Sztuczna inteligencja pomoże znaleźć idealnego pracownika. Przyspiesza też proces rekrutacji z kilku tygodni do 24 godzin

Sztuczna inteligencja i algorytm oparty na uczeniu maszynowym dopasuje pracowników do zleceń nie tylko na podstawie kompetencji i doświadczenia, lecz także zmiennych psychometrycznych. Polski start-up opracował innowacyjną technologię, która pozwoli znaleźć idealnego pracownika, a cały proces rekrutacji skraca z kilku tygodni do 24 godzin. – Analiza danych przez sztuczną inteligencję pozwoli na zbudowanie algorytmu rekomendacji pracowników i docelowo dopasowania pracowników do zleceń – tłumaczy Filip Sobel, założyciel Staffly.

– Budujemy algorytm we współpracy z zespołem psychologów, którzy przygotowują kilka różnego rodzaju testów, udostępnionych na platformie dla pracownika. Będą one tworzyć algorytm napędzany sztuczną inteligencją i machine learningiem. Analiza tych wszystkich danych pozwoli na zbudowanie algorytmu rekomendacji pracowników i docelowo matchmakingu pracowników do zleceń – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Filip Sobel, założyciel Staffly.

Personel HR musi wybierać odpowiednie osoby z dużej puli kandydatów. Dzięki sztucznej inteligencji cały proces można podzielić automatycznie na kilka etapów. Rekruterzy mogą gromadzić więcej danych o każdym kandydacie, a tym samym skuteczniej ich oceniać. Technologie sztucznej inteligencji umożliwiają stworzenie ujednoliconych profili z ogromnych, nieustrukturyzowanych zestawów danych, dopasowując zestawy umiejętności wymagane na danym stanowisku do profili zawodowych kandydatów. Rozwiązanie polskiego start-upu idzie jednak o krok dalej.

Na rynku nie brakuje firm rekrutacyjnych, które stosują SI. Część z nich wykorzystuje np. czat w języku naturalnym, aby anonimowo łączyć osoby poszukujące pracy z nowymi możliwościami. Platforma porównuje historię kariery, umiejętności i preferencje użytkownika z odpowiednimi ofertami pracy. Inne stawiają na chatbot czy wirtualnych asystentów do rekrutacji. Chociaż pomaga to skrócić czas potrzebny do znalezienia pracownika, nie zagwarantuje, że będzie on faktycznie pasował do danej firmy.

– Nasza przewaga konkurencyjna polega na tym, że pracownik będzie dopasowany nie tylko pod kątem deklarowanych umiejętności czy doświadczenia. Na naszej platformie będzie miał do wypełnienia kilka różnych rodzajów testów, które pozwolą ocenić jego czynniki psychometryczne, takie jak np. deklaratywna sumienność, dokładność, ale także czynniki behawioralne, czyli np. czas spędzony na stronie, dokładność czy czas wypełniania pytań. To wszystko pozwoli na zbudowanie profilu pracownika, który będzie jak najlepiej dopasowany do pracy, którą nasz system będzie mu proponował – wskazuje założyciel Staffly.

Badanie InterviewMe w 2019 roku pokazało, że ok. 35 proc. rekruterów przeprowadza ponad 100 rekrutacji rocznie. Każda z nich trwa nawet kilka tygodni. Jeszcze trudniej znaleźć odpowiedniego kandydata do pracy tymczasowej. McKinsey podaje, że nawet 20–30 proc. populacji w wieku produkcyjnym wykonuje pracę niezależną. Raport EY Global Contingent Workforce Study określa takich pracowników mianem ,,giggersów” – to zazwyczaj młode osoby, znające kilka języków, bardzo mobilne, których dochody bazują na kilku źródłach.

Założyciel Staffly wskazuje, że research rynku pokazał, że w segmencie pracy tymczasowej istnieje olbrzymi problem z pojawianiem się pracowników w wyznaczonym miejscu na ustalone rozpoczęcie pracy. Często także pracownik po jednym dniu rezygnuje z pracy. Algorytm opracowany przez Staffly pozwala przewidzieć, który pracownik ma szanse na dłużej zostać w firmie.

– W standardowych agencjach pracy proces rekrutacji od momentu zgłoszenia zapotrzebowania do momentu postawienia pracownika pod drzwi firmy trwa nawet dwa do trzech tygodni. My umożliwiamy znalezienie idealnego kandydata lub zlecenia nawet tego samego dnia. Dzięki Staffly nawet w 24 godziny będzie możliwe znalezienie idealnego pracownika – zapewnia Filip Sobel. – Automatyzujemy i przyspieszamy tego rodzaju działania w takich segmentach jak np. produkcja, administracja, gastronomia, różnego rodzaju retail, sprzedaż, sieci handlowe.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/sztuczna-inteligencja,p1774457572

Szereg luk w ustawie o krajowym cyberbezpieczeństwie. Eksperci ostrzegają, że zaszkodzi relacjom z Chinami, odstraszy inwestorów i pozwoli cenzurować internet [DEPESZA]

Wprowadzenie w życie nowelizacji ustawy, która reguluje obszar polskiego cyberbezpieczeństwa, może mocno zaszkodzić relacjom gospodarczym z Chinami. W projekcie zachowano bowiem mechanizm, która pozwala wykluczyć chińskie firmy technologiczne z polskiego rynku – wskazuje redaktor naczelny portalu Chiny24.com Leszek Ślazyk. Jak podkreśla, odstraszy to też przyszłych inwestorów, którzy nie będą mieć pewności, czy nie zostaną nagle wykluczeni z polskiego rynku ze względu na kraj pochodzenia. Eksperci wskazują również na cały szereg innych mankamentów noweli ustawy o KSC, jak np. możliwość blokowania konkretnych adresów IP i stron internetowych na podstawie decyzji ministra.

– Pierwotny kształt tej ustawy miał być ukłonem w stronę administracji Donalda Trumpa, skierowanym przeciwko chińskim producentom sprzętu telekomunikacyjnego. Ten ukłon wydaje się jednak nie przynosić żadnych korzyści stronie polskiej. Świadczy też o nikłej orientacji w powiązaniach między globalnymi liderami infrastruktury telekomunikacyjnej, zwłaszcza 5G. Dla przykładu szwedzka firma Ericsson, która jest postrzegana jako alternatywa dla Huaweia, produkuje gros swoich rozwiązań w Chinach, w ramach swojej spółki joint venture Panda Electronics. Trudno będzie więc obronić przed dowolnym trybunałem decyzję o wykluczeniu chińskiego dostawcy na korzyść europejskiego, który i tak produkuje w Chinach i na bazie chińskich komponentów – mówi agencji Newseria Biznes Leszek Ślazyk, politolog i redaktor naczelny portalu Chiny24.com.

W połowie stycznia pojawiła się nowa propozycja zmian w ustawie o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa. Do pierwszej ponad setka różnych podmiotów – ekspertów, firm i instytucji branżowych – zgłosiła w sumie 750 różnych uwag. Kontrowersje wzbudziły m.in. zapisy, które pozwalają wykluczyć z polskiego rynku niektórych dostawców infrastruktury i oprogramowania na podstawie otwartych, nietechnicznych kryteriów (np. czy dana firma pochodzi z kraju, w którym są przestrzegane prawa człowieka). Zapis był wymierzony przede wszystkim w chińskich dostawców technologii, w tym m.in. koncern technologiczny Huawei, oskarżany przez administrację Donalda Trumpa o udostępnianie informacji i współpracę z chińskim rządem.

W tle jest jednak wątek polityczny, czyli napięte relacje i wojna handlowa pomiędzy Chinami a USA, które już w połowie roku zaczęły realizować program Clean Network, mający wyeliminować chińskich producentów z rynku teleinformatycznego i budowy 5G. Z kolei we wrześniu ub.r. Polska podpisała ze Stanami deklarację o współpracy w zakresie bezpieczeństwa przy wdrażaniu tej technologii. Eksperci podnoszą jednak, że wpisanie się w amerykańską kampanię wymierzoną w firmy technologiczne z Chin może mocno zaszkodzić relacjom gospodarczym i wartej około 136 mld zł rocznie wymianie handlowej z Państwem Środka.

