekcja wydatków rządowych. Zadłużać się trzeba, ale jak i na co – to jest właściwe pytanie, które musimy kierować do rządu.

To, jak dużo środków będziemy mieć na odbudowę gospodarki po pandemii, w dużej mierze zależy także od rozwiązań przyjętych na poziomie Unii Europejskiej. Tym bardziej że wiele mówi się o powiązaniu kwot dotacji w kolejnej perspektywie budżetowej na lata 2021–2027 z przestrzeganiem przyjętych we Wspólnocie zasad praworządności. Budżet na następną siedmiolatkę opiewać ma łącznie na rekordową kwotę prawie 1,08 bln euro, a wraz z Funduszem Odbudowy – przeszło 1,8 bln euro.

Według opublikowanego w październiku sondażu Parlamentu Europejskiego 77 proc. obywateli 27 państw UE opowiada się za powiązaniem przestrzegania unijnych zasad z otrzymywaniem środków ze wspólnego budżetu. Nawet w Polsce i na Węgrzech, krajach wymienianych jako główni kandydaci do ukarania zmniejszeniem dotacji, 72 proc. pytanych jest skłonnych przystać na taką zależność.

W przypadku, gdyby te środki unijne były ucinane, w mniejszym stopniu trafiały do Polski, niestety może to oznaczać dość dużą tragedię społeczną. Jeśli jednocześnie środkami budżetowymi, np. z długu publicznego, nie wypełnimy tych potrzeb, to moce produkcyjne mniejszych firm nie będą w pełni wykorzystane. Firmy z zatorami płatniczymi, które w Polsce trzykrotnie częściej się zdarzają niż w reszcie Europy, będą upadać, a gospodarstwa domowe będą musiały zadłużać się prywatnie na dużo gorszych warunkach, żeby spłacać np. czynsze, hipoteki, inne raty i kredyty – mówi Jan Zygmuntowski. – Sytuacja całego społeczeństwa zależy od tego, żeby były dobre środki na odbudowę kraju po COVID-zie.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/rzad-proponuje-tarcze,p997677969

Naukowcy opracowali urządzenie do noszenia umożliwiające komunikowanie się osobom z paraliżem twarzy. Sprawdzi też skuteczność leczenia [DEPESZA]

0

Stwardnienie zanikowe to choroba, która prowadzi do zaniku mięśni, także tych, które pozwalają mówić. Szacuje się, że nawet 75 proc. osób, u których zdiagnozowano ALS, będzie potrzebować jakiejś formy pomocy, aby skutecznie się komunikować. Naukowcy z MIT stworzyli niewidoczny czujnik dla chorych, który przymocowany do twarzy mierzy drobne ruchy, takie jak drganie lub uśmiech. W ten sposób pacjenci mogą przekazywać emocje.

Stwardnienie zanikowe boczne (ALS) to choroba, która prowadzi do zaniku mięśni, a w wielu przypadkach do paraliżu. Dotyczy to nie tylko dużych mięśni, które pomagają się poruszać, lecz także mięśni, które pozwalają mówić. Według ALS Association nawet 75 proc. osób, u których zdiagnozowano ALS, będzie potrzebować jakiejś formy pomocy, aby skutecznie się komunikować. Zwłaszcza że pacjenci mogą całkowicie stracić zdolność mówienia. Komunikację mogą umożliwić nowe technologie.

Zespół naukowców z Massachusetts Institute of Technology zaprojektował rewolucyjne, rozciągliwe, przypominające skórę urządzenie, które można przymocować do twarzy pacjenta i mierzyć drobne ruchy, takie jak drganie ust. Pacjenci mogą w ten sposób przekazywać różne uczucia za pomocą małych ruchów, które są interpretowane przez urządzenie.

– Ciągłe monitorowanie ruchów twarzy odgrywa kluczową rolę w komunikacji niewerbalnej u pacjentów z zaburzeniami nerwowo-mięśniowymi. Obecnie głównym podejściem jest śledzenie za pomocą kamer, co jest wyzwaniem w zakresie mobilności pacjentów – komentuje Takao Someya, profesor elektrotechniki i systemów informatycznych na Uniwersytecie w Tokio. – Badacze z powodzeniem opracowali cienkie, nadające się do noszenia, piezoelektryczne czujniki, które mogą niezawodnie odczytywać napięcie twarzy i przewidywać jej kinematykę. 

Naukowcy zainteresowali się pracą nad sposobami pomocy pacjentom z zaburzeniami nerwowo-mięśniowymi po spotkaniu ze Stephenem Hawkingiem w 2016 roku. Słynny astrofizyk komunikował się za pomocą czujnika podczerwieni, który wykrywał drgania policzka i w ten sposób przesuwał kursor po rzędach i kolumnach liter. Wymaga to jednak specjalistycznego sprzętu, na który większości chorych nie stać. Inni chorzy na ALS używają urządzeń, które mierzą aktywność elektryczną nerwów kontrolujących mięśnie twarzy. Choć pomaga to w komunikacji, to jest nieporęczne. Urządzenie opracowane przez MIT jest niewielkie, łatwo je zakamuflować makijażem i umożliwia komunikację w czasie rzeczywistym.

– Nasze urządzenia są nie tylko plastyczne, miękkie i lekkie, ale są również niewidoczne wizualnie – podkreśla Canan Dagdeviren, profesor ds. rozwoju kariery LG Electronics w MIT i lider zespołu badawczego. – Można je zakamuflować w taki sposób, żeby były zupełnie niewidoczne nawet na twarzy.

