Już w przyszłym roku „polski” instrument zacznie zbierać dane o Słońcu. Rok 2021 może być przełomowy dla rodzimego przemysłu kosmicznego

Polacy aktywnie uczestniczą w największych misjach kosmicznych. Przygotowują się m.in. do misji JUICE, która zbada największe satelity Jowisza, czy misji PROBA, pierwszej na świecie precyzyjnej misji lotniczej ESA. Już w przyszłym roku zbudowany m.in. przez Polaków instrument STIX zacznie też zbierać dane o rozbłyskach na Słońcu. Polscy naukowcy w 2021 roku będą mieć pełne ręce roboty, gdyż uczestniczą w wielu misjach kosmicznych. – Program kosmiczny jest w tej chwili układany i wszystko będzie wiadomo mniej więcej w połowie przyszłego roku – wskazuje dr hab. Piotr Orleański z Centrum Badań Kosmicznych PAN.

– W przyszłym roku nasz sztandarowy instrument STIX zostanie włączony w fazę operacyjną misji Solar Orbiter, czyli misji ESA do Słońca, w ramach której będzie już zbierał konkretne dane. W tej chwili leci do Słońca, był wstępnie przetestowany, pierwsze próby pomiarów naukowych zostały wykonane pomyślnie, a od przyszłego roku będzie już włączony do normalnej kampanii naukowej. To dla nas bardzo istotne, bo będzie przynosił bardzo ciekawe dane z zakresu spektrometrii rentgenowskiej Słońca – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr hab. Piotr Orleański, kierownik Laboratorium Satelitarnych Aplikacji Układów FPGA w Centrum Badań Kosmicznych PAN.

Misja Europejskiej Agencji Kosmicznej Solar Orbiter ma za zadanie eksplorację Słońca. Jednym z sześciu instrumentów teledetekcyjnych jest teleskop rentgenowski STIX, wybudowany przy udziale polskich naukowców. STIX (Spectrometer/Telescope for Imaging X-rays) ma rejestrować rozbłyski na Słońcu. Misja ma ogromne znaczenie, pozwoli odpowiedzieć na część pytań dotyczących gwiazdy, m.in. dotyczące pojawiających się plam czy rozbłysków.

– Mamy w zanadrzu dwa bardzo poważne instrumenty, które muszą być oddane w przyszłym roku, bo w 2022 roku startują do księżyców Jowisza. To misja Europejskiej Agencji Kosmicznej JUICE, gdzie uczestniczymy w budowie dwóch dużych instrumentów. Modele flight, czyli te modele, które mają być zainstalowane na satelicie, muszą być na początku przyszłego roku oddane już do primary contractor, czyli do firmy, która integruje całego satelitę – wskazuje ekspert.

Celem misji JUICE jest zbadanie Jowisza oraz jego księżyców: Ganimedesa, Europy i Kallisto. To pierwsza misja, która skupia się na jego księżycach, a nie na samej planecie, i sprawdzi, czy mogą istnieć na nich warunki, które sprzyjają powstawaniu życia. Księżyce będą badane za pomocą 11 instrumentów, przy czym dwa z nich powstają z udziałem polskich naukowców: system anten RWI (Radio Wave Instrument) oraz cztery instrumenty z czujnikami pomiaru potencjału plazmy LP-PWI (Langmuir Probe – Plasma Wave Instrument). Oba urządzenia zostały stworzone jako część projektów realizowanych przez firmę Astronika we współpracy z Centrum Badań Kosmicznych Polskiej Akademii Nauk, Instytutem Fizyki Plazmy w Uppsali oraz japońskim Tohoku University.

– Jesteśmy też w bardzo ciekawym eksperymencie Europejskiej Agencji Kosmicznej – PROBA. To konstelacja dwóch satelitów, które są z dokładnością do milimetrów pozycjonowane na orbicie w odległości kilkunastu–kilkudziesięciu metrów od siebie i oba stanowią jeden instrument naukowy do oglądania Słońca. Na samym początku 2021 roku, na wiosnę, musimy oddać urządzenia lotne, które będą zintegrowane na satelicie – mówi dr hab. Piotr Orleański.

Podwójne satelity będą latać w szyku. Ustawią się w jednej linii, aby rzucać precyzyjny cień w przestrzeni i zablokować dysk słoneczny na sześć godzin, dając naukowcom widok na Słońce. Celem misji jest korona gwiazdy, która rozciąga się na miliony kilometrów od jej powierzchni i jest źródłem wiatru słonecznego i ogromnych erupcji magnetycznych.

– Uczestniczymy w eksperymencie amerykańskim, jesteśmy jedynym partnerem 10 najpoważniejszych amerykańskich uniwersytetów i jako jedyni poza tymi instytucjami mamy dostarczyć swój przyrząd na amerykańskiego satelitę. Satelita będzie mierzył plazmę w Układzie Słonecznym i ma wystartować za kilka lat, ale w tej chwili budujemy pierwsze prototypy naszego urządzenia – zaznacza ekspert.

Polscy naukowcy biorą też udział w misji ARIEL, która ma na celu obserwację około tysiąca znanych egzoplanet metodą tranzytową, czy misji ATHENA, którą ESA chce wykorzystać do badania promieniowania wysokich energii. 12-metrowy teleskop rentgenowski z ogromnym lustrem ma pomóc poszerzyć wiedzę o czarnych dziurach i grupach galaktyk. Polacy biorą też udział w nieco mniejszych europejskich misjach, również w naszym kraju powstają urządzenia w ramach konkursów rozpisanych przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju. Tym samym polski przemysł kosmiczny szybko się rozwija, jednak jego przyszłość – jak ocenia ekspert – w dużej mierze zależy od przyjętego modelu finansowania misji kosmicznych.

– Program kosmiczny jest w tej chwili układany i wszystko będzie wiadomo mniej więcej w połowie przyszłego roku. Jestem pełen optymizmu, że znajdą się, niezależnie od koronawirusa, środki na trochę wizjonerskie, a przede wszystkim bardzo przyszłościowe myślenie, gdzie można znaleźć produkty, na których będzie można później zarobić – wskazuje dr hab. Piotr Orleański.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/juz-w-przyszlym-roku,p670954803

Coraz mniej czasu na walkę ze zmianami klimatu. Współpraca ekspertów z państw Europy Środkowo-Wschodniej ma przyspieszyć tworzenie innowacji klimatycznych

Naukowcy alarmują, że to ostatni dzwonek na podjęcie zdecydowanych kroków w walce ze zmianami klimatycznymi. – W tym obszarze liczy się czas. Im więcej współpracy między ludźmi, którzy szukają nowych rozwiązań na rzecz klimatu, tym więcej czasu oszczędzamy – podkreśla Aleksandra Gołdys z EIT Climate-KIC. To cel proklimatycznej inicjatywy tej instytucji – Climate Community Lab. Innowatorzy z różnych państw Europy Środkowo-Wschodniej mogą pozyskać wsparcie i granty na realizację swoich autorskich pomysłów przyczyniających się do walki ze zmianami klimatu. W tym roku takie dofinansowanie w wysokości 20 tys. euro dostał m.in. projekt, który zakłada tworzenie międzynarodowych, ekologicznych spółdzielni rolno-spożywczych. Organizacja zapowiada kolejny nabór w przyszłym roku. 

Powodem, dla którego stworzyliśmy Climate Community Lab, było poszukiwanie najbardziej adekwatnych dla tej części Europy narzędzi wspierania innowatorów działających na rzecz klimatu. Poszukujemy modeli finansowania, wsparcia eksperckiego i możliwości współpracy między ludźmi, którzy zastanawiają się nad najlepszymi rozwiązaniami w dobie kryzysu klimatycznego – mówi agencji Newseria Biznes Aleksandra Gołdys, CEE design education developer w EIT Climate-KIC.

