Polska gospodarka powinna poradzić sobie z dwutygodniowym lockdownem. Dłuższe zamknięcie może być bardzo niebezpieczne, również dla branż do tej pory niedotkniętych pandemią

Ze względu na rekordową liczbę zakażonych i złą sytuację w służbie zdrowia do 9 kwietnia będą zamknięte przedszkola i żłobki, zakłady fryzjerskie i kosmetyczne czy sklepy budowlane. – To prawdopodobnie nie wpłynie znacząco na kondycję polskiej gospodarki – ocenia ekonomista dr hab. Witold Potwora. Dalsze przedłużanie zamknięcia gospodarki może już jednak okazać się bardzo niebezpieczne. Nawet dla branż, które do tej pory nie ucierpiały mocno w związku z pandemią.

– Jeśli lockdown potrwa tylko do 9 kwietnia, to prawdopodobnie w sposób znaczący nie wpłynie na kondycję polskiej gospodarki. W ostatnich miesiącach niektóre branże rzeczywiście przeżywają dość poważne problemy, myślę tu o turystyce, gastronomii, branży eventowej, ale także częściowo o handlu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr hab. Witold Potwora, prorektor Wyższej Szkoły Zarządzania i Administracji w Opolu. – Jeśli to będzie tydzień czy dwa tygodnie, to wydaje się, że poradzimy sobie z tym, natomiast jeśli miałoby to potrwać dłużej, to będzie bardzo niebezpiecznie.

25 marca premier i minister zdrowia ogłosili zaostrzenie warunków funkcjonowania firm – zamknięte mają być przedszkola i żłobki (z wyjątkiem dzieci pracowników medycznych), zakłady kosmetyczne i fryzjerskie, sklepy budowlane. Zarządzenie obowiązuje od soboty 27 marca do 9 kwietnia. Oznacza to m.in., że po raz drugi rząd uniemożliwił działanie dużej części sklepów w handlową niedzielę – po raz pierwszy stało się to 31 stycznia (lockdown obowiązywał wówczas do końca tego miesiąca).

Cały czas się obawiamy, że w kolejnych tygodniach czy miesiącach, jeśli sytuacja potrwa dłużej, to wtedy nie będzie nas już stać na finansowanie tych mocno poturbowanych w czasie pandemii branż. Mogą też się pojawić kłopoty w tych branżach, którym do tej pory pandemia w pewnym stopniu nie przeszkadzała – przewiduje ekonomista. – Najpewniej w dalszym ciągu będziemy musieli tworzyć programy adresowane do turystyki i gastronomii. Niestety zamknięte zostaną też przedsiębiorstwa usługowe, które w ostatnich miesiącach trochę się odbiły i zaczęły względnie normalnie funkcjonować.

Jak podkreśla, mimo poważnych problemów niektórych branż polska gospodarka jako całość dobrze radzi sobie z pandemią, co potwierdzają oceny międzynarodowych instytucji i agencji ratingowych. W połowie marca agencja Fitch utrzymała rating Polski na poziomie A- ze stabilną perspektywą. Według wstępnego szacunku GUS produkt krajowy brutto w 2020 roku był realnie niższy o 2,8 proc. w porównaniu z 2019 rokiem, wobec wzrostu o 4,5 proc. w 2019 roku (w cenach stałych roku poprzedniego). Analitycy Fitch zaznaczyli, że niewielki spadek, jaki zanotowała polska gospodarka w ubiegłym roku, to efekt silnej konsumpcji i wzrostu eksportu. W tym roku Fitch spodziewa się wzrostu PKB o 4,1 proc., a w przyszłym – o 4, 7 proc. Z kolei Komisja Europejska w lutym br. prognozowała dla Polski wzrost gospodarki o 3,1 proc. w tym roku i o 5,1 proc. w 2022 roku.

Z ostatnich informacji, choćby niektórych agencji, Fitch chociażby, czyli ocen dotyczących prognozowanego produktu krajowego brutto w tym roku, wynika, że powinniśmy się odbić w II kwartale, ale to było jeszcze przed obowiązującym lockdownem. W kolejnych miesiącach jednak te optymistyczne prognozy mogą wyhamować i może się okazać, że w tym roku nie będzie wzrostu powyżej 4 proc., tylko będzie to np. 3–3,5 proc. – wskazuje prorektor Wyższej Szkoły Zarządzania i Administracji w Opolu.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polska-gospodarka-powinna,p1856303529

Kardiolodzy chcą kupić sprzęt, który może zrewolucjonizować polską transplantologię. Pozwala trzykrotnie wydłużyć czas na przeszczep serca

Nawet do 12 godzin od pobrania serca do zakończenia przeszczepu może upłynąć dzięki aparaturze OCS Heart. Standardowo w pojemniku z lodem czas ten zamyka się w zaledwie 4 godzinach. Urządzenie pozwala na ciągłe utrzymywanie narządu w pracy, dzięki czemu nie ulega on zmianom martwiczym. Niestety, choć na całym świecie sprzęt jest z powodzeniem stosowany, to w Polsce nie udało się przeprowadzić z jego wykorzystaniem ani jednej operacji. Zbiórka społeczna, której celem było zebranie 2 mln zł na zakup 10 OCS Heart, zakończyła się niepowodzeniem. Teraz akcja będzie kontynuowana.

– OCS Heart to sprzęt do transportu serca, który pozwala bezpiecznie wszczepić ten narząd biorcy do 12 godzin od pobrania. Serce w ogóle nie jest chłodzone, tylko wyszczepione i natychmiast umieszcza się je w specjalnym aparacie, który jest wypełniony krwią dawcy. Serce zawieszone na takich rurkach po prostu bije i ono samo się odżywia. Na końcu możemy jeszcze je zbadać – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Zygmunt Kaliciński, lekarz kardiochirurg, transplantolog z Kliniki Kardiochirurgii Szpitala MSWiA w Warszawie.

Standardowo serce pobrane od dawcy umieszczane jest w pojemniku z lodem. Dzięki wychłodzeniu organu udaje się jednak zapewnić jego bezpieczny przeszczep w czasie zaledwie do czterech godzin. Co więcej, obniżenie temperatury nie pozostaje bez wpływu na kondycję organu.

– Chłodzenie jednocześnie ochrania serce, ale z drugiej strony uszkadza. Organ, który jest pobrany od dawcy, właściwie od pierwszych sekund ulega destrukcji. Spowolniona jest ona przez odpowiednie płyny i właśnie lód. W czterech godzinach musi się zmieścić wszystko, a więc pobranie, dojazd, transport na przykład samolotem, a także jakieś nieprzewidziane zdarzenia, takie jak korki. Przekroczenie tego czasu oznacza, że nie wiemy, jak organ się zachowa. Musimy się liczyć z tym, że nie podejmie akcji albo funkcja będzie słaba i pacjent będzie wymagał kolejnego przeszczepu – mówi Zygmunt Kaliciński.

OCS Heart jest urządzeniem z powodzeniem stosowanym już w wielu krajach na całym świecie. W samych tylko Stanach Zjednoczonych, w ramach badania klinicznego, wykorzystano go w 120 przeszczepach. W Polsce sprzęt jeszcze nie jest stosowany. Na zakup 10 takich aparatów przeznaczona była zbiórka środków uruchomiona w grudniu 2019 roku, jednak organizatorom nie udało się zgromadzić 2 mln zł.

– W zeszłym roku mógłby być przeprowadzony już pierwszy przeszczep, ale przeszkodziła nam pandemia. Praca urządzenia jest bardzo spektakularna. W aparacie przewożone jest bijące serce. Chcemy z pierwszego wszczepienia nakręcić film, żeby pokazać ludziom, że tak można i że to jest potrzebne. Twarzą naszej kampanii jest Iza, którą operowałem 25 lat temu. Teraz jest dziewczyną z marzeniami, z zamiarem bycia mamą. Niestety jej horyzont marzeń jest krótki. Aby mogła żyć, musimy jej wszczepić serce, ale u niej będzie to trudny przeszczep – zapowiada lekarz.

