Polska w pierwszej dziesiątce rankingu cyfryzacji administracji na świecie. Przegoniliśmy już Francję i jesteśmy coraz bliżej Estonii oraz Stanów Zjednoczonych

– Polska awansowała w rankingu e-partycypacji ONZ z 31. na 9. miejsce. Organizacje międzynarodowe dostrzegają prace, które są toczone od wielu lat, a których efekty są teraz coraz bardziej widoczne – mówi Konrad Taperek z S&T Poland. Wskaźnik e-partycypacji określa poziom dostępu obywateli do informacji i usług publicznych za pośrednictwem technologii cyfrowych i telekomunikacyjnych. Polska wyprzedza w nim już m.in. Francję czy inne wysokorozwinięte kraje. Motorem napędowym do cyfryzacji, zwłaszcza ochrony zdrowia, była m.in. pandemia koronawirusa.

W światowym rankingu e-partycypacji ONZ pierwsze trzy miejsca zajmują Estonia, Korea Południowa i Stany Zjednoczone. Gigantyczny awans w ciągu dwóch ostatnich lat zanotowała jednak Polska, przesuwając się w rankingu z 31. na 9. miejsce. Wskaźnik e-partycypacji określa poziom dostępu obywateli do informacji i usług publicznych za pośrednictwem technologii cyfrowych i telekomunikacyjnych. Polska wyprzedza w nim m.in. Francję czy inne wysokorozwinięte kraje. To jednak nie koniec, a jedynie początek cyfryzacji polskiej administracji, bowiem w najbliższym czasie planowany jest rozwój kolejnych usług.

– Widzimy znaczny skok w usługach udostępnianych dla obywateli, widzimy chęć obywateli do korzystania z usług e-administracji. Wiemy, że niektóre usługi, m.in. w obszarze służby zdrowia, np. e-recepta czy e-skierowania, znacząco poprawiają dostępność i jakość życia ludzi. Widzimy, że w czasach pandemii, która była bardzo dużym akceleratorem, zarówno dla usług e-administracji, jak i w ogóle dla prac w obszarze pracy zdalnej czy prac biurowych, nastąpiła znaczna poprawa i znaczny skok pracy w tych obszarach – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Konrad Taperek, architekt rozwiązań biznesowych w firmie S&T Poland.

W dobie pandemii koronawirusa kluczowym efektem zainteresowania Polaków e-usługami były rozwiązania przeznaczone dla ochrony zdrowia. Według oficjalnych danych rządu już niemal 5 mln Polaków korzysta z Internetowego Konta Pacjenta. Z kolei ok. 25 mln obywateli wystawiono e-receptę. Kolejnym impulsem dla rozwoju usług e-zdrowia ma być e-skierowanie. Niemal 12 proc. użytkowników IKP założyło konto tylko dla tej usługi. Tylko w pierwszym miesiącu obowiązywania skierowań w postaci elektronicznej lekarze wystawili ich blisko 2,5 mln. Średnio dziennie wystawia się niemal 150 tys. tych elektronicznych dokumentów.

– E-administracja będzie rozwijać się w szerokim spektrum, natomiast tematy związane ze służbą zdrowia będą podlegać szczególnemu rozwojowi. W projektach, w których uczestniczy też nasza firma, w szczególności prowadzonych przez centrum e-zdrowia, tylko na ten rok zaplanowane są prace związane z kontynuacją elektronicznej dokumentacji medycznej, wymiany między podmiotami, a także centralnej e-rejestracji. To system, który będzie umożliwiać rejestrację centralną na określony koszyk świadczeń medycznych tak, aby można było dopasować termin bądź konkretnego usługodawcę – tłumaczy architekt rozwiązań biznesowych w firmie S&T Poland.

Kolejnym etapem rozwoju w obszarze e-zdrowia może być połączenie aktualnie działających systemów państwowych z zasobami firm i szpitali prywatnych, ubezpieczycieli czy innych podmiotów działających w obszarze zdrowia. Dodatkowym aspektem digitalizacji usług e-zdrowotnych w przyszłości może być wsparcie, jakim będą dane z urządzeń internetu rzeczy, coraz częściej wykorzystywanych w ramach telemedycyny.

– Aby e-administracja się rozwijała, potrzebne jest cały czas zwiększanie nakładów na cyberbezpieczeństwo. To jest dziedzina, na którą trzeba cały czas pracować. Niezbędne jest także zapewnienie równego dostępu do infrastruktury, do internetu – wskazuje Konrad Taperek.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/polska-w-pierwszej,p1304109781

Pandemia mocniej uderzyła w kobiety. Częściej tracą pracę, dochody i bardziej obawiają się o swoją sytuację zawodową

Kobiety częściej niż mężczyźni są narażone na utratę zatrudnienia i bardziej obawiają się o swoją przyszłość na rynku pracy. Częściej dotykają je też obniżki wynagrodzeń. W czasie pandemii dla kobiet dużym problemem okazało się też łączenie pracy zawodowej z obowiązkami domowymi, ponieważ to na nie w dużej mierze spadły zadania związane ze wsparciem dzieci w nauce, opieką nad dziećmi przedszkolnymi czy organizacją życia rodzinnego. Średnio co czwartej kobiecie uniemożliwiło to poświęcenie czasu na pracę zawodową – wynika z raportu PARP.

Z badania Pracuj.pl przeprowadzonego z okazji Międzynarodowego Dnia Kobiet wynika, że sytuacja zawodowa kobiet w Polsce jest dziś lepsza niż 10 lat temu. Takiego zdania jest 61 proc. badanych, ale wciąż kobiety częściej niż mężczyźni uważają, że mają gorsze szanse na karierę. Na to postrzeganie sytuacji wpływ może mieć również pandemia.

– Pandemia zdecydowanie wpłynie na sytuację kobiet na rynku pracy. Na pełne dane trzeba jeszcze poczekać, ale już dzisiaj widać kierunek tych zmian. Grudniowy raport PARP-u potwierdza, że skutki pandemii koronawirusa są niestety bardziej odczuwalne dla kobiet niż mężczyzn. Pierwszą przyczyną jest to, że kobiety częściej pracują w sektorach takich jak turystyka, branża beauty, gastronomia czy eventy, które najbardziej ucierpiały w wyniku środków ograniczających działanie przedsiębiorstw – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Małgorzata Kluska-Nowicka, wicekanclerz Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu.

Badanie Europejskiej Fundacji na rzecz Poprawy Warunków Życia i Pracy (Eurofound) przytaczane w grudniowej edycji raportu PARP („Rynek pracy, edukacja, kompetencje”) wskazuje, że w tych sektorach kobiety stanowią 61 proc. pracowników. Eksperci zwracają także uwagę na to, że młode kobiety były bardziej narażone na utratę pracy w czasie pandemii (11 proc. vs. 9 proc. młodych mężczyzn). To też oznacza większe ryzyko stałego wykluczenia z rynku pracy. Wśród osób, które pracowały przed wybuchem pandemii, a następnie straciły pracę, 4 proc. kobiet stało się nieaktywnych zawodowo (vs. 1 proc. mężczyzn).

– Ponadto część firm dokonała redukcji wynagrodzeń i tutaj znowu kobiety są dużo bardziej stratne niż mężczyźni – podkreśla dr Małgorzata Kluska-Nowicka.

Z raportu Międzynarodowej Organizacji Pracy wynika, że w każdym z europejskich krajów, w którym odnotowano spadek wynagrodzeń w drugim kwartale 2020 roku (w porównaniu do pierwszego kwartału 2020 roku), to kobiety zostały dotknięte większymi cięciami. Średnio spadek pensji u pań wyniósł 8,1 proc., podczas gdy u mężczyzn – 5,4 proc. W Polsce te dane wynosiły odpowiednio 6,2 proc. oraz 3,8 proc.

W czasie pandemii dla kobiet dużym problemem jest też łączenie pracy zawodowej z obowiązkami domowymi. Według raportu PARP koncentracja aktywności w domu i obowiązki wobec rodziny uniemożliwiły większej liczbie kobiet (24 proc.) niż mężczyzn (13 proc.) poświęcenie czasu na pracę.

