Cyfryzacja może pomóc firmom poradzić sobie ze skutkami pandemii. Umożliwia pracę zdalną, komunikację z klientami i nowy sposób świadczenia usług online

0

– Interesuje nas to, jak pomóc firmom przetrwać ten najtrudniejszy czas. Trzeba podjąć takie działania, aby umiały one przekształcić swoją działalność, nakierować ją na inne tory. Cyfryzacja jest w tym procesie niezbędna – podkreśla Małgorzata Oleszczuk, prezes PARP. W polskich przedsiębiorstwach pandemia znacząco przyspieszyła cyfrową transformację. PARP wyłoniła właśnie najlepsze projekty w tym obszarze, które dotyczą m.in. zdalnej komunikacji z klientami, nowego sposobu świadczenia usług online czy automatyzacji procesów. Agencja ogłosiła wyniki konkursu „100 najlepszych projektów na zwiększenie poziomu cyfryzacji w firmie”.

– Cyfryzacja to jeden z priorytetów stawianych przez Komisję Europejską, równie ważny dla nas, przy dysponowaniu środków europejskich. Tak będzie – nawet w dużo większym stopniu – w nowej perspektywie finansowej. Dzisiaj cyfryzacja przesądza o sukcesie przedsiębiorstw, o tym, czy są konkurencyjne, czy są w stanie obniżać koszty i wprowadzać produkty oczekiwane przez rynek. Dlatego będziemy starali się przekazywać jak najwięcej środków na promocję, zachęcanie i propagowanie idei cyfryzacji procesów zachodzących w przedsiębiorstwach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Waldemar Buda, wiceminister funduszy i polityki regionalnej.

Wrześniowe badanie Krajowego Rejestru Długów „Jak pandemia wpłynęła na biznes” pokazuje, że dla 21 proc. firm z sektora MŚP oznaczała ona przyspieszenie cyfryzacji. Zatem dla co piątego przedsiębiorstwa strategią na adaptację w nowej rzeczywistości stał się rozwój cyfrowych narzędzi i kanałów, np. obsługi przez internet.

Potwierdza to również raport Banku Światowego i PARP pt. „COVID-19 Business Pulse Survey – Polska”. W odpowiedzi na wybuch pandemii koronawirusa 32 proc. firm zaczęło używać bądź zwiększyło użycie internetu, mediów społecznościowych, wyspecjalizowanych aplikacji czy platform cyfrowych w celach biznesowych. Przedsiębiorstwa poprawiły w ten sposób głównie sprzedaż (45 proc.), marketing (38 proc.) i zarządzanie (24 proc.).

– Postawiliśmy sobie za cel wytwarzanie nowoczesnych detektorów podczerwieni bez ciągłej asysty inżyniera, żeby można było wszystkie informacje, kwalifikacje i pomiary realizować za pomocą zautomatyzowanych stanowisk na hali produkcyjnej – mówi Adam Piotrowski, prezes Vigo System, jednego z laureatów konkursu PARP. – Cyfryzacja pomogła nam przygotować się do wyzwań kryzysu związanego z koronawirusem. Dzięki niej świętujemy trzy najlepsze kwartały w historii pod względem przychodów i wolumenów produkcji. Cała załoga może dziś pracować zdalnie lub ze swoich biur, w odcięciu od hali produkcyjnej. To jest ewidentny sukces naszego programu cyfryzacji.

W tegorocznym indeksie gospodarki cyfrowej i społeczeństwa cyfrowego (DESI) na 2020 rok Polska skoczyła do góry o dwa oczka, choć i tak uplasowała się na 23. pozycji na 28 państw członkowskich UE. Z raportu Komisji Europejskiej wynika, że nadal dużo do nadrobienia pozostało m.in. w obszarze cyfrowych kompetencji społeczeństwa i stopniu ucyfrowienia przedsiębiorstw.

Jak wskazuje prezes Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości, Małgorzata Oleszczuk – skalę zainteresowania cyfryzacją po stronie polskich firm dobrze pokazuje ostatni konkurs „100 najlepszych projektów na zwiększenie poziomu cyfryzacji w firmie”. Na innowacyjne rozwiązania mogły one pozyskać w nim łącznie ponad 2 mln zł z unijnych środków.

– Konkurs na najlepsze rozwiązania cyfrowe w firmach – realizowany w ramach Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój – ogłosiliśmy w czerwcu. Sądziliśmy, że nabór będzie trwał cały miesiąc, ale zgłoszeń było tak dużo, że musieliśmy go skrócić. Aplikacje złożyło prawie pół tysiąca firm z całej Polski, a najwięcej pochodziło od mikroprzedsiębiorców. W ramach tego konkursu prezentowali nam swoje pomysły i innowacyjne rozwiązania dotyczące wprowadzonych rozwiązań cyfrowych – wskazuje Małgorzata Oleszczuk.

Do PARP w ciągu około trzech tygodni napłynęło łącznie 468 wniosków, w których przedsiębiorcy prezentowali swoje działania i projekty w obszarze cyfryzacji – takie, które niedawno skończyli lub planowali zrealizować w najbliższym czasie. Proste założenia konkursu przyciągnęły najmniejsze firmy, które stanowiły aż 82 proc. wnioskujących. Naborem zainteresowali się też przedsiębiorcy ze wszystkich województw, choć liderami były Mazowsze i Wielkopolska.

– Małe przedsiębiorstwa gremialnie odpowiedziały na udział w tym konkursie i to jest asumpt do tego, żeby w kolejnej perspektywie myśleć nad podobnymi inicjatywami – mówi wiceminister Waldemar Buda.

– Dostaliśmy ciekawe przykłady dotyczące m.in. sprzedaży internetowej. Firmy, które do tej pory w ogóle nie myślały o sprzedaży online – zamknięte z powodu pandemii – nagle podjęły decyzję o zmianie swojej polityki i przestawieniu się na ten kanał. Co ważne, te rozwiązania nie są chwilowe, one pozwolą firmom rozwijać się też w popandemicznej rzeczywistości – dodaje  prezes PARP.

Wśród złożonych do PARP aplikacji wyróżniły się m.in. te dotyczące cyfrowej transformacji w zakresie zdalnej komunikacji z klientami, nowego sposobu świadczenia usług online, automatyzacji procesów w przedsiębiorstwach czy bezpieczeństwa danych.

Wyłonieni laureaci otrzymają nagrodę po 20 tys. zł. Co istotne, blisko 3/4 z nich stanowią mikroprzedsiębiorcy. Ze względu na wysoki poziom (przy maksymalnej liczbie 23 punktów połowa nagrodzonych firm została oceniona na 21–23, reszta nie zeszła poniżej 19), PARP zdecydowała się też nagrodzić więcej firm, niż było to początkowo przewidziane.

– Początkowe założenie było takie, że nagrodzimy 100 firm. Natomiast – ponieważ setna firma w naszym rankingu otrzymała tyle samo punktów, co pięć kolejnych – uznaliśmy, że musimy nagrodzić je wszystkie. Dlatego w sumie nagrodziliśmy 105 firm, zwiększając nieco alokację. Ten konkurs jest o tyle ciekawy, że przedsiębiorcy nie dostali dotacji na zrealizowanie swojego projektu. Zostali po prostu nagrodzeni za to, że te projekty już zrealizowali albo byli na etapie zaawansowanych przygotowań – mówi Małgorzata Oleszczuk.

W konkursie PARP 2/3 laureatów to firmy usługowe, a co piąta pochodzi z sektora produkcyjnego. Prezes PARP podkreśla, że nagrodzone przedsiębiorstwa są przykładem dla innych, które wciąż zastanawiają się, jak poradzić sobie ze skutkami pandemii COVID-19 i dostosować do nowych realiów rynkowych.

– Interesuje nas to, jak pomóc firmom przetrwać ten najtrudniejszy czas. Dlatego trzeba podjąć takie działania, żeby – na miarę ich możliwości – umiały przekształcić swoją działalność, nakierować ją na inne tory. Cyfryzacja jest tutaj po prostu niezbędna – podkreśla.


Unia Europejska - PARP

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/cyfryzacja-moze-pomoc,p128155213

Innowacje społeczne mogą być odpowiedzią na kryzys wywołany koronawirusem. Pomogą budować nowe kompetencje i utrzymać więzi społeczne

0

– Innowacje społeczne to szerokie włączanie społeczeństwa i budowanie nowych kompetencji, zawodów, nowych możliwości rozwoju dla różnych ludzi z różnych grup społecznych – mówi Agnieszka Sznyk, prezes Instytutu Innowacji i Odpowiedzialnego Rozwoju innowo. Innowacje mogą być odpowiedzią na zmieniające się potrzeby rynku pracy. Pozwolą też budować lokalne społeczności i rozwijać więzi społeczne.

