Przyspieszony przetarg UKE na obsługę prawną budzi wątpliwości na rynku. Wyśrubowane wymogi spełni niewiele kancelarii [DEPESZA]

W przyszłym roku Urząd Komunikacji Elektronicznej ogłosi aukcję na cztery rezerwacje częstotliwości z pasma 3,6 GHz dla sieci 5G. Czeka na to cały rynek telekomunikacyjny, bo aukcja była już przekładana. Zanim do niej dojdzie, urząd ogłosił przetarg na obsługę prawną tego projektu, a kancelariom prawnym dał tylko tydzień na przeanalizowanie postępowania i złożenie ofert. Prawnicy i eksperci wskazują, że w przypadku tak dużego i ważnego projektu, który będzie mieć przełożenie na całą gospodarkę, ten termin jest zdecydowanie za krótki. Wątpliwości budzi też jego dotychczasowe przygotowanie. UKE postawił też oferentom szereg bardzo wyśrubowanych wymogów, które w praktyce spełnić mogło niewiele podmiotów.

Na początku grudnia urząd ogłosił przetarg na obsługę prawną w związku z planowaną aukcją na częstotliwości sieci 5G. Chce zamówić 1 tys. godzin konsultacji, które mają zostać wykorzystane do końca przyszłego roku. Oprócz zagadnień związanych z aukcją 5G UKE zależy również na doradztwie w zakresie cyberbezpieczeństwa.

– Przetarg budzi szereg pytań o to, czy projekt został właściwie przygotowany. Nie ma wątpliwości, że na potrzeby planowanej aukcji 5G konieczne jest zapewnienie wysokiej jakości obsługi prawnej dla Urzędu Komunikacji Elektronicznej. Sam cel jest więc poprawny, ale nie wiem, czy narzędzia, które zostały do tego obrane, są dobre. Wątpliwości budzi termin złożenia ofert na obsługę prawną. Bardzo trudno jest skompletować zespół specjalistów z zakresu prawa telekomunikacyjnego i cyberbezpieczeństwa w tak krótkim czasie, a na dodatek spełnić inne wymogi formalne stawiane przez UKE. Poszczególne kryteria zastosowane w tym przetargu też mogą budzić wątpliwości – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. Sławomir Dudzik, profesor Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego, radca prawny i partner w Kancelarii SPCG.

Wątpliwości prawników, ekspertów i uczestników rynku budzą ekspresowe tempo postępowania i wyśrubowane warunki stawiane przez UKE. Urząd wymagał m.in., aby zespół doradczy składał się z co najmniej pięciu prawników, spośród których przynajmniej dwóch musi mieć stopień naukowy doktora lub doktora habilitowanego w zakresie prawa. W zespole musi znaleźć się też przynajmniej dwóch prawników uprawnionych do dostępu do informacji niejawnej o klauzuli „tajne” oraz trzech specjalistów posiadających minimum pięcioletnie doświadczenie w zakresie cyberbezpieczeństwa. Tymczasem ustawa o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa – pierwszy akt regulujący tę kwestię w Polsce – obowiązuje dopiero od sierpnia 2018 roku, czyli zdecydowanie krócej niż określony wymóg pięciu lat.

– Takie wymogi są czasami stawiane, choć można mieć wątpliwości, czy są one adekwatne. Po pierwsze, kwalifikacje w zakresie prowadzenia badań naukowych niekoniecznie muszą przekładać się na kompetencje potrzebne do tego, żeby doradzać UKE w ramach aukcji częstotliwości. Po drugie, stopień doktora czy doktora habilitowanego w zakresie prawa można zdobyć w bardzo różnych specjalizacjach. Przykładowo można być doktorem prawa w zakresie kryminologii czy prawa rzymskiego. Te obszary mają niewielki związek z samą aukcją, więc stawianie tak bardzo ogólnego wymogu może budzić wątpliwości – ocenia dr hab. Sławomir Dudzik.

– Obawiam się, że nie ma kancelarii, która miałaby wszystkie zasoby w swojej dyspozycji. W szczególności chodzi o te wymagania dotyczące specjalistów z zakresu cyberbezpieczeństwa, z odpowiednimi poświadczeniami w zakresie dostępu do materiałów tajnych. Musiałoby powstać jakieś konsorcjum. Kilka dni na przygotowanie tego wszystkiego może być rzeczywiście problematyczne – mówi prof. dr hab. Stanisław Piątek z Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego.

Kolejny wymóg UKE dotyczy tego, aby firma prawna wyłoniona w przetargu doradzała w ciągu ostatnich pięciu lat przez co najmniej rok podmiotom z państwowego sektora finansów publicznych oraz miała na swoim koncie doradztwo przy projekcie wartym co najmniej 1 mld zł. Jednak UKE nie precyzuje, że projekt miał dotyczyć rynku telekomunikacyjnego, co oznacza, że ten wymóg może spełnić np. kancelaria, która wcześniej doradzała przy budowie dróg. Nie spełni go natomiast kancelaria specjalizująca się w prawie telekomunikacyjnym, gdyż na tym rynku nie było dotąd tak dużych projektów.

Co istotne, UKE chce także, aby doradzająca firmie kancelaria miała w zespole przynajmniej jednego prawnika z doświadczeniem w obsłudze projektów związanych z 5G. Ten wymóg jest trudny do spełnienia o tyle, że w Polsce wdrażanie tej technologii ma miejsce dopiero od kilku miesięcy i jest na bardzo wczesnym etapie.

– Specjalistów z zakresu prawa telekomunikacyjnego nie mamy w Polsce zbyt wielu, a jeżeli są, to siłą rzeczy najczęściej pracują na potrzeby przedsiębiorstw telekomunikacyjnych, operatorów, więc ryzyko konfliktu interesów na pewno istnieje – mówi partner w Kancelarii SPCG.

Warunki przetargowe sprawiają, że w dużo lepszej sytuacji są duże międzynarodowe kancelarie prawne. Tym bardziej że wśród wymogów jest to, aby obsługująca firmę kancelaria dysponowała polisą ubezpieczeniową na 10 mln zł.

– W dużych postępowaniach dotyczących obsługi prawnej pojawiają się takie wymogi, zwykle w postępowaniach podmiotów prywatnych, więc to nieszczególnie dziwi. Natomiast tutaj mamy do czynienia z obszarem prawa publicznego i to jest niestandardowy przypadek. Zastanawiam się, w jakich sytuacjach Skarb Państwa mógłby ponieść – na skutek wadliwego doradztwa ze strony kancelarii – szkodę, która miałaby być wyrównana wypłatą z tej polisy – mówi dr hab. Sławomir Dudzik. – Z drugiej strony, jeżeli Skarb Państwa obawia się jakiejś odpowiedzialności odszkodowawczej, to może oczywiście się zabezpieczać, żądając polisy ubezpieczeniowej. Natomiast w praktyce trudno sobie wyobrazić sytuację, kiedy ta polisa miałaby zostać zastosowana.

W ocenie ekspertów troska UKE o wysoki poziom doradztwa prawnego jest zrozumiała, ponieważ chodzi o aukcję na częstotliwość, która będzie kluczowa dla wdrożenia w Polsce technologii 5G. To zaś będzie mieć przełożenie nie tylko na rynek komunikacyjny, lecz także całą gospodarkę. Zrozumiały nie jest jednak ekspresowy termin postępowania. Kancelarie prawne na złożenie ofert na obsługę prawną nowej aukcji 5G dostały raptem tydzień – od 3 do 11 grudnia. W tym czasie zainteresowane podmioty zgłaszały też szereg pytań i wątpliwości, a na przeanalizowanie odpowiedzi UKE miały zaledwie dwa–trzy dni.

– Jeżeli zamawiający szuka wysokiej jakości doradztwa i specjalistów, to powinien im dać czas na przygotowanie ofert i złożenie ich w normalnym trybie. Zbyt krótki czas może oznaczać, że nie wszyscy, którzy mogli i chcieli złożyć ofertę, mogli przystąpić do tego postępowania. Ostatecznie ofert może być mniej, niż urząd chciałby dostać, aby mieć pełne spektrum i możliwość wyboru – mówi partner w Kancelarii SPCG.