– Gdyby zapisy tej ustawy dotknęły dostawców z Chin, mamy też kolejne pole sporu z Unią Europejską, która w ostatnich dniach minionego roku doprowadziła do podpisania umowy inwestycyjnej z Chinami – zauważa Leszek Ślazyk.

Jak podkreśla, projektowane przez rząd zmiany w ustawie o KSC, wymierzone przede wszystkim w chińskich dostawców sprzętu i oprogramowania, stoją też w sprzeczności z międzynarodowym i unijnym prawem dotyczącym m.in. wolnego handlu czy swobody prowadzenia działalności gospodarczej dla wszystkich przedsiębiorstw, niezależnie od ich kraju pochodzenia.

– Zapisy w tej ustawie mogą sprawić, że Polska będzie stawać przed różnego rodzaju instytucjami międzynarodowymi, oskarżona o naruszenie wielu norm prawa międzynarodowego. Sprawna kancelaria będzie mogła zająć się wyłącznie kierowaniem do trybunałów czy sądów spraw przeciwko Polsce – mówi redaktor naczelny portalu Chiny24.

Politolog zwraca uwagę, że wdrożenie noweli ustawy o KSC w obecnym kształcie – z mechanizmem zaprojektowanym w celu wykluczenia konkretnych dostawców – może nie tylko zaszkodzić relacjom gospodarczym między Polską i Chinami. Odstraszy też potencjalnych inwestorów, którzy nie będą mieć pewności, czy nie zostaną nagle wykluczeni z polskiego rynku ze względu np. na kraj pochodzenia.

– Na dodatek w nowym projekcie ustawodawca usunął możliwość wnoszenia protestów, co jest kuriozalne. Dostawcy eliminowani za pomocą takich przepisów będą mogli dochodzić swoich praw w instytucjach europejskich, co może implikować znacznie więcej problemów, niż zakładają autorzy projektu tej ustawy – mówi Leszek Ślazyk.

Firmy, które na podstawie kryteriów zawartych w ustawie o KSC zostaną uznane za tzw. dostawców wysokiego ryzyka, zostaną odcięte od kontraktów i de facto wykluczone z polskiego rynku. Nowy projekt nie przewiduje właściwych narzędzi prawnych, które dawałyby im realną możliwość odwołania od tej decyzji czy nawet uzyskania jej uzasadnienia.

 Mechanizmy certyfikowania dostawców, brak konieczności uzasadnienia decyzji, niemożność wglądu ocenianego do dokumentów – to oczywiste ścieżki do nadużyć. Takie praktyki psują nasz wizerunek, nie tylko w oczach strony chińskiej – podkreśla ekspert. – Przy takim poziomie prowadzenia polityki nie możemy liczyć na poważne traktowanie w przestrzeni międzynarodowej.

Jak wskazuje, nowe przepisy uderzą też w komercyjnych operatorów telekomunikacyjnych, którzy działają na polskim rynku. Ci będą bowiem zmuszeni w ciągu pięciu–siedmiu lat wycofać ze swojej infrastruktury cały sprzęt i oprogramowanie pochodzące od tzw. dostawców wysokiego ryzyka. Kosztów tej wymiany nie poniesie państwo, ale sami operatorzy, co będzie się wiązać z wielomiliardowymi nakładami i możliwym wzrostem cen usług dla klientów. Spółka Play Communications (właściciel sieci Play) oszacowała, że przymusowa rezygnacja ze sprzętu Huaweia będzie dla niej oznaczać koszt ok. 900 mln zł w ciągu siedmiu lat.

– Czy w takiej sytuacji operatorzy będą jeszcze skłonni inwestować w nowe rozwiązania, czy skoncentrują się na przebudowie zasadniczej części infrastruktury? A może w ogóle wycofają się z polskiego rynku? Kto miałby bowiem sfinansować te zmiany? Klienci mają raczej ograniczoną skłonność do akceptowania znacznego wzrostu cen usług – mówi Leszek Ślazyk.

Konieczność wycofania i rezygnacja ze sprzętu Huaweia, który jest w tej chwili jednym z głównych dostawców infrastruktury dla sieci 5G, będzie też oznaczać możliwe opóźnienia we wdrażaniu tej technologii w Polsce. W połowie ubiegłego roku brytyjska firma analityczna Assembly Research oszacowała, że może to opóźnić budowę 5G w naszym kraju nawet o trzy lata, pociągając za sobą straty dla gospodarki w wysokości 4,8 mld euro.

 W najbliższych kilku latach będziemy coraz częściej słyszeć o w pełni zrobotyzowanych i zautomatyzowanych fabrykach, pojazdach autonomicznych, o rozwiązaniach łączących sztuczną inteligencję, internet rzeczy, technologie Big Data, blockchain czy cloud computing. Państwa, które nie będą posiadać sprawnej, powszechnej sieci 5G, zwyczajnie znikną z map inwestorów. Tutaj znajduje się źródło potencjalnych turbulencji i strat – podkreśla politolog.

W projekcie nowelizacji ustawy o KSC znalazły się też zapisy dające możliwość odłączenia konkretnych serwisów online na podstawie decyzji ministra ds. informatyzacji (w tej chwili te kompetencje należą do premiera). Będzie on mógł wydać operatorom telekomunikacyjnym nakaz blokowania konkretnych adresów IP i stron internetowych, co otwiera furtkę do cenzurowania internetu. Mimo tak daleko idących zmian rząd nie poddał ich publicznym konsultacjom i nie planuje takiego kroku.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/szereg-luk-w-ustawie-o,p1615165912

Ministerstwo Infrastruktury będzie edukować Polaków o nowych przepisach ruchu drogowego. Zmiany wchodzące w życie od czerwca mają m.in. zwiększyć bezpieczeństwo pieszych

Co roku kilkaset osób ginie na przejściach dla pieszych, a kolejnych kilka tysięcy zostaje rannych. Przyczyną wielu wypadków jest nieustąpienie pierwszeństwa pieszemu, dlatego Ministerstwo Infrastruktury wprowadziło do przepisów pierwszeństwo osób wkraczających na pasy. Prawo wchodzące w życie od czerwca 2021 roku wprowadzi także kary dla pieszych za używanie na przejściach telefonów komórkowych, a dla kierowców – za jazdę „na zderzaku”. Ujednolicona zostanie też dopuszczalna prędkość w obszarze zabudowanym, niezależnie od pory dnia. Rząd zapowiada kampanię edukacyjną na temat nowych przepisów.

Tylko w 2019 roku, jak wynika ze statystyk Komendy Głównej Policji, doszło do ponad 3,7 tys. wypadków na przejściach dla pieszych (z udziałem pieszych i rowerzystów). Nieustąpienie pierwszeństwa pieszemu było przyczyną 2,8 tys. z nich. Zginęło w nich 250 osób, a ponad 3,6 tys. zostało rannych. Pasy są drugim – po jezdni – najczęstszym miejscem występowania wypadków.

– Wprowadzamy cztery zmiany, bardzo istotne z punktu widzenia zwiększania bezpieczeństwa w ruchu drogowym. Pierwsza z nich dotyczy nadania pierwszeństwa pieszemu na przejściu. Kierowca zbliżający się do pasów, widząc pieszego wchodzącego na przejście, będzie musiał zwolnić i ustąpić pierwszeństwa tak, aby mógł on swobodnie, niezagrożenie przejść na drugą stronę jezdni – mówi agencji Newseria Biznes Rafał Weber, wiceminister infrastruktury.

Rozszerzenie udzielenia pierwszeństwa pieszemu wchodzącemu na przejście nie dotyczy tramwajów.

– Tylko pieszy znajdujący się na torowisku będzie miał pierwszeństwo, natomiast pieszy wchodzący na nie już nie. To ze względu na to, że droga hamowania tramwaju jest dłuższa niż pojazdu samochodowego w sytuacji, kiedy oba jadą z jednakową prędkością – tłumaczy Rafał Weber.

W 2016 roku Polska należała do najmniej bezpiecznych krajów dla pieszych. Dane z Europejskiego Obserwatorium Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego wskazują, że w przeliczeniu na milion mieszkańców śmierć w wypadkach poniosło wówczas 22 pieszych, przy średniej europejskiej na poziomie 10 osób.  Jeszcze w 2007 roku było to ponaddwukrotnie więcej.