– Innowacje społeczne to nowy obszar w obrębie rozwoju gospodarczego, który polega na szerokim włączaniu społeczeństwa i budowaniu nowych kompetencji, zawodów, nowych możliwości rozwoju dla różnych ludzi z różnych grup społecznych. W tej chwili ogromny postęp technologiczny powoduje, że wiele osób może stracić pracę, ponieważ zastąpią je maszyny, komputery i technologia – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje podczas Mazovian Circulal Congress Agnieszka Sznyk, prezes Instytutu Innowacji i Odpowiedzialnego Rozwoju innowo.

Naukowcy z Uniwersytetu w Oxfordzie podają, że ponad 60 proc. dzieci będzie pracować w zawodach, które jeszcze nie powstały. Blisko połowa obecnych profesji zniknie zaś z rynku pracy w ciągu następnych kilkudziesięciu lat. Jednocześnie jednak, jak wskazuje raport PwC, sztuczna inteligencja bardziej wpłynie na budowanie nowych miejsc pracy niż na likwidację tych już istniejących. Innowacje i rozwój technologii mogą być szansą dla ogromnej grupy społeczeństwa, pod warunkiem jednak że wszyscy będą mieć równe szanse w rozwoju kompetencji.

– Dlatego bardzo ważny jest rozwój innowacji społecznych, które pomogą budować dla tych osób nowe kompetencje, nowe zawody, nowe możliwości rozwoju. Z drugiej strony jest to też pewien obszar zrównoważonego rozwoju, który pozwoli nam w mądry, odpowiedzialny sposób rozwijać nasze społeczeństwo i gospodarkę – przekonuje prezes innowo.

Innowacje, jak pokazała pandemia koronawirusa, pozwalają też utrzymywać więzi społeczne. Już w 2016 roku Organizacja Narodów Zjednoczonych ogłosiła, że ​​dostęp do internetu jest prawem człowieka. Podczas pandemii stało się to jeszcze wyraźniejsze, a dostęp do technologii cyfrowych może uratować życie, ograniczyć rozprzestrzenianie się wirusa, a usługi internetowe mogą pomóc nam normalnie żyć.

Podczas pandemii firmy telekomunikacyjne i dostawcy usług internetowych wdrożyli różne środki w celu zapewnienia ludziom funkcjonalnej łączności i dostępu do internetu. W USA zniesiono np. limity danych, aby zaspokoić nowe potrzeby ludzi w zakresie pracy i nauki w domu. W Urugwaju 120 tys. gospodarstw domowych otrzymało bezpłatne 50 GB internetu do pracy z domu. W Salwadorze dekret prezydencki nakazał zawieszenie płatności związanych z internetem i elektrycznością na trzy miesiące. W Kolumbii rząd uznał usługi telekomunikacyjne za niezbędne, a ich świadczenie nie może zostać zawieszone z powodu braku płatności. Podobnie postąpiło także Peru. To tylko pokazuje, że większość państw i dostawców ma świadomość roli cyfrowych narzędzi.

– We wdrażaniu innowacji społecznych konieczna jest współpraca. Wszystkie elementy kwarantanny, kiedy jesteśmy odseparowani od społeczeństwa, powodują, że to ma ogromny wpływ na nasze życie. I innowacje społeczne, które pomogą nam utrzymać kontakt z drugim człowiekiem, budować więzi społeczne, będą niezbędne. Wszelkiego rodzaju aplikacje, platformy społecznościowe mogą w tym pomóc i utrzymać naszą równowagę emocjonalno-psychiczną – mówi Agnieszka Sznyk.

Innowacje społeczne wpływają też na rozwój lokalnych społeczności. Ich rolę wyraźnie pokazała pandemia. Ekonomia społeczna okazała się pionierem w ich identyfikowaniu i wdrażaniu. Innowacje były następnie często włączane do głównego nurtu i przyjmowane przez pozostałą część gospodarki, jak np. ruchy żywności ekologicznej. Przyczyniły się do transformacji społecznej i gospodarczej, a za ich rozwój odpowiadają przede wszystkim lokalne społeczności. Powstają też kolejne platformy ułatwiające współdzielenie.

– Globalizacja jest pewnym zagrożeniem, szczególnie w epoce pandemii, dlatego tak ważne jest zejście o poziom niżej i skupienie gospodarki regionalnie. Mogą tworzyć się różne innowacje, które pomogą nam wykorzystywać i wprowadzać różnego rodzaju surowce, dobra, produkty, usługi na poziomie lokalnym, żebyśmy nie musieli korzystać z produktu wyprodukowanego na drugim końcu świata, ale żebyśmy mogli się dzielić np. jakimiś urządzeniami. Cała ekonomia współdzielenia, sharing economy, to przyszłość – przekonuje prezes innowo.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/innowacje-spoleczne-moga,p1369765591

Dzieci z cukrzycą w trudnej sytuacji z powodu pandemii. Pomóc im mogą systemy ciągłego monitorowania cukru

0

W Polsce jest około 20 tys. dzieci z cukrzycą typu I, która może prowadzić do ciężkich powikłań. – Sytuacja zrobiła się trudna, kiedy zaczął obowiązywać lockdown. Dzieci zostały w domu, a część rodziców nadal chodziła do pracy. Kłopot polega na tym, że dziecko chorujące na cukrzycę nie jest w stanie samo sobie z tą chorobą poradzić – wskazuje prezes Fundacji dla Dzieci z Cukrzycą, Dagmara Staniszewska. W tej chwili problemem jest też brak pielęgniarek w szkołach, przez co młodzi pacjenci diabetologiczni zostali bez profesjonalnej opieki. W kryzysowych warunkach alternatywą dla rodziców są systemy ciągłego monitorowania cukru, które pozwalają na bieżąco kontrolować stan zdrowia dziecka.

– Mówi się, że cukrzyca jest pandemią naszych czasów i zachorowań jest faktycznie bardzo wiele. W Polsce choruje na nią ok. 3,5 mln osób, przy czym zakłada się, że tylko 2,5 mln jest zdiagnozowanych. Cukrzyca rozwija się dość długo i zanim nastąpi stan kliniczny, który jesteśmy w stanie już zaobserwować i zdiagnozować, choroba pozostaje niewykryta – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dagmara Staniszewska, prezes zarządu Fundacji dla Dzieci z Cukrzycą. – Cukrzyca typu II wynika z niezdrowego trybu życia – sposobu, w jaki się odżywiamy, tego, jak spędzamy czas i czy o siebie dbamy.

Zdecydowana większość Polaków choruje na cukrzycę typu II, której podstawowe czynniki ryzyka to m.in. nadwaga, otyłość i brak aktywności fizycznej. Nieleczona lub niewłaściwie kontrolowana cukrzyca prowadzi do wielu groźnych powikłań, wśród których są m.in. choroby sercowo-naczyniowe, udar mózgu i zawał serca, uszkodzenia nerek czy utrata wzroku (retinopatia cukrzycowa). Chorują na nią głównie osoby w wieku średnim i starszym.

Całkiem inne przyczyny, niezależne od stylu życia, ma cukrzyca typu I. Ta występuje głównie u dzieci i ma podłoże autoimmunologiczne. W Polsce choruje na nią ok. 20 tys. dzieci, a lekarze coraz częściej obserwują ją w młodszych grupach wiekowych. W przypadku cukrzycy typu I powikłania wynikające z ucukrzenia tkanek są równie poważne i wiążą się z uszkodzeniem czynności narządów, głównie oczu, nerek, serca i naczyń krwionośnych.

– Cukrzyca typu I nie wynika ze sposobu życia, jest to choroba autoimmunologiczna. Predyspozycje do niej się dziedziczy. Zapadają na nią zwykle dzieci małe, w wieku przedszkolnym i szkolnym, a choroba towarzyszy im już do końca życia. Nie jesteśmy jej w stanie ani zapobiec, ani wyleczyć – mówi prezes zarządu Fundacji dla Dzieci z Cukrzycą.

