Pandemia przyspieszyła wprowadzanie elektronicznego podpisu w firmach i instytucjach. Także coraz więcej konsumentów chce z niego korzystać

Podpis elektroniczny jest stosowany w Polsce od 20 lat, ale to w ostatnich miesiącach przeżywa prawdziwy boom. Szczególnie w czasie pandemii stał się rozwiązaniem, które ułatwia wdrożenie na szeroką skalę pracy zdalnej, ale też usprawnia załatwianie spraw urzędowych i bankowych bez wychodzenia z domu. Badania Kantara pokazują, że 28 proc. użytkowników bankowości internetowej chciałoby korzystać z e-podpisu. Dlatego na jego wdrożenie decyduje się coraz więcej firm i instytucji, m.in. największe banki i operatorzy telekomunikacyjni.

 Z badania Kantara wynika, że od kilku lat rośnie liczba osób zainteresowanych dostępem do podpisu cyfrowego. Trzy ostatnie edycje badania, zrealizowane w latach 2018–2020, wykazały, że wśród użytkowników bankowości internetowej lub mobilnej odsetek tych, którzy chcieliby korzystać z e-podpisu, wzrósł z 22 proc. w 2018 roku do 28 proc. w ubiegłym – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Elżbieta Włodarczyk, dyrektor Linii biznesowej podpis elektroniczny w KIR.

Rosnąca popularność podpisu elektronicznego to m.in. efekt coraz szerszej listy jego zastosowań i kolejnych, wprowadzanych w ostatnich latach zmian w prawie, które z jednej strony wymusiły stosowanie kwalifikowanych podpisów do zatwierdzania dokumentów, a z drugiej wprowadziły możliwość np. zdalnego wydawania kwalifikowanych certyfikatów. Dziś e-podpis można zastosować np. w kontakcie z urzędem skarbowym w celu złożenia e-deklaracji podatkowej, składając wniosek o dowód osobisty, zgłaszając narodziny dziecka czy starając się o odpis aktu z urzędu stanu cywilnego.

Badanie Kantara wykazało, że 72 proc. ankietowanych zainteresowanych e-podpisem chce w ten sposób podpisywać umowy z bankiem, a 57 proc. z dostawcami prądu czy gazu. Ponad połowa wymieniła również jego przydatność w kontaktach z operatorami telekomunikacyjnymi oraz ubezpieczycielami, a 43 proc. – w umowach dotyczących usług medycznych. Dzięki temu można uniknąć konieczności drukowania dokumentów, ich skanowania, wysyłania kurierem czy ponoszenia kosztów archiwizacji.

Konsekwentne wdrażanie e-dokumentacji powoduje, że także relacje między administracją państwową a firmami w coraz większym stopniu przenoszą się do kanału online. Podpis elektroniczny, który pozwala zdalnie podpisywać np. urzędowe wnioski, umowy czy e-faktury, ułatwia firmom prowadzenie działalności. Przykładem z ostatnich miesięcy jest zastosowanie kwalifikowanych podpisów elektronicznych przez przedsiębiorców ubiegających się o dofinansowanie ze środków w ramach obydwu edycji programu Tarcza Finansowa Polskiego Funduszu Rozwoju dla Małych i Średnich Przedsiębiorstw.

Na rynku jest wiele rodzajów e-podpisu, różniących się zapewnianą mocą prawną, o czym należy pamiętać, wybierając konkretne rozwiązanie. Kwalifikowany podpis elektroniczny weryfikowany przez kwalifikowany certyfikat, wydany konkretnej osobie fizycznej, jest równoważny z mocy prawa podpisowi własnoręcznemu. Oznacza to, że praktycznie każdy dokument papierowy można zastąpić dokumentem podpisanym kwalifikowanym e-podpisem i co ważne – jest on tak samo ważny w urzędzie, jak i we współpracującej z nami firmie. Żaden urząd czy partner biznesowy nie może odmówić przyjęcia tak zabezpieczonego dokumentu, gdyż jego moc prawna jest równie ważna jak dokumentu opatrzonego podpisem złożonym własnoręcznie na papierze.

Na rynku są również dostępne rozwiązania pozwalające na składanie „zwykłego” e-podpisu. Tak zwany zwykły e-podpis lub też e-podpis zaawansowany także znajduje rynkowe zastosowanie. W wielu sytuacjach autoryzacja podpisem niekwalifikowanym jest wystarczająca. Należy jednak pamiętać, że urząd zwykle nie przyjmie tak podpisanego dokumentu. Podobnie nasz partner biznesowy może nie zaufać tak podpisanemu dokumentowi. Dla części dokumentów elektronicznych prawo wprost wymaga zastosowania kwalifikowanego e-podpisu lub Profilu Zaufanego.

– E-podpis ułatwia też obieg dokumentów wewnątrz firmy. Pozwala podpisywać faktury, przedłużać i podpisywać nowe umowy, w tym np. umowy-zlecenia czy o dzieło, autoryzować płatności i podpisywać dokumenty pracownicze. W praktyce e-podpis pozwala, np. zespołom HR, wdrożyć elektroniczne dokumenty osobowe (personalne) bez konieczności drukowania i archiwizowania papierowej dokumentacji. To narzędzie umożliwia też podpisywanie praktycznie wszystkich formatów plików (np. DOC, PDF) z dowolnego miejsca i w dowolnym czasie. W świetle prawa e-podpis jest równoważny z odręcznym podpisem złożonym na tradycyjnym dokumencie – podkreśla Elżbieta Włodarczyk.

E-podpis Szafir jest zaawansowanym narzędziem kryptograficznym – to ciąg znaków dołączany do podpisywanego dokumentu, gwarantujący, że jego treść się nie zmieniła i pozwalający ustalić tożsamość osoby podpisującej. Jest całkowicie bezpieczny, a jego nowa mobilna wersja mSzafir, którą KIR wprowadził na rynek w marcu 2020 roku, jest narzędziem całkowicie wirtualnym i dostępnym w pełni zdalnie. Nie wymaga stosowania fizycznych urządzeń, takich jak czytnik i karta kryptograficzna. Tak samo jak e-podpis Szafir – mSzafir jest zgodny z wymaganiami rozporządzenia eIDAS i ma moc prawną równoważną podpisowi złożonemu własnoręcznie.

– Oznacza to, że kwalifikowany podpis elektroniczny mSzafir jest uznawany we wszystkich państwach członkowskich Unii Europejskiej, co ułatwia firmom m.in. start w europejskich postępowaniach przetargowych – wskazuje dyrektor Linii biznesowej podpis elektroniczny w KIR.

Podpis elektroniczny mSzafir jest oferowany w dwóch wariantach. Klienci KIR mają możliwość uzyskania jednorazowego podpisu mSzafir służącego do podpisania pojedynczego dokumentu, a także podpisu z długim terminem ważności, którym podpiszemy wiele dokumentów. Przed uzyskaniem jednorazowego podpisu użytkownik potwierdza swoją tożsamość zdalnie, korzystając z bankowości elektronicznej PKO Banku Polskiego i Inteligo. W przypadku mSzafiru (wielorazowego) z długim terminem ważności użytkownicy potwierdzają tożsamość na jeden z trzech sposobów:
z wykorzystaniem bankowości elektronicznej, przy użyciu standardowego certyfikatu kwalifikowanego lub w wybranej placówce KIR.

Jak wskazują dane przytaczane przez KIR, przejście na system podpisów elektronicznych pozwala firmom zaoszczędzić nawet 75% kosztów ponoszonych na obsługę dokumentów. Kwalifikowany podpis elektroniczny mSzafir stosowany jest m.in. przez PKO Bank Polski, który udostępnia go swoim klientom zakładającym zdalnie rachunek inwestycyjny w Domu Maklerskim. Z kolei Orange Polska prowadzi obecnie pilotażowy program wykorzystania mSzafiru do podpisywania dokumentów kadrowych.

– W procesie generowania kwalifikowanych e-podpisów online potwierdzanie tożsamości użytkowników odbywa się za pomocą bankowości elektronicznej. Z tego rozwiązania chętnie korzystają klienci reprezentujący wiele różnych sektorów gospodarki, bo innowacyjne przedsiębiorstwa doskonale rozpoznają pilną potrzebę elektronizacji procesów. Kolejne wdrożenia są w toku – dodaje Elżbieta Włodarczyk.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/pandemia-przyspieszyla,p1919107135

Fintechy napędzają zmiany w świecie finansów. Już za kilka lat transakcje gotówkowe w Polsce mogą praktycznie zniknąć

Pandemia przyspieszyła cyfryzację procesów w instytucjach finansowych. Coraz częściej też decydujemy się na transakcje bezgotówkowe – jak wynika z badań na zlecenie WIB przeprowadzonych przez pracownię Pollster, w ostatnich miesiącach blisko co czwarty Polak ograniczył korzystanie z gotówki na rzecz płatności bezgotówkowych. W ciągu kilkunastu lat tradycyjny pieniądz może niemal całkowicie zniknąć z rynku. Zmiany w świecie finansów napędzają fintechy, które oferują wygodne rozwiązania dla klientów, coraz bardziej otwartych na finansowe innowacje.

