Wypłaty za odwołane wycieczki pochłonęły 225 mln zł z Turystycznego Funduszu Zwrotów. Zgłoszono ok. 90 tys. wniosków

– Ze wsparcia Turystycznego Funduszu Zwrotów w rozliczeniach z klientami skorzystało prawie 300 touroperatorów i przedsiębiorstw turystycznych – informuje Marek Niechciał z Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego. Po zwrot pieniędzy za odwołane wycieczki zgłosiło się ok. 90 tys. Polaków, ale ze względu na to, że podpisywane przez nich umowy dotyczyły zwykle kilku osób, lista beneficjentów jest kilkukrotnie większa. Do końca marca wykorzystano łącznie 225 z zaplanowanych 300 mln zł środków zgromadzonych w TFZ. Kolejną formą wsparcia dla branży jest też działający od początku tego roku Turystyczny Fundusz Pomocowy, który stanowi zabezpieczenie na wypadek kolejnych nadzwyczajnych okoliczności. Na jego koncie jest 2 mln zł składek.

– Turystyczny Fundusz Zwrotów był otwarty dla każdego przedsiębiorstwa turystycznego. Ostatecznie zgłosiło się do nas 298 przedsiębiorstw, ale dwie bardzo duże firmy z pierwszej dziesiątki w nim nie uczestniczyły [Ecco Holiday i TUI Poland – red.], ponieważ postanowiły dokonywać zwrotów z własnych środków. Uwzględniając ten fakt, okazuje się, że w akcji zwrotów uczestniczy zdecydowana większość polskiego rynku turystycznego, liczonego wartością czy też liczbą podróżnych – mówi agencji Newseria Biznes Marek Niechciał, członek zarządu Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego odpowiedzialny za obszar turystyki.

Od października ub.r. Polacy mogli składać do Turystycznego Funduszu Zwrotów wnioski o zwrot pieniędzy za odwołane i niedoszłe z powodu pandemii wycieczki. Środki z TFZ – czyli specjalnego funduszu covidowego – były wypłacane, gdy podróżny nie otrzymał zwrotu wniesionej zaliczki albo nie wyraził zgody na przyjęcie vouchera od touroperatora. Zgodnie z ustawą o zwrot środków można było ubiegać się maksymalnie do 31 grudnia ub.r., ale weryfikacja wniosków trwała jeszcze do końca marca.

– Ustawa o Turystycznym Funduszu Zwrotów przewidywała, że zostanie na niego przeznaczone 300 mln zł. Do końca marca wykorzystano z tego 225 mln zł – mówi ekspert.

Jak informuje, po zwrot środków za odwołane wycieczki zgłosiło się około 90 tys. Polaków, z którymi touroperatorzy podpisali umowy. Rzadko kiedy umowa dotyczyła tylko jednej osoby, więc lista beneficjentów to kilkaset tysięcy osób. Każda wypłata musiała mieć potwierdzenie w dwóch źródłach: występował o nią zarówno touroperator, jak i jego klient. Jeżeli dane się zgadzały, pieniądze były wypłacane na jego konto. Jednak we wnioskach kierowanych do TFZ częste były też rozbieżności, które wymagały dłuższej weryfikacji.

– Głównym problemem, z jakim się zetknęliśmy, była kwestia nazwisk, ponieważ firmy turystyczne często przekazywały nam informacje w oparciu o bazy danych linii lotniczych, gdzie nie ma polskich znaków. Problematyczna była też kwestia daty zawarcia umowy, która często różniła się w zeznaniach przedsiębiorcy i podróżnego. Kolejny duży problem stanowiła różna liczba wpłat. Przykładowo podróżny płacił w dwóch ratach, ale robił to za pośrednictwem agenta, który jedną z tych wpłat podzielił. Dlatego po stronie firmy turystycznej mieliśmy już trzy płatności. Trudno było to połączyć, wymagało to już nie systemu teleinformatycznego, ale ręcznej pracy – wymienia członek zarządu Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego odpowiedzialny za obszar turystyki.