Podłożem choroby jest nieprawidłowa reakcja układu odpornościowego dziecka, który niszczy komórki produkujące insulinę. Ten hormon umożliwia dostarczenie glukozy do wszystkich komórek i jest niezbędny do życia. Dlatego jedynym sposobem leczenia cukrzycy typu I jest w tej chwili stała suplementacja insuliną, dostosowana do pory posiłków.

– Sytuacja zrobiła się trudna w momencie, kiedy zaczął obowiązywać lockdown. Dzieci zostały w domu, a część rodziców nadal chodziła do pracy. Kłopot polega na tym, że dziecko chorujące na cukrzycę nie jest w stanie samo sobie z tą chorobą poradzić. Jeżeli jest w szkole – to jest tam także osoba dorosła, która może mu pomóc. Natomiast takiego dziecka nie można pozostawić samego w domu bez opieki rodzica czy placówki – podkreśla Dagmara Staniszewska.

Dla dzieci chorych na cukrzycę typu I największym zagrożeniem są wahania glikemii, w szczególności niski cukier. To stan, który zagraża zdrowiu, a w skrajnych przypadkach nawet życiu. Przy zbyt niskim poziomie cukru we krwi dziecko może stracić przytomność, a jeżeli ten stan trwa dłuższy czas – może dojść nawet do śmierci mózgu.

– Tak naprawdę grozi to po prostu śmiercią. I tutaj był dylemat rodziców, co zrobić, bo szkoły są zamknięte, przedszkola też są zamknięte, a rodzic musi iść do pracy. Powstało pytanie, kto w takim układzie ma się tym dzieckiem zająć, na to zupełnie nikt nie był przygotowany – mówi prezes zarządu Fundacji dla Dzieci z Cukrzycą. – Dostajemy telefony, że ze szkół podstawowych znikają pielęgniarki, które są zatrudniane przez POZ, a nie przez placówki szkolne. W tej chwili POZ wycofuje kadry w obawie, że pielęgniarka przyniesie COVID-19 ze szkoły do placówki zdrowotnej. Z kolei dzieciom z cukrzycą bez opieki pielęgniarskiej w szkole też ciężko funkcjonować.

Dzieci chore na cukrzycę typu I nawet przed pandemią stanowiły wyzwanie dla systemu edukacji. Pielęgniarki i nauczyciele w szkołach czy przedszkolach boją się takich uczniów, ponieważ wymagają specjalnej opieki. W przypadku spadku poziomu cukru nauczyciel musi podjąć interwencję, a mało kto wie, jak wykonać wkłucie i podać insulinę. Problemem była też kwestia monitorowania poziomu glukozy we krwi. Teraz, w warunkach pandemii COVID-19, na szkołach spoczywają dodatkowe obowiązki związane z utrzymaniem obostrzeń sanitarnych, przez co opieka nad dziećmi z cukrzycą typu I jest jeszcze trudniejsza.

– Zapewnienie im bezpiecznego funkcjonowania to w tej chwili wyzwanie. Niezależnie od tego, czy uczestniczą w zajęciach w szkole, czy edukacja odbywa się już zdalnie – cały czas nad tym dzieckiem powinien czuwać ktoś z dorosłych. Jeśli jest to niemożliwe, mamy też sprzymierzeńca w postaci nowych technologii, są systemy ciągłego monitoringu – wskazuje Dagmara Staniszewska.

Taki system pozwala na bieżąco monitorować poziom cukru we krwi i mieć dostęp do wyników. Poprzez chmurę dane z aplikacji w telefonie komórkowym dziecka są przesyłane na telefon rodzica, dzięki czemu od razu widzi on wynik pomiaru.

Zyskujemy poczucie bezpieczeństwa, bo oprócz tego, że widzimy ten cukier, takie systemy są wyposażone w alarmy. Czyli rodzic nie musi cały czas spoglądać na telefon, czuwać i co chwila sprawdzać wyniki. W przypadku kiedy poziom cukru nagle wzrasta albo spada, po prostu włącza się alarm i jesteśmy w stanie skontaktować się czy z opieką w szkole, czy bezpośrednio z dzieckiem – mówi prezes zarządu Fundacji dla Dzieci z Cukrzycą.

– System ciągłego monitorowania glikemii – w skrócie CGM – składa się z małego czujnika, który mierzy glikemię pacjenta pod skórą, i nadajnika, który wysyła te odczyty np. na telefon za pomocą technologii Bluetooth. Telefon wyświetla wyniki, ale pozwala też ustawiać alarmy na nieprawidłowe wartości glikemii oraz tzw. alarmy predykcyjne, które pozwalają zareagować, zanim jeszcze z glikemią pacjenta zadzieje się coś złego – dodaje Tomasz Borowy, prezes Proglikemii, oficjalnego dystrybutora Dexcom.

Jednym z dostępnych na rynku rozwiązań tego typu jest Dexcom 6. Urządzenie zakłada się na przedramieniu albo w okolicach podbrzusza, a niewielka sonda stale monitoruje poziom glukozy we krwi. System pozwala również lekarzowi na dostęp do szczegółowych raportów dotyczących pomiarów cukru we krwi pacjenta, co ułatwia proces konsultacji i leczenia. Co istotne, dla dzieci i osób przed 26. rokiem życia urządzenie jest objęte refundacją NFZ.  

– Polska jest na etapie przejściowym pomiędzy Wschodem i Zachodem, system CGM jest u nas refundowany częściowo – dla osób, które są leczone za  pomocą pompy insulinowej, które nie wyczuwają hipoglikemii i są poniżej 26. roku życia. Wszyscy pozostali pacjenci, którzy mogliby skorzystać z tego urządzenia, niestety muszą je kupić pełnopłatnie – mówi Tomasz Borowy,

Jak podkreśla, w tej chwili w leczeniu cukrzycy zachodzi technologiczna rewolucja, a nowoczesne systemy CGM zaczynają wypierać technologię pasków testowych i powszechnie znane glukometry.

– W ciągu ostatnich kilku lat pojawił się szereg badań, które pokazują, że monitoring glikemii CGM w czasie rzeczywistym wpływa na wyrównanie glikemiczne pacjentów, na obniżenie ich HbA1c i na zmniejszenie częstotliwości zdarzeń hipoglikemicznych, które są wyjątkowo dotkliwym powikłaniem. Poprawia też ich jakość życia i poczucie kontroli, pozwala dzielić się danymi i statystykami wyrównania glikemicznego ze swoim lekarzem prowadzącym – i to bez konieczności fizycznego odwiedzania tego lekarza, co jest istotne zwłaszcza w takich czasach jak teraz – mówi prezes Proglikemii.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/dzieci-z-cukrzyca-w,p1162167920

Polacy nie mają zaufania do rynku kapitałowego. Szansą na jego zbudowanie może być wzmocnienie nadzoru

0

Według szacunków Polskiego Funduszu Rozwoju utracone korzyści Polaków wynikające z niechęci do aktywnego inwestowania na rynku kapitałowym to około 10 mld zł rocznie. W efekcie oszczędności są zamrażane w gotówce lub na lokatach bankowych, zamiast „pracować” na większe zyski. – Potrzebne jest wzmocnienie nadzoru nad instytucjami finansowymi, aby odbudować zaufanie Polaków do rynku kapitałowego – mówi dr Konrad Hennig, współautor raportu „Save & Invest: Prawo chroniące pieniądze Polaków”.

Polacy są dosyć zachowawczymi inwestorami, preferują raczej inwestycje w mało ryzykowne aktywa, głównie lokaty bankowe, a co najwyżej obligacje. Oszczędzanie rozumieją jako lokowanie pieniędzy w bezpiecznych instrumentach, a inwestowanie jako przeznaczanie ich na bardziej ryzykowne produkty, np. akcje – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Konrad Hennig, dyrektor programowy Forum Prawo dla Rozwoju HASHLaw4Growth.

Jak czytamy w raporcie „Save & Invest: Prawo chroniące pieniądze Polaków”, główną przeszkodą jest brak wystarczającej wiedzy oraz umiejętności. Zarówno w przypadku depozytów, jak i papierów wartościowych odsetek gospodarstw domowych posiadających poszczególne instrumenty jest w Polsce znacznie niższy niż w innych krajach strefy euro. Wyjątkiem są tu dobrowolne programy emerytalne oraz polisy na życie – korzysta z nich aż 57 proc. Polaków i jest to odsetek wyższy niż w jakimkolwiek kraju ze strefy euro.