– Pandemia zdecydowanie wyrobiła w nas nowe nawyki finansowe. Najważniejszą rzeczą jest to, że przede wszystkim udało się przekonać w Polsce klientów, że nie muszą otwierać rachunku bezpośrednio w banku, ale mogą to zrobić zdalnie, więc nastąpiła ogromna cyfryzacja procesów w instytucjach finansowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr Katarzyna Niewińska z Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego.

Deloitte w raporcie „Wpływ cyfryzacji i pandemii COVID-19 na bezpieczeństwo cybernetyczne w instytucjach finansowych” wskazuje, że większość instytucji finansowych nieuchronnie zmierza w kierunku coraz większej cyfryzacji procesów. Transakcje przeprowadzane we wszystkich jednostkach z różnych obszarów sektora finansowego podlegają digitalizacji, co jest konsekwencją przede wszystkim rosnących oczekiwań klientów. Pandemia przyspieszyła zmiany, także w Polsce, coraz bardziej otwartej na finansowe innowacje.

– Jeszcze w 2005 roku mieliśmy prawie 98 proc. transakcji gotówkowych, dzisiaj znaczna większość, ponad 50 proc., są to transakcje bezgotówkowe. Jesteśmy liderem pod względem transakcji mobilnych, czyli za pomocą telefonów lub różnych innych rozwiązań, gdzie możemy płacić zbliżeniowo. Średnio na świecie jest około 24 proc. tych transakcji, w Polsce ponad 30 proc. Pieniądz gotówkowy staje się coraz mniej popularny wśród użytkowników, coraz częściej będziemy rezygnować z niego na koszt pieniądza bezgotówkowego. Tym bardziej że różne rozwiązania technologiczne pozwalają nam uniknąć korzystania z gotówki – ocenia ekspertka.

NBP w „Informacji o kartach płatniczych” podaje, że liczba transakcji zbliżeniowych w III kwartale 2020 roku przekroczyła 1,51 mld, co oznacza wzrost o 345 mln (29 proc.) w porównaniu z II kwartałem 2020 roku. Udział procentowy transakcji zbliżeniowych w ogólnej liczbie transakcji bezgotówkowych sięga już 94,5 proc. Ogółem w III kwartale 2020 roku przy użyciu kart przeprowadzono aż 1,73 mld transakcji bezgotówkowych, co w porównaniu do poprzedniego kwartału stanowiło wzrost o 27 proc.

– Liderami płatności bezgotówkowych są przede wszystkim Singapur i Korea Południowa, a w Europie Szwecja i Holandia. W raportach BIS-u przewiduje się, że w ciągu najbliższych dwóch–trzech lat Szwecja stanie się krajem bezgotówkowym – wskazuje dr Katarzyna Niewińska. –  W Polsce może to zająć więcej czasu niż w Szwecji, jednak w ciągu kilku, kilkunastu lat na pewno będziemy w bardzo małym stopniu posługiwać się pieniądzem gotówkowym.

Zmiany na rynku finansowym napędzają fintechy, które oferują bezpieczne i wygodne rozwiązania dla  klientów coraz bardziej otwartych na innowacje. Wiadomo już np., że Facebook planuje wdrożyć przelewy kontekstowe, czyli na podstawie generowanych wiadomości użytkownikom pojawią się propozycje przelewów.

– Raporty CB Insights wskazują, że neobanki i banki, instytucje finansowe będą szły w kierunku stałych opłat. Będziemy np. płacili subskrypcję i tak jak płacimy subskrypcję za słuchanie książek, tak będziemy płacili subskrypcję jednorazową za użytkowanie konta, żeby nie było różnych przelewów – wskazuje ekspertka z Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego.

Na rynku pojawia się coraz więcej fintechów, które oferują kolejne rozwiązania. Jak wymienia ekspertka, serca inwestorów w 2020 roku podbił m.in. Robinhood. To fintech, który umożliwia inwestowanie na giełdzie bez brokerów biur maklerskich. Na znaczeniu zyskują też takie fintechy jak LendingClub. To pionier tzw. pożyczek peer-to-peer, czyli modelu, który łączy konsumentów szukających pożyczek online z osobami fizycznymi lub inwestorami instytucjonalnymi, takimi jak banki. Przyszłością może zaś być telemetyka, czyli wycena ubezpieczenia na podstawie naszego stylu jazdy.

–  Także w Polsce możemy znaleźć chyba we wszystkich obszarach fintechów spółki, które odpowiadają na potrzeby rynku. Pomagają w tym mocno instytucje finansowe, które tworzą laboratoria współpracy z takimi start-upami, które usprawniają im pracę, a także dają dane i możliwość testowania ich produktów przy współpracy z bankami – mówi dr Katarzyna Niewińska.

Polacy już odnoszą pierwsze sukcesy w globalnym rynku fintech. Przykładem może być Digital Fingerprints, który oferuje rozwiązanie do permanentnego uwierzytelniania i znalazł się wśród 10 najbardziej obiecujących fintechów w zakresie cyberbezpieczeństwa w 2020 roku na liście stworzonej przez EU-Startups.com.

Tych, którzy tworzą innowacje, zakładają i rozwijają nowe przedsiębiorstwa, docenia konkurs Przedsiębiorca Roku Uniwersytetu Warszawskiego, przeznaczony dla studentów, absolwentów i pracowników UW.

–  Chcemy nagradzać naszych absolwentów, studentów czy też pracowników, którzy tworzą start-upy, innowacje w różnych sektorach, m.in. w fintechach, ale nie tylko. Stworzyliśmy to po to, żeby podkreślić niesamowite sylwetki naszych studentów, absolwentów, nagrodzić ich i pokazać, że Uniwersytet Warszawski także kreuje ludzi, którzy potrafią zmieniać świat – podkreśla ekspertka.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/fintechy-napedzaja,p1526553594

Sztuczna inteligencja przyspieszy likwidację szkód z polis ubezpieczeniowych. Ochroni też firmy przed wyłudzaniem odszkodowań

Trwa technologiczna rewolucja w branży ubezpieczeniowej. Za pomocą analizy danych i Big Data firmy ubezpieczeniowe dostosowują swoją ofertę, optymalizują procesy i chronią się przed oszustwami. Wykorzystują też sztuczną inteligencję do przyspieszenia rozpatrywania roszczeń. Coraz częściej rozwiązania IoT pozwalają zaproponować spersonalizowane ubezpieczenia zdrowotne czy komunikacyjne. Na rynku działają już firmy, które pozwalają na podstawie informacji z dokumentacji medycznej wesprzeć pracowników w likwidacji szkód. Jedną z takich technologii opracowali Polacy.

– W Minte.ai zajmujemy się pozyskiwaniem z dokumentacji medycznej informacji dotyczących szkód w zakresie medycyny ubezpieczeniowej. Produkt nasz kierujemy do dużych i średnich firm ubezpieczeniowych, w których rozpatrywane są szkody osobowe, czyli wszystkie szkody związane np. z nieszczęśliwym wypadkiem, pobytem w szpitalu czy ciężkim zachorowaniem – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Romuald Paprzycki, prezes i współzałożyciel firmy Minte.ai.

Branża insurtech rośnie w siłę z każdym rokiem i rozwija się dynamicznie nawet w trakcie pandemii. Jak wynika z raportu firmy Willis Towers Watson, w 2020 roku globalne inwestycje w sektorze osiągnęły rekordową wysokość 7,1 mld dol. Szacuje się, że do 2025 roku wartość rynku przekroczy 10 mld dol. Insurtechy zapewniają ubezpieczycielom przede wszystkim bezpieczeństwo i ograniczenie ryzyka, co jest kluczowym elementem w tej branży. Pozwalają też na oszczędności, ale jednocześnie całkowicie zmieniają podejście do relacji ubezpieczyciel – klient.

Rozwiązanie opracowane przez Polaków jest w stanie zautomatyzować ocenę ponad połowy szkód osobowych. Mniej więcej o tyle samo zmniejsza też koszty operacyjne związane z obsługą roszczenia. Program wykorzystuje także wiedzę ekspercką lekarzy, którzy mają długie doświadczenie w medycynie ubezpieczeniowej. Pozwala to z kolei zmniejszyć wymagania co do wiedzy medycznej, którą likwidator musi posiadać.

