W obliczu pandemii poziom cyfryzacji jest niewystarczający, ale coraz więcej usług dostępnych jest online. Być może wkrótce przez internet będzie można wziąć ślub

W obliczu kryzysu pandemicznego wzrosło zapotrzebowanie na usługi administracyjne, edukacyjne oraz biznesowe świadczone w trybie zdalnym. Przyspieszyło to proces cyfryzacji globalnej gospodarki we wszystkich jej obszarach. W narzędzia do zdalnej komunikacji zainwestowali zarówno przedstawiciele prywatnych przedsiębiorstw, jak i administracji. Cyfrowe rozwiązania pozwoliły utrzymać kontakt z klientami oraz petentami pozostającymi w izolacji bądź na kwarantannie.

– Poziom ucyfrowienia w sytuacji pandemii jest zawsze niewystarczający, bo w każdym kraju są usługi nieucyfrowione. Kluczowy jest moment, w którym możemy skontaktować się z urzędem cyfrowo. Mamy jeszcze kilka usług, które mogą znaleźć się w internecie. Można wyobrazić sobie, że połączymy się z urzędem przez wideokonferencję, zweryfikujemy tożsamość i załatwimy coś online. Możemy wyobrazić sobie, że usługi cyfrowe będą tańsze w porównaniu z realizowanymi przez urzędy w formule tradycyjnej – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Piotr Arak, dyrektor Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Z badania „Monitoring gospodarki cyfrowej” przeprowadzonego przez PIE po pierwszej fali pandemii wynika, że w okresie zaostrzonych restrykcji pandemicznych zauważalnie wzrosło zainteresowanie Polaków narzędziami do pracy oraz edukacji zdalnej, streamingu wideo oraz rozwiązaniami z zakresu e-commerce. Ograniczenia w funkcjonowaniu gospodarki miały bezpośredni wpływ na wzrost zapotrzebowania na nowe, innowacyjne technologie. Zanotowano ośmiokrotny skok liczby zapytań do przeglądarki o hasła związane z komunikacją oraz pięciokrotny wzrost liczby zapytań dotyczących zdalnej edukacji.

To wszystko przełożyło się z kolei na gwałtowny wzrost średniego ruchu w sieci. Zgodnie z danymi opublikowanymi przez PIE operatorzy internetowi zaobserwowali całkowity wzrost ruchu o 20 do 30 proc. w skali miesiąca, zarówno w dni powszednie, jak również weekendy. O tym, że był on bezpośrednio związany z sytuacją pandemiczną, najlepiej wskazuje fakt, że szczyt ruchu internetowego notowano w godzinach od 8 do 16.

Na wyjątkową sytuację zareagowali nie tylko przedsiębiorcy, lecz także przedstawiciele administracji publicznej, którzy zwrócili się w stronę rozwiązań online umożliwiających zdalne prowadzenie spraw urzędowych.

– Mamy e-recepty, system informatyczny podłączony do placówek zdrowotnych. Mamy też możliwość kontaktowania się z instytucjami publicznymi i weryfikacji tożsamości przez banki w połączeniu z szyną technologiczną stworzoną przez Ministerstwo Cyfryzacji. Kolejnym etapem jest stworzenie systemu centralnej rejestracji pacjentów i kontaktu pacjenta z jednostką zdrowotną. To jedno z ważniejszych zadań na najbliższe kilka miesięcy i do zrealizowania w 2021 roku. To, co jest do wyobrażenia w kolejnych miesiącach, to realizacja usług, które wymagają stawiennictwa osobistego, np. wprowadzenia ślubów przez internet – prognozuje ekspert.

Ślubu przez internet w formie wideokonferencji w Polsce na razie wziąć nie można, ale można już online załatwić formalności przedślubne wymagane przez Urząd Stanu Cywilnego. Rozwiązania idące o krok dalej są już jednak dostępne na świecie (np. w stanie Nowy Jork ze względu na pandemię ślub można wziąć całkowicie online) i być może także w Polsce taka opcja będzie dostępna.

W międzyczasie proces cyfryzacji usług nabiera tempa w sektorze prywatnym. Z raportu „COVID-19 Business Pulse Survey – Polska” autorstwa Banku Światowego oraz PARP wynika, że za sprawą pandemii 32 proc. polskich firm sięgnęło po technologie internetowe, aby usprawnić funkcjonowanie biznesu w czasie pandemii. Dzięki nim aż 42 proc. przebadanych podmiotów podniosło swoją sprzedaż, 38 proc. usprawniło funkcjonowanie działu marketingu, a 24 proc. – zarządzanie firmą.

– Pierwsza fala pandemii przyspieszyła cyfryzację po stronie konsumenta. Mieliśmy wzrost do 12 proc. udziału konsumpcji przez e-commerce w stosunku do całkowitej konsumpcji. Do świata cyfrowego przeniosło się wielu konsumentów w Europie Zachodniej. W Polsce mamy bardziej tradycyjny model konsumpcji. Ruch nie powrócił np. w galeriach handlowych do poziomu sprzed pandemii w okresie, kiedy one były normalnie otwarte. Przy drugiej fali znowu widać, że udział e-commerce w koszyku konsumpcji rośnie i sięga blisko 10 proc. Ale nadal 90 proc. konsumpcji jest dokonywana tradycyjnie – wskazuje Piotr Arak.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/w-obliczu-pandemii-poziom,p813131901

W styczniu ma ruszyć druga tarcza finansowa. PFR skontroluje firmy, które uzyskały pomoc w pierwszej transzy

Przedstawione założenia tarczy finansowej 2.0 zakładają, że tym razem wsparcie trafi do przedsiębiorców z 38 branż, które najbardziej ucierpiały na skutek pandemii. PFR przeznaczy na pomoc dla mikro-, małych i średnich firm 10 mld zł. Przewiduje również możliwość umorzenia 100 proc. subwencji dla MŚP z pierwszej tarczy. Pomoc uzyskają również duże przedsiębiorstwa. Od początku pandemii w ramach tarczy finansowej do firm trafiło ponad 60 mld zł. Teraz PFR skontroluje wybranych beneficjentów dotacji.

Zakładamy, że kontrole PFR-u i to, co PFR powinien sprawdzać, można podzielić na kilka etapów. Pierwszy z nich to etap weryfikacyjny złożenia wniosku. Tutaj będzie sprawdzane, czy nastąpił faktyczny spadek obrotów ze sprzedaży, który został zadeklarowany we wniosku o uzyskanie danej subwencji finansowej. Co ważne, będzie to porównywane z deklaracjami VAT-owskimi. Kolejna kwestia, która będzie sprawdzana, to czy podane zatrudnienie jest zgodne z faktycznym zatrudnieniem u danego przedsiębiorcy – wymienia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Piotr Aleksiejuk, radca prawny, partner zarządzający w Kancelarii Wojarska Aleksiejuk & Wspólnicy.

Jak podkreśla, na tym etapie kontrolerzy będą sprawdzać także to, czy przedsiębiorca nie zalegał na koniec 2019 roku z żadnymi daninami publicznymi, np. składkami na ZUS, podatkiem dochodowym czy solidarnościowym. W ramach weryfikacji kryteriów uprawniających do złożenia wniosku urzędnicy PFR sprawdzą także, czy spółka nie była w tzw. trudnej sytuacji majątkowej, czyli nie było prowadzone wobec niej postępowanie restrukturyzacyjne. Kontrolowany będzie również fakt, czy przedsiębiorstwo w momencie składania wniosku o dofinansowanie spełniało kryterium zaliczenia firmy do sektora MŚP (w trakcie naboru wniosków nastąpiła zmiana definicji statusu MŚP z polskiej na unijną)

Kolejny etap kontroli będzie dotyczył sposobu wykorzystania dofinansowania.

