Rząd planuje nowe obciążenia podatkowe dla ponad 40 tys. firm. Dla wielu z nich może to oznaczać koniec działalności

0

Ponad 40,5 tys. działających w Polsce spółek komandytowych musi się liczyć od początku przyszłego roku z dodatkowymi obciążeniami podatkowymi. Resort finansów w ramach uszczelniania systemu podatkowego i walki z optymalizacją podatkową zamierza obłożyć je 19-proc. CIT-em, co razem z podatkiem PIT od dywidendy pobieranym od wspólników złoży się na łączną daninę rzędu 34,4 proc. – To pogorszy konkurencyjność polskich przedsiębiorstw wobec zagranicznych podmiotów – uważa ekspert podatkowy TPA Poland.

– Przedmiotem prac Sejmu jest obecnie ustawa zmieniająca szereg ustaw podatkowych, w tym ustawę o podatku dochodowym od osób prawnych i ustawę o podatku dochodowym od osób fizycznych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Wojciech Sztuba, doradca podatkowy, partner zarządzający w firmie TPA Poland. – Jednym z najbardziej bulwersujących jest ten, który odnosi się do opodatkowania spółek komandytowych. Do tej pory nie były obłożone podatkiem dochodowym.

W połowie września rząd opublikował projekt ustawy o zmianie ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych, ustawy o zryczałtowanym podatku dochodowym od niektórych przychodów osiąganych przez osoby fizyczne oraz niektórych innych ustaw. Nowelizacja ta zakłada rozszerzenie katalogu podmiotów objętych podatkiem CIT o spółki komandytowe, które do tej pory takiego obowiązku nie miały.

Ministerstwo Finansów w uzasadnieniu do projektu zakłada, że obecnie spółki komandytowe służą do agresywnej międzynarodowej optymalizacji podatkowej. Według urzędników spółki komandytowe z komplementariuszem, którym jest spółka z o.o., obchodzą prawo podatkowe, naruszając tzw. klauzulę obejścia prawa podatkowego.

– Zaledwie 0,4 proc. wspólników wszystkich spółek komandytowych to podmioty zagraniczne. Taką liczbę udało się ostatnio ustalić na podstawie twardych danych pochodzących z KRS – podkreśla dr Wojciech Sztuba. – Trzeba jasno powiedzieć, że ta regulacja ma charakter bardzo asymetrycznego uderzenia w polskich przedsiębiorców, dlatego że za znakomitą większością spółek komandytowych stoi polski przedsiębiorca, polski kapitał rodzinny.

Spółek komandytowych jest w Polsce ponad 40,5 tys. (dane za 2019 rok), a istota ich konstrukcji polega na połączeniu ograniczonej odpowiedzialności wspólników z jednokrotnym opodatkowaniem PIT, zazwyczaj w formie podatku liniowego 19 proc.

Nowelizacja ustawy zakłada, że od 1 stycznia przyszłego roku spółki komandytowe zapłacą 19 proc. CIT-u, a oprócz tego wspólnicy osiągający zysk dodatkowo zapłacą dotychczasowy 19-proc. podatek PIT od dywidendy. Razem procent składany takiego efektywnego opodatkowania to 34,4 proc.

– Tego typu opodatkowanie spowoduje, że rentowność netto polskiego biznesu spadnie o około 15 punktów procentowych, gdy tymczasem opodatkowanie podmiotów zagranicznych gospodarujących w Polsce się nie zmieni. Oprócz tego tworzy się też ryzyko domiarów podatków za nieprzedawnione okresy historyczne, czyli za lata 2015–2020, co wynika wprost z projektu ustawy, jak również z jego uzasadnienia – mówi ekspert TPA Poland.

Przedsiębiorcy i organizacje zrzeszające właścicieli firm próbują przekonać władze do rezygnacji z tego projektu. Podkreślają, że na 40 587 spółek komandytowych w Polsce tylko 439 ma zagranicznego wspólnika, spośród których 30 proc. pochodzi z Niemiec. Podmioty umożliwiające potencjalny wypływ środków pieniężnych do rajów podatkowych to znikomy margines (113 z Luksemburga, 41 z Cypru, 15 z Malty).

– Gospodarcze skutki takich regulacji mogą być takie, że spółka komandytowa stanie się martwym wehikułem, tej formy prawnej nikt nie będzie w przyszłości używał. Te spółki oczywiście częściowo zostaną w obrocie, podobnie jak dzisiaj widzimy jeszcze sporą część spółek komandytowo-akcyjnych, tyle że one nie mają istotnego znaczenia dla gospodarki, nie są ważnym graczem – mówi dr Wojciech Sztuba.

1 stycznia 2014 roku wprowadzono podatek dochodowy CIT dla spółek komandytowo-akcyjnych. Do tej pory ich liczba rosła dynamicznie – w 2011 roku zwiększyła się o ponad 46 proc., w 2012 – o 86 proc., zaś w rekordowym 2013 – o blisko 103 proc. Na koniec 2013 roku według danych GUS było zarejestrowanych 5,7 tys. spółek S.K.A. Po wprowadzeniu dodatkowego opodatkowania liczba takich form prawnych sukcesywnie zaczęła spadać, by na koniec 2019 roku wynieść 3,7 tys. Część z nich przekształciła się w spółki komandytowe.

– Dla polskiego kapitału, który dzisiaj korzysta ze spółek komandytowych, będą dwie możliwości: albo zaakceptuje podwójne opodatkowanie z jednoczesną dalszą ochroną swojego majątku, albo za cenę obniżenia jego ochrony zdecyduje się np. na formę spółki jawnej lub inną formę jednokrotnego opodatkowania. Przy czym w obu tych przypadkach jest to bardzo zła wiadomość dla polskiego kapitału i dla polskich przedsiębiorców, bo w długim terminie ich konkurencyjność z kapitałem zagranicznym istotnie się pogorszy – mówi ekspert TPA Poland.

Jak podkreśla, proponowane regulacje mają charakter antyrozwojowy. Sukces niemieckiej gospodarki czy gospodarek zachodnich opiera się w głównej mierze na przekazywaniu sobie w formie sukcesji przedsiębiorstwa z pokolenia na pokolenie, a tego rodzaju sukcesja, gdzie istnieje ograniczona odpowiedzialność majątkowa, jest chroniona prawnie, tak jak ma to miejsce w spółkach z ograniczoną odpowiedzialnością.

– Zmiana przepisów w stronę, jaką zaplanował resort finansów, w trwały sposób to uniemożliwi – twierdzi dr Wojciech Sztuba. – Motywacja przepisów zmieniających prawo podatkowe od przyszłego roku jest dość jasna, nawet wymieniona wprost w uzasadnieniu do projektu. To jest motywacja fiskalna, to znaczy resort finansów poszukuje nowych źródeł finansowania deficytu budżetowego i – prawdę mówiąc – uczciwiej byłoby, gdyby politycy mieli odwagę podnieść nominalne opodatkowanie wszystkich podatników, czyli nominalne stawki CIT czy PIT.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/rzad-planuje-nowe,p425879200

Polska liderem w produkcji autobusów elektrycznych. Nowy rządowy program pozwoli kupić je z 80-procentowym dofinansowaniem

0

Po ulicach ponad 20 polskich miast jeździ blisko 350 autobusów elektrycznych. Ich liczba sukcesywnie rośnie, a samorządy coraz częściej decydują się na zakup takich pojazdów. Wynika to, po pierwsze, z proekologicznych trendów, a po drugie – z ustawowego wymogu, zgodnie z którym do 2028 roku powinny one wykazać minimum 30-proc. udział autobusów elektrycznych we flocie. Od przyszłego roku ruszy rządowy program, który pozwoli samorządom na zakup takich pojazdów z 80-proc. dofinansowaniem. MAN Truck & Bus uruchomił właśnie w swojej fabryce pod Starachowicami seryjną produkcję elektrycznych autobusów, które zostały zaprojektowane właśnie z myślą o miejskiej mobilności.