– Korzyścią, którą firma ubezpieczeniowa odnosi z wdrożenia naszego systemu, są nie tylko oszczędności kosztów operacyjnych, lecz także fakt, że w rozwiązaniu zawarliśmy wiedzę ekspercką naszych lekarzy, którzy mają wieloletnie doświadczenie w medycynie ubezpieczeniowej – podkreśla Romuald Paprzycki.

Analiza ogromnych zbiorów danych, które do tej pory były przetwarzane przez ekspertów za pomocą prostych programów, jest coraz bardziej zautomatyzowana. Pracownicy i ich doświadczenie pozwalają na weryfikację zdarzeń lub ryzyka, których do tej pory mogli nie dostrzegać. Dzięki sieciom neuronowym analizowane są zdjęcia satelitarne, aby ubezpieczyciele mogli lepiej przeciwdziałać oszustwom. Z kolei algorytmy sztucznej inteligencji coraz częściej odpowiadają za ocenę ryzyka przy konstruowaniu polis.

– Sztuczna inteligencja czy uczenie maszynowe ogólnie opiera się na dużej ilości oznaczonych danych. Z uwagi na złożoność naszego zagadnienia byłyby to miliony oznaczonych stron dokumentacji medycznej. Zbudowaliśmy ekspercki model medyczny, który jest wykorzystywany we wszystkich elementach związanych ze sztuczną inteligencją wprowadzonych do systemu, od rozpoznawania tekstu i rozpoznawania gramatyki w tekście aż po ostateczne kojarzenie faktów związanych z danym uszczerbkiem – tłumaczy prezes Minte.ai.

Projekt jest po teście proof of concept przeprowadzonym przez jedno z czołowych towarzystw ubezpieczeniowych w Polsce. Obecnie trwają prace nad dalszym zwiększaniem skuteczności działania systemu, a także uzupełnieniem go o specjalny interfejs, wspierający pracę likwidatora danymi z modelu medycznego i dostarczający wyjaśnienie proponowanej decyzji.

– Wierzymy, że jeśli decyzja ubezpieczeniowa będzie zawierała zrozumiałe wyjaśnienie, pokazując, na podstawie których fragmentów dokumentacji medycznej została podjęta, firmy ubezpieczeniowe zyskają dodatkowo dzięki zwiększeniu zadowolenia i zaufania ich klientów – ocenia Romuald Paprzycki.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/sztuczna-inteligencja,p2039189692

Wzrost polskiej fotowoltaiki w czasie pandemii szybszy od prognoz. Rośnie liczba zleceń, a także zatrudnienie w branży

Instytut Energetyki Odnawialnej szacuje, że w 2025 roku moc zainstalowana fotowoltaiki w Polsce sięgnie 7,8 GW. Miniony rok pokazał, że wzrost branży okazuje się dużo szybszy od rynkowych prognoz pomimo pandemii COVID-19. W grudniu moc zainstalowana PV przekroczyła 3,6 GW, a na koniec roku w Polsce było 457,4 tys. mikroinstalacji, których liczba tylko w drugim półroczu wzrosła o blisko 200 proc. Dla gospodarstw domowych inwestycja w fotowoltaikę, która zwraca się w około siedem lat, to atrakcyjny sposób na obniżenie rachunków za prąd. Dlatego cały rynek wyczekuje uruchomienia w tym roku nowej odsłony programu Mój Prąd, która da branży kolejny impuls do rozwoju. 

– Fotowoltaika odczuła pandemię Covid-19, natomiast największe uderzenie było zauważalne w marcu i kwietniu zeszłego roku. Obecnie wróciliśmy już do normy. Okazało się, że branża funkcjonuje i radzi sobie doskonale, czego dowodem jest przekroczenie planów zakładanych przez Instytut Energetyki Odnawialnej już w 2020 roku. Na dzisiaj branża się rozwija i sygnalizuje raczej wzrost zatrudnienia i wzrost liczby zleceń niż wyhamowanie – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mariusz Wilk, country manager IBC SOLAR Polska.

Fotowoltaika już od kilku lat jest w Polsce jednym z głównych obszarów inwestycji w OZE. Na początku grudnia ub.r. moc zainstalowana PV w Krajowym Systemie Elektroenergetycznym wyniosła 3661,7 MW co oznaczało wzrost o 7 proc. w ujęciu miesięcznym i aż o 181,8 proc. od grudnia 2019 roku. Instytut Energetyki Odnawialnej szacował, że na koniec 2020 roku moc zainstalowana PV w systemie wyniesie ok. 2,5 GW, tymczasem ten pułap został osiągnięty już w połowie ubiegłego roku. Wzrost branży jest więc nawet szybszy od rynkowych prognoz.

– Na koniec 2021 roku Instytut Energetyki Odnawialnej ustalił za cel osiągnięcie 4,2 GW mocy zainstalowanej. Tymczasem już osiągnęliśmy pułap 3,7 GW, co pod względem przyrostu nowych mocy w fotowoltaice daje nam piąte miejsce w Europie. Stawia to też Polskę w bardzo dobrej sytuacji, jeżeli chodzi o perspektywy rozwoju na bieżący rok. Zainteresowanie prosumentów energią fotowoltaiczną i instalowaniem systemów PV, które wynika z programów Mój Prąd czy Czyste Powietrze oraz innych form wsparcia, napędza tę branżę do dalszego rozwoju – mówi Mariusz Wilk.

Boom na fotowoltaikę w Polsce napędziły m.in. nowelizacja ustawy o OZE zmieniająca definicję prosumenta, spadek cen paneli fotowoltaicznych oraz rządowe programy Energia Plus czy Mój Prąd, który jest największym w Europie programem dofinansowania do prosumenckich instalacji fotowoltaicznych o mocy 2–10 kW. Zwiększony do 1,1 mld zł budżet programu został wyczerpany w grudniu (NFOŚiGW podaje, że pod koniec liczba składanych wniosków dochodziła nawet do 2 tys. dziennie), ale w tym roku ma wystartować jego nowa odsłona, poszerzona m.in. o dotacje na budowę punktów ładowania dla samochodów elektrycznych.

Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej podaje, że w ramach Mojego Prądu wsparcie na budowę instalacji PV trafi w sumie do 220 tys. prosumentów, a łączna moc instalacji ze złożonych wniosków da 1,2 GW, które rocznie wyprodukują ok. 1200 GWh energii elektrycznej.

– Rynek fotowoltaiki w Polsce napędzały do tej pory głównie dwa czynniki. Pierwszym było wsparcie w postaci programu Mój Prąd – na którego wznowienie wszyscy w branży czekają z niecierpliwością – oraz programu Czyste Powietrze, a także lokalnych inicjatyw oddolnych z gmin i samorządów. W tej chwili głównym czynnikiem motywującym do inwestycji w PV jest jednak ekonomia, czyli rosnące ceny prądu odczuwalne dla końcowego odbiorcy – mówi country manager IBC SOLAR Polska.

Według danych Polskiego Towarzystwa Przesyłu i Rozdziału Energii Elektrycznej, przytaczanych przez resort rozwoju, w Polsce na koniec 2020 roku funkcjonowało już ponad 457,4 tys. mikroinstalacji (dla porównania jeszcze w połowie ub.r. było ich ok. 262,3 tys.) o łącznej mocy ok. 3006 MW. To oznacza wzrost o ponad 28 proc. wobec III kwartału ub.r. i aż o 196 proc. względem końca 2019 roku.

W tej chwili to właśnie w segmencie prosumenckich mikroinstalacji PV jest obserwowany największy przyrost nowych mocy, jednak dzięki aukcyjnemu systemowi wsparcia od kilku lat rozwijają się też farmy fotowoltaiczne.

– Farmy fotowoltaiczne stanowiły do tej pory około 20 proc. energii słonecznej zainstalowanej w naszym kraju. Jednak szacuje się, że zbliżymy się do modelu funkcjonującego na Zachodzie, gdzie stosunek farm do domowych źródeł energii fotowoltaicznej jest w miarę zrównoważony – wskazuje Mariusz Wilk.

Rozwój fotowoltaiki w Polsce – podobnie jak całego rynku OZE – napędza w ostatnich latach unijna polityka klimatyczna, jak również fakt, że energia ze słońca jest po prostu tańsza niż z innych źródeł. Dlatego dla gospodarstw domowych przydomowa instalacja fotowoltaiczna stała się już dość popularnym sposobem na produkcję ekologicznej energii i obniżenie wysokości rachunków. 

