Nowy system ułatwi służbom dostęp do informacji o kontach bankowych Polaków. Eksperci ostrzegają przed ryzykiem nadużyć

W resorcie finansów trwają prace nad Systemem Informacji Finansowej, który pozwoli odpowiednim służbom i instytucjom szybko ustalić, w jakich bankach Polacy mają konta oraz czy korzystają ze skrytek bankowych lub kont maklerskich. Zgodnie z unijnymi przepisami ma to być narzędziem walki z poważnymi przestępstwami. – Służby powinny mieć dostęp do danych finansowych w przypadku ścigania poważnych przestępstw, jednak istnieje ogromne ryzyko, że będzie to wykorzystywane także w innych, błahych sprawach, a być może nawet w sytuacjach, które są zwykłym nadużyciem – mówi Wojciech Klicki, prawnik z Fundacji Panoptykon.

Obecnie polskie i europejskie służby mają dostęp do informacji o aktywach posiadanych przez obywateli, ale uzyskanie ich jest czasochłonne. Opracowywany System Informacji Finansowej ma ułatwić i przyspieszyć pozyskiwanie danych. Stworzenie takiej bazy to wymóg dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady UE w sprawie zapobiegania wykorzystywaniu systemu finansowego do prania pieniędzy lub finansowania terroryzmu. Krajowe przepisy, implementujące tę dyrektywę, powinny być wdrożone do sierpnia 2021 roku. Projekt ustawy zgodnie z zapowiedziami Ministerstwa Finansów ma trafić na Radę Ministrów w pierwszym kwartale 2021 roku.

System Informacji Finansowej będzie centralną bazą, w której zbierane będą informacje na temat wszystkich środków finansowych, jakie przechowują w instytucjach finansowych Polacy. Będzie on działał po to, aby policja, służby specjalne mogły w łatwy sposób zlokalizować, gdzie kto ma pieniądze. Przy czym ten system nie będzie służył do zweryfikowania tego, ile mamy pieniędzy, na co je wydajemy i jaki ostatni przelew zrobiliśmy, tylko zlokalizowaniu, w jakim banku znajdują się środki finansowe konkretnej osoby – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Wojciech Klicki.

W Systemie Informacji Finansowej będą gromadzone, przetwarzane i udostępniane informacje o otwartych i zamkniętych rachunkach, obejmujących rachunki w bankach, SKOK-ach i innych podmiotach, rachunki papierów wartościowych, rachunki zbiorcze wraz z rachunkami pieniężnymi służącymi do ich obsługi. Będą w nim także dane o umowach o udostępnieniu skrytek sejfowych.

Informacje z SInF będą wykorzystywane do realizacji zadań ustawowych sądów, prokuratury oraz służb – nie tylko Policji, ale także Centralnego Biura Antykorupcyjnego, Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Służby Kontrwywiadu Wojskowego, Agencji Wywiadu, Służby Wywiadu Wojskowego, Żandarmerii Wojskowej, Straży Granicznej, Generalnego Inspektora Informacji Finansowej oraz Krajowej Administracji Skarbowej.

Służby publiczne odpowiedzialne za bezpieczeństwo mają często problem ze zweryfikowaniem tego, gdzie konkretna osoba podejrzewana o przestępstwo, pranie brudnych pieniędzy lub działalność terrorystyczną przechowuje swoje środki finansowe. Zwykle zajmuje im to dużo czasu i wymaga wiele zachodu. System Informacji Finansowej ma być centralną bazą, która szybko pozwoli uzyskać potrzebne informacje. Porządkuje chaos, jaki obecnie funkcjonuje – wyjaśnia prawnik z Fundacji Panoptykon.

Jak podkreśla, to potrzebne rozwiązanie, jednak jego wdrożenie nie jest pozbawione zagrożeń.

Jak zwykle przy tworzeniu centralnej bazy danych podstawowym zagrożeniem jest ryzyko, że prędzej czy później informacje wyciekną i będą wykorzystywane w sprawach, które nie wiążą się z przestępstwem – mówi. – Potrzeba utworzenia systemu nie oznacza, że możemy bezrefleksyjnie zgodzić się na powołanie kolejnej bazy, w której będą mogli grzebać liczni funkcjonariusze kilkunastu instytucji publicznych. Podsumowując, System Informacji Finansowej powinien powstać, natomiast powinien funkcjonować w taki sposób, aby zminimalizować ryzyko nadużyć i wykorzystywania danych w celach innych niż deklarowane.

Dyrektywa unijna przewiduje mechanizmy zabezpieczające przed nadużyciami. Fakt przeglądania danych przez konkretnego funkcjonariusza będzie rejestrowany, a informacje o tym co jakiś czas będą przekazywane do Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Jak podkreślają eksperci Panoptykon, w Polsce jednak przepisy pozbawiły ten organ możliwości weryfikowania działań służb. Brak nadzoru zewnętrznej instytucji może stwarzać ryzyko nadużyć.

– Służby mogą niemal legalnie pozyskiwać wszelkie informacje na temat naszej aktywności, mogą zakładać podsłuchy, robią to kilkadziesiąt razy dziennie w zasadzie bez realnej weryfikacji ze strony sądu. Ostatnie statystyki, które analizowaliśmy, wskazują na to, że służby uzyskują zgodę na założenie podsłuchu w 98–99 proc. przypadków. Do informacji na temat naszej lokalizacji, sieci połączeń służby mają dostęp bez jakiejkolwiek kontroli i korzystają z tego bardzo często, w 2019 roku stało się to 1,3 mln razy – mówi Wojciech Klicki

Fundacja pod koniec grudnia ub.r. przekazała Ministerstwu Finansów swoje rekomendacje do projektu ustawy, które pozwolą ochronić obywateli przez nadmierną ingerencją służb w ich prywatność. Chodzi o zapisanie w ustawie, a nie tylko w uzasadnieniu, że sprawozdanie roczne dotyczące działania SInF jest informacją publiczną i podlega udostępnieniu w Biuletynie Informacji Publicznej. Drugi postulat to ograniczenie możliwości wydłużania okresu przechowywania danych w SInF (mają być kasowane po pięciu latach, ale projekt dość nieprecyzyjnie pozwala na wielokrotne przedłużanie tego terminu).

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/nowy-system-ulatwi,p1969191925

Sztuczna inteligencja przyspieszy analizę tomograficzną mózgu i wykryje każdą anomalię. Opracowany przez Polaków program eliminuje ryzyko pomyłki

Lekarzowi interpretacja radiologiczna zmian w mózgu zajmuje ok. 2030 minut. Dzięki sztucznej inteligencji ten czas można skrócić do kilku minut, a przy tym niemal całkowicie wyeliminować pomyłki. Aż 60 proc. badań obrazowych tomografii komputerowej to badania mózgu i przy tej skali błędy w interpretacji sięgają 20 proc. Co roku tylko w Stanach Zjednoczonych wykonuje się 23 mln, a w Europie 13 mln tomografii komputerowych. Ryzyko pomyłki jest więc ogromne. Polacy opracowali program oparty na sztucznej inteligencji i uczeniu maszynowym, który analizuje obrazy tomograficzne i wykrywa zmiany w mózgu.

– System BrainScan służy do wspierania lekarzy radiologów w podejmowaniu decyzji podczas analizy obrazów tomografii komputerowej głowy. Pozwala na wykrycie najczęściej spotykanych schorzeń na obrazach TK mózgu, w związku z tym przyspiesza pracę radiologów i pozwala zobaczyć dużo więcej niż nieuzbrojone oko człowieka. System oparty jest na metodach sztucznej inteligencji, tzn. najpierw trenowany jest na bazie dziesiątek, setek tysięcy badań, na których wskazane są określone schorzenia – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Robert Kitłowski, prezes BrainScan.

Sztuczna inteligencja już na stałe weszła do medycyny. Zmienia prawie każdy jej aspekt, w tym obrazowanie. W tomografii komputerowej (TK) sztuczna inteligencja pozwala zredukować dawkę promieniowania dla pacjenta. Zaawansowane algorytmy poprawiają jakość obrazu, szczególnie w zakresie redukcji szumów, a oparte na sztucznej inteligencji metody wykrywania i charakteryzowania patologii działają automatycznie. SI stała się już niezbędna, zwłaszcza tam, gdzie ogromna ilość danych sprawia, że człowiek może zawodzić.  