Climate Community Lab to nowa inicjatywa finansowana przez EIT Climate-KIC, czyli jedną z największych europejskich instytucji działających na rzecz ochrony klimatu i budowania niskoemisyjnej gospodarki. Projekt ma zachęcić innowatorów i aktywistów z regionu Europy Środkowo-Wschodniej do współpracy, tworzenia międzynarodowych sojuszy i szukania wspólnych rozwiązań służących walce z globalnym ociepleniem. Celem jest połączenie ze sobą ludzi z różnych krajów, którzy zajmują się tymi samymi aspektami związanymi z niskoemisyjnością, jak np. zrównoważony rozwój czy zero waste.

Każdy rodzaj współpracy między krajami tworzy warunki, w których mogą pojawiać się nowe pomysły. Patrzymy, jak wiele innowatorzy w Climate Community Lab uczą się od siebie nawzajem. To sprawia, że jesteśmy szybsi w wynajdywaniu rozwiązań, które są nam bardzo potrzebne – mówi Aleksandra Gołdys. – W odosobnieniu, w silosowych działaniach marnujemy za dużo energii. Im więcej będzie powiązań między ludźmi, którzy szukają nowych rozwiązań na rzecz klimatu, tym więcej czasu oszczędzamy. I to może okazać się kluczowe w kwestiach klimatycznych, deadline jest nieubłagany.

Jak podkreśla, w Europie Środkowo-Wschodniej brakowało dotąd warunków i przestrzeni do tego, żeby innowatorzy działający na rzecz klimatu mogli ze sobą współpracować, razem wymyślać nowe rozwiązania i je implementować. Climate Community Lab ma stworzyć im taką przestrzeń i zapewnić wsparcie, m.in. w postaci finansowania czy opieki mentorskiej.

 Wierzymy w to, że – mimo specyficznych problemów i różnych zaszłości historycznych w regionie Europy Centralnej i Wschodniej – dzięki tego rodzaju sieci współpracujących ze sobą ludzi możemy szukać rozwiązań, które pozwolą nam być w awangardzie walki ze zmianami klimatu – mówi ekspertka z EIT Climate-KIC. – Co ważne, współpraca uczy zaufania, a w tej części Europy mamy jego deficyt. Nie mamy z wielu powodów historycznych i socjologicznych nawyku, żeby ufać sobie nawzajem, dostrzegać wspólny, większy cel. Community Lab buduje taką przestrzeń do równościowej współpracy i zaufania.

Projekt zainicjowany przez EIT Climate-KIC, prowadzony wspólnie z partnerami takimi jak Ashoka, 4CF, Impact Hub, CRS czy Cleantech ForEst, ma na celu nie tylko poszukiwanie nowych technologii, ale również narzędzi społecznych i ekonomicznych, które przysłużą się w walce ze zmianami klimatu. Co istotne, ideą Climate Community Labu jest działanie na rzecz gospodarki niskoemisyjnej, ale z poszanowaniem interesów wszystkich grup społecznych – również tych, które początkowo mogą na niej ucierpieć.

W tym regionie, który jest nieco biedniejszy, mamy historię i doświadczenia bycia solidarnymi. A ważną kwestią w walce ze zmianami klimatycznymi jest to, że w wyniku tej transformacji energetycznej wiele osób może pozostać osamotnionych, wykluczonych z rozwiązań, które mogą być drogie albo dostępne tylko dla elit. Dlatego ważne w tej współpracy jest myślenie o wszystkich członkach społeczeństwa – nie tylko tych, których po prostu stać na proklimatyczne działania, styl życia czy technologie – wskazuje ekspertka EIT Climate-KIC.

W tym roku ze względu na pandemię Climate Community Lab działał głównie wirtualnie, między innymi poprzez serię szkoleń i warsztatów online. W trakcie tych spotkań tworzyły się konsorcja z różnych krajów, które opracowywały własne pomysły na proklimatyczne działania.

 Pracowaliśmy przez trzy miesiące w kilku krajach Europy Centralnej i Wschodniej, m.in. w Rumunii, Czechach i Polsce. Głównym celem na ten rok było zidentyfikowanie innowatorów, którzy szukają proklimatycznych pomysłów, i wymyślenie dla nich jak najlepszego modelu wsparcia. Jego podstawą było współfinansowanie ich działań, czyli rozdawaliśmy granty w wysokości 20 tys. euro, ale nie ograniczaliśmy się tylko do finansowania. Ważne było też znalezienie odpowiednich mentorów i ekspertów, którzy wspierali innowatorów swoją wiedzą. W tym roku odbyło się też ponad 20 wspólnych spotkań i warsztatów. Testowaliśmy różne narzędzia online. Dalej będziemy się zastanawiać, jak możemy ich wesprzeć w kolejnym roku, bo ten projekt będzie się cały czas transformował – mówi Aleksandra Gołdys.

Jak wskazuje, do projektu Climate Community Lab zgłosiło się w tym roku ponad 100 aktywistów i innowatorów z państw Europy Środkowo-Wschodniej.

– Wśród zgłoszeń były projekty bardzo różnorodne. Mieliśmy np. inicjatywę stworzenia portalu, który umożliwiłby ludziom wymianę już używanych sprzętów, w zgodzie z założeniami cyrkularnej ekonomii. Inny projekt propagował kompostowanie w miejscu zamieszkania i wykorzystywanie tego kompostu na co dzień. Kolejny ułatwiał dostęp do niskokosztowej energii w ogrzewaniu domowym, co ma szczególne znaczenie w naszym regionie, gdzie wykluczenie energetyczne i bieda są jednym z podstawowych problemów – mówi  ekspertka EIT Climate-KIC.

Pierwszy grant w wysokości 20 tys. euro od Climate Community Lab został przyznany w końcówce października, po warsztatach online przeprowadzonych przez polską firmę 4CF. Projekt, który uzyskał dofinansowanie, zakłada tworzenie ekologicznych, lokalnych spółdzielni rolno-spożywczych w Bułgarii, Estonii i Rumunii. Jej autorami są aktywiści z tych trzech krajów: właścicielka ekologicznej farmy i firmy spożywczej, współzałożyciel firmy zajmującej się produkcją mikroalg oraz biolog specjalizujący się w wykorzystaniu mikroorganizmów w rolnictwie. Nabór do tegorocznej edycji Climate Community Lab został już zakończony, ale projekt wystartuje ponownie w przyszłym roku. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/coraz-mniej-czasu-na,p1281018523

Nowelizacja ustawy o podatku od towarów i usług podpisana przez prezydenta. SLIM VAT uprości rozliczenia i pozwoli uniknąć części sporów z fiskusem

Większość nowych przepisów ustawy o VAT wejdzie w życie 1 stycznia 2021 roku. Dotyczyć one będą m.in. doprecyzowania zasad wystawiania faktur korygujących, uproszczenia przeliczania kwot w walutach obcych czy wydłużenia terminów wysyłania towarów eksportowanych. Ustawa wprowadzi też zmiany przy zwrocie podatku podróżnym, czyli TAX FREE, oraz przedłuży do końca roku 2021 zwolnienie z akcyzy pojazdów hybrydowych. 

– Podstawową zmianą są zasady dotyczące wystawiania faktur korygujących, zarówno tych zmniejszających podstawę opodatkowania, jak i tę podstawę zwiększających. Dotychczas jeżeli podatnicy chcieli wystawić fakturę korygującą zmniejszającą podstawę opodatkowania, czyli fakturę korygującą in minus, to musieli otrzymać potwierdzenie otrzymania tej faktury przez kontrahenta – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Koc, radca prawny w Dziale Prawa Podatkowego w Kancelarii Sadkowski i Wspólnicy. – Teraz ten wymóg zostanie zniesiony. Podatnik powinien posiadać dokumentację, która wskazuje, że warunki wystawienia tej faktury korygującej zostały uzgodnione pomiędzy obiema stronami. Należy oceniać pozytywnie tę zmianę, dotychczas ten wymóg rodził problemy po stronie podatników i wiele dyskusji z organami podatkowymi.