Nowe urządzenie składa się z czterech czujników piezoelektrycznych wykonanych z azotku glinu, które mogą wykryć mechaniczne odkształcenie skóry i przekształcić je w łatwo mierzalne napięcie elektryczne. Dzięki algorytmowi rozpoznaje uśmiech, zaciśnięte lub otwarte usta. Naukowcy przetestowali je na dwóch pacjentach z ALS i dzięki algorytmowi udało się uzyskać 75-proc. dokładność w rozróżnianiu różnych ruchów. Dla porównania, u zdrowych osób ten wskaźnik sięgnął 87 proc.

– Możemy tworzyć spersonalizowane komunikaty na podstawie ruchów, które pacjent wykonuje – przekonuje Canan Dagdeviren. – W zasadzie można tworzyć tysiące wiadomości, czego nie potrafi w tej chwili żadna inna technologia. Wszystko zależy od konfiguracji biblioteki, którą można zaprojektować dla konkretnego pacjenta lub grupy pacjentów.

Dotychczas chorzy na ALS używali do komunikowania się bankowości głosowej  do przechowywania głosu na komputerze w celu zastosowania go w urządzeniu generującym mowę, np. poprzez rejestrację szeregu zdań, gdzie poszczególne dźwięki są wykorzystywane do syntezy mowy. Aby się komunikować, mogą wskazywać obrazy i litery palcami lub w przypadku mniej mobilnych pacjentów za pomocą wskaźnika laserowego przymocowanego do głowy. Inną często wykorzystywaną technologią jest np. śledzenie wzroku. Specjalna kamera wykorzystuje źródło światła podczerwonego lub bliskiego podczerwieni i śledzi ruch oczu, umożliwiając pacjentom używanie ich jak myszy komputerowej.

Żadna jednak z tych technologii nie może być używana do śledzenia postępu choroby pacjenta lub do sprawdzania, czy leczenie przynosi jakikolwiek efekt. Urządzenie opracowane przez MIT pozwala natomiast mierzyć skuteczność terapii.

– Istnieje wiele badań klinicznych, które sprawdzają, czy dana terapia jest skuteczna w odwracaniu stwardnienia zanikowego bocznego – twierdzi Farita Tasnim, absolwentka MIT i jedna z autorek badania. – Zamiast polegać tylko na tym, że pacjenci zgłaszają, że czują się lepiej lub są silniejsi, to urządzenie może dostarczyć ilościowe badanie skuteczności leczenia.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/naukowcy-opracowali,p693371330

Liczba instalacji fotowoltaicznych błyskawicznie rośnie, ale ich potencjał jest niewykorzystany. Pomogą w tym lokalne, wirtualne elektrownie

0

W Polsce błyskawicznie rośnie liczba instalacji odnawialnych źródeł energii, głównie instalacji fotowoltaicznych. Wzrost ich znaczenia może poskutkować powstaniem lokalnych, wirtualnych elektrowni, które pozwolą przechowywać nadmiar gromadzonej w przydomowych magazynach energii czy odsprzedawać je do sieci. W skali makro powstaje także tego typu sieć w całej Europie, która pozwoli na przekazywanie zielonej energii wszędzie tam, gdzie aktualnie będzie najbardziej potrzebna.

– W Polsce liczba instalacji fotowoltaicznych rośnie dwukrotnie rok do roku. Drzemie w nich ogromny potencjał, który na razie jest niewykorzystywany. Nie mamy systemowych rozwiązań jak w Europie Zachodniej czy w Stanach, gdzie można nadmiar energii wysyłać do sieci. Moglibyśmy tworzyć tzw. microgridy, co pozwoliłoby stworzyć z jednego osiedla małą elektrownię, która najpierw będzie wymieniała się energią pomiędzy domami, a dopiero potem będzie wysyłała ją dalej – tłumaczy agencji Newseria Innowacje Mariusz Kraj, dyrektor technologiczny Codibly.

Do płynnego funkcjonowania tego typu wirtualnych elektrowni niezbędne jest odpowiednie wsparcie ze strony narzędzi informatycznych. Wyłącznie zautomatyzowane systemy zarządzania będą w stanie na bieżąco zarządzać popytem i podażą energii elektrycznej w mikroskali, aby zapewnić niezakłócone dostawy prądu i zminimalizować straty energii. Codibly zaprojektowało podwaliny systemu energetycznego, który może przyczynić się do upowszechnienia wirtualnych elektrowni. We współpracy z inżynierami Electriq Power opracowano Power Pod, platformę do magazynowania, zarządzania i przechowywania energii elektrycznej pozyskanej m.in. ze źródeł odnawialnych.

Połączenie Power Podów funkcjonujących w wielu domach oraz instytucjach pozwoli płynnie zarządzać przepływem energii, gromadzić ją i przesyłać tam, gdzie jest obecnie najbardziej potrzebna. Przy okazji pozwoli też zminimalizować straty wywołane nadmiarem energii pozyskanej z zasobów odnawialnych w stosunku do bieżącego zapotrzebowania.

– Największym wyzwaniem związanym z odnawialnymi źródłami energii jest to, że są nieprzewidywalne, dlatego nie wiemy, kiedy prąd zostanie wygenerowany. Przesuwanie krzywej zużycia jest kluczowe, jest tyle czynników, że człowiek nie jest w stanie tego wykonać sam. Oprogramowanie może zintegrować systemy rekuperacji, pozwala na działanie całościowe, gdzie nie marnujemy energii, tylko wykorzystujemy np. ciepło odzyskane z domu do tego, żeby ogrzać inny pokój. Natomiast jeżeli chodzi o większą skalę, to jest kwestia tego, żeby efektywnie przechować wygenerowany prąd i wykorzystać go wtedy, kiedy jest potrzebny – wyjaśnia ekspert.