– Najczęstszymi schorzeniami, które widoczne są na obrazach tomografii komputerowej mózgu, są krwawienia, udary niedokrwienne, również nowotwory. System wspomagający lekarza w podejmowaniu decyzji przede wszystkim musi się charakteryzować wysoką jakością, tzn. musi być w stanie nie tylko znaleźć daną patologię, ale też nie utrudniać tej pracy. Ważną kwestią jest wysoka swoistość takiego systemu, tzn. zdolność do unikania fałszywych alarmów – tłumaczy Robert Kitłowski.

Rozwiązanie opracowane przez polski start-up, BrainScan, automatycznie wyszukuje podobne skany tomografii komputerowej lub rezonansu magnetycznego w zestawie ponad 116,6 tys. danych. Wyszukuje podobne przypadki medyczne, porównuje wyniki, a następnie przedstawia lekarzowi skany z lokalizacją zmian podobnych do analizowanego przypadku oraz szczegóły dotyczące diagnozy i leczenia.

– W ciągu dosłownie kilku sekund jesteśmy w stanie wykryć zmiany, schorzenia, które człowiekowi zajmują dużo więcej czasu, aby je znaleźć. Jesteśmy w stanie nauczyć czy wytrenować system na nieograniczonej liczbie badań, dzisiaj to jest 100 tys. badań znajdujących się w naszej bazie danych. Jesteśmy w stanie ten model trenować w nieskończoność i w pewnym momencie modele uczenia maszynowego będą miały jakość wykrywania zmian nieosiągalne dla ludzi – przekonuje prezes BrainScan.

Z danych BrainScan wynika, że co roku w USA wykonuje się 23 mln tomografii komputerowych mózgu, w Europie – ok. 13 mln. Na jednego pacjenta przypada ok. 70 zdjęć tomografii komputerowej, a możliwości lekarzy są ograniczone. Zazwyczaj interpretacja radiologiczna zmian w mózgu zajmuje lekarzowi ok. 20–30 minut. Dzięki sztucznej inteligencji ten proces można skrócić do kilku minut, a przy tym niemal całkowicie wyeliminować ryzyko pomyłki. Obecnie aż 60 proc. badań obrazowych TK to badania mózgu i przy tej skali błędy w interpretacji sięgają 20 proc.

– W przypadku badań tomografii komputerowej mamy często do czynienia z kilkoma seriami, w każdej serii jest po kilkadziesiąt, być może i kilkaset przekrojów, czyli zdjęć poszczególnych kawałków, w naszym przypadku mózgu. W przypadku MRI to jest kilkukrotnie więcej danych, dlatego analiza tych badań jest tak kosztowna i tak czasochłonna – ocenia ekspert.

Firma otrzymała milion dolarów finansowania na badania i rozwój od Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. Dzięki wsparciu system został już wdrożony, trwają też prace nad wdrożeniem go w największej sieci teleradiologicznej w Polsce.

– Pracujemy także nad pozyskaniem kolejnej rundy finansowania, tzw. rundy A, mamy dobry odzew ze strony inwestorów. Chcemy być ekspertami, jeśli chodzi o analizę tomografii komputerowej głowy i ten obszar zagospodarujemy do końca tego roku i będzie to projekt skończony. Następnie przejdziemy do analizy MRI głowy, na który też mamy już zgromadzone bazy danych i mamy też określone ustalenia z klientami co do zastosowania tego systemu w praktyce – zapowiada Robert Kitłowski.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/sztuczna-inteligencja,p823687837

Polscy naukowcy chcą odkryć zasady funkcjonowania Wszechświata. W pracy wspierają ich algorytmy sztucznej inteligencji i uczenie maszynowe

Zespół polskich naukowców w ramach eksperymentu ALICE w Wielkim Zderzaczu Hadronów w CERN bada algorytmy sztucznej inteligencji wyspecjalizowane w analizie nieuporządkowanych zbiorów Big Data. W ten sposób badacze chcą nie tylko poznać zasady funkcjonowania Wszechświata w skali kwantowej, lecz także usprawnić procesy analizy informacji giełdowych oraz przetwarzanie szerokiego zasobu danych na potrzeby sektora medycznego.

– Badanie oddziaływań między silnie działającymi na siebie cząstkami oparte na korelacji i uczeniu maszynowym to projekt w ramach eksperymentu ALICE w Wielkim Zderzaczu Hadronów w CERN. We współpracy między wieloma jednostkami badawczymi analizowane są kwarki, podstawowe cząstki budujące materię. Nasza grupa stara się odgadnąć i odpowiedzieć na fundamentalne pytania dotyczące tego, z czego powstał Wszechświat, jak po Wielkim Wybuchu wyglądały oddziaływania między ciężkimi kwarkami i jak one ze sobą rozmawiały, tworząc w efekcie wielu przemian dzisiejszą Ziemię w takim stanie, w jakim ona jest – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr hab. inż. Tomasz Trzciński, adiunkt na Wydziale Elektroniki i Technik Informacyjnych Politechniki Warszawskiej.

Choć nadrzędnym celem projektu „Badanie fundamentalnych własności materii jądrowej w eksperymencie ALICE na Wielkim Zderzaczu Hadronów LHC w CERN” było pozyskanie wiedzy na temat procesów fizycznych zachodzących we wnętrzach gwiazd neutronowych, doświadczenia przeprowadzane w ramach tego programu pozwolą usprawnić proces przetwarzania i analizy dużych, chaotycznych zbiorów informacji.

Eksperymenty przeprowadzone przez polski zespół dowiodły, że zastosowanie narzędzi z zakresu uczenia maszynowego pozwala algorytmom sztucznej inteligencji sprawniej wyszukiwać błędne informacje w obszernych zasobach Big Data. Tym samym dane pozyskane i przetworzone przy wykorzystaniu technologii modelowania generatywnego charakteryzują się wyższą precyzją niż te analizowane za pośrednictwem klasycznych narzędzi badawczych.

– W ramach grantu zajmujemy się wykorzystaniem i rozwojem metod uczenia maszynowego takich jak sieci neuronowe. Eksperyment daje jako rezultaty terabajty danych, które są zbierane podczas zderzeń dwóch wiązek pod ziemią. Kiedy zbieramy te dane w ramach detektorów rejestrujących pole magnetyczne, okazuje się, że część z nich jest nieprawidłowa, wykazuje jakieś anomalie. Standardowym podejściem jest modelowanie tych procesów przy użyciu symulacji takich jak Monte Carlo, ale te symulacje są obciążające, dlatego staramy się wykorzystać modele generatywne, żeby ten proces przyspieszyć – tłumaczy ekspert.

W trakcie projektu zapoczątkowanego w 2017 roku udało się opublikować szereg prac naukowych przybliżających wykorzystanie algorytmów sztucznej inteligencji do katalogowania danych, wychwytywania anomalii oraz nieregularności w zasobach Big Data. Praca Polaków doprowadziła m.in. do upowszechnienia modeli generatywnych w algorytmach wykorzystywanych przez fizyków w procesie analizy rezultatów badań na potrzeby publikacji w takich magazynach naukowych jak „Nature”. Technologię tę wykorzystano m.in. w trakcie prac nad artykułem poświęconym dziwnym kwarkom oraz oddziaływań, jakie zachodzą między nimi.

O potędze algorytmów uczenia maszynowego w procesie analizy Big Data przekonani są także naukowcy z Uniwersytetu Waszyngtońskiego, którzy we współpracy z zespołem Microsoft Research eksperymentują z wykorzystaniem ich w procesach predykcyjnych prognozy pogody. Na bazie archiwalnych danych pogodowych z ostatnich 40 lat opracowali mechanizm przewidywania zmian atmosferycznych z dużą dokładnością przy wykorzystaniu okrojonej liczby informacji. Eksperymentalny algorytm błyskawicznie generuje modele predykcyjne oparte na ściśle wyselekcjonowanych danych. Dzięki temu zużywa w procesie prognozowania aż 7 tys. razy mniej mocy niż klasyczne narzędzia predykcyjne.

Z praktycznych narzędzi do wykrywania anomalii w strumieniu danych korzysta już Elektrownia Łagisza należąca do firmy Tauron. Oprogramowanie analizuje informacje pozyskiwane z czujników przemysłowych i za pośrednictwem algorytmów sztucznej inteligencji poszukuje błędów, które mogą świadczyć o nieprawidłowym działaniu systemu. Narzędzie potrafi także analizować dane historyczne, aby stworzyć modele predykcyjne eksploatacji poszczególnych urządzeń funkcjonujących w sieci.