Działający przy UFG Turystyczny Fundusz Zwrotów stanowił formę pomocy nie tylko dla podróżnych poszkodowanych przez pandemię, ale i dla całej branży turystycznej. Firmy i touroperatorzy nie dysponowali bowiem wystarczającymi środkami, żeby samodzielnie rozliczyć się z klientami za odwołane wycieczki. Na ogół sami już wcześniej wpłacili zaliczki liniom lotniczym i hotelom, rezerwując ich usługi, a kiedy rozszalała się pandemia, mieli problem z odzyskaniem tych środków od zagranicznych kontrahentów, którzy zasłaniali się swoimi kosztami.

Zgodnie z ustawą o TFZ to państwo – na wniosek klienta i touroperatora – zwracało środki za odwołane wyjazdy, ale ta pomoc ma charakter zwrotny. Zwrot wypłaconych środków będzie dokonywany przez organizatorów turystyki w 72 ratach.

 Zgodnie z ustawą środki z Turystycznego Funduszu Zwrotów są pożyczką udzieloną przez fundusz covidowy BGK dla przedsiębiorstw turystycznych i trzeba je zwrócić w ciągu sześciu lat. Spłaty powinny rozpocząć się do 21 kwietnia br., natomiast wiem, że rząd i Sejm pracują nad nowelizacją tej ustawy tak, aby pozostałe płatności były dokonywane od 2022 roku. Czyli można powiedzieć, że ten proces będzie odłożony mniej więcej o osiem miesięcy – mówi Marek Niechciał.

Jak ocenia, zmiany przepisów uchwalone na przestrzeni ostatniego roku wzmocniły ochronę turystów i przyczyniły się do tego, że liczba upadłości w polskim sektorze turystycznym okazała się niewielka w stosunku do prognoz i sytuacji rynkowej.

– W 2020 roku formalnie upadłości było mniej niż w poprzednim, który był rekordowo dobry dla turystyki. Mieliśmy osiem upadłości, natomiast w 2019 roku – ponad 10, więc można powiedzieć, że prawo zadziałało i ochroniło zarówno firmy turystyczne, jak i konsumentów, którzy dostali zwrot zaliczek za niedoszłe imprezy turystyczne – podkreśla przedstawiciel UFG.

Jedną z form wsparcia dla sektora jest też wprowadzony z początkiem tego roku Turystyczny Fundusz Pomocowy, który stanowi formę zabezpieczenia na wypadek kolejnych, nadzwyczajnych okoliczności. Przedsiębiorstwa turystyczne od 1 stycznia br. są zobowiązane odprowadzać składki na TFG, w którym obecnie znajdują się już ponad 2 mln zł.

– W przyszłości w przypadku różnych nieprzewidzianych zdarzeń będzie można pożyczyć pieniądze Turystycznego Funduszu Pomocowego  przedsiębiorstwom w kłopotach, żeby uchronić je przed upadłością – wyjaśnia Marek Niechciał. – Przykładowo firma, która wysłała turystów w jakiś region, gdzie nagle wybucha wulkan albo wojna domowa, prawdopodobnie by zbankrutowała. Natomiast dzięki TFG będzie mogła pożyczyć środki, żeby później oddać w ciągu kilku lat i dzięki temu przetrwać na rynku.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/wyplaty-za-odwolane,p1224049938

Samorządy krytykują Krajowy Plan Odbudowy. Chcą większego udziału w dysponowaniu unijnymi środkami

Samorządy oceniają, że władze lokalne i regionalne zostały pominięte w pracach nad Krajowym Planem Odbudowy. Dokument pomija też ich rolę w dysponowaniu unijnymi środkami – pieniądze mają być dzielone centralnie i według mało klarownych, nieprecyzyjnych kryteriów. Dlatego samorządy domagają się wprowadzenia jasnych zasad i większego udziału w podziale funduszy. Na uwzględnienie ich postulatów rząd ma stosunkowo niewiele czasu, bo ostateczną wersję KPO musi przekazać Komisji Europejskiej do końca kwietnia.