– Inwestycja w fotowoltaikę zapewnia bardzo duże korzyści – i to już od samego początku. Po pierwsze, zmniejszamy rachunki za energię elektryczną, co sprawia, że sama inwestycja zwraca się dość szybko. Szacujemy, że dobrze zaprojektowana i wykonana instalacja fotowoltaiczna może zwrócić się nawet w siedem lat. Dodatkowa korzyść dla inwestora to także podniesienie wartości nieruchomości, bo instalacja fotowoltaiczna jest traktowana jako inwestycja smart w nieruchomość, w związku z czym podnosi jej wartość rynkową – mówi Maciej Drobczyk, country manager w IBC SOLAR Polska.

– W tej chwili obserwujemy również rosnące zainteresowanie ze strony rynku komercyjnego. Duża liczba przedsiębiorstw, szukając alternatywy dla rosnących cen energii elektrycznej, wybiera rozwiązania takie jak fotowoltaika. Pozwalają one im uchronić się przed wzrostem kosztów, zwiększyć świadomość ekologiczną i przygotować się na kolejny krok, którym najprawdopodobniej będą magazyny energii i elektromobilność – dodaje Mariusz Wilk.

Jak podkreśla, firmy zwracają dużą uwagę na rozkład kosztów, w których energia stanowi znacząca pozycję. Podwyżki i pandemia COVID-19, która dodatkowo odbiła się na finansach przedsiębiorstw, skłoniła je więc do szukania oszczędności i obniżania bieżących kosztów utrzymania. Inwestycja we własne źródło PV stwarza im taką możliwość, a na dodatek istniejące na rynku rozwiązania pozwalają sfinansować ją przy minimalnym nakładzie, bez angażowania dużego kapitału.

– Taka inwestycja pozwala też wykorzystać połacie dachowe, które poza systemami wentylacyjnymi czy klimatyzacją zwykle pozostają niezagospodarowane. Fotowoltaika pozwala je wykorzystać – bez ponoszenia kosztów na zakup dodatkowych gruntów czy rozbudowę przedsiębiorstwa – w celu obniżenia kosztów działania oraz podniesienia poziomu niezależności – mówi Mariusz Wilk.

Przykładem może być, dofinansowana z programu Słoneczne Dachy, instalacja PV na budynkach Poznańskiej Spółdzielni Mieszkaniowej Winogrady. Moduły fotowoltaiczne i zaadaptowane specjalnie na potrzeby tej inwestycji konstrukcje montażowe dostarczył do projektu IBC SOLAR Polska.

– Branża fotowoltaiczna będzie inwestować w nowe technologie, musi to robić, żeby podążać za trendami światowymi. Zmieniają się moduły, zmienia się technologia ich wytwarzania, zmieniają się inwertery, ale również konstrukcje montażowe – mówi Maciej Drobczyk.

Oddana do użytku w zeszłym roku miejska elektrownia słoneczna w Poznaniu jest unikatowa ze względu na skalę trudności. Zrealizowana została na dachach czterech 17-piętrowych bloków i obejmuje 496 paneli fotowoltaicznych zaprojektowanych w technologii half-cut oraz konstrukcje montażowe, które przytwierdzono do połaci dachowej za pomocą specjalnych mocowników, dzięki czemu uniknięto konieczności przebijania poszycia dachowego. Nie tylko takie skomplikowane realizacje wymagają odpowiedniego zaprojektowania, żeby inwestycja w PV zwróciła się w możliwie najkrótszym czasie.

– Dobrze jest sprawdzić, jaką opinię mają dostawcy rozwiązań, i pamiętać o gwarancji. Dobry produkt niesie za sobą gwarancję, ale nie tylko na papierze. To też gwarancja, że np. producent czy dostawca nie zniknie nam z rynku. Dlatego należy wybierać takich partnerów, którzy są stabilni i pracują na rynku fotowoltaicznym od lat – podkreśla country manager IBC SOLAR Polska.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/wzrost-polskiej,p1428456876

3–4 mld zł strat z 2020 roku branża fitness będzie odrabiać przez wiele lat. Brak aktywności fizycznej dla Polaków może mieć jeszcze większe konsekwencje

Lockdown w 2020 roku mógł kosztować polską branżę fitness ok. 4 mld zł, czyli niemal tyle, ile wynoszą jej roczne przychody. Zamrożenie działalności siłowni i klubów fitness może też spowodować redukcję dużej części spośród 100 tys. etatów – wskazuje Związek Przedsiębiorców i Pracodawców oraz podkreśla, że straty finansowe ta branża będzie odrabiać nawet przez kilka lat. Dużo większe mogą być jednak koszty zdrowotne i społeczne wynikające z ograniczonej aktywności fizycznej Polaków. W zeszłym roku spadła ona poniżej minimalnego poziomu koniecznego do utrzymania zdrowia, do czego istotnie przyczyniło się właśnie zamknięcie obiektów sportowych.

W nowym raporcie „Zdrowie za miliard dolarów – branża fitness w Polsce i jej znaczenie dla ducha, ciała i PKB” Związek Przedsiębiorców i Pracodawców wskazuje, że w przeciwieństwie np. do gastronomii, która zaczęła funkcjonować w trybie zamówień na wynos, branża fitness mogła zmienić swój model biznesowy tylko w bardzo ograniczonym stopniu. Wprawdzie zaoferowała treningi w formie online, które zyskały grono zwolenników, lecz ze względu na brak sprzętu do ćwiczeń czy nadzoru trenera nie było ono tak liczne jak przy treningach w klubach.

– Straty branży fitness wynikające z lockdownu w 2020 roku można oszacować na około 3–4 mld zł, co oznacza, że siłownie będą musiały odbudowywać się przez kolejnych kilka lat. Dlatego tak ważne jest ich jak najszybsze uruchomienie – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jakub Bińkowski, dyrektor Departamentu Prawa i Legislacji Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.

W Polsce funkcjonuje ok. 10 tys. obiektów sportowo-rekreacyjnych, z czego ponad 3 tys. to kluby fitness bądź pokrewne. Branża fitness w 2019 roku zanotowała przychody w wysokości ok. 4 mld zł rocznie i jest warta ok. 0,2 proc. krajowego PKB. Nie ma jednak marginalnego znaczenia dla gospodarki, ponieważ stymuluje popyt również w innych sektorach (np. odzieżowym czy spożywczym). Według przytaczanych w raporcie ZPP szacunków Polskiego Instytutu Ekonomicznego jej wartość dodana wynosi w Polsce ok. 10 mld zł. Wraz ze współpracującymi podmiotami, dystrybuującymi m.in. sprzęt czy stroje do ćwiczeń, branża fitness kreuje też ponad 100 tys. miejsc pracy.

– Z punktu widzenia pracowników stan tej branży jest absolutnie kluczowy. Z punktu widzenia społecznego również, bo jest to branża o istotnym znaczeniu dla zdrowia publicznego. Uprawianie sportu wpływa m.in. na naszą odporność i samopoczucie – mówi Jakub Bińkowski.

Aktywność fizyczna pozytywnie wpływa na zdrowie, a im większy odsetek społeczeństwa jest aktywny, tym mniej chorób przewlekłych, absencji w pracy i kosztów dla systemu ochrony zdrowia. Instytut Badań Strukturalnych już kilka lat temu policzył, że koszty niewystarczającej aktywności fizycznej Polaków wynoszą około 7 mld zł rocznie. W tej kwocie ok. 6 mld zł to straty spowodowane absencją pracowniczą, a 900 mln zł to koszty publicznego systemu ochrony zdrowia. Aktywizacja zaledwie 10 proc. populacji zwiększyłaby liczbę pracujących w gospodarce o 37 tys. osób i przełożyła się na oszczędności w wysokości 1 mld zł.

Tymczasem ze względu na lockdown i obostrzenia wprowadzane przez rząd – który wiosną zeszłego roku zakazał aktywności fizycznej na świeżym powietrzu – poziom aktywności fizycznej Polaków spada. W 2020 roku był poniżej minimalnego poziomu koniecznego do utrzymania zdrowia.

– Wiadomo, że branża fitness współuczestniczy w aktywności fizycznej Polaków. Zamknięcie tej branży – zwłaszcza w okresie jesienno-zimowym, kiedy trudno trenować na zewnątrz – jest szczególnie niebezpieczne. Badania naukowe pokazują, że nawet niewielka redukcja codziennego wysiłku fizycznego natychmiast negatywnie przekłada się na zdrowie i naszą podatność na choroby przewlekłe. To w długiej perspektywie zwiększy koszty obsługi systemu zdrowotnego – mówi Sebastian Stodolak, szef Departamentu Badań i Analiz Warsaw Enterprise Institute. – Będzie też większym kosztem dla pracodawców, ponieważ pracownicy, którzy trenują, rzadziej zapadają na choroby i rzadziej chodzą na zwolnienia chorobowe.