Z danych Poltransplantu wynika, że w 2020 roku udało się w Polsce przeszczepić 145 serc, tymczasem liczba osób na liście oczekujących na przeszczep tego narządu oscyluje stale wokół 400. Wiele wykonywanych operacji jest na tyle skomplikowanych i czasochłonnych, że czterogodzinny czas potrzebny od pobrania do wszczepienia jest niewystarczający, by operacja mogła zakończyć się powodzeniem.

– To spora i rosnąca grupa. To są dzieci, które urodziły się z wadami wrodzonymi, których się nie da skorygować. Dzięki różnym operacjom przeżyły one do wieku młodego dorosłego. Później wszystkie operacje to długi pomost do przeszczepu. Ten przeszczep będzie trwał bardzo długo, bo sama operacja wykonywana już po wielu zabiegach trwa dłużej. Do tego dochodzi wada wrodzona, a więc wszczepienie normalnego serca do pacjenta, który ma wadę naczynia, co wymaga dopasowania. Do tego dochodzi jeszcze transport – wylicza kardiochirurg. – W tym roku mamy ogromne szanse na zebranie pieniędzy, już mamy prawie połowę, ale to jest drogi sprzęt. To nie jest tylko jednorazowy zakup, to jest wejście do Polski nowego systemu, przejście w inną epokę.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/kardiolodzy-chca-kupic,p1592238054

Do tej pory odkryto zaledwie 10–20 proc. gatunków zwierząt, a większość nieodkrytych może wyginąć, zanim je poznamy. Naukowcy tworzą specjalną mapę, by je odnaleźć [DEPESZA]

Naukowcy z Uniwersytetu Yale stworzyli specjalną mapę nieodkrytych gatunków zwierząt na podstawie szczegółowych danych dotyczących sposobu, w jaki do tej pory odkryto 32 tys. gatunków znanych biologom. Szacuje się, że opisanych zostało zaledwie od 10 do 20 proc. gatunków. – Przy obecnym tempie globalnych zmian środowiskowych nie ma wątpliwości, że wiele gatunków wyginie, zanim dowiemy się o ich istnieniu i nie będziemy mieli okazji zastanowić się nad ich losem – podkreśla Walter Jetz, profesor ekologii i biologii ewolucyjnej na Uniwersytecie Yale.

– Nieznane gatunki są zwykle pomijane przy planowaniu ochrony środowiska, zarządzaniu i podejmowaniu decyzji – wskazuje Mario Moura, profesor na Uniwersytecie Federalnym w Paraiba, były adiunkt na Uniwersytecie Yale. – Znalezienie brakujących elementów układanki różnorodności biologicznej na Ziemi ma zatem kluczowe znaczenie dla poprawy ochrony różnorodności biologicznej na świecie.

Badacze zebrali dane dotyczące lokalizacji, zasięgu geograficznego, historycznych dat odkrycia oraz cech środowiskowych i biologicznych 32 tys. znanych gatunków zwierząt. Na tej podstawie oszacowali, na jakich terenach jakiego rodzaju nieznane gatunki kręgowców najprawdopodobniej jeszcze nie zostały poznane przez człowieka.

– Mamy tendencję do odkrywania najpierw tego, co oczywiste, a dopiero później tego, co niezrozumiałe – twierdzi Mario Moura. – Potrzebujemy więcej funduszy dla taksonomistów, aby odszukać pozostałe nieodkryte gatunki.

Podstawową trudnością przy opisywaniu nowo odkrytych gatunków jest niedobór naukowców wyspecjalizowanych w taksonomii i ich nierówne rozmieszczenie. Na podstawie analizy dokonanej przez naukowców z Yale można wywnioskować, że największe szanse na odkrycia wiążą się z terenami takimi jak Brazylia, Indonezja, Madagaskar i Kolumbia. To tam może dojść aż do jednej czwartej wszystkich odkryć. Niezidentyfikowane gatunki płazów i gadów najprawdopodobniej pojawią się w regionach neotropikalnych i lasach indomalajskich.

– Bardziej równomierne rozmieszczenie zasobów taksonomicznych może przyspieszyć odkrycia gatunków i ograniczyć liczbę gatunków, których nie zdążymy poznać przed wyginięciem – wskazuje Walter Jetz.

Może to być kluczowe zwłaszcza w kontekście tworzenia nowej Konwencji o różnorodności biologicznej, której powstanie planowane jest jeszcze w tym roku. Ta, która obowiązuje teraz, pochodzi z 1992 roku i w dużym stopniu mogła się już zdezaktualizować.

Co więcej, w 2011 roku w Aichi w Japonii, podczas 10. posiedzenia Konwencji o różnorodności biologicznej, określone zostały cele Planu Strategicznego dla Różnorodności Biologicznej na lata 2011–2020.

Z raportu ONZ z 2020 roku wynika, że nie udało się w pełni osiągnąć realizacji żadnego z 20 postulatów, które obejmowały problemy od zanieczyszczenia Ziemi po ochronę raf koralowych. W odniesieniu do gatunków, w tym również tych nieodkrytych, warto zwrócić uwagę na postulaty związane z ochroną siedlisk – nie doszło do zmniejszenia ich utraty o połowę. Nie sprzyja to poznaniu rzadkich, nieodkrytych gatunków jeszcze przed ich wyginięciem.

– Taka ignorancja jest niewybaczalna i jesteśmy winni przyszłym pokoleniom szybkie wypełnienie tych luk w wiedzy – podkreśla profesor z Uniwersytetu Yale.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/do-tej-pory-odkryto,p2062160957

Środki z PPK mogą posłużyć za wkład własny na mieszkanie albo zabezpieczenie na wypadek choroby. Polacy nie chcą jednak w nich oszczędzać, obawiając się powtórki z OFE

– Niska partycypacja w pracowniczych planach kapitałowych wynika zapewne z braku zaufania m.in. przez to, co się stało z OFE. Natomiast porównywanie tych dwóch programów jest bardzo błędne – mówi Łukasz Bugaj, ekspert AXA TFI. Jak wskazuje, wielu Polaków wciąż nie wie także, że środki zgromadzone w PPK mogą stanowić poduszkę finansową na wypadek choroby albo posłużyć za wkład własny przy zaciąganiu kredytu na mieszkanie. Instytut Emerytalny w analizie za poprzedni rok wskazał, że na rynku nie ma obecnie drugiego bardziej pewnego sposobu oszczędzania, który zapewniałby tak dobry zysk. W najbliższych tygodniach do programu muszą przystąpić najmniejsze firmy oraz administracja.

– Po trzech pierwszych etapach programu PPK partycypacja wynosi średnio około 30 proc. i jest na zaskakująco niskim poziomie. Ona różni się pomiędzy firmami, bo jest sporo przedsiębiorstw – choć głównie z kapitałem zagranicznym, w sektorze finansowym i IT – gdzie partycypacja jest zdecydowanie wyższa. Natomiast jest też ponad 30 tys. firm, w których do programu PPK nie zapisał się ani jeden pracownik i to jest bardzo smutny obraz – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Łukasz Bugaj, menedżer komunikacji inwestycyjnej w AXA TFI (wkrótce zmieni nazwę na UNIQA TFI).

Według danych Polskiego Funduszu Rozwoju pod koniec grudnia, po wdrożeniu pierwszych trzech etapów PPK, partycypacja w pracowniczych planach kapitałowych wyniosła 30,4 proc., co oznacza uczestnictwo prawie 1,7 mln pracowników na blisko 7,4 mln uprawnionych. Z danych PFR wynika, że ok. 32 tys. firm nie wdrożyło efektywnie programu i nie zawarło żadnej umowy o prowadzenie PPK. Są to głównie firmy z III etapu, czyli zatrudniające między 20 a 50 pracowników.