Aby odbudować zaufanie Polaków do rynku kapitałowego, potrzebne są konkretne działania, które pozwolą wzmacniać nadzór nad instytucjami finansowymi. Należy lepiej koordynować współpracę pomiędzy Komisją Nadzoru Finansowego, Urzędem Ochrony Konkurencji i Konsumentów, Rzecznikiem Finansowym oraz prokuraturą, aby przepływ informacji, możliwość ich wykorzystania i wszczynanie postępowań następowało dużo szybciej – zaznacza ekspert Forum Prawo dla Rozwoju.

Jak podkreśla, Polacy powinni mieć świadomość ryzyka, które wiąże się z inwestowaniem, wynikającego ze zmian cen, ale rynek musi funkcjonować bez ryzyka systemowego, czyli oszustw, słabego nadzoru i niewystarczającego karania oszustów finansowych.

W Polsce występują dwa rynki: regulowany pod  nadzorem instytucji państwowych oraz firmy działające na wolnym rynku, według ogólnych regulacji kodeksu cywilnego. Różnego typu naruszenia i oszustwa występują na jednym i drugim. Mieliśmy do czynienia z nie do końca uczciwymi działaniami banków, czy to zerokosztowymi strukturami opcyjnymi w 2008 roku, z oferowaniem obligacji GetBacku, ze sprzedażą polisolokat czy kredytów frankowych, produktami, które de facto na rynku nie powinny się pojawić – tłumaczy dr Konrad Hennig. – Ci klienci, którzy padli ofiarą strat nieuzasadnionych ryzykiem rynkowym, prawdopodobnie zupełnie wycofają się z rynku kapitałowego.

Tym sposobem w Polsce jest kilkadziesiąt, a może nawet kilkaset tysięcy utraconych inwestorów, którzy mogliby budować siłę polskiej giełdy i finansować polskie przedsiębiorstwa.

Najważniejszą rekomendacją dla rynku kapitałowego sformułowaną w raporcie „Save & Invest: Prawo chroniące pieniądze Polaków” jest zobowiązanie przedsiębiorcy do właściwej polityki informacyjnej wobec klientów.

Chodzi o to, aby instytucja nadzorcza, prowadząc postępowanie kontrolne w danym przedsiębiorstwie, miała możliwość zobowiązania go do poinformowania klientów, że istnieją obawy o istnienie naruszeń lub łamania prawa. Przedsiębiorca powinien mieć obowiązek poinformowania swoich klientów o przejrzystości i legalności prowadzonego biznesu, co doprowadziłoby do bardzo wczesnego ostrzegania ich o możliwości czy choćby podejrzeniu, że dany schemat finansowy jest piramidą finansową czy innym oszustwem – wyjaśnia dyrektor programowy Forum Prawo dla Rozwoju.

Ważną kwestią jest również wyznaczenie odpowiednich standardów postępowania etycznego przedsiębiorstw finansowych, działów compliance, audytu oraz odpowiednie kształtowanie systemów motywacji i wynagrodzeń wobec doradców finansowych zatrudnionych w tych instytucjach. W ten sposób można by ograniczyć ryzyko missellingu, czyli sprzedaży aktywów, które nie są przeznaczone dla danej kategorii klientów, zbyt ryzykownych, o zbyt długim horyzoncie inwestycyjnym.

Doradca finansowy powinien czuć się reprezentantem klienta i brać pełną odpowiedzialność za jego zyski, a to najłatwiej uzyskać poprzez system prowizyjny powiązany z osiąganym zyskiem, a nie z wartością sprzedaży – zauważa Konrad Hennig.

Jego zdaniem w najbliższej przyszłości na sposób oszczędzania i inwestowania pieniędzy przez Polaków będzie miało wpływ obniżenie stóp procentowych. Lokaty bankowe, które dominują w ich portfelach, stały się mniej opłacalne (średnie oprocentowanie spadło poniżej 0,3 proc. według Analizy.pl), więc będą oni szukali bardziej ryzykownych inwestycji, które dadzą im szansę na większą stopę zwrotu.

Tu niezbędna jest edukacja. Jeżeli nowi inwestorzy pojawiający się na rynku nie otrzymają wsparcia i nie zostaną otoczeni ofertą doradztwa, istnieje duże ryzyko, że będą kolejnym pokoleniem straconym, kolejną grupą inwestorów zniechęconych do polskiego rynku kapitałowego. Znalezienie wiedzy dotyczącej inwestowania nie jest proste, ale jest konieczne przed zainwestowaniem w bardziej ryzykowne instrumenty finansowe niż te, które są gwarantowane przez instytucje finansowe i banki – radzi dyrektor programowy Forum Prawo dla Rozwoju.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polacy-nie-maja-zaufania,p1339948918

Neutralność klimatyczna wymaga gigantycznych inwestycji. Zielone technologie nie są jeszcze powszechnie dostępne

0

Osiągnięcie do 2050 roku przez Europę neutralności klimatycznej wymaga gigantycznych inwestycji, zwłaszcza w Polsce, która jest silnie uzależniona od wysokoemisyjnej energetyki – twierdzą eksperci. Siłą naszego kraju w obliczu polityki Zielonego Ładu może być zagospodarowanie branż, w których nie występuje silna konkurencja. Duże szanse upatrywane są w energetyce wodorowej, jednak na razie produkcja tego pierwiastka także jest wysokoemisyjna.

– W ramach Zielonego Ładu powinniśmy znaleźć swoje nisze, sektory, w których jeszcze nie ma dużej konkurencji. Powinniśmy postawić na magazynowanie energii, ogniwa wodorowe, ogniwa paliwowe. Na transformację wodoru tam, gdzie jeszcze te technologie nie są tak mocno dojrzałe. Będzie to najważniejszy element sposobu, w jaki będziemy w przyszłości podróżować i wytwarzać energię elektryczną oraz cieplną – mówi w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Marcin Roszkowski, prezes zarządu Instytutu Jagiellońskiego.

Z raportu „Wodorowa Alternatywa” opublikowanego przez 300Gospodarka wynika, że łączna roczna produkcja wodoru w Polsce sięga około miliona ton. To 14 proc. europejskiej produkcji. Niestety polska produkcja wodoru cechuje się wysokim śladem węglowym. Wyzwaniem będzie więc rozwój zielonych metod wytwarzania tego pierwiastka. Tymczasem polityka UE, skupiona na Zielonym Ładzie, który zakłada osiągnięcie neutralności klimatycznej Europy do 2050 roku, budzi wiele kontrowersji, m.in. wśród przedstawicieli sektora rolniczego czy energetycznego.

– Energetyka będzie zdecentralizowana i zeroemisyjna. Do systemu energetycznego wejdą więc zupełnie nowe moce. Podobnie będzie z mobilnością czy ogrzewaniem. Przebudowujemy cały system. To jest trochę jak skok do basenu, który nie jest napełniony do końca wodą. Nie są dostępne wszystkie technologie, które są w stanie komercyjnie, tanio bilansować niestabilne źródła OZE. Technologie wodorowe nie są na tyle dojrzałe, żeby były powszechnie dostępne – zaznacza Marcin Roszkowski.

Osiągnięcie neutralności klimatycznej do 2050 roku jest dla Polski dużym wyzwaniem. W grudniu ubiegłego roku na szczycie unijnym nasz kraj nie włączył się do celu neutralności klimatycznej. Rada Europejska miała wrócić do tej kwestii w czerwcu.

– W Polsce bardzo długo się opieraliśmy przed zmianami, których efektem jest to, że nasza gospodarka w elektroenergetyce i ciepłownictwie jest bardzo mocno emisyjna. Jesteśmy liderem w poziomie emisji na megawatogodzinę wytworzoną i efekt jest taki, że będziemy potrzebować bardzo dużo środków, żeby tę przebudowę wykonać – twierdzi prezes zarządu Instytutu Jagiellońskiego.

W perspektywie ogólnoeuropejskiej Zielony Ład może być szansą na wyjście z recesji, w którą Unię Europejską i poszczególne kraje wpędziła pandemia koronawirusa. Aby można było osiągnąć założenia klimatyczne, potrzebny jest jednak impuls ze strony rządzących.

– Na dzisiaj neutralność klimatyczna technicznie jest możliwa, ale komercyjnie te rozwiązania nie są jeszcze dostępne. Jest tak jak z technologiami wiatrowymi czy fotowoltaicznymi. Wsparcie Unii i poszczególnych państw wywarło presję na rozpowszechnienie się technologii OZE. Te dzisiaj już spokojnie konkurują z energetyką konwencjonalną, na którą nałożony został podatek za oddziaływanie na środowisko – dodaje Marcin Roszkowski.