– Wyznaczono nowy, sierpniowy termin na wydanie rezerwacji, więc teraz trzeba przygotować dokumentację, która będzie podstawą aukcji. Trzeba przeprowadzić konsultacje. Czasu wcale nie jest dużo, więc być może ktoś się obudził trochę za późno, ale podjął szybkie działania. Na pewno dla kancelarii to nie było proste zadanie, żeby przygotować ofertę w takim terminie – ocenia prof. dr hab. Stanisław Piątek.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/przyspieszony-przetarg-uke,p870710903

W czasie pandemii biznes coraz chętniej sięga po szkolenia w wirtualnej rzeczywistości. Dają one niemal dwa razy lepsze wyniki niż tradycyjne zajęcia

Lockdown i pandemia przyspieszyły wdrażanie wirtualnej rzeczywistości w wielu branżach – w tym także w segmencie edukacji i szkoleń. Technavio szacuje, że w ciągu najbliższych czterech lat rynek w tym segmencie będzie rozwijać się z 60-proc. dynamiką. Na polskim rynku potencjał szkoleń w VR rozwija już Orange – do końca tego roku przeszkoli w ten sposób niemal 200 swoich pracowników, a w przyszłym – kolejny tysiąc osób. Ich efekty są dużo lepsze w porównaniu z tradycyjnymi zajęciami: szkolenia w VR zapewniają lepszą koncentrację, a wyniki testów wiedzy wśród ich uczestników wzrosły z 56 do blisko 90 proc.

 Cały czas szukamy rozwiązań, które sprawią, że te szkolenia będą jeszcze bardziej efektywne. Nawiązaliśmy współpracę z firmą VR-Learning, która brała udział w naszym programie akceleracyjnym Orange Fab. Okazało się, że szkolenie dla naszych konsultantów pierwszej linii, którzy na co dzień obsługują klientów, może zostać zrealizowane właśnie w VR – mówi agencji Newseria Biznes Ewa Krupa, dyrektor kultury i rozwoju w Orange Polska.

Pandemia COVID-19 znacznie przyspieszyła wykorzystanie rozwiązań zdalnych i nowych technologii, takich jak wirtualna rzeczywistość, w sektorze edukacji i szkoleń. Dynamiczny wzrost tego rynku był prognozowany jeszcze przed wybuchem pandemii. Z marcowego raportu Technavio wynika, że wartość rynku VR w tym segmencie w latach 2020–2024 może wzrosnąć do 6,34 mld dol. Coraz większa przystępność cenowa sprzętu VR, w połączeniu z dostępnością łatwych w obsłudze platform do tworzenia takich treści, będzie napędzać rynek, którego roczna dynamika wzrostu do 2024 roku wyniesie aż 59 proc. – wynika z „Virtual Reality Market in Education Sector by Product, Forecast and Analysis 2020–2024”.

– Czas pandemii i lockdownu pokazał, że wiele branż może skorzystać na wdrożeniu technologii VR. To m.in. właśnie nauka zdalna, co widzimy po reakcjach uczniów na lekcje fizyki, chemii czy biologii w VR, które zbudowaliśmy, oraz szkolenia, czego potencjał pokazuje Orange, przenosząc fizyczne centra szkoleniowe do świata wirtualnego. VR jest z powodzeniem stosowany w szkoleniach miękkich, a jak pokazują badania PwC, uczący są czterokrotnie bardziej skoncentrowani i uczą się cztery razy szybciej niż np. w przypadku e-learningu – mówi Tomasz Kalinowski z VR-Learning.

 Zrealizowaliśmy pilotaż z udziałem 60 pracowników i menadżerów. Okazało się, że efekty są zaskakująco pozytywne. Praktycznie wszyscy użytkownicy, niezależnie od wieku, uznali te szkolenia za bardzo efektywne. 2/3 z nich stwierdziło, że woli gogle VR od tradycyjnej, stacjonarnej formy szkoleń. Natomiast kiedy spojrzeliśmy na wyniki testów, okazało się, że uczestnicy takich szkoleń zapamiętują znacznie więcej szczegółów – dodaje Ewa Krupa.

Jak wskazuje, szkolenia w VR mają kilka przewag nad tradycyjnymi zajęciami. Po pierwsze, skutecznie odcinają użytkownika od rozpraszającego go otoczenia, zwiększając poziom koncentracji. Po drugie, osoba szkolona wciela się w rolę klienta i patrzy na urządzenie bądź usługę jego oczami: rozpakowuje paczkę, ogląda je, podłącza, konfiguruje, sprawdza różne funkcje. W ten sposób zwraca uwagę na szczegóły, których w standardowym szkoleniu może nie zauważyć. Wyniki testów wiedzy wśród uczestników takich szkoleń wzrosły z 56 do prawie 90 proc.

W Orange ze szkoleń VR skorzysta jeszcze przed końcem tego roku 180 osób. W wirtualnej rzeczywistości będą uczyć się obsługi urządzeń i konfiguracji usług, z których korzystają klienci, takich jak m.in. Smart Wi-Fi Box, FunBox, Orange TV GO czy multinagrywarka. W ten sposób będą mogli później skuteczniej wspierać klientów w ich podłączaniu, konfigurowaniu i codziennym użytkowaniu.

Obecnie szkolenia odbywają się w domach pracowników, co jest związane z czasem pandemii i powszechną pracą zdalną. Uczestnicy otrzymują gogle VR kurierem do domu, a po zakończeniu szkolenia naklejają gotową etykietę zwrotną i odsyłają sprzęt. Cały proces przypomina proces odbioru i zwrotu zakupów zamówionych w sklepie internetowym.

 Ważną kwestią jest zapewnienie bezpieczeństwa osób szkolących się. Gogle są odpowiednio zdezynfekowane, a w środku przesyłki znajduje się dodatkowy zestaw do dezynfekcji. Mają też funkcję automatycznego mapowania pomieszczenia, dzięki czemu zabezpieczają przed potencjalnymi wypadkami, np. zderzeniem z meblem czy ścianą. Gogle nie mają kabli, co minimalizuje ryzyko zaplątania się w nie – wymienia dyrektor kultury i rozwoju w Orange Polska. – Ta technologia się sprawdziła i liczymy, że w przyszłym roku – kiedy pandemia odpuści – będziemy w stanie rozwinąć takie szkolenia na większą skalę i zaprosić do nich 1 tys. pracowników. Mamy już też zapotrzebowanie na inne szkolenia, nie tylko z zakresu obsługi urządzeń w VR.

– W ramach akceleracji zbudowaliśmy program szkoleniowy dla telekomunikacji, który może być wykorzystywany na naszej platformie VR do spotkań i szkoleń zdalnych. Co ważne, szkolenie odbywa się w grupie, w trybie wieloosobowym, czyli uczący spotykają się na naszej platformie, a wyniki ich szkolenia są raportowane do systemu LMS [learning management system – red.] klienta – wyjaśnia Tomasz Kalinowski.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/w-czasie-pandemii-biznes,p676539262

Szczepionka na koronawirusa ze zgodą na „awaryjne” wykorzystanie w USA. Może być podawana, mimo że proces certyfikacyjny wciąż jest w toku [DEPESZA]

Amerykańska Agencja Żywności i Leków dopuściła do awaryjnego wykorzystania szczepionkę na COVID-19, aby przyspieszyć walkę z pandemią. Szczepionka Pfizer–BioNTech COVID-19 będzie mogła być podawana amerykańskim pacjentom, mimo że jej proces certyfikacyjny wciąż jest w toku. Przedstawiciele agencji zezwolili na jej wcześniejsze podanie, uzasadniając swoją decyzję tym, że wstępne badania kliniczne wskazują na jej wysoką skuteczność w walce z SARS-CoV-2 i niskie ryzyko skutków ubocznych. W ramach awaryjnego zezwolenia ze szczepionki będą mogli skorzystać pacjenci w wieku co najmniej 16 lat.

– Chociaż FDA oficjalnie nie zatwierdziła szczepionki, dzisiejsze zezwolenie na awaryjne stosowanie szczepionki Pfizer–BioNTech przeciwko COVID-19 stanowi obietnicę zmiany przebiegu tej pandemii – wskazuje dr Peter Marks, dyrektor Centrum Oceny i Badań Biologicznych FDA.