W jaki sposób środki zostały wykorzystane, czy na koszty związane z działalnością gospodarczą, czy na wynagrodzenia pracowników, zakup materiałów, czy też zostały wykorzystane w sposób niezgodny, np. na wypłaty właścicielskie czy inne wydatki, których nie można przyporządkować do kosztów związanych z prowadzoną działalnością gospodarczą – mówi Piotr Aleksiejuk.

Zaznacza, że na ten aspekt przedsiębiorcy powinni zwrócić szczególną uwagę w czasie przygotowań do kontroli PFR.

Firmy powinny także pamiętać o obowiązku złożenia odpowiednich dokumentów do banku, za pośrednictwem którego otrzymały wsparcie PFR. Do 31 grudnia br. beneficjent musi dostarczyć dokumenty potwierdzające, że umowę subwencji finansowej podpisała osoba do tego uprawniona. Bez tego PFR może zobowiązać beneficjenta do zwrotu całości subwencji.

– Wiele kryteriów w aplikacjach o dofinansowanie było przedstawianych w formie oświadczeń. Teraz więc trzeba sprawdzić w dokumentacji z danego okresu, czy dane kryteria zostały spełnione – wyjaśnia radca prawny. – Przewidujemy, że kontrole mogą rozpocząć się jeszcze w tym roku albo na początku następnego, więc kluczowe jest, żeby dopełnić tych obowiązków formalnoprawnych wymaganych przez bank jak najszybciej. W przypadku spółek osobowych należy pamiętać o przedłożeniu zgody odpowiedniego organu na zaciągnięcie zobowiązania, w przypadku przedsiębiorców prowadzących działalność gospodarczą w formie indywidualnej chodzi o zgodę współmałżonka, jeśli funkcjonuje ustrój majątkowy, który tego wymaga.

Jak ocenia ekspert, w dobie pandemii kontrole będą raczej przeprowadzane zdalnie. Kontrolerzy PFR będą mogli korzystać ze wsparcia urzędników administracji skarbowej, a także funkcjonariuszy Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Przysługują im uprawnienia wynikające z ustaw, które regulują funkcjonowanie danych organów.

Zdaniem Piotra Aleksiejuka w przypadku stwierdzenia nieprawidłowości w trakcie kontroli możliwe są dwa rodzaje konsekwencji.

– Po pierwsze, jest to zwrot subwencji w trybie natychmiastowym – PFR przewiduje na to 14 dni – oraz odsetek od pozyskanej kwoty. Po drugie, możliwe są sankcje karne związane z tzw. oszustwem dotacyjnym oraz ze składaniem fałszywych deklaracji i oświadczeń. Będą one dotyczyły nieuczciwych przedsiębiorców, którzy składali wnioski o dofinansowanie, a w przypadku spółek prawa handlowego przede wszystkim reprezentanci, którzy o takie dofinansowanie występowali – wymienia partner zarządzający w Kancelarii Wojarska Aleksiejuk & Wspólnicy.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/w-styczniu-ma-ruszyc,p1788290933

Odkryto sposób, w jaki Słońce emituje energię. W eksperymencie brali udział Polacy

Eksperyment Borexino prowadzony przez zespół naukowców w podziemnym laboratorium w Gran Sasso włoskiego Narodowego Instytutu Fizyki Jądrowej pozwolił udowodnić na drodze eksperymentalnej, że gwiazdy większe od Słońca wytwarzają energię na drodze cyklu węglowo-azotowo-tlenowego. Tym samym potwierdzono, że gwiazdy generują energię na co najmniej dwa sposoby, co z kolei pozwoli zrozumieć ich funkcjonowanie. W pracach nad tym przełomowym odkryciem współuczestniczyli polscy fizycy.

– W końcu mamy pierwsze przełomowe, eksperymentalne potwierdzenie tego, w jaki sposób wytwarzają energię gwiazdy cięższe od Słońca – podkreśla Gianpaolo Bellini, profesor na Uniwersytecie w Mediolanie. – To kulminacja trzydziestoletnich wysiłków, zapoczątkowanych w 1990 roku, i ponad 10 lat odkryć Borexino w dziedzinie fizyki Słońca, neutrin i wreszcie gwiazd.

W ramach eksperymentu Borexino włoscy naukowcy przyjrzeli się procesowi fuzji jądrowej zachodzącemu wewnątrz Słońca, który odpowiada za generowanie energii emitowanej przez gwiazdę. W przypadku obiektów tej wielkości fuzja w 99 proc. przebiega na drodze łączenia się ze sobą atomów wodoru, które przekształcają się w hel, pierwiastek o większej masie, uwalniając w trakcie tego procesu duże ilości energii.

Głównym zadaniem Borexino było zbadanie pełnego spektrum strumienia neutrin powstającego podczas fuzji termojądrowej zachodzącej wewnątrz Słońca. Dogłębna analiza pozwoliła potwierdzić hipotezy dotyczące cyklu węglowo-azotowo-tlenowego (CNO) jako alternatywnego źródła energii pochodzenia słonecznego. Naukowcom udało się zarejestrować strumień neutrin generowanych na drodze cyklu CNO, udowadniając jego istnienie, a co za tym idzie, potwierdzając hipotezę dotyczącą reakcji termojądrowych wewnątrz masywnych gwiazd, których katalizatorami są atomy węgla, azotu oraz tlenu.

– Pomimo osiągniętych wcześniej wyjątkowych sukcesów i dysponując już niezwykle czystym i czułym detektorem, musieliśmy nadal ciężko pracować nad poprawieniem eliminowania i zrozumienia źródeł tła [procesów imitujących sygnał od neutrin, np. promieniowania kosmicznego – przyp. red.]. To pozwoliło zidentyfikować neutrina z cyklu CNO – tłumaczy Gioacchino Ranucci, badacz z sekcji INFN w Mediolanie, rzecznik prasowy projektu Borexino.

Polscy naukowcy z Instytutu Fizyki Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie wraz z ekspertami z Instytutu Fizyki Jądrowej im. Maxa Plancka w Heidelbergu oraz Uniwersytetu w Princeton byli odpowiedzialni za proces projektowania oraz konstruowania detektora do wykrywania strumieni neutrin na potrzeby eksperymentu Borexino. To dzięki wysokiej czułości tego urządzenia udało się uchwycić wąski strumień neutrin z cyklu CNO.

Przy projektowaniu detektora zdecydowano się na konstrukcję warstwową, aby zapewnić maksymalną radioczystość pomiaru. Dzięki temu stężenie radioizotopów w 300-tonowym ciekłym scyntylatorze jest przeszło o 18 rzędów wielkości niższe niż w wodzie mineralnej, co pozwoliło przeprowadzić pomiary o niespotykanej dotąd czułości.

– Wykrycie neutrin słonecznych produkowanych w cyklu CNO przez Borexino jest zwieńczeniem wieloletnich wysiłków, które doprowadziły nas do wykorzystania technologii ciekłego scyntylatora w nieosiągalny do tej pory sposób i uczynienia detektora Borexino najmniej radioaktywnym miejscem na Ziemi – przekonuje Marco Pallavicini, profesor na Uniwersytecie w Genui i członek zarządu INFN, obecnie współrzecznik eksperymentu.