– Krajowy Plan Odbudowy jest potrzebny, bo oczywiste jest, że pandemia wywołała szkody społeczne i gospodarcze. Kilka jego elementów przyjmujemy z zadowoleniem, a priorytety, które w nim wskazano, są bardzo istotne. Jako samorządy chcielibyśmy jednak położyć większy akcent na produktywność gospodarki, lepszy dostęp do usług zdrowotnych czy dostępność miejsc pracy – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Kuczera, prezydent Rybnika i przewodniczący Śląskiego Związku Gmin i Powiatów.

Krajowy Plan Odbudowy to zakrojony na szeroką skalę program inwestycji i reform na kolejne lata. Ma wzmocnić gospodarkę po covidowym kryzysie i przestawić ją na nowe, zielone tory. Taki program muszą przygotować wszystkie kraje członkowskie UE i jest to warunek uruchomienia środków z unijnego Funduszu Odbudowy, przeznaczonych na walkę ze skutkami pandemii. Łącznie Polska otrzyma z niego ponad 200 mld zł i będzie czwartym największym beneficjentem. Zgodnie z wymogami UE 37 proc. dotacji ma zostać przeznaczone na zieloną transformację, a 20 proc. – na cyfryzację.

Prace nad KPO koordynuje Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii. Proces konsultacji społecznych zakończył się 2 kwietnia, po czym dokument trafił do ponownego rozpatrzenia. Rząd ma na to stosunkowo niewiele czasu, ponieważ ostateczną wersję KPO musi przekazać Komisji Europejskiej do końca kwietnia. Ta będzie mieć z kolei dwa miesiące na jego zaakceptowanie.

W trakcie konsultacji wiele uwag do Krajowego Planu Odbudowy zgłosili m.in. przedsiębiorcy, NGO-sy i samorządy. Te podkreślają, że rząd pominął władze lokalne i regionalne w pracach nad KPO.

– W pewnym sensie wyklucza się samorządy z całego pomysłu. Inwestycje samorządowe przez bardzo długi czas stanowiły ok. 40–50 proc. wszystkich inwestycji w Polsce, dlatego to wykluczenie i pewna centralizacja Krajowego Planu Odbudowy jest w naszym rozumieniu czymś złym – mówi Piotr Kuczera.

Co więcej, dokument pomija też rolę samorządów w dysponowaniu unijnymi środkami, a pieniądze mają być dzielone na szczeblu centralnym.

– Centralizacja nie jest procesem, który służy rozwojowi samorządności. Wykluczenie samorządów powoduje też, że duże projekty ogólnopolskie są realizowane po prostu źle. Dlatego jak najwięcej inicjatyw powinno być skierowanych na te najniższe szczeble, bo ostatnich 30 lat istnienia samorządów pokazało, że potrafią one sobie z tym poradzić i są po prostu bliżej ludzi – podkreśla przewodniczący Śląskiego Związku Gmin i Powiatów.

KPO w obecnym kształcie skrytykowała też Unia Metropolii Polskich. Jej przedstawiciele wskazali, że projekt dyskryminuje miasta i ich obszary metropolitalne, co jest niezrozumiałe zwłaszcza w zakresie środków przeznaczonych np. na zieloną transformację czy niskoemisyjną mobilność. W ocenie prezydentów 12 największych polskich miast zabrakło też jasnych kryteriów, według których środki unijne będą dzielone na konkretne projekty.

– Postulujemy, żeby nie wykluczać z tego projektu także średnich miast, których mamy w Polsce 255. To one powinny być swoistymi lokomotywami rozwoju lokalnego – postuluje Piotr Kuczera. – Poza tym środki finansowe powinny być dysponowane klarowniej. Obecny tryb budzi szereg pytań, widzimy tendencję do centralizacji. Chcielibyśmy, żeby jednak to tryb konkursowy był najbardziej widoczny, a kryteria były transparentne i jasne.

Śląski Związek Gmin i Powiatów w swoim stanowisku wobec KPO wskazał także, że w rządowym dokumencie zabrakło też adekwatnych działań wspierających te branże, które najbardziej ucierpiały wskutek pandemii, czyli m.in. gastronomię, turystykę i drobny handel detaliczny.