W przypadku faktur korygujących in plus do tej pory ustawa o VAT nie zawierała regulacji, które wskazywałyby, w jakim okresie faktury te należy rozliczać. Obecnie przepisy wprost będą wskazywały, że należy tego dokonywać na bieżąco.

Kolejna zmiana to wydłużone terminy na wywóz towarów pozwalające na zachowanie stawki 0 proc. przy opodatkowaniu zaliczek z tytułu eksportu towarów – z dwóch do sześciu miesięcy – oraz wydłużenie terminu do odliczenia VAT naliczonego na bieżąco łącznie do czterech okresów rozliczeniowych. Do obliczania podstawy opodatkowania w walucie obcej będzie można zastosować stawkę przelicznika na złote wynikającą z podatku dochodowego danej transakcji.

Wiele zmian jest dedykowanych przede wszystkim eksporterom, podmiotom, które prowadzą działalność handlową z zagranicą. Tutaj też wydłużają się terminy dotyczące wysyłania towarów eksportowanych. Natomiast większość nowych przepisów będzie dotyczyła wszystkich przedsiębiorców – mówi Łukasz Koc. – Tak naprawdę to są zmiany mające charakter ogólny, zarówno wspomniane już zasady dotyczące wystawiania faktur korygujących, jak i te dotyczące przeliczania kwot wyrażonych w walutach obcych czy terminu na odliczenie VAT naliczonego. To są zasady, które dotyczą wszystkich podatników.

Ułatwienia mają także dotyczyć płatności podzielonej, czyli split paymentu – to zmiana w prawie bankowym. Dotychczas przedsiębiorca musiał mieć wydzielony „rachunek techniczny”, na który odprowadzane były kwoty z tytułu podatku od towarów i usług, i nie można było z niego opłacać innych zobowiązań. Obecnie pieniądze z rachunku VAT będzie można przeznaczyć na płatność podatku z tytułu importu towarów oraz należności na rzecz agencji celnych.

SLIM VAT (skrótowiec od Simple Local and Modern) ma uszczelnić także zwrot podatku VAT podróżnym (TAX FREE) poprzez wprowadzenie całkowicie elektronicznego obiegu dokumentów w tym systemie, co jednocześnie pozwoli uniknąć wypełniania papierowych dokumentów.

W ocenie rządu projektowane zmiany mają przede wszystkim na celu uproszczenie systemu podatkowego, systemu rozliczeń podatku od towarów i usług i rzeczywiście należy tak to oceniać. To są zmiany mające charakter pozytywny, one wyjaśniają kilka wątpliwości, jakie do tej pory istniały po stronie podatników –  ocenia radca prawny w Dziale Prawa Podatkowego w Kancelarii Sadkowski i Wspólnicy. – Należy spodziewać się, że będzie mniej dyskusji i sporów z organami podatkowymi co do tego, czy te rozliczenia, prowadzone do tej pory przez podatników, są prawidłowe, czy też nie, ponieważ będzie to wyraźnie wskazane w przepisach.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/nowelizacja-ustawy-o,p1935206225

Sztuczna inteligencja będzie przewidywać pogodę. Prognozy będą szybsze i dokładniejsze niż dotychczas [DEPESZA]

Zastosowanie algorytmów sztucznej inteligencji w roli narzędzia predykcyjnego pozwoli sprawniej przewidywać warunki atmosferyczne zarówno w skali globalnej, jak również lokalnej. Nowa metodologia zakłada odejście od przeprowadzania skomplikowanych obliczeń zjawisk fizycznych na rzecz szeroko zakrojonej analizy historycznej. Wykorzystanie technologii uczenia maszynowego zauważalnie skróci czas potrzebny do opracowania prognoz o wysokim wskaźniku sprawdzalności.  

Naukowcy z Uniwersytetu Waszyngtońskiego oraz Microsoft Research sugerują, że odpowiednio wyszkolona sztuczna inteligencja będzie w stanie sprawniej poradzić sobie z przewidywaniem zmian pogodowych niż zespół korzystający z bieżących metod predykcyjnych. Aby udowodnić potencjał tej technologii, opracowano nowy model pogodowy bazujący na danych atmosferycznych zebranych przez stacje pogodowe na przestrzeni ostatnich 40 lat.

– Uczenie maszynowe to w zasadzie rozwinięta wersja rozpoznawania wzorców – wskazuje Jonathan Weyn, doktorant na Uniwersytecie Waszyngtońskim w Seattle. – Technologia dostrzega typowy wzorzec, rozpoznaje jego sposób ewoluowania i decyduje, co zrobić na podstawie danych zebranych z ostatnich 40 lat.

Wstępne testy dowiodły, że nawet najprostsze algorytmy sztucznej inteligencji są w stanie błyskawicznie przewidzieć pogodę w skali globalnej na najbliższy rok. Choć prototypowy algorytm nie był aż tak skuteczny jak drobiazgowa analiza danych fizycznych, opracował prognozę, zużywając 7 tys. razy mniej mocy obliczeniowej niż klasyczne narzędzia predykcyjne.

– To nowe podejście jest o tyle istotne, że jest o wiele efektywniejsze – przekonuje Dale Durran, profesor nauk o atmosferze z Uniwersytetu Waszyngtońskiego. – Liczymy na to, że nowy model bazujący na uczeniu maszynowym ​​pozwoli rozwiązać problemy z przewidywalnością pogody dzięki wystarczającej szybkości przetwarzania dużych zbiorów danych.

Zastosowanie sztucznej inteligencji pozwoli szybciej tworzyć modele pogodowe i częściej wykorzystywać metodę prognozowania zespołowego, tj. analizę wielu scenariuszy przy użyciu różnych parametrów startowych. Dzięki niej naukowcy będą mogli np. błyskawicznie opracować wiele scenariuszy przejścia huraganu i lepiej przygotować się na jego uderzenie.

Aby prawidłowo przeszkolić sztuczną inteligencję, zespół zmapował powierzchnię globu na sześcianie, a następnie spłaszczył trójwymiarowy model do postaci kwadratu składającego się z 25 pól odpowiadających poszczególnym obszarom Ziemi. Dzięki temu możliwe było przeprowadzenie procesu uczenia maszynowego opartego na historycznych danych pogodowych nałożonych na wstępnie skonfigurowaną siatkę.

Naukowcy liczą na to, że wzbogacenie modelu predykcyjnego o bardziej szczegółowe dane pozwoli zwiększyć precyzję algorytmu, co w przyszłości zauważalnie przyspieszy generowanie wysoce precyzyjnych prognoz.

– Po przeszkoleniu w zakresie danych pogodowych z przeszłości nasz algorytm sztucznej inteligencji jest w stanie znaleźć powiązanie między różnymi zmiennymi, których nie odnajdą równania fizyczne – podkreśla Jonathan Weyn. – Możemy pozwolić sobie na użycie znacznie mniejszej liczby zmiennych i dzięki temu stworzyć model, który jest znacznie szybszy.

Według analityków z firmy Grand View Research wartość globalnego rynku sztucznej inteligencji w 2020 roku wyniesie 62,4 mld dol. Przewiduje się, że do 2027 roku wzrośnie do 733,7 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 42,2 proc.