Agencja Żywności i Leków podjęła swoją decyzję po zaprezentowaniu wyników badań klinicznych przeprowadzonych na próbie 36,5 tys. chorych, z których większość pochodziła ze Stanów Zjednoczonych. W procesie testowym 18 325 osobom podano placebo, a 18 198 właściwą szczepionkę. W tej drugiej grupie zanotowano 95-proc. skuteczność testowanego leku.

– Zezwolenie FDA na awaryjne zastosowanie pierwszej szczepionki COVID-19 jest kamieniem milowym w walce z tą niszczycielską pandemią, która dotknęła tak wiele rodzin w Stanach Zjednoczonych i na całym świecie – dodaje komisarz FDA, lek. med. Stephen M. Hahn.

Dotychczasowe testy laboratoryjne nie pozwoliły ustalić, jak długo szczepionka Pfizer-BioNTech zabezpiecza przed infekcją koronawirusa ani czy chroni przed jego dalszą transmisją. Te parametry wymagają dalszych badań. Mimo to przedstawiciele FDA zgodzili się na awaryjne stosowanie szczepionki na podstawie badań udowadniających wysoką skuteczność leku, po uprzednim zapoznaniu się z bilansem potencjalnych zysków oraz ryzyka. Agencja liczy na to, że szczepionka pozwoli zauważalnie przyspieszyć wygaszenie pandemii po wyszczepieniu znacznej części społeczeństwa.

Firmy odpowiedzialne za stworzenie szczepionki (konsorcjum Pfizer-BioNTech) zostały także zobowiązane do monitorowania jej bezpieczeństwa. Wszystkie przypadki objawów poszczepiennych mają być raportowane, a testy kliniczne kontynuowane, aby wykluczyć jakiekolwiek ryzyko zagrożenia życia bądź zdrowia pacjentów.

– Działanie FDA przebiega zgodnie z otwartym i przejrzystym procesem recenzowania szczepionki, który obejmował opinie niezależnych ekspertów naukowych i ekspertów ds. zdrowia publicznego oraz dokładną ocenę dokonaną przez zawodowych naukowców z agencji, aby upewnić się, że szczepionka spełnia rygorystyczne, naukowe standardy bezpieczeństwa, skuteczności i jakości produkcji niezbędne do wydania uprawnienia do użycia w nagłych przypadkach – wskazuje Stephen M. Hahn.

Testy kliniczne wykazały, że wśród osób poddanych szczepieniu przy wykorzystaniu Pfizer–BioNTech COVID-19 większość objawów poszczepiennych ma łagodny przebieg. Pacjenci skarżyli się na bóle w miejscu iniekcji, zmęczenie, bóle głowy i mięśni, dreszcze, bóle stawów oraz gorączkę. U większości pacjentów powyższe objawy pojawiły się po drugiej dawce szczepionki.

Łagodne efekty uboczne nie stanowiły przeciwwskazania do wprowadzenia szczepienia do użytku w trybie awaryjnym.

– Znane i potencjalne korzyści zastosowania szczepionki wyraźnie przewyższają znane i potencjalne ryzyko – przekonuje dr Peter Marks. – Przyspieszenie procesu opracowania szczepionek nie spowodowało uszczerbku dla standardów naukowych ani integralności naszego procesu oceny szczepionek. Proces przeglądu FDA obejmował również publiczną i niezależną ocenę ze strony członków Komitetu Doradczego ds. Szczepionek i Pokrewnych Produktów Biologicznych.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/szczepionka-na,p718528145

Wybór partnera do budowy elektrowni jądrowej nastąpi w ciągu roku. Kwestia lokalizacji wciąż jest otwarta

Aktualizacja 11:30

Pomorze Gdańskie, Bełchatów i Pątnów to preferowane lokalizacje na budowę elektrowni jądrowej. – Te miejsca są już dobrze przygotowane, mamy zebrane dane do raportów środowiskowych, lokalizacyjnych, co zabiera dużo czasu – mówi Piotr Naimski, pełnomocnik rządu ds. strategicznej infrastruktury energetycznej, ale podkreśla, że w programie polskiej energetyki jądrowej wskazanych jest kilkanaście kolejnych miejsc, a decyzja jeszcze nie zapadła. Kwestią otwartą jest także wybór technologii oraz struktury finansowania. To będzie zależeć od wyboru partnera, który zainwestuje w to przedsięwzięcie. Decyzję w tej sprawie rząd ma podjąć w ciągu kilkunastu miesięcy.

Aktualizacja programu polskiej energetyki jądrowej (PPEJ) nastąpiła uchwałą Rady Ministrów w październiku br. Będzie on realizowany w latach 2020–2033, z perspektywą do 2040 roku. Jego celem jest budowa i oddanie do eksploatacji sześciu reaktorów o łącznej mocy od 6 do 9 GW. Mają one zastąpić wyłączane w latach 2030–2040 stare jednostki wytwórcze korzystające z węgla kamiennego i zapewnić dywersyfikację źródeł wytwarzania energii elektrycznej – udział energetyki jądrowej w miksie energetycznym za 25 lat ma wynosić ok. 20 proc. Budowa pierwszych reaktorów ma się rozpocząć w 2026 roku, a oddanie ich do eksploatacji – w 2033 roku.

– Elektrownie staną najprawdopodobniej w dwóch miejscach, czyli trzy jednostki w jednej i trzy w kolejnej lokalizacji. W dokumencie jest rozpatrywanych kilkanaście miejsc, ale są też wskazane lokalizacje preferowane: to jest Wybrzeże, Bełchatów oraz Pątnów – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Naimski, sekretarz stanu i pełnomocnik rządu ds. strategicznej infrastruktury energetycznej.

Obok wyboru lokalizacji kluczowym etapem przygotowań do inwestycji będzie wybór partnera strategicznego, co powinno nastąpić w ciągu kilkunastu miesięcy. To od tego będzie zależeć m.in. wybór konkretnej technologii, a więc również łączna moc zainstalowana w reaktorach.

Staramy się pozyskać partnera, który będzie dysponował sprawdzoną technologią budowy dużych reaktorów i który będzie z nami od samego początku do końca istnienia tych elektrowni. Jednym słowem nie szukamy tylko sprzedawcy technologii czy konstruktora, który nam zbuduje bloki, ale partnera, który zainwestuje z nami, poniesie ryzyko, także operacyjne, i będzie z nami przez kilkadziesiąt lat funkcjonowania elektrowni – wyjaśnia pełnomocnik rządu ds. strategicznej infrastruktury energetycznej. – Liczba potencjalnych partnerów spełniających te wymagania jest bardzo ograniczona.

Swoje zainteresowanie wyrazili już Amerykanie. W połowie października została zawarta umowa międzyrządowa o współpracy obu krajów w rozwoju PPEJ i cywilnego przemysłu jądrowego w Polsce. Podpisanie jej zapowiedział prezydent Andrzej Duda podczas wizyty w Białym Domu w czerwcu br.

Amerykanie przygotowują ofertę dla Polski na podstawie tej umowy. Zrobią to mniej więcej w perspektywie roku i to będzie ten moment, kiedy rząd będzie podejmował ostateczną decyzję o wyborze technologii i partnera – wyjaśnia minister. – Procedury muszą być zgodne z przepisami Euratomu i Unii Europejskiej. I tak już działamy – umowa z rządem amerykańskim była notyfikowana w Euratomie w Komisji Europejskiej. Przy czym to nie jest umowa, która przesądza ostatecznie o wyborze partnera.

W listopadzie o możliwościach współpracy w zakresie energetyki i programu jądrowego przedstawiciele polskiego rządu rozmawiali także z ambasadorem Francji.

– Przemysł francuskiej energetyki jądrowej jest historycznie bardzo zaawansowany i mamy sygnały z Paryża, że byliby zainteresowani, pytają się o nasze plany – mówi Piotr Naimski. – Jeżeli zostaną nam przedstawione jakieś oferty, które będą zawierały te elementy, które wymieniłem i które są opisane w tym rządowym projekcie, to będziemy je oczywiście rozważali.

Od wyboru partnera zależeć będzie również model biznesowy inwestycji i struktura jej finansowania. Ten ostatni czynnik będzie mieć decydujące znaczenie dla kosztów wytwarzania energii z nowych elektrowni jądrowych.