– Polska jest jednym z europejskich liderów pod względem liczby autobusów elektrycznych, które jeżdżą po drogach miast. Jesteśmy też jednym z liderów pod względem ich produkcji i eksportu – mówi agencji Newseria Biznes Maciej Mazur, prezes Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych. – W ponad 20 miastach Polski jeździ już blisko 350 autobusów elektrycznych. Ta liczba szybko rośnie: porównując pierwszych siedem miesięcy ubiegłego i tego roku, widać prawie 200-proc. wzrost.

Zgodnie z zapowiedziami Ministerstwa Klimatu na początku przyszłego roku Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej ma uruchomić nowy program dofinansowania autobusów elektrycznych z budżetem sięgającym 1,3 mld zł. Jego celem będzie zwiększenie liczby takich pojazdów na drogach polskich miast.

– W przetargach ogłaszanych przez samorządy widzimy, że one coraz częściej decydują się na zakup autobusów zeroemisyjnych. Jest to związane m.in. z programami dofinansowań, które funkcjonowały w ubiegłych latach. Mamy nadzieję, że ten, który wystartuje w przyszłym roku, dodatkowo ugruntuje ten trend – mówi Maciej Mazur.

W pierwszym roku obowiązywania nowego programu dofinansowanie do zakupu autobusów elektrycznych ma wynieść 80 proc. i sukcesywnie spadać – do 70 proc. w 2022 roku oraz 60 proc. rok później. Wsparcie będzie kierowane w pierwszej kolejności do samorządów i miejskich przedsiębiorstw komunikacyjnych.

– Środki finansowe przewidziane w tym programie pozwolą dofinansować zakup setek autobusów elektrycznych. Łącznie możemy mówić o około tysiącu sztuk – wskazuje prezes Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych. 

Jak ocenia, rosnąca liczba elektrycznych autobusów w miastach to nie tylko zasługa szerokich możliwości dofinansowania zakupu takich pojazdów. Ten trend wiąże się też z wprowadzeniem rok temu ustawowego nakazu, zgodnie z którym od 1 stycznia 2021 roku samorządy powinny wykazać minimum 5-proc. udział autobusów elektrycznych we flocie. Ma on stopniowo rosnąć aż do 30 proc. w 2028 roku.

– To jest kierunkowskaz dla polskich miast i mamy nadzieję, że ten 30-proc. udział jeszcze wzrośnie, bo nie ma wątpliwości co do tego, że autobusy elektryczne powinny funkcjonować w miastach w jeszcze większej liczbie – mówi Maciej Mazur.

– Autobusy elektryczne to korzystne rozwiązanie zarówno dla mniejszych miast i miejscowości, jak i dużych aglomeracji. W pierwszej kolejności powinny być elektryfikowane te linie, gdzie występują największe skupiska ludzi, bo tam korzyści będą największe, m.in. w postaci ograniczenia emisji i hałasu. Autobusy elektryczne umożliwiają też przearanżowanie transportu zbiorowego – można go wprowadzić np. na obszarach, które do tej pory były wyłączone z ruchu. Dzięki temu miasta zyskują nowe możliwości zwiększenia mobilności mieszkańców, także osób z niepełnosprawnościami ruchowymi – wskazuje Małgorzata Durda, dyrektor ds. produktu i sprzedaży autobusów w MAN Truck & Bus Polska.

Na całym świecie jest około pół miliona takich pojazdów. Większość jeździ po drogach chińskich miast, ale w ostatnich latach także Europa szybko się elektryfikuje i coraz więcej europejskich aglomeracji stawia na transport zeroemisyjny. Dotyczy to zwłaszcza państw takich jak Niemcy, Wielka Brytania czy kraje skandynawskie, ale w gronie liderów elektromobilności jest też Polska.

– Również coraz więcej producentów decyduje się przestawiać na produkcję autobusów elektrycznych. Każdy liczący się producent wprowadza już do swojej oferty takie pojazdy, bo taka jest przyszłość transportu – podkreśla Maciej Mazur.

– Polska jest w tej chwili europejskim liderem w zakresie produkcji autobusów elektrycznych, a na własnym przykładzie możemy powiedzieć, że to z kolei wiąże się również z powstawaniem nowych miejsc pracy, badaniami i rozwojem, wdrażaniem nowych technologii. Zatem elektryfikacja transportu napędza też inne gałęzie gospodarki – dodaje Małgorzata Durda.

Potwierdza to też raport Fundacji Promocji Pojazdów Elektrycznych „Napędzamy polską przyszłość”, z którego wynika, że elektryfikacja transportu kołowego w Polsce będzie pozytywnie wpływać na krajowe PKB i rynek pracy. W wyniku tego procesu polska gospodarka wzrośnie o 0,3 proc. w 2030 roku i o 1,1 proc. do 2050 roku.

W październiku MAN Truck & Bus Polska w swojej fabryce pod Starachowicami rozpoczął produkcję innowacyjnych autobusów elektrycznych. Pierwsze egzemplarze kilka miesięcy temu trafiły na testy m.in. do klientów w Niemczech. Teraz ruszyła natomiast seryjna produkcja miejskich autobusów elektrycznych MAN Lion’s City E.

– Innowacyjny autobus elektryczny powinien wykorzystywać wszystkie dostępne technologie, aby był bezpieczny dla pasażerów i uwzględniał wszystkie potrzeby użytkowników. Mowa także o kabinie kierowcy, którą zaprojektowaliśmy w sposób ergonomiczny. Przestrzeń dla pasażerów jest jasna, doświetlona i przestronna, zapewniająca wszystkie potrzebne funkcje dla osób z niepełnosprawnościami – wymienia Małgorzata Durda. – Musieliśmy też zaprojektować ten pojazd tak, żeby obsługa posprzedażowa, wszystkie prace remontowe czy przeglądy były wykonywane w sposób prosty i bezpieczny. 

Koncepcja miejskiego autobusu elektrycznego MAN umożliwia przewóz 84 pasażerów w pojeździe 12-metrowym i 110 pasażerów w przegubowym. Ładowanie poprzez złącze plug-in jest wygodne i niweluje koszty związane z rozbudową infrastruktury ładowarek na terenie miasta. Z kolei duża pojemność akumulatorów przekłada się na zasięg do 270 kilometrów na jednym ładowaniu. Zastosowanie silnika centralnego ułatwia zaś przeprowadzenie prac serwisowych oraz skraca czas przestojów pojazdu spowodowanych konserwacją.

Istotne są także szkolenia dla kierowców, ponieważ specyfika elektryków jest nieco inna niż autobusów spalinowych.

– W naszej organizacji mamy szkołę jazdy i prowadzimy szkolenia zarówno dla kierowców, jak i dla przedstawicieli operatorów – mówi dyrektor ds. produktu i sprzedaży autobusów w MAN Truck & Bus Polska. – Technika jazdy autobusu zelektryfikowanego i elektrycznego jest trochę inna niż tradycyjnego pojazdu z napędem Diesla. Chcemy w nich odzyskać jak najwięcej energii w procesie rekuperacji, żeby nie tylko korzystać z tej energii zgromadzonej ze stacji ładowania, ale również odzyskać jej jak najwięcej w procesie hamowania.