– Pewne branże powinny zostać wsparte w większym stopniu – ocenia przewodniczący związku. – Dostrzegamy też, że w tym planie pojawia się cyfryzacja, ale w większym stopniu powinny zostać zaakcentowane np. kompetencje cyfrowe pracowników samorządowych i generalnie społeczeństwa. To dla jednostek samorządu terytorialnego jest bardzo ważne.

W projekcie KPO uwzględniono też zagadnienia związane z cyberbezpieczeństwem. Jednak finansowanie w tym zakresie przewidziano tylko na poziomie krajowym. Tymczasem dla zapewnienia bezpieczeństwa e-usług, świadczonych na poziomie lokalnym lub regionalnym, potrzebne jest też finansowanie dla samorządów.

Wśród strategicznych kwestii jest też potrzeba finansowania działań przyszłościowych. Pandemia się pojawiła i kiedyś minie, ale pytanie, czy ten plan pozwoli nam się przygotować na ewentualne kolejne fale i problemy związane z mutacjami wirusa – mówi Piotr Kuczera.

Śląskie samorządy poruszają też wątek planowanej reformy planowania przestrzennego. W ich ocenie termin wdrożenia w połowie 2026 roku jest mało realny. Dodają, że wyzwanie – jakim jest zmniejszenie konfliktów przestrzennych i ograniczenie kosztów suburbanizacji – nie zostanie osiągnięte bez odpowiednich regulacji ustawowych, a może i konstytucyjnych. Aktualny projekt planu nie wskazuje jednak takich rozwiązań.

 W kilku kwestiach wskazujemy na potrzebę dość daleko idących zmian i jedną z nich jest właśnie planowanie przestrzenne. Dla gmin jest to element podstawowy. Z punktu widzenia dat, które tu wyznaczono, widzimy pewną trudność związaną z tak szybką mobilizacją i przygotowaniem całej propozycji – mówi prezydent Rybnika.

Jak podkreśla, z perspektywy całego Śląska jako regionu górniczego kluczowe będą też środki kierowane na przebranżowienie i kształcenie nowych kompetencji. Tym bardziej w obliczu planowej transformacji regionu.

– Stoimy przed wyzwaniem pokoleniowym, szczególnie w średnich miastach zauważalny jest odpływ najzdolniejszych do dużych metropolii w poszukiwaniu wykształcenia i pracy. Wyzwaniem jest przyciąganie do nas takich gałęzi biznesu czy gospodarki, które spowodują, że wiedza nabyta w dużych ośrodkach będzie mogła zostać przekazana tutaj. Za tym idą oczywiście dobrze płatne miejsca pracy, które często decydują o tym, czy proces marginalizacji średnich miast postępuje, czy też nie – wyjaśnia Piotr Kuczera. – Branża górnicza jest dobrze płatna, ale nie do końca przyszłościowa. Dlatego bardzo liczę, że te pieniądze, które pójdą w kierunku specjalizacji, szkoleń i przygotowania nowych kadr, stworzą wartość dodaną i spowodują, że wykształcona kadra będzie chciała zostać na miejscu. Dzięki temu życie gospodarcze średnich miast będzie lepsze, oparte na nowych technologiach, nowym przemyśle, nowym biznesie.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/samorzady-krytykuja,p1463483279

Płuca do przeszczepu dzięki innowacyjnemu urządzeniu mogą być utrzymane przez pół doby w warunkach fizjologicznych. Taka procedura medyczna bywa ostatnim ratunkiem po ciężkim przebiegu COVID-19

Dzięki urządzeniu OCS Lung płuca pobrane od dawcy można przechowywać do 12 godzin w warunkach zbliżonych do tych, jakie panują w ciele żyjącego człowieka. Standardowo narząd poza organizmem może wytrzymać w warunkach hipotermii maksymalnie do czterech godzin. Przeszczep jest jedyną drogą ratunku dla pacjentów, którzy w wyniku choroby COVID-19 doznali nieodwracalnego uszkodzenia płuc. W szpitalu w Zabrzu udało się w ten sposób ocalić życie sześciu osób.