Druga istotna zmiana to zakaz korzystania przez pieszych ze smartfonów i innych urządzeń mobilnych podczas przechodzenia przez pasy. Jak wynika z analizy Instytutu Transportu Samochodowego  „Badania zachowania pieszych i relacji pieszy–kierowca”, przyznaje się do tego kilka procent pieszych. Eksperci podkreślają, że jest to jeden z najbardziej niebezpiecznych nawyków, bo skupienie uwagi na rozmowie czy przeglądanych treściach usypia czujność użytkownika drogi.

– Kary są już opisane w taryfikatorze mandatów, a wykroczenia – w kodeksie wykroczeń. Nie kierujemy się jednak w tych zmianach bardzo represyjną taktyką. Koncentrujemy się raczej na edukacji, zwiększaniu świadomości wszystkich użytkowników ruchu drogowego, więc nie przewidujemy większych kar dla pieszych, którzy w sposób niewłaściwy wchodzą na jezdnię – zaznacza wiceminister infrastruktury.

Nowe przepisy ujednolicają też dozwoloną prędkość w terenie zabudowanym do 50 km/h. Obecnie w nocy jest ona większa – między godz. 23 a 5 wynosi  60 km/h. Nowelizacja ustawy wprowadza też zakaz jazdy „na zderzaku”, czyli niezachowywania odpowiedniej odległości od innego pojazdu.

– Główną przyczyną wypadków w Polsce jest nadmierna prędkość. Chcemy walczyć z piratami drogowymi i ten przepis ma na celu uspokojenie jazdy na drogach szybkiego ruchu. Ma spowodować, by kierowcy zachowywali bezpieczną odległość między pojazdami, bo to w naszej ocenie właśnie zagwarantuje bezpieczeństwo w ruchu drogowym – przekonuje Rafał Weber.

Zgodnie z nowymi przepisami na drogach szybkiego ruchu bezpieczna odległość między pojazdami ma wynosić połowę wartości aktualnej prędkości. Zatem kierowca jadący 120 km/h musi jechać 60 m za poprzedzającym samochodem.

Rząd przygotował kampanię edukacyjną, która wyjaśni i przybliży kierowcom i pieszym nowe przepisy. Ma ruszyć w maju.

– Chcemy trafić do wszystkich uczestników ruchu drogowego – także do młodzieży i osób starszych – w każdy możliwy sposób. Na pewno będą to spoty emitowane w telewizjach i na portalach społecznościowych, audycje radiowe oraz materiały w prasie – mówi wiceminister infrastruktury. – Niezależnie od tego, czy jesteśmy rowerzystami, czy pieszymi, czy kierujemy pojazdem lekkim, czy ciężarowym – od każdego z nas zależy bezpieczeństwo w ruchu drogowym i do każdego z nas ta kampania będzie kierowana.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/ministerstwo,p1468992312

W czasie pandemii zaledwie 40 proc. miejsc parkingowych w biurowcach jest zajętych. Platforma polskiej firmy pozwala lepiej nimi zarządzać i sporo zaoszczędzić

Jeszcze przed pandemią w budynkach biurowych wykorzystywanych było tylko ok. 60 proc. miejsc parkingowych. W czasie lockdownu i częstszej pracy zdalnej ten odsetek spadł do ok. 40 proc. Polska firma opracowała platformę, która zmniejsza skalę marnotrawstwa tych miejsc. Przy zarządzaniu np. 60 miejscami w ramach platformy miesięczne oszczędności mogą sięgnąć 3,6 tys. euro. Pracownicy zyskują zaś dodatkowy benefit w postaci miejsca parkingowego.

– Parkey to platforma dla firm wynajmujących przestrzeń parkingową w budynkach biurowych. Ideą platformy jest umożliwienie pracownikom współdzielenia miejsc parkingowych pomiędzy sobą w celu jak najlepszego wykorzystania przestrzeni parkingowej, którą posiadają – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Paweł Postupalski, współzałożyciel Parkey.

The International Parking & Mobility Institute (IPMI) podaje, że dla 44 proc. kierowców poszukiwanie miejsca parkingowego jest jednym z bardziej stresujących doświadczeń. Innowacyjne rozwiązania próbują rozwiązać ten problem. Przykładowo zautomatyzowany system parkingowy wykorzystuje roboty do podnoszenia samochodów i efektywniejszego parkowania ich na tradycyjnym parkingu. System został zainstalowany na lotnisku Lyon-Saint Exupéry i pozwala wydajniej zarządzać miejscami parkingowymi i wykorzystywać każdą przestrzeń. Podobnie działa system wind parkingowych, który umożliwia parkowanie samochodów jeden na drugim.

Takich rozwiązań nie da się jednak stosować na parkingach w biurowcach. Jednocześnie szacuje się, że na 100 pracowników biurowych średnio przypada zaledwie 10–15 miejsc parkingowych. W efektywnym ich zarządzaniu pomaga polska platforma Parkey.

– Pierwszym krokiem jest zdefiniowanie mapy parkingu i to wykonuje office manager w ramach firmy i on też konfiguruje, czy miejsca są współdzielone, czy są zajęte przez menadżerów albo osoby z samochodami służbowymi. Wszyscy pracownicy dostają aplikację mobilną, gdzie mapa parkingu też jest zdefiniowana, i za każdym razem, kiedy istnieje potrzeba zaparkowania, sprawdzają, czy jest wolne miejsce i czy można je zarezerwować na dany dzień. Dodatkowo pracownicy, którzy mają na stałe miejsce parkingowe, mogą je zwolnić – tłumaczy Paweł Postupalski.

Potrzebę wprowadzenia podobnego rozwiązania pokazała pandemia, kiedy w czasie lockdownu praca przeniosła się do domów. Miejsca parkingowe stały puste, tymczasem firmy nimi zarządzające wciąż ponosiły duże koszty.

– Nawet przed COVID-em, czyli w 2019 roku, tylko 60 proc. miejsc było wykorzystywanych. W chwili obecnej, kiedy dużo osób pracuje z domu albo w trybie hybrydowym, obłożenie parkingu jest jeszcze niższe, nawet do 40 proc. To oznacza, że ponad połowa miejsc zwykle jest wolna. Kluczową korzyścią dla firmy jest redukcja marnotrawstwa tych miejsc, za które i tak musi płacić, a w zamian pracownicy dostają bardzo fajny benefit w postaci miejsca parkingowego – przekonuje ekspert.

Z analizy Parkey wynika, że zarządzanie miejscami parkingowymi za pomocą platformy może przynieść spore oszczędności. W przypadku 20 miejsc ok. 1,2 tys. euro, przy 150 – nawet 9 tys. euro.

–  Teraz w czasie pandemii firmy zaczęły wprowadzać hybrydowy model pracy, gdzie każdy z pracowników spędza dwa–trzy dni w biurze i dwa do trzech dni pracuje z domu, więc liczba osób dojeżdżających do pracy się zmniejszyła, czego efektem jest jeszcze większa liczba niewykorzystanych miejsc parkingowych każdego dnia. Tym dojeżdżającym do pracy umożliwiamy bezpieczniejszy i szybki dojazd autem i gwarantujemy, że będą mogli w wygodny sposób zaparkować w biurze – podkreśla Paweł Postupalski.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/w-czasie-pandemii-zaledwie,p1054743891

Nowe technologie pozwolą utrzymać reżim sanitarny w galeriach handlowych. Modułowa stacja do mierzenia temperatury po pandemii sprawdzi się np. jako terminal płatniczy

1 lutego galerie handlowe mogą ponownie być otwarte, co oznacza możliwość otwarcia wszystkich sklepów, ale też konieczność utrzymania handlu w reżimie sanitarnym. Pomagają w tym najnowsze technologie. Polski start-up opracował urządzenie, które może łączyć w sobie niezbędne funkcje w realiach pandemii, takie jak badanie temperatury czy dezynfekcja rąk. Można je też rozbudować o inne moduły, jak np. bezdotykowa płatność, dzięki czemu sprzęt będzie można wykorzystać także po ustaniu pandemii. Tymczasem opracowanie szczepionek przeciwko koronawirusowi zahamowało nieco rozwój innowacji wymierzonych w pandemię.