Po raz pierwszy hipotezę dotyczącą istnienia cyklu CNO wewnątrz masywnych gwiazd wysunęli w 1938 roku naukowcy Hans Bethe oraz Carl von Weizsaecker. Eksperyment Borexino pozwolił potwierdzić tę teorię na polu eksperymentalnym. Choć cykl CNO odgrywa niewielką rolę w przypadku Słońca, ma kluczowe znaczenie dla życia i ewolucji bardziej masywnych gwiazd. To z kolei może pomóc lepiej zrozumieć pochodzenie cięższych pierwiastków, które umożliwiają życie na Ziemi.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/odkryto-sposob-w-jaki,p370090191

Firmy budowlane nie odczuwają dużego spowolnienia. Osłabienie koniunktury w budownictwie spodziewane jest w przyszłym roku

Pandemia nie zatrzymała budowlanki. Jak pokazuje listopadowa ankieta PZPB, firmy budowlane mają zapełnione portfele zleceń pozyskanych jeszcze przed pandemią COVID-19, a większość z nich pracuje w tej chwili z 80–90-proc. wydajnością. Ostatnie miesiące przyniosły pewne odbicie zwłaszcza w sektorze mieszkaniowym. Branża budowlana musi jednak przygotować się na skutki kryzysu gospodarczego w następstwie pandemii, choć osłabienie koniunktury pojawi się z pewnym opóźnieniem.

– Kondycja branży budowlanej w dobie COVID-19 jest paradoksalnie dobra. Na pewno lepsza niż wielu innych gałęzi gospodarki. Wynika to faktu, że decyzje inwestycyjne i sam proces inwestycyjny w budownictwie trwają miesiącami, czasem nawet latami. Pierwsza fala pandemii, z którą mieliśmy do czynienia wiosną, spowodowała krótkotrwałe spowolnienie prac budowlanych, niemniej jednak ich nie zatrzymała. Inwestycji budowlanych, w szczególności w sektorze mieszkaniowym, mamy w Polsce na razie rekordową liczbę – mówi agencji Newseria Biznes Paweł Kisiel, prezes Grupy Atlas.

Branża pozostała w dużej mierze odporna na pandemię, ponieważ jako jedna z niewielu mogła kontynuować działalność w czasie lockdownu przy zachowaniu reżimu sanitarnego. Prace budowlane przebiegają zgodnie z harmonogramem także teraz, w trakcie drugiej fali pandemii – wskazuje Polski Związek Pracodawców Budownictwa. W raporcie „Przyszłość budownictwa po COVID-19” podkreśla, że firmy budowlane mają w tej chwili zapełnione portfele zleceń pozyskanych jeszcze przed pandemią i kontynuują realizację wszystkich powierzonych inwestycji.

Ankieta przeprowadzona przez PZPB na początku listopada pokazała, że firmy budowlane pracują w tej chwili z 80–90-proc. wydajnością, a obostrzenia epidemiologiczne nie wpływają znacząco na kondycję operacyjną spółek. Firmy nie mają problemów ze znalezieniem podwykonawców czy pozyskaniem pracowników z zagranicy. 3/4 z nich nie obawia się pogorszenia swojej płynności finansowej w ciągu kolejnych trzech miesięcy, a ponad 2/3 nie zamierza redukować zatrudnienia. Tylko co czwarta firma przewiduje opóźnienia w realizacji kontraktów z powodu pandemii COVID-19, choć nie będą one duże (jednocześnie dla prawie połowy jest za wcześnie, żeby to ocenić).

 Jeżeli chodzi o dostawców chemii budowlanej, firmy wykonujące prace budowlane i wykończeniowe, ten rok będzie dla nich bardzo dobry. Większe obawy pojawiają się o przyszłość, ale ona będzie uzależniona m.in. od tego, jak długo potrwa druga fala COVID-19. Wrzesień i październik pokazały już mocne odbicie w budownictwie mieszkaniowym. Także wyniki finansowe spółek deweloperskich są dobre. One pokazują, że firmy zaczęły w ostatnich kilku miesiącach bardzo mocno nadrabiać okres spowolnienia z pierwszej fali pandemii – mówi Paweł Kisiel.

W ostatnich kilku latach polski rynek nieruchomości był nieprzerwanie w fazie hossy, ale pandemia SARS-CoV-2 chwilowo nim zachwiała. Klienci ograniczyli popyt, co pociągnęło za sobą słabsze wyniki finansowe deweloperów i wstrzymywanie się z nowymi inwestycjami, zwłaszcza poza największymi aglomeracjami miejskimi. W efekcie podaż nowych inwestycji mieszkaniowych może w najbliższych dwóch–czterech kwartałach nieznacznie wyhamować, choć w lipcu i sierpniu tego roku ich liczba w zasadzie powróciła do poziomu sprzed pandemii, a we wrześniu wyraźnie wzrosła.

Zgodnie z danymi GUS w październiku o 13,9 proc. wzrosła (względem września) liczba mieszkań, na których budowę wydano pozwolenia lub dokonano zgłoszenia z projektem budowlanym. Jednocześnie jednak liczba mieszkań oddanych do użytkowania spadła o 3,9 proc. w ujęciu miesięcznym, a liczba tych, których budowę rozpoczęto – o 25,3 proc. Natomiast łącznie w okresie 10 miesięcy tego roku oddano do użytkowania więcej mieszkań niż przed rokiem (176,4 tys., wzrost o 6,1 proc. r/r). Spadła jednak liczba mieszkań, na których budowę wydano pozwolenia lub dokonano zgłoszenia z projektem budowlanym, oraz mieszkań, których budowę rozpoczęto.

– Rynkowi mieszkaniowemu sprzyjają niskie stopy procentowe. Mamy w Polsce rekordową inflację na tle całej Europy, ludzie nie mogą lokować pieniędzy, a kredyty hipoteczne są bardzo tanie. W pierwszej fazie COVID-u banki bardzo usztywniły swoje polityki, ale dzisiaj atrakcyjnych ofert jest coraz więcej, oprocentowanie kredytów hipotecznych jest niskie, poniżej inflacji, więc to się po prostu opłaca – mówi prezes Grupy Atlas.

Według danych BIK w październiku br. wartość Indeksu Popytu na Kredyty Mieszkaniowe wzrosła rok do roku o 8,1 proc. W sumie o kredyt wnioskowało prawie 38,4 tys. potencjalnych kredytobiorców. To o 1,7 proc. mniej niż rok temu i 2 proc. więcej niż we wrześniu br. Co istotne, w stosunku do minimum z kwietnia br. liczba wnioskujących wzrosła aż o 38,2 proc. W ciągu najbliższych miesięcy potencjalni nabywcy nie mają co liczyć na głęboką korektę cen mieszkań.

– Ceny nieruchomości w Europie i w Stanach Zjednoczonych w średnim i długim okresie rosną. Od początku pandemii w USA wzrosły średnio o 6 proc. W Polsce wielu ekonomistów wieszczyło szybki spadek cen nieruchomości mieszkaniowych, ale one nie chcą spadać i nie ma przesłanek do tego. Wręcz przeciwnie, one raczej będą nadal rosnąć, choć już nie tak dynamicznie na skutek czynników kosztowych i popytowych, bo popyt na mieszkania nie spada – podkreśla Paweł Kisiel.

Ponad 50 proc. przedsiębiorstw ankietowanych przez PZPB obawia się w kolejnych miesiącach problemów z dostępnością materiałów i surowców na rynku budowlanym. 40 proc. przewiduje z kolei pogorszenie swojej sytuacji ekonomicznej w ciągu najbliższych trzech miesięcy (głównie firmy z segmentu infrastruktury transportowej).

PZPB prognozuje, że osłabienie koniunktury w budownictwie pojawi się z pewnym opóźnieniem, a niższa aktywność budowlana najprawdopodobniej utrzyma się przez cały 2021 rok. Najbardziej prawdopodobny scenariusz to utrzymanie wysokich nakładów na inwestycje publiczne na poziomie centralnym (m.in. w segmencie drogowym i kolejowym), ale duży spadek inwestycji w samorządach i ograniczenie ich przez inwestorów prywatnych (zwłaszcza w segmencie biurowym i handlowym). W efekcie można spodziewać się spadku rentowności firm wykonawczych o lokalnym zasięgu i przedsiębiorstw MŚP. Z kolei duże firmy wykonawcze o charakterze wielobranżowym będą w stanie utrzymać, a nawet poprawić dotychczasowe marże m.in. dzięki ustabilizowaniu cen na rynku budowlanym i dobrej rentowności kontraktów pozyskanych przed pandemią koronawirusa.

