Coraz lepsza jakość powietrza w Europie. Na rynku pojawiają się innowacyjne rozwiązania pomagające w walce ze smogiem [DEPESZA]

Poprawia się jakość powietrza w Europie. Spada też liczba zgonów spowodowanych zanieczyszczeniem powietrza – wynika  z danych Europejskiej Agencji Środowiska (EEA). Z powodu zanieczyszczenia pyłem w 2018 roku zmarło ok. 417 tys. Europejczyków, o ponad 60 tys. mniej niż jeszcze w 2009 roku. Komisja Europejska opublikowała niedawno plan działania na rzecz strategii „zero zanieczyszczeń”. Nie brakuje też innowacyjnych rozwiązań opracowywanych przez start-upy, które mają pomóc w walce ze smogiem.

Najnowsze sprawozdanie Europejskiej Agencji Środowiska (EEA) „Jakość powietrza w Europie – 2020” wskazuje, że jakość powietrza na Starym Kontynencie  systematycznie się poprawia. Z powodu narażenia na drobny pył w 2018 roku zmarło przedwcześnie ok. 417 tys. osób – o ok. 60 tys. mniej niż jeszcze w 2009 roku. Zmniejsza się też liczba zgonów spowodowanych dwutlenkiem azotu (54 tys., co oznacza spadek o 54 proc. w ciągu dekady). W dużej mierze to efekt polityki w zakresie środowiska i klimatu w całej Europie. Dane z 2020 roku mogą być jeszcze lepsze – ze względu na pandemię koronawirusa i wprowadzony lockdown emisja niektórych zanieczyszczeń spadła o ok. 60 proc.

– Jakość powietrza poprawia się dzięki wdrażanej polityce w zakresie środowiska i klimatu. Nie możemy jednak ignorować negatywnych aspektów tej sytuacji – liczba przedwczesnych zgonów w Europie z powodu zanieczyszczenia powietrza jest nadal o wiele za wysoka – podkreśla Virginijus Sinkevičius, komisarz KE ds. środowiska, oceanów i rybołówstwa.

Komisja Europejska opublikowała też plan działania UE na rzecz strategii „zero zanieczyszczeń”, części Europejskiego Zielonego Ładu. Zgodnie z założeniami programu Europa do 2050 roku ma być kontynentem neutralnym dla klimatu. Europejski Zielony Ład zawiera plan działań umożliwiających bardziej efektywne wykorzystanie zasobów dzięki przejściu na czystą gospodarkę o obiegu zamkniętym oraz przeciwdziałanie utracie różnorodności biologicznej i zmniejszenie poziomu zanieczyszczeń. Ma to być możliwe dzięki m.in. zapewnieniu większej efektywności energetycznej budynków, wprowadzeniu ekologicznych form transportu czy wspieraniu innowacyjnych, proekologicznych rozwiązań.

– W Europejskim Zielonym Ładzie postawiliśmy sobie za cel ograniczenie wszelkiego rodzaju zanieczyszczeń do zera. Aby odnieść sukces i w pełni chronić zdrowie ludzi i środowisko, musimy jeszcze bardziej ograniczyć zanieczyszczenie powietrza i ściślej dostosować nasze normy jakości powietrza do zaleceń Światowej Organizacji Zdrowia. Zostanie to uwzględnione w przyszłym planie działania – zapowiada Virginijus Sinkevičius.

W walkę ze smogiem i zanieczyszczeniem powietrza zaangażowało się wiele firm i start-upów. Na rynku jest już dostępna farba, która oczyszcza zanieczyszczone powietrze w procesie podobnym do fotosyntezy. Gdy farba jest wystawiona na działanie promieni słonecznych, otaczające powietrze jest natleniane w wyniku reakcji chemicznej. Pierwsze wyniki pokazują, że farba faktycznie działa – w Meksyku powstały trzy murale, które neutralizują równowartość zanieczyszczenia wytwarzanego przez około 60 tys. pojazdów rocznie. Naukowcy z Imperial College w Londynie współpracują z kolei ze start-upem Arborea nad BioSolar Leaf. To duże panele pokryte drobnymi roślinami, które usuwają dwutlenek węgla i uwalniają tlen w tempie odpowiadającym 100 drzewom z powierzchni pojedynczego drzewa.

W Londynie, Paryżu i Berlinie stanęły zaś pierwsze na świecie inteligentne biotechnologiczne filtry powietrza – drewniane ławy pokryte różnymi rodzajami mchu. Twórcy Green City Solutions twierdzą, że mech może wykonać pracę równoważną 275 drzewom. Z kolei holenderska firma opracowała Smog Free Tower, czyli wieżę oczyszczającą powietrze, która zasysa zanieczyszczenia i usuwa czyste powietrze. Wydobyte zanieczyszczenia są zamieniane w biżuterię. Pierwsza wieża została zainstalowana w Rotterdamie, a projektanci twierdzą, że może oczyścić 3,5 mln m3 powietrza dziennie.

– Z danych EEA wynika, że inwestowanie w lepszą jakość powietrza jest inwestycją na rzecz poprawy zdrowia i wydajności dla wszystkich Europejczyków. Strategie polityczne i działania, które są spójne z europejskimi ambicjami w zakresie zerowych emisji zanieczyszczeń, prowadzą do dłuższego i zdrowszego życia i bardziej odpornych społeczeństw – przekonuje dyrektor wykonawczy EEA, Hans Bruyninckx.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/coraz-lepsza-jakosc,p107910191

W czasie pandemii wzrosty obciążenia sieci sięgają 50 proc. Rośnie zapotrzebowanie na technologię światłowodową

Lockdown i gwałtowny wzrost obciążenia sieci spowodowany m.in. powszechną nauką i pracą zdalną był stress testem dla operatorów i infrastruktury telekomunikacyjnej. W sieci Orange ruch wzrósł w szczytowym momencie o ponad połowę, a w sieci mobilnej o ¼. Jak pokazują dane operatora, w kryzysowych warunkach swoją przewagę pokazał światłowód, który pozwolił użytkownikom przesyłać o ok. 30 proc. więcej danych niż starsze technologie dostępu do internetu. – Na inwestycje w sieć światłowodową przeznaczamy 700–800 mln zł rocznie – mówi Maciej Nowohoński, członek zarządu Orange Polska. W  zasięgu tej technologii jest już prawie 5 mln gospodarstw domowych w Polsce.

W czasie lockdownu spowodowanego pandemią COVID-19 prywatne i zawodowe życie Polaków przeniosło się do sieci. Jak pokazało lipcowe badanie IMAS International na zlecenie KRD, ponad połowa z nas (56,5 proc.) w czasie pandemii częściej sięga po telefon, a podobny odsetek (54,3 proc.) częściej korzysta z internetu. Czas spędzany w sieci bądź z komórką w dłoni wydłużył się najczęściej o 2-4 godziny.

Z wrześniowego badania Dentsu Aegis wynika natomiast, że w pandemicznych miesiącach wzrosło korzystanie z mediów, w tym społecznościowych i digitalowych. Tutaj także ponad połowa Polaków (56 proc.) przyznała, że obecnie częściej korzysta z komunikatorów takich jak np. Messenger, 27 proc. częściej prowadzi wideorozmowy (np. poprzez Skype’a lub Zooma), a 15 proc. wykorzystuje internet do nauki online. Częstsze korzystanie z sieci wynika też z pracy zdalnej, a – jak pokazało badanie Dentsu – w ciągu ostatnich sześciu miesięcy na home office pracowało 46 proc. Polaków.