– Szczepionka ograniczyła trochę entuzjazm do tworzenia kolejnych rozwiązań antycovidowych. Wszyscy liczymy na to, że niebawem wrócimy do normalnego życia. Dlatego staraliśmy się nasze produkty tak projektować, aby po jednym czy półtora roku wykorzystywania ich jako produkt antycovidowy mogły zastąpić pewne procesy, które tak czy inaczej są potrzebne – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Piotr Badowski, CEO w Nanovo.

Start-up Nanovo opracował stację Nanovo Care Station, która pomaga firmom stosować się do obowiązujących w danym momencie obostrzeń sanitarnych. Urządzenie może mierzyć temperaturę ciała odwiedzających galerie handlowe czy konkretne sklepy, a także bezdotykowo dezynfekować ręce. Może też być wykorzystywane do kontrolowania liczby klientów przebywających w placówce, a także, dzięki integracji modułów IoT oraz geolokalizacji, do sprawdzania przepływu osób w obiekcie.

– Nanovo Care Station to urządzenie, które wymyśliliśmy już w drugim tygodniu pierwszego etapu pandemii, podczas pierwszego lockdownu. Urządzenie składa się z ekranu, który ma funkcje dotykowe, edukacyjne i informacyjne, a do tego z modułu dezynfekcji rąk oraz modułu pomiaru temperatury ciała – wymienia Piotr Badowski. – W momencie, kiedy się okazuje, że klient ma rzeczywiście podwyższoną temperaturę, informacja nie jest pokazywana na ekranie, tylko zapalają się światełka. Urządzenie można tak skonfigurować, by po zapaleniu się czerwonej lampki, sygnalizującej gorączkę, przekazywało informację natychmiast do recepcji.

Jak dodaje, po pojawieniu się informacji o opracowaniu szczepionki przeciw wirusowi SARS-CoV-2 zainteresowanie innowacjami spadło. Dlatego urządzenie zostało tak opracowane, by po ustaniu pandemii sprzęt można było w dalszym ciągu eksploatować, tylko w inny sposób.

– Zainteresowanie ze strony naszych potencjalnych klientów było bardzo duże. Dzisiaj ciągle toczą się rozmowy na temat wprowadzenia ich do dużych sieci. Naturalnie wraz z pojawieniem się informacji o szczepionce zainteresowanie jest trochę mniejsze, natomiast sama modułowość naszego urządzenia pomaga nam w tym, żeby rozmawiać w dalszym ciągu o takiej inwestycji – przekonuje CEO w Nanovo.

Z raportu Technavio wynika, że w wyniku pandemii koronawirusa rozwój rynku terminali samoobsługowych w handlu przyspieszy do średniorocznego tempa wzrostu na poziomie 17 proc. (z wcześniejszych 14 proc.). Już dziś z tego typu rozwiązań korzysta coraz więcej sieci handlowych, takich jak Lidl, Biedronka, Auchan oraz Rossmann, a także restauracje typu fast-food – m.in. McDonald’s. Bez udziału obsługi można również dokonać płatności za paliwo. Jako pierwszy w Polsce taką możliwość dla klientów posiadających aplikację mobilną wprowadził Orlen. Niedawno płatności samoobsługowe wprowadziły również stacje Circle K.

Dzięki modułowej budowie Nanovo Care Station urządzenie może być wielofunkcyjne i sprawdzi się w różnego rodzaju zadaniach.

– Po ustaniu pandemii można będzie zamienić je na urządzenie funkcjonalne typu self-checkout, dzięki któremu możemy zapłacić za produkt w sposób zautomatyzowany, bez udziału pracownika. Te moduły są bardzo łatwo wymienne. Zamiast modułu do dezynfekcji rąk można wstawić terminal płatniczy. Niektórzy z naszych klientów myślą o tym, aby używać tych urządzeń jako tzw. kolejkomaty, dzięki którym można przyjść na umówione spotkanie do punktu usługowego, zamówić sobie godzinę wizyty i załatwić w międzyczasie coś innego w danej galerii – wskazuje Piotr Badowski.

Z raportu Global Market Insights wynika, że rynek systemów typu self-checkout do 2026 roku przekroczy wartość 6 mld dol. Z badań zleconych przez Mastercard wynika, że z płatności samoobsługowych chętnie korzysta 51 proc. respondentów.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/nowe-technologie-pozwola,p1362156409

Olga Semeniuk: W pierwszej kolejności będą odmrażane sklepy detaliczne i centra handlowe. Jesteśmy gotowi do wdrożenia protokołów bezpieczeństwa dla ponad 40 branż

Jeżeli rząd zdecyduje się na poluzowanie części obostrzeń od 1 lutego, to w pierwszej kolejności pracę będą mogły wznowić sklepy detaliczne i centra handlowe. Decyzja o luzowaniu bądź wydłużeniu restrykcji ma zapaść w tym tygodniu i będzie uzależniona m.in. od statystyk dotyczących zakażeń i zgonów oraz sytuacji epidemiologicznej w całej Europie, która jest obecnie trudna. Wyczekują jej przede wszystkim przedsiębiorcy, którzy w całym kraju decydują się już na wznawianie działalności mimo zakazów. Olga Semeniuk, wiceminister rozwoju, pracy i technologii, przekonuje jednak, że są to odosobnione przypadki i skala zjawiska jest niewielka.

– Mamy nadzieję, że luty będzie miesiącem, w którym będziemy mogli powoli uwalniać przede wszystkim sprzedaż detaliczną i centra handlowe, a w ślad za tym również inne obszary gospodarcze. Czekamy na decyzje Rządowego Zespołu Zarządzania Kryzysowego – mówi Olga Semeniuk.

Po feriach, 18 stycznia w ścisłym reżimie sanitarnym do szkół wrócili uczniowie klas I–III szkół podstawowych, jednak wszystkie inne, obowiązujące w tej chwili ograniczenia – w tym m.in. zamknięcie galerii handlowych, hoteli i gastronomii – rząd przedłużył do 31 stycznia. Najprawdopodobniej w tym tygodniu zapadnie decyzja, czy z początkiem lutego zostaną one poluzowane, czy wydłużone o kolejne tygodnie.

– Zależy nam na tym, aby gospodarka była uwalniana jak najszybciej. Pod uwagę brane są różne warianty – zarówno punktowe odmrażanie gospodarki, jak również całościowe, w poszczególnych etapach. Wszystko uzależnione jest od Narodowego Programu Szczepień, jak również od sytuacji epidemicznej w Europie – mówi wiceminister rozwoju, pracy i technologii.

W ubiegłym tygodniu o możliwość luzowania obowiązujących w Polsce obostrzeń z początkiem lutego pytany był również szef resortu zdrowia Adam Niedzielski, który wskazał, że istnieje na to szansa, jednak kluczowym argumentem jest utrzymująca się wysoka liczba zgonów.

Wiele zależy też od tego, jak będzie rozwijać się sytuacja epidemiologiczna po tym, jak w połowie stycznia część uczniów wróciła do stacjonarnego nauczania. Rząd chce sprawdzić, czy nie przełoży się to na zwiększoną liczbę zakażeń.

– Jesteśmy na etapie weryfikacji stanu po zakończeniu ferii zimowych. Wirus działa z opóźnieniem 10–14 dni od momentu, kiedy kończymy dany etap potencjalnie zwiększonej mobilności – mówi Olga Semeniuk.

Jak wskazuje, o poluzowaniu obostrzeń będzie decydować opinia działającej przy premierze Rady Epidemicznej, ale rząd uwzględnia też sytuację, jaka panuje w całej Europie. Ta wciąż jest trudna, m.in. ze względu na odkrytą niedawno w Wielkiej Brytanii nową mutację koronawirusa SARS-CoV-2 i rosnące w wielu krajach statystyki zakażeń.