– Badanie anomalii czy nieregularności w zbiorach danych jest stosowane nie tylko w fizyce wysokich energii. Natomiast fizyka wysokich energii ma swoje specyficzne atrybuty, takie jak parametry fizyczne czy też ich złożoność obliczeniową, które wymagają dostosowania algorytmów. Zastosowanie samych metod można rozszerzyć np. na analizę danych medycznych czy analizę ciągów czasowych, np. podczas badania zachowań na giełdzie czy też w innych miejscach, gdzie szereg czasowy wskazuje jakieś punkty w czasie i anomalie w nim występujące są istotne, żeby je wychwycić – wyjaśnia dr hab. inż. Tomasz Trzciński.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/polscy-naukowcy-chca,p303378393

Polskie małe i średnie firmy toczą w sieci nierówną walkę z globalnymi gigantami. Potrzebne są nowe regulacje rynku

– Pandemia zmieniła polski rynek e-commerce pod względem wartości, która teraz jest szacowana na ok. 100 mld zł, jak i wielkości, ponieważ do końca roku powstało prawie 11 tys. nowych sklepów internetowych – wskazuje prezes Izby Gospodarki Elektronicznej Patrycja Sass-Staniszewska. Wiele firm – głównie małych i średnich – musiało przenieść się z dnia na dzień do internetu, żeby przetrwać pandemię i lockdown. E-commerce to dla nich ogromna szansa, ale też wiele wyzwań, związanych chociażby z konkurencją z globalnymi gigantami sprzedażowymi, które często stosują nieuczciwe praktyki, by utrzymać niskie ceny i wysoką sprzedaż.

Z danych Gemiusa dla e-Izby wynika, że zakupy w internecie robi już 73 proc. polskich internautów, co oznacza rekordowy wzrost o 11 pkt proc. względem ubiegłego roku. Polski rynek e-commerce rósł dynamicznie jeszcze przed pandemią, która dodatkowo przyspieszyła ten wzrost i proces migracji klientów z offline’u do online’u.

W ostatnich miesiącach aktywność konsumentów w sieci jest ogromna – prawie 2/3 Polaków kupuje systematycznie w internecie i robi to w sposób bezpieczny, bo ich prawa zostały zabezpieczone. Z drugiej strony mamy dostawców, zazwyczaj małe i średnie przedsiębiorstwa, które często korzystają z platform e-commerce’owych. Firmy te zostały wrzucone na głęboką wodę. W momencie kiedy ich sklepy zostały zamknięte, musiały bardzo szybko, niemal z dnia na dzień przenieść swoją działalność do sieci. Nie było czasu ani środków, żeby stworzyć własne platformy czy strony internetowe – mówi agencji Newseria Biznes Tomasz Janik, prezes Polskiego Towarzystwa Gospodarczego.

Z nowego raportu Gemiusa wynika, że tylko w kwietniu ub.r. na platformie Shoper, która dostarcza gotowe oprogramowanie dla e-sklepów, zostało założonych o 137 proc. więcej nowych sklepów internetowych niż rok wcześniej. Najwięcej w branży artykułów spożywczych (26 proc.), upominków (21 proc.) oraz książek i multimediów (20 proc.).

– Pandemia miała wpływ na zmianę myślenia, zarówno dużych, jak i małych przedsiębiorców. Mali i średni przedsiębiorcy transformowali się cyfrowo, ponieważ dla większości była to jedyna deska ratunku, żeby przetrwać w tak trudnych czasach – mówi Patrycja Sass-Staniszewska, prezes Izby Gospodarki Elektronicznej.

Wiele przedsiębiorstw z sektora MŚP nie było gotowych na przyspieszoną migrację do online’u. Nie miały narzędzi ani know-how, związanego np. z pozycjonowaniem swojej firmy w internecie. Potwierdza to również majowa edycja badania KRD „Koronabilans MŚP”. Do nowej rzeczywistości najszybciej przystosowali się jednak mali przedsiębiorcy, z których 62,5 proc. już w maju planowało aktywne działania w internecie. Do sprzedaży online najlepiej przygotowane okazały się też przedsiębiorstwa usługowe i handlowe, wśród których ponad połowa (odpowiednio: 54 i 52 proc.) była w stanie choć część swojej działalności prowadzić w sieci.  

Szybki w ostatnich latach rozwój e-commerce sprawił, że obecnie na tym rynku trwa prawdziwy wyścig zbrojeń. Dla klientów kluczowa jest cena, ale także jakość obsługi i terminowość dostaw. Dlatego każdy podmiot działający w branży musi doskonalić operacje i podnosić konkurencyjność. Dotyczy to wszystkich sfer działalności – od inwestycji w wygląd e-sklepu po aplikacje mobilne, jakość obsługi i logistykę, która przekłada się na szybkość dostaw i końcową satysfakcję konsumentów. Małych firm często na to nie stać, dlatego uruchamiają sprzedaż za pośrednictwem dużych platform e-commerce. Udostępniają one infrastrukturę i odpowiednie narzędzia w modelu marketplace, ale z drugiej strony wykorzystują swoją dominującą pozycję względem małych sprzedawców.

 W Polsce ten problem dzisiaj nie jest jeszcze tak wyraźny, ale pewnie pojawi się w momencie, kiedy na polski rynek zaczną dynamiczniej wchodzić platformy zagraniczne – mówi Tomasz Janik. – Doświadczenia innych rynków, w tym amerykańskiego, pokazują, że takie platformy monopolizują sprzedaż. Dla ok. 40 proc. firm sprzedających w e-commerce jest to ich jedyne źródło przychodów. Trudne jest konkurowanie z platformą, która ma m.in. pełną bazę danych i informacji o tym, które produkty jak się sprzedają i jak są pozycjonowane.

Jak wskazuje, bolączką mniejszych firm jest m.in. mieszany model sprzedażowy, czyli możliwość sprzedawania przez platformę e-commerce produktów pod marką własną tuż obok produktów przedsiębiorców, którym udostępnia ona infrastrukturę do prowadzenia własnej działalności.

– Wprowadzanie konkurencyjnych produktów pod własną marką wpływa bezpośrednio na pozycjonowanie. Stwarza zagrożenie dla sprzedaży małych i średnich firm – wyjaśnia prezes Polskiego Towarzystwa Gospodarczego. – Algorytmy ustawiane w systemach preferują bowiem produkty własne. To jest element, który musi być w jakiś sposób unormowany, żebyśmy mieli dostęp do kanałów dystrybucji na równych prawach. Wiemy doskonale, że duże platformy monopolizują rynek, a monopol odbija się na konsumentach.

Problem dominującej pozycji gigantów e-commerce wobec małych sprzedawców jest dobrze widoczny na przykładzie amerykańskiego rynku i Amazona. Tegoroczny raport Komisji Sądownictwa dla Kongresu USA uwidocznił szereg monopolistycznych praktyk stosowanych przez platformę. Amazon m.in. ciągle zwiększa marżę pobieraną od merchantów (w 2015 roku było to 19 proc., obecnie 30 proc.) i stosuje algorytm Buy Box, de facto samodzielnie decydując o tym, który przedsiębiorca sprzeda swój produkt i osiągnie zysk ze sprzedaży.

Platforma ta mierzy się z problemami nie tylko na rodzimym rynku. Regulatorzy europejscy również zauważają, że gigant stosuje praktyki, które mogą potencjalnie zagrażać lokalnym gospodarkom. Przykładowo w październiku 2020 roku rząd francuski zainterweniował w sprawie programu promocyjnego wprowadzonego przez Amazon, który miał na celu znaczne obniżenie cen produktów w ramach przedświątecznej akcji „pre-Black Friday”. Władze Francji uznały tę praktykę za szkodliwą dla małych i średnich przedsiębiorców, wobec których stanowiła dumping cenowy. Stanowisko zajęła również komisarz UE ds. konkurencji Margrethe Vestager. Podkreśliła, że Amazon jest nie tylko platformą sprzedażową, lecz również spółką Big Data, która narusza konkurencję poprzez osłabianie pozycji rynkowej małych i średnich przedsiębiorców, która jest i tak znacznie nadwyrężone przez trwającą pandemię.