(Newseria Innowacje)

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/sztuczna-inteligencja,p801446993

Polscy naukowcy chcą wykorzystać sztuczną inteligencję do diagnozowania raka prostaty. Nowa metoda opiera się na analizie obrazów i zapewnia 85-proc. skuteczność

Sztuczna inteligencja wykazuje aż 85-proc. skuteczność w diagnozowaniu raka prostaty na podstawie obrazowania metodą rezonansu magnetycznego. To rezultat zbliżony do tego, który osiągają doświadczeni klinicyści. Polacy wykorzystają ten mechanizm do stworzenia rozwiązania automatyzującego proces diagnostyki. Dzięki takim metodom czas od wykonania badania do wdrożenia spersonalizowanego leczenia skróci się nawet o 90 proc.

– Diagnostyka obrazowa jest tematem, w którym znajdujemy zastosowania sztucznej inteligencji. Szczególnie rozwiązań bazujących na głębokich sieciach neuronowych, które są w stanie automatycznie analizować obrazy. Wiele rozwiązań pozwala na automatyczną diagnostykę raka, a także detekcję zmian chorobowych. Takie rozwiązania są w stanie automatycznie oszacować ryzyko istotności klinicznej zmian, a także zlokalizować je – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Piotr Sobecki, kierownik Laboratorium Stosowanej Sztucznej Inteligencji w Ośrodku Przetwarzania Informacji – Państwowym Instytucie Badawczym.

Polscy naukowcy pracują obecnie nad rozwiązaniem wykorzystującym sztuczną inteligencję do wspierania diagnostyki raka prostaty. Głęboka sieć neuronowa na podstawie zdjęć prostaty z rezonansu magnetycznego oblicza prawdopodobieństwo, że badana zmiana jest złośliwa, i ocenia je w skali analogicznej do PI-RADS, używanej przez specjalistów.

– Sztuczna inteligencja pełni rolę wspierającą diagnostę, czyli w tym wypadku radiologa, w podejmowaniu decyzji. Istotne również jest to, by SI była częścią procesu diagnostycznego, nie tylko ograniczającą się w radiologii. Powstało bardzo wiele rozwiązań, które analizują jedynie obrazy i zwracają pewną informację o istotności klinicznej zmian – wskazuje Piotr Sobecki.

Szpital Addenbrooke w Cambridge ma być pierwszym szpitalem na świecie, który będzie korzystał z InnerEye. Narzędzie to wykorzystuje głębokie uczenie do dokładnej identyfikacji guzów na skanach sporządzonych przez tomograf komputerowy. Dzięki temu proces przetwarzania informacji i planowania leczenia skraca się aż o 90 proc. Z kolei rozwiązanie, nad którym pracują polscy naukowcy, cechuje się skutecznością szacowaną na ok. 85 proc., czyli zbliżoną do tej, którą osiągają doświadczeni eksperci.

– Przeprowadziliśmy badania pilotażowe z udziałem sześciu radiologów. Pokazały one, że metody sztucznej inteligencji oparte na głębokich sieciach neuronowych są w stanie osiągnąć wyniki dorównujące i nawet przewyższające najbardziej doświadczonych radiologów z kilkunastoletnim doświadczeniem. To pokazuje, że zastosowanie sztucznej inteligencji ma potencjał we wspieraniu diagnostyki i szczególnie w takich momentach, w których zależy nam na ograniczeniu liczby dokonywanych biopsji. Celem nadrzędnym jest komfort pacjenta – podkreśla ekspert.

Rolą sztucznej inteligencji w leczeniu nowotworów może być jednak nie tylko analizowanie danych pozyskanych z badań obrazowych, takich jak zdjęcie rentgenowskie czy skan z tomografu komputerowego. ReceptorNet jest najnowszym algorytmem SI, który określa u pacjentek z rakiem piersi stan receptorów hormonalnych. To kluczowy dla klinicystów biomarker, wykorzystywany przy podejmowaniu decyzji o ścieżce leczenia. Standardowo jest on oceniany przez patologa poprzez badanie tkanki guza pod mikroskopem, z zastosowaniem kosztownego barwienia immunohistochemicznego. Algorytm wykonuje tę samą pracę, ale z wykorzystaniem tańszego procesu obrazowania. Przyglądając się pojedynczym pikselom obrazu, jest w stanie dostrzec zmiany tak subtelne, że nie byłoby ich w stanie wychwycić ludzkie oko.

Rozwiązanie, nad którym pracują Polacy, ma z kolei szansę zrewolucjonizować diagnostykę i leczenie raka prostaty, ale obecnie znajduje się na wczesnym etapie rozwoju.

– Projekt jest po etapie wstępnej walidacji, w którym udowodniliśmy, że rozwiązanie jest możliwe do wprowadzenia w praktyce. Jednak istotne jest to, żeby predykcje dokonywane przez to rozwiązanie były wykonywane w sposób wyjaśnialny. Do tego potrzebujemy dużego wolumenu danych z różnych ośrodków – zaznacza ekspert.

Accenture przewiduje, że rynek sztucznej inteligencji w opiece zdrowotnej osiągnie do 2021 roku wartość 6,6 mld dol. To aż jedenastokrotny wzrost w porównaniu z rokiem 2014. Do 2026 roku w samych tylko Stanach Zjednoczonych medyczne zastosowania SI mogą wygenerować nawet 150 mld dol.

– SI to zdecydowanie przyszłość medycyny, ponieważ rozwiązania, które już są obecne, wskazują na bardzo duży potencjał tych metod we wspomaganiu diagnostyki. Przekłada się to na ograniczenie kosztów, a także polepszenie jakości służby zdrowia. Możemy się spodziewać, że rozwiązania bazujące na sztucznej inteligencji będą zastosowane w całym procesie diagnostycznym, nie tylko w wybranych fragmentach. Aktualnie jedynie wybrane fragmenty procesu diagnostycznego są wspierane metodami sztucznej inteligencji – mówi Piotr Sobecki. 

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/polscy-naukowcy-chca,p545299891

Nakładanie danin podczas kryzysu może okazać się gwoździem do trumny wielu firm. Niektóre branże już dziś ledwo sobie radzą

Od stycznia wchodzi w życie tzw. podatek cukrowy, nakładający na producentów napojów obowiązek odprowadzania opłaty za dosładzanie produktów, bez względu na to, czy jest dodawany cukier, czy jego zastępniki. Zdaniem Marka Moczulskiego, prezesa firmy Unitop, wprowadzanie kolejnej daniny w czasie, gdy branża gastronomiczna i jej dostawcy walczą o przetrwanie, jest niezrozumiałe. Przedstawia on pięć postulatów do rządu, które ułatwiłyby działanie firm, nie tylko branży spożywczej i gastronomicznej.

– Podatek cukrowy jest kolejnym obciążeniem dla firm, chyba już 25. w ostatnich kilku latach. Jest niczym innym jak kosztem, który będą musieli ponieść zarówno producenci, jak i konsumenci, bo należy pamiętać, że od 1 stycznia ceny napojów, które zawierają cukier, wzrosną o 30–40 proc., jeśli nie więcej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Moczulski, prezes Unitopu, producenta słodyczy, m.in. chałwy i sezamków. – Jest to bardzo niefortunny moment. Mamy do czynienia z sytuacją kryzysową, która będzie dla nas istotnym wyzwaniem. Kryzys dopiero się rozpoczyna, wprowadzenie kolejnego podatku teraz jest niepotrzebne i niezrozumiałe.

1 stycznia producenci słodzonych napojów będą musieli uiszczać tzw. opłatę cukrową. Składać się ona będzie z dwóch części: stałej i zmiennej. Pierwsza wyniesie 0,50 zł na litr w przypadku, gdy zawartość substancji słodzącej nie przekracza 5 g na 100 ml napoju. Druga to 0,05 zł za każdy gram cukru lub słodzika powyżej tej granicy. Z pierwszej opłaty zwolnione będą napoje z zawartością soków owocowych i warzywnych powyżej 20 proc. Dodatkowo za napoje energetyzujące, zawierające na przykład kofeinę czy taurynę, producenci płacić będą dodatkowe 10 gr za litr. Opłacie nie będą podlegać izotoniki.