Powodują one, że kolejne europejskie kraje decydują się na wprowadzenie nowych albo wydłużenie obecnie obowiązujących restrykcji. W ostatnich dniach taką decyzje podjęły m.in. Hiszpania, Holandia, Austria i Włochy. Czechy zadecydowały o wydłużeniu obowiązującego w kraju stanu wyjątkowego do 14 lutego. Częściowy lockdown wydłużyły też Niemcy, gdzie w sklepach i środkach komunikacji miejskiej wymagane jest noszenie maseczek medycznych typu FFP2. Z kolei we Francji wyjść z domu można tylko z ważnego powodu i należy w tym celu mieć przy sobie specjalne zaświadczenie.

– Bierzemy pod uwagę zarówno Radę Epidemiczną, która funkcjonuje przy prezesie Rady Ministrów, ale również wszystkie informacje, które spływają do nas z Europy. Niestety mamy do czynienia z drugim szczepem SARS-CoV-2, który bardzo szybko rozprzestrzenia się w Wielkiej Brytanii. Wszystkie działania, które podejmujemy, narzędzia i instrumenty wsparcia z budżetu państwa, które są przewidziane dla różnych gałęzi i obszarów gospodarczych, mają zapewnić im możliwość przetrwania w czasie, kiedy lockdown funkcjonuje – mówi wiceminister rozwoju, pracy i technologii.

Według niej, jeśli rząd zdecyduje się na poluzowanie części obostrzeń z początkiem lutego, to w pierwszej kolejności pracę będą mogły wznowić sklepy detaliczne i centra handlowe.

Końca dobiegają też prace nad zaktualizowaniem protokołów bezpieczeństwa, do których poszczególne branże będą musiały się dostosować, wznawiając działalność.

– Jesteśmy gotowi do wdrożenia protokołów bezpieczeństwa dla ponad 40 branż, jesteśmy już na etapie ich ostatnich aktualizacji – mówi Olga Semeniuk. – Bierzemy pod uwagę metraż, liczbę osób, przepustowość, która musi być zachowana, jak również czas, który dana liczba osób może spędzać w jednym miejscu. To są podstawowe kryteria, które bierzemy pod uwagę, aby zapewnić komfort zarówno przedsiębiorców, jak i klientów.

Jak podaje KPRM, do tej pory wsparcie wypłacone firmom i pracownikom w ramach tarcz antykryzysowej, finansowej i pomocowej przekroczyło już 170 mld zł i uratowało ponad 5 mln miejsc pracy. W czasie obecnie obowiązujących restrykcji przedsiębiorców mają też wesprzeć rozwiązania przewidziane w rozszerzonej tarczy branżowej, m.in. zwolnienie ze składek ZUS za listopad, ustanowienie jednorazowego dodatkowego świadczenia postojowego w wysokości 2080 zł, dopłata dla przedsiębiorców w wysokości 2 tys. zł do każdego miejsca pracy (w tym umowy-zlecenia), dotacja w wysokości do 5 tys. zł oraz zawieszenie opłaty targowej w 2021 roku.

– Liczymy, że z samej tarczy branżowej, która weszła w życie 19 grudnia ub.r., skorzysta ponad 240 tys. przedsiębiorstw. Zgodnie z rozporządzeniem przyjętym przez Radę Ministrów rozszerzyliśmy tę tarczę o dodatkowe sześć kodów PKD z działu turystyka i liczymy, że te dodatkowe środki finansowe na poziomie około 5 mld zł trafią bezpośrednio do wszystkich zainteresowanych objętych lockdownem – mówi wiceminister rozwoju, pracy i technologii.

Obecnie rząd raczej nie planuje nowych instrumentów pomocowych i skupia się na dysponowaniu środków kierowanych do przedsiębiorców w ramach tarczy branżowej, jak i Tarczy Finansowej 2.0 Polskiego Funduszu Rozwoju, która została uruchomiona 15 stycznia.

– Na dzisiaj mówimy o ponad 200 mln zł, które znajdują się już na kontach przedsiębiorców – mówi Olga Semeniuk.

Wsparcie w ramach Tarczy Finansowej 2.0 PFR obejmie przedsiębiorców z 38 branż najbardziej dotkniętych skutkami pandemii. Do mikro- i średnich firm ma trafić w sumie ok. 13 mld zł. Przedsiębiorstwa uprawnione do wsparcia w jej ramach mogą ubiegać się o nie do 28 lutego br.

Duża część przedsiębiorców wskazuje jednak, że rządowa pomoc jest dalece niewystarczająca i – wbrew rządowym zakazom – decyduje się na wznowienie działalności. Stąd w całej Polsce punktowo otwierają się m.in. restauracje, hotele, obiekty rozrywkowe i usługowe. Część z nich na nowo uruchamia działalność w ramach zorganizowanych akcji, jak Góralskie Veto czy HASHOtwieraMY, którą wsparła Izba Gospodarcza Gastronomii Polskiej (IGGP). Wiceszefowa MRPiT przekonuje jednak, że są to odosobnione przypadki i skala zjawiska jest niewielka.

– W kontekście gastronomii, klubów fitness czy hotelarstwa – skala potencjalnego otwierania działalności niezgodnie z rozporządzeniem dwa tygodnie temu wydawała się bardzo duża. Na dzisiaj mówimy o 70–80 obiektach gospodarczych, które zdecydowały się na otwarcie pomimo funkcjonującego rozporządzenia – mówi Olga Semeniuk. – Nie obawiamy się tego typu przykładów, wszyscy od 10 miesięcy żyjemy z pandemią COVID-19 i jest ona nowa zarówno w obszarze społeczno-zdrowotnym, jak i gospodarczym. Tylko solidarnościowe podejście do tego tematu pozwoli nam szybciej uwolnić gospodarkę.

Według szacunków IGGP po 18 stycznia działalność wznowiło nawet 20 tys. lokali gastronomicznych.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/olga-semeniuk-w-pierwszej,p1469207495

Prawie 5 mln Polaków nie korzysta z komputera i internetu. Podatek od smartfonów i laptopów jeszcze pogłębi problem cyfrowego wykluczenia

W Polsce blisko 5 mln osób wciąż nie korzysta z internetu ani komputera, a pod względem wykluczenia cyfrowego sytuacja wygląda gorzej tylko w sześciu krajach Europy. Jedną z głównych przyczyn są zbyt wysokie koszty sprzętu i dostępu do sieci. Tymczasem planowane przez rząd rozszerzenie opłaty reprograficznej na nowe urządzenia, takie jak smartfony, tablety, laptopy i komputery stacjonarne, może dodatkowo wywindować ich ceny o kilkaset złotych. – W tej pandemicznej sytuacji, kiedy z dnia na dzień przestawiliśmy się na nauczanie zdalne, zamknęliśmy seniorów w domu i przenieśliśmy szereg usług do online’u, podnoszenie cen na urządzenia typu smartfon czy laptop jest błędem – podkreśla Michał Herde z Federacji Konsumentów.

Raport Federacji Konsumentów („Wykluczenie cyfrowe podczas pandemii. Dostęp oraz korzystanie z internetu i komputera w wybranych grupach społecznych”) pokazuje, że w czasie pandemii Polacy rozpoczęli walkę z wykluczeniem cyfrowym „na własną rękę”. W sklepach elektronicznych o kilkadziesiąt procent wzrosło zainteresowanie laptopami i tabletami. Organizacja zwraca jednak uwagę, że chociaż ceny tych urządzeń w Polsce są obecnie niższe niż w krajach Europy Zachodniej, i tak dla wielu Polaków wciąż są zbyt wysokie. Planowane przez rząd rozszerzenie opłaty reprograficznej na nowe urządzenia – takie jak smartfony, tablety, laptopy i komputery stacjonarne – może je jeszcze wywindować.

– Opłata reprograficzna jest nałożona na niektóre nośniki, np. papier i płyty CD, a projektowane zmiany mają rozszerzyć ją na kolejne nośniki: smartfony, laptopy czy telewizję z funkcją smart – mówi agencji Newseria Biznes Michał Herde, członek Rady Krajowej Federacji Konsumentów i prezes warszawskiego oddziału tej organizacji. – Nie widzimy jednak związku między korzystaniem z tych nośników a stratami po stronie twórców. Jeżeli np. słuchamy muzyki na smartfonie, to nie plików zapisanych w pamięci urządzenia, ale raczej muzyki świadczonej jako usługa, za którą płacimy w ramach streamingu czy video on demand. Dlatego nie widzimy potrzeby nakładania nowej opłaty.