– TransMedics ma jedyny, unikalny sprzęt, który pozwala przewozić płuca w innych niż dotychczas warunkach. Wszystkie inne sposoby przewożenia łączą się z hipotermią, czyli z chłodzeniem, z lodem, a to jest coś, czego ta filozofia transportu narządów unika – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr n. med. Zygmunt Kaliciński, lekarz kardiochirurg, transplantolog, prezes Fundacji dla Transplantacji.

Dzięki urządzeniu OCS Lung płuca pobrane od dawcy są utrzymywane w stanie zbliżonym do fizjologicznego. Pozwala to wydłużyć maksymalny czas od pobrania do zakończenia przeszczepu z 4 do 12 godzin. Co więcej, według danych producenta o 50 proc. zmniejszone jest ryzyko pierwotnej dysfunkcji przeszczepu, które jest najczęstszym powikłaniem rzutującym na skuteczność transplantacji. Urządzenie jest zatwierdzone do użycia przez amerykańską Agencję Żywności i Leków. Sprzęt może się okazać jednym z ważniejszych narzędzi w walce o życie pacjentów z ciężkim przebiegiem choroby COVID-19.

– Płuca to w tej chwili gorący temat przez COVID. Na oddziale intensywnej terapii podtrzymujemy przez aparaturę ECMO życie kilku osób, które czekają na przeszczep płuc, ponieważ COVID zniszczył  całkowicie ich płuca i nie mają żadnych szans. Tylko przeszczep płuc może je uratować – wskazuje dr Zygmunt Kaliciński.

W Śląskim Centrum Chorób Serca w Zabrzu przeszczepiono płuca już sześciu pacjentom po COVID-19. Pierwsza taka procedura została tam przeprowadzona latem ubiegłego roku. Wszyscy pacjenci poddani transplantacji byli osobami w wieku poniżej 50 lat, wcześniej nieobciążonymi żadnymi schorzeniami.

– Zwracamy się z tym do naszych transplantologów płuc i do władz, żeby wprowadzić ten sprzęt do Polski. W porównaniu do obecnie w Polsce stosowanej metody transportu płuc w lodzie w hipotermii nowa metoda pozwala przechowywać organ w transporcie do biorcy w warunkach fizjologicznych w normotermii. Będziemy walczyć o to, żeby była stosowana w Polsce – zapowiada kardiochirurg.

W niektórych przypadkach płuca nawet w niewielkim stopniu uszkodzone, np. od osoby po łagodnym przebiegu COVID-19, mogą być wykorzystane do przeszczepu innemu choremu. Pierwszy przeszczep od pacjenta pocovidowego został przeprowadzony pod koniec ubiegłego roku przez belgijski szpital uniwersytecki UZ Leuven. Z kolei w lutym tego roku chirurdzy z Northwestern Medicine w Chicago z powodzeniem przeszczepili oba płuca ozdrowieńca mężczyźnie, którego płuca zostały nieodwracalnie zniszczone przez tę chorobę.

Według danych Poltransplantu w całym ubiegłym roku dokonano przeszczepu płuca od 51 dawców. Na liście oczekujących na przeszczep znajduje się w Polsce średnio około 150 osób.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/pluca-do-przeszczepu,p1164253775

Pandemia i unijne prawo zrewolucjonizowały polską bankowość. W polskich bankach pojawia się coraz więcej nowych technologii

Pandemia stała się katalizatorem zmian w bankowości. Przyspieszyła procesy wykorzystywania nowych technologii zapoczątkowane już wcześniej, zwiększając ich świadomość w coraz szerszej grupie użytkowników. Zmiany przyspieszyło też wejście w życie dyrektywy PSD2 – to dzięki niej poprzez jedno konto można mieć wgląd we wszystkie prowadzone rachunki. Dodatkowo coraz łatwiej jest założyć konto zdalnie. Pomagają w tym narzędzia, które pozwalają na cyfrowe potwierdzenie tożsamości.