Szacowane, całkowite koszty przewlekłych chorób niezakaźnych w Polsce wynoszą około 87,7 mld zł. Branża fitness, wspierając aktywność fizyczną Polaków, ma istotny wkład w ograniczanie zachorowalności na choroby przewlekłe, co z kolei przekłada się na wielomiliardowe oszczędności dla pracodawców i budżetu państwa.

Dlatego ZPP ocenia: „zamykanie obiektów sportowych przyniosło więcej szkody niż pożytku”. O ile jeszcze na początku pandemii decyzje te były zrozumiałe, o tyle ich ponawianie jesienią – kiedy wzrosła wiedza na temat transmisji koronawirusa – branża określa jako bezzasadne.

– Żyjemy z wirusem już rok i mamy dane naukowe, które pokazują, że w siłowniach nie dochodziło do zwiększonego przyrostu zakażeń. Nie ma więc powodów, żeby dalej utrzymywać zamknięcie tej dziedziny gospodarki – przekonuje Sebastian Stodolak. – Poza tym siłownie są niejako wewnętrznie zabezpieczone przed transmisją koronawirusa. O ile prawdopodobnie ktoś pójdzie do pracy, jeśli ma gorączkę albo źle się czuje, bo taka jest presja pracodawcy, o tyle na trening raczej się nie wybierze, bo po prostu nie będzie miał na niego siły.

– Branża fitness pewnego rodzaju rygory sanitarne wprowadziła jeszcze przed pandemią. W klubach sportowych standardem jest dezynfekcja miejsc i urządzeń wykorzystywanych do ćwiczeń. Rygor sanitarny tak czy inaczej w tych miejscach funkcjonuje – dodaje Jakub Bińkowski.

Eksperci zrzeszeni wokół ZPP postulują jak najszybsze odmrożenie działalności klubów fitness i innych obiektów sportowych przy zachowaniu reżimu sanitarnego. Proponują także szereg narzędzi, które przyspieszą proces odbudowywania strat. Wśród krótkoterminowych działań wymieniają uszczelnienie tarczy antykryzysowej i zachęcenie banków do otwarcia linii płynnościowych dla przedsiębiorców oraz pakiet tymczasowych ułatwień podatkowych. Jako rozwiązania do wprowadzenia na stałe eksperci zaproponowali zachęty podatkowe do kultywowania aktywności sportowej (m.in. ulgi na korzystanie z obiektów sportowych), wprowadzenie sportu jako metody leczenia czy współpracę systemu edukacji z placówkami fitness. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/34-mld-zl-strat-z-2020,p1588505629

Wkrótce elektronika do noszenia nie będzie wymagała baterii. Naukowcy opracowali wearables czerpiące energię z ciepłoty ciała człowieka [DEPESZA]

Urządzenia do noszenia monitorują stan zdrowia, przewidują urazy, a nawet wykrywają infekcje. Funkcji tzw. wearables jest jednak znacznie więcej. Naukowcy opracowali nowe, niedrogie urządzenie do noszenia, które przekształca ludzkie ciało w biologiczną baterię. Korzysta z naturalnego ciepła człowieka, a dzięki generatorom termoelektrycznym generuje jeden wolt energii z każdego centymetra kwadratowego powierzchni skóry. – W przyszłości chcemy mieć możliwość zasilania elektroniki do noszenia bez konieczności dołączania baterii – mówi Jianliang Xiao z Uniwersytetu Kolorado w Boulder.

Urządzenia do noszenia, tzw. wearables, mają coraz więcej funkcji. Monitorują stan zdrowia, na podstawie sposobu chodzenia przewidują ryzyko upadku i kontuzji, pomagają w uprawianiu sportu, dostarczając istotne parametry. Coraz częściej są wykorzystywane do sprawdzania stanu zdrowia małych dzieci i osób starszych, same alarmują odpowiednie służby przy zagrożeniu życia.

Naukowcy z Uniwersytetu Kolorado w Boulder opracowali urządzenie do noszenia, które przekształca ludzkie ciało w biologiczną baterię. Jest na tyle rozciągliwe, że można je nosić jak pierścionek, bransoletkę lub inny dodatek, który dotyka skóry. Wykorzystuje naturalne ciepło człowieka, a dzięki wykorzystaniu generatorów termoelektrycznych przekształca temperaturę ciała w energię elektryczną.

– Za każdym razem, gdy używamy baterii, ona się wyczerpuje i ostatecznie wymaga wymiany – wskazuje Jianliang Xiao, profesor nadzwyczajny na Wydziale Inżynierii Mechanicznej im. Paula M. Rady’ego Uniwersytetu Kolorado w Boulder. – W przyszłości chcemy mieć możliwość zasilania elektroniki do noszenia bez konieczności dołączania baterii.

Opracowane przez naukowców urządzenie generuje ok. 1 wolta energii na każdy centymetr kwadratowy powierzchni skóry. Choć to znacznie mniej niż większość baterii, ilość ta jest wystarczająca, by zasilić mały sprzęt elektroniczny, np. zegarki czy bransoletki fitness. Zbudowane jest z cienkich chipów termoelektrycznych połączonych przewodami z ciekłego metalu. Końcowy produkt wygląda jak skrzyżowanie plastikowej bransoletki z miniaturową płytą główną komputera. Cały system jest rozciągliwy i przechwytuje przepływ energii.

– Zaletą naszego urządzenia termoelektrycznego jest to, że można je nosić, a moc jest dostarczana w sposób ciągły – wskazuje ekspert. – Generatory termoelektryczne są w bliskim kontakcie z ludzkim ciałem i mogą wykorzystywać ciepło, które normalnie byłoby oddawane do otoczenia.

Moc urządzenia można zwiększyć, dodając więcej bloków generatorów. W tym sensie naukowcy porównują swój wynalazek do klocków Lego. Obliczyli, że osoba energicznie spacerująca mogłaby użyć urządzenia wielkości typowej opaski sportowej do wytworzenia około 5 woltów energii elektrycznej. 

Zgodnie z zapowiedziami urządzenie może trafić na rynek nawet w ciągu pięciu lat. Można więc wyobrazić sobie przyszłość, w której nie będziemy potrzebować baterii do wearables – małe urządzenie wygeneruje energię dla każdego z nich.

Co istotne, urządzenie opracowane przez naukowców jest równie wytrzymałe, co tkanka biologiczna. Jeśli na przykład się rozerwie, można ścisnąć złamane końce, a one uszczelnią się w ciągu kilku minut. Jeśli się znudzi, nie trzeba go wyrzucać. Wystarczy zanurzyć je w specjalnym roztworze, który oddzieli komponenty elektroniczne i rozpuści bazę, a każdy ze składników można ponownie wykorzystać.

– Staramy się, aby urządzenia były tak tanie i niezawodne jak to tylko możliwe, a jednocześnie miały jak najmniejszy wpływ na środowisko – podkreśla Jianliang Xiao.

 

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/wkrotce-elektronika-do,p387428406

Pandemia ograniczyła dostęp do rehabilitacji. Opracowane przez Polaków innowacyjne urządzenie pozwoli wykonywać ją w domu

Wielu pacjentów odkłada rehabilitację z obawy przed koronawirusem. Tymczasem w ich przypadku czas ma kluczowe znaczenie, a odłożona na później rehabilitacja może nie przynieść już oczekiwanych efektów. Dlatego coraz większym zainteresowaniem cieszą się nowoczesne technologie, które wspomagają pracę terapeutów i jednocześnie pozwalają na ograniczenie bezpośredniego kontaktu z pacjentem. Stella BIO to mobilny elektromiograf wraz z elektrostymulacją wyzwalaną przez aktywność mięśniową pacjenta, możliwy do zastosowania zarówno w warunkach klinicznych, jak i domowych.

– Codziennie słyszymy o tysiącach zakażeń koronawirusem i mamy wrażenie, że świat zapomniał o innych jednostkach chorobowych. Mamy tysiące pacjentów, którzy przebyli udar mózgu i wymagają ciągłej rehabilitacji. Tysiące Polaków stało się ofiarami wypadków komunikacyjnych, przeszło obciążające organizm, często ratujące życie operacje i ci pacjenci również potrzebują poprawiającej życie i zdolność funkcjonalną rehabilitacji. Kwarantanna znacznie ogranicza dostęp do niej – mówi agencji Newseria Innowacje dr n. med. Dominika Kozak, specjalista ds. klinicznych EGZOTech.