Upowszechnienie wirtualnych elektrowni w skali lokalnej będzie pierwszym krokiem na drodze do stworzenia europejskiej supersieci energetycznej. Dzięki niej możliwe będzie harmonijne zarządzanie europejskim rynkiem energetycznym i dysponowanie zasobami w czasie rzeczywistym, aby w pełni wykorzystać potencjał OZE. Najpierw jednak tego typu instalacje muszą się rozpowszechnić w Polsce.

– Czekamy, aż operatorzy będą w stanie wykorzystać odnawialne źródła energii w taki sposób, w jaki jest to możliwe w krajach zachodnich. Wtedy powstaną wirtualne elektrownie, które będą zrzeszać wiele osiedli, wtedy podłączy się duża firma produkcyjna, która będzie miała np. generatory i w znaczący sposób zmniejszy zużycie. Widzę to jako stworzenie tzw. kolektywu grup, które mają znaczący wpływ na sieć. Pojedynczy dom z jedną instalacją dla operatora w żaden sposób się nie liczy. Natomiast jeżeli to jest całe osiedle, to wtedy może funkcjonować jako jedna jednostka i dostarczyć bardzo dużo elastyczności dla sieci – tłumaczy Mariusz Kraj.

Według analityków z firmy Allied Market Research wartość globalnego rynku wirtualnych elektrowni w 2019 roku wyniosła 1,3 mld dol. Przewiduje się, że do 2027 roku wzrośnie do 5,9 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 21,3 proc.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/liczba-instalacji,p1372866277

Pandemia koronawirusa ograniczyła napływ do Polski pracowników z Europy Wschodniej. Polska gospodarka wciąż potrzebuje rąk do pracy

0

Ponad 42 proc. cudzoziemców pracujących w Polsce skorzystało z automatycznego przedłużenia pozwolenia na legalny pobyt i pracę, zaoferowanego przez polski rząd w trakcie pandemii koronawirusa. Co trzeci planuje z tego rozwiązania skorzystać. Jednak emigrantów zarobkowych z Europy Wschodniej jest zdecydowanie mniej niż rok temu. – Zwykle we wrześniu napływ pracowników z zagranicy jest największy. W tym roku liczba obcokrajowców na rynku pracy jest porównywalna z poziomem z marca, czyli z okresu, w którym corocznie jest ich najmniej – mówi Andrzej Korkus, prezes zarządu EWL.

– Zamknięcie granic wywołane pandemią koronawirusa miało znaczny wpływ na migrację do Polski, a początkowo całkowicie ją zatrzymało. Ograniczony został ruch autobusowy i kolejowy, czyli transport publiczny pomiędzy Polską a Ukrainą. W początkowym okresie lockdownu dotarcie do naszego kraju do pracy graniczyło z cudem. Po pewnym czasie transport ruszył, konsulaty wznowiły pracę i wszystko powoli zaczęło wracać do normalności – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrzej Korkus.

Jak wynika z wstępnych danych GUS, na koniec kwietnia br. – w porównaniu z końcem lutego br. – liczba cudzoziemców w Polsce zmniejszyła się o 223 tys., czyli o 10 proc. Największy spadek odnotowano wśród obywateli Białorusi (32,2 proc.) oraz Rosji (25,7 proc.). Populacja obywateli Ukrainy zmniejszyła się o 11,5 proc.

Z II edycji raportu EWL „Pracownik zagraniczny w dobie pandemii” wynika, że 73 proc. skorzystało lub planuje w najbliższym czasie skorzystać z możliwości automatycznego przedłużenia pozwolenia na pobyt lub na pracę w Polsce.

– Każdy pracownik, który chce kontynuować pracę w Polsce, a skończyła mu się wiza albo zezwolenie na pracę, może to robić na podstawie ustaw antykryzysowych, które wprowadził rząd – mówi prezes EWL.

To właśnie przedłużenie ważności dokumentów zezwalających na pobyt i pracę w Polsce jest oceniane wśród cudzoziemców jako najistotniejszy element pomocy ze strony polskich władz. Takiego zdania było niemal 60 proc. badanych. Z kolei 23 proc. pracowników zagranicznych chwali polski rząd za udzielanie informacji na temat ograniczeń i zaleceń związanych z pandemią w ich ojczystych językach. Jednak co piąty migrant zarobkowy przyznał, że nie uzyskał żadnej informacji na temat wsparcia ze strony polskiej administracji, zaś 18 proc. respondentów nie uznało dostępnych form wsparcia za istotne.

Jeżeli chodzi o  pomoc ze strony polskich pracodawców, cudzoziemcy najbardziej docenili zapewnienie bezpłatnych środków ochrony (34 proc.) oraz pokrycie kosztów zakwaterowania w  przypadku kwarantanny (29 proc.). Niemal 16 proc. respondentów nie słyszało o  pomocy ze strony swojego pracodawcy.

Mimo to 92 proc. badanych, którzy zdecydowali się pozostać w Polsce po wybuchu pandemii, nie żałuje podjętej decyzji. Niecałe 2 proc. nie jest z niej zadowolonych.

– Napływ pracowników z zagranicy jest dalej niższy niż przed pandemią – podkreśla Andrzej Korkus. – Zazwyczaj we wrześniu ich napływ zza wschodniej granicy był największy z uwagi na większe zapotrzebowanie i wzmożony ruch przed świętami. W tym roku liczba cudzoziemców, którzy są dostępni na rynku pracy, jest podobna do tej, która była przed pandemią, w marcu, kiedy jest zwykle najniższa na przestrzeni całego roku.