– Z raportu Fundacji Sukces Pisany Szminką wynika, że po 12 marca, kiedy zamknięto szkoły, wiele kobiet musiało wziąć zasiłek opiekuńczy na dzieci do ósmego roku życia albo po prostu urlop. Prawie co 10. ankietowana kobieta z tej grupy przyznała, że pracodawcy oczekiwali od niej wykonywania pracy nawet wtedy, kiedy ten urlop był wykorzystywany. Co więcej, prawie jedna trzecia kobiet deklaruje, że pracuje więcej niż wcześniej, a do tego dochodzą jeszcze obowiązki domowe i rodzinne, które w pandemii nabierają zupełnie innego znaczenia – mówi wicekanclerz Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu. – Potwierdzają to też dane zebrane chociażby w środowisku naukowym. Okazuje się, że kobiety-naukowcy publikują o wiele mniej artykułów niż przed pandemią, bo skupiły się na organizowaniu swojego życia rodzinnego.

Styczniowa, 42. edycja badania Randstad „Monitor Rynku Pracy” pokazuje, że kobiety gorzej oceniają również swoje możliwości na rynku pracy w popandemicznych realiach. 84 proc. mężczyzn jest przekonanych, że bez trudu znalazłoby nową pracę w ciągu sześciu miesięcy, podczas gdy wśród kobiet ten odsetek wynosi 71 proc. Według ekspertów jest to m.in. efekt zamknięcia szkół. W wielu wypadkach to właśnie na kobiety spadły obowiązki związane ze wsparciem dzieci w nauce czy opieką nad dziećmi przedszkolnymi, co nie tylko zwiększyło ich obciążenie, ale też pogorszyło ocenę własnych możliwości jako pracownika. Badanie Randstad pokazuje też, że kobiety nie tylko gorzej widzą swoje możliwości na rynku pracy, lecz także bardziej obawiają się jej utraty.

Ekspertka poznańskiej WSB zauważa, że łączenie ról zawodowych z rodzinnymi i wychowywaniem dzieci było problemem jeszcze przed pandemią COVID-19, która dodatkowo go uwypukliła.

– Aż 64 proc. kobiet (ale też 45 proc. mężczyzn) deklarowało, że wyzwaniem było dla nich pogodzenie pracy z wychowywaniem dzieci. Odsetek pracujących rodziców, którzy tak deklarowali, rósł z roku na rok. Zarówno kobiety, jak i mężczyźni podkreślali, że obowiązki zawodowe utrudniają pełne uczestnictwo w życiu dziecka i znacznie ograniczają czas spędzany z rodziną. Wskazywali też np. na sytuacje związane z chorobą dziecka, które powodują, że trzeba szukać możliwości sprawowania opieki. Często mówili również o sytuacjach związanych z utrudnieniami po stronie pracodawców: nieelastycznymi godzinami pracy, nadgodzinami czy wyjazdami służbowymi. Te nowe modele pracy, które przyjmą się w następstwie pandemii, mogą być skutecznym remedium na te trudności, choć na ocenę jeszcze za wcześnie – mówi dr Małgorzata Kluska-Nowicka.

Ekspertka zauważa też, że nowe problemy związane z pandemią nałożyły się na stare, związane chociażby z nierównościami w zarobkach kobiet i mężczyzn. Według Eurostatu w skali całej UE w 2019 roku kobiety zarabiały średnio o 14,1 proc. mniej niż mężczyźni. W Polsce luka płacowa jest niższa od unijnej średniej, choć i tak – jak pokazuje ubiegłoroczny raport Sedlak & Sedlak – mężczyźni z wyższym wykształceniem nadal zarabiają średnio o ponad 1,7 tys. zł więcej niż kobiety o tych samych kwalifikacjach.

– Przed pandemią sytuacja w Polsce się poprawiła, z luką płacową na poziomie 9 proc. wypadamy całkiem nieźle. Większa różnica w zarobkach między płciami występuje w Estonii, gdzie wynosi prawie 23 proc., duża jest także u naszych sąsiadów – w Czechach i Niemczech, gdzie wynosi ponad 20 proc. – mówi wicekanclerz Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu. – Trzeba jednak pamiętać, że w głównych statystykach europejskich bierze się pod uwagę tylko niektóre sektory gospodarki, co może wpływać na obraz luki płacowej. Gdyby wziąć pod uwagę wszystkie branże, różnica w średnich płacach kobiet i mężczyzn byłaby zdecydowanie wyższa. Tylko 20 proc. kobiet pracuje w sektorach takich jak nauka, technologia czy inżynieria, uznawanych za lepiej płatne. Kobiety spędzają też mniej godzin w płatnej pracy niż mężczyźni, natomiast częściej wykonują nieodpłatne prace związane z obowiązkami domowymi czy wychowywaniem dzieci.

Grudniowy raport PARP wskazuje, że nierówności na rynku pracy znajdują odzwierciedlenie m.in. w zawodach, które wykonują kobiety. Są one nadreprezentowane na niskopłatnych stanowiskach, takich jak asystentka opieki, sprzątaczka czy sprzedawca detaliczny. W Polsce kobiety stanowią 58 proc. osób zarabiających płacę minimalną i 62 proc. pracowników zarabiających znacznie poniżej minimum.

 Obok wcześniejszych wyzwań – takich jak regulacje wspierające aktywność zawodową kobiet, zmniejszanie luki płacowej czy wprowadzanie polityki różnorodności w firmach – doszedł nowy obszar związany z pandemią. Coraz częściej słyszy się, że praca zdalna zagości na rynku w szerszym wymiarze. Jej zasady wymagają uregulowania ze strony państwa. Na wyrównywanie szans na pewno pozytywnie wpłynęłyby też – podobnie jak w Islandii – darmowa i ogólnie dostępna opieka dzienna dla dzieci oraz równe urlopy macierzyńskie i tacierzyńskie. To zwolnienie kobiet z nierówno podzielonego obowiązku opieki pozwoliłoby im rozwijać swoje życie zawodowe i zajmować wyższe stanowiska – ocenia dr Małgorzata Kluska-Nowicka.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/pandemia-mocniej-uderzyla,p48335510

Wielu Polaków przeniosło swoją aktywność fizyczną do domów. Treningi online pomagają radzić sobie ze stresem i dolegliwościami kręgosłupa

Badanie MultiSport Index 2020 wskazało, że dla 41 proc. aktywnych fizycznie Polaków sport jest najlepszym lekiem na stres wywołany pandemią, a dla 79 proc. – metodą na lepsze samopoczucie i większą efektywność pracy. To m.in. dlatego wiele osób w związku z przedłużającym się rządowym zakazem działania siłowni i klubów fitness szuka innych możliwości ruchu, takich jak treningi online. W ostatnich miesiącach dynamicznie wzrosło zarówno zainteresowanie takimi zajęciami, jak i dostępna oferta treningowa dla ćwiczących w różnym wieku i z różnymi potrzebami. Branża ocenia, że to rozwiązanie zostanie z nami również po ustaniu pandemii jako naturalne uzupełnienie aktywności realizowanych w obiektach sportowych.

– W czasie pandemii, gdy zmagamy się z jeszcze większą niż wcześniej ilością stresorów, ruch jest nam bardzo potrzebny. Aktywność fizyczna jest jednym ze sposobów, który pomaga w radzeniu sobie ze stresem i lękiem – mówi agencji Newseria Biznes psycholożka i psychoterapeutka Anna Kossowska.

Jak podkreśla, sport może być ważnym elementem psychoterapii, bo pomaga radzić sobie z lękiem, zdenerwowaniem czy obniżonym nastrojem. W badaniu MultiSport Index 2020 aż 41 proc. osób aktywnych fizycznie przyznało, że sport stał się dla nich sposobem na łagodzenie stresu związanego z pandemią.

 Jeszcze przed pandemią mieliśmy badania, które pokazywały, że trzeba zlecać pacjentom ruch w ramach terapii. W tym momencie niestety mamy pewne ograniczenia, również związane z tym, że siłownie i kluby fitness są zamknięte, co dla niektórych osób jest dużym problemem. Natomiast zachęcam je do wybierania różnych innych form aktywności fizycznej, to mogą być również ćwiczenia online – podkreśla Anna Kossowska.