PFR zakłada, że po IV etapie programu liczba uczestników wzrośnie do minimum 3,5 mln. Docelowo ma ich być ok. 6–8 mln, z partycypacją na poziomie ok. 50–75 proc. 

– Wydaje się, że uczestnictwo w PPK jest na tak niskim poziomie ze względu na brak zaufania Polaków i nieznajomość tego programu. Natomiast gdyby dobrze się z nim zaznajomić, to on jest tak korzystny z punktu widzenia pracownika, że grzech z niego nie skorzystać – przekonuje ekspert AXA TFI. – Warto przynajmniej przez chwilę, na próbę skorzystać z programu PPK i zobaczyć, jak to wygląda. Jeśli ktoś już raz skorzysta z tych dopłat, to nie będzie chciał rezygnować.

Łukasz Bugaj ocenia, że niski poziom uczestnictwa w PPK to głównie efekt wielu mitów, które narosły wokół tego programu, i częstego porównywania go z otwartymi funduszami emerytalnymi.

– Porównywanie tych dwóch programów jest błędne i to z trzech powodów. Po pierwsze, środki zgromadzone w PPK są prywatne i to jest zapisane w ustawie. Tego nie było w przypadku OFE. Po drugie, środki z PPK w każdej chwili można wypłacić, natomiast w OFE takiej możliwości nie było. Wydaje się, że Polacy po prostu o tym nie wiedzą. Trzecia kwestia to atrakcyjność programu PPK, która jest zdecydowanie większa niż OFE, ponieważ wpłaty są dokonywane nie tylko ze strony pracownika, ale również pracodawcy i Skarbu Państwa. To znaczy, że środki na nasze konto w programie PPK płyną z trzech różnych źródeł – wyjaśnia.

Polski Fundusz Rozwoju podaje, że – mimo pandemicznego kryzysu i zawirowań na rynkach finansowych – średnia stopa zwrotu z funduszy PPK od powstania wyniosła 10,1 proc., a całkowita stopa zwrotu z inwestycji w PPK dla pracowników przekroczyła 122 proc. Według wyliczeń Instytutu Emerytalnego uczestnicy PPK uzyskali po pierwszym roku przeciętny zwrot na poziomie 95 proc. Tym, którzy po roku zrezygnowali i wypłacili wszystkie środki, pozostało w kieszeni 50 proc. więcej, niż sami przekazali do PPK plus 23 proc. zapisane dodatkowo na koncie emerytalnym w FUS. Inwestycje na własną rękę przyniosłyby tymczasem tylko ok. 10,5 proc.

– Pracownik w wieku 35 lat, który zarabia 4,5 tys. zł brutto, wpłaca do programu 90 zł miesięcznie. Mniej więcej drugie tyle dopłaca pracodawca i Skarb Państwa. Taka osoba do momentu osiągnięcia wieku emerytalnego, czyli 60 lat, wpłaci do PPK łącznie ok. 20 tys. zł. Natomiast – uwzględniając zyski z inwestycji oraz dopłaty ze strony pracodawcy i Skarbu Państwa – docelowo może zgromadzić ponad 112 tys. zł, czyli gigantyczną kwotę versus to, co sam wpłacił – wylicza ekspert AXA TFI.

W raporcie podsumowującym wyniki PPK na koniec 2020 roku eksperci Instytutu Emerytalnego wprost wskazują, że obecnie nie ma lepszego i bardziej pewnego sposobu oszczędzania, który gwarantowałby tak dobry zwrot. Z perspektywy uczestnika PPK ważne jest też to, że środki zgromadzone w programie są prywatną własnością, a w razie śmierci – podlegają dziedziczeniu.

– Konstrukcja tego programu, która polega na systematycznym wpłacaniu co miesiąc niewielkich kwot, jest bardzo korzystna. Te kwoty sumują się z biegiem lat, dzięki czemu zwłaszcza osoby młode mogą w ten sposób zgromadzić bardzo duży kapitał. Ponadto tutaj wszystko dzieje się automatycznie. Nie musimy o niczym pamiętać, składki są odprowadzane za nas, po pewnym czasie nawet przestajemy to dostrzegać. Ten automatyzm i systematyczność powodują, że środki się gromadzą i po pewnym czasie możemy się zdziwić, ile byliśmy w stanie ich odłożyć – mówi Łukasz Bugaj.

Środki zgromadzone w PPK można wycofać w każdej chwili, nie czekając do emerytury, chociaż nie będzie to bezkosztowe.

– Przy rezygnacji trzeba odprowadzić podatek od zysków kapitałowych tak jak w każdym innym programie. W takim przypadku stracimy też dopłaty Skarbu Państwa, ale zatrzymamy praktycznie całość dopłat ze strony pracodawcy. Gros, czyli 70 proc., zostanie nam wypłacone w formie bezpośredniej, natomiast 30 proc. trafi do ZUS-u na poczet przyszłej emerytury – precyzuje menedżer komunikacji inwestycyjnej w AXA TFI.

Co istotne, środki z PPK można też wypłacić przed 60. rokiem życia bez żadnych potrąceń. Jednorazowo do 25 proc. w sytuacji poważnego zachorowania uczestnika PPK lub jego najbliższych (małżonek, dziecko) albo 100 proc. na cele mieszkaniowe, aby pokryć wkład własny przy zaciągnięciu kredytu na zakup mieszkania czy budowy domu.

– Ciężko w tej chwili znaleźć drugi program inwestycyjny, który jest tak korzystny jak PPK – podkreśla Łukasz Bugaj.

Pracownicy mający od 18 do 55 lat zostają zapisani do PPK automatycznie. Pracownicy w wieku 55–70 lat muszą złożyć w tym celu wniosek do pracodawcy. Firma zawiera w imieniu pracowników umowę o prowadzenie PPK i finansuje za niego wpłatę podstawową wynoszącą 1,5 proc. wynagrodzenia. Może też sfinansować wpłatę dodatkową – do 2,5 proc. wynagrodzenia. Na rachunek PPK trafiają też wpłaty finansowane przez samego uczestnika PPK, pobierane z jego pensji. To zasadniczo 2 proc. wynagrodzenia, ale w przypadku osób o niskich zarobkach można obniżyć je do 0,5 proc. Uczestnik PPK otrzymuje też od Skarbu Państwa jednorazową wpłatę powitalną 250 zł oraz dopłaty roczne w wysokości 240 zł.

Pracownicy, którzy nie chcą uczestniczyć w programie, mogą się z niego wypisać. Co istotne, mogą także do niego wrócić, nawet jeśli wypłacili wcześniej zgromadzone środki. Deklarację ponownego przystąpienia do programu można złożyć w każdym momencie.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/srodki-z-ppk-moga,p483331462

Trafiające do Bałtyku zanieczyszczenia zostają w nim nawet 30 lat. Największy wpływ na jego zasoby mają konsumenci

Morze Bałtyckie jest wyjątkowe w skali całego świata, ponieważ jest dość słodkie, a wymiana wody trwa w nim nawet 30 lat. To oznacza, że zanieczyszczenia, które trafiają do niego z niemal całego obszaru Polski, pozostają w nim na długo i wpływają na populację ryb bałtyckich. Z okazji obchodzonego 22 marca Światowego Dnia Ochrony Morza Bałtyckiego organizacje ekologiczne i rybacy apelują do konsumentów o pomoc w ochronie zasobów. – Nawet najmniejsza zmiana naszych codziennych przyzwyczajeń może wpłynąć na to, jak wygląda Bałtyk i na jak długo wystarczą nam jego zasoby – podkreśla Marcin Radkowski, prezes zarządu Kołobrzeskiej Grupy Producentów Ryb.

– Bałtyk jest bardzo specyficznym morzem, nawet w skali całego świata. Jest zbiornikiem wód brachicznych, dodatkowo jest dość słodkim morzem, a wymiana wody – przez to, że jest na wpół zamknięty – zajmuje mu około 30 lat. Dlatego wszystkie zanieczyszczenia i wszystko, co przedostanie się do Bałtyku, zostanie w nim minimum przez tyle czasu. Stąd tak ważne jest, żebyśmy zajęli się Bałtykiem i jego ochroną – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Olga Sarna, prezes zarządu Fundacji MARE.