– Wynikiem pandemii na pewno będzie spowolnienie gospodarcze. Mamy jednak do czynienia z nowym zjawiskiem – masową emisją pieniądza i niskimi stopami procentowymi praktycznie na całym świecie. Tego typu działania pobudzają konsumpcję – zarówno indywidualną, jak i tę o charakterze inwestycyjnym – mówi prezes Grupy Atlas.

Jak wynika z opracowania GUS „Wpływ pandemii COVID-19 na koniunkturę gospodarczą”, w październiku większość przedsiębiorstw z branży budowlanej oceniła negatywne skutki pandemii jako nieznaczne. Dotyczy to szczególnie dużych firm, spośród których wskazało tak 67 proc. Listopadowy wskaźnik ogólnego klimatu koniunktury w budownictwie kształtuje się jednak na poziomie -26,2, dużo niższym niż w październiku (-16,5).

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/firmy-budowlane-nie,p1008852559

Szczepionki na koronawirusa trafią do Polski na początku 2021 roku. Jedna z nich została jednak skierowana na dodatkowe badania

Walka z pandemią koronawirusa wkracza w decydującą fazę. Pierwsze szczepionki pomyślnie przeszły fazy testów klinicznych i są gotowe do wprowadzenia do powszechnego obrotu. Na mocy ustaleń poczynionych przez Komisję Europejską już w styczniu 2021 roku pierwsza partia trafi do krajów członkowskich, w tym m.in. do Polski. Po ich zatwierdzeniu będą mogły trafić do pacjentów najbardziej narażonych na powikłania wynikające z zakażenia koronawirusem. Okazuje się jednak, że jedna z nich – szczepionka firmy AstraZeneca tworzona we współpracy z naukowcami z Uniwersytetu Oksfordzkiego – wymaga dodatkowych badań.

– Kwestie zatwierdzenia szczepionek do obrotu znajdują się na poziomie Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych i Głównego Inspektoratu Farmaceutycznego, podlegają również rejestracji na poziomie EMA, czyli europejskiej agencji, która je certyfikuje i dopuszcza do obrotu. W tej chwili szczepionki tych producentów, którzy już je opracowali, są na intensywnie pracujących liniach produkcyjnych. W momencie kiedy dojdzie do rejestracji, na pewno się pojawią. Jest to działanie o charakterze globalnym – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr n. med. Radosław Sierpiński, prezes Agencji Badań Medycznych.

Na przełomie października i listopada, na mocy ustaleń Komisji Europejskiej, przedstawiciele państw członkowskich podjęli decyzję o scentralizowanym zakupie szybkich testów wykrywających obecność koronawirusa oraz szczepionek, kiedy te pomyślnie przejdą testy kliniczne. Współpraca międzypaństwowa ma być gwarancją sprawiedliwego dostępu do niezbędnych środków leczniczych, które pozwolą zwalczyć pandemię na terenie wspólnoty.

Po wstępnym potwierdzeniu skuteczności części szczepionek Komisja Europejska rozpoczęła rozmowy handlowe z ich dystrybutorami, aby jeszcze w styczniu 2021 roku pierwsze partie trafiły do krajów członkowskich. Unia nie chce bowiem uzależniać się od jednego producenta i planuje zakupić szczepionki z jak największej liczby źródeł. Taka strategia zróżnicowanych dostaw ma być gwarantem niezachwianej wyszczepialności w państwach członkowskich, kiedy poszczególne specyfiki pomyślnie przejdą przez proces certyfikacyjny.

Zgodnie z założeniami Rady Ministrów do Polski w pierwszej transzy ma trafić 20 mln dawek szczepionki. Pozwolą one zaszczepić medyków oraz osoby najbardziej narażone na powikłania koronawirusowe.

– Procedura szczepień w Polsce musi być szeroko dostępna. Pewne grupy będą znajdowały się w priorytecie, m.in. osoby starsze, medycy. Logistykę szczepień przygotowuje resort zdrowia w porozumieniu z zespołem zarządzania kryzysowego. Wiemy, że szczepionki są bezpieczne i skuteczne. W obserwacjach i badaniach klinicznych widzimy bardzo dobre efekty ochronne tych działań – przekonuje ekspert.

Dotychczas Komisji Europejskiej udało się zarezerwować przeszło 1,2 mld dawek szczepień, które trafią do krajów członkowskich. Przedstawiciele Unii porozumieli się już w sprawie dostaw pierwszych szczepionek z przedstawicielami firm AstraZeneca, BioNtech-Pfizer, CureVac, Janssen Pharmaceutica NV Moderna oraz Sanofi-GSK. Najnowsze doniesienia wskazują jednak, że szczepionka firmy AstraZeneca tworzona we współpracy z naukowcami z Uniwersytetu Oksfordzkiego – wymaga dodatkowych badań, potwierdzających jej skuteczność.

Teoretycznie Unii udało się zarezerwować wystarczającą liczbę dawek, aby wyszczepić wszystkich obywateli wspólnoty, ale proces certyfikacji leków nie dobiegł jeszcze końca. Dlatego nie wiadomo, ile szczepionek ostatecznie trafi na unijny rynek. Na tempo szczepienia może mieć wpływ koszt szczepień od poszczególnych dystrybutorów.

– Kwestie refundacji szczepionki leżą w gestii resortu. To dobrze, że szczepionek jest więcej, lekarze będą decydować, która jest najwłaściwsza i która najlepiej przysłuży się pacjentom. Rozpiętość cenowa jest relatywnie duża, słyszymy o tym, że szczepionki mogą kosztować od 15 do nawet ponad 100 za dawkę. Oczywiście, w wypadku dużych populacji, to są ustalenia na poziomie rządów – tłumaczy dr n. med. Radosław Sierpiński.

Polski rząd zapewnia, że szczepionka dla chętnych ma być bezpłatna.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/szczepionki-na,p1422222550

Pandemia zwiększy innowacyjność województw. Liderem pozostaje Mazowsze, ale pozostałe ośrodki szybko zmniejszają dystans

Mazowsze, Małopolska, Dolny Śląsk i Pomorze – to liderzy innowacyjności regionów w Polsce. Wpływają na to wysokie uprzemysłowienie lokalnych gospodarek i ośrodki akademickie, które razem z firmami prowadzą działalność badawczo-rozwojową. Mniejsze miasta systematycznie zmniejszają jednak dystans do liderów, a postęp technologiczny po kryzysie będzie jeszcze bardziej dynamiczny. – Firmy i gospodarki chcące utrzymać konkurencyjność międzynarodową powinny inwestować w automatyzację – podkreśla Grzegorz Maliszewski, główny ekonomista Banku Millennium, współautor raportu „Indeks Millennium 2020  Potencjał innowacyjności regionów”.

– Pandemia wpłynęła na innowacyjność województw, firm i całej gospodarki, ponieważ nastąpiła zmiana nawyków konsumentów i postaw przedsiębiorców, również w obszarze innowacyjności – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Maliszewski. – Trudno jest ocenić, jaki to był wpływ, ponieważ nie ma dostępnych danych pokazujących działalność innowacyjną w okresie pandemii. Zgodnie z indeksem, który przygotowaliśmy w Banku Millennium, widzimy, że proces innowacyjności ma charakter dynamiczny, a firmy i województwa są bardzo aktywne w tym obszarze. Pandemia powinna przyspieszyć innowacyjność, wydatki na digitalizację i automatyzację, ponieważ ten kierunek pozwala zminimalizować jej skutki.