Wraz z rozwojem elektromobilności w miastach MAN rozwija też punkty serwisowe i dostosowuje je do obsługi pojazdów elektrycznych, wyposażając w narzędzia do obsługi systemów wysokiego napięcia i szkoląc elektryków samochodowych. W przyszłym roku ma być w Europie 170 takich specjalistycznych punktów.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polska-liderem-w-produkcji,p1717281624

Polska dopiero na 24. miejscu w UE pod względem liczby specjalistów od SI. Największe zapotrzebowanie jest w sektorze rozpoznawania obrazu

0

Polska w unijnym rankingu nasycenia praktykami SI zajmuje odległe 24. miejsce. Wprowadzenie nowych, ujednoliconych norm prawnych pomoże zwiększyć konkurencyjność rodzimego sektora sztucznej inteligencji. Obecnie w naszym kraju najchętniej inwestuje się w inteligentne technologie z branży finansowej, ubezpieczeniowej i handlowej, ale największe zapotrzebowanie jest na specjalistów od technologii zautomatyzowanego przetwarzania obrazu i to w tym segmencie rynku specjaliści upatrują szansę na zaistnienie na arenie międzynarodowej.

– Jesteśmy zapleczem dla zachodnich firm, wiele korporacji otwiera tutaj swoje oddziały skoncentrowane na sztucznej inteligencji. Są to firmy z branży finansowej, ubezpieczeniowej, a nawet mamy tutaj centrum rozwoju Amazona, który rozwija asystenta głosowego Alexę. W tym zakresie jesteśmy bardzo mocni, nasi specjaliści są rozpoznawani na świecie – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Mariusz Kraj, dyrektor technologiczny Codibly.

Polska przyciąga wielu inżynierów specjalizujących się w sztucznej inteligencji, wynika z najnowszego raportu „Sztuczna inteligencja w Polsce – kompetencje ekspertów AI” fundacji Digital Poland, stworzonego we współpracy z Accenture i Microsoftem. Mimo tego zajmuje odległą 24. pozycję rankingu nasycenia praktykami SI w Unii Europejskiej. Z opracowania wynika, że za taki stan rzeczy odpowiada niedopasowanie kompetencji pracowników z sektora SI do rynkowego zapotrzebowania. Choć aż 58 proc. ofert pracy skierowanych jest do specjalistów ds. rozpoznawania obrazu, najliczniejsza grupa polskich ekspertów od sztucznej inteligencji zajmuje się eksploracją oraz analityką danych, a na drugim miejscu znajdują się specjaliści od robotyki i internetu rzeczy.

W poprawie kondycji rynku sztucznej inteligencji i rozwoju rodzimych biznesów opartych na tej technologii pomóc mogą nowe regulacje prawne, nad którymi pracują przedstawiciele Unii Europejskiej. Grupa D9+, w skład której wchodzi m.in. Polska, optuje za przyjęciem zunifikowanych regulacji prawnych opisujących mechanizmy wsparcia unijnego sektora sztucznej inteligencji. Dzięki temu kraje członkowskie mają zyskać narzędzia do swobodnego rozwoju narzędzi SI, a co za tym idzie, zawalczyć o konkurencyjność na rynku międzynarodowym.

– Pod względem prawnym sztuczna inteligencja i przetwarzanie danych są dosyć gorącym tematem. Dane są zbierane na wszelkie możliwe sposoby, we wszelkich możliwych formach. Dlatego kwestie prywatności są na pierwszym miejscu. Kilka państw rozważa wprowadzenie ograniczeń w tym zakresie, żebyśmy mieli większą kontrolę nad tym, co udostępniamy firmom czy osobom, które dokonują przetwarzania danych, próbując wyciągnąć nasze zwyczaje czy preferencje, nie zawsze pytając o zgodę – mówi ekspert.

O tym, jak istotną rolę sztuczna inteligencja odegra w najbliższych latach, przekonują specjaliści z Oxford Analytica oraz Coleman Parkes, autorzy raportu „Work 2035”. Z analizy przeprowadzonej na potrzeby tego badania wynika, że technologie automatyzujące mogą odgrywać kluczową rolę na rynku pracy w 2035 roku. 75 proc. ankietowanych ze świata biznesu uważa, że do tego czasu większość organizacji będzie posiadać centralną jednostkę SI odpowiedzialną za koordynację regionalnych biznesów, a 69 proc. dyrektorów zarządzających przewiduje, że będzie współpracować z ich komputerowymi odpowiednikami, Chief of Artificial Intelligence (CAI), odpowiedzialnymi za wszystkie zautomatyzowane procesy zachodzące w przedsiębiorstwie.

– W Polsce sztuczna inteligencja najsilniej obecna jest w branżach finansowych, ubezpieczeniowych i handlu, ze względu na to, że jest tam bardzo dużo danych i są tam największe możliwości zysku. Poza tym jesteśmy obecni w obszarze automotive. Liczymy też na energetykę, gdyż tam jest ogromny potencjał na to, aby w optymalny sposób wykorzystać wszystkie odnawialne źródła energii. Przełom nastąpił w momencie pojawienia się samojeżdżących samochodów czy rakiet, które startują i lądują bez udziału człowieka. Jednak potrzebna jest rewolucja w kontekście poznania człowieka, ale też możliwości technicznych – podsumowuje Mariusz Kraj.

Według analityków z firmy Grand View Research wartość globalnego rynku sztucznej inteligencji w 2020 roku wyniesie 62,4 mld dol. Przewiduje się, że do 2027 roku wzrośnie on do 733,7 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 42,2 proc.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/polska-dopiero-na-24,p551458045

Ekologiczne oczyszczalnie rozwiążą problem braku kanalizacji na polskich wsiach. Ruszają pierwsze tego typu inwestycje

0

Zaledwie nieco ponad 40 proc. gospodarstw domowych na polskich wsiach posiada przyłącze kanalizacyjne. W miejscowościach o niedużej liczebności, oddalonych od oczyszczalni komunalnej, problem dostępu do kanalizacji mogą rozwiązać oczyszczalnie pasywne, czyli hydrofitowe. W Polsce działa jak dotąd zaledwie kilka takich instalacji, tymczasem na Słowacji cieszą się one dużą popularnością już od kilku dekad.

– W miastach większość mieszkańców jest skanalizowanych. Inaczej sytuacja wygląda na obszarach wiejskich i tutaj widzimy największy obszar do wprowadzania innowacji, nowych rozwiązań. Jeżeli pomyślimy o rozproszonej zabudowie na obszarach wiejskich, to mamy olbrzymie wyzwanie z tym, żeby podłączyć domy czy miejscowości oddalone od siebie o kilkaset metrów lub kilka kilometrów. Wiąże się to z ogromnymi kosztami, jeżeli chodzi o budowę sieci kanalizacyjnej. I nie chodzi tylko o same nakłady inwestycyjne, ale też później utrzymanie przepompowni i utrzymanie całej tej sieci – mówi agencji Newseria Innowacje Łukasz Rodek, prezes spółki RDLS.