Gwałtowny wzrost obciążenia sieci był wyzwaniem dla infrastruktury telekomunikacyjnej wszystkich operatorów. W pierwszych dniach lockdownu – po wprowadzeniu powszechnej nauki i pracy zdalnej – ruch w sieci Orange wzrósł w szczytowym momencie o ponad połowę, a w sieci mobilnej o ¼.

– Obie sieci sprawdziły się doskonale, m.in. dzięki temu, że są odpowiednio doinwestowane. Tyko na inwestycje w sieć światłowodową przeznaczamy 700800 mln zł rocznie, a kolejnych kilkaset milionów inwestujemy w sieci mobilne. Ta sytuacja była dla nas testem, który zdaliśmy znakomicie, ale też jeszcze bardziej podkreśliła istotną rolę, jaką odgrywa w tej chwili w Polsce sieć światłowodowa – mówi Maciej Nowohoński.

Chociaż w ostatnich latach operatorzy telekomunikacyjni prowadzili wielomiliardowe inwestycje w sieci, wspierane przez środki i programy unijne, to lockdown i zdalne lekcje pokazały, że nadal w wielu miejscach Polski dostęp do szerokopasmowego i stabilnego łącza wciąż pozostaje w sferze potrzeb. W kryzysowych warunkach przewagę okazał się mieć światłowód, pozwalając użytkownikom przesyłać średnio o 30 proc. więcej danych niż starsze technologie.

Przewagami światłowodu są też mniejsza energochłonność i ekologia. W przypadku sieci światłowodowej uśrednione zużycie energii elektrycznej na klienta FTTH (ang. fiber to the home) może być od kilku do nawet kilkunastu razy niższe niż w starszych technologiach stacjonarnego dostępu do internetu bazujących na miedzi. Dzięki możliwościom łączy optycznych do jednego urządzenia agregującego po stronie sieci (czyli technicznego zaplecza operatora) może być podłączonych więcej klientów, bez utraty jakości usługi. Co istotne, w miarę rozwoju światłowód staje się coraz bardziej efektywny. W tej chwili aby zapewnić szybki internet za pośrednictwem światłowodu Orange potrzeba czterokrotnie mniej energii niż jeszcze w 2015 roku, kiedy operator wprowadził tę technologię na rynek.

– Około połowa gospodarstw domowych w Polsce ma dziś dostęp do szybkiego internetu o przepustowości co najmniej 100 MB/s. Można więc powiedzieć, że jesteśmy w połowie drogi. Światłowód to technologia, która na dzisiaj jest najlepszym rozwiązaniem w zakresie dostępu do internetu. Jest nie tylko dobrze dostosowany do naszych potrzeb, ale też bardzo wydajny i proekologiczny, bo zużycie energii jest nawet do kilkunastu razy mniejsze niż w podobnych systemach rozwijanych w technologiach kablowych czy miedziowych – podkreśla członek zarządu ds. rynku hurtowego i sprzedaży nieruchomości w Orange Polska.

W tej chwili światłowód od Orange jest dostępny w 152 miejscowościach w Polsce, korzysta z niego ponad 660 tys. klientów, a w zasięgu sieci jest już ponad 4,8 mln gospodarstw domowych. Ta technologia cieszy się na polskim rynku rosnącą popularnością, zwłaszcza wśród mieszkańców mniejszych miejscowości i wsi.

– Przed nami wyzwanie, żeby w następnych latach dotrzeć ze światłowodem do kolejnych gospodarstw domowych. Potrzebna jest współpraca między podmiotami państwowymi i prywatnymi, bo obszary, które nie zostały jeszcze objęte zasięgiem światłowodu, są po prostu trudniejsze, m.in. geograficznie – wskazuje Maciej Nowohoński.

W mniejszych miejscowościach, liczących poniżej 10 tys. mieszkańców, ze światłowodu od Orange korzysta blisko co piąte gospodarstwo domowe znajdujące się w zasięgu tej usługi. Dla porównania na koniec czerwca br. w całej sieci światłowodowej Orange Polska ten wskaźnik wyniósł ok. 14 proc.

– Dostęp do internetu światłowodowego ma już prawie 1/3 gospodarstw domowych w Polsce. Ta technologia cieszy się coraz większą popularnością, bo obecnie jest najlepszym dostępnym rozwiązaniem. Pandemia i jej skutki tylko wzmocniły popyt na te usługi – podkreśla członek zarządu Orange Polska.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/w-czasie-pandemii-wzrosty,p1532238915

Uber, Tesla i 26 innych firm zawiązuje nowe stowarzyszenie. Głównym celem przyspieszenie konwersji na transport zeroemisyjny [DEPESZA]

Elektromobilność staje się coraz popularniejszym trendem. Tylko w 2020 roku sprzedane zostaną 24 mln pojazdów elektrycznych. 90 proc. z nich to jednak pojazdy jednośladowe, takie jak hulajnogi czy skutery. Auta elektryczne są wciąż mało popularne wśród konsumentów. Zmienić chce to nowo zawiązane amerykańskie stowarzyszenie ZETA, które zrzesza 28 firm działających w branży transportu zeroemisyjnego, takich jak Uber, Siemens, Lucid Motors, Rivian czy Tesla. To pierwsza koalicja branżowa, której celem jest  przyspieszenie pełnego przejścia na elektromobilność do 2030 roku.

Według szacunków IDTechEx w 2020 roku zostaną sprzedane łącznie 24 mln pojazdów elektrycznych, z czego jednak 90 proc. to pojazdy jednośladowe. Elektryczne auta to wciąż niewielki odsetek.

– Po raz pierwszy w naszym pokoleniu transport jest głównym emitentem emisji dwutlenku węgla w Stanach Zjednoczonych. Dzięki zastosowaniu pojazdów elektrycznych decydenci federalni mogą wspierać innowacje, tworzyć setki tysięcy nowych miejsc pracy oraz poprawiać jakość powietrza i zdrowie publiczne – podkreśla Joe Britton, dyrektor Zero Emission Transportation Association.

Działalność stowarzyszenia ma się koncentrować wokół pięciu zasadniczych filarów, w obrębie których członkowie chcieliby wpływać na kształtowanie polityki USA. Pierwszym jest wzmocnienie zachęt dla osób decydujących się na zakup pojazdu zeroemisyjnego. Drugi to wpływ na cele w zakresie emisji. ZETA dąży również do tego, by rząd federalny wzmocnił inwestycje w infrastrukturę stacji ładowania, a także tak kształtował politykę, by zachęcać przedsiębiorców do tworzenia miejsc pracy w całym łańcuchu dostaw i cyklu życia pojazdów elektrycznych, od materiałów aż po gotowe pojazdy.

Stany Zjednoczone chcą w ten sposób utrzymać pozycję światowego lidera branży elektromobilności.

– Kolejna dekada będzie miała kluczowe znaczenie dla wdrażania polityki zeroemisyjności, która przyspieszy przejście na pojazdy elektryczne – podkreśla Joe Britton. – Ten segment już teraz zatrudnia w Stanach Zjednoczonych setki tysięcy osób, ale jego dalsze wspieranie jest kluczowe, by wygrać globalny wyścig o nową, czystą ekonomię transportu.