Piąta edycja „Indeksu Millennium 2020 – Potencjału innowacyjności regionów”, przygotowana na podstawie ostatnich dostępnych danych GUS, pokazuje, że w dalszym ciągu na czele rankingu znajdują się województwa: mazowieckie, małopolskie, dolnośląskie i pomorskie – duże ośrodki gospodarcze i akademickie. W ciągu ostatniego roku zmiany w rankingu były minimalne, najczęściej obejmowały zmianę o jedno miejsce w górę lub w dół. W tegorocznej edycji badania awansowały województwa wielkopolskie, łódzkie, śląskie, świętokrzyskie i opolskie, natomiast spadły trzy województwa, a najsilniej – o trzy lokaty – lubelskie.

„Indeks Millennium” pokazuje trendy w innowacyjności regionów i gospodarki jako całości. Obejmuje zarówno czynniki, które dotyczą nakładów na działalność innowacyjną, czyli potencjał i kapitał ludzki, na co składają się liczba studentów i absolwentów, wydajność, nakłady na badania i rozwój, jak również efekty tych nakładów, czyli wydajność pracy, stopa wartości dodanej i patenty.

– Czynnikiem, który najczęściej odpowiada za zmiany w rankingu, w tym również za awans regionów, jest działalność badawczo-rozwojowa, czyli wydatki na badania i rozwój oraz liczba uzyskanych patentów – wyjaśnia ekspert. – Są to najbardziej dynamiczne zmienne w naszym rankingu, bo większość pozostałych, takich jak aktywność, potencjał akademicki czy wydajność pracy, są to procesy długoterminowe i podlegają mniejszej zmienności w poszczególnych latach.

Jak podkreśla główny ekonomista Banku Millennium, a zarazem jeden z autorów raportu, na poziom i potencjał innowacyjności regionów wpływa również szereg innych czynników nieuwzględnionych w indeksie, takich jak kultura innowacyjności czy też zaufanie i współpraca pomiędzy poszczególnymi podmiotami życia społeczno-gospodarczego.

– Te wątki staramy się uwzględnić w analizie jakościowej, bo nie wszystkie czynniki da się sparametryzować. To są elementy szczególnie ważne w przypadku małych ośrodków gospodarczych i naukowych, w mniejszych regionach, które w ten sposób mogą poprawić efektywność ponoszonych nakładów na innowacyjność – mówi Grzegorz Maliszewski. – W czasach pandemii współpraca i zaufanie poszczególnych podmiotów uczestniczących w procesie innowacyjności, czyli biznesu, akademii, władz centralnych i samorządowych, mogą pobudzić innowacyjność w warunkach kryzysu, kiedy nastroje są słabsze, a sytuacja finansowa firm gorsza.

Na dole rankingu Banku Millennium znajdują się województwa najmniejsze gospodarczo i akademicko – lubuskie, świętokrzyskie i warmińsko-mazurskie, które są niewielkimi ośrodkami akademickimi i biznesowymi, mało uprzemysłowionymi, i którym w związku z tym jest trudniej wygospodarować duży zasób środków potrzebnych na działalność innowacyjną. Główny ekonomista Banku Millennium zwraca jednak uwagę na fakt, że według tegorocznej edycji badania nastąpiło zmniejszenie dystansu województw do lidera, czyli województwa mazowieckiego. To może wskazywać, że mniejsze ośrodki akademickie są bardziej aktywne innowacyjnie i stopniowo nadrabiają dystans.

– Powinniśmy się spodziewać przyspieszenia innowacyjności. Kryzys wywołany pandemią pokazał, że firmy, które mają rozbudowany obszar digitalizacji i robotyzacji, mogą łagodniej przejść przez kryzys. Dlatego też, pomimo dużej niepewności w gospodarce, firmy i regiony powinny pamiętać o długoterminowych trendach związanych z digitalizacją, automatyzacją i postępem technologicznym – wskazuje.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/pandemia-zwiekszy,p1609178005

Przełom w poszukiwaniu śladów życia pozaziemskiego. Nowa kamera umieszczona na teleskopie na Hawajach pozwoli bezpośrednio zobrazować egzoplanety [DEPESZA]

Do tej pory odkryto ponad 4,3 tys. egzoplanet – takich, które krążą wokół innych gwiazd niż Słońce. Tylko nieliczne z nich można zobaczyć. Od ponad dekady naukowcy próbują bezpośrednio zobrazować egzoplanety, ale atmosfera ziemska stanowi dużą przeszkodę dla naziemnych teleskopów. Teraz zespół naukowców i badaczy z UC Santa Barbara opracował nową kamerę do polowania na egzoplanety. Urządzenie wykorzystuje mikrofalowe detektory kinetycznej indukcyjności i pozwoli bezpośrednio obrazować egzoplanety. Tym samym pomoże w poszukiwaniu śladów życia na innych planetach.

Od czasu pierwszego potwierdzenia istnienia egzoplanety krążącej wokół gwiazdy podobnej do Słońca w 1995 roku i przy zaledwie niewielkiej próbce przebadanej dotychczas galaktyki Drogi Mlecznej odkryto już ponad 4,3 tys. egzoplanet. Erę polowań na planety zapoczątkował Kosmiczny  Teleskop Keplera, który mógł uchwycić niewielkie spadki ilości światła pochodzącego od pojedynczych gwiazd, spowodowane przez planety przecinające się przed nimi (metodą tranzytu). Po wykryciu rozmiar orbity planety można obliczyć na podstawie tego, jak długo musi ona okrążyć gwiazdę, i masy gwiazdy. Kosmiczny Teleskop Hubble’a, dzięki technice spektroskopii tranzytowej, może zbadać skład atmosfer egzoplanet.

Przyszłością jest jednak bezpośrednie obrazowanie, które pozwoli dokładnie wykazać cechy powierzchni egzoplanet. Tak powstał np. film przedstawiający cztery egzoplanety na orbicie wokół gwiazdy HR 8799, stworzony przez astronomów na podstawie zdjęć z Obserwatorium Kecka na Hawajach. Następna generacja teleskopów kosmicznych miałaby wykonywać bezpośrednie zdjęcia egzoplanet przy użyciu nowych technologii: koronografu i cienia gwiazd.

Teraz zespół naukowców i inżynierów, w tym badacze z UC Santa Barbara, opracował nową kamerę do polowania na egzoplanety – MKID Exoplanet Camera (MEC). Umieszczona w Subaru Telescope na wulkanie Mauna Kea na Hawajach to największa na świecie kamera nadprzewodząca pod względem liczby pikseli. W przyszłości może to utorować drogę do bezpośredniego obrazowania planet pozasłonecznych.

– Bardzo skomplikowane adaptacyjne systemy optyczne pozwalają nam odkrywać planety takie jak te z HR 8799, który jest układem z czterema planetami krążącymi wokół masy Jowisza – wskazuje prof. Ben Mazin z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Santa Barbara. – Odkryliśmy, że samo użycie optyki adaptacyjnej pozwoli nam znaleźć część planet, które wciąż świecą ciepłem swojego formowania. One nie są tak powszechne w naszym gwiezdnym sąsiedztwie.

Zaawansowane detektory wykorzystują koronograf, który blokuje część światła z gwiazdy macierzystej. W ten sposób naukowcy mogą lepiej rozróżnić światło odbijające się od samej planety. To istotne zwłaszcza w przypadku obrazowania pobliskich systemów, jednak uzyskanie najlepszej wydajności z takiej konfiguracji wymaga wyjątkowo dobrej optyki adaptacyjnej.