Badanie MultiSport Index 2020 wskazało, że przed pandemią 65 proc. Polaków podejmowało aktywność fizyczną przynajmniej raz w miesiącu. Wiosenny lockdown zmusił jednak blisko połowę z nich do ograniczenia ruchu. Wpływ na to miało również zamknięcie siłowni, klubów fitness i innych obiektów sportowych. Ze względu na przedłużające się obostrzenia właściciele takich obiektów wprowadzili możliwość trenowania online – czy to na zajęciach grupowych, czy też indywidualnych. Chociaż ćwiczeniami w domu, przed ekranem trudno zastąpić trening w klubie fitness na profesjonalnym sprzęcie i pod bezpośrednim nadzorem trenera, rozwiązanie to zaczęło się cieszyć dużą popularnością. Przykładowo zainteresowanie platformą treningową Yes2Move.com, która powstała krótko po ogłoszeniu lockdownu w Polsce, wzrosło blisko pięciokrotnie w ciągu ostatnich kilku miesięcy.

Czas, w którym obiekty sportowe były zamknięte, wpłynął na szybszy rozwój oferty treningów online. Badania Deloitte’a pokazują, że 50 proc. osób, które przed zamknięciem obiektów sportowych ćwiczyło w klubach fitness, w czasie pandemii zetknęło się w jakiś sposób z treningami online – to jest bardzo duża skala. To najlepiej świadczy o tym, że Polacy chcą dbać o swoje zdrowie również w warunkach domowych i zwracają uwagę na poprawę zdrowia psychicznego i fizycznego dzięki regularnej aktywności – mówi Tomasz Groń, dyrektor zarządzający Benefit Systems Oddział Fitness.

Eksperci podkreślają, że wiele osób dzięki zajęciom online może rozpocząć przygodę z aktywnością fizyczną.

– Zajęcia fitness online mogą być bardzo dobrym rozwiązaniem, ponieważ można pozwolić sobie na różne eksperymenty. Uczestnicy mniej się stresują, wiedząc, że ćwiczą w zaciszu domowym. Mogą uczestniczyć w różnych zajęciach i znaleźć taką formę ruchu, która będzie im najbardziej odpowiadać – wskazuje Anna Kossowska. – Z mojej perspektywy jako psychologa to jest niesamowicie ważne, bo czasem są osoby, które nie są przekonane do tej aktywności fizycznej, nigdy tego nie robiły, mogą sobie pozwolić na eksperymenty i swobodę.

Polacy coraz lepiej zdają sobie sprawę z tego, że sport to ważny element profilaktyki zdrowotnej. Dlatego trzy na cztery osoby aktywne fizycznie nie zamierzają z niego rezygnować, bez względu na rozwój pandemii. Włączając w rozkład dnia trochę ruchu, Polacy radzą sobie również z dolegliwościami bólowymi kręgosłupa. Pojawiają się one coraz częściej m.in. przez siedzący tryb życia, pracę w nieergonomicznych warunkach na home office, czyli np. brak odpowiedniego krzesła czy biurka. Potwierdzają to preferencje użytkowników platformy Yes2Move.com, gdzie największą popularnością cieszą się ćwiczenia na zdrowy kręgosłup, wzmacniające mięśnie grzbietu i kształtujące sylwetkę.

– Niezaprzeczalną korzyścią z platform online jest to, że usługa może być dopasowana do potrzeb szerokiego grona klientów, którzy chcą z tego narzędzia korzystać – wyjaśnia Tomasz Groń. – Na platformie dostępne są treningi nastawione na realizację rozmaitych celów, na różnych poziomach trudności – zajęcia zarówno dla początkujących, jak i dla zaawansowanych, szukających trochę większych wyzwań. Może to być trening zwiększający ruchomość stawów, poprawiający kondycję czy zwykły trening, który umożliwia zrzucenie kilku zbędnych kilogramów.

Na platformie Yes2Move.com są także zajęcia dla seniorów i różnego typu aktywności dla całych rodzin. Mogą z niej również korzystać dzieci, które w ten sposób mogą nadrobić stracone godziny WF-u, ale też np. dodatkowo poćwiczyć z trenerem język angielski. Platforma oferuje dziś ponad 800 różnych zajęć. W ciągu pierwszych sześciu miesięcy jej funkcjonowania użytkownicy wykonali ponad 150 tys. treningów online.

Cotygodniowy grafik budowany jest według potrzeb użytkowników i najchętniej wybieranych przez nich form aktywności: od zdrowego kręgosłupa po wzmacnianie oraz zajęcia budujące i poprawiające sylwetkę – wymienia Natalia Litwiniuk, instruktorka fitness i trenerka Yes2Move.

Statystyki platformy wskazują, że Polacy najchętniej trenują w środku tygodnia, najczęściej przed pracą lub po jej zakończeniu. Najpopularniejszą godziną do ćwiczeń jest 19:00.

Przedstawiciele Benefit Systems oceniają, że tak duża popularność rozwiązań online świadczy o tym, że ta forma nie zniknie wraz z końcem pandemii.

– Czas pandemii pokazał, że Polacy poszukują rozwiązań online’owych, natomiast nigdy nie zastąpią one normalnego treningu w klubie fitness. Staną się najprawdopodobniej elementem dopełniającym zakres treningów. Wynika to z prostego powodu: w domu nie mamy infrastruktury i sprzętu, nie mamy też możliwości skonsultowania się z trenerem, który doradza i zwraca uwagę na prawidłowość wykonywanych ćwiczeń – mówi Tomasz Groń. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/wielu-polakow-przenioslo,p2084930895

Spin-off Uniwersytetu Warszawskiego uruchamia platformę e-learningową. Chce, by za zajęcia przygotowujące do egzaminów płaciły samorządy

70 proc. dzieci uczących się online nie przyswaja wiedzy na takim samym poziomie jak na zajęciach stacjonarnych. Potrzebne są dodatkowe rozwiązania, które pozwolą lepiej przygotować się uczniom m.in. do egzaminów. W tym celu spin-off Uniwersytetu Warszawskiego uruchomił platformę e-learningową, za pomocą której uczniowie mogą uzyskać dostęp do pakietu kursów przedmiotowych, przygotowujących do egzaminów ósmoklasisty i maturalnego. Wykorzystana w niej technologia pozwala korzystać z niej nawet na bardzo słabym technicznie sprzęcie. Dzięki temu twórcy chcą rozwiązać problem wykluczenia cyfrowego niektórych uczniów. Za korepetycje przygotowujące do egzaminów ósmoklasisty czy maturalnego mogą zapłacić samorządy. W Nowym Dworze Mazowieckim, Legionowie i Otwocku takie zajęcia są już darmowe.

– Lecturus Junior powstał po to, żeby wyjść naprzeciw zapotrzebowaniu, jakie pandemia koronawirusa spowodowała wśród uczniów, przede wszystkim tych, którzy w klasach ósmych i w klasach maturalnych muszą się zmierzyć z egzaminem. Zaprosiliśmy do współpracy Superbelfrów RP, którzy na naszej platformie prowadzą zajęcia przygotowujące do egzaminów ósmej klasy, czyli język polski, matematyka i język angielski. Te same przedmioty są w puli egzaminów maturalnych, plus jeszcze biologia i fizyka – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Włodzimierz Izban, prezes zarządu Lecturusa.

Zajęcia w ramach platformy Lecturus, należącej do spółki spin-off Uniwersytetu Warszawskiego, są stworzone zgodnie z obowiązującą podstawą programową. W pakiecie zajęć znajduje się ponad 130 lekcji dla maturzystów i 70 dla ósmoklasistów. Płatność za nie odbywa się poprzez platformę e-bilet. Prowadzący mają z uczestnikami kontakt za pomocą kamer, a podłoże technologiczne platformy  dostarcza Cisco.