W dobie pandemii część chorych rezygnuje z wizyt u lekarzy, a decyzje o rehabilitacji odkładają na później. Tymczasem to właśnie rehabilitacja jest kluczowym etapem każdego zabiegu lub do niego przygotowuje. W dużej mierze odkładanie jej ma związek z lękiem przed zakażeniem. Pomóc może telerehabilitacja lub rehabilitacja na odległość z wykorzystaniem robotów. Na rynku są już maszyny, które m.in. pomagają pacjentom poruszającym się na wózku inwalidzkim we wstawaniu i chodzeniu. Wspierają w treningu chodu i neurorehabilitacji. Robotyka i druk 3D pomagają pacjentom z zaburzeniami ruchowymi spowodowanymi uszkodzeniem rdzenia kręgowego lub udarem, chorobą Parkinsona czy stwardnieniem rozsianym. Inne roboty wspierają mowę, zwłaszcza u osób z chorobami neurologicznymi, ćwiczą pamięć i stymulują słuch.

Polska firma EGZOTech stworzyła natomiast roboty, które pomagają trenować siłę mięśni, także u pacjentów onkologicznych.

– Urządzenie Stella BIO to elektromiograf z elektrostymulacją. Pozwala na prowadzenie terapii z pacjentem z wykorzystaniem elektrostymulacji funkcjonalnej wyzwalanej sygnałem aktywności mięśniowej, na prowadzenie treningu siły mięśniowej z wykorzystaniem elektrostymulacji, a także terapii przeciwbólowej z wykorzystaniem prądów TENS. Dzięki wykorzystaniu specjalnych elektrod wewnętrznych pozwala także na efektywną pracę z mięśniami dna miednicy poprzez stosowanie programów elektrostymulacji i elektromiografii – tłumaczy dr Dominika Kozak.

Stella BIO umożliwia aktywną pracę z pacjentem nad poprawą funkcji z wykorzystaniem biofeedbacku EMG – uświadamia mu relację między mózgiem a ciałem, poprawia zdolność samokontroli. Pozwala też na zapis aktywności bioelektrycznej mięśni oraz dokumentację i kontrolę postępów każdej terapii. Urządzenie umożliwia efektywną pracę nad poprawą siły mięśniowej, działa przy tym przeciwbólowo. Co istotne zwłaszcza przy zdalnej rehabilitacji, pozwala też na ocenę postępów rehabilitacji oraz generowanie raportów.

– Urządzenie jest innowacyjne, pozwala na prowadzenie zdalnej rehabilitacji z wykorzystaniem elektrostymulacji funkcjonalnej, co jest udowodnionym skutecznie procesem usprawniania, nie do końca wdrożonym jeszcze w warunkach telemedycyny. Dajemy pacjentom i terapeutom możliwość efektywnej pracy zdalnej, w warunkach telerehabilitacji, z wykorzystaniem dodatkowego narzędzia, dzięki któremu terapeuta może prowadzić funkcjonalną terapię pacjentów z różnych jednostek chorobowych oraz efektywnie zdalnie oceniać proces leczenia, efekty terapeutyczne i wprowadzać zmiany w treningu – wskazuje ekspertka.

Stella BIO jest już dostępna na rynku. Obecnie jednak trwają prace nad wersją telemedyczną, która umożliwi zdalną rehabilitację.

Docelowo urządzenie sprawdzi się nie tylko w fizjoterapii pacjentów onkologicznych, w stanach po zabiegach chirurgicznych, chemio- i radioterapii czy w dysfunkcjach nerwowo-mięśniowych. Znajdzie zastosowanie m.in. w neurorehabilitacji (w szczególności ze względu na elektrostymulację wyzwalaną poprzez EMG), rehabilitacji ortopedycznej czy w sporcie.

– Terapeuta zabierając niewielkie urządzenie, ma możliwość nawet w terapii domowej pracować bardziej efektywnie z wykorzystaniem technik elektrostymulacji, prowadzić wizualny trening z elektromiografią. Pacjenci, którzy dotychczas byli pozbawieni rehabilitacji z uwagi na trudności w dostępności, będą mieli teraz szansę na prowadzenie efektywnej rehabilitacji w warunkach domowych pod nadzorem swojego terapeuty – zapowiada dr n. med. Dominika Kozak.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/pandemia-ograniczyla,p1786175105

Projekt nowelizacji ustawy o krajowym cyberbezpieczeństwie niezgodny z unijnym prawem. Może wywołać spór z Komisją Europejską [DEPESZA]

Przygotowywana nowelizacja ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa może być niezgodna z unijnym prawem – ocenia prof. Maciej Rogalski z Uczelni Łazarskiego. Chodzi m.in. o ograniczanie dostawcom sprzętu, którzy decyzją ministra zostaną wykluczeni z rynku, możliwości jej zaskarżenia. Prawnicy wskazują, że przyjęcie ustawy w obecnym kształcie wywoła spór z instytucjami i organami UE, który najprawdopodobniej znajdzie finał w Trybunale Sprawiedliwości. Ewentualna przegrana może powodować konieczność odwrócenia tych przepisów, co pociągnie za sobą ogromne straty finansowe w polskim budżecie. Z kolei na niezgodność projektowanych regulacji z polskimi przepisami prawnymi wskazuje Rządowe Centrum Legislacyjne.

 W noweli ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa z 20 stycznia br. występuje co najmniej kilkanaście postanowień, które mogą być uznane za niezgodne z prawem unijnym. Nie jest to tylko pogląd mój czy innych prawników analizujących przepisy tego projektu, ale także Rządowego Centrum Legislacji, które z kolei wskazuje na niezgodność niektórych przepisów z regulacjami krajowymi. Chodzi w dużej części o te same zapisy, które zostały już krytycznie ocenione podczas konsultacji społecznych poprzedniej wersji noweli – mówi agencji Newseria Biznes prof. dr hab. Maciej Rogalski, rektor Uczelni Łazarskiego, wspólnik w Kancelarii Rogalski i Wspólnicy.

Ustawa o KSC to obowiązujący od 2018 roku, pierwszy w Polsce akt prawny dotyczący obszaru cyberbezpieczeństwa. Rząd od przeszło pół roku szykuje jej nowelizację, która będzie mieć duże przełożenie na wdrażanie w Polsce sieci 5G oraz kształt całego rynku telekomunikacyjnego. Dlatego prawnicy, eksperci i stowarzyszenia oraz wszystkie podmioty z branży telekomunikacyjnej uważnie śledzą te plany.

Pierwszy projekt nowelizacji pojawił się już we wrześniu ub.r., ale wywołał duże kontrowersje, m.in. ze względu na szereg niezgodności z międzynarodowymi i unijnymi przepisami. W toku konsultacji publicznych ponad setka podmiotów zgłosiła do niego wówczas łącznie ok. 750 uwag. Nowy projekt, który pojawił się 20 stycznia br. i trafił już do Komitetu Rady Ministrów ds. Cyfryzacji oraz ds. Europejskich, uwzględnił je tylko w bardzo ograniczonym stopniu.

– Zmieniono wprawdzie niektóre regulacje, ale w taki sposób, że nadal budzą one wątpliwości. Przykładem może być konstrukcja prawna oceny dostawców sprzętu. Decyzja w tej sprawie – wydawana przez ministra właściwego do spraw informatyzacji – nie musi zostać uzasadniona pod względem faktycznym, jeżeli tak uzna wspomniany minister, kierując się ogólnymi przesłankami. Podlega ona jednak natychmiastowej wykonalności, której nie może wstrzymać nawet sąd. Jeżeli podmiot niezgadzający się z jej treścią zaskarży taką decyzję, to jego sprawa jest rozpatrywana na posiedzeniu niejawnym. To znaczy, że nie uczestniczy on w sądzie w rozpoznawaniu swojej sprawy. Natomiast wyrok wraz z uzasadnieniem jest doręczany wyłącznie ministrowi. Skarżącemu doręcza się tylko niepełnie uzasadnienie – tłumaczy rektor Uczelni Łazarskiego.

Jak podkreśla, taka konstrukcja prawna jest sprzeczna z całym szeregiem regulacji UE i aktów międzynarodowych. Dotyczy to m.in. art. 41 ust. 1-2 Karty praw podstawowych Unii Europejskiej, zgodnie z którą każdy ma prawo do bezstronnego i sprawiedliwego rozpatrzenia swojej sprawy, prawo każdego do bycia wysłuchanym i prawo do dostępu do akt jego sprawy. Na administrację z kolei narzuca ona obowiązek uzasadniania swoich decyzji. Zapisy projektu noweli ustawy o KSC w obecnym kształcie są też wątpliwe z punktu widzenia Europejskiej konwencji praw człowieka.