22 marca w krajach położonych nad Bałtykiem co roku obchodzony jest Światowy Dzień Ochrony Morza Bałtyckiego, ustanowiony przez Komisję Helsińską w 1997 roku. Ma on zwrócić uwagę na konieczność podjęcia działań w celu ochrony wód tego morza i jego zasobów.

– Do najważniejszych problemów, z jakimi boryka się Bałtyk, należą odpady morskie: wszelkiego rodzaju plastik, zagubione, stare sieci rybackie czy np. niedopałki papierosów. Widzimy też bardzo postępujące zmiany klimatyczne, a konkretnie zmiany temperatury wody, które mają bardzo duży wpływ na organizmy żyjące w morzu. Ten akwen jest też mocno zanieczyszczony – spływają do niego zanieczyszczenia z przemysłu i rolnictwa, a pod wodą znajdują się wraki z paliwem i broń chemiczna z czasów I i II wojny światowej, które także zagrażają Bałtykowi. Tym tematem trzeba się zająć, zanim w nadchodzących latach to wszystko zacznie przedostawać się do wody – podkreśla Olga Sarna.

Jedną z najskuteczniejszych metod ochrony środowiska Morza Bałtyckiego jest zmniejszenie emisji zanieczyszczeń oraz eksploatacji jego zasobów, np. poprzez ograniczenie zużycia sztucznych nawozów w rolnictwie oraz skuteczniejsze oczyszczanie ścieków. Niemal cały obszar Polski (99,7 proc.) znajduje się w zlewni Bałtyku, więc każdy konsument ma wpływ na to, co ostatecznie trafia do morza.

– Tak naprawdę nie ma znaczenia, gdzie jesteśmy: w Gdańsku, w Warszawie, Krakowie czy we Wrocławiu – i tak mamy wpływ na Bałtyk. Wszystko to, co wylejemy czy wyrzucimy na ziemię, docelowo może spłynąć do Bałtyku i go zanieczyścić – wskazuje prezes zarządu Fundacji MARE.

– W naszym najnowszym programie edukacyjnym Naturalnie Bałtyckie chcemy pokazać Polakom, że nawet najmniejsza zmiana naszych codziennych przyzwyczajeń może wpłynąć na to, jak wygląda Bałtyk i na jak długo starczą nam jego zasoby – podkreśla Marcin Radkowski, prezes zarządu Kołobrzeskiej Grupy Producentów Ryb.

Marka Naturalnie Bałtyckie informuje konsumenta, że ma on do czynienia z rybą bałtycką najwyższej jakości. Program ma na celu promowanie racjonalnego wykorzystywania zasobów morza i świadomej konsumpcji lokalnych ryb, których połów generuje najmniejszy ślad węglowy. Znakiem Naturalnie Bałtyckie oznaczane są produkty rybne wytwarzane z ryb pozyskanych z Bałtyku, zgodnie z najwyższymi standardami jakościowymi, a także bez szkody dla środowiska. Takim standardem jest też certyfikat MSC, który aktualnie polskie organizacje połowowe starają się uzyskać.

– Standard Zrównoważonego Rybołówstwa MSC to trzon naszego programu i wyznacza zasady, jakimi powinny kierować się rybołówstwa, które chcą poławiać w sposób zrównoważony, czyli taki, żeby nie zagrażać ekosystemom morskim, żeby chronić zwierzęta, które żyją w morzach i oceanach, a przy okazji eksploatować stada i gatunki ryb, które konsumują ludzie na całym świecie – mówi dr Marta Potocka, menedżer ds. kontaktów z klientami biznesowymi i rybakami w MSC Polska i Europa Centralna.

Polskie organizacje rybackie, które prowadzą połowy na Północnym Atlantyku czy Południowym Pacyfiku, są członkami  programu MSC już od ponad 10 lat. Od ubiegłego roku w procesie certyfikacji MCS uczestniczą też organizacje rybaków, którzy poławiają na rodzimym Bałtyku.

– Wyniki audytów, którym poddawani są polscy rybacy na Bałtyku, poznamy za kilka miesięcy – wskazuje dr Marta Potocka. – Przystąpienie polskich rybaków do programu MSC będzie dowodem, że faktycznie wszyscy poławiający ryby na Bałtyku robią to w sposób zrównoważony, bezpieczny dla naszego akwenu.

– Od jakiegoś czasu polscy rybacy są właściwie największą organizacją ekologiczną, której najbardziej zależy na tym, żeby dbać o zasoby Bałtyku. Realizowaliśmy projekty z wieloma organizacjami ekologicznymi, dotyczące np. usuwania z dna Bałtyku utraconych narzędzi połowowych, czyli tzw. sieci widm. Teraz jesteśmy w trakcie projektu, który ma ograniczyć emisję spalin emitowanych przez kutry rybackie. Staramy się też o certyfikat zrównoważonego rybołówstwa MSC dla naszych ryb bałtyckich – podkreśla Marcin Radkowski.

Według danych Europejskiego Obserwatorium Rynku w zakresie Rybołówstwa (EUMOFA) statystyczny Polak zjada rocznie ok. 14,5 kg ryb, czyli nawet trzykrotnie mniej niż mieszkańcy krajów śródziemnomorskich. Co istotne, rzadko też sięgamy po ryby z Bałtyku. Rodzime gatunki, takie jak śledź, szprot, flądra, łosoś, turbot czy sandacz, częściej trafiają na stoły w Skandynawii czy Europie Zachodniej, gdzie są cenione przez konsumentów ze względu na swoje prozdrowotne właściwości. Badania jednoznacznie udowadniają, że ryby i przetwory rybne z Bałtyku zawierają śladowe zawartości zanieczyszczeń i nie zagrażają konsumentom.

– Badania Morskiego Instytutu Rybackiego wskazują, że poziom zanieczyszczeń w rybach bałtyckich jest zdecydowanie niższy niż jeszcze 2030 lat temu. Zresztą ryby bałtyckie nigdy nie przekraczały jakichkolwiek norm, nawet się do nich nie zbliżamy. Ryby bałtyckie są pełne wielonasyconych kwasów omega-3, mają łatwo przyswajalne białko, mikroelementy i witaminy, dlatego gorąco je polecam. Powinniśmy wszyscy dbać o Bałtyk i o rzeki, które do niego wpadają, żeby tych zasobów starczyło nam na jak najdłużej – podsumowuje prezes zarządu Kołobrzeskiej Grupy Producentów Ryb.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/trafiajace-do-baltyku,p1526122822

Przedstawicielka WHO w Polsce: Szczepionka Johnson & Johnson może się okazać przełomem w walce z COVID-19. Jednak wirus jest inteligentny, musimy pozostać czujni i gotowi

Od grudnia 2020 roku opracowywanych jest ponad 200 kandydatów na szczepionki przeciwko SARS-CoV-2. Szczepionka Johnson & Johnson, która niedawno została dopuszczona do obrotu, może stanowić przełom w walce z koronawirusem. Wystarczy podanie tylko jednej dawki, a sam preparat może być przechowywany w temperaturze, jaka panuje w zwykłej lodówce. W przyszłości będzie jednak więcej epidemii koronawirusa. Nietoperze i inne ssaki są bogate w szczepy wirusów, a niektóre z tych patogenów nieuchronnie przedostaną się przez barierę gatunkową i spowodują nowe pandemie. Dlatego kluczowe jest opracowanie szczepionki przeciwko pankoronawirusowi.

– Preparat firmy Johnson & Johnson będzie prawdopodobnie przełomowy, ponieważ znacznie łatwiej jest szczepić pacjentów jedną dawką. Nie trzeba umawiać kolejnej wizyty, upewniać się, że pacjent przyjdzie ponownie, zapewniać dostępności preparatu na pierwszą i drugą dawkę. Im prostsze procedury, tym łatwiej można realizować program – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr Paloma Cuchi, przedstawicielka Światowej Organizacji Zdrowia w Polsce.