Tymczasem zapotrzebowanie pracodawców na siłę roboczą jest wciąż wysokie. Polska jest na drugim miejscu, zaraz po Czechach, na liście krajów europejskich z najniższym bezrobociem. Według danych Eurostatu w sierpniu wyniosło ono 3,1 proc., podczas gdy w strefie euro przekroczyło 8 proc.

– Widać, że rąk do pracy brakuje. Tym bardziej że produkcja się zmieniła. Firmy działają teraz trochę inaczej. Transport, globalne rynki dostaw działają dużo wolniej, niż było to przed pandemią, jest wiele obostrzeń, które wpływają na dynamikę dostaw. Jeżeli np. części dla branży automotive w końcu spływają, są zamówienia, to jest dużo większa potrzeba szybkiego reagowania na popyt – mówi prezes EWL.

Autorzy badania podkreślają, że pomimo niepewności związanej z  COVID-19 nastroje wśród migrantów zarobkowych i ich stosunek do pracy w  Polsce pozostają pozytywne. Niemal 54 proc. badanych oświadcza, że ponowne wprowadzenie ograniczeń nie skłoni ich do rezygnacji z pracy w niej. Co ciekawe, pandemia wpłynęła na ocenę atrakcyjności krajów Europy Zachodniej i ich rynku pracy przez obywateli państw wschodnich. Zainteresowanie wśród migrantów zatrudnieniem w krajach innych niż Polska zmalało. Ofert pracy szukało w nich wcześniej ponad 31 proc. respondentów, a po wybuchu pandemii odsetek ten wynosi niecałe 19 proc.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/pandemia-koronawirusa,p1791361346

Inwestycje w internet rzeczy ponownie przyspieszą od przyszłego roku. Problemami pozostają cyberbezpieczeństwo i brak odpowiedniego prawa

0

W Polsce nie ma i nie planuje się uchwalenia ustawy o internecie rzeczy. Obecnie jest on regulowany czterema odrębnymi grupami przepisów dotyczących cyberbezpieczeństwa, ochrony danych osobowych, odpowiedzialności cywilnoprawnej czy własności intelektualnej – mówi adwokat Xawery Konarski. Ubiegłoroczny raport opracowany dla Ministerstwa Cyfryzacji pokazuje jednak, że w Polsce środowisko regulacyjne nie tylko nie sprzyja rozwojowi IoT, ale wręcz stanowi istotne ograniczenie dla tej technologii. – Takich regulacji nie ma też w Unii Europejskiej ani na świecie, bo IoT wymaga stosowania różnych przepisów prawa. Nie da się stworzyć jednego aktu prawnego, który regulowałby wszystkie kwestie i problemy prawne – ocenia ekspert.

– Internet rzeczy już funkcjonuje w naszym życiu – jako urządzenia i konkretne zastosowania. Klasycznym przykładem są aplikacje, które śledzą kierowanie autami. Te dane telematyczne są następnie wykorzystywane do oceny ryzyka ubezpieczeniowego. Internet rzeczy jest też stosowany w inteligentnych miastach. Jedną z największych broni samorządów w walce z korkami są inteligentne sygnalizacje świetlne bazujące na IoT, które pozwalają lepiej zarządzać ruchem. Obecnie już cała logistyka opiera się na IoT. W niemal każdym magazynie są towary, które mają wszczepione sensory i czujniki, pozwalające lepiej nimi zarządzać – mówi agencji Newseria Biznes Xawery Konarski, wspólnik w Kancelarii Traple Konarski Podrecki i Wspólnicy, wiceprezes PIIT i członek Sektorowej Rady ds. Kompetencji Telekomunikacja i Cyberbezpieczeństwo.

Internet rzeczy to jeden z najszybciej rozwijających się trendów technologicznych. Według szacunków IDC w 2025 roku do IoT będzie podłączonych już 55,9 mld urządzeń, maszyn, czujników i kamer, generujących w sumie 79,4 zetabajtów (ZB) danych. Lipcowa prognoza IDC zakłada, że w tym roku globalne wydatki na systemy IoT osiągną wartość 742 mld dol., po wzroście o 8,2 proc. r/r. W ubiegłym roku ten wzrost był prawie dwukrotnie szybszy, co wskazuje na znaczący wpływ pandemii hamującej inwestycje w nowe technologie. Taka dynamika wzrostu ma powrócić już w przyszłym roku. IDC ocenia, że w latach 2020–2024 wydatki na tę technologię mają rosnąć w średnim tempie 11,3 proc. rocznie.

Najszybciej IoT wprowadzają branże edukacji i ubezpieczeń oraz opieka zdrowotna. W nich internet rzeczy ma zresztą największy potencjał. Jak pokazuje ubiegłoroczny raport resortu cyfryzacji „IoT w polskiej gospodarce”, 80 proc. podmiotów z obszaru opieki zdrowotnej odnotowało wzrost innowacyjności dzięki wdrożeniu rozwiązań IoT. Wyzwaniem dla rozwoju tej technologii wciąż jest jednak znalezienie takich rozwiązań, które pomogą przetwarzać i analizować ogromne ilości danych generowanych przez urządzenia internetu rzeczy. Kolejnym jest ich bezpieczeństwo.

Dla porównania, w przypadku chmury obliczeniowej dane użytkowników są bezpieczne, zarządzają nimi profesjonalni globalni dostawcy usług chmurowych. Nie obawiam się o moje dane na ich serwerach. Inaczej jest z internetem rzeczy. Przykładowo, urządzenia, które wykorzystujemy do fitnessu, pokazują, ile spalamy kalorii, jakie mamy tętno etc. To są sensytywne dane zdrowotne. Znamy już przypadki zhakowania urządzeń użytkowników IoT – podkreśla wspólnik w Kancelarii Traple Konarski Podrecki i Wspólnicy.