Kolejny problem to nieuczciwe praktyki sprzedawców z Chin, czyli przesyłanie towarów w taki sposób, by nie płacić od nich cła lub podatku VAT. Zgodnie ze wspólnotowym systemem zwolnień celnych z cła zwolnione są przesyłki o niskich wartościach (do 150 euro) przesyłane bezpośrednio z państwa trzeciego do odbiorcy w UE. Z kolei VAT-u nie trzeba płacić od przesyłek o wartości do 22 euro. Z opłat tych zwolnione są również przesyłki niehandlowe, czyli prezenty, o wartości niższej niż 45 euro.

– Chińscy przedsiębiorcy sprzedają produkty bez podatku, cła, zaniżając cenę i wartość przesyłki, często także przesyłają te produkty jako prezenty. W związku z tym już na samym początku polskiemu przedsiębiorcy jest bardzo trudno konkurować z azjatyckimi przedsiębiorcami – wyjaśnia Patrycja Sass-Staniszewska.

Jak wynika z raportu NIK, przedstawionego na podstawie kontroli z lat 2017–2019, w transgranicznym handlu elektronicznym przepisy obchodzone są właśnie przez zaniżanie wartości zakupionych towarów, brak opisów towarów lub nieprawdziwe informacje na ten temat, dzielenie przesyłek na mniejsze czy deklarowanie przesyłek handlowych jako prezenty. Problemem jest niedostateczny system kontroli i nadzoru. W kontrolowanym okresie opierał się on na fizycznych kontrolach wybranych przesyłek, jednak weryfikacji poddano zaledwie 1 proc. przesyłek pocztowych i 4 proc. kurierskich.

– Jako Izba Gospodarki Elektronicznej od roku prowadzimy akcję „Taki sam start”, której celem są równe ramy prawne dla polskich i azjatyckich przedsiębiorców. Nie chcemy, żeby polscy przedsiębiorcy byli traktowani lepiej, ale równo z przedsiębiorcami azjatyckimi. Chodzi o to, by przesyłki z Azji były sprawdzane, a w razie potrzeby obłożone cłami i podatkami. W warunkach równej konkurencji na pewno liczba polskich małych i średnich przedsiębiorców w e-commerce jeszcze dynamiczniej wzrośnie i będą mogli wychodzić śmiało ze sprzedażą zagraniczną – mówi prezes Izby Gospodarki Elektronicznej.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polskie-male-i-srednie,p1321570343

Rząd chce lepiej przygotować kraj na kolejne kryzysy. Ma w tym pomóc nowa ustawa o rezerwach strategicznych

Senat zajmie się projektem ustawy, która ma kompleksowo przebudować system rezerw strategicznych państwa i zabezpieczyć kraj na wypadek kolejnych kryzysów. – Te zmiany rozwiążą nam ręce i sprawią, że będziemy lepiej przygotowani do reagowania w kryzysowych sytuacjach – zapowiada Michał Kuczmierowski, prezes Agencji Rezerw Materiałowych. Jak podkreśla, projektowane zmiany w prawie pozwolą nowej Rządowej Agencji Rezerw Strategicznych działać szybciej i sprawniej. Kryzys związany z COVID-19 pokazał, jak bardzo są one potrzebne.

Ustawa o rezerwach strategicznych ma całościowo przebudować funkcjonowanie ARM oraz systemu rezerw strategicznych państwa (do których należą m.in. zapasy ropy naftowej) tak, aby zabezpieczyć kraj na wypadek zagrożeń, które mogą wywołać zakłócenia w podaży i popycie niektórych towarów i dóbr na rynku.

– Zależy nam, żeby Agencja Rezerw Materiałowych była instytucją zawsze gotową do działania w kryzysie. Instytucją, która jest w stanie działać nieszablonowo i elastycznie dostosowywać się do kryzysów, które nie dadzą się przewidzieć i rzucają nam zaskakujące wyzwania. Abyśmy nie musieli rozwiązywać sobie rąk kolejną ustawą o sytuacji kryzysowej, na której przyjęcie przez parlament musimy czekać dwa tygodnie – mówi agencji Newseria Biznes Michał Kuczmierowski, prezes ARM. – Dlatego ważne jest dla nas upraszczanie procedur, mechanizmów zarządzania agencją oraz dodatkowe kompetencje związane z logistyką. COVID-19 pokazał nam, jak bardzo jest to ważne.

Nowe przepisy zakładają m.in., że ARM zostanie przekształcona w Rządową Agencję Rezerw Strategicznych (RARS), nad którą nadzór będzie sprawować premier (w tej chwili pełni go minister właściwy do spraw energii). Ma to zapewnić lepszą koordynację na wypadek kolejnych kryzysów, ponieważ premier nadzoruje także Rządowe Centrum Bezpieczeństwa i przewodniczy Rządowemu Zespołowi Zarządzania Kryzysowego. 

Projekt ustawy przewiduje, że nowa agencja będzie mogła dokonywać szybkich zakupów z pominięciem przepisów o zamówieniach publicznych. Wyłączenie jej spod PZP będzie możliwe w sytuacji zagrożenia bezpieczeństwa państwa, obronności, porządku bądź zdrowia publicznego albo wystąpienia klęski żywiołowej. W takim przypadku premier będzie mógł też zadecydować o utworzeniu dodatkowych rezerw poza rządowym programem.

– Postępowania zgodnie z prawem zamówień publicznych mają całą procedurę, która czasami trwa wiele tygodni. Dlatego rezerwy strategiczne co do zasady były wcześniej zwolnione z tego obowiązku po to, żeby w kryzysach móc działać szybciej. Dzisiaj to rozszerzyliśmy o zadania zlecane przez ministrów, np. Ministerstwo Zdrowia czy Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi – podkreśla prezes Agencji Rezerw Materiałowych. – Należy pamiętać, że jesteśmy na każdym etapie działalności kontrolowani przez wszystkie agendy państwowe, począwszy od ABW, CBA, poprzez NIK, a skończywszy na dostępie mediów do informacji publicznej czy kontrolach parlamentarzystów, które są u nas bardzo regularne.

Projekt ustawy rozszerza zakres kompetencji, które do tej pory były realizowane przez ARM. Nowa agencja będzie mieć m.in. możliwość wykonywania określonych zadań powierzonych jej przez premiera w sytuacjach nagłych i nieprzewidzianych zagrożeń. Ponadto zyska uprawnienia, które pozwolą jej uniknąć problemów związanych z wydawaniem rezerw i dystrybuowaniem ich do odbiorców końcowych opartych na własnych albo wynajętych zasobach logistycznych.

– Wraz z nowymi zadaniami, opisywanymi w ustawie, będziemy musieli zmienić sposób organizacji agencji – mówi Michał Kuczmierowski. – Widzimy, że nasze zaangażowanie musi być o wiele bardziej dynamiczne, o wiele szersze i na wielu frontach. Dlatego chcemy tak rozwinąć nasze zaplecze, żeby wsparcie było natychmiastowe, niemal automatyczne. Pod tym względem czeka nas duży rozwój, inwestycje w magazyny. Rozpoczynamy właśnie budowę nowych magazynów, aby można było składować dodatkowe zapasy środków ochrony osobistej na potrzeby wielu miesięcy działań szpitali.

Kolejne zmiany ujęte w nowej ustawie dotyczą m.in. usprawnienia procesu tworzenia i przechowywania rezerw strategicznych, aby lepiej odpowiadały one potrzebom bezpieczeństwa państwa. Asortyment i ilości rezerw będą określane w ramach Rządowego Programu Rezerw Strategicznych, opracowywanego przez premiera we współpracy z RARS na pięć lat.

– Docelowo planowane jest też zwiększenie skali współpracy z wojewodami, regionalnymi zespołami zarządzania kryzysowego. To dla nas ważne zadanie, chcemy lepiej współpracować na poziomie regionalnym – deklaruje Michał Kuczmierowski. – Jednocześnie dostrzegliśmy też perspektywę zacieśnienia współpracy z publicznymi instytucjami i agendami, takimi jak np. Krajowa Administracja Skarbowa, które potrzebują powierzchni magazynowej w różnych częściach Polski. Aż się prosi, żeby podmioty publiczne współpracowały w tym obszarze, a agencja była takim centrum kompetencyjnym w zakresie logistyki i magazynowania – żeby sektor publiczny nie musiał kupować tej usługi na rynku, ale otrzymał ją od nas w dobrej jakości.