W Polsce konwersja na elektromobilność będzie przebiegała dużo wolniej. Zgodnie z Planem Rozwoju Elektromobilności do 2025 roku po naszych drogach ma jeździć milion samochodów elektrycznych. Dla porównania, według danych z systemu Centralnej Ewidencji Pojazdów i Kierowców, w samym tylko 2019 roku zarejestrowano ogółem niemal 2 mln samochodów.

Analitycy KBV Research przewidują, że do 2025 roku wielkość światowego rynku elektromobilności osiągnie wartość 478,9 mld dol. Średnioroczne tempo wzrostu utrzyma się na poziomie 24,7 proc. Jak wskazują autorzy raportu, na takie kształtowanie się wzrostu przychodów branży decydujący wpływ będą miały takie czynniki jak wdrażanie krajowych regulacji w zakresie promowania elektromobilności, a także spadający koszt baterii litowo-jonowych, dzięki czemu auta elektryczne będą się stawały coraz bardziej przystępne cenowo.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/uber-tesla-i-26-innych,p989906585

Piotr Kuczyński: Gospodarka w pełni będzie mogła ruszyć, dopiero gdy szczepionka znajdzie się w powszechnym użyciu

Polska gospodarka na razie dobrze radzi sobie z pandemią, a według Eurostatu w III kwartale doświadczyła drugiego najmniejszego tempa spadku PKB w ujęciu rocznym w Unii Europejskiej, zaraz po Litwie. Również prognozy na ten i przyszły rok nie są złe. – Wiele branż ruszy dopiero wówczas, gdy zostaniemy zaszczepieni – podkreśla analityk rynków finansowych Piotr Kuczyński. Wciąż jednak pozostają pytania o długość i rygorystyczność lockdownu 2.0 oraz losy negocjacji w sprawie kolejnej unijnej perspektywy budżetowej.

Obecna sytuacja polskiej gospodarki jest całkiem niezła, oczywiście do momentu włączenia pełzającego lockdownu. Bezrobocie na poziomie 6 proc. nie jest wysokie w porównaniu do innych państw w całej Europie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Kuczyński. – Wyglądało to tak, że w tym roku PKB spadnie o 2,5–3 proc., ale włączył się ten pełzający lockdown, który nam obniży PKB o dodatkowe przynajmniej 0,5 pkt proc. albo więcej, jeżeli będzie pełny lockdown. Tego jednak rządzący nie chcą i zrobią wszystko, żeby go nie wprowadzić.

Od 7 do na razie 29 listopada trwa drugi, częściowy lockdown, mający na celu ograniczenie liczby zakażeń, która na początku miesiąca zaczęła skokowo rosnąć, przekraczając 25 tys. na dobę. Po półtora tygodnia liczba nowych zachorowań ograniczyła się do 19 tys., za to zanotowano rekordową liczbę zgonów. To jednak, jak tłumaczą eksperci, efekt szczytu zachorowań sprzed dwóch–trzech tygodni, a rząd na razie nie planuje zaostrzenia ograniczeń. Wciąż jednak pozostaje pytanie, czy obecny rygor zostanie przedłużony po 29 listopada.

– Każdą gospodarkę stać na utrzymywanie takiego pełzającego lockdownu, tylko pytanie, co będzie z ludźmi, jak będą wyglądały ich dochody, oszczędności, czy nie zaczną nadmiernie oszczędzać, tym samym mniej wydawać, szkodząc gospodarce. To są pytania, na które nikt nie zna odpowiedzi – tłumaczy ekspert. – W tej chwili bardzo modne wśród ekonomistów jest opisywanie tego kryzysu literą K. Czyli mamy najpierw gwałtowny spadek, a potem część branż ostro do góry, a część ostro do dołu. Najbardziej poszkodowani są ludzie z branży gastronomicznej, turystycznej, hotelarstwa i kultury. Te sektory powinny ruszyć jak najszybciej, ale niestety, według mnie, na pełną skalę to ruszy dopiero w II–III kwartale przyszłego roku, kiedy się zaszczepimy. Niestety wcześniej nie widzę takiej możliwości.

Według najnowszych prognoz Komisji Europejskiej polska gospodarka skurczy się w tym roku o 3,6 proc. To mniej, niż prognozowano latem. Będzie to czwarta najpłytsza recesja w UE po Litwie, Irlandii i Szwecji. Średnia dla Unii Europejskiej to spadek PKB o 7,4 proc. Przyszłoroczne odbicie ma być jednak nieco niższe od średniej (4,1 proc.) i wynieść 3,3 proc. W 2022 roku przyspieszy jednak do 3,5 proc.

Nieco inne dane zakłada w listopadowej projekcji Narodowy Bank Polski. O ile na obecny i przyszły rok prognozy są zbliżone (odpowiednio -3,5 proc. oraz +3,1 proc.), o tyle zdaniem ekonomistów NBP za dwa lata polska gospodarka ruszy do przodu w tempie 5,7 proc.

Powrót do szybkiego tempa wzrostu zależy także od dalszego rozwoju negocjacji w sprawie unijnego budżetu na lata 2021–2027 oraz wartego 750 mld euro Funduszu Odbudowy, z którego Polska miałaby otrzymać 60 mld euro. Większość krajów UE chce uzależnić wypłatę środków od przestrzegania zasad praworządności, czemu sprzeciwiają się Polska i Węgry i grożą zawetowaniem budżetu w razie zawarcia takiego zapisu.

Nawet jeżeli nie będzie budżetu, to będzie prowizorium budżetowe. Nie będzie to takie łatwe, jak niektórzy mówią, to będzie droga przez mękę. Myślę jednak, że do tego nie dojdzie, zazwyczaj w UE jakoś się dogadują i ten budżet będzie. Pytanie, czy będzie Fundusz Odbudowy. Tu bardzo dużo zależy od tego, jak nasz rząd będzie chciał do tego podejść. Jeżeli się uprzemy i przez ten mechanizm praworządności zawetujemy Fundusz Odbudowy, to z tego pieniędzy nie dostaniemy. Gospodarka da sobie radę bez nich, tyle że gorzej, niż byłoby z tym funduszem – prognozuje analityk.

Na porozumienie najwyraźniej liczą także inwestorzy, co widać po reakcji rynków – giełdy oraz złotego.

To było dosyć zadziwiające, bo kiedy wyraźnie padło słowo „weto” od wicepremiera Ziobry, to ani rynek walutowy, ani rynek akcji nie zareagował, wręcz odwrotnie, złoty się umocnił, akcje zdrożały – wyjaśnia Piotr Kuczyński. – Jeżeli się nie dogadają, to zobaczymy przecenę złotego.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/piotr-kuczyski,p1840485321

Opracowano nowy rodzaj superkomputera. Jest znacznie mniejszy i nawet 200-krotnie szybszy [DEPESZA]

Zespół naukowców z National Energy Technology Laboratory we współpracy z inżynierami z firmy Cerebras opracował jednopłytkowy superkomputer. Wydajność sprzętu może przeszło dwustukrotnie przekraczać moc obliczeniową konkurencyjnych superkomputerów. Maszyna posłuży do wykonywania skomplikowanych obliczeń na potrzeby sztucznej inteligencji, przewidywania zmian pogodowych czy opracowywania elementów nowych samolotów.

– Platforma sprzętowa CS-1 eliminuje kluczowe wąskie gardła, które ograniczają wydajność w konwencjonalnych zastosowaniach komputerów wysokiej wydajności (HPC) – podkreśla dr Dirk Van Essendelft z Narodowego Laboratorium Technologii Energii w Departamencie Energii Stanów Zjednoczonych (NETL).