Jesteśmy w stanie przyjąć partnera na 49 proc., bo chcemy jednak mieć większość w tym przedsięwzięciu. Będzie on więc odpowiadał za sfinansowanie 49 proc., może trochę mniejszego udziału, i będzie ponosił finansowe ryzyko za swoją część. To jest tyle, co mogę w tej chwili powiedzieć, dlatego że docelowa struktura finansowania, jak również sposób sfinansowania po polskiej stronie to jest kwestia do dyskusji. Nie liczymy tutaj na finansowanie z Unii Europejskiej – podkreśla minister.

Rząd szacuje, że koszt przedsięwzięcia wyniesie 30 mld dolarów. To oznacza, że strona polska będzie musiała wyłożyć ok. 15 mld dolarów.

Elektrowni jądrowej nie buduje się bez wsparcia rządu. W innych krajach, gdzie sektor energetyki nuklearnej jest rozwinięty, zawsze wymagało to udziału rządu, czy to bezpośrednio kapitałowo-finansowego, czy to przez gwarancje – mówi Piotr Naimski. – Mówimy o elektrowni obliczanej na 60 lat funkcjonowania. Nakłady są duże, ale cena prądu z elektrowni nuklearnej w całym okresie jej istnienia jest konkurencyjna w stosunku do innych technologii. Równocześnie to finansowanie jest rozpatrywane przez sektor finansowy nie w perspektywie 15-letniego zwrotu z inwestycji, tylko dużo dłuższej.

Dziś budowę elektrowni jądrowej popiera 57 proc. społeczeństwa (badania z sierpnia br.). Przeciwnych jest 20 proc. badanych, a 23 proc. nie ma zdania. Jeszcze większe poparcie występuje w gminach, które są rozważane pod jej lokalizację – wynosi ono 71 proc. Zdecydowana większość społeczeństwa przyznaje, że potrzebne są szerokie działania informacyjno-edukacyjne na temat energii i energetyki atomowej.

– Na Pomorzu Gdańskim społeczności lokalne popierają tę inwestycję, bo widzą w niej możliwość rozwoju, poprawienia infrastruktury, stworzenia nowych miejsc pracy – podkreśla pełnomocnik rządu ds. strategicznej infrastruktury energetycznej. – Przekonywanie do tego projektu nigdy nie powinno się kończyć, trzeba rozwiewać wątpliwości, które się rodzą i mogą się rodzić, dotyczące chociażby bezpieczeństwa, zagospodarowania odpadów promieniotwórczych. Te problemy widzimy, są one rozwiązywane w najlepszy możliwy sposób i będziemy o tym opowiadali publicznie, bo to jest bardzo ważne.

Jak podkreślają eksperci w raporcie „Energetyka jądrowa dla Polski”, doświadczenia innych państw pokazują, że konsekwentna realizacja programów jądrowych przez rząd może także przyczynić się do wzrostu poparcia. Dlatego też w Polsce oznacza to konieczność szybkiego podjęcia decyzji i konsekwentnego jej wdrażania.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/wybor-partnera-do-budowy,p1484004613

Uczniowie i nauczyciele coraz lepiej radzą sobie z nauką zdalną. Cyfrowe kompetencje i budowanie relacji pozostają dużym wyzwaniem, zwłaszcza w klasach 1–3

Nierówny dostęp do internetu, sprzętu oraz braki w cyfrowych kompetencjach stanowią główne przeszkody w nauce zdalnej. Co prawda po doświadczeniach z wiosennego lockdownu nauczyciele i uczniowie byli lepiej przygotowani do nowego semestru, jednak korzystanie z nowoczesnych narzędzi edukacyjnych wciąż pozostaje dużym wyzwaniem. To szczególnie istotne wśród dzieci z klas 1–3, które – choć obeznane technicznie – potrzebują wsparcia w  odpowiedzialnym korzystaniu z technologii. Nauczyciele muszą uczyć się także, jak w nowych realiach budować relacje z najmłodszymi uczniami, a także wspierać ich w podtrzymywaniu kontaktów między sobą w okresie izolacji.

Z opublikowanego w I połowie roku raportu Centrum Cyfrowego „Edukacja zdalna w czasie pandemii” wynika, że według 36 proc. nauczycieli braki sprzętowe uczniów są jednym z głównych problemów w zdalnym nauczaniu. Z kolei badanie „Zdalne nauczanie a adaptacja do warunków społecznych podczas epidemii koronawirusa” wskazało, że co trzeci nauczyciel, co czwarty rodzic i co piąty uczeń musiał zakupić nowy sprzęt. Wiele osób radziło sobie z tym brakiem, pożyczając sprzęt od innych. Jednak sporym wyzwaniem obok braku sprzętu jest zadbanie o komfort dzieci także w kwestii relacji.

– W edukacji wczesnoszkolnej dzieci są bardzo otwarte, spragnione kontaktu, więc nauczycielki mają różne sposoby na to, żeby dać czas na wypowiedzenie się każdemu uczniowi. Zwracają uwagę na tych uczniów, którzy nie chcą się wypowiadać. Czasami łączą się w mniejsze grupy z tymi uczniami, ale też widząc, że uczeń jest bardziej smutny na lekcji, wykonują po jej zakończeniu telefon do rodziców – mówi agencji Newseria Biznes Wioletta Matusiak, trenerka nowych technologii, facylitatorka procesów rozwojowych. – Nauczycielki mówią też o tym, że angażują dzieci do tego, żeby na zmianę zadawały sobie różne ćwiczenia. W ten sposób uczniowie ciągle mają poczucie, że są grupą.

 Nauczyciele dają dzieciom przestrzeń do tego, aby mogły rozmawiać na temat istotnych dla nich kwestii. Dzieci w klasach 1–3 mają szczególną potrzebę kontaktu ze swoimi rówieśnikami, ale także nauczycielem. Chcą z nim porozmawiać, utrzymywać relację, która była nawiązana w szkole – mówi Krzysztof Kosiński z Fundacji Orange, koordynator programu MegaMisja.

Nowe wyzwania związane z nauczaniem zdalnym sprawiły, że od wiosny widoczne jest zdecydowanie większe zaangażowanie nauczycieli, którzy poświęcają więcej czasu na podtrzymywanie kontaktów szkolnych przez internet, kosztem prywatnego życia.

 Wszystko, co się dzieje w modelu zdalnym, odbywa się zdecydowanie wolniej. Szczególnie widać to w edukacji wczesnoszkolnej, kiedy trzeba poświęcić czas na tłumaczenie dzieciom wielu szczegółów technicznych, więc proces edukacyjny zdecydowanie się wydłuża. Nauka wygląda zupełnie inaczej niż w klasie podczas  tradycyjnej lekcji – zaznacza Wioletta Matusiak.

– Czas nauki zdalnej to trudny okres zarówno dla nauczycieli, dzieci, jak i ich rodziców. Nauczyciele edukacji wczesnoszkolnej nie byli przygotowani do tej formy pracy, zresztą jak większość nauczycieli – mówi Krzysztof Kosiński.

Niedobory sprzętowe to niejedyne braki, jakie odczuwali zarówno nauczyciele, jak i dzieci czy rodzice. Krótko po rozpoczęciu nauki zdalnej 45 proc. nauczycieli oceniało swoje przygotowanie do prowadzenia zajęć w tej formie jako małe lub umiarkowane. Problemem była zarówno sama organizacja zajęć, przyciągnięcie uwagi uczniów, jak również kwestie związane z kontaktem z rodzicami. Pod koniec tego okresu 45 proc. z nich określiło swoje umiejętności już jako dobre, a 39 proc. jako bardzo dobre.

Sytuacja związana z pandemią zmusiła nauczycieli do tego, żeby sięgnęli po technologie informacyjno-komunikacyjne (TIK), np. platformy do edukacji zdalnej czy różnego rodzaju narzędzia: Genially, Wakelet itp.

 Od początku trwania nauki zdalnej obserwowaliśmy duże zainteresowanie narzędziami, które można wykorzystać w trakcie zajęć, technologiami informacyjno-komunikacyjnymi. Na początku tego roku szkolnego zaproponowaliśmy nauczycielom uczestniczącym w programie MegaMisja ankietę badającą ich potrzeby szkoleniowe. Okazało się, że w dalszym ciągu tematy związane z edukacją zdalną, wykorzystaniem narzędzi TIK oraz kwestią motywacji dzieci do uczestniczenia w zajęciach są aktualne i bardzo istotne – mówi koordynator programu MegaMisja.