Jak wskazuje, wiele zmian usprawniających działanie Agencji Rezerw Materiałowych zostało wprowadzonych w ustawach covidowych i kolejnych tarczach antykryzysowych. Gdyby nie nowa ustawa, wygasłyby one wraz z ustaniem pandemii.

– Przy pierwszej fali COVID-u mieliśmy wiele takich okoliczności, które wiązały nam ręce, bo przepisy prawa nie zawsze odzwierciedlały rzeczywistość, w której przyszło nam się zmagać z tymi nowymi wyzwaniami – mówi prezes Agencji Rezerw Materiałowych. – Musieliśmy działać niestandardowo, obsługiwać nie tylko zakupy, ale i całą logistykę. Wcześniej agencja tym się nie zajmowała, logistyką zajmowały się u nas zaledwie trzy osoby. Ta sytuacja była dla nas lekcją sprawnego działania. Szybko wyciągnęliśmy z niej wnioski. W tej chwili mamy kilkudziesięcioosobowy zespół specjalistów ściągniętych z rynku, którzy wiedzą, jak zarządzać logistyką kryzysową, logistyką farmaceutyczną.

Przepisy mają też usprawnić likwidację rezerw poprzez wprowadzenie innych form ich sprzedaży (tj. na giełdzie towarowej, w drodze aukcji albo w trybie wskazanym przez premiera). Planowane jest też rozszerzenie katalogu podmiotów, którym agencja będzie mogła nieodpłatnie przekazać likwidowane rezerwy.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/rzad-chce-lepiej,p537698521

Co trzeci start-up pozytywnie ocenia wpływ pandemii na swoją działalność. Rosną szanse na pojawienie się pierwszego polskiego „jednorożca”

Pandemia może okazać się katalizatorem wzrostu dla wielu polskich start-upów. Z badania Fundacji Startup Poland wynika, że miała ona pozytywny wpływ na działalność 34 proc. tego typu firm. – Perspektywy na 2021 rok dla start-upów są takie, że będziemy wychodzili z pandemii i ten rok będzie temu poświęcony – wskazuje Tomasz Snażyk, prezes Fundacji Startup Poland. Branża w tym roku liczy na większe środki w ramach finansowania start-upów. To z kolei może przełożyć się na powstanie pierwszego polskiego „jednorożca”. Do tej pory żadna z polskich firm nie osiągnęła wyceny na poziomie 1 mld dol., chociaż np. Litwa czy Estonia już takie przedsiębiorstwa mają.

– Perspektywy na 2021 rok dla start-upów są po pierwsze takie, że będziemy wychodzili z pandemii i ten rok będzie też temu poświęcony. Nie uciekniemy od tego tematu, tak samo start-upy. Czyli bardzo dużo będzie się działo wokół m.in. medtechu, edutechu, cyberbezpieczeństwa czy e-commerce. Oczywiście trzeba się spodziewać też wielu rzeczy, które będą się działy w ramach sztucznej inteligencji – wymienia w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Tomasz Snażyk, prezes Fundacji Startup Poland.

Z raportu „Polskie Startupy 2020” wynika, że pandemia dla części start-upów może okazać się przełomowym okresem. Wymusiła zmianę przyzwyczajeń konsumentów, tym samym otworzyła nowe możliwości rozwoju dla firm. Z badania Fundacji Startup Poland wynika, że dla 34 proc. firm pandemia miała pozytywny wpływ na ich działalność. Dodatkowo 37 proc. badanych firm tego typu uważa, że sytuacja związana z pandemią wpłynie raczej pozytywnie na ich działalność w 2021 roku.

W dobie pandemii dobrze radziły sobie start-upy związane z cyberbezpieczeństwem (86 proc. wskazało na pozytywne skutki pandemii), e-sportowe (75 proc.) czy te oferujące rozwiązania VR i AR (ok. 30 proc.). Kryzys zdrowotny przekłada się na działalność medtechów – 44 proc. z  nich wskazuje na dobre aspekty pandemii dla biznesu. Dobrze radzą sobie też start-upy związane z e-commerce (46 proc. wskazań pozytywnych), również fintechy i insuretechy.

– Branże, które w przyszłym roku będą miały bardzo duże zainteresowanie wśród inwestorów, to zasadniczo te, które okazały się w ramach pandemii bardzo przydatne, i te, które zaczęły przechodzić do zupełnie nowych faz. To cyberbezpieczeństwo, na pewno będą to rozwiązania medtechowe, wszelkiego rodzaju komunikatory, usprawnienia działalności. Ale też należy się spodziewać dużego ruchu w ramach e-sportu, nowych technologii w sporcie i sztucznej inteligencji – wymienia prezes Fundacji Startup Poland.

Pandemia COVID-19 przyspieszyła cyfryzację także tych procesów, które dotychczas pozostawały w kanale tradycyjnym. Wymusza to zmiany firm i konieczność dostosowania się do nowych wymagań rynku.

– Wyzwania dla start-upów na 2021 rok to jest nauczenie się sprzedaży i podtrzymywanie sprzedaży online. To, że wrócimy do normalności w czerwcu 2021  roku, nie jest wcale takie pewne, więc te kompetencje miękkie są dosyć ważne. Istotne też jest, żeby tworzyć i rozwijać ekosystem, żeby mimo panującej pandemii starać się dokładać kawałek do ekosystemu i go budować – ocenia Tomasz Snażyk.

Finansując rozwój swojego biznesu, 80 proc. start-upów korzysta z  własnych zasobów. Część, oprócz inwestowania własnych funduszy, pozyskuje je również ze źródeł zewnętrznych. Jednocześnie jednak tylko 19 proc. firm uzyskało dofinansowanie na poziomie powyżej 5 mln złotych. Start-upy, które korzystają z zewnętrznego finansowania, najczęściej mają za sobą jedną rundę (33 proc.), dwie rundy ma zaledwie 8 proc., a trzy – 3 proc. ankietowanych.

– Liczę i czekam, po pierwsze na exity, że założyciele start-upów będą je sprzedawać, np. poprzez giełdę. Po drugie, że w Polsce i w regionie pojawi się o wiele więcej rund tzw. większych, B czy C. Starzejemy się, stąd nasze start-upy też się starzeją. Wydaje się więc, że po prostu będzie o wiele więcej większych finansowań – wskazuje ekspert.

Według raportu Dealroom i PFR, na który powołuje się Fundacja Startup Poland, od 2013 roku w Polsce przeprowadzono ponad 800 rund finansowania. Mimo to wciąż nie mamy jeszcze żądnego jednorożca, czyli spółki o wycenie ponad 1 mld dolarów. Dla porównania Litwa i Estonia takie firmy już mają, tymczasem w obu krajach łącznie przeprowadzono tyle samo rund finansowania, co w Polsce.

– Start-upowy boom w 2021 roku dla mnie oznacza nie wzrost liczby zakładanych start-upów, ale że będą się stawały czempionami w swoich dziedzinach w Europie Środkowej czy na skalę światową. I to będzie tzw. start-upowy boom, że rzeczywiście ekosystem będzie coraz większy, coraz więcej pieniędzy będzie w obrocie – podkreśla Tomasz Snażyk.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/co-trzeci-startup,p368198868

Sztuczna inteligencja pozwoli zapobiegać przedwczesnym porodom. Opracowywana przez Polaków technologia uratuje wiele noworodków od niepełnosprawności, a nawet śmierci

Nawet co dziesiąte dziecko rodzi się przedwcześnie, czyli przed 37. tygodniem ciąży. To jedna z głównych przyczyn zgonów noworodków i długotrwałej niepełnosprawności. Obecnie nawet 30 proc. przedwczesnych porodów nie udaje się zdiagnozować. Gdyby lekarze byli w stanie wykorzystać dane i sztuczną inteligencję do przewidywania, które kobiety w ciąży mogą być zagrożone, do wielu z tych przedwczesnych porodów można by się lepiej przygotować, a co za tym idzie, uratować wiele istnień. Polscy naukowcy pracują nad stworzeniem takich sieci neuronowych, które na podstawie zdjęć USG oceniają prawdopodobieństwo przedwczesnego porodu.