Nowatorskie podejście naukowców odpowiedzialnych za stworzenie Cerebras CS-1 tkwi w nietypowej, jednopłytkowiej konstrukcji komputera. Wszystkie podzespoły zostały rozlokowane w taki sposób, aby maksymalnie skrócić drogę, jaką musi przebyć impuls elektryczny odpowiedzialny za przesyłanie i analizowanie danych. Układ Cerebras Wafer Scale Engine składa się z 1,2 biliona tranzystorów tworzących 400 tys. rdzeni procesorowych. Dla porównania zaprezentowany niedawno układ GPU Nvidia A100 80GB dla superkomputerów dysponuje 56 mld tranzystorów.

CS-1 wyróżnia się także nietypową specyfikacją jak na urządzenie typu HPC. Sprzęt zamknięto w niewielkiej obudowie o wysokości 66 cm, a do dyspozycji naukowców oddano jedynie 18 GB pamięci SRAM. Jednak według zespołu badawczego taka liczba gigabajtów wystarczy, aby w pełni wykorzystać moc obliczeniową autorskiego układu. Procesor komunikuje się bowiem bezpośrednio z pamięcią, dzięki czemu ta może przetwarzać dane z prędkością dochodzącą do 9,6 PB/sec, znacznie sprawniej niż jakikolwiek konsumencki komputer dostępny na rynku.

– Obecne komputery HPC walczą głównie z problemami wynikającymi z fizyki – objętością i długością przewodów. Im mniejsze i krótsze są przewody łączące pamięć z jednostkami obliczeniowymi, tym komputery są szybsze i bardziej energooszczędne. W tradycyjnych komputerach HPC pamięć jest zlokalizowana dalej, więc długość przewodu może wynosić nawet kilkanaście lub kilkadziesiąt centymetrów – wskazuje Dirk Van Essendelft.

Inżynierowie Cerebras zadbali także o to, aby ich platforma pozwoliła wykorzystać możliwości najpopularniejszego oprogramowania wykorzystywanego na komputerach typu HPC. CS-1 jest w pełni kompatybilny z takimi frameworkami jak TensorFlow czy PyTorch, które powszechnie wykorzystuje się w badaniach nad algorytmami sztucznej inteligencji. CS-1 wyposażono również w interfejs C++, dzięki czemu badacze mogą na własną rękę rozwinąć możliwości tej przyszłościowej platformy.

Według inżynierów Cerebras jednostka złożona z 15 układów CS-1 w konstrukcji typu RACK będzie w stanie zastąpić serwerownie, które dotychczas zajmowały cały pokój. Według twórców pojedynczy chip CS-1 jest nawet 200-krotnie szybszy od superkomputera Joule, znajdującego się na 82. miejscu w rankingu TOP 500 superkomputerów.

– Nasz system CS-1 pokonuje tradycyjne bariery w osiąganiu wysokiej wydajności, dzięki budowie systemu na jednej płytce krzemu. Dzięki ogromnemu przyspieszeniu komunikacji, które zapewnia integracja pamięci na krzemowej płytce, osiągnęliśmy znacznie wyższą wydajność w porównaniu z jakimkolwiek oddzielnym procesorem logicznym czy graficznym – przekonuje Andrew Feldman, współzałożyciel i dyrektor generalny Cerebras Systems. – Ta platforma otwiera drzwi do przełomu w wydajności obliczeń naukowych.

Według firmy badawczej Technavio globalny rynek superkomputerów do 2024 roku ma się rozwijać w tempie 28 proc. w skali roku.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/opracowano-nowy-rodzaj,p1372628519

Interfejsy mózg–komputer pozwolą na połączenie ludzkich myśli ze sztuczną inteligencją. Niosą za sobą jednak wiele zagrożeń, jak np. hakowanie umysłu

Dzięki około 100 miliardom połączeń neuronowych nasze mózgi są w stanie przetwarzać miliardy bitów informacji na sekundę. Wciąż jednak niewiele wiadomo o komórkach, które odgrywają ważną rolę w procesach poznawczych, regulacji pracy serca, płuc i innych narządów. Interfejsy mózg–komputer pozwalają to zmienić. Za pomocą inteligentnych czujników można sprawdzić pracę mózgu, stan skupienia czy zmierzyć emocje. Neuralink może zaś pozwolić na symbiozę między ludzkim mózgiem a sztuczną inteligencją. W środowisku naukowym budzi to jednak wiele wątpliwości, nie tylko natury etycznej.

Zdaniem wielu ekspertów mózg i umysł są ostatnią granicą nauki. Wciąż niewiele wiadomo o tej masie komórek, która odgrywa ważną rolę w procesach poznawczych, regulacji pracy serca i innych narządów. Dzięki około 100 mld połączeń neuronowych nasze mózgi są w stanie przetwarzać miliardy bitów informacji na sekundę. W odkrywaniu tajemnic umysłu mogą pomóc interfejsy mózg–komputer. Te jednak, choć dają spore możliwości, budzą też wiele kontrowersji, zwłaszcza pod względem wykorzystania komercyjnego.

– Wyzwań i kontrowersji jest całkiem sporo, zwłaszcza jeśli zaczniemy rozmawiać o przestrzeni wykorzystania komercyjnego, nie o samej medycynie. To np. wyzwania związane z przestrzenią biologiczną. Czy po wszczepieniu chipu do mózgu nie okazałoby się, że przy okazji cokolwiek możemy uszkodzić? Pojawia się przestrzeń technicznych wyzwań i sceptycyzmu, bo co ile będę musiała taki interfejs wymieniać? Czy tak jak w przypadku rozruszników serca będzie on miał swój okres ważności? – rozważa w rozmowie z agencją Newseria Innowacje dr Dominika Kaczorowska-Spychalska, dyrektor Centrum Mikser Inteligentnych Technologii na Wydziale Zarządzania Uniwersytetu Łódzkiego.

W sektorze publicznym inicjatywy takie jak Human Brain Project mają na celu przyspieszenie badań, które mogą pomóc dowiedzieć się więcej o mózgu, głównie w celu lepszego leczenia chorób i poprawiania funkcji poznawczych. W sektorze prywatnym firmy pracują zaś nad opracowaniem skutecznych interfejsów mózg–komputer do szerokiego zakresu zastosowań. Przykładem może być Neuralink Corporation Elona Muska, które stara się stworzyć superszybki, szerokopasmowy interfejs mózg–maszyna, mogący pomóc mózgowi lepiej pracować przy użyciu koncepcji sztucznej inteligencji.

Do ludzkiego mózgu można by „przyszyć” cienkie elektrody w taki sposób, aby komórki mózgowe mogły być bezpośrednio dostępne i manipulowane przy użyciu sztucznej inteligencji. Elon Musk stwierdził, że ostatecznym celem Neuralink jest stworzenie symbiozy między ludzkim mózgiem a sztuczną inteligencją.

– Pojawiają się kontrowersje związane z bezpieczeństwem, bo czy za pośrednictwem takiego interfejsu ktoś mógłby przejąć władzę nad moimi myślami? Bardzo mocno podkreśla się, że takie hakowanie umysłu raczej nie będzie wchodziło w grę, że te rozwiązania będą faktycznie na tyle zakodowane, że takiego ryzyka nie będzie. Jednak sceptycy mówią, że jeśli można zhakować nasz komputer, to może w przyszłości można byłoby zhakować nasz umysł – zauważa dr Dominika Kaczorowska-Spychalska.