Według badania Polskiego Towarzystwa Edukacji Medialnej, Fundacji Dbam o Mój Z@sięg i Fundacji Orange, połowa nauczycieli przyznała, że bardziej kreatywnie niż wcześniej korzystała z narzędzi cyfrowych (filmików, cyfrowych notatek, prezentacji multimedialnych). Z 7 proc. do 29 proc. wzrosła liczba tych, którzy co najmniej często publikują materiały do lekcji na stronie internetowej lub blogu.

– Prowadząc liczne szkolenia dla nauczycieli, staram się pokazywać, że narzędzia do prowadzenia interaktywnych lekcji to nie są tylko narzędzia na czas pandemii i edukacji zdalnej, ale mogą z nauczycielami zostać na stałe, wzbogacając ich narzędziownik – podkreśla trenerka nowych technologii. – Widzę tutaj ogromną szansę na zmianę roli nauczyciela – z osoby, która jest „megafonem”, która po prostu przekazuje dzieciom wiedzę, na osobę, która będzie zarządzać procesem uczenia się i pozwalać uczniom działać samodzielnie w większym stopniu z pomocą cyfrowych narzędzi.

– Oczywiście nie chodzi o to, aby nauczyciele teraz posługiwali się kilkunastoma narzędziami, ale bardziej o to, aby te narzędzia mogli sobie wybrać, dostosowując je do celu prowadzonych zajęć – mówi Krzysztof Kosiński. – Część z nich stara się przenieść znane sobie do tej pory metody nauczania do nowej rzeczywistości. To moim zdaniem nie jest do końca trafne. Zarówno prowadzenie samych lekcji tylko online, bez użycia tradycyjnych narzędzi, takich jak kartka papieru czy zeszyt ćwiczeń, nie jest właściwą drogą, jak i metoda podawcza, gdzie nauczyciel czyta podręcznik, a dzieci wykonują same zadania, też wydaje się nie do końca adekwatna do obecnej sytuacji.

W prowadzeniu edukacji zdalnej w klasach 1–3 wspiera nauczycieli m.in. Fundacja Orange, która zorganizowała cykl webinarów o tym, jak prowadzić lekcje online, uwzględniając potrzeby dzieci w tym wieku. Skorzystało z nich jak dotąd 1708 osób. Fundacja już od pięciu lat współpracuje z nauczycielami wczesnoszkolnymi i wychowawcami świetlic w ogólnopolskim programie edukacyjnym MegaMisja. Cele, jakie realizuje ten program, wpisują się także w aktualne realia, kiedy tak wiele aktywności dzieci przenosi się do internetu. Cykl zajęć MegaMisji uczy podstaw cyfrowej higieny i bezpieczeństwa w sieci. Dzieci dowiadują się, co można publikować w internecie, jak chronić swoją prywatność, jak dbać o umiar w korzystaniu z technologii, jak odróżnić informację od reklamy, weryfikować informacje z sieci czy ćwiczyć dobre maniery w kontaktach online. 

Nauczyciele uczestniczący w tym projekcie mają możliwość podnoszenia swoich cyfrowych kompetencji. Przed pandemią program był realizowany w ramach zajęć lekcyjnych lub na świetlicy szkolnej. Do tej pory trafił do 1100 szkół, a w zajęciach wzięło udział ponad 30 tys. dzieci. Teraz, w czasie nauki zdalnej, nauczyciele mogą realizować część zajęć w formie online. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/uczniowie-i-nauczyciele,p159936718

W czasie pandemii Polacy szukają alternatyw dla transportu zbiorowego. Zyskiwać będą sharing economy i coraz bardziej innowacyjna mikromobilność

Pierwsza fala pandemii koronawirusa przyczyniła się do spadku przychodów branży mikromobilności i sharing economy. W ujęciu długofalowym branże te znacznie zyskają – głównie dzięki temu, że ludzie będą poszukiwali alternatywy dla transportu zbiorowego. Wraz z zainteresowaniem klientów pojazdami mikromobilnymi rośnie ich poziom zaawansowania technologicznego. Hulajnogi już same odnajdują miejsce ładowania, a sam proces ładowania jest optymalizowany przez sztuczną inteligencję, by pojazdy były zawsze w pełni naładowane. Innowacje będą też dotyczyły programowania doświadczeń użytkowników, tak aby pojazdy zapewniały możliwie największy komfort użytkowania i współdzielenia.

– Cała branża mikromobilności, jak i sharing economy zostały wystawione na próbę związaną z pandemią, podobnie jak wiele innych. Tutaj podejścia były dwa: jedno mówiło o tym, że branża zostanie dosyć mocno spowolniona i sharing economy nie będzie miał zastosowania, a drugie podejście twierdziło, że ta branża będzie rosła dzięki temu, że ludzie będą unikali transportu publicznego i bardziej skierują się na środki transportu indywidualnego – wskazuje agencji Newseria Innowacje Karol Żebrowski, odpowiedzialny za rozwój biznesu i sprzedaż w MorAmp.

Pandemia koronawirusa zachwiała rynkiem sharing economy, zjawiska polegającego na współdzieleniu lub współużytkowaniu pewnych dóbr, a nie ich posiadaniu. Z danych opublikowanych przez Elsevier wynika, że między 29 stycznia 2020 roku a 7 marca 2020 roku chiński Didi i francuski BlaBlaCar odnotowały spadek pobrań aplikacji o odpowiednio 75 i 65 proc. Z tego samego opracowania wynika, że 53 proc. kierowców Ubera obawia się znacznego spadku zarobków. Uber w wyniku pandemii zmniejszył zatrudnienie o 14 proc., a Lyft o 17 proc. Okazuje się jednak, że w miarę nabierania przez społeczeństwo i rynek doświadczeń związanych z sytuacją epidemiczną to się zmienia.

– Przy pierwszej fali koronawirusa wiele firm sharingowych świadczących swoje usługi w tej gałęzi przemysłu ograniczyło swoje usługi bądź całkowicie zamknęło, wycofało się z wielu miast, złomowało pojazdy. Teraz obserwujemy dosyć gwałtowny wzrost wypożyczeń i użytkowania tego typu pojazdów. Cały rynek mikromobilności, jak i współdzielonej mobilności będzie bardzo gwałtownie rósł w kolejnych latach – przewiduje Karol Żebrowski.

Sprzyjać temu trendowi może fakt, że miasta są coraz bardziej zatłoczone. Z raportu TomTom Traffic Index wynika, że kierowcy spędzili w ubiegłym roku w korkach średnio 87 minut. Najwyższy wskaźnik zakorkowania zanotowano 23 stycznia w Kijowie, ale w pierwszej dziesiątce najbardziej zatłoczonych miast Europy znalazły się dwa polskie: Łódź i Kraków.

– Miasta są coraz bardziej zatłoczone. Obserwujemy coraz więcej korków na ulicach i utrudnień dojazdu. Pojazdy mikromobilne będą wykorzystywały swoją przewagę dzięki swojej mobilności. Prognozy są takie, że w ciągu najbliższych pięciu lat rynek mikromobilności i pojazdów współdzielonych wzrośnie około 60-krotnie – podkreśla ekspert MorAmp.

Wraz z popularyzacją pojazdów mikromobilnych zmienia się też ich specyfikacja techniczna. W hulajnogach elektrycznych znajdziemy m.in. szereg rozwiązań z zakresu sztucznej inteligencji. Współczesne hulajnogi są w stanie samodzielnie wrócić na miejsce parkowania, a także tak zoptymalizować proces ładowania baterii, by pełne naładowanie nastąpiło dokładnie wtedy, kiedy użytkownik będzie musiał wyruszyć w trasę. Innowacje obejmują również takie funkcjonalności jak np. wykrywanie wypadków czy interakcja z użytkownikiem (np. komunikaty audiowizualne).

– Technologie wewnątrz pojazdów będą się rozwijały. Wiele innowacji będzie powstawało w związku z systemami elektronicznymi, z systemami zarządzania pojazdem, jak i flotą pojazdów, czyli również rozwiązania IoT dotyczące ogólnego managementu i programowania user experiences użytkowników. W tym zakresie wiele innowacji będzie mogło powstawać – twierdzi Karol Żebrowski.