Branża od niemal roku, gdy powstał pierwszy projekt ustawy, argumentuje, że tak sformułowane przepisy nie spowodują, że wybory Polaków staną się zdrowsze, czym jest on uzasadniany, bo konsumenci sięgną po napoje najtańsze, a te powstają ze sztucznych składników. Niezrozumiałe dla producentów wydaje się także obłożenie opłatą np. napojów słodzonych bezkalorycznymi słodzikami czy naturalną stewią.

Podatek, nazywany przez rząd „opłatą”, dotknie nie tylko producentów napojów, ale też ich dostawców (sadowników), odbiorców (sklepy, hurtownie, gastronomię) i konsumentów. Dla wielu przedsiębiorców może to oznaczać konieczność zakończenia działalności.

– Zamknięte restauracje i punkty gastronomiczne ponoszą konkretne straty, zwalniają ludzi, nie mają wystarczającego obrotu. Sprzedaż na wynos tego nie rekompensuje, być może pozwala na utrzymywanie się na powierzchni, ale to jest wegetacja – tłumaczy Marek Moczulski. – Z kolei ci, którzy dostarczali do HoReCa, a więc wszyscy producenci mięsa, produktów mlecznych czy napojów, w początkowym okresie mieli potężny problem, latem była pewna odwilż i teraz znów borykają się z tym samym problemem. Statystyki są coraz gorsze, bo branża gastronomiczna wpada w długi. Około 10 proc. firm gastronomicznych wpadło w istotne pętle zadłużenia, według statystyk to jest już ponad 700 mln zł nieuregulowanych długów. Ci, którzy sprzedawali do branży gastronomicznej, też mają problemy.

Dane Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor wskazują, że w drugi lockdown pod koniec października branża gastronomiczna wchodziła z prawie 700 mln zł zaległości. Przed wiosennym zamknięciem było to mniej niż 650 mln zł.

Jak wynika z badania Instytutu Keralla Research dla BIG InfoMonitor, cokwartalnego badania wykonywanego wśród 500 mikroprzedsiębiorstw oraz małych i średnich firm, w ostatnim kwartale roku problem faktur przeterminowanych o co najmniej dwa miesiące zaczyna dotyczyć zdecydowanie większej grupy biznesów. Jeszcze w III kwartale odsetek firm skarżących się na takie zaległości topniał, np. w 2019 roku wynosił 50 proc., a w tym już tylko 33 proc., ale w IV kwartale wzrósł on do prawie 46 proc. Co trzecia firma mówi, że przyczyną tych kłopotów jest pandemia.

Marek Moczulski proponuje swój zestaw postulatów, których wprowadzenie poprawiłoby sytuację przedsiębiorców.

– Określę to „piątką Moczulskiego”. Po pierwsze, żadnych nowych podatków, żadnych nowych danin, bo część nazywa się dowcipnie opłatą: deszczową, cukrową czy innymi. Po drugie, jeśli jakakolwiek regulacja ma być wprowadzona dla biznesu, to dwie regulacje, które istnieją w tej chwili, muszą być wyrzucone z ustawodawstwa – przekonuje prezes Unitopu. – Trzeci postulat jest taki, że jakakolwiek regulacja, która ogranicza swobodę działalności gospodarczej, musi mieć odpowiednio długi okres karencji, a jakiekolwiek skutki, jeśli są finansowe, muszą być właściwie policzone. Najlepszym przykładem jest słynna piątka antyhodowlana, dowcipnie nazywana piątką dla zwierząt, gdzie po prostu nic nie policzono i próbowano wręcz zabronić legalnie działającej działalności hodowli, plus ograniczyć hodowlę nie tylko tzw. futrzaków, ale też bydła czy innych zwierząt. W czasach kryzysu to jest niewybaczalne.

Podobnie było z podatkiem cukrowym. Projekt został przedstawiony do konsultacji w piątek 20 grudnia 2019 roku, tuż przed świętami, Nowym Rokiem i świętem Trzech Króli, gdy wiele osób planowało wolne. Jako termin zgłaszania opinii wyznaczono 10 stycznia br., a podatek miał pierwotnie obowiązywać już od 1 kwietnia. Producenci przekonywali, że to zbyt krótki okres, by opracować nowe receptury produktów. Podawali też przykład Wielkiej Brytanii, gdzie branża dostała dwa lata na przygotowanie się do nowych przepisów. Ostatecznie ze względu na pandemię przesunięto datę na 1 lipca, a potem prace nad nowym prawem zawieszono. Latem zostały jednak wznowione i pod koniec sierpnia prezydent Andrzej Duda podpisał uchwaloną ustawę.

– Kolejny element mojej piątki jest taki, żeby rząd łaskawie nie przeszkadzał w prowadzeniu działalności gospodarczej, tylko usprawnił sądownictwo. Wymiar prawa i liczba stanowionych praw jest po prostu zbyt duża. I piąty postulat – wróćmy do prostej ustawy o działalności gospodarczej, która uwolniła inicjatywę Polaków i dała im skrzydła w 1989 roku i przez kilka następnych lat – konkluduje Marek Moczulski.

Ustawa z 23 grudnia 1988 roku o działalności gospodarczej, zwana „ustawą Wilczka” od nazwiska ówczesnego ministra przemysłu Mieczysława Wilczka, miała bardzo liberalny charakter i położyła podwaliny pod rozwój drobnej przedsiębiorczości Polaków. Liczyła sześć rozdziałów rozpisanych na zaledwie pięciu stronach.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/nakladanie-danin-podczas,p1171794703

W czasie pandemii Polacy zmienili podejście do zabezpieczenia finansowego. Aż 90 proc. deklaruje, że będzie oszczędzać

Dbanie o bezpieczeństwo finansowe może być jednym z długotrwałych skutków pandemii i spowodowanego przez nią kryzysu. Dziś tylko 23 proc. Polaków czuje się odpowiednio zabezpieczonych finansowo, czyli posiada oszczędności wyższe niż sześć miesięcznych pensji. Zamiar odkładania na czarną godzinę lub inny dowolny cel deklaruje jednak 90 proc. badanych – wynika z Prudential Family Index. Prawie co trzeci Polak, który odkłada nadwyżki finansowe, zamierza przeznaczać na oszczędności więcej niż dotychczas. Pandemia zwiększyła też skłonność do kupowania polis na życie. Obawy o finanse są w wielu przypadkach silniejsze niż o zdrowie. 

Zgodnie z badaniem Prudential Family Index, które przeprowadziliśmy we wrześniu 2020 roku, jeszcze przed rozpoczęciem drugiej fali pandemii, większość Polaków bała się bardziej o swoje finanse niż o zdrowie. Ponad 1/3 ankietowanych obawiała się pogorszenia sytuacji finansowej, około 1/3 badanych miała obawy zarówno o kwestie finansowe, jak i zdrowotne, a jedynie 16 proc. najbardziej bało się zachorowania – komentuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jarosław Bartkiewicz, prezes Prudential Polska.

Niepokoje Polaków znalazły odzwierciedlenie w rzeczywistości – ponad połowa respondentów przyznaje, że doświadczyła pogorszenia sytuacji finansowej w wyniku pandemii COVID-19.

Najbardziej dokuczliwym doświadczeniem Polaków jest drożyzna w sklepach (51 proc.), a około 40 proc. ankietowanych było zmuszonych do ograniczenia swoich wydatków. Prawie co trzeci podkreśla, że jego wynagrodzenie/dochody uległy zmniejszeniu. Co czwarty był zmuszony naruszyć swoje oszczędności, a 28 proc. – zrezygnować z wyjazdu wakacyjnego z powodu obaw związanych ze zdrowiem.