Z uwagi na to, że Zielony Ład ma być kluczowy w odbudowie europejskiej gospodarki po kryzysie wywołanym przez pandemię COVID-19, inwestycje w zrównoważoną gospodarkę będą filarem Instrumentu na rzecz Odbudowy i Zwiększania Odporności. Budżet tego narzędzia to 672,5 mld euro, z czego 360 mld euro to pożyczki, a 312,5 mld euro to wsparcie bezzwrotne. Instrument ten nie jest częścią  unijnego budżetu, przekraczającego kwotę biliona euro.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/neutralnosc-klimatyczna,p139976769

Leki, szczepionki, a nawet narządy będą dostarczane za pomocą dronów. Trwają już testy, są też pierwsze udane dostawy [DEPESZA]

0

Opieka zdrowotna coraz częściej sięga po drony. Bezzałogowe samoloty dostarczają leki, szczepionki, a nawet narządy do przeszczepu. Z powodzeniem przetransportowano już nerkę, trwają też testy ze sztucznym sercem czy płucem. Już w 2019 roku pierwsza apteka przetestowała dostawę leków dostępnych bez recepty za pomocą dronów. Obecnie jedna z największych firm farmaceutycznych na świecie testuje dostarczanie szczepionek za ich pomocą w Karolinie Północnej.

Firmy farmaceutyczne i szpitale wykorzystują drony na coraz większą skalę. Bezzałogowe samoloty mogą dostarczać leki, a nawet narządy do przeszczepu.

Już w 2019 roku WakeMed Health & Hospitals ogłosiło partnerstwo z UPS w zakresie dostarczania próbek medycznych za pośrednictwem bezzałogowego drona do kampusu systemu opieki zdrowotnej w Karolinie Północnej. Także inne szpitale uruchomiły programy dronów, w tym UC San Diego Health czy Kaiser Permanente i Rady Children’s Hospital. Walgreens jako pierwsza apteka przetestowała z kolei dostawę leków dostępnych bez recepty za ich pomocą. CVS Health połączyło siły z UPS, aby przetestować kilka różnych aplikacji do dostarczania dronami.

W tym roku, w odpowiedzi na pandemię COVID-19, gigant handlu detalicznego Walmart ogłosił, że  we współpracy z Quest Diagnostics pilotuje dostawę za pomocą dronów zestawów do pobierania domowych próbek na koronawirusa. Z kolei Merck, jedna z największych firm farmaceutycznych na świecie, testuje właśnie dostarczanie szczepionek za ich pomocą.

– Światowy łańcuch dostaw jest napięty jak nigdy dotąd w wyniku wpływu koronawirusa – podkreśla Hannan Parvizian, dyrektor generalny Volansi. – Pandemia COVID-19 bardzo wyraźnie pokazała potrzebę szybkich postępów zwłaszcza w technologii łańcucha dostaw w opiece zdrowotnej. Nasz program pilotażowy w Karolinie Północnej pomoże odpowiedzieć na tę potrzebę poprzez zbadanie innowacyjnych nowych opcji doręczania, które mogą uelastycznić łańcuch dostaw medycznych.

Merck współpracuje z Volansi, komercyjną firmą dostarczającą drony, nad pilotażem programu. System dronów Volansi umożliwia dostawę leków w łańcuchu chłodniczym z zakładu produkcyjnego Merck Wilson w Karolinie Północnej do kliniki Vidant Healthplex-Wilson. Jak wskazuje firma, to pierwsza z trzech faz projektu, w ramach której można poznać rolę i możliwości technologii dronów w usprawnianiu łańcucha dostaw i dostępu do opieki zdrowotnej. Zwłaszcza na takich terenach jak w Karolinie Północnej, gdzie w 29 hrabstwach mieszka 1,4 mln osób, a część z nich do najbliższej apteki lub przychodni ma wiele kilometrów.

– Na obszarach wiejskich mieszkańców dzieli zwykle wiele kilometrów od najbliższej apteki lub przychodni. Dla osób cierpiących na choroby lub stany przewlekłe posiadanie odpowiedniego łańcucha dostaw to nie tylko kwestia wygody, to też kwestia życia lub śmierci – podkreśla Hannah Parvizian. – Dostawa dronami to jedno z rozwiązań umożliwiających dostarczanie krytycznych dostaw tam, gdzie i kiedy są one najbardziej potrzebne.

Drony z powodzeniem dostarczają już krew, a nawet narządy do przeszczepu. W 2019 roku dron dostarczył nerkę, obecnie trwają testy z dostawą sztucznego serca i płuca. Wszystko po to, by sprawdzić, czy delikatne narządy nie ucierpią podczas lotu. Jeśli testy okażą się pozytywne, można wkrótce spodziewać się kolejnych dostaw narządów.

Także w przypadku firmy Merck do transportu leków wykorzystywane są specjalnie do tego przystosowane drony. Volansi VOLY C10 to całkowicie elektryczny dron zdolny do przewożenia 10 kg ładunków do miejsc oddalonych o 80 mil. System pionowego startu i lądowania umożliwia dostarczanie delikatnego ładunku z automatycznym zwalnianiem blisko miejsca dostawy.

– Jedną z wielu zalet używania dronów do tego typu krytycznych dostaw jest to, że do działania wymagają minimalnej infrastruktury. Nasze autonomiczne drony dostarczają również delikatny ładunek z „miękkim lądowaniem”, automatycznie zwalniając go po przyziemieniu w miejscu dostawy. Ponadto mogą usprawnić takie zadania logistyczne jak potwierdzenie zamówienia, dostarczając czujniki temperatury i potwierdzenia wysyłki podczas lotu powrotnego – tłumaczy dyrektor generalny Volansi.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/leki-szczepionki-a-nawet,p941592446

Coraz więcej Polaków decyduje się wykonać badania na COVID-19 w prywatnych placówkach medycznych. Na rynek weszły właśnie o połowę tańsze testy genetyczne

0

Testy wykrywające zakażenie SARS-CoV-2 to jedno z głównych narzędzi w walce z pandemią – podkreśla WHO. Według danych resortu zdrowia w Polsce przebadano dotąd 3,9 mln osób i ponad 4,05 mln próbek. Jednak zgodnie z zaleceniami rządu  obecnie testy są wykonywane tylko u pacjentów objawowych, którzy mają symptomy wskazujące na chorobę COVID-19. Dlatego też rośnie liczba osób, które decydują się przeprowadzić je na własną rękę, w prywatnych placówkach medycznych. Centrum Medyczne Damiana od października przeprowadza równie skuteczne jak obecnie stosowane testy genetyczne na obecność koronawirusa, których cena jest prawie dwukrotnie niższa.

W Polsce koronawirusem SARS-CoV-2 zaraziło się do tej pory ponad 203 tys. osób, z których 3851 zmarło. Tylko w miniony wtorek Ministerstwo Zdrowia poinformowało o ponad 10 tys. nowych przypadkach. Do tej pory na całym świecie na COVID-19 zachorowało już w sumie ponad 40,8 mln ludzi, z których ponad 1,1 mln zmarło.

– Oprócz utrzymania podstawowych zasad bezpieczeństwa – takich jak prawidłowe noszenie maseczki, dezynfekcja rąk, utrzymanie dystansu społecznego i stosowanie się do zaleceń Głównego Inspektora Sanitarnego czy rozporządzeń ministra zdrowia – podstawowym narzędziem w walce z koronawirusem są testy wykrywające SARS-CoV-2. Szczególnie w okresie infekcyjnym, kiedy obserwujemy zakażenia grypą, paragrypą oraz koronawirusem, takie testy są podstawowym narzędziem w diagnostyce różnicowej dla lekarzy – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jacek Walewski, dyrektor medyczny w Centrum Medycznym Damiana.

Także WHO podkreśla, że testy wykrywające zakażenie SARS-CoV-2 są jednym z podstawowych narzędzi w walce z pandemią. W Polsce według danych resortu zdrowia przebadano dotąd 3,95 mln osób i ponad 4,1 mln próbek. Zgodnie z zaleceniami rządu testy wykonywane są obecnie jednak tylko u pacjentów objawowych, którzy mają symptomy wskazujące na zakażenie COVID-19. Dlatego też rośnie liczba osób, które decydują się przeprowadzić je na własną rękę, w prywatnych gabinetach.