– Obecnie wykorzystywane instrumenty natrafiają na ścianę – twierdzi prof. Ben Mazin. – Mogą blokować światło gwiazdy około milion razy, ale problem polega na tym, że większość planet jest prawie miliard razy słabsza niż ich gwiazda macierzysta.

Skonstruowana przez naukowców kamera MKID wykorzystuje mikrofalowe detektory indukcji kinetycznej (MKID) i umożliwi bezpośrednie zobrazowanie egzoplanet i dysków wokół jasnych gwiazd. Detektor działa z energią 90 milikelwinów i jest pierwszą zainstalowaną na stałe kamerą nadprzewodzącą, która działa w widmie optycznym i bliskiej podczerwieni.

– W obrazowaniu egzoplanet próbujemy uchwycić planety, które są miliony razy słabsze od ich gwiazd macierzystych – wskazuje Sarah Steiger, doktorantka Uniwersytetu Kalifornijskiego w Santa Barbara, która pracowała nad detektorem MKID. – To mniej więcej tak, jakbyśmy z samolotu próbowali dojrzeć świetlika obok w pełni oświetlonego stadionu piłkarskiego. Robić to z ziemi jest jeszcze trudniej, bo musimy patrzeć przez burzliwą atmosferę Ziemi, która zniekształca obrazy.

Nowa kamera może być przełomem w poszukiwaniu śladów życia na egzoplanetach. Według nowych badań wykorzystujących dane z Kosmicznego Teleskopu  Keplera około połowa gwiazd o podobnej temperaturze do Słońca może mieć skalistą planetę zdolną do utrzymywania wody w stanie ciekłym na jej powierzchni. Kamera MKID rozszerza zakres egzoplanet, które astronomowie mogą bezpośrednio zobrazować.

– Nie będziemy w stanie znaleźć dowodów życia, wykorzystując obecne teleskopy, ponieważ są po prostu trochę za małe – podkreśla Olivier Guyon, prof. nadzw. w Instytucie Nauk Optycznych na Uniwersytecie Arizony oraz naukowiec pracujący nad projektem Subaru Telescope. – Przygotowujemy się jednak do następnego dużego kroku, jakim jest rozmieszczenie kamer obrazujących egzoplanety na większych teleskopach, takich jak Teleskop TMT. Kiedy te teleskopy zaczną działać online, te same technologie, ten sam aparat, te same sztuczki pozwolą nam faktycznie szukać życia pozaziemskiego.

Teleskop Thirty Meter Telescope (TMT) ma rozpocząć swoją pracę w 2027 roku. Powstaje także na Hawajach.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/przelom-w-poszukiwaniu,p272958175

Na Śląsku stawiają na innowacje społeczne i zielone technologie. Duże inwestycje klimatyczne czekają wszystkie polskie miasta

W najbliższych kilkunastu latach polskie miasta czekają duże inwestycje związane z potrzebą dostosowywania do europejskiej polityki klimatycznej i z przeciwdziałaniem zmianom klimatu. Środki potrzebne są przede wszystkim na nowe technologie, poprawiające jakość życia w długoletniej perspektywie. Sytuację skomplikowała jednak pandemia, w wyniku której samorządy tracą miliony złotych m.in. przez koszty walki z wirusem i mniejsze wpływy z podatków. W trudnych czasach potrzebne jest innowacyjne podejście do zarządzania, zwłaszcza w miastach, których gospodarka opiera się na kopalniach. W ramach projektu Rybnik360 śląskie miasto do 2035 roku chce zastąpić wygaszane stopniowo górnictwo, opierając się m.in. na zielonych technologiach i odnawialnych źródłach energii.

Samorządy polskich miast z powodu pandemii tracą miliony złotych. To z jednej strony koszty walki z koronawirusem, z drugiej – mniejsze wpływy z podatków. Na problemy ze zbilansowaniem budżetów nakładają się również nowe zadania, które wyznacza im rząd. Środki są potrzebne nie tylko na bieżące wydatki i finansowanie podstawowych usług dla mieszkańców, lecz także na długofalowe inwestycje mające poprawić ich komfort i jakość życia. Tradycyjne podejście do przeciwdziałania zmianom klimatu już nie wystarcza, aby wywołać niezbędną zmianę systemową. Potrzebna jest holistyczna, społeczno-gospodarcza zmiana, zwłaszcza w regionach do tej pory opartych na węglu. 

– Rybnik to jest miasto, w którym funkcjonują dwie kopalnie węgla kamiennego, kilka kolejnych jest w bezpośrednim sąsiedztwie i sporo rybniczan pracuje w górnictwie. Dodatkowo na jego terenie jest elektrownia, która jest zasilana węglem kamiennym, dlatego wszystko, co jest związane z restrukturyzacją branży górniczej i z odchodzeniem od węgla, będzie na nasze miasto bardzo silnie wpływało. Mamy z tym związane niepokoje i obawy, natomiast mamy też pełną świadomość, że ten proces musi nastąpić i po prostu trzeba się do niego przygotować – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Masłowski, wiceprezydent Rybnika.

Te obawy to w dużej mierze efekt doświadczeń z zamknięcia rybnickiej kopalni Rymer w latach 90., które spowodowało zubożenie dzielnicy wokół. Dlatego też miasto pracuje nad rozwojem alternatywnych dla górnictwa obszarów, które pozwolą bezboleśnie odchodzić od produkcji węgla, zwłaszcza w kontekście ochrony miejsc pracy.

– Już najwyższy czas, żeby odejść od myślenia o Śląsku jako o miejscu, gdzie się ciężko fizycznie pracuje. Dlatego to, nad czym chcemy pracować, to z jednej strony rozwój obszarów związanych z zielonymi miejscami pracy, odnawialnymi źródłami energii, a z drugiej strony zależy nam na tym, żeby do Rybnika ściągać firmy zajmujące się obsługą księgową, centra usług, nowe powierzchnie biurowe. W ten sposób chcemy młodym ludziom, wyjeżdżającym z miasta na studia, stworzyć takie warunki, do których chcieliby tu wracać – wskazuje wiceprezydent Rybnika.

Miasto rozmawia już z nowymi inwestorami ze Skandynawii, m.in. producentem dachów fotowoltaicznych, a także producentem samochodów elektrycznych.

– Chcemy także stworzyć w mieście razem z miejscowymi podmiotami gospodarczymi i jedną ze spółek giełdowych pierwszą w Polsce partycypacyjną farmę fotowoltaiczną, w której mieszkańcy będą mogli mieć swoje udziały. To pokazuje szerokie spektrum, w jakim myślimy z jednej strony o innowacji, a z drugiej strony o zielonych miejscach pracy – mówi Piotr Masłowski.

Jak podkreśla, te obszary znajdą się w nowej strategii miasta do 2035 roku, nad którą wystartowały prace, prowadzone jednak w niestandardowy sposób. Jego transformacja ma być możliwa dzięki projektowi Rybnik360 Deep Demonstration, który realizuje EIT Climate-KIC Polska wraz z partnerami SPIN-US, MCM Institute i start-upem Swarmcheck. 

– Wyzwania związane z mniejszą ilością środków finansowych zmuszają nas do głębszego rozważenia, w których obszarach działać. Projekt Rybnik360 daje nam takie narzędzia. Pokazuje obszary, na których powinniśmy skoncentrować nasze środki, żeby zapewnić miastu przyszłość – mówi wiceprezydent Rybnika.

Projekt jest unikatowy na skalę całego kraju. Wykorzystuje innowacje społeczne, bo to właśnie mieszkańcy, instytucje pozarządowe i przedsiębiorcy, poprzez określenie potencjału miasta oraz swoich mocnych i słabych stron, określą kierunki zmian. W ten sposób będzie można wspólnie wypracować nową wizję Rybnika.