Interfejsy mózg–komputer pozwalają już sprawdzić nasz stan skupienia, pomóc w nauce, czytają nasze emocje, pozwalają też kontrolować zdrowie. Pojawiają się już pomysły, żeby wczepiać dzieciom tuż po urodzeniu specjalne chipy, które mogłyby na bieżąco sprawdzać parametry życiowe, ostrzec przed chorobami, a sprawdzając geny – ocenić, na jakie schorzenia byłyby narażone w przyszłości. Choć z punktu widzenia medycznego takie urządzenia znacznie ułatwiłyby życie, budzą wiele wątpliwości, zwłaszcza natury etycznej. Część naukowców podkreśla, że taka ingerencja w ciało człowieka i manipulowanie nim poprzez nowe technologie może nieść za sobą wiele zagrożeń.

– Dynamika zmian i nowe rozwiązania i technologie, które się wciąż wokół nas pojawiają, zachodzą tak szybko, że właściwie dzisiaj chyba nikt nie jest w stanie odpowiedzieć na pytanie, co będzie dalej. Jedyne, co nas ogranicza, to nasza wyobraźnia, natomiast coś, na co powinniśmy zwrócić uwagę, to funkcje człowieka, który powinien być papierkiem lakmusowym, wskaźnikiem racjonalności określonych decyzji czy dane rozwiązanie powinniśmy implementować do naszego życia – przekonuje ekspertka.

Choć interfejsów mózg–komputer jest coraz więcej i mają też więcej zastosowań, wciąż pozostają raczej kwestią przyszłości, zwłaszcza ich szerokie, komercyjne wykorzystanie. Choć już teraz część firm udostępnia specjalne aplikacje i czujniki, które mają zwiększyć możliwości naszych mózgów, to wciąż daleka droga do możliwości sterowania ludzkim umysłem przez sztuczną inteligencję. Nad Neuralinkiem trwają dopiero prace, eksperymenty prowadzone są na zwierzętach. Wciąż jeszcze nie wiadomo, czy będzie można je stosować u ludzi.

– Pamiętajmy też, że świat za 10–15 lat może być całkiem inny, gdzie będziemy traktowali taki interfejs jako coś naturalnego, ale jednocześnie prawdopodobnie będziemy rozmawiali o całkiem innych wyzwaniach i całkiem innych kontrowersjach, które wokół nich będą się pewnie pojawiać – ocenia dr Dominika Kaczorowska-Spychalska.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/interfejsy,p740481270

KIG: E-papierosy objęte nawet sześciokrotnie niższą akcyzą niż podgrzewacze. Na nierównych obciążeniach tracą głównie polscy producenci

Od początku października producenci podgrzewaczy tytoniu i płynów do e-papierosów muszą płacić od nich akcyzę. Jak wynika z analiz KIG, obecny system jest tak skonstruowany, że powoduje nierówne obciążenia podatkowe produktów z tej samej kategorii. Uderza to w polskich producentów e-papierosów i polskich rolników produkujących tytoń do podgrzewaczy tytoniu. Najwyższą akcyzę płacą bowiem producenci wkładów z liquidem do otwartych e-papierosów, a są to zwykle polskie małe i średnie firmy. Różnica w obciążeniu podatkowym między różnymi produktami jest nawet sześciokrotna.

– Mamy w tej chwili jedną, dosyć wysoką stawkę akcyzy na tradycyjne wyroby tytoniowe, czyli głównie papierosy, i obniżoną, preferencyjną stawkę dla wyrobów alternatywnych. Natomiast w ich obrębie widać pewne zróżnicowanie – część tych wyrobów jest po prostu znacznie mniej opodatkowana niż pozostałe. Wydaje się, że nie to było celem administracji – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej.

Jeszcze do niedawna podatkiem akcyzowym były objęte tylko tradycyjne wyroby tytoniowe, natomiast e-papierosy i wyroby nowatorskie były z niego zwolnione. Wprawdzie akcyzę na nie wprowadzono w 2018 roku, ale przez pierwsze dwa lata stawka była zerowa. To zmieniło się od 1 października br., od kiedy producenci płynów do e-papierosów i podgrzewaczy tytoniu są również zobowiązani płacić akcyzę od swoich produktów. Ministerstwo Finansów ustaliło jej stawkę na 0,55 zł za 1 ml płynu do e-papierosów oraz około 305,39 zł za 1 kg tytoniu w przypadku podgrzewaczy.

Jak wynika z raportu opracowanego przez Kantar na zlecenie KIG, wysokość akcyzy płaconej przez producentów podgrzewaczy tytoniu wyniesie ok. 1,95 zł na paczce takich wyrobów (ok. 0,0064 kg tytoniu x 305,39 zł). W Polsce takie wyroby sprzedają na razie tylko dwa podmioty.

Drugą alternatywą dla tradycyjnego tytoniu są e-papierosy. Ten segment dzieli się na tzw. systemy otwarte (ze zbiornikiem na płyn do samodzielnego uzupełniania) oraz zamknięte systemy e-papierosowe (na gotowe wkłady z płynem). Z analiz wynika, że właśnie w tym segmencie, czyli między otwartymi i zamkniętymi systemami e-papierosowymi, zachodzą największe dysproporcje w wysokości akcyzy płaconej przez producentów.

– Raport przygotowany dla KIG pokazuje, że z perspektywy konsumenta faktyczne opodatkowanie w tych dwóch grupach produktowych jest bardzo różne – mówi Krzysztof Rutkowski, partner w Kancelarii Doradztwa Celnego i Podatkowego Rutkowski i Wspólnicy. – Efektywne opodatkowanie systemów zamkniętych jest dużo niższe. Przykładowy pojemnik zawierający 0,7 ml płynu, który zaspokaja dzienne zapotrzebowanie, zgodnie z obowiązującymi stawkami jest opodatkowany akcyzą około 38 gr. Z kolei akcyza na płyny do e-papierosów w tzw. systemie otwartym wynosi ponad 2 zł.

Jak wskazuje, różnice w opodatkowaniu wynikają głównie z różnic technologicznych między urządzeniami. Te z kolei przekładają się na różnice w średnim dziennym zużyciu płynów do e-papierosów.

– Systemy e-papierosowe otwarte są starsze i produkowane głównie przez krajowych producentów. Natomiast systemy zamknięte są bardziej nowoczesne, w których efektywniej wykorzystuje się e-liquidy, przez co zużywają one odpowiednio mniej wyrobów akcyzowych – mówi Krzysztof Rutkowski.

Jak wynika z analiz KIG, w otwartych systemach e-papierosowych średnie dzienne zużycie płynu wynosi ok. 4,2 ml. Tym samym ich producenci, czyli głównie polskie firmy z sektora MŚP, zapłacą średnio 2,31 zł akcyzy. Z kolei w zamkniętych systemach e-papierosowych średnie dzienne zużycie płynu wynosi 1,1 ml, co oznacza, że ich producenci (głównie międzynarodowe koncerny tytoniowe) płacą średnio 0,60 zł akcyzy.