Według danych Głównego Urzędu Statystycznego do sieci kanalizacyjnej przyłączonych jest zaledwie 41,3 proc. gospodarstw z terenów wiejskich. Alternatywą dla szamb i przydomowych oczyszczalni ścieków mogą być w małych miejscowościach oczyszczalnie hydrofitowe.

– Ich działanie polega na tym, że mamy złoże, które składa się z różnych frakcji kamienia. Na tym złożu w naturalny sposób osadzają się mikroorganizmy, które oczyszczają wodę. W przeciwieństwie do oczyszczalni wykorzystujących osad czynny tutaj bakterie zasiedlają te złoża w naturalny sposób, tworząc biofilm, dzięki czemu są bardziej odporne na zmianę ilości ścieków i zmianę ich charakterystyki. Pozwala to na odprowadzenie wody nawet od 2 tys. mieszkańców i nie ma z tym większych problemów – tłumaczy Łukasz Rodek.

Spółka RDLS we współpracy z czeską firmą Dekonta zakończyły niedawno budowę jednej z największych tego typu instalacji w Europie. Oczyszczalnia ścieków w Białce w województwie lubelskim będzie mogła obsłużyć ok. 1,8 tys. mieszkańców. Z kolei pod koniec przyszłego roku zakończy się realizowana inwestycja w Udrzynku w województwie mazowieckim. W tym przypadku z oczyszczalni korzystać będzie 1750 mieszkańców.

– Tego typu oczyszczalnie powstają głównie na terenach wiejskich. Jest to związane z tym, że wymagają one większej ilości terenu – mniej więcej 5 metrów kwadratowych na mieszkańca. Dla miejscowości liczącej 1–2 tys. mieszkańców będzie potrzebny ponad hektar przestrzeni. Jeżeli zaczęlibyśmy sobie wyobrażać rozmiar takiej oczyszczalni nawet dla niezbyt dużego miasta, o populacji ok. 50 tys. mieszkańców, to już byłyby ogromne obszary. Rozwiązanie to najlepiej się sprawdza dla mniejszych miejscowości czy hoteli oddalonych od istniejącej sieci kanalizacyjnej – mówi prezes RDLS.

W Polsce tego typu oczyszczalnie są jeszcze mało popularne. Dużo większym uznaniem cieszą się np. na Słowacji. Działa tam kilkaset takich instalacji. Najstarsza, zlokalizowana w Břehovie, funkcjonuje nieprzerwanie od 20 lat. Najbardziej znana oczyszczalnia pasywna zlokalizowana jest na wyspie Ko Phi Phi w Tajlandii. Instalacja o kształcie motyla obsługuje całą wyspę, a zwłaszcza infrastrukturę hotelarską i biznesową.

– Oczyszczanie wód to obecnie jeden z najważniejszych aspektów szeroko rozumianej ochrony środowiska. I jest bardzo dużo różnych technologii. My skupiamy się na tych, które są proste, ekologiczne i nie wymagają użycia dużych ilości energii, a w ogóle nie wymagają chemikaliów. Tutaj więc doszukiwałbym się innowacyjności w takich rozwiązaniach – wskazuje ekspert.

Według danych GUS z roku na rok rośnie w Polsce produkcja ścieków. W 2019 roku jedna osoba średnio produkowała 56,7 m3 ścieków, podczas gdy w 2015 roku było to 55,2 m3.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/ekologiczne-oczyszczalnie,p1573562393

Klinika fizjoterapii w Warszawie

0

Fizykoterapia jest jednym z rodzajów fizjoterapii, który obejmuje swoim działaniem leczenie schorzeń narządów ruchu oraz rehabilitację. Jeśli więc zależy nam na wyeliminowaniu bólu i przywrócenie sprawności mięśni, to powinniśmy wziąć pod uwagę ten rodzaj leczenia. Na czym dokładnie polega fizykoterapia i dla kogo jest przeznaczona?

Zobacz ofertę https://fimedica.pl/fizykoterapia/

Fizykoterapię stosuje się w celu poprawy jakości życia każdego człowieka, który na co dzień musi zmagać się z następstwami kontuzji i różnego rodzaju urazów, a także ze schorzeniami, które dotykają aparatu ruchu. Fizykoterapia jest przeznaczona zarówno dla osób, które zmagają się z następstwami wypadków, jak i dla tych, które cierpią na wady wrodzone. Ten rodzaj leczenia wymaga indywidualnego podejścia do każdego przypadku, ponieważ tylko wtedy specjalista jest w stanie wykorzystać pełny potencjał fizykoterapii i uzyskać możliwie najlepsze rezultaty leczenia. Często bywa tak, że mimo tego samego schorzenia pacjenci zupełnie inaczej reagują na to samo leczenie, dlatego indywidualne podejście jest tak ważne. Wielu pacjentów obawia się, że w ich przypadku fizykoterapia nie przyniesie oczekiwanych efektów, jednak ten sposób leczenia jest niezwykle skuteczny, więc warto podjąć próbę i przekonać się na własnej skórze, czy ten rodzaj fizjoterapii w Warszawie jest odpowiedni dla nas. 

Zabiegi z zakresu fizykoterapii

W każdej dziedzinie medycyny możemy wyróżnić najpopularniejsze i najbardziej skuteczne zabiegi, które cieszą się największą popularnością. Fizykoterapia nie jest wyjątkiem, w tej dziedzinie również przoduje kilka najczęściej wybieranych i niezwykle skutecznych zabiegów, wśród nich możemy wyróżnić krioterapię miejscową, elektroterapię, laseroterapię,

ultradźwięki, magnetoterapię oraz terapię falą uderzeniową. Specjaliści z zakresu fizykoterapii podczas zabiegów wykorzystują światło, prąd, pole magnetyczne, a także ultradźwięki, które oddziałują na organizm, dzięki czemu przynoszą realne efekty w trakcie leczenia urazów i schorzeń. Fizykoterapia to w dużej mierze oddziaływanie na układ odpornościowy, dzięki czemu zostaje on wzmocniony, a to sprawia, że organizm regeneruje się znacznie szybciej. W ten sposób fizjoterapeuci z Warszawy mogą nie tylko poprawić ruchomość stawów swoich pacjentów, czy pomóc im w walce z kontuzjami, ale również wspomóc gojenie różnego rodzaju ran.

Grupa PGE rezygnuje z węgla. Do 2030 roku zainwestuje 75 mld zł w odnawialne źródła energii

0

PGE to gigant polskiej energetyki, którego portfel w tej chwili w 80 proc. jest oparty na węglu kamiennym i brunatnym. Grupa właśnie ogłosiła, że zamierza sukcesywnie z niego rezygnować na rzecz odnawialnych źródeł energii. Do 2030 roku udział OZE w jej portfelu ma już wynieść 50 proc., głównie dzięki inwestycjom w farmy wiatrowe na Bałtyku i fotowoltaikę. Równolegle zainwestuje też w stopniową dekarbonizację ciepłownictwa i rozwój magazynów energii. W efekcie Grupa Kapitałowa PGE osiągnie neutralność klimatyczną w 2050 roku, czyli nie będzie emitować już ani grama CO2 – wynika z nowej strategii PGE.

– Zakładamy, że w 2050 roku osiągniemy neutralność klimatyczną, czyli zero emisji CO2 i sto procent energii ze źródeł odnawialnych. Nasza strategia będzie osadzona na dwóch podstawowych filarach: jeden to OZE, drugi to dystrybucja – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wojciech Dąbrowski, prezes zarządu Polskiej Grupy Energetycznej.