Firma Kaspersky tylko w I półroczu ubiegłego roku wykryła 105 mln ataków na urządzenia internetu rzeczy pochodzących z 276 tys. unikatowych adresów IP. To dziewięciokrotnie więcej niż rok wcześniej w tym samym okresie (kiedy wykryto ok. 12 mln ataków pochodzących z 69 tys. adresów IP). Wraz z rosnącą popularnością IoT podłączone urządzenia stały się jednym z głównych celów ataków hakerskich.

Są też pewne szczególne ryzyka związane z ochroną danych i one na pewno będą adresowane przez właściwe organy, również w Polsce – mówi Xawery Konarski. – Pierwszym jest ryzyko, że nasze urządzenia, czasem automatycznie, przesyłają gdzieś wrażliwe dane na nasz temat, czego często sobie nie uświadamiamy. Drugie ryzyko – specyficzne dla IoT, które na pewno powinno doczekać się jakichś wytycznych – to zbieranie danych o osobach trzecich, które znajdują się w naszym pobliżu. Może się zdarzyć, że nasze urządzenie będzie gromadzić i przesyłać dalej informacje nie tylko o nas, ale również o osobach, które znajdują się np. w odległości 2 metrów od nas.

Jak zauważa ekspert, internet rzeczy do skutecznego funkcjonowania potrzebuje jak największych zasobów danych o użytkownikach. Z drugiej strony funkcjonują przepisy o ochronie danych osobowych, jak np. RODO, które nakazują minimalizowanie gromadzenia takich danych.  

Prawo jest zawsze w tyle za nowymi technologiami. Najpierw powstaje jakaś innowacja, z którą użytkownicy się oswajają, potem powstaje zbiór zasad dotyczących działania i korzystania z tej innowacji, a dopiero później prawo to kodyfikuje – wyjaśnia wiceprezes PIIT. – Dobrym przykładem jest spam. Ponad 20 lat temu pojawiła się poczta elektroniczna, potem netykieta, czyli zasady dotyczące tego, czego nie powinniśmy sobie bez zgody wysyłać, dopiero później, kiedy stało się to już obowiązującym zwyczajem, pojawiły się antyspamowe regulacje prawne, włącznie z karami za przesyłanie niezamówionych informacji.

Ubiegłoroczny raport „IoT w polskiej gospodarce” opracowany dla resortu cyfryzacji pokazuje, że w naszym kraju środowisko regulacyjne nie tylko nie sprzyja rozwojowi IoT, ale wręcz stanowi istotne ograniczenie dla tej technologii. W polskim systemie prawnym brakuje dla niej odrębnych i szczegółowych regulacji, a te obecnie obowiązujące są rozproszone po wielu aktach prawnych (m.in. RODO, prawo telekomunikacyjne i tajemnice sektorowe, dyrektywa NIS). Eksperci zwrócili uwagę na konieczność przygotowania dla IoT bardziej przyjaznego systemu prawnego.

W Polsce nie ma i nie planuje się uchwalenia ustawy o internecie rzeczy. Takich regulacji nie ma też w Unii Europejskiej ani na świecie, bo IoT wymaga stosowania różnych przepisów prawa. Nie da się stworzyć jednego aktu prawnego, który regulowałby wszystkie kwestie i problemy prawne, takie jak cyberbezpieczeństwo, ochrona danych osobowych, odpowiedzialność cywilnoprawna związana z korzystaniem z IoT czy pewne specyficzne problemy własności intelektualnej. Dziś jest to regulowane czterema odrębnymi grupami przepisów dotyczących tych obszarów prawnych – mówi wspólnik w Kancelarii Traple Konarski Podrecki i Wspólnicy.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/inwestycje-w-internet,p256691801

Mimo rosnącej krytyki polimery rewolucjonizują już niemal każdą branżę. Mogą służyć ratowaniu naszego życia i zdrowia

0

Naukowcy niemal co chwila odkrywają nowe zastosowania tworzyw sztucznych. Różne połączenia polimerów pozwoliły np. wyprodukować tworzywo, które ma możliwość przewodzenia prądu. Inne same informują o przydatności żywności, jeszcze inne są łatwiejsze do recyklingu. Z plastiku powstają już drogi czy przystanki autobusowe. Materiał sprawdza się także w branży tekstylnej. Jego zastosowań może być jednak znacznie więcej.

– Tworzywa to materiał, który w swoim DNA ma innowacje, bo pod tym terminem kryje się grupa bardzo wielu materiałów. Od strony chemicznej to jest ponad 100 różnego typu polimerów czy połączeń polimerowych, które w zależności od tego, do czego ich potrzebujemy, mogą być wykorzystane w zasadzie w każdej dziedzinie życia. W przypadku wyrobów tworzywowych z innowacjami mamy do czynienia na co dzień – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Anna Szałkowska z Fundacji Plastics Europe Polska.

Sztuczne tworzywa już od lat rewolucjonizują różne dziedziny życia. Zmieniając połączenia między polimerami, można niemal całkowicie zmienić ich zastosowanie. Niedawno naukowcy opracowali ultraczuły czujnik ciepła, który jest elastyczny, przezroczysty i można go drukować. Wyniki mają potencjał do szerokiego zakresu zastosowań – od leczenia ran po inteligentne budynki. Innowacyjny czujnik powstał z plastiku, a za jego właściwości odpowiada nowe połączenie polimerów.