– Zgodnie z tą konwencją, aby proces został uznany za sprawiedliwy, strona musi zostać poinformowana o powodach, na których władze i sądy krajowe opierają swoje decyzje. Europejski Trybunał Sprawiedliwości w swoim orzecznictwie wskazuje, że państwa członkowskie UE są zobowiązane do „zapewnienia, aby ich władze wyjaśniały decyzje wpływające na korzystanie z praw podstawowych, które zostały zagwarantowane jednostkom w traktatach”. Prawo do zaskarżenia niekorzystnej decyzji wynika także z przepisów regulujących dostęp do wymiaru sprawiedliwości zawartych w art. 6 ust. 1 Konwencji o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności – wymienia prof. Maciej Rogalski.

Rektor Uczelni Łazarskiego wskazuje, że przyjęcie noweli w obecnym kształcie może wywołać spór z instytucjami i organami Unii Europejskiej, który najprawdopodobniej znalazłby finał w unijnych sądach.

– To może mieć poważne konsekwencje. Komisja Europejska może skierować sprawę do Trybunału Sprawiedliwości. Jeżeli jego wyrok będzie niekorzystny dla Polski, wówczas decyzje wydane na podstawie wadliwych przepisów będą musiały być uchylone i przywrócone do stanu poprzedniego. W praktyce może to oznaczać, że po kilku latach decyzje będą uchylane ze wszystkimi wynikającymi z tego konsekwencjami prawnymi i finansowymi, np. roszczeniami przeciwko Skarbowi Państwa ze strony podmiotów, w stosunku do których decyzje były wydawane wadliwie – przestrzega wspólnik w Kancelarii Rogalski i Wspólnicy.

Na wady prawne noweli uwagę zwróciło również Rządowe Centrum Legislacji. W swojej opinii wysłanej premierowi wskazuje m.in. niezgodność jej zapisów z ustawą Prawo o postępowaniu przed sądami administracyjnymi oraz ustawą o ochronie informacji niejawnych. W ocenie RCL projektowane przepisy wymagają ponownej analizy i korekty.

– Sposób „naprawy” tych przepisów jest banalnie łatwy. Po prostu należy zastosować tu przepisy, które obowiązują już od wielu lat, tj. przepisy przewidujące doręczenie uzasadnienia wyroku, jawność postępowania czy możliwość wstrzymania wykonalności wyroku przez sąd. Dokładnie o tym samym pisze zresztą w swoich uwagach do noweli Rządowe Centrum Legislacji – mówi prof. Maciej Rogalski. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/projekt-nowelizacji-ustawy,p1260638413

Rozwój technologii blockchain przyspiesza. Firmy mogą już testować swoje rozwiązania w pierwszej w Polsce piaskownicy technologiczno-biznesowej

Blockchain jest kojarzony głównie z kryptowalutami, znajduje jednak coraz więcej zastosowań, m.in. w finansach i bankowości. Do 2025 roku wartość rynku produktów i usług bazujących na tej technologii ma sięgnąć prawie 40 mld dol. W Polsce blockchain wchodzi właśnie w etap rozwoju i implementacji nowych rozwiązań. W połowie listopada 2020 roku KIR wraz z partnerami uruchomił cyfrową piaskownicę dla start-upów i firm, które mogą w bezpiecznych warunkach przetestować swoje rozwiązania. To pierwszy tego typu projekt w Polsce, który ma przyspieszyć wdrażanie innowacji opartych na tej technologii. 

– Blockchain jest nieodłącznym elementem cyfryzacji. W dobie pandemii wszystkie przedsiębiorstwa musiały się przestawić na procesy cyfrowe. W Polsce technologia blockchain wyszła z fazy  raczkowania i obecnie intensywnie się rozwija. Pandemia tylko przyczyniła się do przyspieszenia tempa tego rozwoju – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Wetoszka, dyrektor Biura Inicjatyw i Projektów w KIR.

Blockchain jest uważany za najbezpieczniejszą obecnie technologię zapisu i przechowywania danych. To rozproszona, zdecentralizowana baza danych oparta na algorytmach i kryptografii. Jej podstawowym elementem jest blok danych, który zawiera pakiet zaszyfrowanych informacji o przeprowadzanych operacjach. Poszczególne bloki danych są ze sobą chronologicznie połączone i tworzą nierozerwalny łańcuch (stąd nazwa: łańcuch bloków). Informacji zapisanych w tej technologii nie da się zmodyfikować ani sfałszować – wszystkie wprowadzane zmiany są widoczne dla pozostałych użytkowników. Cały system jest też odporny na cyberataki – szacuje się, że aby złamać zabezpieczenia blockchainu, potrzebna byłaby moc obliczeniowa równa połowie całego internetu.

Blockchain po raz pierwszy został wykorzystany w kryptowalutach, ale obecnie technologia ta znajduje coraz więcej zastosowań w sektorze finansów i poza nim. Według portalu Statista do 2025 roku wartość globalnego rynku rozwiązań blockchain może sięgnąć 39,7 mld dol.

– Rok 2020 pokazał nam, że większość obszarów naszego biznesu przenosi się do świata wirtualnego. Dlatego szukamy rozwiązań, które z jednej strony są nowoczesne technologicznie, a z drugiej – bezpieczne także w obszarach mocno regulowanych. Blockchain jest taką technologią – mówi Dorota Dublanka, prezes Fundacji KIR na Rzecz Rozwoju Cyfryzacji CYBERIUM. – Dlatego podjęliśmy decyzję o zaangażowaniu w jej propagowanie i prezentowanie możliwości, jakie stwarza start-upom, korporacjom, organizacjom pozarządowym, małym i średnim firmom. Chcemy przekonać je, że jest to technologia bezpieczna, gwarantująca rozwój i umożliwiająca budowanie nowatorskich, bezpiecznych projektów przyszłości.

Obecnie blockchain jest komercyjnie wykorzystywany głównie przez banki do wdrażania tzw. trwałego nośnika. Według ekspertów z KIR wypracowanie kolejnych, użytecznych zastosowań tej technologii to tylko kwestia czasu. Na drodze stoi jednak szereg barier, dotyczących np. świadomości, niezbędnej mocy obliczeniowej czy bezpiecznego środowiska do testowania nowych rozwiązań. Dlatego w połowie listopada KIR wraz z grupą firm i instytucji, które działają na rzecz rozwoju polskiego sektora technologicznego, uruchomił Sandbox Blockchain, czyli tzw. cyfrową piaskownicę technologiczną, gdzie każda firma może przetestować swoje pomysły bazujące na tej technologii.

– Platforma Sandbox Blockchain to rozwiązanie technologiczno-biznesowe. Pozwala start-upom, jak również dużym firmom rozwijać swoje produkty oparte na technologii blockchain. Wspólnie z naszymi partnerami pomagamy im nie tylko pokonywać bariery technologiczne, lecz także wspieramy kompetencyjnie w obszarach biznesowych czy prawnych – wskazuje Michał Wetoszka.

Piaskownica blockchain to darmowe i bezpieczne środowisko testowania innowacji, które ma przyspieszyć ich wdrażanie. Jest to pierwszy w Polsce projekt tego typu.

– Głównym celem jest popularyzacja technologii blockchain w Polsce, wsparcie procesu innowacyjności w tym obszarze i budowanie kompetencji. Polska ma bardzo duży potencjał, jeśli chodzi o inżynierów, ale ta technologia wciąż jeszcze nie rozwinęła się tak, jak by mogła – mówi dyrektor Biura Inicjatyw i Projektów w KIR.

Do projektu Sandbox Blockchain mogą się zgłaszać zarówno start-upy, jak i duże podmioty komercyjne czy organizacje, które chcą rozwijać nowe produkty lub usługi oparte na technologii blockchain, ale nie dysponują odpowiednim środowiskiem testowym.

– Nie ograniczamy się do branży finansowej. Chcemy zbudować jak największą liczbę usług opartych na blockchainie. Już w 2017 roku zaczęliśmy tworzyć takie rozwiązania i największą barierą, jaką zidentyfikowaliśmy, było właśnie postawienie niezbędnej infrastruktury. Mamy nadzieję, że Sandbox Blockchain przyczyni się do rozwoju tej technologii w Polsce – mówi Michał Wetoszka.

– Mamy partnerów biznesowych, którzy z jednej strony gwarantują nam dotarcie do różnych grup odbiorców w ramach tego projektu, a z drugiej mają niesamowitą wiedzę technologiczną i zasoby – mówi Dorota Dublanka. – KIR i Fundacja CYBERIUM pełnią rolę koordynatora inicjatywy. To właśnie KIR zapewnia środowisko testowe oraz wsparcie technologiczne. PKO Bank Polski odpowiada za proces akceleracji, tzn. naboru i selekcji start-upów do projektu. IBM jest naszym partnerem technologicznym odpowiadającym za udostępnienie rozwiązań technologicznych opartych na technologii Hyperledger Fabric. Chmura Krajowa zapewnia w pełni zautomatyzowaną platformę udostępnioną w modelu platform as a service. Komisja Nadzoru Finansowego i Fundacja FinTech Poland zapewniają z kolei wsparcie regulacyjne i prawne.