– Dostęp do zajęć jest zarówno przez telefony, smartfony, jak i tablety, komputery, internet i przeglądarkę. Dostęp do naszej platformy, do zajęć na Lecturus Junior, jest niezależny od technologii, od platformy technologicznej i od sprzętu, który akurat jest w posiadaniu uczniów po drugiej stronie. Bariera technologiczna wejścia jest bardzo niska, ponieważ rozwiązanie działa na bardzo słabych konfiguracjach sprzętowych. Również uczniowie ze słabszymi sprzętami mogą brać udział w zajęciach, co pozwala też przeciwdziałać wykluczeniu – wyjaśnia Przemysław Zieliński, wiceprezes zarządu ds. technologicznych w Lecturusie.

Choć przedsięwzięcie ma charakter komercyjny, to niektórzy uczniowie korzystają z niego nieodpłatnie, ponieważ za ich przygotowanie płacą samorządy. W takiej sytuacji są uczniowie z Nowego Dworu Mazowieckiego, Legionowa i Otwocka.

– Zapobiega to wykluczeniu tych dzieci, ponieważ wiele rodziców potraciło pracę. Wykluczenie spowoduje to, że nie wszystkie dzieci będą miały możliwość odbycia korepetycji. Chcemy, żeby ten dostęp był w miarę ułatwiony i jednocześnie dać tym dzieciom możliwość jak najlepszego przygotowania się w tych trudnych czasach do egzaminów – dodaje Włodzimierz Izban.

Z danych Banku Światowego wynika, że 70 proc. dzieci uczących się online nie przyswaja wiedzy na takim poziomie, na jakim mogłyby, gdyby zajęcia miały formę stacjonarną. Rozwiązanie opracowane na Uniwersytecie Warszawskim nie jest skierowane jednak wyłącznie do tych uczniów, którzy mają problemy z nauką. Docelowo będzie też mogło być wykorzystane przez uczniów najzdolniejszych dzięki zaangażowaniu inaczej sprofilowanej kadry prowadzących zajęcia.

– Zamierzamy stworzyć Lecturusa Premium, gdzie po drugiej stronie nie będą Superbelfrzy, tylko profesorowie uniwersyteccy, którzy będą udzielać porad czy korepetycji maturzystom przygotowującym się do studiów czy licealistom biorącym udział w olimpiadach przedmiotowych. To, co robimy w tej chwili, to jest pilotaż, ale jest zainteresowanie, więc on się sprawdza. Przede wszystkim jest zainteresowanie tych osób, które mają w najbliższej perspektywie egzaminy ósmej klasy i matury – wskazuje prezes zarządu Lecturusa.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/spinoff-uniwersytetu,p1012304401

Polacy opracowali grę VR sterowaną za pomocą mózgu. Znajdzie zastosowanie m.in. w szkoleniach żołnierzy i e-sporcie

Technologia VR, która do tej pory częściej kojarzona była z rozrywką, znajduje coraz większe uznanie w biznesie, przemyśle, nauce i medycynie. Połączenie grywalizacji z możliwością badania ludzkich odruchów pozwoli na nowy wymiar analizy danych o ciele człowieka. Tworzona przez Polaków gra z wykorzystaniem elementów wirtualnej rzeczywistości może być wykorzystana m.in. w szkoleniach pracowników, ponieważ pozwala na trening w niemal każdych warunkach i z niemal każdymi narzędziami. Sprawdzi się np. w szkoleniach kontrolerów ruchu lotniczego, żołnierzy jednostek specjalnych, ale też w neuromarketingu czy e-sporcie.

– Gra w wirtualnej rzeczywistości, którą stworzyliśmy w połączeniu z naszym urządzeniem do badania aktywności mózgu, bazuje na reakcjach użytkownika, które wykonuje w ramach gry, i daje mu informację zwrotną o tym, w jakiej kondycji akurat jest jego mózg. Możemy w skrócie powiedzieć, że jest to gra sterowana mózgiem. Na podstawie tego, czy użytkownik się skupia, czy gdzieś to jego skupienie ucieka, pewne rzeczy dzieją się w grze lub się nie dzieją – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Wojciech Broniatowski, dyrektor operacyjny CortiVision. – W tej chwili gra ma dwa warianty. Jeden z nich ma bardziej klimat bajkowo-fantasy, drugi bardziej klimat stricte naukowy, w którym np. możemy poruszać rękami, chociaż nimi nie ruszamy.

Dzięki specjalnemu oprogramowaniu z wykorzystaniem wirtualnej rzeczywistości można dziś łatwo nauczyć się kontrolować mózg i niemalże jak na siłowni dobierać odpowiednie ćwiczenia, żeby np. umieć się skoncentrować na zawołanie czy wydłużyć czas uwagi. Tworzona przez Polaków gra z wykorzystaniem elementów VR może być wykorzystana m.in. w szkoleniach pracowników, ponieważ pozwala na trening w niemal każdych warunkach i z niemal każdymi narzędziami.

– W wirtualnej rzeczywistości możemy stworzyć w zasadzie dowolny scenariusz. Naukowo określa się to w pełni kontrolowanym środowiskiem testowym, w którym możemy dobrać odpowiednie bodźce treningowe. Czyli przykładowo, kiedy idziemy na siłownię, możemy wybrać odpowiednie obciążenie czy sprzęty do naszych ćwiczeń. Wirtualna rzeczywistość daje nam tę dowolność różnych sprzętów, które wpływają na nasze postrzeganie rzeczywistości i dają nam informację zwrotną o tym, że np. w danym momencie się skupiamy. To – wydawałoby się – oczywista rzecz, a jednak, jeśli się nad tym zastanowimy, to nie do końca wiemy, kiedy się akurat skupiamy – wskazuje Wojciech Broniatowski.

Badanie ludzkich odruchów podczas interakcji z odpowiednimi impulsami, nawet podczas gry czy szkolenia, może dać więcej informacji niż wywiad medyczny. Technologia wykorzystana przez firmę CortiVision to oprócz wirtualnej rzeczywistości także spektroskopia bliskiej podczerwieni. To jedna z trzech technologii obrazowania mózgu, oprócz EEG i rezonansu magnetycznego, która pozwala zbadać ludzki mózg. 

– Bliska podczerwień, czyli tzw. NIRS, bazuje na malutkich diodach, które przepuszczają światło podczerwone przez naszą głowę. Co ciekawe, dla tego światła nasza głowa jest przezroczysta. To światło, które się odbija, jest następnie wychwytywane przez malutkie detektory, a informacje o tym są przetwarzane i umożliwiają rozgrywkę w wirtualnej rzeczywistości – tłumaczy dyrektor operacyjny CortiVision.

Choć wydaje się, że spektroskopia bliskiej podczerwieni bardziej kojarzy się z medycyną, to rozwiązanie stworzone przez CortiVision może być zastosowane w innych obszarach. Technologia VR jest stosowana m.in. w szkoleniach bankowych. Dla przykładu w 2020 roku Santander Bank Polska zapowiedział przeszkolenie w ten sposób 5 tys. pracowników.

– Ta technologia ma znacznie więcej zastosowań niż tylko rozważania naukowe. Powodując różne scenariusze w wirtualnej rzeczywistości możemy stworzyć grę nakierowaną na redukcję stresu wśród pracowników, czy np. na naukę lepszej kontroli emocjonalnej. Możemy sobie np. wyobrazić pracownika korporacji, który zmierzając do pracodawcy miał jakieś nieprzyjemne zdarzenie na drodze, wchodzi do pracy cały roztrzęsiony i potrzebuje czegoś, co pozwoli mu się uspokoić i skupić na pracy, żeby był w niej efektywny, a nie popełniał niepotrzebne błędy. Wierzymy, że możemy stworzyć system, który faktycznie z czasem, w miarę systematycznego używania będzie mógł poprawić zdolności tej osoby do przywracania siebie do uważności – wskazuje ekspert.

Wirtualna rzeczywistość szturmem wdarła się do gamingu. Firmy takie jak Sony, Valve, Oculus, HTC i inne sprzedały już ponad 10 mln zestawów VR. Tylko w 2020 roku, także dzięki pandemii, konsumenci na całym świecie zamówili ponad 5,5 mln takich urządzeń. Rynek konsumencki to jednak tylko jeden z obszarów rozwoju wirtualnej czy rozszerzonej rzeczywistości. Jedną z kluczowych i ważnych dla świata branż jest ochrona zdrowia, w tym badania ludzkiego mózgu. Według Verified Market Research z 2 mld dol. w 2019 roku wartość rynku VR w służbie zdrowia ma wzrosnąć do 2027 roku do blisko 34 mld dol.