– W całej Polsce obserwujemy w ostatnich dniach wzrost potwierdzonych przypadków osób chorych na COVID-19. To automatycznie powoduje, że rośnie też liczba tych, którzy mieli z nimi kontakt i potrzebują testu. Wpływa to na liczbę testów wykonywanych zarówno w sektorze publicznym, jak i prywatnym. My w zasadzie codziennie obserwujemy wzrost liczby osób zainteresowanych jego wykonaniem – mówi Marek Kubicki, członek zarządu Centrum Medycznego Damiana.

Jak wskazuje, w tej chwili placówki Centrum Medycznego Damiana wykonują od 300 do 500 takich testów dziennie, ale z dnia na dzień zgłasza się na nie coraz więcej pacjentów. Dlatego centrum zwiększa liczbę personelu i placówek, otwierając nowe punkty wymazowe.

– W ciągu najbliższych tygodni dojdziemy do około tysiąca testów dziennie – wskazuje Marek Kubicki.

Co istotne, wraz z jesienią zbliża się też szczyt sezonu grypowego, więc wiele osób będzie zmagać się z objawami takimi jak gorączka, kaszel czy ból gardła, które mogą też przypominać objawy zakażenia koronawirusem. Dlatego też istotna jest możliwość szybkiego wykonywania testów, aby potwierdzić bądź wykluczyć COVID-19.

Taki test może wykonać każdy bez skierowania od lekarza. Z własnej inicjatywy decydują się na nie głównie osoby, które mają objawy infekcji albo kontaktowały się z zakażonym, wyjeżdżające bądź powracające z zagranicy i te, które planują duże spotkania rodzinne, gdzie będą uczestniczyć osoby starsze. Niektórzy decydują się na badanie także np. przed planowanym pójściem na wesele czy większą imprezą zamkniętą albo z ciekawości, ponieważ chcą wiedzieć, czy przez tych kilka miesięcy trwania pandemii mieli już kontakt z wirusem.

– Wychodząc naprzeciw oczekiwaniom, oferujemy wykonywanie tego typu badań w cenie 250 zł, co jest połową ceny rynkowej podobnych testów – podkreśla Jacek Walewski.

Z początkiem października CM Damiana uruchomiło laboratoria w ośmiu dużych miastach Polski – Wrocławiu, Gdańsku, Poznaniu, Łodzi, Lublinie, Mysłowicach, Krakowie oraz Warszawie. Bez skierowania można w nich wykonać teksty na obecność koronawirusa metodą FRANKD. To nowy test genetyczny opracowany przez polskich naukowców z laboratorium GeneMe. Badanie odbywa się szybko i w bezpiecznych warunkach, po umówieniu na konkretną godzinę, a wynik jest dostępny już na drugi dzień.

– Badanie FRANKD polega na pobraniu wymazu z tylnej ściany gardła oraz nosa. Mam wymazówkę, proszę pacjenta tylko o odchylenie głowy do tyłu i cienkim patyczkiem pobieram wymaz z tylnej ściany gardła oraz z nosa. Samo badanie trwa dosłownie kilka sekund – mówi Aleksandra Błaszczyk, pielęgniarka z Centrum Medycznego Damiana.

– Test FRANKD jest to test molekularny, genetyczny, robiony z wymazu – tak samo jak ten najpopularniejszy test „sanepidowski”, czyli RT-PCR. Technologia RT-LAMP bada jeden gen zamiast dwóch. Jego skuteczność jest porównywalna właśnie z tym najpopularniejszym testem – dodaje Marek Kubicki.

FRANKD to genetyczny test przesiewowy, który ma certyfikat zgodny z wytycznymi Światowej Organizacji Zdrowia. Ujemny wynik badania oznacza brak zakażenia koronawirusem. Z kolei dodatni wynik jest jeszcze potwierdzany kolejnym testem genetycznym RT-PCR. Do jego przeprowadzenia wykorzystuje się tę samą próbkę pobraną od pacjenta, więc nie musi on zgłaszać się na kolejny wymaz. Co równie istotne, nie ponosi też kosztu wykonania dodatkowego, potwierdzającego testu.

– Jeżeli wynik jest pozytywny, to w cenie badania dodatkowo wykonujemy jeszcze kolejny test RT-PCR z tego samego wymazu. Robimy to głównie ze względów formalnych, ponieważ test, który jest pozytywny i zgłaszany do sanepidu, musi być wykonany właśnie technologią RT-PCR – wyjaśnia członek zarządu Centrum Medycznego Damiana.

Testy w prywatnym laboratorium mogą przeprowadzić zarówno pacjenci indywidualni, jak i firmy, które chcą w ten sposób zadbać o bezpieczeństwo swoich pracowników albo uniknąć przestojów w działalności.

– Wymazy pobieramy w kilku miastach. Na południu Polski są to Wrocław, Mysłowice dla aglomeracji śląskiej oraz Kraków, a następnie Poznań, Łódź, Lublin, Gdańsk i oczywiście Warszawa, w której znajdują się dwa punkty, a wkrótce otworzymy także trzeci punkt – zapowiada Marek Kubicki.

Na badanie FRANKD w celu potwierdzenia bądź wykluczenia zakażenia koronawirusem należy zgłosić się na czczo lub przynajmniej cztery godziny po spożyciu posiłku. Bezpośrednio przed pobraniem wymazu nie należy stosować środków higieny jamy ustnej – czyli nie myć zębów i nie używać środków dezynfekujących – oraz unikać napojów, z wyjątkiem zwykłej wody. Nie powinno się również palić papierosów, żuć gumy czy stosować maści donosowych.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/coraz-wiecej-polakow,p2064540370

Co trzecie wesele z powodu koronawirusa zostało przełożone na przyszły rok. Wraz z zaostrzeniem obostrzeń branżę może czekać poważny kryzys

0

Od 19 października w czerwonej strefie obowiązuje zakaz organizacji imprez okolicznościowych, w tym wesel. W żółtej liczba uczestników została ograniczona do 20 osób. Nowe restrykcje, spowodowane dynamicznym przyrostem liczby zakażeń, mogą pogłębić kryzys w i tak mocno poturbowanej branży ślubnej. Nawet co trzecie wesele z powodu koronawirusa zostało przełożone na 2021 rok. Część par w obawie przed nim przekłada śluby o dwa–trzy lata. – Straty szacowane są na 2,5 mld zł, w obiektach weselnych przychody są nawet o połowę niższe niż zwykle – ocenia Robert Pieczyński, członek zarządu Polskiego Stowarzyszenia Wedding Plannerów.

 Z naszych wstępnych obserwacji widzimy, że ok. 30 proc. wesel zostało przełożonych, prawdopodobnie odbędą się w przyszłym roku. Co to znaczy dla branży? To oznacza przesunięcie 30 proc. przychodów na kolejny sezon. Czyli nie zarobimy tych pieniędzy teraz, miejmy nadzieję, że zarobimy je w przyszłym roku – mówi agencji Newseria Biznes Robert Pieczyński.

Według danych Polskiego Stowarzyszenia Wedding Plannerów branża weselna warta jest ok. 7 mld zł. Wesela odbywają się głównie od maja do końca października, jednak w tym roku, ze względu na pandemię, od marca do końca maja obowiązywał całkowity zakaz ich organizowania. Od 6 czerwca zakaz został zniesiony, wprowadzono za to limit uczestników – maksymalnie 150 gości. W sierpniu rząd jednak zaostrzył reguły, a liczbę uczestników ograniczono do 100 (w żółtych powiatach) i 50 osób (w czerwonych strefach). Od poniedziałku 19 października w czerwonej strefie będzie obowiązywał zakaz organizacji wesel, a w żółtej strefie limit gości zmniejszono do 20 osób.

Każdy miesiąc przerwy to ok. 1–1,2 mld zł straty przychodów dla zatrudnionych w niej osób i firm. Zamrożenie gospodarki i konieczność przekładania wesel zachwiały płynnością finansową wielu firm.

– Według wstępnych szacunków straty wynoszą 2,5 mld zł. Są jednak w branży biznesy wysokokosztowe, które dosyć mocno zostały dotknięte obostrzeniami. To m.in. obiekty weselne, gdzie spadek liczby gości i imprez przekłada się bezpośrednio na przychody. W tym obszarze straty mogą sięgać nawet 40–50  proc. w tym roku – wylicza ekspert Polskiego Stowarzyszenia Wedding Plannerów.