– Ukształtowanie stawki akcyzy w zależności od jednostki objętościowej e-liquidu powoduje, że polscy producenci płacą wyższy podatek od zaspokojenia tej samej potrzeby konsumenta, ponieważ ich wyrób jest po prostu zużywany w większej objętości – mówi partner w Kancelarii Doradztwa Celnego i Podatkowego Rutkowski i Wspólnicy. – Oczywiście możliwe jest wyrównanie szans rynkowych między krajowymi producentami e-papierosów a ich zagraniczną konkurencją. Natomiast wymaga to zmiany przepisów, zmiany obecnej struktury stawki akcyzy. Ta zmiana wymaga dostrzeżenia specyfiki i istotnych różnic technologicznych występujących na tym rynku.

Stawka akcyzy w przypadku płynów do systemów zamkniętych e-papierosów jest nawet 25-krotnie niższa niż dla zwykłych papierosów i pięciokrotnie niższa niż dla podgrzewaczy tytoniu. Producenci tych ostatnich są z kolei zobowiązani płacić najwyższą akcyzę, podobnie jak małe i średnie polskie firmy produkujące płyny do e-papierosów do tzw. systemów otwartych. To oznacza, że obecne rozwiązania podatkowe faworyzują systemy zamknięte, których ponad 60 proc. rynku kontroluje międzynarodowy koncern tytoniowy.

– W wyrównaniu szans najbardziej wskazane byłoby przejrzenie polityki akcyzowej. W tej chwili nasi producenci płynów płacą większą akcyzę niż ich zagraniczni konkurenci, którzy korzystają z technologii pozwalającej działać na preparatach bardziej skoncentrowanych – dodaje Piotr Soroczyński.

Jak podkreśla, utrzymanie istniejącej dziś nierównowagi powoduje nie tylko nierówne traktowanie niektórych grup producentów, ale może także zaburzać rynek. 

– Powinniśmy przemyśleć cały system akcyzowy dotyczący wyrobów tytoniowych i alternatywnych – zaznacza główny ekonomista KIG. – Zróżnicowanie akcyzy będzie naturalnie powodować przesuwanie się konsumentów pomiędzy różnymi, alternatywnymi możliwościami zaspokojenia potrzeby nikotyny. Trzeba przeanalizować, które z tych form są najbardziej preferowane przez administrację i państwo, choćby ze względów zdrowotnych. Może się okazać, że któryś z tych wyrobów należałoby preferować np. jako zastępstwo dla tradycyjnych papierosów w procesie rzucania palenia.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/kig-epapierosy-objete,p1006958784

Telekomy ruszają z proekologicznymi ofertami. Coraz więcej klientów będzie wybierać używane smartfony zamiast nowych

Od poniedziałku T-Mobile rusza ze specjalną ekologiczną ofertą, w ramach której klienci będą mogli kupić w abonamencie smartfony Apple iPhone za złotówkę. Wszystkie urządzenia będą odnowione, gruntownie przetestowane i objęte dwuletnią gwarancją. – Są klienci, którzy chętnie skorzystają z oferty zakupu telefonu używanego, ale w 100 proc. sprawnego i na gwarancji. Wraz z rosnącą świadomością ekologiczną społeczeństwa ten trend będzie coraz popularniejszy – mówi Konrad Mróz z T-Mobile Polska. Operator podkreśla, że to jedno z wielu działań ukierunkowanych na ochronę środowiska, które stały się w ostatnim czasie filarem odpowiedzialności społecznej w branży telekomunikacyjnej.

– Gdyby pytanie o to, jakie są największe wyzwania społeczne dla biznesu, padło na początku tego roku, to zdecydowanie odpowiedziałabym, że są to zmiany klimatyczne. Natomiast okazało się, że jednak rozwój pandemii stał się jeszcze większym wyzwaniem dla wszystkich organizacji, nie tylko w Polsce, lecz na świecie – mówi agencji Newseria Biznes Małgorzata Rybak-Dowżyk, dyrektor Departamentu Komunikacji Korporacyjnej w T-Mobile Polska. – Chociaż pandemia nie odpuszcza, nie możemy też zapomnieć o kwestiach klimatycznych.

W trakcie pandemii głównym zadaniem dla branży telekomunikacyjnej stało się przeciwdziałanie cyfrowemu wykluczeniu i edukacja, ponieważ duża część społeczeństwa wciąż nie potrafi dobrze korzystać m.in. z cyfrowych narzędzi do zdalnej nauki i pracy. Takie działania branża prowadzi już zresztą od lat. Tegoroczny raport Forum Odpowiedzialnego Biznesu pokazuje, że zdaniem 70 proc. badanych w Polsce menedżerów i menedżerek CSR biznes przyczynił się w ostatnich latach do rozwiązywania kluczowych problemów społecznych, wśród których główne miejsce zajęła właśnie edukacja w walce z wykluczeniem cyfrowym. Ponad połowa badanych (53 proc.) dostrzegła pozytywny wkład biznesu w rozwiązanie tego problemu.

Jak wynika z badania Forum Odpowiedzialnego Biznesu, w ocenie 59 proc. menedżerów i menedżerek CSR biznes przyczynił się w ostatnich latach również do rozwiązywania problemów środowiskowych, takich jak nadmierna produkcja plastiku, nadmierne zużycie wody i eksploatacja surowców, emisja gazów cieplarnianych oraz smog. Raport FOB („Menadżerowie CSR 2020”) pokazuje też, że o ile jeszcze do niedawna działania prośrodowiskowe dla wielu firm były tylko motywacją do zaoszczędzenia pieniędzy, o tyle teraz ochrona środowiska stała się ważna sama w sobie.

– Biznes odgrywa olbrzymią rolę w rozwiązywaniu problemów klimatycznych. Już od kilku lat obserwujemy dynamiczny wzrost znaczenia odpowiedzialnego biznesu w strategicznych działaniach wielu spółek na świecie – podkreśla Małgorzata Rybak-Dowżyk.

Również w strategię T-Mobile już od kilku lat wpisane są działania z zakresu CSR, dla których jednym z filarów jest właśnie ochrona środowiska. Telekomunikacyjna spółka do 2030 roku zamierza zredukować swoją emisję CO2 aż o 90 proc., co będzie oznaczać o 25 proc. mniej śladu węglowego w przeliczeniu na każdego klienta.

– Za tymi celami idą jasne i sprecyzowane działania, które wdrażamy we wszelkich obszarach naszej spółki, zaczynając od wykorzystywanej energii, która już w 2021 roku będzie w 100 proc. zielona. To jest również sukcesywna wymiana naszej floty samochodowej – napędy Diesla wymieniamy na samochody hybrydowe, mamy już ponad 150 takich aut. Odpowiednio planujemy też naszą infrastrukturę sieciową i informatyczną, którą zarządzamy tak, że sektory w danym momencie nieużywane są czasowo wyłączane, co daje nam oszczędności na poziomie 20–40 proc. Oprócz tych działań, które mocno wpływają na redukcję śladu węglowego, redukujemy też ilość plastiku i papieru, m.in. zachęcając klientów do korzystania z e-faktur. Prowadzimy też wiele działań edukacyjnych – wymienia dyrektor z T-Mobile Polska. 

W ramach proekologicznych działań skierowanych do klientów marka rusza z nową akcją „Smartfon Regeneracja”, w której daje używanym telefonom drugie życie. Już za symboliczną złotówkę klienci będą mogli kupić w abonamencie odnowione egzemplarze iPhone’ów, objęte dwuletnią gwarancją.