– To jest pewne odwrócenie procesu, bo prym wiodą grupy interesariuszy. To one nam mówią, w jaki sposób widzą przyszłość miasta. Zdefiniowaliśmy pewne obszary, które stanowią wyzwania dla Rybnika: jakość powietrza, jakość życia, przyszłość górnictwa, przyszłość pracy. Teraz, w ostatnim kwartale roku, będziemy szukać rozwiązań, które możemy zaimplementować po to, żeby zmieniać się w pozytywnym kierunku – tłumaczy Wojciech Kiljańczyk, członek zarządu SPIN-US, partnera projektu.

Przy wykorzystaniu deep listening, hiszpańskiej metody stworzonej w Kraju Basków, miasto chce zmapować system miejski, zweryfikować zależności między różnymi obszarami i znaleźć rozwiązania, które będą jednocześnie oddziaływać na cały system.

– Dzięki tej metodzie hiszpańskie Bilbao, kiedyś zupełnie przemysłowe, przekształciło się w kierunku usług innowacyjnej przedsiębiorczości. Mamy nadzieję, że także będziemy szli w takim kierunku. Tradycyjne sektory gospodarcze, przemysłowe, w pewnym sensie ograniczają przedsiębiorczość i aktywność zawodową. Natomiast wygaszanie tych sektorów w przyszłości spowoduje, że będziemy musieli być bardziej aktywni. Mam nadzieję, że pobudzi to również przedsiębiorczość, która pozwoli rozwinąć innowacyjne sektory – ocenia Wojciech Kiljańczyk.

Projekt Rybnik360 Deep Demonstration jest rozwiązaniem w Polsce dotychczas niespotykanym. Samorządy raczej zdają się na analizy eksperckie, które decydują o przyszłości rozwoju miasta. W przypadku Rybnika decydujący głos mają sami mieszkańcy. W ten sposób miasto chce zatrzymać młodych i przyciągnąć nowych inwestorów. W przyszłości podobną metodę mogłyby rozwijać także inne samorządy.

– Staramy się prowadzić ten ogląd na rybnicką rzeczywistość w różnych obszarach tematycznych, także odnosząc się do innych miejsc w Europie i na świecie. To jest bardzo duża przewaga EIT Climate-KIC, że mamy zapewniony background – mówi członek zarządu SPIN-US. –  EIT Climate-KIC wybrał nas dlatego, że jesteśmy miastem średniej wielkości, w którym jest obecne górnictwo, żeby przetestować tę metodę w Polsce. Robimy to, żeby w przyszłości móc przekładać nasze doświadczenia na inne polskie miasta.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/na-slasku-stawiaja-na,p322851292

Opracowane przez Polaków mobilne kasy zwiększają bezpieczeństwo zakupów podczas pandemii. Wystarczy zeskanować produkty, a płatność jest pobierana automatycznie

Sztuczna inteligencja i inteligentne algorytmy zmieniają branżę spożywczą. Technologie pomagają zapobiegać marnotrawieniu żywności i podpowiadają ilość zamawianych towarów. Inteligentne kamery rozpoznają emocje klienta, sugerują produkty, które powinny trafić do koszyka, jeszcze inne zapobiegają kradzieżom. Przy zakupach nie są też już potrzebni kasjerzy. Opracowane przez Polaków mobilne kasy samoobsługowe SmartCart skanują produkty trafiające do koszyka, a płatność jest automatycznie pobierana z konta.

– W mobilnych kasach samoobsługowych klient bierze wózek, z którym wcześniej się paruje mobilną aplikacją w swoim telefonie, następnie robi zakupy, skanuje wszystkie produkty i wkłada je do koszyka. Rachunek jest naliczany automatycznie cały czas, później wystarczy po prostu wyjechać tym wózkiem ze sklepu. Jeśli rachunek został pozytywnie zweryfikowany, płatność zostaje pobrana z naszego konta lub karty wcześniej dodanej do aplikacji mobilnej – tłumaczy agencji Newseria Innowacje Jarosław Kaczmarczyk, współzałożyciel start-upu ZeroQs.

Największe sieci spożywcze wykorzystują najnowsze osiągnięcia w dziedzinie uczenia maszynowego, wizji komputerowej i algorytmów głębokiego uczenia, aby całkowicie zmienić sposób, w jaki robimy zakupy. Przykładem może być Afresh Technologies. Stosuje technologię SI, aby pomóc sklepom spożywczym prognozować popyt, uzupełniać zapasy i uzyskiwać wgląd w potrzeby konsumentów. Dzięki algorytmom głębokiego uczenia Afresh przetwarza miliony punktów danych, aby zapewnić prognozy popytu, rekomenduje pozycje potrzebne do uzupełnienia zapasów, a proces zaopatrzenia jest automatycznie integrowany z przepływem pracy sklepu spożywczego.

Coraz więcej sieci wdraża też rozwiązania, które pozwalają płacić bez pośrednictwa kasjera. Takie rozwiązanie wprowadził m.in. Amazon Go, a DXC Technology wraz z Harting Systems i Muratą uruchomiły w 2020 roku nową kasę samoobsługową opartą na identyfikacji radiowej. Polacy opracowali zaś SmartCart – całkowicie mobilne kasy samoobsługowe, które składają się ze skanera kodów kreskowych i ekranu dotykowego oraz dedykowanej aplikacji. System wagowy i wizyjny w czasie rzeczywistym wykrywa błędy i próby oszustw.

– Sztuczna inteligencja cały czas nadzoruje cały proces sprzedaży, tzn. sprawdza, czy produkty, które zostały zeskanowane, zostały również włożone do koszyka. Bardzo pomocny jest tu system wizyjny i system wagowy – mówi Jarosław Kaczmarczyk.

Automatyczna płatność to korzyść nie tylko dla klienta (wygoda i szybkość zakupów), lecz także sieci handlowych, niezależnie od ich wielkości. Technologie automatyzują procesy sprzedażowe, pozwalają lepiej zarządzać stanem magazynów i zwiększają poziom „shopping experience” klientów.

– Mobilne kasy samoobsługowe zostały już uznane jako nowa generacja sprzętu do obsługi klientów. Świat idzie w tym kierunku, aby każdy klient mógł być niezależny od nikogo w sklepie, mógł robić zakupy tak, jak lubi, o takich porach, jakich chce, autonomia jest więc najważniejsza – przekonuje współzałożyciel ZeroQs.

Technologię mobilnych kas samoobsługowych SmartCart wdrażają m.in. IKEA, Carrefour, sieć X5, a także polska sieć Społem. Jak tłumaczy Jarosław Kaczmarczyk, ich wprowadzenie przyspieszyła pandemia.

– Mobilne kasy samoobsługowe ograniczają kontakt ludzki, pozwalają klientom robić zakupy niezależnie od nikogo – wskazuje ekspert.

Sama płatność jest też całkowicie bezpieczna. Dane konta połączonego z aplikacją kasy samoobsługowej są praktycznie nie do zhakowania.

– Cała infrastruktura informatyczna jest postawiona na chronionych serwerach i chmurach takich jak Microsoft Azure, które są przez nas licencjonowane. To daje bezpieczeństwo potwierdzone wieloma certyfikatami. Są to jedne z najbezpieczniejszych rozwiązań chmurowych obecnie dostępnych – przekonuje współzałożyciel ZeroQs.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/opracowane-przez-polakow,p30058726

Firmy kurierskie przygotowują się na rekordowy świąteczny szczyt paczkowy. Rosnącą liczbę przesyłek obsłużą nowe terminale i sortownie

Co roku w sezonie przedświątecznym liczba nadawanych przesyłek rośnie średnio o 40–60 proc., a w szczytowym momencie wzrost sięga nawet 100 proc. Branża spodziewa się, że mimo spowolnienia gospodarki tegoroczny szczyt może być rekordowy, ponieważ przez pandemię koronawirusa wielu Polaków zdecyduje się kupić prezenty w e-sklepach, zamiast wybierać się do galerii handlowych. Dlatego też przygotowania do tego gorącego okresu firmy kurierskie zaczęły już latem. DHL od września rekrutuje dodatkowych pracowników. Prace w przedświątecznym szczycie wesprze także uruchomiony pod Gdańskiem nowy terminal G2, który może obsłużyć nawet 30 tys. paczek dziennie.