Piaskownica technologiczna umożliwia uczestnikom testowanie rozwiązań blockchainowych opartych na technologii Hyperledger Fabric (HLF), rozwijaną przez Linux Foundation. Dlatego wśród głównych partnerów projektu jest koncern IBM. Technologia HLF spełnia rygorystyczne wymogi dotyczące m.in. terytorialności danych, co pozwala na zaprojektowanie nowych produktów i usług w takim standardzie, który będzie akceptowalny dla podmiotów z silnie regulowanych branż, np. bankowości.

Choć projekt jest w początkowej fazie naboru, już teraz do uczestniczenia w nim zgłosiły się firmy z różnych branż i sektorów. To m.in. spółki zajmujące się energetyką, logistyką, sprzedażą czy obsługą finansową, dostawca rozwiązań z zakresu bezpiecznego obiegu dokumentów i poufnej komunikacji, firma obsługująca sektor bankowy czy start-up oferujący usługi i systemy IT dla firm. 

Do piaskownicy zgłosiły się także zagraniczne podmioty, w tym amerykańska spółka obsługująca systemy płatności, brytyjski start-up działający w obszarze telemedycyny oraz międzynarodowa firma oferująca usługi związane z zarządzaniem m.in nieruchomościami, opieką zdrowotną, handlem detalicznym i turystyką.

– Do udziału w projekcie zapraszamy wszystkie podmioty funkcjonujące na rynku: małe, średnie i duże firmy, organizacje pozarządowe, firmy z długoletnią tradycją i firmy, które dopiero powstały, firmy z różnych sektorów naszej gospodarki. Jest to projekt bezpłatny i dostępny dla każdego – podkreśla Dorota Dublanka. – Firmy zainteresowane testowaniem technologii HLF zapraszamy na kolejny webinar – tym razem w języku angielskim – który odbędzie się 3 marca o godz. 11.00. Więcej informacji o planowanym wydarzeniu i Sandbox Blockchain znajdzie się na naszej stronie: https://www.sandboxblockchain.pl/wydarzenia.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/rozwoj-technologii,p1688914668

Utrzymanie czystości w reżimie sanitarnym to ogromne wyzwanie dla firm i instytucji. Pomagają w tym nowe technologie, automatyzacja i roboty [DEPESZA]

Pandemia COVID-19 sprawiła, że galerie handlowe, supermarkety czy zakłady produkcyjne muszą pracować w ścisłym reżimie sanitarnym i zachowywać rygorystyczne standardy higieny. Pociągnęło to za sobą duży wzrost zapotrzebowania na profesjonalne usługi sprzątania i dezynfekcji. W czasie recesji firmy przywiązują jednak coraz większą wagę do zwiększania wydajności, zatem takie usługi muszą być skuteczniejsze od tradycyjnych metod utrzymania czystości. Dlatego w branży czystości coraz większą rolę zaczynają odgrywać automatyzacja i nowe technologie, czyli tzw. koncepcja Cleaning 4.0.

– W czasie COVID-19 widzimy intensywny wzrost zapotrzebowania na usługi czystości, przy jednoczesnym nacisku na aspekty ekologiczne i zapewnienie zgodności z rygorami sanitarnymi. Klienci oczekują, że firmy świadczące usługi czystości będą zwracać zdecydowanie większą uwagę na bezpieczeństwo osobiste pracowników i osób przebywających na terenie użytkowanych obiektów. Znacząco wzrosło też zainteresowanie m.in. usługami profesjonalnej dezynfekcji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Chodacz, prezes Seris Konsalnet Cleaning.

Jak wskazuje, duży wzrost zapotrzebowania na nowoczesne usługi utrzymania czystości jest widoczny zwłaszcza w branży przemysłowej, logistycznej i handlu. W związku z pandemią pojawiło się też nowe zapotrzebowanie na usługi dezynfekcji dużych powierzchni i obiektów takich jak galerie handlowe, supermarkety, zakłady produkcyjne czy magazyny. W związku z reżimem sanitarnym muszą one bowiem spełnić restrykcyjne standardy bezpieczeństwa i higieny pracy, aby zapobiec zakażeniom i rozprzestrzenianiu się pandemii.

– Nakładają się na to także czynniki związane z osłabieniem gospodarczym. Firmy muszą dziś intensywniej badać ponoszone koszty stałe, m.in. w obszarze zarządzania obiektami. Dlatego potrzebują zwiększenia wydajności i efektywności kosztowej usług wspierających utrzymanie budynków, nieruchomości, powierzchni przemysłowych, magazynowych czy sklepowych. To stanowi duże wyzwanie m.in. dla facility managerów czy zespołów administrujących stałym nadzorem nad utrzymaniem tych obiektów – wyjaśnia Andrzej Chodacz.

Jednocześnie firmy unowocześniają swój sposób działania, automatyzują coraz więcej procesów i szukają partnerów biznesowych, którzy będą w stanie ich w tym realnie wesprzeć. Ważny jest też fakt, że coraz więcej podmiotów tworzy strategie zrównoważonego rozwoju, w których definiują m.in. sposoby na ochronę środowiska, zmniejszenie ilości odpadów i ścieków, co wzmacnia także efektywność kosztową. Dlatego rośnie zainteresowanie automatyzacją usług sprzątania, które są bezpieczniejsze i bardziej wydajne od tradycyjnych metod utrzymania czystości. Co ważne, rozwiązują wiele dotychczasowych problemów – w tym zgodności z wymogami certyfikatów ochrony środowiska i bezpieczeństwa pracy ludzi. Wykorzystanie robotyzacji redukuje ryzyka i obniża zapotrzebowanie na środki czystości, co daje realne oszczędności.

– Od wielu lat posiadamy w Grupie Seris Konsalnet spółki świadczące usługi utrzymania czystości – mówi Tomasz Wojak, prezes zarządu Seris Konsalnet Holding SA. – W dyskusjach na temat przyszłości jesteśmy zgodni w zarządzie firmy, że rynek tych usług się zmienia i będzie się zmieniał dynamicznie w najbliższych latach, nie tylko z powodu rozwoju technologii, ale też rosnących kosztów pracy oraz zmieniających się oczekiwań klientów. Sądzimy, że tak jak zmienia się sposób sprzedaży towarów, tak samo ewoluować będzie biznes usługowy. Zbudowaliśmy więc silny, profesjonalny zespół, z którym stworzyliśmy strategię na kolejne lata. Zakłada ona postępującą digitalizację procesów sprzedaży i obsługi klienta. Dalszy rozwój oparty na technologiach przyjaznych środowisku i człowiekowi to obowiązkowy element strategii każdej nowoczesnej firmy i zgodnie z takimi wartościami zamierzamy działać w kolejnych latach.

– Wyznaczamy trend, który zmieni oblicze branży czystości poprzez robotyzację, automatyzację z wykorzystaniem digitalnych narzędzi nadzoru, komunikacji w bliskiej współpracy z klientami. Uważamy przy tym, że jest to najlepszy kierunek rozwoju branży usług czystości – dodaje Andrzej Chodacz.

Grupa Seris Konsalnet jest liderem polskiego rynku usług ochrony, a do jej klientów należą m.in. największe sieci handlowe, banki, przedsiębiorstwa użyteczności publicznej, obiekty strategiczne, firmy przemysłowe oraz jednostki wojskowe. W procesie konsolidacji – przeprowadzonej w ramach grupy kilka miesięcy temu – powstała też spółka Seris Konsalnet Cleaning, która świadczy profesjonalne usługi utrzymania czystości w branży B2B. Nowy podmiot chce zaznaczyć swoją obecność na rynku, oferując usługi zautomatyzowane i oparte na nowych technologiach, czyli odpowiadające koncepcji Cleaning 4.0.

– To połączenie nowoczesnych, zaawansowanych technologii, monitoringu, mapowania pomieszczeń, programowania robotów sprzątających, szkolenia ekip nadzorujących oraz monitorowanie wykonanej pracy. Wszystko to w celu podniesienia wydajności, konkurencyjności i wygody klienta w trudnym dla wszystkich okresie COVID-19 i wykorzystania tego, czego nas nauczyła pandemia, również po jej zakończeniu – mówi prezes Seris Konsalnet Cleaning.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/utrzymanie-czystosci-w,p1300702432