 W ramach nowej oferty klienci mogą kupić używane telefony marki Apple: iPhone 6s, 7 lub 8, które zostały przez nas poddane przeglądowi i regeneracji. We wszystkich urządzeniach, jeśli była taka potrzeba, wymieniono uszkodzone elementy. Sprawdzono również baterie, które albo zostały wymienione, albo pozostawione w przypadku wydajności powyżej 85 proc. Urządzenia te zostały zapakowane w nowe pudełka wraz z nowymi ładowarkami. Każde z nich ma dwuletnią gwarancję, w związku z tym w przypadku jakichkolwiek problemów z użytkowaniem klient może w ramach niej naprawić lub wymienić urządzenie – mówi Konrad Mróz, kierownik Działu Komunikacji Zewnętrznej w T-Mobile Polska.

Jak podaje Europejskie Biuro Ochrony Środowiska (EEB), średnia żywotność smartfona w Europie to trzy lata, a roczna sprzedaż to prawie 211 mln sztuk. Cały cykl życia europejskich smartfonów jest odpowiedzialny za 14 mln ton emisji (ekwiwalentu CO2) każdego roku. Wydłużenie ich żywotności tylko o rok pozwoliłoby zaoszczędzić ponad 2 mln ton emisji CO2, natomiast wydłużenie o pięć lat do 2030 roku zaoszczędziłoby rocznie aż 10 mln ton emisji (ekwiwalentu CO2). Odpowiada to usunięciu z dróg każdego roku około 5 mln samochodów, czyli mniej więcej tylu, ile zarejestrowanych jest w całej Belgii.

– W portfolio każdego z producentów znajduje się kilka, czasami kilkanaście modeli telefonów, które różnią się od siebie wielkością, wyposażeniem, możliwościami i co za tym idzie  również ceną. Nowości i premier w skali roku jest co najmniej kilka u każdego z producentów, ale to nie oznacza, że klienci muszą wymieniać urządzenie natychmiast. Oczywiście są tacy, którzy chcą mieć najnowocześniejszy sprzęt, ale część osób wymienia je w cyklach dwuletnich, jak wynika to z podpisania aneksu do umowy. Są też tacy, którzy chętnie skorzystają z oferty zakupu telefonu używanego, ale w 100 proc. sprawnego i na gwarancji. Wraz z rosnącą świadomością ekologiczną społeczeństwa ten trend będzie coraz popularniejszy – mówi Konrad Mróz.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/telekomy-ruszaja-z,p754223333

Trudna sytuacja polskich hodowców i producentów mleka. Mniejszy eksport, lockdown i wahania cen utrudniają sprzedaż

Na liście największych producentów mleka Polska zajmuje obecnie dwunaste miejsce na świecie i czwarte w UE. Doceniają je również krajowi konsumenci. Na sytuację w branży niekorzystnie jednak wpływa pandemia i związane z nią ograniczenia dla restauratorów i hotelarzy oraz wahania cenowe na rynku. – Akcją HASHDziękujemyŻePijecieMleko chcemy zachęcić do większego spożycia mleka w Polsce, ale też pokazać konsumentom, że za kupowanym przez nich w sklepie mlekiem stoi konkretny hodowca i jego praca – podkreślają inicjatorzy akcji z Polskiej Federacji Hodowców Bydła i Producentów Mleka.

– Pandemia koronawirusa wywołała bardzo duże zaburzenia w branży mleczarskiej. Wyhamowanie handlu zagranicznego spowodowało, że ceny produktów, a zarazem ceny surowca zdecydowanie spadły – mówi agencji Newseria Biznes Dorota Śmigielska, analityk rynku mleka w Polskiej Federacji Hodowców Bydła i Producentów Mleka, wiceprzewodnicząca grupy roboczej Mleko i produkty mleczne w Copa-Cogeca. – Od połowy bieżącego roku ceny w Unii Europejskiej utrzymują trend wzrostowy. We wrześniu średnia cena mleka w Polsce wynosiła 1,38 zł za litr. Przewidujemy, że pod koniec tego roku te ceny wzrosną, natomiast przez pandemię rynek jest nieprzewidywalny i nie wiemy, jakie konsekwencje dla naszej branży przyniesie druga fala.

Na rynku mleka występują średnio trzyletnie cykle koniunkturalne, a ostatnia hossa miała miejsce w 2018 roku, kiedy jego ceny oscylowały wokół 1,50 zł za litr. Jak wynika z danych GUS, pomiędzy styczniem a wrześniem tego roku średnia cena mleka wynosiła 134,21 zł/hl i była o 0,3 proc. niższa niż w tym samym okresie rok wcześniej. Jednak już we wrześniu średnia cena w skupie wynosiła 138,17 zł/hl – co oznacza, że była o 3,7 proc. wyższa niż miesiąc wcześniej oraz o 5,3 proc. wyższa niż przed rokiem. Co istotne, ceny skupu mleka są mocno zróżnicowane w zależności od województwa, a we wrześniu najniższe otrzymywali producenci z województw małopolskiego, świętokrzyskiego i łódzkiego.

Ekspertka PFHBiPM podkreśla, że pandemia i wywołane nią zawirowania nie są jedynym problemem, z którym muszą mierzyć się polscy hodowcy. W dwóch ostatnich latach była nim również dotkliwa susza, która wpływała na jakość i ilość dostępnych pasz, co z kolei przełożyło się na wzrost kosztów produkcji. Tymczasem cena skupu, którą otrzymują producenci mleka, już i tak w wielu przypadkach jest na granicy bądź poniżej kosztów produkcji.

– W tej chwili – przy zaburzeniach w handlu zagranicznym oraz zamknięciu sektora HoReCa – bardzo wielu przetwórców mleka musiało szybko przestawić się z produktów, które dostarczają do gastronomii, na produkty, które za pośrednictwem handlu detalicznego trafiają bezpośrednio do konsumentów. Obniżki cen produktów powodują również obniżki cen surowca, co niestety odbija się na sytuacji finansowej naszych hodowców i producentów mleka – mówi Dorota Śmigielska.

Branża mleczarska ma istotne znaczenie dla polskiej gospodarki. Na liście największych producentów mleka Polska zajmuje obecnie dwunaste miejsce na świecie i czwarte w Unii Europejskiej, a więcej od nas produkują tylko Niemcy, Francja i Holandia. W naszym kraju utrzymywanych jest ponad 2 mln krów mlecznych, co stanowi 9 proc. unijnego pogłowia, a rokrocznie produkuje się około 14,5 mln ton mleka.

– Branża jest bardzo ważna dla krajowego bezpieczeństwa żywnościowego – mówi ekspertka PFHBiPM. – Polska jest znaczącym eksporterem produktów mleczarskich. W 2019 roku ich sprzedaż zagraniczna stanowiła 7 proc. całego krajowego eksportu produktów rolno-spożywczych i jej wartość wynosiła 2,3 mld euro. Nasze produkty w 73 proc. trafiają do krajów wewnątrzunijnych, ale są bardzo rozpoznawalne także w innych krajach, m.in. na rynku chińskim, w Arabii Saudyjskiej czy Egipcie.

Mimo pandemii popyt na mleko i produkty mleczne nie spada ani na europejskim, ani na polskim rynku. Według danych GUS-u od stycznia do sierpnia tego roku w Polsce wyprodukowano 2 276,2 mln litrów mleka spożywczego, czyli o 5,5 proc. więcej niż w tym samym okresie przed rokiem. Statystyczny Polak każdego roku konsumuje około 220 litrów mleka i jego przetworów. 