– Co ciekawe, wśród pięciu najbardziej dotkliwych doświadczeń związanych z pandemią cztery dotyczą finansów, a tylko jedna dotyka kwestii zdrowotnych – zauważa Jarosław Bartkiewicz.

Jednocześnie ponad 90 proc. Polaków deklaruje, że oszczędza i będzie to robić w przyszłości. 27 proc. twierdzi, że będzie odkładać większe kwoty, ale 14 proc. – że ich oszczędności będą mniejsze niż dotychczas z uwagi na obniżenie pensji bądź konieczność naruszenia posiadanych zapasów finansowych. Spośród osób, które dotąd nie miały w zwyczaju oszczędzać, aż połowa zapowiada, że zacznie to robić.

Silne bodźce, takie jak światowa pandemia, zawsze mają mocne oddziaływanie i skłaniają ludzi do większej refleksji. Miejmy nadzieję, że te pozytywne deklaracje naszych rodaków, wśród których aż 90 proc. oszczędza bądź zamierza to robić, przyniosą długotrwały efekt i zamienią się w czyny – dodaje prezes Prudential Polska.

Eksperci przyznają, że minimalna poduszka finansowa na czas kryzysu powinna wynosić równowartość ponad sześciu miesięcznych pensji. Taką jednak dysponuje jedynie 23 proc. badanych.

– 65 proc. Polaków ma mniejsze oszczędności niż równowartość sześciu miesięcznych pensji. Około 1/3 Polaków deklaruje posiadanie zabezpieczenia na poziomie jednej–trzech pensji – mówi Jarosław Bartkiewicz.

W czasie pandemii równie niezbędne jak oszczędności staje się posiadanie polisy na życie. Ponad 40 proc. Polaków uważa, że takie ubezpieczenie stało się koniecznością. Rośnie także odsetek deklarujących, że jest to przejaw roztropności i rozsądku.

W 2017 roku w naszym badaniu Prudential Family Index około połowy osób odpowiedziało, że ubezpieczenie na życie to przejaw roztropności, a w 2020 roku aż 2/3 ankietowanych jest tego zdania. Oczywiście miało na to wpływ poczucie zagrożenia wywołane pandemią. Dzięki temu wzrosła świadomość klientów, a co za tym idzie przydatność ubezpieczeń na życie i potrzeba posiadania tego typu polis – zauważa prezes Prudential Polska.

Coraz więcej Polaków ma indywidualną polisę życiową. W 2017 roku deklarowało to 40 proc. ankietowanych, a obecnie jest to ponad 56 proc. Rośnie też liczba osób posiadających polisy grupowe zapewniane np. przez pracodawcę.

– Dodatkowe elementy zawarte w polisie na życie, np. ubezpieczenie na wypadek poważnego zachorowania, pobytu w szpitalu czy utraty zdolności do pracy, w trudnych momentach życiowych mogą okazać się realnym wsparciem dla ubezpieczonego i jego rodziny. Posiadanie polisy na życie nie jest już tak często postrzegane jako przywilej dla bogaczy lub wymuszona konieczność. Polacy dostrzegają coraz większą wartość z posiadania tego typu produktów – podsumowuje Jarosław Bartkiewicz.

W ciągu ostatnich trzech lat znacząco spadł odsetek osób bez żadnego ubezpieczenia – z 33 do 19 proc. Jednocześnie dwukrotnie wzrósł odsetek badanych, którzy deklarują, że posiadają więcej niż jedną polisę na życie (z 8 do 16 proc.).

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/w-czasie-pandemii-polacy,p1223384807

Inteligentne wózki zrewolucjonizują transport w fabrykach. To dla przedsiębiorców szansa na obniżenie kosztów i poprawienie wydajności

Transport może obecnie stanowić nawet połowę kosztów prowadzenia działalności. Ograniczenie do minimum roli człowieka wewnątrz fabryk czy magazynów pozwoli obniżyć nie tylko koszty osobowe, lecz także te generowane w wyniku ludzkich pomyłek. Polski start-up opracował inteligentny system, w którym pracowników zastępują zrobotyzowane wózki, co pozwala niemal w pełni zautomatyzować pracę np. na halach produkcyjnych.

– Jesteśmy w stanie realizować procesy transportu np. między poszczególnymi liniami produkcyjnymi a magazynem i robić to w sposób kontrolowany, w pełni zautomatyzowany, a jednocześnie zbierać dane o tym procesie, analizować je w celu jego optymalizacji – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Jakub Michalski, współzałożyciel, odpowiadający za sprzedaż zagraniczną, biznes i product development w VersaBox.

Polski start-up stworzył Autonomy@Work, czyli system autonomicznych pojazdów przeznaczonych do inteligentnej intralogistyki – transportowania towarów wewnątrz magazynów lub hal produkcyjnych. Oprócz zrobotyzowanych wózków na system składa się też oprogramowanie pozwalające na ich pozycjonowanie i wytyczanie optymalnych tras z uwzględnieniem przeszkód, które należy ominąć. Wózki mają ładowność do 700 kg, a ich baterie pozwalają efektywnie pracować przez 8 godzin.

– Procesy realizowane w sposób manualny nie do końca są kontrolowane. Natomiast dobrze zaprojektowany i wdrożony system automatyczny zawsze będzie działał tak samo, zawsze w sposób powtarzalny i poprawny. Dzięki temu  unikamy różnych pomyłek, które mogą się zdarzyć, kiedy ten proces jest sterowany przez ludzi – ocenia Jakub Michalski.

System wdrożono już w kilkunastu przedsiębiorstwach, m.in. w Polsce, w Czechach i we Francji. Rozwiązania obejmujące automatyzację procesów magazynowych stosuje także e-commerce’owy gigant Amazon, który korzysta z mobilnych platform transportowych w rozdzielniach. Zautomatyzowane procesy magazynowe wykorzystuje też polska grupa Neuca, działająca w branży farmaceutycznej. W nowym centrum dystrybucyjnym spółki funkcjonuje magazyn wyposażony w automat do wydawania produktów szybkorotujących, które stanowią około 70 proc. oferty, oraz przenośniki transportujące nawet do 2,8 tys. pojemników na godzinę.

Automatyzacja transportu wewnątrz magazynu pozwala jednak nie tylko na znaczne przyspieszenie pracy, lecz także na lepszą kontrolę procesów wewnętrznych w firmie.

– Kiedy wdrażamy taki automatyczny system transportu, a towar transportują roboty, w każdym momencie wiemy, co się z nim dzieje. Wiemy, kiedy towar został zamówiony, kiedy przyjechał robot, kiedy ten towar zabrał, ile czasu zajęło mu przewiezienie go z punktu A do punktu B. Wiemy też, co zdarzyło się po drodze, jakie ewentualnie były komplikacje. Potrafimy analizować te dane zbierane przez robota w celu optymalizacji tego procesu. Czyli wiemy, że np. gdzieś towar wychodził za wolno, być może coś się stało wcześniej, robot przyjechał, musiał czekać. Jadąc, pokonywał daną trasę, czasem dłużej niż przeciętnie, to znaczy, że też coś po drodze się działo – tłumaczy ekspert.

Nawigacja wózkami odbywa się z wykorzystaniem lidarów, czyli skanerów laserowych, rozpoznających otoczenie wokół robota. Technologią uzupełniającą, pozwalającą na pracę w dynamicznie zmieniających się warunkach, jest natomiast ultradźwiękowy system wizyjny. Tego typu systemy są jednak stale uzupełniane o najnowsze rozwiązania umożliwiające jeszcze bardziej efektywną pracę.

– Pojawiają się nowe sensory bez elementów ruchomych, które stosowane są np. w samochodach autonomicznych. Pozwalają skanować przestrzeń w różnych płaszczyznach, czyli jest to skanowanie 3D. Z drugiej strony mamy coraz bardziej zaawansowane systemy wizyjne, które z kolei pozwalają nam obserwować otoczenie robota w 3D, analizować je i odpowiednio reagować – mówi Jakub Michalski.