– Naszą technologię możemy zastosować zarówno na rynku HR-owym, jak i np. wszędzie tam, gdzie zdolność uważności i funkcje poznawcze są szczególnie ważne. Możemy więc powiedzieć o zawodach publicznych, które bazują na uważności, jak np. kontrolerzy ruchu lotniczego czy specjalne jednostki wojskowe. Ale możemy też pomyśleć o zastosowaniach neuromarketingowych, e-sportu, gdzie np. refleks i świadomość własnej koncentracji są bardzo ważne. A medycyna jest szczególnym obszarem. Choć my się na nim nie koncentrujemy, możliwe jest wykorzystanie technologii do celów rehabilitacyjnych – wskazuje Wojciech Broniatowski.

Obecnie CortiVision oferuje sprzęt do kontrolowania mózgu jednostkom badawczym. W drugiej połowie tego roku firma zamierza dostarczyć kompletne rozwiązanie wzbogacone o wirtualną rzeczywistość.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/polacy-opracowali-gre-vr,p1023027497

Właściciele hoteli będą walczyć o odszkodowania od państwa w sądzie. Polska Izba Hotelarzy przekonuje do składania pozwów indywidualnych

– Indywidualne dochodzenie odszkodowania od państwa za straty spowodowane wprowadzeniem ograniczeń w działalności jest zdaniem naszych prawników bardziej skuteczne, choć pozwy zbiorowe są być może bardziej medialne – przekonuje Adam Latek z Polskiej Izby Hotelarzy. Rozmowy z prawnikami PIH prowadzi już 50 hotelarzy, którzy przygotowują się do dochodzenia odszkodowań na drodze sądowej i już złożyli pozwy albo mają taki zamiar. PIH postuluje również o zmniejszenie ograniczeń w hotelach – możliwość udostępnienia gościom 75 proc. pokoi – oraz otwarcie restauracji.

– Hotele są w trudnej sytuacji ekonomicznej. Z uwagi na ograniczenia pandemiczne i brak dochodów muszą wybierać, czy przekładać płatności związane z kosztami stałymi, czy z konserwacją urządzeń, które są wyposażeniem obiektu hotelowego, lub zakup wszelkiego rodzaju środków czystości. O przetrwanie walczą szczególnie małe obiekty hotelowe, ponieważ są to często biznesy, w których pracuje cała rodzina. Jeśli takie obiekty – zwłaszcza położone w górach – nie zarobią w sezonie zimowym, mogą po prostu nie przetrwać i właściciele będą zmuszeni do sprzedaży hotelu – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes  Adam Latek, właściciel Latek Hotels i członek zarządu Polskiej Izby Hotelarzy.

Jak zauważa, na rynku nieruchomości jest obecnie dobry czas na zakupy i wielu inwestorów, którzy dotychczas działali w zupełnie innych branżach, interesuje się obiektami hotelowymi czy aparthotelami.

– Żaden z hotelarzy nie sprzeda obiektu za połowę ceny czy z obniżką 20-, 30-proc., bo zdaje sobie sprawę, że ceny nieruchomości podczas pandemii nie poszły w dół, wręcz przeciwnie, niektóre wzrosły o 5–10 proc. od zeszłego roku. Spodziewamy się upadłości w branży hotelowej, ale hotelarze będą się przed tym bronić – dodaje członek zarządu Polskiej Izby Hotelarzy.

Już od 22 grudnia ubiegłego roku PIH informuje hotelarzy o możliwości składania indywidualnych pozwów sądowych o odszkodowanie od państwa za szkody, czyli straty finansowe oraz utracone korzyści, poniesione z tytułu wprowadzania ograniczeń w funkcjonowaniu branży hotelowej w sposób pozbawiony podstaw prawnych.

– Pozwy indywidualne mają większy sens niż pozwy zbiorowe, bo można wnioskować o indywidualne odszkodowanie. W przypadku pozwów zbiorowych jest to mniej skuteczne. Prawnicy Polskiej Izby Hotelarzy już rozmawiają z ponad 50 obiektami hotelowymi, które są na tyle przygotowane, że mają już skrupulatne wyliczenia i z tego, co nam wiadomo, pozwy są już składane. Nasi prawnicy wierzą w niezawisłe sądy. Jeśli widzą zasadność składania pozwów, to widzą także szanse na powodzenie – informuje Adam Latek.

Pierwszy taki pozew został złożony 19 lutego. Prawnicy PIH bazują na przekonaniu, że rząd ogranicza działalność gospodarczą niezgodnie z Konstytucją – wydaje rozporządzenia, zamiast wprowadzać zmiany w drodze ustawy. Ponadto zamiast wprowadzić stan wyjątkowy, reguluje życie gospodarcze rozporządzeniami. Dodatkowo ograniczenia nie dotyczą wszystkich – jednym przedsiębiorcom pozwala działać, np. kasynom, a innym, np. restauracjom czy siłowniom, już nie. Hotelarze będą się domagać konkretnych kwot utraconych korzyści na podstawie przychodów uzyskanych w 2019 roku oraz pokrycia wydatków, które wynikają z ograniczeń wprowadzonych przez rząd. Branża hotelarska apeluje również o luzowanie kolejnych obostrzeń.

– Chcielibyśmy, aby, po pierwsze, swobodnie mogły działać wszystkie restauracje, jak również inne branże, które są powiązane z hotelarstwem, a po drugie, aby hotele mogły udostępniać gościom nie 50 proc., ale 75 proc. pokoi. Jesteśmy przygotowani na funkcjonowanie w reżimie sanitarnym. Polska Izba Hotelarzy we współpracy z wirusologiem opracowała cały szereg procedur dla branży hotelarskiej, aby zapewnić bezpieczeństwo sanitarne w obiektach hotelowych – przekonuje właściciel Latek Hotels.

Na razie jednak – ze względu na duży przyrost liczby zakażeń – zamknięte zostaną obiekty noclegowe w województwie warmińsko-mazurskim, podobnie jak galerie handlowe i instytucje kultury. W pozostałych 15 województwach rząd zdecydował o utrzymaniu 50-proc. limitu miejsc.

PIH przywołuje badania brytyjskiego NHS z października 2020 roku, które wykazały, że hotele w niskim stopniu odpowiadają za przenoszenie się infekcji (1,7 proc. nowych zachorowań), podczas gdy w supermarketach wskaźnik ten wyniósł 12,1 proc.

– Zakażalność i rozprzestrzenianie się wirusa jest cztery razy mniejsze w hotelach niż w galeriach handlowych, bo każdego gościa w hotelu możemy zweryfikować z imienia i nazwiska przy meldunku, każdemu możemy zmierzyć temperaturę. Zdecydowana większość gości, bo ponad 90 proc., poddaje się wszystkim wytycznym, które im stawiamy podczas pobytu w hotelu – zauważa Adam Latek i zachęca, aby skorzystać ze stoków narciarskich i całej infrastruktury hotelowej, dopóki sezon się nie skończył. – Sugerowałbym, aby wybierać te obiekty hotelowe, które są zamknięte od 28 grudnia i wykazały się bardzo dużą cierpliwością w oczekiwaniu na otwarcie.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/wlasciciele-hoteli,p620124478

Prace nad nową ustawą o elektromobilności na finiszu. Wprowadzi obowiązek tworzenia stref czystego transportu w dużych, najbardziej zanieczyszczonych miastach

To, jakie efekty przyniesie wprowadzenie w miastach stref czystego transportu, do których nie będą mogły wjeżdżać auta najbardziej zanieczyszczające powietrze, pokazał przykład wiosennego lockdownu. – W marcu 2020 roku w Warszawie na stacji pomiarów w al. Niepodległości w ciągu trzech tygodni jakość powietrza poprawiła się o jedną czwartą – mówi Piotr Siergiej, rzecznik Polskiego Alarmu Smogowego. Zgodnie z propozycjami Ministerstwa Klimatu i Środowiska takie strefy będą musiały być utworzone w miastach powyżej 100 tys. mieszkańców w przypadku przekroczenia norm emisji dwutlenku azotu. Projekt jest na etapie prac rządowych.