Z raportu P&S Intelligence wynika, że do 2025 roku przychody z rynku mikromobilności osiągną pułap 9,8 mld dol.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/w-czasie-pandemii-polacy,p1121561592

Pierwszy kraj na świecie dopuścił do sprzedaży mięso przyszłości. Smakuje i wygląda jak zwykłe, ale wyhodowane zostało w laboratorium [DEPESZA]

Laboratoryjnie wyhodowane mięso trafi do dystrybucji. Amerykański start-up biotechnologiczny uzyskał zgodę singapurskiej agencji  żywności na powszechną sprzedaż mięsa wytwarzanego z komórek zwierzęcych. Produkt, choć zachowuje walory smakowe i odżywcze mięsa pozyskanego metodami tradycyjnymi, został stworzony metodami laboratoryjnymi i przy jego produkcji nie ucierpiało żadne zwierzę.

– Singapur od dawna jest liderem we wszelkiego rodzaju innowacjach, od technologii informacyjnej po biologię, a obecnie jest światowym liderem w budowaniu zdrowszego i bezpieczniejszego systemu żywnościowego. Zatwierdzenie regulacyjne dla mięsa wyhodowanego w laboratorium jest pierwszym z wielu. Jestem przekonany, że będzie ich więcej w innych krajach na całym świecie – podkreśla Josh Tetrick, współzałożyciel i dyrektor generalny Eat Just.

Firma biotechnologiczna Eat Just  zrobiła istotny krok na drodze do zredukowania spożycia mięsa pozyskiwanego metodą uboju zwierząt. Singapur będzie pierwszym państwem, które dopuści do sprzedaży żywność wyprodukowaną przy wykorzystaniu syntetycznego mięsa. Produkty z linii GOOD Meat powstały na drodze laboratoryjnej, na bazie próbek komórek odzwierzęcych, które w procesie namnażania były odżywiane wyłącznie pokarmem pochodzenia roślinnego.

Pierwszym produktem z linii GOOD Food będą kawałki panierowanego kurczaka. W pierwszej fazie wdrożeniowej koszt wytworzenia mięsa metodami laboratoryjnymi będzie przewyższał koszty pozyskania go drogą uboju, ale firma liczy na to, że wraz z popularyzacją produktu jego cena będzie sukcesywnie spadać. A jeśli trafi ono do globalnej dystrybucji, może stać się realną alternatywą dla tradycyjnego przemysłu mięsnego.

– Współpracując z szeroko rozumianym sektorem rolnictwa i myślącymi przyszłościowo decydentami, firmy takie jak nasza mogą pomóc sprostać zwiększonemu zapotrzebowaniu na białko zwierzęce, ponieważ do 2050 roku nasza populacja wzrośnie do 9,7 mld – wskazuje Josh Tetrick.

Z analiz przeprowadzonych przez ekspertów z Good Food Institute wynika, że w wyniku rosnącej liczby ludności na świecie w ciągu najbliższych 30 lat zapotrzebowanie na produkty mięsne może wzrosnąć nawet o 70 proc. Zaspokojenie tak wysokiego zapotrzebowania będzie problematyczne zarówno z logistycznego, jak i ekologicznego punktu widzenia. Aby zwiększyć uzysk z mięsa do uboju, konieczne będzie wycięcie dużych połaci lasów, co z kolei odbije się na zauważalnym wzroście śladu węglowego przemysłu zwierzęcego.

Tymczasem przy namnażaniu GOOD Meat wykorzystuje się gigantyczne, 1200-litrowe bioreaktory. Zastosowanie pożywki roślinnej aplikowanej w ściśle kontrolowanych warunkach pozwala wyeliminować z procesu produkcyjnego wszelkie antybiotyki. Dzięki temu mięso jest zdrowsze niż to pochodzące z uboju: charakteryzuje się wysoką zawartością białka, zróżnicowanym składem aminokwasów, tłuszczów nienasyconych oraz składników mineralnych.

– Pierwsze na świecie regulacje prawne dotyczące dopuszczenia do konsumpcji mięsa wytwarzanego bezpośrednio z komórek zwierzęcych toruje drogę do komercyjnej premiery nowej marki GOOD Meat – czytamy w komunikacie dla prasy Eat Just.

GOOD Meat nie jest pierwszym produktem Eat Just, który odpowiada na wyzwania związane z produkcją żywności odzwierzęcej. Firma ma już na swoim koncie opracowanie ekologicznych jajek JUST Egg, wyprodukowanych na bazie produktów roślinnych, które sprzedawane są na terenie krajów azjatyckich.

– Coraz ważniejsze jest dla nas inwestowanie w nowatorskie, zrównoważone technologie rolno-spożywcze, takie jak alternatywne białka, aby sprostać przyszłym potrzebom świata w zakresie żywności i żywienia – przekonuje Damian Chan, wiceprezes rządowej rady Singapore Economic Development Board.

Według firmy badawczej MarketsandMarkets wartość globalnego rynku syntetycznego mięsa do 2025 roku wzrośnie do 214 mln dol., a w 2032 roku osiągnie wartość 593 mln dol. W latach 2025–2032 rynek ma się rozwijać w tempie 15,7 proc. w skali roku.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/pierwszy-kraj-na-swiecie,p562498424

Mikrofirmy walczą o utrzymanie płynności finansowej. Mierzą się z utrudnionym dostępem do finansowania i opóźnionymi fakturami

Choć III kwartał 2020 roku był dla przedsiębiorców prowadzących jednoosobową działalność pomyślny, nie zniknęły zagrożenia związane z kolejnymi falami pandemii i ewentualnością następnych lockdownów. Do tego doszły kłopoty z terminowymi wpłatami od kontrahentów i dostępem do finansowania bankowego. W tej sytuacji coraz częściej sięgali po faktoring, który szczególnie w sektorze mikrofirm notował dynamiczne wzrosty.

– Cały II kwartał to było dostosowanie się rynku do nowej rzeczywistości, z którą musieliśmy się zmierzyć. Kwiecień i maj to okres, kiedy polski mikroprzedsiębiorca wystawiał mniej faktur, a jeżeli już wystawiał, to na mniejszą wartość – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Sikorski, dyrektor sprzedaży i marketingu Finea. – Liczba wystawianych faktur w serwisie Faktura.pl spadła wówczas o nawet powyżej 20 proc. Średnia wartość faktury z kolei spadła o 15–20 proc. w porównaniu do okresu przed pandemią. Później jednak, jak spojrzymy na dane z czerwca, wakacji, a tym bardziej września i października, widzimy, że rynek zaczął dostosowywać się do nowej sytuacji i liczba wystawianych faktur zaczęła rosnąć.

Drugi kwartał br. był najsłabszy w polskiej gospodarce od 30 lat. PKB spadł w ujęciu rocznym o 8,4 proc. po wzroście o 1,9 proc. w I kwartale (też zresztą słabym w porównaniu z poprzednimi kwartałami – była to najwolniejsza dynamika od III kwartału 2013 roku). W lipcu, sierpniu i wrześniu widać wyraźne ożywienie, gdyż gospodarka, według szybkiego szacunku GUS, skurczyła się jedynie o 1,5 proc. Także dane makroekonomiczne za październik oraz nastroje przedsiębiorców świadczą o tym, że był to dobry miesiąc. PMI dla polskiego przemysłu w listopadzie kolejny miesiąc z rzędu był powyżej poziomu 50 pkt, wskazując na powolną poprawę koniunktury. Utrzymanie się wskaźnika na poziomie z października pozytywnie zaskoczyło rynek, tym bardziej w kontekście ograniczeń, które zaczęły obowiązywać w związku z drugą falą pandemii.

– II kwartał to bardzo duża niepewność, spadek zamówień, liczby wystawianych faktur, a także duży pesymizm wśród ludzi, jeżeli chodzi o zakładanie nowej działalności gospodarczej. Z danych GUS wynika, że w tym okresie zostało założonych około 50 tys. jednoosobowych działalności gospodarczych. Jest to najniższa liczba od kilku lat – mówi Marek Sikorski. – To się zmienia. III kwartał to prawie 74 tys. nowych otwarć jednoosobowych działalności gospodarczych. Co więcej, widzimy po danych z Faktura.pl, że liczba wystawianych faktur mocno wzrosła. Wrzesień i październik to o połowę więcej wystawionych faktur niż w kwietniu czy maju.