Jak ocenia, jesień przyniosła większą liczbę ślubów. Część par, mimo obostrzeń, nie rezygnowała z organizowania ślubów i wesel, nawet jeśli musiała w ostatniej chwili redukować listę gości. Zwykle były to pary, które ze względu na bliski termin imprezy poniosły już większość kosztów.

– Pary młode bardzo często miesiąc przed weselem opłaciły 90 proc. kosztów, więc przeniesienie tego wydarzenia na kolejny sezon jest z punktu widzenia finansowego irracjonalne. Nie zawsze te koszty uda się odzyskać, pary zmuszone są do tego, żeby dostosować się do zmienianych przepisów i koniec – wskazuje Robert Pieczyński.

Jak przekonuje, dla branży najgorsza jest niepewność. To może spowodować, że część par, która miała już wstępnie zaplanowane wesela, będzie je przekładać na kilka lat później.

– Czarny PR powoduje, że coraz częściej pojawiają się pary młode, które zastanawiają się, czy swoje wesele zorganizować w kolejnym roku, czy w ogóle nie przełożyć go o dwa–trzy lata. Jeżeli takich par będzie coraz więcej, to w przyszłym roku niestety nastąpi pogłębienie strat w branży ślubnej – tłumaczy członek zarządu PSWP.

W Polsce co roku średnio organizuje się 190 tys. ślubów. Koronawirus znacznie ograniczył liczbę zawieranych małżeństw, jednak nie powinien długoterminowo wpłynąć na zmianę tej tradycji.

– Myślę, że rynek bardzo szybko się odbije, tylko potrzebuje pewności. Nawet jeżeli będziemy wprowadzali pewne ograniczenia, niech one będą w miarę stabilne. Ale naszej tradycji to nie zmieni – mówi Robert Pieczyński.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/co-trzecie-wesele-z-powodu,p59931677

Tylko w Europie smartfony emitują rocznie 14 mln ton CO2. Telekomy dążą do minimalizowania negatywnego wpływu technologii na środowisko

0

Energia pobierana podczas ładowania smartfona odpowiada zużyciu prądu przez żarówkę LED zapaloną trzy godziny dziennie przez rok, a do wyprodukowania jednego urządzenia mobilnego trzeba zużyć ok. 70 kg surowców i wyemitować do atmosfery do 100 kg CO2. Tymczasem tylko w ubiegłym roku w Polsce sprzedano ok. 8,5 mln smartfonów. Choć ślad węglowy sektora cyfrowego od wielu lat utrzymuje się na podobnym poziomie ok. 1,4 proc., to operatorzy telekomunikacyjni starają się go minimalizować. Orange Polska stawia m.in. na bardziej energooszczędny światłowód i budowę farm wiatrowych.

– Technologie mogą mieć zarówno dodatni, jak i ujemny wpływ na środowisko i klimat. Telekomunikacja, sektor cyfrowy i nowe technologie to dość specyficzne przykłady, bo to jest biznes energochłonny, który polega niejako na przerabianiu kilowatogodzin na kilobajty i megabajty. Z jednej strony jest konsumpcja energii, na której opierają się nasze usługi, ale z drugiej te usługi przekładają się też na to, w jaki sposób nasi klienci biznesowi i indywidualni redukują swój ślad węglowy i wpływają na środowisko – mówi agencji Newseria Biznes Jacek Hutyra, doradca ds. strategii klimatycznej w Orange Polska.

Według danych Urzędu Komunikacji Elektronicznej z telefonu komórkowego korzysta 92,2 proc. Polaków. Na jedną osobę przypada średnio półtora telefonu komórkowego. Z danych Orange Polska wynika, że tylko w ubiegłym roku w Polsce sprzedano ich w sumie 8,5 mln, z czego ok. 1,4 mln zostało sprzedanych przez pomarańczowego operatora. Szacuje się, że produkcja jednego smartfona kosztuje środowisko od 50 do 100 kg równoważnej emisji CO2, nie licząc przy tym ilości energii potrzebnej do jego użytkowania.

– Około 75 proc. śladu węglowego smartfona pochodzi z produkcji. Około 1/4 to efekt tego, w jaki sposób używamy go na co dzień – wskazuje Jacek Hutyra.

Do wyprodukowania smartfona o masie 120 g trzeba zużyć ok. 70 kg surowców, głównie plastiku, szkła, niewielkich ilości metali szlachetnych i pierwiastków ziem rzadkich. To właśnie procesy górnicze i konieczność wydobywania metali ziem rzadkich, wykorzystywanych w konstrukcji smartfonów, odpowiadają za dużą część śladu węglowego.

– To są materiały wydobywane w różnych częściach świata. Często są to rzadkie surowce, których wydobycie jest kosztowne i może wiązać się ze szkodami środowiskowymi – mówi doradca ds. strategii klimatycznej w Orange Polska.

Polacy korzystają z telefonu komórkowego średnio przez kilka godzin dziennie, a każdego dnia miliony osób podłączają smartfona do ładowarki. Tymczasem energia pobierana przez ładowanie baterii smartfona waha się pomiędzy 2 a 7 kWh rocznie. To odpowiednik zużycia prądu przez żarówkę LED zapaloną trzy godziny dziennie przez rok.

– Używanie smartfona też może być bardziej lub mniej proklimatyczne. Czasami są to proste rzeczy, przykładowo odłączenie ładowarki po naładowaniu telefonu. Podobnie jest z aktualizacjami oprogramowania, które często służą właśnie temu, żeby smartfon w bardziej optymalny sposób zużywał energię. To pozwala nam pracować dłużej na jednym ładowaniu i przekłada się na mniejszą energochłonność – mówi ekspert.

Dane ONZ za 2019 rok wskazują, że na całym świecie konsumenci generują rokrocznie ok. 50 mln ton zużytego sprzętu elektrycznego i elektronicznego, a wartość zawartych w nich surowców przekracza 48 mld euro. Każdy Europejczyk produkuje rocznie około 15,6 kg elektroodpadów. Tymczasem – jak szacuje Stena Recycling – przetworzenie tylko jednego telefonu komórkowego pozwala zaoszczędzić ilość energii, która mogłaby zaświecić dziewięciowatową żarówkę przez ponad 200 dni. Z jednej tony przetworzonych smartfonów można odzyskać m.in. do 150 gramów złota.

– Warto korzystać ze smartfona jak najdłużej, a urządzenie, które było wykorzystywane przez kilka lat i przestało działać, oddać do recyklingu i w ten sposób dać mu drugie życie. Surowce użyte do jego produkcji można bezpiecznie odzyskać i wykorzystać ponownie. Jeżeli mamy smartfona, który działa i jest sprawny, możemy go odsprzedać i w ten sposób połączyć działania na rzecz ekologii i swojego portfela – mówi Jacek Hutyra.

Jak wynika z ubiegłorocznego raportu Europejskiego Biura Ochrony Środowiska (EEB), wydłużenie żywotności smartfonów i innej elektroniki tylko o jeden rok pozwoliłoby zaoszczędzić w skali UE tyle samo emisji CO2, co ograniczenie ruchu 2 mln samochodów rocznie. Natomiast wydłużenie ich eksploatacji o pięć lat do 2030 roku zaoszczędziłoby rocznie aż 10 mln ton emisji (ekwiwalentu CO2). To odpowiada usunięciu z dróg każdego roku około 5 mln samochodów, czyli mniej więcej tylu, ile zarejestrowanych jest w całej Belgii.

Jak podaje EEB, średnia żywotność smartfona w Europie to trzy lata, a roczna sprzedaż to prawie 211 mln sztuk. Cały cykl życia europejskich smartfonów jest odpowiedzialny za 14 mln ton emisji (ekwiwalentu CO2) każdego roku. Wydłużenie ich żywotności tylko o rok pozwoliłoby zaoszczędzić ponad 2 mln ton emisji CO2.

Według badań GfK na zlecenie ElektroEko wynika, że w domach Polaków jest zachomikowanych ponad 4 mln zużytych telefonów komórkowych. Z kolei z sierpniowego badania Kantar dla Orange Polska wynika, że ok. 38 proc. trzyma w domu nieużywany telefon komórkowy. 35 proc. oddaje go innej osobie, 16 proc. sprzedaje, 8 proc. oddaje do punktu zbiórki elektrośmieci lub podczas zbiórki telefonów, a 2 proc. wyrzuca do śmieci. Tylko 1 proc. Polaków oddaje stary telefon swojemu operatorowi. Dlatego też Orange Polska ruszył z inicjatywą budującą świadomość na temat wpływu środowiskowego telefonów zatrzymanych „na wszelki wypadek”.