W ramach przetwórstwa ropy i gazu produkowane są polimery wykorzystywane do produkcji niedrogich, nieskończenie wszechstronnych tworzyw sztucznych, które znacznie ułatwiają codzienne życie. Innowacyjne tworzywa zapewniają coraz wyższą wydajność, szczególnie w zakresie ochrony środowiska. W Tajlandii na zlecenie jednej z większych firm zajmujących się produkcją polimerów produkowany jest np. kwas polimlekowy (PLA) wykonany z niezmodyfikowanej genetycznie trzciny cukrowej. Polimer ten jest nie tylko oparty na biotechnologii, ale także nadaje się do recyklingu i biodegradacji. Może być używany m.in. do pakowania towarów konsumpcyjnych.

– Mamy najróżniejsze nowoczesne opakowania, które mogą pełnić różne funkcje, np. zatrzymywać jeden gaz albo nie pozwalać na eliminację mikrobów, albo informować konsumenta, czy dany wyrób był bezpiecznie przechowywany i przewożony w danym opakowaniu – wymienia Anna Szałkowska. – Mamy też najróżniejsze materiały polimerowe, które wykorzystujemy w medycynie.

Nowoczesne tworzywa są na szeroką skalę wykorzystywane w przemyśle spożywczym. Na rynku są dostępne opakowania, które zmieniają kolor i w ten sposób informują konsumenta o świeżości danego produktu. Inne zmieniają konsystencję, kiedy produkt nie nadaje się do spożycia. Polimery są też używane jako środki farmakologiczne wprowadzające leki oraz środki krwiozastępcze do organizmu. Służą też do wyrobu klejów do tkanek, protez stawów, sztucznych zastawek serca czy protez naczyń krwionośnych. Jeszcze inne mogą służyć jako materiał, z którego powstają kończyny. Tworzywa sztuczne stosowane jako biomateriały spełniają liczne wymogi biozgodności wobec tkanek i narządów. Wytrzymałe na rozciąganie, odporne na zginanie, nie powodują odczynów alergicznych i nie wpływają na system immunologiczny.

– Tworzywa sztuczne na pewno mają przed sobą przyszłość, chociaż obecnie są w dużym ogniu krytyki. To jest materiał, który jest na tyle wszechstronny i na tyle obecny we wszystkich dziedzinach życia, że nikt z nas nie jest sobie w stanie wyobrazić, żebyśmy mogli z nich zrezygnować. Natomiast na pewno będziemy musieli się zastanowić, jak te materiały wykorzystywać powtórnie, jak z ich właściwości korzystać wielokrotnie i jak je przede wszystkim dobrze zagospodarowywać, gdy staną się już odpadami – wskazuje ekspertka Fundacji Plastics Europe Polska.

Na rynku pojawiają się już innowacyjne materiały, które nie tylko mogą pełnić wiele funkcji, ale też po zużyciu są całkowicie biodegradowalne. Wciąż jednak to pojedyncze przykłady. Firmy prześcigają się w pomysłach, które mają zapewnić ekologiczność wykorzystywanych tworzyw. Powstają już np. tubki do pasty do zębów, które w przeciwieństwie do tych najczęściej stosowanych całkowicie podlegają recyklingowi. Z tworzyw sztucznych powstają drogi, buty i aparaty ortodontyczne, a brytyjski start-up Recycling Technologies pracuje nad maszyną, która może zamienić plastik z recyklingu w olej.

– Na co dzień nie patrzymy na tworzywa jak na materiał, z którego chcemy korzystać, który nam pomaga w naszym życiu w wielu sytuacjach i doskonale spełnia swoją funkcję. Niestety bardzo często patrzymy na niego jak na materiał, który zaśmieca środowisko – mówi Anna Szałkowska.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/mimo-rosnacej-krytyki,p43720874

Nowa technologia pozwoli produkować ekrany OLED o wielokrotnie wyższej rozdzielczości. Znajdą zastosowanie m.in. w smartfonach i goglach VR [DEPESZA]

0

Naukowcy z Uniwersytetu Stanforda opracowali nową metodę produkcji wyświetlaczy OLED, bazującą na technologii wykorzystywanej w wytwarzaniu ultracienkich paneli fotowoltaicznych. Nowa technologia umożliwi konstruowanie ekranów o wielokrotnie wyższym zagęszczeniu pikseli niż w najnowszych smartfonach klasy premium i ma sprawdzić się m.in. w produkcji gogli wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości.

– Wykorzystaliśmy fakt, że w nanoskali światło może przepływać wokół obiektów takich jak woda – tłumaczy Mark Brongersma, profesor materiałoznawstwa na Uniwersytecie Stanforda. – Dziedzina fotoniki w nanoskali wciąż przynosi nowe niespodzianki, a teraz zaczynamy wpływać na rzeczywiste technologie. Nasze projekty sprawdzały się dobrze w przypadku ogniw słonecznych, a teraz mamy szansę wpłynąć na wyświetlacze nowej generacji.

Za powstaniem metafotonicznych paneli OLED stoją badania przeprowadzone przez Marka Brongersmę z Uniwersytetu Stanforda we współpracy z ekspertami z Samsung Advanced Institute of Technology. Pierwotny projekt badawczy zakładał opracowanie ultracienkich paneli fotowoltaicznych, ale po zapoznaniu się z pierwszymi efektami pracy naukowców podjęto decyzję o wykorzystaniu nowego materiału do stworzenia wyświetlaczy organicznych nowej generacji.

Po wyposażeniu ultracienkiej powłoki fotowoltaicznej w elektrody udało się stworzyć ekran zdolny do pracy przy rozdzielczości rzędu 10 tys. pikseli na cal (PPI). Dla porównania najnowsze telefony z górnej półki cenowej pracują przy rozdzielczości w granicach od 400 do 500 PPI.