Z szacunków Federacji Konsumentów wynika, że jeżeli urządzenia takie jak smartfony, tablety czy laptopy zostaną objęte opłatą reprograficzną w wysokości do 6 proc., to ich ceny wzrosną nawet o kilkaset złotych. To ograniczy popyt, a Polacy będą kupowali mniej sprzętu. To jeszcze bardziej przyczyni się do zaostrzenia problemu wykluczenia cyfrowego. Tym bardziej że już dziś dla wykluczonych cyfrowo gospodarstw domowych o najniższych dochodach, poniżej 2,5 tys. zł netto, największą barierę stanowią zbyt wysokie koszty sprzętu (21,6 proc.) i dostępu do internetu (14,7 proc.).

– Nadal dla 1/4 osób ceny stanowią istotną barierę w zakupie urządzenia, a tym samym w dostępie do nowoczesnych usług. W tej sytuacji, kiedy z dnia na dzień przestawiliśmy się na nauczanie zdalne, zamknęliśmy seniorów w domu, odcięliśmy ich od świata zewnętrznego, podnoszenie cen na urządzenia typu smartfon czy laptop jest po prostu błędne. Będzie to istotna bariera dla możliwości zakupowych Polaków – mówi członek Rady Krajowej Federacji Konsumentów. – Oczekujemy spokojnej dyskusji i przede wszystkim dobrego uzasadnienia tego projektu, ale dopiero po ustaniu zagrożenia pandemicznego.

Tym bardziej że pandemia COVID-19 już zaostrzyła problem wykluczenia cyfrowego wśród Polaków – zwłaszcza tych, którzy już wcześniej nie korzystali z internetu.

– Podczas pandemii zostaliśmy w domach. Osoby, które na co dzień korzystają z internetu, nie miały problemu z tym, żeby z dnia na dzień przestawić się na pracę, zakupy czy korzystanie z usług zdalnie. Natomiast ogromna rzesza Polaków, których dotknął lockdown, została tak naprawdę z dnia na dzień odcięta od świata – mówi Michał Herde.

W sumie problem dotyczy ok. 4,51 mln osób w wieku 16–74 lata (15,5 proc). Jeszcze więcej, bo ok. 4,78 mln Polaków, nigdy wcześniej nie posługiwało się komputerem – wynika z raportu Federacji Konsumentów.

– W tej grupie 80 proc. stanowią osoby starsze, bezrobotne i niepełnosprawne. Szacuje się, że od 50 do 70 tys. uczniów nie posiada ani dostępu do komputera, ani łącza, a aż co czwarty uczeń nie ma własnego urządzenia, musi je współdzielić z innym domownikiem. Siłą rzeczy osoby te, w tym dzieci i młodzież, nie mają możliwości korzystania z nowoczesnych zdalnych usług – mówi Michał Herde.

Ponad 80 proc. dyrektorów szkół wskazuje, że to właśnie dostęp do sprzętu i łączy stanowi główny problem w zdalnej edukacji. Co istotne, w normalnych okolicznościach uczniowie i studenci nie należą do grupy wykluczonych cyfrowo, bo według GUS-u 97,4 proc. gospodarstw domowych, w których są dzieci, posiada komputer. W czasie pandemii i powszechnej nauki zdalnej ilość sprzętu komputerowego w domach Polaków okazała się jednak niewystarczająca.

– Weźmy pod uwagę, że nawet państwo przeszło na świadczenie różnego rodzaju usług publicznych zdalnie. Przez internet możemy zarejestrować samochód, zapisać się do lekarza, zdalnie możemy też wziąć udział w wyborach. Kiedy ponad 15 proc. polskiego społeczeństwa nie ma możliwości dostępu do tych usług, to zaczyna być dość realny problem – ocenia prezes warszawskiego oddziału Federacji Konsumentów.

W grupie najbardziej dotkniętych cyfrowym wykluczeniem są seniorzy, których ten problem w dużym stopniu dotyczył jeszcze przed pandemią. W Polsce ponad połowa osób w wieku 65–74 lata nigdy nie korzystała z internetu i jest to odsetek o 20 pkt proc. wyższy niż unijna średnia, która wynosi 33 proc. Ogółem, pod względem wykluczenia cyfrowego w UE, sytuacja gorzej niż w Polsce wygląda tylko w sześciu krajach – w Portugalii, Grecji, Rumunii, Chorwacji, Bułgarii i we Włoszech. Około 15,5 proc. Polaków, którzy nie mają dostępu do internetu, to wynik również znacznie powyżej unijnej średniej na poziomie 9 proc. Również pod względem liczby osób, które nie korzystają z komputera, znajdujemy się w europejskim ogonie, zajmując 20. pozycję wśród państw UE.

– W różnych grupach wiekowych są różnego rodzaju bariery. W grupie wiekowej 16–20 lat głównym problemem jest brak sprzętu albo brak dostępu do łącza internetowego. Wśród seniorów jest nim wciąż brak umiejętności posługiwania się rożnego rodzaju narzędziami w internecie – wyjaśnia Michał Herde. – Jeszcze w 2019 roku mieliśmy bardzo dobrą dynamikę wzrostu liczby osób wykluczonych, które zyskiwały dostęp do internetu i komputera. Ale zazwyczaj, zwłaszcza w miasteczkach i na wsiach, zyskiwały go dzięki różnego rodzaju organizacjom społecznym, seniorskim, uniwersytetom trzeciego wieku itd. Te instytucje wykonywały bardzo dobrą robotę, ucząc seniorów korzystania z internetu. Po wybuchu pandemii, przy ograniczonej możliwości wyjścia z domu, zostały one pozbawione możliwości działania.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/prawie-5-mln-polakow-nie,p613570393

Nowe technologie przenoszą leczenie laryngologiczne i otolaryngologiczne na wyższy poziom. WOŚP będzie zbierać pieniądze na zakup najnowocześniejszego sprzętu

Nanotechnologia i nanomedycyna to nowe i szybko rozwijające się dziedziny zajmujące się wykorzystaniem m.in. urządzeń o skali jednej miliardowej metra oraz sposobami wykorzystania ich specjalnych właściwości w diagnostyce i leczeniu chorób. To w otorynolaryngologii poczyniono pewne postępy w wykorzystaniu tych nowych metod leczenia. Nowe technologie mogą zrewolucjonizować leczenie, w Polsce jednak mało który szpital jest wyposażony w nowoczesny sprzęt. Dlatego 29. Finał WOŚP skupia się na zakupie urządzeń dla laryngologii, otolaryngologii i diagnostyki głowy.

– Temat tegorocznego finału – laryngologia, otolaryngologia, diagnostyka głowy to temat związany głównie ze sprzętem. Mamy w tej chwili superlekarzy, superwiedzę, superumiejętności, ale stary sprzęt – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Jurek Owsiak, założyciel i prezes Fundacji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.

Według raportu globalnej koalicji, w skład której wchodzą UNICEF i WHO, prawie 30 mln dzieci rodzi się zbyt wcześnie, są za małe lub chorują każdego roku i potrzebują specjalistycznej opieki, aby przeżyć. Bez specjalistycznego leczenia wiele noworodków z grupy ryzyka nie przeżyje pierwszego miesiąca życia. Co roku umiera nawet 2 mln noworodków, głównie z przyczyn, którym można było zapobiec. Jedną z nich są urazy głowy, także te, do których doszło w czasie porodu. Brak nowoczesnego sprzętu często utrudnia nie tylko leczenie, lecz także samą diagnozę.

– Proszę pomyśleć o operacjach endoskopowych, które po prostu jednym małym punktem wchodzą do organizmu dziecka i skutecznie operują. To najnowocześniejszy sprzęt, absolutnie topowy. Neurochirurgia to obszary kosmicznej technologii. Chodzi o to, żeby to kupić, nie wyważamy otwartych drzwi, często pracujemy na tym polu, który ma masę doświadczeń, dobrze wykonywanych operacji, tylko lekarze i cała obsługa mówią: dajcie nam supersprzęt, a będziemy pracowali jeszcze lepiej – podkreśla Jurek Owsiak.