Operator oferuje system odkupu sprawnych urządzeń dostępny w każdym salonie firmy. Orange zbiera też niedziałające już sprzęty: telefony komórkowe, modemy, tablety, telefony stacjonarne, aby przekazać je do recyklingu lub utylizacji, bezpiecznie i zgodnie z prawem. Do tej pory na całym świecie Orange zebrał już z rynku 15 mln starych telefonów. 

Jak podkreśla Jacek Hutyra, w działania prośrodowiskowe coraz aktywniej włączają się producenci sprzętu i operatorzy telekomunikacyjni, którzy m.in. przestawiają się na energię pochodzącą z odnawialnych źródeł.

– Operatorzy telekomunikacyjni działają w branży energochłonnej, ślad węglowy operatora bierze się przede wszystkim z konsumpcji energii. Odpowiada ona za ponad 90 proc. naszych emisji CO2. Dlatego chcąc efektywnie redukować wpływ na klimat, musimy w pierwszej kolejności przyjrzeć się energii – wskazuje. – Musimy szukać jej źródeł na własną rękę i angażować się w projekty związane z OZE. Dlatego w Wielkopolsce powstają właśnie dwie farmy wiatrowe, z których od początku przyszłego roku popłynie energia zaspokajająca ok. 10 proc. naszego zapotrzebowania.

Dwie farmy wiatrowe budowane w okolicach Poznania dostarczą w sumie 50 GWh rocznie na wyłączne potrzeby działalności Orange Polska, a wyprodukowana przez nie energia pozwoliłaby przesłać użytkownikom telefonii komórkowej w sumie ok. 265 petabajtów danych (1 petabajt to milion gigabajtów). Prąd z nowych wiatraków popłynie do 18 tys. obiektów w infrastrukturze Orange, takich jak stacje bazowe telefonii mobilnej czy szafy dostępowe na ulicach miast.

– Inne działania, które możemy podjąć, to praca nad optymalizacją zużycia energii, energochłonnością urządzeń, parametryzacją sieci i wymianą technologii na nowocześniejsze – wymienia doradca ds. strategii klimatycznej w Orange Polska. – Dobrym przykładem jest światłowód, który przy podobnym zużyciu energii pozwala na kilkukrotną poprawę efektywności energetycznej niż w przypadku starszych technologii.

W przypadku światłowodu uśrednione zużycie energii elektrycznej na klienta domowego może być nawet do kilkunastu razy niższe niż w starszych technologiach stacjonarnego dostępu do internetu bazujących na miedzi. Dzięki możliwościom łączy optycznych do jednego urządzenia agregującego po stronie sieci – czyli technicznego zaplecza operatora – może być podłączonych więcej klientów bez utraty jakości usługi. Co istotne, w miarę rozwoju technologia światłowodowa staje się też coraz bardziej efektywna. W tej chwili – aby zapewnić jednemu klientowi szybki internet za pośrednictwem światłowodu Orange – potrzeba czterokrotnie mniej energii niż jeszcze w 2015 roku, kiedy operator wprowadził tę technologię na rynek.

– Świadomość klimatyczna polskich firm rośnie, choć wiele jest jeszcze do zrobienia, bo jest to temat dość nowy. Im większa firma, tym większa rola do odegrania – mówi Jacek Hutyra. – Grupa Orange zdecydowała się przyjąć cele klimatyczne do 2040 roku, które zakładają osiągnięcie w ciągu 20 lat neutralności klimatycznej. W tym momencie przekładamy to na konkretne cele dotyczące redukcji COi zwiększania udziału OZE w miksie energetycznym. W latach 2015–2019 zredukowaliśmy nasze emisje CO2 o 16 proc., mimo że w tym samym czasie transmisja danych w naszych sieciach zwiększyła się trzykrotnie.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/tylko-w-europie-smartfony,p2113403901

Cyfryzacja administracji podczas pandemii postępuje. E-doręczenie wprowadza w Polsce nadrzędność rozwiązań cyfrowych nad tradycyjnymi

0

Sejm przyjął ustawę, która ma umożliwić zdalny odbiór listów poleconych z poczty i pism z urzędów publicznych. E-doręczenia to narzędzie, które pozwala na przesłanie korespondencji i potwierdzenie odbioru elektronicznie za pomocą kilku kliknięć. To tylko jeden z przykładów postępującej cyfryzacji w administracji publicznej. Pandemia koronawirusa przyspieszyła ten proces. Jak podkreśla Justyna Orłowska, dyrektor Departamentu GovTech Polska w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, wideokonferencje, podpis cyfrowy i różnego rodzaju e-usługi weszły już na dobre do urzędniczej rzeczywistości.

Najnowszym elementem cyfryzacji polskiej administracji będzie usługa e-doręczenia. Zmiany mogą okazać się przełomowe, ponieważ wprowadzają tzw. domyślność cyfrową, czyli nadrzędność rozwiązań cyfrowych nad rozwiązaniami tradycyjnymi. Kontaktować się z urzędami będzie można całkowicie przez Internet, wysyłając i otrzymując korespondencję drogą elektroniczną, bez konieczności wizyty na poczcie. Co istotne, e-doręczenie pod kątem prawnym będzie równe z wysłaniem tradycyjnego listu poleconego. Ustawa o doręczeniach elektronicznych została przyjęta przez Sejm 7 października.

Największą zaletą tego rozwiązania w czasie pandemii koronawirusa jest brak konieczności osobistego kontaktu z listonoszem lub urzędnikiem i większe bezpieczeństwo obu stron – petenta i urzędnika.

– Pandemia koronawirusa sprawiła, że administracja staje się coraz bardziej cyfrowa. Widać to zdecydowanie na przykładzie wykorzystania podstawowych narzędzi, jakimi są np. wideokonferencje. Do niedawna niektórzy urzędnicy w ogóle nie widzieli potrzeby, aby korzystać z takich funkcjonalności, ale zmieniło się to w momencie, kiedy z dnia na dzień przeszli oni na pracę zdalną – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Justyna Orłowska, dyrektor Departamentu GovTech Polska.

Według statystyk Szefa Służby Cywilnej najwięcej urzędników pracowało zdalnie w trakcie lockdownu. W kwietniu 2020 roku 42 proc. wszystkich urzędników administracji pracowało zdalnie. Obecnie w dalszym ciągu w największym stopniu zdalnie pracują ministerstwa i Kancelaria Premiera, gdzie 43 proc. wszystkich zatrudnionych pracuje z domu. Ogólnie jednak udział pracowników zdalnych w administracji publicznej wynosi już tylko 11 proc. To oznacza, że w większości urzędnicy pracują już stacjonarnie. Mimo tego nabyte kompetencje cyfrowe mogą zaprocentować w przyszłości.

– Te wszystkie elementy, które składają się na cyfryzację w administracji, weszły w DNA prawie wszystkich urzędników. Wideokonferencje stały się podstawowym narzędziem pracy, ale pojawiły się też takie elementy jak wspólne zarządzanie dokumentacją. Nawet jeśli ktoś jeszcze nie posiadał takiego narzędzia, to zapewne jest w trakcie wdrażania. Pandemia koronawirusa wymusiła sytuację, w której dokumenty nie są w każdym przypadku podpisywane fizycznie, ale bardzo często jest wykorzystywany bezpieczny podpis cyfrowy – wskazuje ekspertka.

Jednym z polskich urzędów, który wkrótce zautomatyzuje część swojej pracy, jest Zakład Ubezpieczeń Społecznych. Zautomatyzowane mają zostać rozliczenia z ZUS-em, dzięki czemu nie trzeba będzie składać jakichkolwiek dokumentów w urzędzie. Zmiany obejmą 16 mln Polaków. Podobne rozwiązania są już stosowane w urzędach skarbowych, które w ramach e-PIT-u rozliczają zeznania roczne podatników.

Automatyzacja urzędów nie oznacza jednak całkowitego zastąpienia pracowników administracji algorytmami.

– Urzędnicy powinni mieć świadomość, że pozostaną potrzebni jako pracownicy, bo znają branżę. Ale muszą wiedzieć, że jeśli ze względów bezpieczeństwa zdrowotnego można jakąś czynność zautomatyzować, przekazać robotom i posłużyć się po prostu algorytmem dla zminimalizowania ryzyka zachorowania, to warto to zrobić – przekonuje Justyna Orłowska.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/cyfryzacja-administracji,p873288559