Możliwość wyręczenia człowieka w kwestii transportu towarów wewnątrz magazynu pozwoli firmom rozwiązać jeden z najpoważniejszych obecnie problemów, jakim jest niedobór pracowników magazynowych. Z badań przeprowadzonych przez BNP Paribas Real Estate Poland zagrożenie takie dostrzega 75 proc. przedsiębiorców z sektora magazynowo-logistycznego. Prawie 70 proc. ankietowanych spodziewa się w związku z tym wzrostu kosztów.

– Między 40 a 50 proc. kosztów stanowi transport. Jeśli jesteśmy w stanie je trochę obniżyć, to są realne oszczędności i proces staje się bardziej ekonomicznie uzasadniony. W momencie, kiedy jakaś czynność jest wykonywana przez ludzi, istnieje też ryzyko, że nastąpi jakaś pomyłka, coś zostanie dowiezione nie tam, gdzie trzeba. Problemem jest też duża rotacja pracowników. Kiedy doświadczeni pracownicy zmieniają pracę, przychodzą ludzie, których trzeba wdrażać, szkolić, co także generuje koszty – wylicza współzałożyciel VersaBox.

Zdaniem ekspertów w najbliższych latach automatyzacji będzie podlegało coraz więcej procesów magazynowych. Potwierdza się to w przewidywaniach analityków LogisticsIQ. W najnowszym raporcie, uwzględniającym wpływ COVID-19 na gospodarkę, zakładają oni, że rynek automatyki magazynowej, wyceniany w 2019 roku na 15 mld dol., wzrośnie do 2026 roku do poziomu 30 mld dol.

– Marzeniem każdej korporacji czy dużego przedsiębiorstwa są „czarne magazyny”, w których ludzi jest bardzo mało i są oni potrzebni do obsługi urządzeń, ale nie wykonują  monotonnych, powtarzalnych czynności. Procesy są tańsze choćby z tego powodu, że nie trzeba grzać ani oświetlać tej przestrzeni. Produkcja w sposób ciągły i powtarzalny może odbywać się bez udziału człowieka – przekonuje Jakub Michalski.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/inteligentne-wozki,p852954532

Amerykańscy naukowcy twierdzą, że koronawirus dostaje się do mózgu. Skutki jego działania mogą być długotrwałe

Chociaż jest to głównie choroba układu oddechowego, COVID-19 atakuje inne narządy, w tym mózg. Naukowcy odkryli, że białko kolca, często przedstawiane jako czerwone ramiona wirusa, może przekroczyć barierę krew–mózg u myszy. Same białka kolczaste mogą powodować mgłę mózgu. Ponieważ dostają się do niego, przedostaje się tam również sam wirus. – Wiele skutków, jakie wywołuje COVID-19, może być zaakcentowanych, utrwalonych lub nawet spowodowanych przez dostanie się wirusa do mózgu, i mogą trwać bardzo długo – wskazuje William A. Banks.

U niektórych osób, które zachorują na koronawirusa, pojawiają się objawy neurologiczne. Część chorych miewa napady psychozy, inni doświadczali stanu podobnego do delirium. W kwietniu grupa w Japonii opublikowała pierwszy raport o osobie z COVID-19, która miała obrzęk i stan zapalny w tkankach mózgu. W innym raporcie opisano pacjenta z pogorszeniem mieliny, otoczki tłuszczowej, która chroni neurony i zazwyczaj jest nieodwracalnie uszkodzona w chorobach neurodegeneracyjnych, jak np. stwardnienie rozsiane.

– Wiele skutków, jakie wywołuje wirus COVID-19, może być zaakcentowanych, utrwalonych lub nawet spowodowanych przez dostanie się wirusa do mózgu, a skutki te mogą trwać bardzo długo – wskazuje William A. Banks, profesor medycyny w Szkole Medycznej Uniwersytetu Waszyngtońskiego.

Naukowcy ze Szkoły Medycznej Uniwersytetu Waszyngtońskiego oraz Healthcare System w badaniu opublikowanym w „Nature Neuroscience” twierdzą, że białko kolca, często przedstawiane jako czerwone ramiona wirusa, może przekroczyć barierę krew–mózg u myszy. Same białka kolczaste mogą powodować mgłę mózgu. Ponieważ do mózgu dostaje się białko kolca, prawdopodobnie również sam wirus przedostaje się do niego.

– Białko S1 prawdopodobnie powoduje, że mózg uwalnia cytokiny i produkty zapalne – tłumaczy William A. Banks.

Wypustki wirusa, białko S1, dyktują, do których komórek może on wejść. Zwykle wirus robi to samo, co jego białko wiążące, zaś białka wiążące, takie jak S1, zwykle same powodują uszkodzenia, ponieważ oddzielają się od niego i powodują stan zapalny. Białko S1 prawdopodobnie powoduje, że mózg uwalnia cytokiny i produkty zapalne. Burza cytokin i zespół uwalniania cytokin to z kolei zagrażające życiu ogólnoustrojowe zespoły zapalne, obejmujące podwyższony poziom krążących cytokin i hiperaktywację komórek układu odpornościowego. Nadmierna produkcja cytokin prozapalnych prowadzi do zaostrzenia zespołu ostrej niewydolności oddechowej i rozległego uszkodzenia tkanek.

Taką reakcję naukowcy zaobserwowali już wcześniej w przypadku wirusa HIV. Okazało się, że białko S1 w SARS-CoV2 i białko gp 120 w HIV-1 działają podobnie. To glikoproteiny – białka, które zawierają dużo cukrów i łatwo wiążą się z innymi receptorami. Oba te białka działają jako ramiona dla wirusów, chwytając inne receptory. Oba przekraczają barierę krew–mózg. Białko S1, podobnie jak gp120, jest prawdopodobnie toksyczne dla tkanek mózgu.

– Wiemy, że pacjenci zainfekowani koronawirusem z chorobą COVID-19 mają problemy z oddychaniem z powodu infekcji w płucach. Dodatkowym wyjaśnieniem tych problemów jest to, że wirus dostaje się do ośrodków oddechowych mózgu i tam również wyrządza szkody – przekonuje William A. Banks.

Naukowcy odkryli także, że transport S1 był szybszy w opuszce węchowej i nerkach samców niż samic. To zaś prawdopodobnie oznacza, że mężczyźni mogą być częściej narażeni na cięższe następstwa COVID-19.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/amerykascy-naukowcy,p1925634616

Walka z kryzysem klimatycznym za mało radykalna. Potrzebny nowy sposób komunikacji o tym problemie

Mimo że w ostatnich latach wiele mówi się o zmianach klimatycznych i ich poważnych konsekwencjach, walka z tym zjawiskiem wciąż nie jest wystarczająco radykalna. Według IPCC uniknięcie czarnego scenariusza jest wciąż możliwe. – Niezbędne jest jednak ograniczenie konsumpcji, zmiana nawyków transportowych, stylu życia, sposobu zaspokajania swoich podstawowych potrzeb i bardziej solidarnościowe podejście do zasobów – wskazuje reportażysta Filip Springer. Współtworzona przez niego Szkoła Ekopoetyki zapoczątkowała niedawno razem z EIT Climate-KIC projekt, który ma stworzyć nowe strategie komunikacyjne dotyczące zmian klimatu.

– Państwa nie podejmują działań związanych z globalnym ociepleniem głównie dlatego, że wymagałoby to bardzo silnej ingerencji w ich sposób funkcjonowania. Dzisiejszy dobrobyt jest przecież zbudowany na eksploatacji paliw kopalnych, więc trudno jest przestawić się na inne modele gospodarki. Ale nawet te kraje, których retoryka polityczna jest zbudowana na zaprzeczaniu zmianom klimatu, doskonale wiedzą już, co się dzieje. Mimo to nie wdrażają zmian, bo z ekonomicznego i politycznego punktu widzenia jest to dla nich bardzo niewygodne – mówi agencji Newseria Biznes Filip Springer, autor książek, reportażysta, współtwórca Szkoły Ekopoetyki przy Instytucie Reportażu.