Gigant polskiego rynku ogłosił właśnie nową strategię dekarbonizacji i osiągnięcia neutralności klimatycznej w 2050 roku. Do tego czasu PGE – której portfel wytwórczy jest w tej chwili w ponad 80 proc. oparty na węglu kamiennym i brunatnym – całkowicie zrezygnuje z paliw kopalnych i będzie dostarczać klientom 100 proc. zielonej energii. Grupa chce osiągnąć ten cel poprzez wielomiliardowe inwestycje w infrastrukturę sieciową oraz w nisko- i zeroemisyjne źródła wytwórcze, skupiając się głównie na energii z wiatru i fotowoltaice.

– Wśród odnawialnych źródeł energii podstawą będą morskie farmy wiatrowe. Chcemy w 2030 roku mieć 2,5 GW mocy zainstalowanej w morskich farmach wiatrowych na Bałtyku. Na początku lat 30. przybędzie kolejny gigawat, a w 2040 roku będziemy mieć już 6,5 GW na morzu – wskazuje Wojciech Dąbrowski.

Do końca tej dekady Grupa PGE zamierza wybudować łącznie 2,5 GW nowych mocy w dwóch morskich elektrowniach wiatrowych na Bałtyku (i kolejne 4 GW w późniejszych latach), 3 GW w fotowoltaice oraz rozbudować swój portfel lądowych farm wiatrowych o co najmniej 1 GW. Inwestycjom w zielone projekty ma też towarzyszyć program magazynowania energii na co najmniej 0,8 GW, który pozwoli na ustabilizowanie systemu elektroenergetycznego.

– Chcemy, aby projekty na morzu były wspierane przez farmy wiatrowe na lądzie oraz wielkoskalową fotowoltaikę, a także magazyny energii komplementarne dla tych wszystkich źródeł OZE. Dzięki temu, kiedy energia będzie tania bądź nie będzie potrzebna – będzie magazynowana i oddawana do sieci wtedy, kiedy będą potrzebować tego klienci – mówi prezes PGE.

Odnawialne źródła w 2030 roku mają już odpowiadać za 25 proc. wyniku finansowego Grupy PGE. Do tego czasu udział OZE w jej nakładach na inwestycje wyniesie ok. 50 proc. i będzie sukcesywnie rósł. Plan inwestycyjny obejmuje jednak nie tylko OZE, lecz także infrastrukturę sieciową. Rozwój sieci dystrybucyjnej umożliwi integrację nowych, zielonych źródeł, ponieważ te będą w większości podłączane do linii należących do operatorów sieci dystrybucyjnych. Grupa zainwestuje więc nie tylko w magazyny energii, ale też linie, transformatory, łączność cyfrową oraz nowoczesne opomiarowanie stanowiące elementy inteligentnej sieci.

– W zakresie dystrybucji czekają nas ogromne wyzwania, jeśli chcemy dostarczyć naszym klientom nowoczesne usługi, których oni oczekują. Musimy mieć w tym celu nowoczesne sieci dystrybucyjne, stąd nasz ogromny plan inwestycyjny w tym obszarze, zakładający m.in. kablowanie sieci – czyli zakopywanie ich w ziemię, żeby w jak najmniejszym stopniu ulegały awariom i żeby jak najłatwiej było je obsługiwać – mówi Wojciech Dąbrowski.

Horyzont czasowy nowej strategii dekarbonizacji PGE to 2050 rok, ale ogromne zmiany w ramach grupy zajdą już w tej dekadzie. Do 2030 roku zwiększy ona udział zielonej, odnawialnej energii w swoim portfelu do 50 proc. i zmniejszy emisję dwutlenku węgla o 85 proc. – co oznacza zmniejszenie emisji CO2 o ok. 120 mln ton.

W kolejnym dziesięcioleciu – obok inwestycji w źródła zielonej energii – PGE zamierza też inwestować w dekarbonizację ciepłownictwa i sukcesywną wymianę paliw węglowych na gazowe w  ciepłownictwie systemowym. Grupa zakłada, że wykorzystanie gazu ziemnego – jako paliwa przejściowego – będzie możliwe jeszcze przez ok. 20 lat. Do 2030 roku udział niskoemisyjnych źródeł w produkcji ciepła Grupy PGE wyniesie ok. 70 proc.  

– Nowoczesne ciepłownictwo – czyli zastępowanie paliwa węglowego paliwem gazowym – też jest jednym z elementów nowej strategii. Oczywiście traktujemy gaz jako paliwo przejściowe, bo zapewne w ciągu kilkunastu lat paliwo gazowe w ciepłownictwie zostanie zastąpione innym. W tej chwili nie ma jeszcze tylu sprawdzonych źródeł energii, które mogłyby w tej branży zapewniać rentowność, ale już przyglądamy się nowym technologiom. Z ciekawością obserwujemy m.in. innowacje w obszarze wodoru i wykorzystywania go w przyszłości jako paliwa w energetyce – wskazuje prezes PGE.

Dekarbonizacja będzie wymagać wielomiliardowego kapitału, dlatego Grupa PGE chce wykorzystać w tym procesie środki finansowe z funduszy pomocowych dostępnych dla Polski w ramach UE. Udział pozyskanego w ten sposób finansowania ma pokryć nawet 25 proc. inwestycji energetycznego giganta. Co istotne, do 2025 roku PGE zamierza też ograniczyć swoje stałe koszty funkcjonowania o co najmniej 15 proc., a do 2030 roku już o ¼ (w stosunku do ubiegłorocznego poziomu).

– Ta strategia jest ogromną szansą dla podniesienia komfortu naszego życia, dla poprawy jakości naszego zdrowia. Będziemy żyli w środowisku, w którym będzie otaczać nas czystsze powietrze – mówi Wojciech Dąbrowski. – W wymiarze gospodarczym przeznaczymy na dekarbonizację ogromne środki, do 2030 roku będzie to co najmniej 75 mld zł. Zamierzamy finansować swoje projekty w różnych formułach, korporacyjnie, ale też project finance, i poszukujemy inwestorów, którzy wspólnie z nami chcieliby zainwestować w polską energetykę. Jest duże zainteresowanie szczególnie z zagranicy, m.in. funduszy amerykańskich. To pokazuje, że ten sektor jest rentowny i przyszłościowy.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/grupa-pge-rezygnuje-z,p701605391

Pandemia zmienia modele biznesowe na rynku nieruchomości komercyjnych. Ekologiczne inwestycje zdominują rynek

0

Mimo pandemii w pierwszej połowie tego roku rynek nieruchomości komercyjnych w Polsce notował bardzo dobre wyniki. Kryzys i niepewność gospodarcza wpłyną jednak na całoroczny wynik i mniejszy wolumen transakcji inwestycyjnych. Koronawirus zmienił sposób, w jaki projektowane, budowane i wyposażane są budynki biurowe, handlowe i magazynowe. Głównym trendem na rynku pozostaje ekologia – wynika z raportu innogy Polska. Zielone certyfikaty stają się powoli standardem, którego oczekują najemcy nieruchomości.

 Wszystkie trzy segmenty rynku – nieruchomości handlowe, biurowe i magazynowe – charakteryzują obecnie trendy ekologii i dostosowania powierzchni do potrzeb użytkownika, zapewniania mu komfortu. Zmienia się nastawienie użytkowników, a to generuje zmiany architektoniczne, zmiany w aranżacji powierzchni i doborze najemców – mówi agencji Newseria Biznes Małgorzata Eull, dyrektor Departamentu Klientów Biznesowych w innogy Polska.