– Dyrektywa PSD2 została wdrożona już ponad półtora roku temu i faktycznie krajobraz jest taki, że w większości polskich banków możemy dołączyć konto innego banku i mieć bardzo duży ogląd naszych finansów. Czyli jesteśmy w stanie połączyć konto w jednym banku, w drugim banku, w trzecim banku i widzieć to całościowo. Coraz częściej banki mogą też wysyłać polecenie zlecenia płatności do innego banku, co usprawnia cały proces – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr Katarzyna Niewińska z Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego.

Dzięki otwartej bankowości z poziomu jednej aplikacji można mieć wgląd we wszystkie swoje konta. Zgodnie z unijną dyrektywą banki musiały zapewnić dostęp do rachunków klientów zewnętrznym podmiotom – innym bankom, fintechom czy serwisom płatniczym. Dla klientów oznaczało to spore ułatwienia – nie ma już potrzeby wylogowania się z jednego banku, by móc zalogować się w kolejnym. Otwarta bankowość sprawiła, że z jednego miejsca możemy sprawdzać stan kont czy zlecać płatności w innym banku. Ułatwia to również proces weryfikacji zdolności kredytowej.

– PSD2 nie tylko daje możliwość instytucjom takim jak banki, lecz także instytucjom płatniczym do połączenia tych rachunków i mamy możliwość panowania nad naszymi finansami jako klienci detaliczni. Ale także przedsiębiorstwa, które operują w różnych krajach na świecie, dzięki otwartej bankowości mogą połączyć konta w różnych krajach i mieć całościowy obraz swoich finansów – przekonuje ekspertka.

Jeszcze w 2019 roku, na co wskazywały wyniki międzynarodowego badania „Finansowy barometr ING”, tylko 26 proc. Polaków twierdziło, że możliwość udostępniania danych klientów przez banki zewnętrznym podmiotom jest czymś użytecznym. Jedynie 22 proc. wyraziło gotowość udostępnienia danych. Pandemia zmieniła nastroje wśród użytkowników aplikacji bankowych.

– Szczęście w nieszczęściu, że PSD2 i pandemia ze sobą dosyć mocno współgrały. Dzięki PSD2 i otwartej bankowości ułatwiono nam otwieranie kont przez uwierzytelnienie w innym banku. Czyli nie musieliśmy iść do oddziału, żeby otworzyć konto w innym banku, tylko wystarczy, że uwierzytelnił nas inny bank, gdzie miał już nasze dane i przekazał je na podstawie właśnie otwartej bankowości innemu bankowi – tłumaczy Katarzyna Niewińska.

Dyrektywa PSD2 sprawiła, że banki są zobowiązane do stosowania tzw. silnego uwierzytelnienia klienta przy co szóstej transakcji lub jeśli skumulowana wartość transakcji bez silnego uwierzytelniania przekroczy 150 euro. W dobie pandemii możliwość bezdotykowych płatności okazała się nieoceniona, wzrosła też popularność e-zakupów. Do sieci niemal całkowicie przeniosła się też cała bankowość, zwłaszcza że prostszy i szybszy jest też sam proces założenia konta.

Związek Banków Polskich podaje, że dobrym przykładem szybkiego wdrożenia rozwiązania w czasie lockdownu było wykorzystanie selfie w procesie identyfikacji klientów przy zakładaniu konta bankowego (raport „COVID-19 – banki i technologia”). Pojawiają się też platformy do zdalnego podpisywania dokumentów – nie jest już konieczna wizyta w placówce. To, co jeszcze niedawno wymagało bezpośredniego kontaktu, teraz można całkowicie bezpiecznie wykonać samodzielnie w domu.

– Pandemia sprawiła, że nie musimy mieć zawsze papierowej umowy i m.in. w kilku bankach zostało wdrożone rozwiązanie polskiego start-upu, które „odpapieryzowało” nasze umowy. Możemy zawrzeć umowę i przechowywać ją w konkretnej aplikacji. To ogromna rewolucja, że klient w Polsce jest w stanie założyć konto w banku zdalnie, bez spotykania się z pracownikiem. Pandemia przede wszystkim wpłynęła na to, że wiele procesów w bankach zostało zautomatyzowane i scyfryzowane – podkreśla dr Katarzyna Niewińska.