– Projekt dotyczący predykcji przedwczesnych porodów przy użyciu sztucznych sieci neuronowych, które wykorzystują ultrasonograficzne filmy, polega na wczesnej detekcji porodów, które z powodów naturalnych odbędą się zbyt wcześnie. Obecnie 2/3 porodów przedwczesnych, czyli takich przed 36. tygodniem ciąży, jest diagnozowanych, ale co trzeci nie jest. Prowadzi to do dużego ryzyka związanego z nieodpowiednią opieką w momencie przyjścia na świat – mówi agencji Newseria Innowacje dr hab. inż. Tomasz Trzciński, adiunkt na Wydziale Elektroniki i Technik Informacyjnych na Politechnice Warszawskiej.

Tylko w Polsce między 22. a 36. tygodniem ciąży co roku rodzi się ok. 20 tys. dzieci. Na świecie, według różnych statystyk, 6–10 proc. ciąż kończy się przedwczesnym porodem. Choć najtrudniejsza sytuacja panuje w Afryce i Azji, także w USA i krajach europejskich zbyt wczesny poród jest jedną z głównych przyczyn śmierci noworodków. Choć większość takich porodów można przewidzieć, zdiagnozowanie części z nich jest praktycznie niemożliwe. Grupą szczególnie trudną do określenia ryzyka przedwczesnego porodu stanowią matki, które są w ciąży po raz pierwszy.

Systemy prognozowania, oparte na sztucznej inteligencji i sieciach neuronowych, mogłyby znacznie zmniejszyć skalę zbyt wczesnych porodów. Nad takim systemem pracują polscy naukowcy w ramach projektu sfinansowanego ze środków Rady Naukowej Politechniki Warszawskiej.

– W ramach projektu chcemy opracować metody oparte na sieciach neuronowych konwolucyjnych,, które na bazie zdjęć i filmów USG wykonywanych standardowo w ramach diagnostyki prenatalnej są wykorzystywane do oceny prawdopodobieństwa przedwczesnego porodu i ewentualnego przygotowania matki wraz z dzieckiem do takiej sytuacji – tłumaczy dr hab. inż. Tomasz Trzciński.

Medycyna coraz częściej wykorzystuje sieci neuronowe i sztuczną inteligencję do diagnostyki i predykcji części chorób. Nowoczesne technologie pozwalają przewidzieć choroby nowotworowe, prawdopodobieństwo zaburzeń neurologicznych, a automatyczna interpretacja elektrokardiograficzna jest już stosowana do diagnozowania zawału mięśnia sercowego i opracowywania leków. Wszystko wskazuje na to, że sieci neuronowe mogą pomóc również w prowadzeniu ciąży. Gdyby lekarze byli w stanie wykorzystać dane i sztuczną inteligencję do przewidywania, które kobiety w ciąży mogą być zagrożone, do wielu z przedwczesnych porodów można by się lepiej przygotować.

– Mamy do dyspozycji zbiory danych pozwalające na zidentyfikowanie powiązań między markerami, czyli między takimi wskazówkami, które widoczne są na samych zdjęciach USG, a rezultatem ciąży, czyli tym, że została ona rzeczywiście przedwcześnie zakończona. W związku z tym jesteśmy w stanie wytrenować sieć neuronową, która biorąc na wejściu zestaw zdjęć, ocenia, jak duże jest prawdopodobieństwo, że ciąża zostanie przedwcześnie rozwiązana – przekonuje ekspert.

Techniki głębokiego uczenia się wymagają mniej inżynierii danych i zapewniają dokładniejsze przewidywanie podczas pracy z ich dużymi ilościami. Udowodniły to już badania prowadzone przy chorobach onkologicznych i kardiologicznych. Jeśli projekt polskich naukowców się powiedzie, to w 2021 roku mógłby powstać serwis dla lekarzy i przyszłych mam, który pozwoliłby określić ryzyko przedwczesnego porodu.

– Mamy zebrane już dane z różnych źródeł, wraz z odpowiednimi adnotacjami na temat uzyskanych rezultatów. Czekamy w części tych danych na powodzenie w samym donoszeniu ciąży, żeby uzyskać finalną informację, czy była ona przedwczesna. W planach mamy opublikowanie dotychczasowych rezultatów na przełomie wiosny i lata, a później przejdziemy do implementacji serwisu dla szerszej populacji – zapowiada dr hab. inż. Tomasz Trzciński.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/sztuczna-inteligencja,p1051909834

Kraków do 2030 roku ma się stać miastem neutralnym klimatycznie. Nowa strategia zakłada inwestycje w zielony transport i termomodernizację budynków

Kraków zmierza do neutralności klimatycznej. Do 2030 roku ma się stać miastem zeroemisyjnym i w tym celu w ramach procesu Deep Demonstrations, zaproponowanego przez organizację EIT Climate-KIC, buduje zupełnie nową strategię transformacji. – Chcemy, żeby aktywne formy podróżowania połączone z komunikacją publiczną stanowiły 75 proc. udziału w transporcie. Potrzebna jest też termomodernizacja na masową skalę, bo zmniejszenie zużycia energii to wstęp do wprowadzenia energii odnawialnej jako źródła ciepła – zapowiada Andrzej Łazęcki z Urzędu Miasta Krakowa.

– Transformacja klimatyczna to bardzo złożony, długotrwały proces. Dotychczasowe doświadczenia pokazują, że interwencje punktowe o charakterze rozproszonym są nieskuteczne i z punktu widzenia celu, jakim jest neutralność klimatyczna, daleko niewystarczające. Potrzebne jest nowe podejście. Taką metodykę zaproponował nam program Głębokiej Demonstracji – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrzej Łazęcki, zastępca dyrektora Wydziału Gospodarki Komunalnej Urzędu Miasta Krakowa.

Dotychczas Kraków był jednym z bardziej zanieczyszczonych miast Polski. Według IQ Air 2019 World Air Quality Report zajmował siódme miejsce w kraju i 29. w Europie. Stopniowo ma się to jednak zmieniać. Do 2030 roku miasto – wedle założeń nowej strategii klimatycznej – stanie się całkowicie zeroemisyjne. Wynika to m.in. z potrzeby dostosowywania do europejskiej polityki klimatycznej. W ramach Europejskiego Zielonego Ładu w grudniu szefowie rządów państw członkowskich UE przyjęli nowy cel redukcji emisji CO2 – ma to być co najmniej 55 proc. w stosunku do 1990 roku. Dlatego też Kraków w ramach procesu Deep Demonstrations Healthy & Clean Cities buduje zupełnie nową strategię transformacji klimatycznej.

 To zmiana systemowa poprzez innowacje, oparta na czterech filarach. Pierwszy i najważniejszy to nastawienie na cel, czyli nie zastanawiamy się nad tym, czego dzisiaj nie możemy dokonać, ale wyznaczamy ambitny cel. Drugi to wykorzystanie innowacji jako dźwigni zmiany. Trzecie – orkiestracja projektów w portfolio tak, żeby wzajemnie się uzupełniały i wzmacniały. Czwarty filar to uczenie się poprzez działanie – wymienia zastępca dyrektora Wydziału Gospodarki Komunalnej Urzędu Miasta Krakowa. – Rok 2020 poświęciliśmy na zbudowanie solidnych fundamentów. Dotychczasowe działania może nie są tak spektakularne na zewnątrz, ale przyniosły istotne zmiany wewnątrz urzędu. Mam na myśli przede wszystkim wzrost świadomości, czyli wiemy, czego chcemy, gdzie jesteśmy i jak to osiągnąć.

Miasto zmapowało wszystkie prowadzone dotychczas projekty związane z klimatem, których było niemal 120. Wypracowano ścieżkę postępowania i zidentyfikowano największe wyzwania. Urząd przygotował też dwa pilotażowe projekty dotyczące obszarów, które emitują najwięcej gazów cieplarnianych, czyli transport i ogrzewanie budynków. Programy mają zakończyć się w ciągu trzech lat, a następnie mają zostać zreplikowane na skalę całego miasta.

 Wyszliśmy z założenia, że skoro miasto inwestuje w przebudowę ulic, budowę stacji kolejowej, dróg rowerowych, to warto te działania skupione na niewielkiej powierzchni zebrać w pewien pakiet. Dodatkowo chcemy je obudować działaniami społecznymi, partycypacyjnymi, umożliwiającym decydowanie mieszkańcom, i połączyć z kwestiami adaptacji do zmian klimatu, czyli wprowadzić więcej zieleni, zacienienie ulic czy gospodarowanie wodą opadową – tłumaczy przedstawiciel UM Krakowa. 