Niedawno do obrotu została dopuszczona szczepionka Johnson & Johnson. Zdaniem wielu ekspertów może się okazać przełomowa w walce z koronawirusem. Chociaż ma niższy ogólny wskaźnik skuteczności w Stanach Zjednoczonych (72 proc. przy nawet 95 proc. innych szczepionek), to badania firm były przeprowadzane w różnych miejscach, w różnym czasie. Niższa wartość niż w przypadku już wcześniej dopuszczonych preparatów wiąże się prawdopodobnie z występowaniem mutacji koronawirusa, które podczas badań prowadzonych latem ubiegłego roku nie odgrywały jeszcze tak znaczącej roli.

Badania wykazały też, że nowa szczepionka chroni przed brazylijskim i południowoafrykańskim wariantem koronawirusa. Co istotne, w przeciwieństwie do pozostałych preparatów wystarczy jedna dawka zamiast dwóch, łatwiej też jest ją przechowywać.

– Preparat ten nie ma tak restrykcyjnych wymagań dotyczących temperatury przechowywania. Odchodzi więc sprawa posiadania dużej lodówki, a więc mniejsze są także nakłady. W rzeczywistości będziemy mieli jednak do czynienia z połączeniem różnych szczepionek i koniecznością dalszego stosowania znanych nam już środków, takich jak maski czy dezynfekcja dłoni. Sama szczepionka nie rozwiąże całego problemu niezależnie od tego, czy potrzebna będzie jedna, czy dwie dawki  – wskazuje dr Paloma Cuchi. – Dopiero połączenie wszystkich środków bezpieczeństwa pozwoli nam osiągnąć przełom w walce z COVID-19.

Każdy podtyp koronawirusa może wielokrotnie mutować, tym samym skuteczność szczepionek może być z biegiem czasu i pojawianiem się kolejnych mutacji mniej skuteczna.

– Koronawirusów nie powinniśmy traktować odrębnie. Jest rodzina koronawirusów i wyróżniamy w jej ramach podtypy. To samo dotyczy grypy. W miarę zachorowań wirus grypy zmienia się w niewielkim stopniu. Należy pamiętać, że jest system, w ramach którego kraje obserwują różne szczepy tej samej rodziny, czyli podtypy koronawirusa. Bardzo ważne jest więc alarmowanie i monitorowanie sytuacji – mówi przedstawicielka WHO w Polsce.

W przyszłości epidemii koronawirusa może być więcej. Nietoperze i inne ssaki są bogate w szczepy i gatunki tej licznej rodziny wirusów. Niektóre z tych patogenów mogą przeskoczyć barierę gatunkową. Dlatego obecnie naukowcy zaczynają opracowywać prototypy szczepionki przeciwko pankoronawirusowi, czyli przeciwko wszystkim koronawirusom. Pierwsze wyniki eksperymentów na zwierzętach są obiecujące.

Po pierwszej identyfikacji koronawirusów w latach 60. XX wieku nie stały się one priorytetem dla twórców szczepionek. Wydawało się, że powodują jedynie łagodne przeziębienia. Jednak w 2002 roku pojawił się nowy koronawirus, SARS-CoV, powodujący śmiertelne zapalenie płuc, zwane zespołem ostrego układu oddechowego. Niebezpieczeństwo koronawirusów stało się jeszcze wyraźniejsze w 2012 roku, kiedy drugi gatunek pochodzący od nietoperzy spowodował kolejną śmiertelną chorobę układu oddechowego, MERS. Naukowcy rozpoczęli prace nad szczepionkami, jednak niektórzy badacze zastanawiali się, czy stworzenie nowej szczepionki dla każdego nowego koronawirusa jest faktycznie najlepszym rozwiązaniem.

W 2019 roku pojawił się SARS-CoV-2, który choć ma znacznie niższy wskaźnik śmiertelności niż jego poprzednicy, to szybciej przenosi się z człowieka na człowieka. Wszystko wskazuje na to, że tylko szczepionka przeciwko pankoronawirusowi może pomóc w walce z kolejnymi pandemiami. Obecnie jednak, w przypadku COVID-19, szczepionki okazują się niemal całkowicie skuteczne, niezależnie od wariantów i mutacji koronawirusa. To zaś daje nadzieję, że wkrótce pandemia zacznie wygasać.

– Istotne, że mamy system, który zapewnia bieżącą obserwację sytuacji, aby społeczność międzynarodowa mogła wdrażać konieczne działania. Kolejną dobrą informacją jest to, że w wielu z dostępnych szczepionek możliwe jest dostosowanie cząsteczek neutralizujących, aby szczepionka działała na nowe szczepy koronawirusa. Mogą pojawiać się zmiany, wirus jest inteligentny i zmienia się z czasem, musimy więc pozostać czujni i gotowi – podkreśla dr Paloma Cuchi.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/przedstawicielka-who-w,p225977318

Fala ataków cyberprzestępców w pandemii przybiera na sile. W 2020 roku tylko w USA straty sięgnęły 4,1 mld dol. [DEPESZA]

Coroczny raport FBI o przestępstwach internetowych wskazuje, że w 2020 roku łączna liczba otrzymanych skarg wzrosła o 69 proc. w ciągu roku, a zgłoszone straty sięgają rekordowych 4,2 mld dol. Ponad 28 tys. skarg dotyczyło ataków związanych z COVID-19. Cyberprzestępcy najczęściej wykorzystują phishing, ransomware czy włamują się do poczty elektronicznej. – Cyberprzestępcy w czasie pandemii korzystają z naszego uzależnienia od technologii, aby rzucić się w wir przestępczości internetowej – podkreśla Paul Abbate, zastępca dyrektora Federalnego Biura Śledczego.

Ubiegły rok okazał się rekordowy pod względem liczby cyberprzestępstw. Coroczny raport Internet Crime Complaint Center (IC3) FBI wskazuje, że w 2020 roku ofiary cyberprzestępczości w USA straciły łącznie 4,1 mld dol. w ciągu roku. To o 700 mln dol. więcej niż w 2019 roku. Znacząco wzrosła także liczba skarg otrzymanych przez IC3.

– IC3 (Internet Crime Complaint Center – przyp. red.) otrzymało rekordową liczbę blisko 792 tys. skarg od Amerykanów w 2020 roku. Oznacza to 69-proc. wzrost liczby skarg w stosunku do 2019 roku. Straty wynikające z cyberprzestępstw przekroczyły zaś 4,1 mld dol. – wylicza Paul Abbate, zastępca dyrektora Federalnego Biura Śledczego.

W dużej mierze to efekt pandemii, pracy zdalnej czy coraz popularniejszych platform do komunikacji. Aplikacja Zoom, miejsce spotkań wirtualnych, była nieustannie celem różnych cyberataków. W kwietniu 2020 roku doszło do ogromnego naruszenia danych. Ponad 500 tys. haseł Zoom zostało skradzionych, sprzedanych, a nawet rozdanych za darmo na forach dark web. Udostępniono dane logowania ofiar, adresy URL osobistych spotkań i klucze hostów.

– Cyberprzestępcy w czasie pandemii korzystają z naszego uzależnienia od technologii, aby rzucić się w wir przestępczości internetowej – podkreśla Paul Abbate.

Najbardziej nowatorskimi formami przestępczości, jakie pojawiły się w zeszłym roku, było wykorzystywanie w Internecie ustawy CARES, federalnego pakietu pomocy gospodarczej dla małych firm w czasie pandemii. Zorganizowane grupy oszustów często składały masowo fałszywe wnioski, wykorzystując skradzione dane osobowe. Przestępcy podszywali się pod urzędników państwowych, kontaktowali się z ofiarami za pośrednictwem poczty elektronicznej, telefonów i mediów społecznościowych w celu zebrania ich danych osobowych. Do IC3 wpłynęły tysiące skarg dotyczących pojawiających się przestępstw finansowych związanych z funduszami CARES, w szczególności dotyczących ubezpieczeń na wypadek bezrobocia, pożyczek w ramach programu ochrony pensji i pożyczek na wypadek szkód ekonomicznych dla małych firm.