Według raportu ZBP na koniec czerwca 2020 roku liczba użytkowników mobilnych aplikacji bankowych w Polsce wyniosła niemal 13 mln.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/pandemia-i-unijne-prawo,p1338489784

Już wkrótce szczepienia na COVID-19 będą mogły odbywać się w aptekach. Farmaceuci gotowi na nowe obowiązki

– Duża część aptek i farmaceutów w Polsce jest przygotowana do procesu szczepień – podkreślają przedstawiciele Związku Zawodowego Pracowników Farmacji. Dzięki podpisanej właśnie przez prezydenta ustawie będzie to możliwe już w II kwartale. Kilka tysięcy farmaceutów rozpoczęło szkolenia w Centrum Medycznym Kształcenia Podyplomowego potrzebne do tego, żeby wykonywać szczepienia. Rozszerzenie listy zawodów, które mogą to robić, ma przyspieszyć proces wyszczepiania społeczeństwa. Dodatkowe szczepionki Pfizera, który dotarły do Polski pół roku przed terminem, będą więc mogły zostać szybko wykorzystane.

Bez pomocy farmaceutów oraz pozostałych grup nie jesteśmy w stanie tak szybko zaszczepić populacji, jak byśmy tego chcieli. Jednym z liderów w zakresie szczepień na świecie jest Wielka Brytania, gdzie farmaceuci się chwalą i szczycą, że tak naprawdę dzięki nim jest tak wysoka wyszczepialność, nie tylko na COVID-19, ale i na grypę – mówi agencji informacyjnej dr n. farm. Piotr Merks, przewodniczący Związku Zawodowego Pracowników Farmacji, sekretarz generalny Europejskich Związków Zawodowych Pracowników Zatrudnionych w Aptekach. – Gospodarka jest w fatalnym stanie i jedyną szansą ratunku w tej całej sytuacji jest to, żeby jak najwięcej ośrodków mogło pacjentów szczepić.

1 kwietnia prezydent Andrzej Duda podpisał nowelizację ustawy o zapobieganiu oraz zwalczaniu zakażeń i chorób zakaźnych u ludzi, która daje prawo do kierowania pacjentów na szczepienia zdecydowanie szerszej grupie zawodów medycznych niż tylko lekarze, którzy do tej pory mogli to robić jako jedyni. W gronie tym mają się znaleźć m.in. farmaceuci, dentyści, pielęgniarki, położne czy ratownicy medyczni. Szczegółowa lista zawodów ma być opublikowana w rozporządzeniu ministra zdrowia. Farmaceuci po przejściu dwuetapowego szkolenia także będą mogli wykonywać szczepienia. Kilka tysięcy z nich przechodzi już szkolenia, które kończyć się będą egzaminem. Zmiany w Narodowym Programie Szczepień zakładają także, że szczepienia będą również odbywać się w aptekach.

– Apteki są przygotowane do prowadzenia szczepień. Bardzo duża część aptek w Polsce posiada już specjalnie przygotowane pokoje konsultacji, bo my o tym projekcie właściwie mówimy od kilku lat, a pandemia była tylko kropką nad i – podkreśla Piotr Merks. – Nasze trzy projekty badawcze już dawno wykazały, że farmaceuci, zwłaszcza ci, którzy zostali przeszkoleni, są gotowi do szczepień, a trening spowoduje, że przełamią swoje obiekcje.

Włączenie farmaceutów i aptek do NPS pozwoli zwiększyć przepustowość szczepień w obliczu zakupienia przez Polskę dodatkowej puli szczepionek Pfizera, która miała dotrzeć jesienią – to niemal milion dodatkowych dawek. Odpowiedzialny za NPS minister Michał Dworczyk zadeklarował, że na koniec marca wolnych było niemal 2,3 mln terminów.