Jak zapowiada Andrzej Łazęcki, docelowo udział ruchu rowerowego w Krakowie ma się zwiększyć o kilkanaście procent. Obecnie infrastruktura rowerowa, na którą składają się drogi dla rowerów, ciągi pieszo-rowerowe czy kontrapasy, liczy ok. 235 km. Nowe inwestycje, m.in. budowa nowych ścieżek rowerowych, w tym najdłuższej kładki pieszo-rowerowej w Polsce, sprawiły, że tylko w pierwszych tygodniach września 2020 roku udział ruchu rowerowego wzrósł o 26 proc. r/r.

– Łącznie chcemy, żeby te aktywne formy podróżowania połączone z komunikacją publiczną stanowiły 75 proc. udziału w podróżach – deklaruje Andrzej Łazęcki.

Kraków planuje też termomodernizację budynków na szeroką skalę. Miejskie Przedsiębiorstwo Energetyki Cieplnej w opracowanej mapie cieplnej wyliczyło, że spośród ok. 770 tys. mieszkańców Krakowa 68 proc. korzysta z ciepła systemowego dostarczanego przez MPEC. Miasto planuje scentralizować wszystkie działania, co umożliwi sprawne zarządzanie i przeniesienie ryzyk z właścicieli budynków na instytucję kontrolowaną przez miasto. Jednocześnie duży projekt ma większe możliwości uzyskania długoletniego finansowania.

– Termomodernizacja na masową skalę jest potrzebna, bo zmniejszenie zużycia energii to jest wstęp do wprowadzenia energii odnawialnej jako źródła energii i ciepła. Jedno bez drugiego nie zadziała – wyjaśnia ekspert. – Na pewno potrzebne są zmiany w sieci ciepłowniczej. Myślimy o przebudowie źródeł ciepła na niskoemisyjne, a najlepiej w dłuższej perspektywie zeroemisyjne. Myślimy też o cyfryzacji sieci, nadaniu jej większej elastyczności, żeby można było włączać źródła energii odnawialnej do sieci ciepłowniczej. Na pewno potrzebne są, i to szybko, rozwiązania dotyczące chłodu i klimatyzowania budynków.

Projekt transformacji energetycznej wykorzystuje innowacje społeczne. To mieszkańcy, instytucje pozarządowe i przedsiębiorcy wspólnie określają kierunki zmian.

– Na początku grudnia uruchomiliśmy panel obywatelski poświęcony klimatowi. Jego myślą nadrzędną jest neutralność klimatyczna, natomiast tematem przewodnim to, jak miasto i mieszkańcy mogą poprawić efektywność energetyczną i zwiększyć wykorzystanie energii odnawialnej. Chcemy przedstawić nasze zamierzenia, uzyskać dla nich szerokie poparcie społeczne, ale też wskazówki, co można ewentualnie poprawić – wyjaśnia przedstawiciel UM Krakowa.

W procesie transformacji klimatycznej miasto chce czerpać także z doświadczeń innych europejskich miast, które również uczestniczą w programie Deep Demonstrations stworzonym przez EIT Climate-KIC.

 Decydujące będzie połączenie naszych działań ze szczeblem krajowym, odpowiednimi regulacjami legislacyjnymi i programami zachęt, ale też wymiana doświadczeń z innymi miastami europejskimi, bo przecież 14 innych miast również uczestniczy w programie Głębokiej Demonstracji – mówi Andrzej Łazęcki. – Jako gmina odpowiadamy bezpośrednio, czyli poprzez nasze budynki, oświetlenie ulic, spółki komunalne, za ok. 7 proc. emisji, a trzeba zredukować ją o 85–90 proc. To pokazuje skalę wyzwania i współpracy, jaką musimy uruchomić, oraz zaangażowania, jakie jest potrzebne ze strony naszych partnerów miejskich i przede wszystkim  mieszkańców.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/krakow-do-2030-roku-ma,p1221521854

Firmy IT obroniły się w czasie pandemii. W związku z nowymi zamówieniami potrzebują coraz więcej pracowników

Sektor IT nie ucierpiał w wyniku pandemii koronawirusa tak jak inne obszary gospodarki. Firmy z branży notują wzrosty przychodów, podpisują nowe kontrakty, a zapotrzebowanie na pracowników jest w tej chwili niemalże rekordowe. IT w dalszym ciągu wyznacza też trendy, jeżeli chodzi o wysoki poziom wynagrodzeń i możliwości rozwoju zawodowego pracowników. Sektor ten zawdzięcza stabilność m.in. budowanej równości płciowej i coraz większej różnorodności wśród personelu.

– Branża IT pozostaje stabilna mimo pandemii. Dodatkowy popyt wygenerowany w kanale e-commerce, możliwość pracy i nauki zdalnej oraz liczne projekty z zakresu automatyzacji wytwarzania oprogramowania oraz rozwiązania okołochmurowe spowodowały, że nie została ona dotknięta przez pandemię tak jak inne obszary gospodarki – mówi agencji Newseria Biznes Artur Pawłowicz, dyrektor w warszawskim biurze Luxoft Polska.

Dobrą kondycję polskiej branży IT pomimo kryzysu w gospodarce związanego z COVID-19 odzwierciedla Barometr ITX, czyli cykliczne badanie portalu Just Join IT. Wyniki jego listopadowej edycji były lepsze, niż zakładano. Ponad 56 proc. firm z sektora odnotowało w tym miesiącu wzrost przychodów, ponad połowa zadeklarowała także wzrost nowych zamówień w porównaniu do poprzedniego miesiąca.

– Na początku pandemii zaobserwowaliśmy zatrzymanie niektórych projektów. W tej chwili widzimy, że wszystkie one zostały odblokowane. Również nasi klienci uruchomili i zainicjowali nowe projekty, które realizujemy wspólnie z nimi – podkreśla Artur Pawłowicz.

W listopadowej edycji Barometru ITX 51 proc. firm IT zwiększyło zatrudnienie w porównaniu z październikiem. Na grudzień takie plany zapowiadało 44 proc. managerów. W ostatnich miesiącach zapotrzebowanie na pracowników IT znacząco wzrosło – od sierpnia do października 2020 roku liczba ofert pracy na platformie wzrosła o ok. 50 proc., co jest rekordowym skokiem w historii portalu w zaledwie dwumiesięcznym okresie.

COVID-19 zmienił też oczekiwania dotyczące modelu pracy. Aż 94 proc. pracowników IT po zakończeniu pandemii chce mieć elastyczność w wyborze miejsca wykonywania swoich obowiązków. Co trzeciemu zależy na pracy zdalnej w pełnym wymiarze, nawet jeśli firmy wrócą do swoich siedzib – wynika z badań, które zostały przeprowadzone między czerwcem a sierpniem br. na potrzeby raportu Devire („Branża IT w nowej rzeczywistości”). Przejście na pracę zdalną nie stanowiło też dla firm IT większego problemu. Branża miała narzędzia i infrastrukturę, które pozwoliły płynnie przetransferować pracowników do domu, bo jeszcze przed pandemią aż 75 proc. pracowników IT miało możliwość pracy zdalnej – częściowo lub w pełnym wymiarze.

– Udało nam się szybko i zwinnie przestawić naszą organizację na pracę zdalną. Wspieramy i cały czas pomagamy naszym pracownikom wyposażyć ich domowe biura w dodatkowy niezbędny sprzęt, taki jak monitory, ergonomiczne krzesła czy biurka – wyjaśnia dyrektor w warszawskim biurze Luxoft Polska. – Praca zdalna jest naszą nową rzeczywistością, ale niestety niesie też za sobą zagrożenia w postaci ograniczenia kontaktów międzyludzkich i zachwiania tzw. work–life balance. Dlatego przygotowaliśmy też dla naszych pracowników serię szkoleń, które pomogą im zarządzić lepiej tymi nowymi wyzwaniami związanymi z pracą w domu.

Luxoft Polska zatrudnia obecnie ok. 1,5 tys. specjalistów pochodzących z ponad 40 krajów. Na polskim rynku marka jest obecna od dekady, współpracując z największymi firmami na rynku finansowym.