Szczyt przedświąteczny to gorący okres dla całego e-commerce. Ruch na stronach e-sklepów rośnie w tym okresie nawet o kilkaset procent. Szczyt paczkowy rozpoczyna się zwykle w Black Friday pod koniec listopada, kiedy sklepy stacjonarne i internetowe kuszą klientów dużymi obniżkami, i trwa aż do świąt Bożego Narodzenia, bo wielu Polaków zamawia świąteczne prezenty online tuż przed Gwiazdką. W tym roku wzrosty rozpoczęły się szybciej ze względu na zamknięcie galerii handlowych i wielu kategorii sklepów stacjonarnych. Zamówienia złożone w e-sklepach generują z kolei większą liczbę przesyłek.

 Świąteczny szczyt to duże wyzwanie dla całej branży logistycznej, która przygotowuje się do niego już kilka miesięcy wcześniej. My zaczynamy już w lipcu. Pracuje nad tym zespół crossfunkcyjny złożony z kilkudziesięciu osób, m.in. przedstawicieli operacji, sprzedaży i funkcji wsparcia. Skupiają się oni na zapewnieniu odpowiedniej obsady kurierów i pracowników magazynów, na przeglądzie procesów pod kątem potencjalnych usprawnień, również tych wymagających wsparcia informatycznego, a przede wszystkim na bardzo dokładnym planowaniu i prognozowaniu wolumenów na dni szczytowe – mówi agencji Newseria Biznes Bartłomiej Wnęk, wiceprezes ds. operacyjnych DHL Parcel Polska.

Kiedy święta Bożego Narodzenia wydają się jeszcze odległą perspektywą, firmy kurierskie już pracują nad tym, aby być w pełnej gotowości operacyjnej. To często oznacza dodatkowe rekrutacje.

– Zatrudnianie dodatkowych pracowników w związku ze szczytem paczkowym zaczynamy już we wrześniu. Szacunkowy plan to około 30-proc. wzrost zatrudnienia, a do zapewnienia prawidłowej obsługi potrzebni są nie tylko kurierzy, ale również pracownicy magazynów i operatorzy wózków widłowych – wskazuje Patryk Kęska, kierownik terminala G2 w Tuchomiu pod Gdańskiem, DHL Parcel Polska. 

DHL prognozuje, że tegoroczny szczyt przedświąteczny może być rekordowy, ponieważ ze względu na pandemię koronawirusa wielu Polaków zdecyduje się kupić prezenty w e-sklepach, zamiast wybierać się do galerii handlowych. Tym bardziej że wciąż nie wiadomo, kiedy rząd zdecyduje się na ich ponowne otwarcie.

– Ten rok jest szczególny, ponieważ upływa pod znakiem pandemii, więc jest jeszcze bardziej dynamiczny i nieprzewidywalny. Natomiast jesteśmy na to przygotowani i nawet klienci, którzy przegapią moment i zdecydują się zamówić prezenty tuż przed samymi świętami, będą z naszych usług zadowoleni – przekonuje Bartłomiej Wnęk.

Aby sprostać zwiększonemu zapotrzebowaniu na dostawy, DHL zainwestował w odpowiednią infrastrukturę. Operator logistyczny wybudował w Tuchomiu pod Gdańskiem nowy terminal G2, który dzięki nowoczesnym sorterom i infrastrukturze operacyjnej może obsłużyć nawet 30 tys. paczek dziennie.

– Nowa inwestycja w Gdańsku znacznie wesprze nasze moce przerobowe w okresie świątecznego szczytu – mówi wiceprezes ds. operacyjnych DHL Parcel Polska. – Terminal w Tuchomiu to jednak przede wszystkim odpowiedź na dynamiczny wzrost wolumenów w rejonie Trójmiasta. Nasz biznes rozwija się w bardzo szybkim tempie, obserwujemy wciąż rosnące zapotrzebowanie na usługi kurierskie.

Jak wskazuje, terminal G2 już przejął ok. 40 proc. przesyłek obsługiwanych do tej pory w jednostce Kowale, również zlokalizowanej pod Gdańskiem.

– Nowoczesny obiekt w Tuchomiu liczy 4 tys. mkw. hali magazynowej, 600 mkw. powierzchni biurowej, 20 bram dla transportów liniowych, 9 bram dla transportów paletowych i 60 standardowych bram kurierskich. Tą inwestycją zdecydowanie poprawiamy warunki pracy dla pracowników magazynu i biura oraz kurierów – mówi Bartłomiej Wnęk.

– Załoga obiektu liczy w tej chwili ponad 200 kurierów i pracowników – dodaje kierownik terminala Patryk Kęska.

Jak podkreśla, zlokalizowany pod Gdańskiem terminal G2 jest jednym z najbardziej proekologicznych tego typu obiektów w Polsce, wyposażonym w cały szereg rozwiązań służących ochronie środowiska oraz oszczędzaniu energii potrzebnej do ogrzewania i zasilania urządzeń elektrycznych.

– Ten obiekt ma system do zawracania wody opadowej, którą wykorzystujemy m.in. do podlewania terenów zielonych. Zastosowano w nim specjalną izolację ścian, która chroni przed nadmiernym wychłodzeniem w okresie zimowym, oraz szyby odbijające promienie słoneczne, dzięki czemu budynek nie nagrzewa się w okresie letnim. Zastosowaliśmy też rekuperację, czyli proces odzyskiwania ciepła. Równie ważny jest proekologiczny system strefowego oświetlania LED, dzięki któremu oszczędności energii sięgają 50 proc. W budynku zamontowano również specjalny dach, który przepuszcza światło, oraz fotowoltaikę, która zasila go w energię elektryczną – wymienia.

Budynek nowego terminala został zaprojektowany zgodnie z przyjętą przez DHL strategią GoGreen, której celem jest minimalizowanie wpływu firmy na środowisko i osiągnięcie zerowej emisji CO2 powstającej na skutek operacji logistycznych do 2050 roku.

– W ramach tej strategii realizujemy w Polsce i innych krajach projekty, których efekty mierzymy właśnie redukcją emisji CO2. Koncentrujemy się na wykorzystaniu alternatywnych źródeł energii, redukcji zużycia paliw oraz zmniejszeniu emisji spalin – mówi Patryk Kęska.

Nowy terminal G2 to niejedyna w tym roku inwestycja w infrastrukturę, która ma wzmocnić sieć operacyjną DHL Parcel Polska. Wcześniej do użytku oddane zostały również nowe jednostki we Włocławku i Jeleniej Górze. Operator logistyczny analizuje rynek, dostosowując sieć krajowej infrastruktury do sytuacji i prognoz na  przyszłość.

 Rozwój infrastruktury operacyjnej w DHL zapowiada się ciekawie w kolejnych latach. Przed nami inwestycja w Siedlcach. W ciągu najbliższych dwóch lat czeka nas bardzo duży projekt w Wielkopolsce – najnowocześniejszy, jeśli chodzi o zastosowane w nim urządzenia sortujące – zapowiada Bartłomiej Wnęk.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/firmy-kurierskie,p1581942217