Polski rynek nieruchomości komercyjnych szybko się rozwija i staje się coraz atrakcyjniejszy dla inwestorów. Opracowany przez innogy raport „Kierunki rozwoju rynku nieruchomości komercyjnych w Polsce” przytacza dane Colliers International, zgodnie z którymi w ubiegłym roku obroty na europejskim rynku nieruchomości komercyjnych wyniosły ok. 275 mld euro, co stanowiło 2-proc. spadek r/r. Z kolei obroty aktywami inwestycyjnymi w Polsce sięgnęły 7,7 mld euro, wzrastając o 6 proc. r/r. W tym roku mimo pandemii także notowane są wzrosty. Raport „At a Glance Investment Market in Poland H1 2020” BNP Paribas Real Estate Poland wskazuje, że w I połowie tego roku wartość transakcji inwestycyjnych na tym rynku była o 5 proc. wyższa niż przed rokiem. Ogólnoświatowy kryzys może mieć jednak odzwierciedlenie w całorocznych wynikach.

Wraz z pandemią koronawirusa na rynku biurowym pojawiły się nowe wyzwania i trendy, takie jak praca zdalna i mniejsza liczba pracowników w biurowcach. Ich konsekwencje najszybciej mogą odczuć operatorzy coworkingowi, którzy bazują na krótkich umowach najmu. Jak wynika z raportu innogy, ten model może okazać się dla najemców atrakcyjny również po pandemii, bo klienci i najemcy będą w coraz większym stopniu poszukiwać elastyczności.

 Biura z jednej strony przestawiają się na komfort użytkownika, rearanżując powierzchnie i tworząc miejsca przyjazne pracownikom. Z drugiej strony ze względu na COVID-19 firmy muszą przemyśleć całą strukturę swoich biur. W tej chwili pracownicy spotykają się w nich głównie po to, aby pracować zespołowo. Biura mają umożliwić zespołom komunikację ze sobą. Coraz ważniejsze stają się też aspekty takie jak higiena użytkowania biura w sposób zapewniający bezpieczeństwo zdrowotne i komfort pracy – mówi Małgorzata Eull.

Jak pokazuje raport innogy, lockdown znacząco wpłynął na przychody właścicieli powierzchni handlowych i ich najemców, ale z drugiej strony dał impuls do rozszerzenia kanałów dystrybucji w retailu. Efektem będzie rosnąca cyfryzacja tego segmentu.

– Powierzchnie handlowe to już nie są tylko przestrzenie do dokonywania zakupów, ale też do spędzenia wolnego czasu, pójścia na koncert, dobrą kolację czy też spotkania się ze znajomymi. Zakupy są w tej chwili robione niejako przy okazji i to głównie na zasadzie click & collect, czyli kupujemy online i odbieramy offline – wskazuje dyrektor Departamentu Klientów Biznesowych w innogy Polska.

Na zmiany spowodowane pandemią COVID-19 najbardziej odporny okazał się sektor powierzchni magazynowych. Zwiększona aktywność konsumentów w e-commerce, a tym samym większa częstotliwość korzystania z usług kurierskich, spowodowały wzrost zapotrzebowania na nie, zwłaszcza krótkoterminowo. W I połowie tego roku magazyny odpowiadały za prawie 40 proc. kapitału zainwestowanego w polski rynek nieruchomości komercyjnych. Wzrosła też aktywność najemców, a w strukturze popytu przeważały nowe umowy.

– Powierzchnie magazynowe nie służą już tylko do przechowywania towarów, ale spełniają też szereg innych funkcji. Odbywa się w nich praktycznie cały proces sprzedażowy. Inwestycje idą w kierunku automatyki oraz ekologii. Z uwagi na to, że aktualnie więcej osób przebywa w magazynach, coraz bardziej istotne stają się kwestie związane z oświetleniem, wentylacją czy dostępem do mediów. Widzimy też, że powierzchnie magazynowe zaczynają dobudowywać czy rearanżować część swoich powierzchni na biura. Firmy zajmujące się magazynowaniem już nie oddzielają funkcji biuro–magazyn, tylko próbują je scalić w jedno – mówi Małgorzata Eull.

Dla wszystkich segmentów rynku nieruchomości komercyjnych wspólnym mianownikiem jest w tej chwili rosnący nacisk na ekologię. Aspekty ekologiczne odgrywają istotną rolę na każdym etapie inwestycji – od projektu architektonicznego, poprzez dobór materiałów, skończywszy na realizacji inwestycji i użytkowaniu obiektu. Znaczenia nabierają m.in. aspekty takie jak zasilanie budynków poprzez odnawialne źródła energii, optymalizacja zużycia wody, odpowiednia gospodarka odpadami czy też inteligentne oświetlenie.

Wzrost świadomości ekologicznej dobrze odzwierciedla liczba tzw. zielonych certyfikatów, które gwarantują, że dany obiekt powstał zgodnie z normami przyjaznymi środowisku. Według danych Polskiego Stowarzyszenia Budownictwa Ekologicznego Polska jest liderem Europy Środkowo-Wschodniej pod względem liczby certyfikowanych budynków, a najwięcej ich przypada na biurowce (61,4 proc. wszystkich certyfikowanych obiektów). Dalej plasują się powierzchnie logistyczne i przemysłowe (16,7 proc.) oraz  handlowe (14,4 proc.).

– W Polsce połowa budynków jest w tej chwili certyfikowana pod kątem ekologii i jest to najlepszy wynik w Europie Środkowo-Wschodniej. Jest to dyktowane wymaganiami najemców, którzy chcą być coraz bardziej odpowiedzialni społecznie, zmniejszać ślad węglowy i w coraz większym stopniu dbać o ekologię. To już nie jest tylko oszczędność papieru, ale również segregowanie odpadów i zastosowanie innowacyjnych rozwiązań, jak np. ule na dachach, powierzchnie zielone, które mają oczyszczać powietrze. To także inwestycje w fotowoltaikę i ładowarki samochodów czy hulajnóg – mówi Małgorzata Eull.

Standardem staje się także energooszczędne oświetlenie LED i montaż czujników sterowania oświetleniem. Coraz częściej stosowane są kolektory słoneczne, panele fotowoltaiczne oraz hybrydowe systemy wentylacji. W ten sposób firmy inwestują w oszczędzanie energii, za czym podąża optymalizacja kosztów.

 

Raport innogy o kierunkach rozwoju nieruchomości komercyjnych w Polsce: https://www.innogy.pl/pl/duze-przedsiebiorstwa/raport-rynku-nieruchomosci-komercyjnych

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/pandemia-zmienia-modele,p1261694834

Sektor lotniczy sięga po technologie wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości. Za jej pomocą będzie szkolić pilotów i personel techniczny

0

Przedstawiciele sektora lotniczego eksperymentują z innowacyjnymi technologiami, które pozwolą unowocześnić przestarzałe procesy szkolenia personelu lotniska czy załogi samolotów. Duże nadzieje pokłada się w systemach wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości umożliwiających przeszkolenie specjalistów w ściśle kontrolowanych warunkach, minimalizując tym samym ryzyko popełnienia kosztownego błędu zarówno podczas samego szkolenia, jak i w trakcie późniejszej służby.