Wiele państw nie jest skłonnych do wyznaczania ambitnych celów klimatycznych, bo mogłoby to negatywnie wpłynąć na ich gospodarki. Przykładem są Stany Zjednoczone, które w ubiegłym roku postanowiły wycofać się z porozumienia paryskiego, ratyfikowanego na COP21 w 2016 roku przez UE i 186 innych państw. Jak wynika z opublikowanego na początku grudnia raportu UNEP („Emissions Gap Report 2020”), mimo krótkotrwałego spadku emisji dwutlenku węgla spowodowanego pandemią COVID-19 świat nadal zmierza do wzrostu temperatury o ponad 3°C w tym stuleciu – znacznie wykraczając poza cele przyjęte pięć lat temu. Według ONZ w tym roku wiele krajów nie przedstawi też swoich planów działań w obszarze klimatu (zgodnie z wymogami porozumienia paryskiego) przez opóźnienia wynikające z pandemii.

Z drugiej strony z powagi problemu zdaje sobie sprawę coraz więcej krajów. Przykładem może być ostatnia decyzja przywódców Unii Europejskiej, którzy postanowili o zwiększeniu redukcji emisji gazów cieplarnianych w 2030 roku z 30 proc. do 55 proc. Naukowcy podkreślają jednak, że tempo to powinno być jeszcze wyższe. Nowe zobowiązanie oznacza jednocześnie, że działania na rzecz walki ze zmianami klimatycznymi muszą przyspieszyć w poszczególnych państwach UE, również w Polsce.

Zdając sobie sprawę z tego, że tempo zmian powinno być dużo większe niż obecnie, i odpowiadając na to wyzwanie, EIT Climate-KIC oferuje miastom, regionom, a także całym państwom w Europie wsparcie w procesie transformacji w stronę neutralności klimatycznej na szeroką skalę. Dzięki zmianom na poziomie całych systemów osiągnięcie celu porozumienia paryskiego staje się w Europie dużo bardziej realne. Taka transformacja w ramach działań tej unijnej organizacji dzieje się w wielu miejscach Europy, takich jak Wiedeń, Amsterdam, Kraków, Madryt, włoski region Emilia-Romania, a także na poziomie krajowym, np. w Słowenii.

– Kryzys klimatyczny jest kryzysem wyobraźni. Narzędzia, które mają mu przeciwdziałać, nie zostaną podjęte, dopóki nie wyobrazimy sobie innego świata. Teraz znamy tylko świat zbudowany na gospodarce eksploatującej zasoby, której sukces mierzy się wzrostem. Walka z kryzysem klimatycznym oznacza ograniczenie konsumpcji, budownictwa, zmianę nawyków transportowych, stylu życia, sposobu zaspokajania swoich podstawowych potrzeb, bardziej solidarnościowego podejścia do zasobów. Nie wyobrażamy sobie, że nawołujemy do mniejszego konsumpcjonizmu, bo przecież nasz wzrost gospodarczy bazuje na konsumpcji. Dlatego to jest kryzys wyobraźni: musimy sobie najpierw wyobrazić inny świat, żeby go naprawić – mówi pisarz.

Jak wynika z ostatniego raportu Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC), obecnie średnia globalna temperatura jest o 1°C wyższa od poziomu przedindustrialnego. Przekroczenie bezpiecznego progu ocieplenia, czyli 1,5°C, będzie skutkować ekologiczną katastrofą na globalną skalę. Wśród efektów będzie m.in. podniesienie poziomu mórz nawet o 90 cm, co grozi zalaniem terenów zamieszkałych przez połowę̨ populacji świata, coraz częstsze i bardziej dotkliwe w skutkach fale upałów, nawałnice, powodzie i gwałtowne burze oraz niedostatki wody i żywności. Dramatyczne zmiany w środowisku naturalnym dotkną też handel i przemysł. Pod koniec obecnego wieku klęski żywiołowe mogą̨ dosięgnąć́ już 2/3 Europejczyków. Na podstawie ostatniego raportu IPCC agencja ratingowa Moody’s oszacowała, że konsekwencje globalnego ocieplenia o 2°C będą kosztować światową gospodarkę 69 bln dol. do 2100 roku.

Według IPCC uniknięcie czarnego scenariusza jest jeszcze możliwe, ale do 2050 roku ludzkość musi prawie całkowicie zrezygnować z paliw kopalnych, a do 2030 roku globalna emisja CO2 musi spaść o 45 proc. w porównaniu do poziomu z 2010 roku.

– Wyzwaniem są kwestie komunikacji, tego, co i jak mówimy o zmianach klimatu, czy tylko się straszymy, czy staramy się wprowadzić konstruktywne wizje. Duże znaczenie ma tutaj literatura jako ta, która operuje językiem – to w literaturze wykuwamy naszą wyobraźnię, dlatego jest to takie ważne. Ma to też przełożenie na inne sfery komunikacji – zaczynając od reklamy, a kończąc na rozmowach przy stole – mówi Filip Springer.

Jak wskazuje, w tej chwili brakuje narracji o zmianach klimatu, która będzie oddawać powagę sytuacji bez straszenia czy szantażu moralnego. Brakuje też jasnego nakreślenia wyzwań, z którymi społeczeństwa muszą się zmierzyć, żeby sprostać kryzysowi klimatycznemu. To rodzi potrzebę wypracowania nowej narracji, nowych sposobów mówienia o zmianach klimatu, łączących wiedzę, zaangażowanie i pozytywną wizję przyszłości.

– Staramy się wypracowywać nowe sposoby. Wiemy, że komunikacja ta musi się opierać na lokalności, czyli opowiadaniu tego, co jest tu i teraz, a nie o smutnym losie białych niedźwiedzi na krach, bo tutaj w Polsce mało kto może się nim szczerze przejąć. Ta lokalność dotyczy też czasu – to nie może być opowieść dotycząca dalekiej przyszłości, ale o tym, że my już dzisiaj doświadczamy katastrofalnych zmian klimatycznych, które kosztują życie ludzi – mówi reportażysta.

Szkoła Ekopoetyki przy Instytucie Reportażu powstała wiosną tego roku i ma na celu właśnie zmianę sposobu myślenia autorów o powiązaniach między ludźmi a naturą i klimatem. We współpracy z ekspertami oraz EIT Climate-KIC, czyli największą w Europie organizacją, która zajmuje się przeciwdziałaniem zmianom klimatycznym dzięki innowacjom, uruchomiła niedawno projekt „Zmieniamy opowieść. Kryzys klimatyczny jako kryzys wyobraźni”.

– To projekt filmowy, do którego zaprosiliśmy 15 ekspertów i ekspertek z różnych dziedzin. Zadaliśmy im pytania, które nurtują nas najbardziej, dotyczące tego, jak komunikować kwestie klimatyczne, jakie wątki wyciągać na pierwszy plan, a które z nich są być może nieistotne. Nasi eksperci i ekspertki odpowiadają na te pytania w krótkiej, ośmiominutowej formie. Liczymy, że ta forma ma potencjał viralowy, a wypowiedzi ekspertów będą później wykorzystywane np. w dyskusjach w social mediach. Podsumowaniem całego przedsięwzięcia jest też konferencja, na której 15 grudnia wyciągniemy wspólne wnioski z tych wypowiedzi ekspertów i spróbujemy zbudować zręby strategii komunikacyjnych dotyczących zmian klimatu – mówi Filip Springer.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/walka-z-kryzysem,p1642484781