– Konsument w sklepie wybiera te produkty i marki, które zna i lubi. Nikt tak naprawdę nie zastanawia się, skąd to mleko pochodzi. Poprzez akcję HASHDziękujemyŻePijecieMleko chcemy pokazać konsumentom, że za polskim mlekiem stoi konkretny hodowca i jego rodzina, którzy wkładają w swoją pracę bardzo dużo serca. Dla wielu z nich produkcja mleka czy hodowla bydła mlecznego jest nie tylko pracą, ale również pasją – mówi Dorota Śmigielska.

Organizatorem kampanii HASHDziękujemyŻePijecieMleko, w której bierze udział ok. 20 tys. krajowych hodowców, jest Polska Federacja Hodowców Bydła i Producentów Mleka. Chce w ten sposób podziękować konsumentom, że świadomie wybierają polskie mleko i jego przetwory. Kampania pokazuje też, jak wygląda produkcja mleka, kto za nią stoi oraz jakie standardy muszą zostać dochowane, żeby produkty mleczne były jak najwyższej jakości.

– Chcemy też pokazać, że mleko nie musi być nudne. Prezentujemy różnego rodzaju dania, które w swoich przepisach wykorzystują mleko i przetwory mleczarskie. Nasza kampania ma pokazać konsumentom, że polskie mleko jest najwyższej jakości i że produkowane są z niego najlepsze produkty, a dzięki temu też przyczynić się do wzrostu jego spożycia w Polsce – mówi analityk rynku mleka w Polskiej Federacji Hodowców Bydła i Producentów Mleka.

Jak wskazuje, produkcja mleka wciąż pozostaje najtrudniejszą i najcięższą produkcją rolną, mimo że na przestrzeni ostatnich 16 lat – od momentu wejścia Polski do Unii Europejskiej – polscy hodowcy poczynili bardzo duże inwestycje w nowe technologie.

– Nasza federacja stara się wychodzić naprzeciw oczekiwaniom hodowców i dostarczać im takie narzędzia, które pomagają im w codziennej trudnej pracy. Ponad 800 pracowników, w tym zootechnicy, doradcy ogólni i doradcy żywieniowi, którzy bezpośrednio współpracują z hodowcami, co miesiąc pojawia się w gospodarstwach. Pobierają próbki mleka, na podstawie których hodowcy otrzymują pełną gamę informacji dotyczących jego składu, parametrów rozrodu itd. Mamy również komputerowy program do kojarzeń i laboratoria genotypowania, które pomagają hodowcom doskonalić swoje zwierzęta, oczywiście przy zachowaniu prawidłowego żywienia i dobrostanu. To wszystko wpływa na to, że produkt jest jak najlepszej jakości – podkreśla Dorota Śmigielska.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/trudna-sytuacja-polskich,p1359784808

Baterie w hulajnogach czy skuterach elektrycznych mogą doprowadzić do pożaru. Zaawansowane systemy zabezpieczeń mogą ostrzec przed usterką i wypadkiem

Skutery czy hulajnogi elektryczne stają się coraz bardziej popularne. Stanowią alternatywną komunikację zwłaszcza w miastach, jednak jak pokazują badania przeprowadzone przez Electrical Safety First, część pojazdów elektrycznych może być niebezpieczna dla ludzi. Prawie wszystkie rowery i hulajnogi elektryczne są zasilane bateriami litowo-jonowymi, ładowanymi z gniazda sieciowego w budynku. Wersje niespełniające norm mogą mieć poważne konsekwencje, prowadzące do pożaru i obrażeń użytkowników.

– Baterie dla samochodów elektrycznych są starannie wyselekcjonowane, produkowane w znanych i audytowanych firmach, zgodnie z obowiązującymi przepisami bezpieczeństwa. Są wielokrotnie testowane, bardzo bezpieczne. W przypadku hulajnóg elektrycznych nie mamy regulacji i istnieje cała masa producentów, którzy po prostu montują te baterie z tanio dostępnych ogniw produkcji dalekowschodniej i tam normy bezpieczeństwa często nie są zachowane – mówi agencji Newseria Innowacje Bartłomiej Kras, prezes Impact Clean Power Technology.

Hulajnogi elektryczne działają na akumulatorach litowo-jonowych. Te baterie są lekkie, wydajne i mają długą żywotność. Ale nie są niezniszczalne, a co więcej – nie są też całkowicie bezpieczne. W Warszawie np. e-hulajnoga spowodowała pożar, który zmusił do ewakuacji części mieszkańców bloku.

– Najbardziej niebezpieczną częścią baterii litowo-jonowej jest faza ładowania, dlatego musi być ona pod szczególnym nadzorem. Jeżeli są wykonywane w nieautoryzowanej stacji ładowania, nieprawidłowo zabezpieczone od strony elektrycznej, to istnieje prawdopodobieństwo, że taka instalacja może nie zadziałać prawidłowo. Oczywiście każda bateria ma bardzo zaawansowane systemy elektroniczne, zabezpieczające podczas ładowania przed taką sytuacją, ale to tylko technika, która może zawieść – ocenia Bartłomiej Kras.

Badania przeprowadzone przez Electrical Safety First wskazują, że ​​pojazdy z bateriami, które nie spełniają norm, mogą mieć poważne konsekwencje, prowadzić do pożaru i obrażeń użytkowników. Pojawiły się już doniesienia o tym, że uszkodzone baterie zapalają się i eksplodują m.in. w Chinach, USA czy Wielkiej Brytanii. Przykładem mogą być dostępne w wielu miastach Polski hulajnogi na minuty, które wielokrotnie ulegały samozapłonowi.

Warto również pamiętać, że baterie litowo-jonowe podczas wypadków, zderzenia z innymi pojazdami, mogą się rozszczelnić, a opary ciekłego elektrolitu są łatwopalne. W samochodach czy autobusach elektrycznych baterie zazwyczaj są bezpieczne, tylko w przypadku ogromnych zniszczeń może dojść do pożaru. W mniejszych pojazdach, jak hulajnogi czy skutery, baterie są znacznie bardziej narażone na zniszczenie.

– Zapobiec pożarom w pojazdach elektrycznych lub w hulajnogach powinien układ elektroniczny, który musi być w tej baterii zainstalowany. Oczywiście producenci samochodów elektrycznych instalują bardzo zaawansowane układy, nazywane BMS-ami, podobne jak w naszej firmie, które mają wielopoziomowe systemy zabezpieczeń i ostrzegają układ ładowania lub kierowcę przed potencjalną awarią – tłumaczy ekspert.

Systemy zabezpieczeń stosowane w samochodach czy autobusach są wyposażone w czujniki, które reagują na zmianę temperatury, wykrywają nieprawidłowości i wówczas wyłączają cały system. Ponadto baterie produkowane przez renomowane firmy przechodzą testy, np. palenia w laboratoriach. Wszystko po to, by w razie wypadku pasażerowie mogli opuścić pojazd, minimalizują też ryzyko pożaru.

– W hulajnogach elektrycznych to są zwykłe małe pakiety, które nie zawierają zaawansowanych zabezpieczeń, tylko bardzo proste, pojedyncze. Nie zabezpieczają przed potencjalną awarią podczas ładowania. I to jest największe ryzyko w pakietach, gdzie to cena jest głównym wyznacznikiem – mówi Bartłomiej Kras.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/baterie-w-hulajnogach-czy,p1272633224