Strefy czystego transportu to obszary w mieście, do których mogą wjeżdżać określone rodzaje samochodów. Z reguły w strefach funkcjonujących w Europie mogą się poruszać auta określonej klasy emisyjnej: Euro 4, 5 czy 6. To jest bardzo dobre rozwiązanie – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Piotr Siergiej.

Strefy niskoemisyjne (LEZ – low emission zone) od lat funkcjonują z powodzeniem w wielu krajach europejskich. Jak podkreśla Ministerstwo Klimatu i Środowiska w ocenie skutków nowej regulacji, zostały one dobrze przyjęte przez lokalne społeczności ze względu na to, że były wprowadzane etapami, które zakładały stopniowe obejmowanie zakazem wjazdu do stref kolejnych rodzajów pojazdów. Najwięcej takich stref powstało we Włoszech oraz w Niemczech. Jak podkreśla resort, jedynie w krajach Europy Wschodniej, w tym w Polsce, i na Bałkanach nie są one tworzone.

Obowiązująca w Polsce ustawa o elektromobilności i paliwach alternatywnych z 2018 roku dawała gminom taką możliwość, ale tego nie narzucała. To jednak może się zmienić po przygotowanej nowelizacji. Zgodnie z nią gminy o liczbie mieszkańców powyżej 100 tys. osób, gdzie analiza Głównego Inspektora Ochrony Środowiska stwierdziła przekroczenie dopuszczalnego poziomu stężenia średniorocznego zanieczyszczeń dwutlenkiem azotu, będzie musiała utworzyć strefę czystego transportu w ciągu roku od otrzymania oceny. Pozostałe gminy, niezależnie od liczby mieszkańców i zanieczyszczenia, nadal będą miały w tym zakresie dowolność.

– Pierwsza wersja ustawy mówiła o tym, że samochody napędzane gazem LPG będą miały prawo wjeżdżać do takiej strefy. My to bardzo mocno oprotestowaliśmy. Moglibyśmy wtedy mieć do czynienia z taką sytuacją, w której 20- czy 30-letni samochód napędzany LPG mógłby jeździć po strefie, a nowoczesny dwu-, trzyletni samochód diesel lub benzynowy już nie. To byłoby absurdalne – mówi rzecznik Polskiego Alarmu Smogowego. – Zmiana, którą ministerstwo teraz zaproponowało, jest bardzo dobrym pomysłem, bo oznacza, że nieco mniej tych najstarszych samochodów będzie wjeżdżać do miast.

W nowej wersji ustawy MKiŚ zmodyfikowało katalog pojazdów uprawnionych do wjazdu do strefy. Zostały w nim tylko auta elektryczne, napędzane wodorem lub gazem ziemnym (CNG). Organy gminy będą jednak miały możliwość nadania indywidualnych wyłączeń związanych z ruchem pojazdów w strefach. Będą miały też więcej swobody w określaniu etapów wprowadzania stref, gdyż w najnowszej propozycji resortu nie ma art. 68i, który zakładał odgórny harmonogram. Zgodnie z nim w pierwszym etapie (w latach 2021–2025) w strefach dopuszczony miałby być ruch pojazdów spełniających co najmniej normę Euro 4, a następnie do 2035 roku stopniowo uwzględniane byłyby kolejne normy.

Działanie stref czystego transportu mogliśmy poznać w marcu 2020 roku w Polsce podczas pierwszego lockdownu. Formalnie nie zostały wtedy utworzone żadne strefy, ale w wyniku obostrzeń pandemicznych gwałtownie zmniejszył się ruch samochodowy w miastach. W Warszawie na stacji pomiarowej w al. Niepodległości w ciągu trzech tygodni jakość powietrza poprawiła się o jedną czwartą i to tylko dlatego, że jeździło mniej samochodów. To oznacza, że nawet 20–30-proc. spadek ruchu samochodowego prowadzi do natychmiastowej poprawy jakości powietrza, co mieszkańcy miast odczują prawie od razu – wyjaśnia Piotr Siergiej.

Zgodnie z projektem nowelizacji strefy będą ustanawiane na czas nieokreślony lub określony, ale nie krótszy niż pięć lat. Rada gminy może dopuścić wjazd innych pojazdów do strefy w godzinach 9–17 na okres maksymalnie trzech lat, pod warunkiem uiszczenia opłaty. Ustawa zastrzega, że nie może być ona wyższa niż 2,5 zł za godzinę w przypadku opłaty jednorazowej lub 500 zł w przypadku abonamentu. Wpływy z opłat zasilą budżet danej gminy i będą mogły być wykorzystane na określone potrzeby, m.in. zakup autobusów niskoemisyjnych, tramwajów, programy wsparcia zakupu rowerów wspomaganych elektrycznie czy znakowanie strefy czystego transportu. Za złamanie zakazu wjazdu nieuprawnionym pojazdem grozić będzie kara w wysokości 500 zł.

Auta uprawnione do poruszania się w strefie będą oznakowane nalepką na przedniej szybie pojazdu. Takie rozwiązanie przyjęto również m.in. w Wiedniu. Z kolei np. w Brukseli czy Oksfordzie stosowana jest weryfikacja na podstawie tablic rejestracyjnych.

Strefy czystego transportu w miastach europejskich działają na bardzo różnych zasadach. Wspólną regułą jest to, że wszyscy starają się wyeliminować z ruchu te najstarsze, najmocniej smrodzące, zanieczyszczające powietrze samochody, zwłaszcza z miejsc, w których jest dużo ludzi – wyjaśnia rzecznik Polskiego Alarmu Smogowego.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/prace-nad-nowa-ustawa-o,p1286755783

Roboty chirurgiczne przyszłością kardiochirurgii. Opracowane przez Polaków rozwiązanie wciąż nie doczekało się komercjalizacji

Polski robot chirurgiczny mógłby być kilkakrotnie tańszy niż znany na całym świecie robot Da Vinci. Chociaż powstały już działające prototypy robota Robin Heart, wciąż nie doczekał się on debiutu rynkowego. Tymczasem coraz więcej procedur medycznych może być przeprowadzanych przez roboty. Przyszłością medycyny będą urządzenia w pełni autonomiczne. Już dziś operacje można z powodzeniem przeprowadzać w pełni zdalnie.

– Idea tego, żeby chirurg mógł spokojnie usiąść w konsoli, miał powiększony obraz na monitorze, również przestrzenny, i mógł operować, poruszając zadajnikami ruchu, które powodują odpowiedni efekt ruszania narzędziami, była piękna i użyteczna. Stąd ruszyliśmy w projekt Robin Heart, czyli robot dla serca. To był czas, w którym również na świecie rozpoczynały się te doświadczenia. Zeus i Da Vinci dopiero wtedy raczkowały – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr hab. n. med. Zbigniew Nawrat, profesor Instytutu Protez Serca Fundacji Rozwoju Kardiochirurgii.

Robot Robin Heart powstał w kilku wersjach: z niezależną podstawą, z dwoma ramionami, sterujący endoskopem, a nawet trójramienny, który może wykonywać pracę za dwóch kardiochirurgów i asystenta kierującego torem wizyjnym.

– Opracowaliśmy taki system, żeby przynajmniej niektóre operacje można było przeprowadzić przy pomocy jednej osoby, która siedzi za konsolą i przełącza odpowiednio funkcje. Co więcej, narzędzia, które są montowane na tym robocie i każdym naszym następnym, były mechatroniczne, które można było ściągnąć i włożyć w uchwyt w dłoni i sterować nimi jak mechatronicznymi narzędziami – dodaje Zbigniew Nawrat.

W założeniu Robin Heart miał być polską, wielokrotnie tańszą alternatywą dla znanego na całym świecie robota Da Vinci. Chociaż sprzęt powstał w kilku wersjach, żadna z nich nie trafiła ostatecznie do sprzedaży. Nie oznacza to jednak, że Polacy zaprzestali rozwijać rozwiązania robotyczne w dziedzinie kardiochirurgii.