– Działanie naszych diod jest podobne do sposobu, w jaki instrumenty muzyczne wykorzystują rezonanse akustyczne do wytwarzania pięknych i łatwo słyszalnych dźwięków – tłumaczy prof. Brongersma.

Klasyczny panel OLED wykorzystuje diody organiczne umiejscowione pomiędzy silnie odblaskową oraz półprzezroczystą elektrodą, które odpowiadają za przepływ prądu oraz aktywację poszczególnych pikseli wyświetlacza. Tym, co wyróżnia nową technologię od innych metod produkcji paneli organicznych, jest materiał wykorzystany w roli powłoki odblaskowej. Naukowcy stworzyli tzw. metapowierzchnię, czyli warstwę metalu z marszczeniami w nanoskali, którą można manipulować w kontrolowany sposób, aby uzyskiwać odbicie generujące żądaną barwę.

Ze względu na duże zagęszczenie pikseli zespół badawczy liczy na to, że jego technologia może posłużyć do produkcji wyświetlaczy dla nowej generacji gogli rozszerzonej i wirtualnej rzeczywistości. Zastosowanie paneli tego typu w urządzeniach pracujących w niewielkiej odległości od gałki ocznej pozwoli uzyskać bardziej przejrzysty obraz pozbawiony efektu tzw. screen-door, czyli uwidaczniania się przerw pomiędzy poszczególnymi pikselami.

Projekt jest dopiero w fazie rozwojowej, ale naukowcy odpowiedzialni za to odkrycie planują skonstruować w pełni funkcjonalny, wielkoskalowy wyświetlacz tego typu we współpracy z inżynierami Samsunga.

– O zastosowaniu naszego odkrycia myśleliśmy już w kontekście paneli słonecznych, ale teraz może mieć ono bardzo ważny wpływ także na wyświetlacze OLED – przekonuje Majid Esfandyarpour, absolwent Uniwersytetu Stanforda.

Według analityków z firmy Allied Market Research wartość globalnego rynku paneli OLED w 2019 roku wyniosła 32,46 mld dol. Przewiduje się, że do 2027 roku wzrośnie do 203,07 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 21,7 proc.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/nowa-technologia-pozwoli,p1789747496

Rynkiem kredytowym rządzi niepewność wywołana pandemią. Banki mogą wrócić do ostrzejszej polityki, zwłaszcza w segmencie mieszkaniowym

0

We wrześniu banki udzieliły dużo mniej kredytów gotówkowych i mieszkaniowych w porównaniu z ubiegłym rokiem. Spadki dotyczyły nie tylko liczby, lecz także wartości udzielonego finansowania, a jedynym pozytywnym wyjątkiem na tle całego rynku są kredyty ratalne – wynika z danych BIK. Kolejna fala pandemii i nowe obostrzenia wprowadzone przez rząd mogą w kolejnych miesiącach ponownie skłonić banki do zaostrzenia polityki, szczególnie w segmencie kredytów mieszkaniowych. – Nadchodzące miesiące – zwłaszcza początek 2021 roku – pokażą też, jak duże jest przełożenie pandemii i problemów na rynku pracy na spłacalność kredytów. Jeśli ich szkodowość istotnie wzrośnie – może to mocno zachwiać kondycją sektora bankowego – mówi dr hab. Waldemar Rogowski, główny analityk BIK.

– Głównym czynnikiem oddziałującym zarówno na popyt, jak i na podaż kredytów jest bardzo duża niepewność dotycząca dalszego przebiegu pandemii i jej bezpośredniego wpływu na sytuację gospodarczą i społeczną – w tym głównie na sytuację ekonomiczną gospodarstw domowych. W takich warunkach – co zrozumiałe – banki ostrożnie podchodzą do kredytowania – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr hab. Waldemar Rogowski, prof. SGH i główny analityk Biura Informacji Kredytowej.

Według danych BIK we wrześniu banki i SKOK-i przyznały dużo mniej kart kredytowych, udzieliły też mniej kredytów gotówkowych i mieszkaniowych. W porównaniu z ubiegłym rokiem liczba przyznanych kart spadła o 21,6 proc., liczba kredytów gotówkowych – o 23,3 proc., a mieszkaniowych – o 5,1 proc. Pozytywny wyjątek stanowiły kredyty ratalne, których udzielono o 7,1 proc. więcej niż w tym samym miesiącu rok wcześniej.

Wrześniowe spadki dotyczyły nie tylko liczby, lecz także wartości udzielonego finansowania. Banki i SKOK-i przyznały o 1/5 mniej limitów kartowych niż przed rokiem. Spadła też wartość udzielonych kredytów gotówkowych (o 22,8 proc.) oraz mieszkaniowych (o 2,5 proc.). Ponownie wyjątkiem były kredyty ratalne, które odnotowały wzrost wartościowy o 17,2 proc.

– Łącznie w trzech pierwszych kwartałach tego roku spadek liczby udzielonych kredytów gotówkowych wynosi 30,5 proc., natomiast ich wartość spadła o 31,8 proc. w porównaniu z analogicznym okresem rok wcześniej – mówi prof. Waldemar Rogowski. – Na tym tle bardzo pozytywnie wyróżniają się kredyty ratalne, których udzielono o 7,1 proc. więcej niż rok temu we wrześniu, a wzrost wartościowy sięgnął aż 17,2 proc. Także w tych trzech pierwszych kwartałach br. dynamika kredytów ratalnych jest dodatnia i wyniosła 1,4 proc. w ujęciu liczbowym i 0,8 proc. w ujęciu wartościowym.