Przykładem takiej technologii jest np. robot chirurgiczny Rosa do neurochirurgii dziecięcej, który skraca czas znieczulenia, zwiększa precyzję i poprawia bezpieczeństwo. Synaptive to z kolei nowa technologia, która pomaga chirurgom szybciej i skuteczniej przeprowadzać operacje czaszki.

– Kiedy otwieraliśmy pewne działy, jak reumatologię, to zaczynaliśmy w pewnym sensie od urządzeń, których jeszcze nigdy w Polsce nie było. Ale laryngologia to jest po prostu wymiana urządzeń na nowe, z dzisiejszej półki. Nie chodzi tu o rok produkcji, bo przestarzałe urządzenie może być produkowane nawet teraz. Ważne są technologie, z zeszłego roku, sprzed dwóch lat, być może będą to urządzenia, które właśnie wchodzą na rynek. O takie będziemy się starali – zapowiada prezes Fundacji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.

Podczas tegorocznego, 29. finału, WOŚP będzie zbierać pieniądze na zakup m.in. endoskopów laryngologicznych, egzoskopów, nawigacji optycznej otolaryngologicznej, aparatów USG i RTG czy polisomnografii do diagnostyki bezdechu sennego. To urządzenia niezbędne w chirurgii laryngologicznej. Brak możliwości korzystania z nich może powodować wzrost ryzyka powikłań, a wydłużanie zabiegów bezpośrednio wpływa na proces leczenia i rekonwalescencji.

Jak zaznacza założyciel Fundacji WOŚP, sprzęt będzie nowoczesny, często z wykorzystaniem przełomowej technologii. Podobnie było w 2020 roku, kiedy fundacja kupiła cyfrowy aparat do badań PET-CT, który pozwala na precyzyjne lokalizowanie ognisk chorób nowotworowych u dzieci. Sprzęt o wartości blisko 16 mln zł działa w Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie.

– Respirator wspomaga pracę płuc, żeby się uniosły, oddychały. A technologie medyczne wymyśliły dla dzieci, mających problem z oddychaniem, urządzenie wymuszające oddech, które leży na nosku. Niewielkie urządzenie o wartości dobrego samochodu komputerowo wymusza oddech, wdech i wydech, ale nie inwazyjnie, wtedy mamy pewność, że to dziecko jak się rozwija, nie ma zrujnowanych płuc – podkreśla Jurek Owsiak.

Już w 2008 roku, w czasie 16. Finału WOŚP, fundacja zbierała środki na zakup sprzętu dla dzieci ze schorzeniami laryngologicznymi. Zebrano 14 mln dol., dzięki którym do szpitali trafiły m.in. nasofiberoskopy, zestawy do endoskopowych operacji nosa i zatok oraz inhalatory ultradźwiękowe. Po 13 latach urządzenia wówczas kupione po prostu się zużyły, ponadto pojawiły się nowe technologie, które znacznie usprawniają leczenie.

– Nadal pozostaje stół operacyjny, który musi być nowoczesny, który trzeba odnowić, nadal są tory wizyjne, które są używane przy operacjach. Ale tak jak przy samochodzie powiemy: „o, to jest stary samochód, ten jest nowy, ma inny kształt, ma inne funkcje, chociaż nadal są cztery koła, kierownica i to się niby tak nie różni”, ale jednak fachowcy wiedzą, że różni się bardzo – tłumaczy twórca Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.

29. Finał WOŚP odbędzie się 31 stycznia.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/nowe-technologie,p432824700

Polacy chcą zrewolucjonizować proces tworzenia animacji 3D w filmach czy grach. Dzięki uczeniu maszynowemu będzie on tańszy i prostszy niż do tej pory

To może być przełom w renderowaniu, czyli automatycznej konwersji modeli szkieletowych na komputerze. Wysokiej jakości animacje są koniecznością w grach wideo czy filmach. Rozwiązania wykorzystywane w wirtualnej czy rozszerzonej rzeczywistości, obrazy generowane komputerowo zajmują dużo czasu, są przy tym drogie. Polacy chcą ułatwić powstawanie awatarów, wykorzystując do tego metodę uczenia się przy niskim poziomie zaawansowania. Z częściowych informacji uda się wówczas wygenerować realistycznie wyglądające wizualizacje.

– Projekt „Realistyczne renderowanie postaci ludzi na podstawie niepełnej informacji” ma rozwiązać problem renderowania, czyli tworzenia grafiki komputerowej. Chcielibyśmy ten obraz generować metodami uczenia maszynowego, generatywnymi sieciami neuronowymi i kontrolować ten obraz – mówi agencji Newseria Innowacje dr hab. inż. Tomasz Trzciński, adiunkt na Wydziale Elektroniki i Technik Informacyjnych z Politechniki Warszawskiej.

Wymagania świata filmu czy gier są coraz większe. Oznacza to konieczność wygenerowania lepszych jakości trójwymiarowych obrazów. Tradycyjnie wykorzystuje się przy tym techniki wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości, także obrazy generowane komputerowo. Wszystkie te techniki są jednak drogie, trudne do skalowania, a przy tym zajmują bardzo dużo czasu. Projekt Politechniki Warszawskiej „Low Shot Realistic Human Rendering from Partial Information” („Realistyczne renderowanie postaci ludzi na podstawie niepełnej informacji”), finansowany przez Microsoft Research Cambridge, może całkowicie zrewolucjonizować renderowanie.

– Niepełna informacja, którą wykorzystujemy, polega na tym, że często podczas np. uchwytywania jakiejś klatki ze zdjęciem osoby nie mamy dostępu do jej pełnej sylwetki. Widzimy tylko część – od pasa w dół albo od pasa w górę, albo tylko ramiona – i w związku z tym chcielibyśmy rozwiązać ten problem przy wykorzystaniu generatywnych sieci neuronowych, takich jak wariacyjne autoenkodery czy architektury pozwalające na pewnego rodzaju domyślanie się reszty postaci przy wykorzystaniu danych, które już wcześniej miały tego typu ujęcia – tłumaczy dr hab. inż. Tomasz Trzciński.

Polacy chcą do renderowania wykorzystać metody Partial Information (częściowe informacje) i Low-shot learning (uczenie się przy niskim poziomie zaawansowania) i w ten sposób tworzyć awatary. Generatywne modele sieci neuronowych pozwolą stworzyć wysokiej jakości wizualizacje postaci oraz animację ich ruchu.

– Moim celem badawczym jest w tym momencie zaproponowanie takiego algorytmu, który byłby w stanie np. wyrenderować całą postać na podstawie tylko częściowych informacji. Lub np. inne zastosowanie w filmach, kiedy zadajemy jakąś trajektorię ruchu postaci, modelu trójwymiarowego i ta postać podąża za nią – wskazuje Kacper Kania, doktorant na Politechnice Warszawskiej.

Według założeń, jak podaje Politechnika Warszawska, z częściowych informacji (np. fragmentu twarzy) i podstawowych, łatwych do zebrania danych, bez wykorzystywania skomplikowanych systemów wymagających wielu powtórzeń (w jednej z opisanych metod człowiek musi użyć 122 wyrażeń i 50 zdań oraz być rejestrowanym przez 40 kamer) – można wygenerować realistycznie wyglądające filmy (np. z pełną twarzą i mimiką oraz naturalnym sposobem mówienia).

– Moje wstępne badania pokazały, że w tej działce brakuje rozwiązań, gdzie zadajemy jakiś ruch i postać podąża za tą trajektorią – to jest jedno. Drugie, okazuje się, że często widząc kogoś idącego na ulicy, jeśli to jest ktoś, kogo znamy, jesteśmy w stanie rozpoznać, że to jest nasz znajomy, po samym ruchu. I staram się też w tych badaniach wykorzystać te informacje – tłumaczy Kacper Kania.

Zazwyczaj praca nad cyfrową postacią rozpoczyna się od skanu 3D twarzy czy ciała prawdziwej osoby wykonującej różne czynności przy wykorzystaniu specjalistycznego sprzętu, który następnie przetwarza grafik. Wymaga to studia przechwytywania ruchu. Tak powstał np. Gollum we Władcy Pierścieni. Rozwiązanie Polaków będzie tańsze, prostsze i szybsze. Pomoże też w sytuacji, gdy np. aktor nie może dokończyć filmu.