W październiku wzrost optymizmu było również widać w badaniu nastrojów przedsiębiorców Bibby MSP Index. Wartość wskaźnika na poziomie 48,1 pkt była prawie dwukrotnie wyższa niż w kwietniu br. (o 24,6 pkt). 42 proc. przedsiębiorców z sektora MŚP wskazało, że w obliczu pandemii najtrudniejsze jest utrzymanie płynności finansowej. Na ten cel przeznaczali środki z rozwiązań pomocowych. Z raportu Krajowego Rejestru Długów wynika, że od lutego do września zadłużenie jednoosobowych działalności gospodarczych wzrosło o ponad 1 mld zł i sięgnęło 6,3 mld zł.

Dla mikroprzedsiębiorców problemem jest pozyskanie źródeł finansowania w sytuacji, gdy ich kontrahenci mają kłopoty z terminowym płaceniem faktur. W marcu 2020 roku tylko nieliczne przedsiębiorstwa zgłaszały zatory zagrażające stabilności firmy, ale w kwietniu ich odsetek wzrósł w niektórych branżach prawie dwukrotnie. Według październikowego Bibby MSP Index co trzeci przedsiębiorca wskazał, że kontrahenci jeszcze gorzej dotrzymywali terminów płatności. W ocenie Polskiego Instytutu Ekonomicznego druga fala pandemii może w branżach szczególnie dotkniętych skutkami COVID-19 przynieść znaczny wzrost zatorów płatniczych, zagrażający nie tylko stabilności firm, ale też stawiający pod znakiem zapytania ich dalsze funkcjonowanie. Dlatego firmy szukają różnych opcji finansowania. Zyskuje na tym faktoring, czyli sprzedaż faktur firmom faktoringowym. W ten sposób na konto przedsiębiorcy od razu trafia 90 proc. należności wynikającej z faktury, co pomaga mu utrzymać płynność finansową.

 Faktoring to jedyny instrument finansowy, który w roku 2020 nie zanotował spadku. Według danych Polskiego Związku Faktorów wzrost po trzech kwartałach wyniósł nieco ponad 1 proc. rok do roku – komentuje dyrektor marketingu i sprzedaży Finea. – Z perspektywy Finea widzimy, że te wzrosty mogą być większe, szczególnie wśród mikroprzedsiębiorców. Ta grupa do tej pory w dość nieznacznym stopniu korzystała z faktoringu, więc wzrosty są o wiele bardziej dynamiczne. Od października 2019 roku do października tego roku wzrośliśmy prawie trzykrotnie pod względem ilości środków finansowych wypłaconych dla mikrofirm.

Firmy zrzeszone w PZF nabyły wierzytelności z faktur o łącznej kwocie blisko 208 mld zł. Rok temu kwota ta wyniosła niecałe 206 mld zł. Z usług tych firm korzysta prawie 17 tys. firm, które przekazały do sfinansowania 13,3 mln faktur.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/mikrofirmy-walcza-o,p1081706350

Trwają testy dronów w walce z koronawirusem. Przyspieszą transport osocza oraz próbek do diagnozy w terenach zurbanizowanych

W czasie pandemii szybkość transportu próbek krwi oraz osocza ma zauważalny wpływ na funkcjonowanie służby zdrowia. Aby przyspieszyć ten proces, prowadzone są testy bezzałogowych systemów lotniczych, które pozwolą błyskawicznie przetransportować dostawy medyczne na terenach miejskich i uniknąć korków w trakcie godzin szczytu. Rozwiązania wypracowane w trakcie pandemii mogą usprawnić funkcjonowanie służby zdrowia także po zwalczeniu koronawirusa – w przyszłości transport dronowy może być wykorzystany np. do błyskawicznego transportowania organów do przeszczepu.

– Podstawowym zastosowaniem, jakie bezzałogowe statki powietrzne mogą mieć w zwalczaniu pandemii, są dostawy medyczne. Transport lotniczy jest najszybszym możliwym transportem, pozwala unikać zakłóceń ruchu ulicznego. W związku z tym bezzałogowe statki powietrzne byłyby najlepszą metodą transportu krwi, osocza czy też próbek, które są pobierane w celu zdiagnozowania choroby. Badania w tym zakresie są wspierane przez Centralnoeuropejski Demonstrator Dronów, który chce wspierać wdrażanie systemów bezzałogowych w Polsce – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje prof. dr hab. inż. Cezary Galiński, kierownik Zakładu Samolotów i Śmigłowców na Wydziale MEiL Politechniki Warszawskiej.

Program Centralnoeuropejskiego Demonstratora Dronów został powołany do życia we wrześniu 2018 roku m.in. przy współudziale Ministerstwa Infrastruktury i miał być odpowiedzią na rosnące zainteresowanie sektora prywatnego i publicznego innowacyjnymi rozwiązaniami wykorzystującymi bezzałogowe pojazdy latające. Aby przyspieszyć ich wdrażanie na rynku konsumenckim, do współpracy przy rozwoju CEDD zaproszono także przedstawicieli Urzędu Lotnictwa Cywilnego oraz Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej.

Pierwsze pomyślne testy transportu medycznego z wykorzystaniem bezzałogowych pojazdów latających wykonano w trakcie pierwszej fali pandemii, 29 kwietnia 2020 roku. Wykorzystano wówczas drony Hermes do przesłania próbek do wykrywania koronawirusa pomiędzy Szpitalem MSWiA i kliniką uniwersytecką przy ul. Banacha w Warszawie. Próby terenowe przeprowadzono po przetestowaniu systemu dronowego transportu medycznego na poligonie Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii.

– To, co w tej chwili robimy, to są próby, dlatego że pandemia przyszła trochę za wcześnie jak na nasze możliwości. W zasadzie jesteśmy na granicy możliwości technicznych – mówi prof. Cezary Galiński. – Udało się zorganizować duży poligon na Śląsku, na terenach niezamieszkałych, ale zurbanizowanych, gdzie można bezpiecznie tego rodzaju próby przeprowadzać i one tam trwają.

Kolejnym etapem wdrażania doraźnych mostów powietrznych na potrzeby walki z pandemią będzie połączenie za pośrednictwem dronów Centralnego Szpitala Klinicznego MSWiA ze Stadionem Narodowym. Bezzałogowe pojazdy latające mają umożliwić przetransportowanie pomiędzy tymi placówkami próbek do badań w zaledwie 8 minut od startu.

– Próby są realizowane w kontrolowanych warunkach przy udziale Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej, Urzędu Lotnictwa Cywilnego. Wykorzystanie systemów bezzałogowych do dostaw medycznych było jednym z od dawna przewidywanych zastosowań tego rodzaju systemów. Obowiązujące prawo pozwalało tylko na tego rodzaju loty dostawcze w terenie zurbanizowanym. Dostawy medyczne były jedynymi, jakie można było przeprowadzać nad miastami w sposób legalny – zauważa ekspert.

Ciekawą propozycję zastosowania dronów w walce z pandemią zaprezentowała także firma Spartaqs, która w porozumieniu z władzami Katowic przeprowadziła pilotażową dezynfekcję przystanków z wykorzystaniem bezprzewodowych pojazdów latających. Drony wyposażono w pojemnik na płyn dezynfekujący oraz emiter promieni UV, które pozwoliły pozbyć się wirusów i bakterii z miejsc publicznych.

Z kolei w takich krajach jak Chiny czy Francja już w trakcie pierwszej fali koronawirusa władze wykorzystały drony jako narzędzie do monitorowania obywateli. Pojazdy wyposażono w kamerę termowizyjną, która pozwoliła wykrywać skupiska ludzi stanowiące potencjalne ognisko rozprzestrzeniania się wirusa. Dzięki zintegrowanym głośnikom władze mogły zaapelować do grup zwiększonego ryzyka o zachowanie reżimu sanitarnego.

Inżynierowie z Politechniki Warszawskiej również włączyli się do prac nad upowszechnieniem bezzałogowych pojazdów latających wykorzystywanych w transporcie medycznym. W ramach projektu finansowanego przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju współpracują z firmą Spectre Solutions nad hybrydą drona i samolotu, która pozwoli przenosić nie tylko niewielkie próbki medyczne, lecz także organy na potrzeby przeszczepów.