Analitycy BIK wskazują, że wnioski o kredyty konsumpcyjne i karty kredytowe są procesowane bardzo szybko, więc w ich przypadku wrześniowe dane odzwierciedlają aktualną sytuacje rynkową. Z kolei wnioski o kredyty mieszkaniowe są procesowane nawet do dwóch miesięcy. Dlatego też wrześniowe dane są efektem wniosków kredytobiorców składanych jeszcze w lipcu i sierpniu.

– We wrześniu tego roku na rynku kredytów mieszkaniowych nadal obserwowaliśmy – choć niższe – to jednak nadal ujemne wartości. W sumie w pierwszych dziewięciu miesiącach br. banki udzieliły 160,1 tys. kredytów mieszkaniowych, co oznacza ponad 11-proc. spadek w porównaniu do analogicznego okresu rok wcześniej. Łączna wartość tych kredytów sięgnęła 46,16 mld zł, co też oznacza spadek o 5,4 proc. – wylicza  główny analityk BIK.

W dziewięciu pierwszych miesiącach tego roku już prawie połowa (47,5 proc.) wartości udzielanych kredytów mieszkaniowych dotyczyła przedziału kwotowego powyżej 350 tys. zł. Co istotne, dodatnie dynamiki dotyczą tylko tego przedziału kwotowego. Pomiędzy styczniem a wrześniem banki udzieliły – w ujęciu liczbowym, jak i wartościowym – o około 6 proc. więcej kredytów mieszkaniowych na kwoty przekraczające 350 tys. zł.

Prof. SGH zauważa też, że sytuację na rynku kredytów mieszkaniowych determinuje w tej chwili zarówno zachowanie klientów, jak i banków. Te poluzowały we wrześniu wymagania dotyczące wkładu własnego. Natomiast wrześniowy odczyt Indeksu popytu na kredyty mieszkaniowe BIK wyniósł +5,4 proc. i był pierwszym dodatnim od lutego br. Jednak kolejna fala pandemii, rekordowe przyrosty zakażeń SARS-CoV-2 i nowe obostrzenia wprowadzone przez rząd w październiku przełożyły się na powrót niepewności, która może ponownie skłonić banki do zaostrzenia polityki kredytowej – co może skutkować mniejszą dostępnością kredytów, zwłaszcza mieszkaniowych.

– Trudno prognozować w tej chwili sytuację na rynku kredytowym, bo ona jest bardzo dynamiczna, a po drugie – zdeterminowana sytuacją pandemiczną i obostrzeniami. Wprowadzany właśnie soft lockdown w najbliższych miesiącach raczej negatywnie wpłynie na akcję kredytową. Ten wzrost niepewności nie sprzyja udzielaniu kredytów – ani gotówkowych, ani wieloletnich kredytów mieszkaniowych. Sądzę też, że strona popytowa – czyli osoby, które chcą zaciągnąć kredyty – z uwagi właśnie na tę niepewność wstrzymają się z decyzją o składaniu wniosków kredytowych. Zwłaszcza w przypadku długoterminowych kredytów mieszkaniowych – mówi prof. Waldemar Rogowski.

Statystyki BIK pokazują, że – mimo obaw dotyczących wzrostu szkodowości kredytów gotówkowych i ratalnych wrzesień przyniósł poprawę ich jakości. Odzwierciedla ją Indeks Jakości BIK, którego najnowszy odczyt z września wyniósł 1,56 proc. Kilkukrotnie wyższą szkodowością (najwyższą wśród wszystkich grup produktowych) charakteryzują się jednak kredyty gotówkowe, których szkodowość we wrześniu wyniosła 4,02.

Jak wskazują analitycy – pozytywny odczyt Indeksu Jakości BIK może wynikać z faktu, że obejmuje on zaległości w spłacie powyżej 90 dni. Tymczasem problemy ze spłatą kredytów, spowodowane pandemią COVID-19, mogły się jeszcze w pełni nie ujawnić, bo część kredytobiorców skorzystała z opcji odroczenia, czyli tzw. wakacji kredytowych, rozumianych jako bankowe wsparcie udzielone im w zakresie odroczenia spłaty rat kredytowych z powodu sytuacji wywołanej COVID-19.

– Wakacjami kredytowymi było objętych łącznie 924 tys. rachunków kredytowych i pożyczkowych dla klientów indywidualnych – z czego większość stanowiły kredyty gotówkowe (około 70,6 proc.) i mieszkaniowe (ok. 22,5 proc.). W obu przypadkach wakacjami objętych było około 8 proc. wszystkich czynnych rachunków kredytowych, czyli pozostających obecnie w spłacie. Natomiast w ujęciu wartościowym wakacjami została objęta kwota 79,5 mld zł, z czego 70,3 proc. to zadłużenie tylko z tytułu kredytów mieszkaniowych – mówi główny analityk BIK.

W sumie wakacjami kredytowymi zostało objęte ok. 11,5 proc. łącznego zadłużenia gospodarstw domowych w Polsce.

– Dla banków i gospodarki oznacza to, że przesunęliśmy potencjalne problemy kredytobiorców o trzy miesiące. Ten negatywny wpływ pandemii został przesunięty o 90 dni, co jednak wróci do nas na początku 2021 roku – prognozuje Waldemar Rogowski. – Fundamentalnym pytaniem jest, czy kredytobiorcy będą spłacali swoje pożyczki i kredyty po zakończeniu tych wakacji, czy – z uwagi na problemy z dochodami i problemy na rynku pracy – zaprzestaną spłaty. To jest na dziś jeden z najbardziej wrażliwych aspektów dla sektora bankowego, który może – poprzez wzrost rezerw – istotnie wpłynąć na jego wyniki w 2021 roku.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/rynkiem-kredytowym-rzadzi,p1827647608