– Idziemy w kierunku rzeczywistości rozszerzonej, zadań ekologicznych, smart energy i różnego rodzaju intuicyjnych systemów. Kiedyś większość wojskowych statków powietrznych mogła być obsługiwana przez żołnierzy służby zasadniczej po niespełna rocznym przeszkoleniu. Teraz jest to absolutnie niemożliwe. Systemy zastosowane w F-35 wymagają wiedzy technicznej, którą nabywa się poprzez specjalistyczne szkolenie przy wsparciu urządzeń kontrolnych najnowszej generacji – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Piotr Kisiel, prezes zarządu Wojskowego Centralnego Biura Konstrukcyjno-Technologicznego SA.

W celu unowocześnienia procesów szkoleniowych eksperci z WCBKT SA opracowali innowacyjne narzędzie dla systemu e-NOSP służącego do serwisowania urządzeń naziemnej obsługi statków powietrznych. Dzięki wykorzystaniu gogli rozszerzonej rzeczywistości możliwe jest przeprowadzenie wirtualnego szkolenia pracowników, a także wyświetlanie holograficznych schematów urządzeń oraz instrukcji obsługi na potrzeby przeprowadzania naprawy najróżniejszych urządzeń lotniczych.

System od WCBKT SA przystosowano także do współpracy z algorytmami sztucznej inteligencji wyszkolonymi w procesie zarządzania ryzykiem. Pozwalają one przewidzieć ryzyko ewentualnej usterki na podstawie analizy danych historycznych oraz bieżących danych na temat funkcjonowania danego sprzętu.

– Mamy ogromne możliwości oraz potrzeby. Z jednej strony są to potrzeby firmy produkcyjnej, np. podnoszenie kwalifikacji pracowników, szkolenia, obsługa serwisowa czy wsparcie przy procesie produkcyjnym i modernizacyjnym. Z drugiej strony jest użytkownik, czyli żołnierz albo pracownik cywilny na płycie lotniska. Dzięki rozszerzonej rzeczywistości skracamy czas szkolenia, minimalizujemy ryzyko, że technik wykona jakieś błędne czynności – podkreśla ekspert.

Modernizację lotnictwa opartą na systemach AR i VR planują przeprowadzić także przedstawiciele Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych. Amerykańska armia w ramach testów wdrożeniowych przetestuje narzędzia opracowane przez start-up Red 6, które pozwolą wykorzystać potencjał wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości. Dotychczas każda godzina lotu szkoleniowego na F-22 Raptor kosztowała armię ok. 40 tys. dol., a od 2013 do 2017 roku w trakcie szkolenia zginęło przeszło 130 osób. Przeniesienie tego procesu do wirtualnej rzeczywistości pozwoli znacząco obniżyć koszt szkoleń, wyeliminować ryzyko ofiar podczas treningu oraz zwiększyć liczbę lotów treningowych przed rozpoczęciem służby.

W Polsce podobny system zaprojektowali inżynierowie z Politechniki Lubelskiej. Narzędzie VR Syntia stworzono z myślą o szkoleniu zarówno pilotów samolotów, jak i śmigłowców oraz pojazdów bezzałogowych. Pozwoli ono przeprowadzić wstępną ocenę zdolności kandydatów na pilotów poprzez określenie m.in. ich podzielności uwagi czy czasu reakcji, a co za tym idzie – przyspieszyć proces rekrutacyjny.

– W przypadku lotnictwa cywilnego każda minuta to są tysiące złotych. Zminimalizowanie wystąpienia błędu ma kolosalne znaczenie i systemy rozszerzonej rzeczywistości pozwalają to ryzyko minimalizować – twierdzi Piotr Kisiel. – Poprzez systemy wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości można szkolić techników, montażystów, pracowników linii produkcyjnych. Przyświeca nam idea zarządzania ryzykiem i minimalizowania możliwości wystąpienia błędu. Jest to trend, z którym podąży cały świat lotniczy.

Według analityków z firmy Fortune Business Insights wartość globalnego rynku symulatorów VR dla lotnictwa w 2019 roku wyniosła 5,89 mld dol. Przewiduje się, że do 2027 roku wzrośnie do 8,05 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 5,2 proc.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/sektor-lotniczy-siega-po,p587911914

Dzięki drukowi 3D już niedługo mogą powstać pierwsze budynki na Księżycu. W przyszłości technologia może pomóc w stworzeniu infrastruktury na Marsie [DEPESZA]

0

Misja załogowa ma wylądować na Księżycu w 2024 roku, a po 2030 roku będzie już możliwa eksploracja Marsa. Aby było to możliwe, niezbędna jest odpowiednia infrastruktura, która pozwoli kosmonautom na konieczne badania, a w przyszłości pozwoli nawet zamieszkać na naszym satelicie. Niedawno firma ICON  otrzymała finansowanie z NASA na rozpoczęcie badań i rozwoju kosmicznego systemu konstrukcyjnego, który mógłby wesprzeć przyszłą eksplorację Księżyca.

Przyszłość podróży kosmicznych wymaga nowych technologii, zwłaszcza w kontekście przyspieszającej eksploracji kosmosu. NASA zapowiedziała, że na Księżycu do 2024 roku wyląduje misja kosmiczna. W 2030 roku z kolei amerykańska agencja planuje wysłać człowieka na Marsa. Plany Elona Muska są znacznie bardziej ambitne – do 2050 roku chce on umieścić na Marsie nawet milion ludzi. Aby eksploracja kosmosu i planet była jednak możliwa, konieczne jest zbudowanie odpowiedniej infrastruktury, która pozwoli na zamieszkanie na odległych ciałach niebieskich.

Amerykańska firma ICON właśnie rozpoczęła Project Olympus. Przedsięwzięcie ma na celu opracowanie kosmicznego systemu konstrukcyjnego, który docelowo ma pomóc zdobyć przyczółek na Księżycu i Marsie. Firma otrzymała finansowanie z NASA na rozpoczęcie badań i rozwoju kosmicznego systemu konstrukcyjnego, który mógłby wesprzeć przyszłą eksplorację Księżyca.

– Budowa pierwszego domu dla ludzkości na innej planecie będzie najbardziej ambitnym projektem konstrukcyjnym w historii i wyniesie naukę, inżynierię, technologię i architekturę na dosłownie nowe wyżyny – twierdzi Jason Ballard, współzałożyciel i dyrektor generalny ICON. – Inwestycje NASA w technologie ery kosmicznej, takie jak ta, mogą nie tylko pomóc w rozwoju przyszłości ludzkości w kosmosie, ale także w rozwiązaniu bardzo realnych, irytujących problemów, z którymi borykamy się na Ziemi. 

Trwała obecność ludzi na Księżycu wymaga nie tylko rakiet, ale też wytrzymałej infrastruktury, która zapewni lepszą ochronę termiczną, radiacyjną i mikrometeorytową niż ta, którą znamy z Ziemi. Do tworzenia takich struktur mieszkalnych można zaś wykorzystać druk 3D. Dlatego też firma ICON, znana z zaawansowanej technologii druku 3D w budownictwie mieszkaniowym na Ziemi, otrzymała kontrakt SBIR Strategic Fund Increase (STRATFI), aby przyspieszyć rozwój technologii druku 3D zaawansowanych materiałów oraz oprogramowania, która znajdzie zastosowanie w kosmosie. ICON będzie przy tym współpracować z firmami architektonicznymi BIG – Bjarke Ingels Group oraz SEArch + (Space Exploration Architecture).