– Firma Spectre Solutions przygotowuje hybrydę między wielowirnikowcem a samolotem. Zaletą tego urządzenia jest to, że powinno mieć większy zasięg i latać szybciej. Usługi transportu medycznego mogłyby być realizowane na dużo większe odległości w równie krótkim czasie, jak to jest możliwe na krótkie odległości za pomocą wielowirnikowców. Taki system bezzałogowy ma dosyć pojemny kadłub, w związku z czym zmieści się w nim lodówka medyczna, w której można przewozić np. serce do przeszczepu – twierdzi prof. dr hab. inż. Cezary Galiński.

Według analityków z firmy Adroit Market Research wartość globalnego rynku dronów do 2025 roku przekroczy 144 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie ponad 40 proc.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/trwaja-testy-dronow-w,p1764160254

Warszawskie tramwaje przechodzą cyfrową rewolucję. Jedno z rozwiązań będzie nowatorskie w skali europejskiej

Miejski transport stawia na innowacje. W Warszawie pasażerowie komunikacji zbiorowej mogą już sprawdzić w smartfonie rzeczywisty czas przyjazdu tramwaju. Wystarczy zeskanować kod QR albo tag NFC. W planach są kolejne technologiczne udogodnienia, m.in. aplikacja mobilna dla osób niedowidzących, która głosowo przedstawi rozkład jazdy, czy zdalne udostępnianie informacji o nadjeżdżającym tramwaju. – Pod względem innowacji nie ustępujemy korporacjom – podkreślają przedstawiciele Działu Badań i Rozwoju Tramwajów Warszawskich, spółki nagrodzonej niedawno za innowacyjny projekt zielonej fali dla tramwajów, który skraca czas przejazdów.

– Nowe technologie są coraz częściej wykorzystywane w transporcie publicznym. Jak w każdej firmie, która stawia na nowoczesność, także i w Tramwajach Warszawskich digital mocno się wdziera w naszą działalność operacyjną. Mamy coraz więcej usług opartych na informatyce i każde nowe wyzwanie, które przed nami stoi, jest mocno związane z digitalizacją i informatyzacją. Staramy się nadążać za trendem rynkowym i dać pasażerom jak najwięcej z tej nowoczesności – mówi agencji Newseria Biznes Bartłomiej Kahn, dyrektor Biura Teleinformatyki w Tramwajach Warszawskich.

– Co chwilę wdrażamy kolejne nowe technologie. To niespotykane w skali Polski. Pod względem innowacji nie ustępujemy korporacjom – dodaje Marcin Buszka z Działu Badań i Rozwoju w Tramwajach Warszawskich.

Przykładem informatyzacji w miejskiej spółce jest funkcjonujący już od kilku lat System Informacji Pasażerskiej, dzięki któremu na elektronicznych tablicach rozmieszczonych na przystankach pasażerowie mają możliwość sprawdzenia rzeczywistego czasu odjazdu tramwaju. Od kilku dni taka opcja jest dostępna również na przystankach, gdzie nie ma tablic. Pasażer może to sprawdzić na swoim smartfonie.

– Nowe udogodnienie to precyzyjnie podana informacja, za ile faktycznie przyjedzie dany tramwaj, niekoniecznie musi to być zgodne z rozkładem, który często z różnych powodów rozsynchronizowuje się na trasie. Pasażerowie chcą wiedzieć, czy mają czekać pięć,  czy siedem minut, bo to może zadecydować o zmianie środka transportu albo o tym, że mogą jeszcze załatwić jakąś sprawę w międzyczasie – mówi Bartłomiej Kahn.

Aby sprawdzić w smartfonie rzeczywisty czas przyjazdu tramwaju, wystarczy podejść do tablicy z rozkładem jazdy i zeskanować znajdujący się na niej kod QR albo tag NFC. Po chwili na ekranie smartfona pojawi się czytelna informacja o czasie przyjazdu środków transportu, które odjeżdżają z danego przystanku.

– Żeby ściągnąć najnowsze dane, pasażer musi mieć tylko telefon komórkowy z internetem. Po zeskanowaniu kodu na ekranie pojawi się wirtualna tablica, wizualnie podobna do tych fizycznie rozmieszczonych na przystankach. Będą na niej zawarte informacje o najbliższych odjazdach tramwajów, numery linii, kierunki, ewentualnie informacja, czy jest to pojazd niskopodłogowy. Dodatkowo mogą pojawić się komunikaty, które umieszcza Zarząd Transportu Miejskiego, np. o ewentualnych problemach w ruchu – tłumaczy Marcin Buszka.

– Staraliśmy się maksymalnie uprościć użytkownikowi całą operację. Wystarczy tylko zbliżyć telefon do odpowiedniej kartki umieszczonej na rozkładzie jazdy. Podobnie jak w przypadku płatności zbliżeniowych to połączenie jest szyfrowane i odpowiednio zabezpieczone – dodaje dyrektor Biura Teleinformatyki w Tramwajach Warszawskich.

Tramwaje Warszawskie pracują też nad kilkoma innymi rozwiązaniami, które mają ułatwić życie pasażerom stołecznej komunikacji. Jednym z nich jest aplikacja mobilna dla osób niewidzących i niedowidzących, która będzie głosowo informować m.in. o rozkładach jazdy i czasie, jaki pozostał do odjazdu tramwaju.

– Chcemy wdrożyć w najbliższym czasie moduły pojazdowe, które za pomocą technologii bezprzewodowej będą udostępniać informacje o nadjeżdżającym tramwaju, jego linii i kierunku, w którym się przemieszcza. Chcemy, żeby one mogły trafić do pasażera bezpośrednio, niekoniecznie w postaci zapowiedzi z megafonów. Będziemy udostępniać te dane w postaci otwartej dla wszystkich deweloperów, żeby mogli je dalej przekazywać np. do urządzeń, z których korzystają osoby niewidome, np. smartfonów. Dzięki temu różni producenci oprogramowania będą mogli tworzyć aplikacje dla takich osób, ale też np. dla turystów, co ułatwi im przemieszczanie się po mieście – wyjaśnia ekspert z z Działu Badań i Rozwoju w Tramwajach Warszawskich.

– W najbliższym czasie chcemy też wdrożyć tablice informacyjne oparte na technologii e-papieru, co jest nowatorskie nie tylko w skali Europy, ale i w naszych warunkach klimatycznych, bo ta technologia nie lubi zimna. Zapewnia ona jednak dużą czytelność informacji, którą będziemy chcieli umieszczać na tablicach – mówi Bartłomiej Kahn.

W tym miesiącu Tramwaje Warszawskie zostały wyróżnione prestiżową nagrodą Digital Excellence przyznawaną przez Stowarzyszenie CIONET dla innowacyjnych projektów. Nagrodzony został pomysł zielonej fali, dzięki której tramwaje nie czekają lub czekają krócej na skrzyżowaniach. Zbliżający się do świateł pojazd wysyła przez chmurę informację o swoim położeniu, dzięki czemu na sygnalizatorze szybciej pojawia się zielone światło.

– Dotychczas, żeby stworzyć taki priorytet, potrzebnych było kilka fizycznych urządzeń, które pozycjonowały tramwaj na skrzyżowaniu. To wiązało się z wysokimi kosztami i koniecznością przeprowadzania prac na torowisku, które wymagają wyłączenia go z ruchu, a przez to takie zmiany mogły trwać nawet kilka lat – wyjaśnia Marcin Buszka. – Dzięki naszej innowacji, która nie wymaga fizycznych inwestycji, teraz wdrażamy priorytety na ok. 30 skrzyżowaniach rocznie. To duży skok, który przekłada się na krótszy czas podróży tramwajem z punktu A do punktu B oraz duże oszczędności. Tramwaj, który nie musi się zatrzymywać i ruszać od nowa, zużywa mniej prądu, dzięki temu nasz przewóz jest tańszy. To może w przyszłości wpłynąć na brak podwyżek cen biletów.

– Zielona fala na skrzyżowaniach daje możliwość szybszego przejazdu przez Warszawę. Zarówno my, jako operator, jak i nasi pasażerowie oszczędzają dzięki temu cenny czas. Obliczyliśmy, że w ciągu roku dzięki minimalizacji czasu w podróży pasażerowie zyskują w ten sposób cały jeden dzień – wyjaśnia Bartłomiej Kahn.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/warszawskie-tramwaje,p1332441557