– Współpracujemy z globalnymi graczami: UBS, Credit Suisse, JP Morgan, Deutsche Bank, apoBank czy Point72. Umacniamy też naszą pozycję na rynku lokalnym – realizujemy wiele prestiżowych i ciekawych projektów z największymi firmami o zasięgu lokalnym. Tu warto wspomnieć m.in. PKO Bank Polski, Bank Pekao SA czy PZU. Realizujemy także projekty oparte na naszych strategicznych partnerstwach z najlepszymi dostawcami systemów z obszaru bankowości inwestycyjnej, core bankingu czy wealth management, takimi jak Murex, Finastra, FIS, Temenos oraz Avaloq – wymienia Artur Pawłowicz.

Firma cały czas prowadzi rekrutacje i zwiększa zatrudnienie. Obecnie poszukuje m.in. deweloperów, biznes analityków i project managerów.

– Poszukujemy specjalistów od naszych systemów dedykowanych: Murex, Avaloq, Temenos i Kondor+ – precyzuje przedstawiciel Luxoft Polska. – Oferujemy stabilne zatrudnienie i kładziemy duży nacisk na rozwój naszych pracowników, oferując pełny zakres szkoleń branżowych, biznesowych i z obszaru tzw. soft skills. Uważamy, że głęboka wiedza biznesowa i doskonałe zdolności komunikacyjne są kluczem do najwyższej jakości usług, które oferujemy naszym klientom, ale są też kluczowe dla rozwoju zawodowego naszych pracowników.

Jak wskazuje, branża IT w dalszym ciągu wyznacza trendy, jeżeli chodzi o wysoki poziom wynagrodzeń i warunki zatrudnienia. Jej wyróżnikiem są również możliwości rozwoju zawodowego pracowników – szczególny nacisk kładzie na podnoszenie kompetencji twardych i miękkich, jak np. zdolności komunikacyjnych.  

Sektor IT jest również jednym z liderów polityki różnorodności, co wpływa na jej stabilność. Według tegorocznego raportu firmy doradczej PwC („Diversity & Inclusion Benchmarking Survey”) 76 proc. przedsiębiorców, którzy wdrożyli w swoich firmach politykę Diversity & Inclusion, uważa, że zarządzanie różnorodnością jest cenne dla ich biznesu.

– Diversity & Inclusion to nic innego jak zarządzanie różnorodnością w firmie i czerpanie z tego tytułu korzyści – nie tylko biznesowych. W ciągu 10 lat istnienia Luxoft w Polsce zrealokowaliśmy około 2,5 tys. specjalistów z ponad 60 krajów. Te osoby są w tej chwili częścią naszych zespołów projektowych i wnoszą wartość dodaną poprzez inny punkt spojrzenia na różnego rodzaju tematy biznesowe. To generuje pewnego rodzaju synergię i wysoką jakość usług, które świadczymy klientom – podkreśla Artur Pawłowicz.

Na stabilność firm przekłada się również równość płciowa – eksperci McKinsey & Company wskazują, że zespoły złożone z kobiet i mężczyzn są bardziej kreatywne, innowacyjne i przynoszą lepsze rezultaty. Według ostatniego raportu No Fluff Jobs „Kobiety w IT 2020” – w Polsce 30 proc. fachowców w branży jest płci żeńskiej. Globalne szacunki TechJury mówią o tym, że w ciągu dekady odsetek kobiet w IT wzrośnie do 40 proc. O zmniejszaniu się nierówności płciowych świadczy też coraz większa liczba pań obejmujących stanowiska seniorskie w biznesie. Także na czele Luxoft Poland stoi kobieta – stanowisko dyrektor zarządzającej piastuje Natalia Selinger. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/firmy-it-obronily-sie-w,p1935217448

Pandemia przyspieszyła wykorzystanie rozszerzonej rzeczywistości w telewizji. Stosowana jest grafika znana z najnowszych gier komputerowych

Pandemia koronawirusa odcisnęła swoje piętno na rynku telewizyjnym, utrudniając realizację programów plenerowych oraz z udziałem gości zapraszanych do studia. W pokonaniu problemów wynikających z restrykcji pandemicznych pomaga technologia rozszerzonej rzeczywistości, która pozwala na połączenie obrazu transmitowanego ze studia z wirtualnym otoczeniem. W połączeniu z wyspecjalizowanymi silnikami graficznymi, opracowanymi na potrzeby gier komputerowych, pozwoli dowolnie kreować wirtualne studia zarówno na potrzeby produkcji filmowych, jak i telewizyjnych.

– W produkcjach telewizyjnych trendem jest teraz używanie rozszerzonej rzeczywistości. Studia wirtualne, które już znamy z wieczorów wyborczych czy programów informacyjnych, coraz częściej wchodzą do produkcji telewizyjnych. Świat gier komputerowych bardzo mocno się rozwija i silniki graficzne typu Unreal zostają adaptowane do potrzeb telewizyjnych. Dzięki temu możemy pokazywać rozszerzoną rzeczywistość – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Maciej Kowalski, członek zarządu BlackBurst.

Upowszechnienie się technologii rozszerzonej rzeczywistości (Augmented Reality) w telewizji jest możliwe dzięki narzędziom zaczerpniętym z rynku gier komputerowych. Dzięki silnikom graficznym pokroju Unreal Engine od Epic Games zespół realizacyjny może swobodnie kreować hybrydową przestrzeń na potrzeby programów AR. Wraz z najnowszą aktualizacją deweloper wdrożył do swojego silnika szereg narzędzi skierowanych m.in. do branży filmowej i telewizyjnej, w tym rozwiązania ułatwiające realizację wirtualnych planów zdjęciowych.

Wśród nich znalazły się m.in. poprawione algorytmy generowania realistycznych efektów włosów i futer, usprawniony sekwencer pozwalający na tworzenie animacji szkieletowych czy narzędzie do kontroli wolumetrycznych chmur na potrzeby np. stacji pogodowych. Pojawiło się także narzędzie Environment Lighting Mixer ułatwiające prawidłowe oświetlenie wszystkich elementów występujących w produkcji AR.

– Rozszerzona rzeczywistość jest bardzo efektowna, ale implementacja tej technologii sama w sobie jest droga. Natomiast na przestrzeni czasu pozwala na znaczące oszczędności w trakcie produkcji. Wybudowanie realnej scenografii to jest koszt jej zaprojektowania, stworzenia, przywiezienia czy magazynowania, natomiast scenografia wirtualna umożliwia składowanie wszystkiego na ekranie komputera. Pozwala też na dużo większą kreatywność, jesteśmy ograniczeni wyłącznie swoją wyobraźnią – przekonuje ekspert.

Potencjał rozwiązań realizacyjnych z zakresu rozszerzonej rzeczywistości ukazuje film science fiction „Gods of Mars”, który został w całości zrealizowany przy wykorzystaniu wirtualnego planu Unreal Engine. Dzięki temu zespół realizacyjny nie musiał tworzyć fizycznych planów zdjęciowych, opłacać aktorom podróży czy cateringu. Zdalna realizacja produkcji pozwoliła obniżyć jej koszty o ok. 70 proc.

Narzędzia tego typu coraz częściej trafiają także do mniejszych produkcji, w tym m.in. realizowanych na potrzeby rynku telewizyjnego. Firma Fremantle podjęła współpracę z All of it Now przy realizacji najnowszego sezonu „America’s Got Talent”. Nowy partner technologiczny zaprojektował hybrydową scenę wykorzystywaną przy ujęciach Extended Reality. W każdym odcinku zrealizowano dwa występy XR, które łączyły fizyczne elementy z zaawansowaną, wirtualną animacją, realizowaną w czasie rzeczywistym. W tym przypadku do stworzenia cyfrowych treści również wykorzystano silnik Unreal Engine.

– Przez COVID-19 mocno wykorzystujemy takie technologie jak Skype czy inne komunikatory, żeby ograniczyć spotkania. Człowiek jest zawsze najważniejszy, więc próbujemy w ten sposób przekazywać obraz. Rozszerzona rzeczywistość ma imitować prawdziwą rzeczywistość i sprowadza się do tego, że możemy stworzyć niesamowite rzeczy bez szukania plenerów. Możemy tworzyć ekrany z diody komputerowej, teleportować kogoś z jednego miejsca w drugie – wskazuje Maciej Kowalski.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/pandemia-przyspieszyla,p486454051