– Ciągle liczę na to, że roboty chirurgiczne jednak się pojawią. Prof. Zbigniew Religa pokazywał nam, gdzie ta interwencja mogłaby pomóc lepiej, sprawniej leczyć najtrudniejszych pacjentów. Pierwszym zagadnieniem, które rozwiązaliśmy, oczywiście było sztuczne serce. Powinny powstawać jednak kolejne pompy, działające na innej zasadzie, pozwalające również nadzorować pacjentów w domu. Jesteśmy do tego przygotowani, mamy już opracowaną technologię – zaznacza naukowiec.

Roboty sprawdzają się jednak nie tylko w kardiochirurgii. Chińscy lekarze za pomocą narzędzi stworzonych do przeprowadzania zdalnie zabiegów chirurgicznych wszczepili urządzenie stymulujące do mózgu pacjenta z chorobą Parkinsona. Odległość między operującym lekarzem a pacjentem wynosiła ponad 3 tys. km. Przyszłością medycyny będą natomiast w pełni autonomiczne roboty. Za naukowcami są już pierwsze udane próby przeprowadzone na zwierzętach.

Choć Polakom nie udało się jak na razie osiągnąć wdrożenia robota chirurgicznego, to mamy wiedzę i naukowcami na światowym poziomie. Problemem pozostaje finansowanie projektów.

– Nadzorujemy część projektu europejskiego DIH-HERO: Robotics in Healthcare i widzimy, jakie jest porównanie polskich i zagranicznych zespołów. Naprawdę nie ma się czego wstydzić. Kapitał ludzki i możliwości są, jednak oczywiście mamy mniejsze możliwości finansowe. Jeszcze przez wiele lat będzie nam trudno wejść na rynek i wprowadzić światową markę. Pieniądze cały czas gdzieś są, tylko nie trafiają w te miejsca, w których można byłoby osiągnąć efekt powstania polskiej marki – wskazuje dr hab. Zbigniew Nawrat.

Automatyzacja procesów związanych z przeprowadzaniem interwencji medycznych staje się koniecznością – z jednej strony z uwagi na możliwość wyeliminowania czynników ryzyka, takich jak błąd ludzki, a z drugiej z uwagi na coraz skromniejsze zasoby kadrowe szpitali. Według Association of American Medical Colleges, do 2033 roku w samych tylko Stanach Zjednoczonych wytworzy się luka kadrowa obejmująca nawet około 140 tys. lekarzy.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/roboty-chirurgiczne,p161757537

Gigantyczny awans polskiej administracji w światowym rankingu cyfryzacji. Co najmniej 50 proc. urzędów ma już wdrożone e-usługi

Polska w dwa lata wskoczyła z 31. na 9. miejsce w światowym rankingu ONZ w zakresie cyfryzacji administracji. Już dziś dzięki rozwojowi e-usług Polacy mogą bez wychodzenia z domu załatwić wiele spraw, po które do tej pory musieli stać w kolejkach do urzędów. Zaczynając od wysyłania pism, uzyskania odpisu aktu stanu cywilnego, przez zgłoszenie urodzenia dziecka czy sprawy meldunkowe, po uzyskanie dowodu osobistego i zgłoszenie darowizny. Kluczowe jest przeniesienie administracji do chmury, tak aby dokumenty mogły przepływać pomiędzy urzędami bez zakłóceń, a petent nie musiał drukować pism. W ciągu kilku lat tego typu rozwiązania będą standardem.

– Za 5–10 lat petent powinien większość swoich spraw załatwić poprzez swój telefon, smartfon, smartwatch, może przez jakieś inne urządzenie, które będzie wtedy dostępne. To, co się musi zmienić, na co czeka administracja, to to, żeby te dokumenty między urzędami mogły przepływać bez wiedzy urzędników, żebyśmy my składając wniosek, wysłali go jednym kliknięciem do kolejnego urzędu, aby tam został rozpatrzony. To jest przyszłość – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Sławomir Hemerling-Kowalczyk, członek zarządu Sputnik Software, prezes GIAP.

Według najnowszego wskaźnika e-partycypacji, stosowanego przez Organizację Narodów Zjednoczonych, Polska zajmuje dziewiątą pozycję w rankingu, awansując w dwa lata z 31. pozycji. Wskaźnik ten określa poziom dostępu obywateli do informacji i usług publicznych za pośrednictwem technologii cyfrowych i telekomunikacyjnych. Kolejnym krokiem w cyfryzacji administracji będzie Chmura Krajowa, czyli miejsce, do którego cała administracja publiczna na określonych warunkach będzie mogła przekazywać swoje dane i systemy. Rozwiązanie ma być uruchomione pod koniec I kwartału 2021 roku. Pozwoli to uwolnić serwery urzędowe, umożliwiając lepszy przepływ dokumentów i jednocześnie zapewniając odpowiedni poziom bezpieczeństwa danych.  

– W tej chwili przez to, że systemy są rozproszone, nie jesteśmy w stanie zapewnić odpowiedniego bezpieczeństwa. To, co będzie najważniejsze w nowej perspektywie, to bezpieczeństwo. Mamy coraz więcej ataków, coraz więcej takich prób, chociażby atak na CD Projekt, jest też więcej prób ataków na jednostki publiczne. Pojedyncze miasto czy jednostka nigdy nie zapewni takiego bezpieczeństwa jak organizacja na poziomie Chmury Krajowej – podkreśla ekspert Sputnik Software.

Polacy pokochali e-administrację, choć nadal jest dużo do zrobienia w tym obszarze. W szczególności w dostępie do cyfrowych kanałów łączności z urzędami przez osoby starsze. Z danych Kancelarii Premiera wynika, że już 9 mln Polaków posiada Profil Zaufany. Jeszcze w 2018 roku dostęp ten posiadało niecałe 1,5 mln osób. Z kolei ponad 2 mln zainstalowało już aplikację mObywatel, pozwalającą m.in. na digitalizację dokumentów osobistych. Tylko w 2020 roku Polacy wysłali do urzędów 1,5 mln elektronicznych pism, a za pośrednictwem e-usługi „Uzyskaj dowód osobisty” wniosek o dokument zgłosiło ponad 333 tys. obywateli. Zainteresowanie e-usługami wynika po części z pandemii koronawirusa.

– Poprzednia perspektywa Unii Europejskiej skupiała się na e-usługach, czyli na tym, żebyśmy mogli zamiast iść do urzędu, nasze sprawy załatwić poprzez internet. Pokazuje to świetnie wzrost liczby Profili Zaufanych, który odnotowujemy w ostatnich latach. Jednak portale czy usługi do tej pory były w niewielkim stopniu wykorzystywane przez obywateli. Tutaj zmianę przyspieszyła pandemia COVID-19, zmobilizowała nas do tego, żebyśmy zaczęli korzystać ze zdalnej formy komunikowania się z urzędem, więc e-usługi zaczęły żyć – tłumaczy Sławomir Hemerling-Kowalczyk.

Ważnym aspektem jest jednak mobilizacja obywateli. Samo posiadanie Profilu Zaufanego czy też aplikacji mObywatel nie oznacza, że będzie się z nich korzystać aktywnie. Kluczową kwestią będzie przepływ dokumentów pomiędzy urzędami, aby Polacy nie musieli wysyłać jednego pisma cyfrowo, a następnie do kolejnego urzędu zanosić go w formie papierowej. Druga kwestia to odpowiednie przygotowanie urzędów na tę cyfrową rewolucję.  

– Co najmniej 50 proc. urzędów w Polsce posiada wdrożone niektóre e-usługi. Bardzo duża liczba usług jest realizowana na poziomie centralnym, około 90 proc. czynności, które wykonuje przeciętny obywatel, można dokonać za pomocą krajowych systemów, chociażby ePUAP czy e-Obywatel – wskazuje prezes GIAP.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/gigantyczny-awans-polskiej,p1624821481

Niewykluczony powrót do części obostrzeń. Wzrost liczby zakażeń może opóźnić wprowadzanie planu odbudowy zdrowia Polaków

– Niewykluczone, że będziemy musieli wrócić do ostrzejszych restrykcji. Nasza odpowiedzialność o tym zadecyduje – mówi rzecznik Ministerstwa Zdrowia Wojciech Andrusiewicz. Początek trzeciej fali pandemii w Polsce jest już faktem, o czym świadczy nie tylko rosnąca dynamika wzrostu zakażeń, ale i coraz większa liczba osób hospitalizowanych. Od tego, w jakim stopniu uda się kontrolować pandemię, będzie zależeć wprowadzanie planu odbudowy zdrowia Polaków, który zakłada zachęcanie do wizyt i badań kontrolnych.