Wciąż jednak, jak wynika z raportu IC3, cyberprzestępcy najczęściej wykorzystują phishing, vishing (phishing wideo), smishing (phishing tekstowy) i pharming (przekierowanie ruchu internetowego na stronę kontrolowaną przez cyberprzestępców).

Częste są również włamania na biznesową pocztę e-mail. Haker uzyskuje dostęp do firmowego konta e-mail lub fałszywego konta, a następnie podszywa się pod wiadomości e-mail dyrektorów firmy, żądając przesłania płatności przelewem. W 2020 roku do IC3 wpłynęło 19 369 skarg dotyczących tego rodzaju ataków, z których straty finansowe wyniosły ok. 1,8 mld dol.

– Przestępcy wykorzystują phishing, spoofing, wymuszenia i różne rodzaje oszustw internetowych, aby dotrzeć do najbardziej narażonych osób w naszym społeczeństwie – pracowników medycznych poszukujących środków ochrony osobistej, rodzin szukających informacji o czekach stymulacyjnych pomocnych w opłaceniu rachunków i wielu innych – wymienia Paul Abbate.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/fala-atakow,p2142020555

Trzecia fala pandemii dotarła do Warszawy. W wielu szpitalach brakuje łóżek, ale też kadry medycznej

W piątek na SOR w Szpitalu Bródnowskim brakowało 22 łóżek dla pacjentów, a w Szpitalu Bielańskim – 61, które trzeba było uzupełnić dostawkami. Dane z Systemu Informacji o Szpitalach pokazują trudną sytuację warszawskich placówek, które borykają się z trzecią falą pandemii. Przepełnione szpitale miała odciążyć otwarta w lutym placówka na Ursynowie, ale brakuje lekarzy i pielęgniarek, żeby ją zapełnić. W efekcie Szpital Południowy na 300 dostępnych łóżek może w tej chwili przyjąć raptem kilkudziesięciu pacjentów. Ratusz we współpracy z wojewodą mazowieckim prowadzą poszukiwania kadr medycznych, ale tych brakuje już w skali całego kraju.

– Mamy do czynienia z trzecią, dosyć mocną falą epidemii COVID-19, na którą nałożyły się dodatkowe czynniki. Po pierwsze, wielu pacjentów niecovidowych po prostu musiało wrócić do szpitali na różnego rodzaju zabiegi, operacje odłożone w czasie. Ten rok był dość trudny, ponieważ wielu pacjentów przymuszonych sytuacją albo z własnej woli rezygnowało z diagnostyki i leczenia. Dzisiaj to wraca ze zdwojoną siłą. W tej chwili mamy szpitale pełne pacjentów niecovidowych, a do tego dochodzi jeszcze potrzeba kolejnych łóżek dla pacjentów z COVID-19, których intensywnie przybywa – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Renata Kaznowska, wiceprezydent m.st. Warszawy odpowiedzialna m.in. za obszar miejskiej polityki zdrowotnej.

W ostatnich dniach Ministerstwo Zdrowia informuje o rekordowych liczbach nowych zakażeń SARS-CoV-2 od początku roku. Aktualna liczba pacjentów przebywających w szpitalach (19 102) i pod respiratorami (1982) jest najwyższa od początku grudnia i rośnie. Zwłaszcza na Mazowszu, które jest w tej chwili największym ogniskiem COVID-19 i które notuje najwięcej zakażeń od początku pandemii w Polsce. Trzecia fala pandemii dotarła też do Warszawy.

W wielu miejskich szpitalach nie ma już miejsc dla zakażonych, SOR-y są przepełnione, a karetki czekają godzinami na wolne łóżko albo wożą pacjentów od jednej placówki do drugiej. Ciężką sytuację obrazują dane z Systemu Informacji o Szpitalach, według których w piątek po południu na oddziale ratunkowym w Szpitalu Praskim i na Solcu było zero wolnych miejsc, w Szpitalu Bródnowskim minus 22, a w Bielańskim minus 61. Minus określa liczbę dostawek ponad liczbę regularnych miejsc dla pacjentów. To oznacza, że np. w Szpitalu Bielańskim, który dysponuje 23 łóżkami na SOR, w piątek było aż 84 pacjentów. W miejskich szpitalach trwa też ekspresowe przekształcanie oddziałów internistycznych w covidowe.

– Wojewoda podjął decyzję, żeby w naszych szpitalach przekształcać łóżka niecovidowe w covidowe i tych przekształceń jest sporo. Szpital Bielański, który dotychczas miał 31 łóżek covidowych, docelowo ma mieć ich aż 98. Jednak ta decyzja została podjęta 9 marca z realizacją od 10 marca, co jest absolutnie niemożliwe, ponieważ te wszystkie łóżka są zajęte przez pacjentów. Musimy ich najpierw wyleczyć i wypisać albo przekierować do innych szpitali. Dlatego dyrektor szpitala odwołała się od tego terminu – mówi Renata Kaznowska. – Ale oczywiście przygotowujemy się do tego, żeby jak najszybciej i jak najwięcej łóżek przeznaczyć na potrzeby walki z COVID-19, choć ten proces trwa.

Jak podkreśla, dostępność łóżek dla pacjentów z COVID-19 to w tej chwili niejedyny problem, z jakim borykają się przepełnione, warszawskie szpitale. Kolejnym jest brak wystarczającej liczby kadry medycznej.

– Budowane są szpitale tymczasowe, ale szpitale i łóżka nie leczą. Potrzebni są lekarze i pielęgniarki, a z tym jest olbrzymi problem. Widać to na przykładzie naszego szpitala tymczasowego, który został zorganizowany w Szpitalu Południowym. On działa, przyjmuje pacjentów wyłącznie covidowych, w najcięższych stanach. Mamy jednak olbrzymi problem z kadrą medyczną. W tej chwili znalezienie pielęgniarki czy lekarza szczególnie internisty, anestezjologa jest rzeczą niezwykle trudną. Między innymi dlatego, że otwierają się kolejne placówki tymczasowe. W Warszawie jest olbrzymi szpital tymczasowy na Stadionie Narodowym, nasz tymczasowy Szpital Południowy, szpital wojskowy na Okęciu i inne, budowane w całej Polsce, które borykają się z tym samym problemem braku kadry – mówi wiceprezydent Warszawy.

Szpital Południowy na Ursynowie przyjmuje pierwszych pacjentów od 15 lutego, co oznacza, że jego oddanie do użytku zostało przyspieszone aż o pół roku. Było to możliwe m.in. dzięki dodatkowym 22 mln zł przekazanym przez wojewodę na doposażenie placówki. Na razie tymczasowy Szpital Południowy leczy tylko pacjentów zakażonych COVID-19. W odróżnieniu od podobnej placówki na Stadionie Narodowym przyjmuje też pacjentów w cięższym stanie, wymagających intensywnej opieki.

– Do tego szpitala trafiają najtrudniejsze przypadki z miasta. Staramy się zwiększać liczbę łóżek, ale największy problem to właśnie dostępność kadry medycznej. Mamy w tym szpitalu podpisanych 170 umów, ale to są bardzo często kontrakty i zlecenia cząstkowe. Brakuje nam lekarzy i pielęgniarek na dyżury w ciągu dnia, poszukujemy ich – mówi Renata Kaznowska.

Jak wskazuje, w tym tygodniu ratusz podpisał ponad 20 nowych umów z medykami, którzy będą pracować w Szpitalu Południowym. Dzięki temu placówka będzie w stanie zwiększyć liczbę łóżek dla pacjentów do 60, a w perspektywie kolejnego tygodnia przekroczyć 100.