– Nowa architektura nadaje formę temu, co nie zostało jeszcze nadane – mówi Bjarke Ingels, założyciel i dyrektor kreatywny BIG – Bjarke Ingels Group. – Dzięki ICON wyznaczamy nowe granice zarówno pod względem materialnym, technologicznym, jak i środowiskowym. Odpowiedzi na nasze wyzwania na Ziemi mogą być równie dobrze na Księżycu.

ICON będzie współpracować z Centrum Lotów Kosmicznych imienia George’a C. Marshalla NASA w Alabamie, aby przetestować różne technologie druku przy użyciu symulowanej gleby księżycowej. Badania będą opierać się na technologii, którą ICON zademonstrował w 2018 roku podczas konkursu 3D Printed Habitat Challenge NASA.

Infrastruktura zbudowana na Księżycu będzie zdeterminowana przede wszystkim przez materiały. To konieczne m.in. ze względu na dni i noce księżycowe, które trwają równowartość dwóch ziemskich tygodni, ekstremalne ciepło i zimno, promieniowanie i regularne ataki meteorytów. Pomóc w tym może właśnie gleba księżycowa.

W przyszłości, jeśli testy się powiodą, infrastruktura może znaleźć zastosowanie również na Marsie. Zwłaszcza że zarówno NASA, jak i prywatni przedsiębiorcy mają ambitne plany dotyczące eksploracji Czerwonej Planety.

– Od samego początku istnienia ICON myśleliśmy o budowaniu poza światem. To zaskakująco naturalny postęp, jeśli chodzi o sposoby, w jakie konstrukcja addytywna i drukowanie 3D mogą stworzyć lepszą przyszłość dla ludzkości. Nauka budowania na innych planetach zapewni również niezbędne innowacje, aby rozwiązać problemy mieszkaniowe, przed którymi stoimy na tym świecie – mówi Jason Ballard.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/dzieki-drukowi-3d-juz,p1589618697

IV kwartał nie będzie okresem przedświątecznej hossy. Przedsiębiorcy mają coraz większe problemy ze spłatą należności

0

Choć liczba niewypłacalności w tym roku, po początkowym wzroście, zaczęła spadać w miarę uruchamiania kolejnych rządowych tarcz, ostatecznie w 2020 roku może nastąpić kilkunastoprocentowy wzrost niewypłacalności, a więc i przeterminowanych długów – wynika z szacunków Euler Hermes. – IV kwartał tego roku nie będzie, jak dotychczas, okresem żniw dla wielu firm – mówi Tomasz Starus, członek zarządu ubezpieczyciela. Jeszcze trudniejsza sytuacja może mieć miejsce w II kwartale przyszłego roku, gdy nie tylko zabraknie rządowych osłon, ale też będzie trzeba zwrócić tegoroczną pomoc.

– Mniej więcej od początku wakacji zauważamy, że liczba niewypłacalności zaczęła z powrotem rosnąć. Według danych na koniec sierpnia to był wzrost o 10 proc. rok do roku – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes. – Dane z września jeszcze podsumowujemy, ale wygląda na to, że idziemy na prognozowany wynik 13–14 proc. wzrostu rok do roku do końca bieżącego roku.

Z raportu Euler Hermes wynika, że niekorzystne trendy widać zarówno w handlu i budownictwie, gdzie rentowność spadła rok do roku o połowę, jak też w przemyśle i usługach, gdzie odnotowano rekordowe poziomy niewypłacalności (odpowiednio 196 i 238 firm w ciągu ośmiu miesięcy). Dlatego też fakt, że obecnie kontrahent wywiązuje się ze zobowiązań, nie musi stanowić gwarancji bezpieczeństwa finansowego na przyszłość.

– Setki tysięcy firm otrzymały dużo środków w ramach tarczy finansowej PFR-u. Od II kwartału przyszłego roku będą musiały stopniowo zacząć spłacać tę pomoc. Niektóre z firm spłacą ją łatwo, bo i tak mają sporo pieniędzy, ale niektóre, te, które już wydały pieniądze, bo były im potrzebne do przetrwania, nie bardzo będą miały z czego tę pomoc spłacić – mówi członek zarządu Euler Hermes.

Zgodnie z danymi PFR do 23 września z tarczy finansowej skorzystało ponad 345 tys. firm z sektora mikro-, małych i średnich przedsiębiorstw. Trafiło do nich łącznie ponad 60,5 mld zł. 

Jak poinformował GUS, już w I połowie 2020 roku wynik netto przedsiębiorstw niefinansowych spadł o 19 proc. do 63,2 mld zł, przy czym najgorzej wypadły firmy z branż: przetwórstwo przemysłowe, transport i gospodarka magazynowa, górnictwo i wydobywanie oraz zakwaterowanie i gastronomia. Choć 71,2 proc. firm zatrudniających co najmniej 10 osób wciąż osiągało zyski, to ich przychody stanowiły zaledwie nieco ponad trzy czwarte ubiegłorocznych. Nakłady inwestycyjne natomiast spadły o 6,6 proc.

– Z jednej strony widać, że zarówno firmy, jak i konsumenci chcą, żeby gospodarka ruszyła do przodu, żeby szybko odrabiała straty. Z drugiej strony rozwój pandemii i dane wrześniowe i z początku października wskazują na to, że jednak etap dynamicznego odbicia jest już za nami. Teraz kolejne etapy będą dużo wolniejsze, a być może grozi nam wpadnięcie w drugi, nieco płytszy dołek – przewiduje Tomasz Starus.

Jak podkreśla, ostrożne dobieranie kontrahentów i różnicowanie ich może uchronić firmę przed kłopotami finansowymi. Utrata jednej dużej płatności może wpędzić przedsiębiorstwo w jeszcze trudniejszą sytuację, zamiast pomóc odrobić stracone miesiące.

– Teraz dużo bardziej niż kiedykolwiek ważne jest rozsądne, konserwatywne podchodzenie do ryzyka i nieuleganie emocjom. Jeśli działamy pod wpływem emocji, bez analizy, to zwykle kończy się źle – twierdzi członek zarządu Euler Hermes. – Ubezpieczenie należności powinno być podstawowym narzędziem dla każdego dyrektora finansowego, który chce roztropnie zaplanować przepływy firmy w przyszłości. Jedna nietrafiona transakcja kosztuje nas nierzadko miesięczny zarobek i może spowodować, że firma, która jest rentowna, straci cały roczny zysk z powodu jednej straconej transakcji.

Firmy chętnie się ubezpieczają pomimo utrudnionych negocjacji spowodowanych podwyższonym ryzykiem. Ogólna suma limitów kredytowych w Euler Hermes nie spadła wobec ubiegłego roku. Ostatnio ubezpieczyciel wprowadził dwa nowe produkty, jeden dla dużych, a drugi dla małych i średnich przedsiębiorców.

– Uprościliśmy proces windykacji i rozliczania szkody w ten sposób, że klient tylko raz, na samym początku, informuje nas, że ma problem, następnie my przejmujemy sprawę i prowadząc windykację, jednocześnie przygotowujemy się do rozliczania szkody – wyjaśnia Tomasz Starus. – Są to dwie czynności prowadzone równolegle, dzięki czemu klient dostaje pieniądze szybciej i nie musi się przy tym specjalnie napracować. Od wielu lat mamy taką statystykę, że 95–96 proc. odszkodowań wypłacamy natychmiast, w ciągu maksymalnie dwóch tygodni.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/iv-kwartal-nie-bedzie,p831064595