Lekarze od tygodni alarmują, że konsekwencją przedłużającej się pandemii i niewydolności systemu służby zdrowia jest narastający w społeczeństwie dług zdrowotny. Do POZ i specjalistów zgłasza się w tej chwili zdecydowanie mniej pacjentów, a wielu spośród nich jest już w zaawansowanym stadium chorób np. onkologicznych czy kardiologicznych.

– Mniej pacjentów w ostatnim roku zgłaszało się na diagnostykę kardiologiczną. Ci, którzy docierają do kardiologa, do ambulatoryjnej pomocy specjalistycznej, często mają już zaawansowane choroby. Widzimy, że również w chorobach onkologicznych pacjenci często zgłaszają się z dużym opóźnieniem, a wtedy ich leczenie jest dużo trudniejsze. To są dwa podstawowe schorzenia, w których konsekwencje opóźnionej diagnostyki mogą być najpoważniejsze, ale na pewno nie jedyne – mówi agencji Newseria Biznes Wojciech Andrusiewicz, rzecznik Ministerstwa Zdrowia.

Z danych NFZ przytaczanych przez Polskie Towarzystwo Onkologiczne wynika, że w 2020 roku wystawiono ponad 17 tys. mniej kart diagnostyki i leczenia onkologicznego niż w 2019 roku. Tegoroczne statystyki też wskazują na niepokojący trend (ponad 3 tys. kart mniej w styczniu vs. 2020 rok). Na badania przesiewowe w kierunku raka piersi zgłosiło się w ubiegłym roku 33 proc. kobiet w wieku 50–69 lat (przed pandemią było to 55–60 proc.), a cytologię wykonało ok. 14 proc. kobiet w wieku 25–59 lat (przed pandemią 30–40 proc.). Lekarze alarmują, ze najgorzej statystyki wyglądają w kolonoskopii, na którą w niektórych województwach zgłosiło się tylko kilka procent uprawnionych.

Jak wskazuje rzecznik MZ, rząd ma plan na złagodzenie długu zdrowotnego i odbudowę zdrowia Polaków po pandemii, ale najpierw konieczne jest opanowanie sytuacji epidemiologicznej i wyhamowanie wzrostu zakażeń.

 Dzięki temu, że będziemy kontrolować pandemię, będzie można wprowadzić pewien plan odbudowy zdrowia, w którym każdy Polak powyżej 40. roku życia będzie mógł zdiagnozować się pod kątem cukrzycy, pod kątem chorób kardiologicznych i onkologicznych. Po drugie, chcemy też wdrożyć odlimitowanie wizyt u specjalistów, żeby podjąć się leczenia i diagnostyki specjalistycznej. Ale w trakcie rozwijającej się trzeciej fali pandemii tego nie zrobimy – mówi rzecznik Ministerstwa Zdrowia.

W niedzielę resort zdrowia poinformował o 7038 nowych zakażeniach i 94 zgonach z powodu COVID-19. Liczba aktywnych przypadków w Polsce wynosiła 218 tys., z czego ponad 12,6 tys. chorych przebywało w szpitalach, w tym 1340 pod respiratorami. W ciągu doby wykonano 37,4 tys. testów.

– Jeszcze do niedawna liczba zakażeń koronawirusem w Polsce malała, nie w sposób drastyczny, ale była dynamika spadków. Natomiast od ponad tygodnia obserwujemy już wzrost. Najpierw delikatny, w granicach 100 zakażeń dziennie więcej, ale ostatnie dni to już wzrost w granicach ok. 2 tys. zakażeń więcej w stosunku do tego samego dnia w poprzednim tygodniu – mówi Wojciech Andrusiewicz.

Jak podkreśla, na początek trzeciej fali pandemii COVID-19 wskazuje też rosnąca liczba zakażonych SARS-CoV-2 w szpitalach. Z danych Ministerstwa Zdrowia wynika, że niedziela była już trzecim dniem z rzędu, w którym liczba osób hospitalizowanych wzrosła (do 12 609 osób).

– Kolejną daną potwierdzającą, że rzeczywiście mamy do czynienia z początkiem trzeciej fali, jest dość duży wzrost zleceń z podstawowej opieki zdrowotnej, zleceń na testy pod kątem koronawirusa. W skali tygodnia jest to wzrost o ok. 12 tys. testów, więc nie jest to mało. Co oczywiste, rośnie więc też liczba wykonywanych testów. Te wszystkie dane składają się w jedną całość – mówi rzecznik Ministerstwa Zdrowia.

Niepokojące dane spływają również z Czech i Słowacji, gdzie notuje się znacznie więcej przypadków na 100 tys. mieszkańców niż w Polsce.

– W Czechach to cztery i pół razy więcej niż w Polsce, na Słowacji – dwa i pół razy więcej. To jednak nie znaczy, że i u nas ta dynamika nie może  jeszcze wybuchnąć. Wszystko zależy od nas, bo podstawową zmienną rzutującą na to, jak będzie wyglądała trzecia fala w Polsce, jest podejście społeczeństwa do obostrzeń. Jeśli będzie ono mało odpowiedzialne, jeżeli będziemy lekceważyć obowiązujące przepisy i zalecenia, to rzeczywiście możemy mieć do czynienia z dużą skalą wybuchu pandemii – mówi Wojciech Andrusiewicz.

Rząd od 12 lutego warunkowo poluzował część obostrzeń, dzięki czemu działalność wznowiły m.in. kina, teatry, hotele i stoki narciarskie. W efekcie w miniony, walentynkowy weekend najazd turystów przeżywały zwłaszcza górskie miejscowości. W mediach gościły informacje o tłumach ludzi na stokach narciarskich i spontanicznych, masowych imprezach odbywających się na zakopiańskich Krupówkach bez zachowania jakiegokolwiek reżimu sanitarnego. Według epidemiologów incydenty z minionego weekendu nie są jednak jeszcze widoczne w statystykach dotyczących liczby zakażeń.

– Mamy do czynienia ze wzrostem skali naszej aktywności i pewnym poluzowaniem, ale nie restrykcji, tylko poluzowaniem zasad, którymi powinniśmy się kierować, odpowiedzialności i naszego podejścia do reżimu sanitarnego. Rozumiemy, że psychicznie ciężko żyje się w tych obostrzeniach i trudno ten reżim utrzymać. Jednak nadmierne luzowanie sobie służy rozwojowi pandemii. Jeśli w najbliższych dniach dołożymy do tego masowe lekceważenie reżimu sanitarnego – czy to na stokach, czy w hotelach – to możemy notować wybuch pandemii podobnie jak w Czechach czy na Słowacji. A tego chyba wszyscy wolelibyśmy uniknąć – podkreśla rzecznik MZ.

Rząd nie wyklucza powrotu do części obostrzeń, jeżeli tendencja wzrostowa liczby zakażeń będzie się utrzymywać, jednak – jak podkreśla rzecznik – wszystko jest uzależnione od tego, na ile restrykcyjnie społeczeństwo będzie stosować się do zasad reżimu sanitarnego.

 Niewykluczone, że będziemy musieli wrócić do ostrzejszych restrykcji. Jeżeli będziemy widzieli odbicie ze skali zachorowań, którą mieliśmy jeszcze dwa tygodnie temu, czyli z pułapu mniej więcej 5,5 tys. zakażeń na dobę, to trudniej będzie pohamować rosnącą skalę wzrostów. Jeżeli nie chcemy ponownego zamknięcia, jeżeli chcemy żyć w miarę normalnie przy tych obostrzeniach, które obowiązują, to nasza odpowiedzialność o tym zadecyduje – podsumowuje Wojciech Andrusiewicz.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/niewykluczony-powrot-do,p944684376