Szpital Południowy to jeden z ośmiu szpitali tymczasowych na Mazowszu utworzonych w ramach planu zabezpieczenia łóżek covidowych. Przy komplecie lekarzy, pielęgniarek i kadry medycznej jest w stanie przyjąć ok. 300 pacjentów, w tym 80 na intensywnej terapii.

– Lekarzy i medyków do obsługi tego szpitala szukamy zarówno my, jak i wojewoda. Jeżeli są chętni i wolni medycy, to my oczywiście zachęcamy, dajemy ogłoszenia i szukamy. Mam nadzieję, że ten szpital będziemy mogli sukcesywnie zapełniać pacjentami – mówi wiceprezydent Warszawy.

Stołeczny ratusz zarządza 10 szpitalami na terenie Warszawy, które w ostatnich latach zostały w większości wyremontowane i doinwestowane. Miejskie szpitale samorządowe mają sprzęt i aparaturę o wartości 380 mln zł, z czego ponad 70 proc. zostało sfinansowane właśnie z budżetu stolicy. Sam koszt rozpoczętej w 2016 roku budowy Szpitala Południowego przekroczył 370 mln zł. Po zakończeniu pandemii koronawirusa nowy miejski szpital zacznie służyć mieszkańcom południowych dzielnic Warszawy.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/trzecia-fala-pandemii,p1565835252

Unia Europejska może stanąć przed poważnym kryzysem migracyjnym. Potrzebne większe nakłady na pomoc humanitarną i nowe podejście do migrantów

Pandemia ograniczyła napływ imigrantów z Afryki i Bliskiego Wschodu do Europy zaledwie o jedną piątą. Brak perspektyw w krajach afrykańskich czy na Bliskim Wschodzie, potęgowany skutkami kryzysu gospodarczego oraz konfliktów zbrojnych, może się stać już za kilka miesięcy źródłem wielomilionowej fali migracji w kierunku Starego Kontynentu. Według prezesa Fundacji Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej można temu zapobiec, inwestując w opiekę medyczną, edukację i pomoc żywieniową w tych krajach oraz umożliwienie legalnej emigracji, co pozwoli ją kontrolować.

– W roku 2020 ruch migracyjny do Europy spadł o około 20 proc., co jest dość niewielkim spadkiem, zważywszy na potężny wpływ pandemii na wszystkie kraje na szlakach migracyjnych, takich jak np. Libia. Ubóstwo, brak perspektyw, brak możliwości normalnego życia będą potężnym motorem wzrostu migracji w roku 2021 – przewiduje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Wojciech Wilk, prezes Fundacji Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej. – Ruchy migracyjne będą rosnąć nie tylko z terytorium Libii i południowego wybrzeża Morza Śródziemnego do Europy, ale także najprawdopodobniej z Libanu, Syrii oraz Turcji.

Fundacja pracuje w Libanie od 2012 roku i obserwuje, że ktokolwiek ma możliwość wyjazdu i środki na ten cel, stara się go opuścić. Dotyczy to głównie osób wykształconych: lekarzy, inżynierów, specjalistów, którzy nie widzą dla siebie perspektyw nie tylko rozwoju, ale i normalnego życia. W Libanie mieszka jednak zaledwie 5 mln osób, podczas gdy w kolejnym zagrożonym falą emigracji regionie – pasie krajów na południe od Sahary, takich jak Mali, Burkina Faso, Niger, przez Sudan i Sudan Południowy, po Erytreę i Etiopię – łącznie pół miliarda ludzi.

– To ogromna liczba osób dotknięta skutkami zmian klimatycznych, brakiem żywności i kryzysem gospodarczym spowodowanym COVID-em. To kilka tysięcy kilometrów od granicy Unii Europejskiej, ale przez Saharę biegną szlaki migracyjne i naprawdę nie dziwmy się, jeżeli za pół roku do roku na wybrzeżach Libii czy Mauretanii w kierunku Wysp Kanaryjskich będą dziesiątki tysięcy migrantów próbujących się dostać do Unii Europejskiej ­– podkreśla dr Wojciech Wilk. – Drugim zalążkiem niestabilności i kryzysów jest obszar Bliskiego Wschodu. W Syrii, kiedy myślimy, że w danym roku pomoc humanitarna osiągnęła już najgorszy punkt, w kolejnym roku jest jeszcze gorzej. Ludzie stoją w kilometrowych kolejkach po chleb, bo nie stać ich na zakup czegokolwiek innego, więc może działa w Syrii przycichły, ale nie skończył się kryzys humanitarny.

Niewiele lepiej jest w Iraku, Libii czy Jemenie. Szczególnie groźna jest sytuacja między Etiopią a Sudanem, gdzie napięcia polityczne są tak silne, że zachodzi obawa o wybuch konfliktu zbrojnego. Licząca 105 mln obywateli Etiopia rozdarta jest też zbrojnymi konfliktami wewnętrznymi.

– Wskutek tego prawie 1,5 mln ludzi musiało uciekać z domu. Gdyby sytuacja w Etiopii dalej rozwijała się w złym kierunku, to nawet jeżeli 10 proc. ludności tego kraju uciekłoby za granicę, to mówimy tutaj o fali 10 mln uchodźców – mówi prezes PCPM.

Według fundacji, jeśli bogate kraje Zachodu nie chcą ponosić zdrowotnych, społecznych i gospodarczych skutków fali nielegalnych imigrantów, powinny szybko podjąć działania pomocowe, które w sumie będą kosztować znacznie mniej. Dotyczy to nie tylko Europy, ale także Stanów Zjednoczonych, do których z Meksyku próbują się przedzierać nie tylko obywatele tego kraju, ale też np. Gwatemali.

– Konieczne jest wsparcie w zakresie szczepionek na COVID-19 w pierwszej kolejności krajów sąsiednich, ale w dalszej kolejności krajów dalej położonych. Jest to w naszym własnym interesie, żeby zapewnić bezpieczeństwo również naszych obywateli – precyzuje prezes Fundacji Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej. – Po drugie, konieczne jest wsparcie w zakresie pomocy humanitarnej i wsparcia dla gospodarek praktycznie wszystkich krajów na świecie. Oczywiście Unia Europejska nie jest w stanie sfinansować i pokryć wszystkich potrzeb, ale konieczne jest radykalne zwiększenie nakładów UE na ten cel dlatego, że to leży w jej długofalowym interesie.

Dziś Unia Europejska i państwa członkowskie odpowiadają za udzielanie ok. 36 proc. globalnej pomocy humanitarnej i są pod tym względem światowym liderem. W ubiegłym tygodniu Komisja Europejska zapowiedziała jednak zwiększenie zaangażowania i działania na rzecz większej skuteczności operacji humanitarnych. UE chce stworzyć nowy potencjał europejskich działań, aby interweniować bezpośrednio w sytuacji, gdy tradycyjne mechanizmy – np. za pośrednictwem partnerów UE – okażą się niewystarczające. Ten nowy potencjał ma ułatwiać logistykę i transport, gromadzenie zapasów i ich rozdzielanie. To może się okazać przydatne m.in. w kontekście dystrybucji szczepionek.

Jak wykazała ankieta przeprowadzona w 27 państwach członkowskich, 91 proc. respondentów pozytywnie ocenia działania humanitarne finansowane przez UE. Prawie połowa opowiada się za utrzymaniem nakładów na dotychczasowym poziomie, a 40 proc. – za ich zwiększeniem.  

Jak podkreśla dr Wojciech Wilk, nawet niewielkie z punktu widzenia krajów UE środki mogą znacząco poprawić byt ludności w krajach biednych, ustabilizować sytuację polityczną, podnieść poziom edukacji i opieki medycznej, zapewnić wodę i posiłki.