– Za pomocą tego rozwiązania będzie można również odzwierciedlić w grach lub filmach, w jaki sposób np. zachowywałyby się postacie historyczne – mówi doktorant na Politechnice Warszawskiej.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/polacy-chca,p1757412408

W 2060 roku dwie trzecie seniorów będzie otrzymywać minimalną emeryturę. Brak reform może pogrążyć polski system emerytalny

– O ile dzisiaj jesteśmy mniej więcej w środku peletonu europejskiego pod względem wysokości emerytur, o tyle w 2060 roku będziemy należeć do krajów o najniższych emeryturach – mówi Krzysztof Nowak, prezes Mercera. Według różnych szacunków za 40 lat wysokość emerytury w Polsce będzie stanowić 25–30 proc. ostatniej pensji, czyli prawie dwukrotnie mniej niż dzisiaj. To efekt nie tylko zmian demograficznych, lecz także niskiego wieku emerytalnego. Stopa zastąpienia będzie jeszcze niższa dla kobiet ze względu na to, że przechodzą na emeryturę o pięć lat wcześniej niż panowie. – Emeryt w Polsce dziś nie jest bogaty, w przyszłości będzie biedny, a kobiety będą jeszcze biedniejsze – podkreśla ekspert.

W ostatnim Mercer CFA Pension Index polski system emerytalny został oceniony jako system z grupy średnich, który ma dobre strony, ale też elementy wymagające poprawy. Oceniamy 39 krajów i 2/3 populacji na świecie. Polska plasuje się mniej więcej pośrodku tej stawki – mówi agencji Newseria Biznes Krzysztof Nowak, prezes Mercera. – Zła wiadomość jest taka, że tracimy punkty rok do roku. Nie są to duże zmiany, ale trzeba bardziej spojrzeć na to, co się dzieje w systemie.

Jak wynika z raportu „Global Pension Index 2020” firmy Mercer, nasz system emerytalny zajmuje 25. miejsce na 39 badanych krajów, podczas gdy rok wcześniej była to 21. pozycja. Polska spadła w rankingu mimo wdrożenia pracowniczych planów kapitałowych czy wprowadzenia 13. i 14. emerytury. To efekt m.in. niskiego udziału prywatnych emerytur. Z danych KNF wynika, że na koniec I połowy 2020 roku było ponad 1,4 mln otwartych kont emerytalnych (IKE i IKZE), na których zgromadzono 14,4 mld zł aktywów.

– Nawet nie chodzi o to, ile umów jest zawartych, bo te wskaźniki są coraz lepsze, ale o to, że aktywa są bardzo niewielkie – wskazuje ekspert. – Relacja wartości aktywów, czyli środków długoterminowych, do produktu krajowego brutto, bo to najłatwiejszy wskaźnik relatywny, który pozwala porównać różne kraje, wynosi 8,5 proc., podczas gdy w czołówce są kraje ze wskaźnikiem przekraczającym 100 proc.

Szansą na zmianę jest wprowadzenie pracowniczych planów kapitałowych. Wraz z rozwijaniem tej reformy na kolejne grupy firm i instytucji i większym wskaźnikiem partycypacji rola prywatnych emerytur będzie rosła, a wraz z nią ocena polskiego systemu, ale to proces długoterminowy. Tym bardziej że pracownicy na razie nie są przekonani do tej formy oszczędzania.

– ZUS i jego kondycja to znak zapytania. Nawet nie chodzi o to, na ile ona jest problematyczna dzisiaj, bo ciągle jeszcze pamiętamy okres prosperity, kiedy rosła liczba osób opłacających składkę, np. za sprawą migrujących do Polski pracowników ze Wschodu, kiedy luka w wydatkach versus wpływy była stosunkowo niewielka, ale przyszłość tak dobrze nie wygląda. ZUS stanowi pewne zagrożenie, z którym na pewno będziemy się mierzyć w przyszłości – ocenia prezes Mercer Polska.

Bolączką polskiego systemu emerytalnego jest jednak przede wszystkim niski wiek emerytalny. To w połączeniu z sytuacją demograficzną, czyli stale zmniejszającą się liczbą osób pracujących i rosnącą liczbą emerytów, powoduje, że emerytury są coraz niższe.

– Im wyższy wiek emerytalny, tym emerytury będą wyższe, bo więcej zdołamy zgromadzić na kontach, a przy okazji nie będzie takiej dużej presji na wypłatę świadczeń, których nie pokrywają bieżące wpływy składek. Wyższy wiek to zarówno element polepszenia wypłacalności systemu ZUS, jak i istotny element zwiększający wysokość emerytury – przekonuje Krzysztof Nowak.

Z badania przeprowadzonego dla serwisu Ciekaweliczby.pl na panelu Ariadna wynika, że 54 proc. Polaków wolałoby dalej pracować po osiągnięciu wieku emerytalnego, żeby mieć wyższą emeryturę. 46 proc. deklaruje, że woli przejść na emeryturę, gdy tylko będzie to możliwe, nawet kosztem niższego świadczenia. Obecnie średnia emerytura w Polsce wynosi ponad 2,2 tys. zł, a przeciętna stopa zastąpienia wynosi mniej niż 60 proc. W kolejnych dekadach nastąpi jednak jej drastyczny spadek, największy w UE. Jak podaje Instytut Badań Strukturalnych, w 2040 roku wyniesie ona 28 proc., a w 2060 – 24 proc.

– Projekcje, które zresztą Ministerstwo Finansów przekazuje OECD czy UE, są drastycznie niższe niż obecnie. Mówi się, że w 2060 roku stopa zastąpienia wyniesie 29 proc. dla mężczyzn, a 23 proc. dla kobiet. Według naszego modelu nie są tak niskie, ale też nie przekraczają 30–35 proc. – wylicza prezes Mercera.

IBS podaje, że w 2060 roku przy wieku emerytalnym 60 lat dla kobiet i 65 lat dla mężczyzn emerytury minimalne lub niższe będą stanowiły prawie 2/3 ogółu. Jeśli zostałby on podniesiony do 67 lat dla obu płci, odsetek ten zmniejszyłby się do 1/4. Jak podkreślają eksperci, grupą poszkodowaną będą przede wszystkim kobiety. Zwykle mają one niższe wynagrodzenie w trakcie kariery zawodowej, a ze względu na niższy wiek emerytalny również krótszy okres płacenia składek, za to dłuższy okres pobierania świadczenia.

 W grupie krajów OECD, które utrzymują różny wiek emerytalny dla kobiet i mężczyzn, jest jeszcze tylko kilka państw poza Polską, a tylko trzy–cztery z nich mają tak jak my różnicę aż pięcioletnią. My naprawdę jesteśmy wyjątkiem. Tradycyjnie używane argumenty o roli kobiety jako osoby, która musi przejść wcześniej na emeryturę, ponieważ ma zadanie wychować wnuki, są przecież średnio prawdziwe – przekonuje ekspert. – Pochylamy się nad losem kobiet, kiedy mówimy: one muszą przejść szybciej na emeryturę, bo na to zasłużyły. Ale brakuje drugiej części zdania: skoro zasłużyły, to dlaczego nic nie robimy, żeby wyrównać tę lukę emerytalną?

Dyskusje o podnoszeniu wieku emerytalnego i zrównaniu wieku dla kobiet i mężczyzn wciąż są jednak trudne i często traktowane w kategoriach czysto politycznych. Bez wydłużenia okresu aktywności zawodowej i okresu odprowadzania składek trudno będzie uniknąć niewydolności systemu emerytalnego.

– Wiek emerytalny w Polsce jest jednym z najniższych w Europie, zawsze taki był, ale jego obniżanie powoduje, że znajdujemy się w grupie krajów, w której nie chcielibyśmy być, obok np. Rosji czy Indii – mówi Krzysztof Nowak. – Musimy sobie odpowiedzieć na dwa pytania. Czy my naprawdę nie żyjemy dłużej? Czy tak trudno sobie wyobrazić Polaków pracujących w wieku 60–65 lat i może więcej?

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/w-2060-roku-dwie-trzecie,p1658895131