– Po trzecie, umożliwienie legalnej, nawet czasowej migracji pracowników do Unii Europejskiej zahamowałoby nielegalną migrację, a także dałoby ogromną motywację osobom, które chcą szukać lepszego wykształcenia czy kwalifikacji zawodowych w krajach afrykańskich. Jest to kluczowy element, bardzo niepopularny politycznie. Mało kto wie, że Polska jest krajem, który w zeszłym roku wydał najwięcej pozwoleń na pracę dla obcokrajowców spośród wszystkich państw UE – mówi prezes PCPM.

Z danych Urzędu do Spraw Cudzoziemców wynika, że ważne zezwolenia na pobyt w Polsce posiadało po 2020 roku 457,2 tys. cudzoziemców. W ubiegłym roku liczba ta wzrosła o nieco ponad 34 tys. osób. Największe grupy stanowili obywatele Ukrainy – 244,2 tys. osób, Białorusi – 28,8 tys., Niemiec – 20,5 tys., Rosji – 12,7 tys., Wietnamu – 10,9 tys., Indii – 9,9 tys., Włoch – 8,5 tys., Gruzji – 7,9 tys., Chin – 7,1 tys. oraz Wielkiej Brytanii – 6,6 tys. Z kolei według ZUS-u na koniec 2020 roku do ubezpieczeń społecznych zgłoszonych było 725 tys. obcokrajowców, o prawie 67,5 tys. więcej niż rok wcześniej.

 Jeżeli Polska może w ten sposób regulować swój rynek pracy i otwierać go dla obcokrajowców, oczywiście mówimy tutaj głównie o obywatelach Europy Wschodniej, to w podobnym kierunku powinny pójść kraje Europy Zachodniej. One z innych powodów cały czas liczą na to, że nielegalna migracja, bardzo często dominowana przez organizacje przestępcze, sama z siebie się ureguluje – wskazuje dr Wojciech Wilk. – Możemy jej nie zauważać, ale jeżeli ta migracja napędzana przez kryzysy gospodarcze wzrośnie o kilkadziesiąt procent, to Unia Europejska stanie przed ogromnym kryzysem.

ONZ szacuje, że w tym roku jedna na 33 osoby na świecie będzie potrzebowała pomocy humanitarnej. W stosunku do 2020 roku to wzrost o 40 proc., a względem 2014 roku – niemal trzykrotny. Jednocześnie – jak wskazuje KE – pogłębia się luka między dostępnymi środkami a zapotrzebowaniem. W ubiegłym roku ONZ apelowała o pomoc humanitarną w rekordowej wysokości 32,5 mld euro, a wartość udzielonej pomocy sięgnęła 15 mld euro. Ta luka może w tym roku być jeszcze większa. W UE tylko cztery państwa członkowskie i Komisja Europejska zapewniają około 90 proc. środków na finansowanie unijnej pomocy humanitarnej.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/unia-europejska-moze,p426969728

Pandemia przyspieszyła rozwój biotechnologii. Nowoczesna diagnostyka molekularna pozwoli łatwiej opracować szczepionki na nowe wirusy

Pandemia przyspieszyła rozwój biotechnologii, także w Polsce. Biotechnologia odgrywa kluczową rolę w walce z koronawirusem. Pracując z ludzkimi komórkami i mechanizmami genów, biotechnolodzy pogłębiają wiedzę na temat mechanizmów wirusowych, co może mieć ogromne znaczenie w przypadku przyszłych epidemii. – W wyniku pandemii powstanie wiele nowych produktów i firm związanych stricte z koronawirusem, ale również z detekcją wirusów jako takich – ocenia Piotr Barski, dyrektor Działu Badań i Rozwoju A&A Biotechnology.

– Koronawirus na pewno przyczynił się do lawinowego wzrostu zainteresowania biotechnologią, do wielkiego wzrostu świadomości społecznej na temat nowoczesnej diagnostyki molekularnej, jak również zwiększonej świadomości obecności wirusów w naszym życiu. I pod tym kątem na pewno przyczyni się do tego, że powstanie wiele nowych produktów, jak również firm związanych stricte z sytuacją pandemiczną, ale również w przyszłości w ogóle z detekcją wirusów – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Piotr Barski, dyrektor Działu Badań i Rozwoju A&A Biotechnology.

Pandemia przyspieszyła wyścig biotechnologiczny. Raport Polskiego Instytutu Ekonomicznego „Biotechnologiczny skok w przyszłość czy dryft” wskazuje, że biotechnologia – obok sektora ICT – jest obecnie obszarem, z którym wiążą się największe oczekiwania. Zwłaszcza w sytuacji pandemicznej daje ona nadzieję na rozwiązanie kluczowych wyzwań ludzkości – skuteczniejsze produkty lecznicze lub leki i terapie radzące sobie z nieuleczalnymi dotychczas schorzeniami.

Pokazała to m.in. pandemia świńskiej grypy. W ciągu kilku miesięcy dostępnych było już kilka miliardów dawek szczepionki przeciwko H1N1. Była gotowa tak szybko, ponieważ naukowcy wiedzieli, w jaki sposób wyprodukować odpowiednią szczepionkę. Badania kliniczne były szybkie, a producenci mieli już doświadczenie w pracy z takimi wirusami. Szczepionki przeciwko SARS-COV-2 były gotowe również w rekordowo szybkim czasie – w rok od wybuchu pandemii.

– Pandemia jako sytuacja krytyczna, wyjątkowa, przyczyniła się do gwałtownego wzrostu rynku biotechnologicznego w Polsce, ale to dotyczy całego świata z racji zagrożeń i rynku, który dotyczy wszystkich mieszkańców planety. Dlatego ja bym szacował, że ten wzrost to przynajmniej dwa rzędy wielkości, jeśli chodzi o możliwości polskich firm i polskiej branży właśnie z tych powodów – wskazuje dyrektor Działu Badań i Rozwoju A&A Biotechnology.

Polskie firmy biotechnologiczne włączyły się w prace nad opracowaniem szczepionki przeciwko koronawirusowi. W połowie marca 2020 roku Celon Pharma poinformowało, że zamierza rozpocząć prace nad stworzeniem leku na COVID-19. Badania kliniczne mają ruszyć w trzecim kwartale 2021 roku. Spółka OncoArendi i jej projekt OATD-01 w obszarze włóknienia płuc może znaleźć zastosowanie w leczeniu komplikacji po przebytym koronawirusie. Biomed Lublin Wytwórnia Surowic i Szczepionek pod koniec kwietnia podjął współpracę z Samodzielnym Publicznym Szpitalem Klinicznym nr 1 w Lublinie w zakresie produkcji immunoglobuliny z osocza ozdrowieńców.

Zwiększyły się również inwestycje w firmy poszukujące nowych leków. Korzystają na tym nie tylko te firmy, które skupiły się na badaniu SARS-CoV-2. To o tyle istotne, że mniejsze polskie przedsiębiorstwa mają mniejsze szanse, by konkurować ze światowymi gigantami, mogą jednak znaleźć niszę i w ten sposób wejść na zagraniczne rynki. Według ostrożnych szacunków w ciągu najbliższych lat fazę badań klinicznych w Polsce może rozpocząć kilkanaście nowych projektów. Wkrótce może być ich więcej, bo na rynku pojawiają się kolejne firmy biotech.

–  Rozwój sektora biotechnologicznego zostanie przynajmniej utrzymany, może nie na najwyższym poziomie z okresów pandemii, ale na pewno nie wróci do swojego pierwotnego stanu sprzed pandemii, ponieważ zainteresowanie tymi produktami będzie znacząco wyższe. Koronawirus nie jest jedynym organizmem, który jest wysoce zaraźliwy. Mamy szereg innych czynników etiologicznych, które zachowują się podobnie albo wymagają diagnostyki, również przesiewowej, więc zainteresowanie tymi produktami lekko zmaleje, ale będzie na znacznie wyższym poziomie niż do tej pory – ocenia dyrektor Działu Badań i Rozwoju A&A Biotechnology.

Grand View Research szacuje, że światowy rynek badań biotechnologicznych w 2025 roku może być wart 730 mld dol.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/pandemia-przyspieszyla,p825348051