Trzeba zebrać potrzebne materiały: igły, strzykawki, przeprowadzić odpowiedni trening, co już trwa. Obecnie 1,5 tys. farmaceutów jest po części teoretycznej szkolenia, oczekujemy na część praktyczną, w której uzyskamy certyfikaty do tego, żeby wesprzeć ośrodki, w których się szczepi na COVID-19 – mówi przewodniczący Związku Zawodowego Pracowników Farmacji. – Z uwagi na to, że szczepionki są dobrze poznane, jest to wiedza bardzo udoskonalona przez wiele lat, dochodząca do perfekcji, to nie jest coś bardzo skomplikowanego w podaniu. Ryzyko z nimi związane, np. wstrząsu anafilaktycznego czy działań niepożądanych, jest dosyć niskie.

W Polsce do 1 kwietnia podanych zostało ponad 6,2 mln dawek szczepienia, co nie jest równoznaczne z liczbą osób zaszczepionych (wysoką odporność dają dopiero dwie dawki). Tego dnia został również pobity rekord zakażeń i zgonów – w ciągu doby przybyło 35 251 nowych chorych oraz 621 zmarłych.

W Europie ze szczepieniami najlepiej radzi sobie Wielka Brytania, która rozpoczęła szczepienia wcześniej niż Unia Europejska i postawiła na podanie pierwszej dawki jak największej liczbie osób. Dzięki temu już około połowy liczącego ok. 67 mln ludzi kraju ma przeciwciała na COVID-19; częściowo w wyniku przejścia choroby, ale w większości w efekcie zaszczepienia. We Wspólnocie najlepiej radzi sobie obecnie Malta, a najsłabiej – Bułgaria.

– Nie można porównywać przychodni do aptek czy innych miejsc, gdzie takie szczepienia są realizowane. Tu nie chodzi o współzawodnictwo, tylko o zwiększenie dostępności dla pacjentów. Na świecie obecnie nawet personel pomocniczy w aptekach czy przychodniach już zaczął podawać szczepionki – informuje sekretarz generalny Europejskich Związków Zawodowych Pracowników Zatrudnionych w Aptekach. – Na przykładzie Irlandii i Wielkiej Brytanii widać, że duże znaczenie ma edukacja i zachęcenie pacjentów przez farmaceutę w aptece do tego, żeby się zaszczepili. Jak pacjent nie chce tego zrobić w aptece, zawsze może pójść do przychodni, ale tam pewnie dłużej poczeka. Natomiast aptekę każdy ma w promieniu 5 minut od miejsca zamieszkania.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/juz-wkrotce-szczepienia,p1750467484

Przygotowanie stoków narciarskich do reżimu sanitarnego kosztowało 600 tys. zł. Przez zamknięty sezon przychody branży spadły o 60–80 proc.

Zamknięcie stoków w okresie świątecznym i na czas ferii zimowych znacznie ograniczyło działalność stacji narciarskich. Wiele z nich pracowało tylko przez połowę sezonu, a część stacji wykorzystało zaledwie 30 proc. zimowych dni. Przedsiębiorcy są rozgoryczeni i zapewniają, że ryzyko zarażenia koronawirusem podczas korzystania z wyciągów i jazdy na nartach było znikome. – Stworzyliśmy skuteczne zasady reżimu sanitarnego i nie znam przypadku potwierdzonego zakażenia na terenie ośrodka narciarskiego – zaznacza Piotr Rzetelski, wiceprezes stowarzyszenia Polskie Stacje Narciarskie i Turystyczne. Teraz branża apeluje o wsparcie do kolejnego sezonu zimowego.

Przedstawiciele branży informują, że skrócenie sezonu mocno wpłynęło na przychody stacji narciarskich – spadły średnio o ok. 60–80 proc., co postawiło cały sektor w dramatycznej sytuacji. Dodatkowo każdy dzień zamknięcia stoków kosztował w sumie 5 mln zł. Rozgoryczenie przedsiębiorców z branży narciarskiej pogłębia fakt, że ryzyko zarażenia podczas korzystania z wyciągów i stoków było znikome.

W wielu krajach na świecie przeprowadzono badania, w których sprawdzono możliwość zarażania się w ośrodku narciarskim. Okazało się, że przy zastosowaniu reżimu sanitarnego przebywanie na terenie otwartym powoduje bardzo małe, a wręcz znikome ryzyko zakażenia się koronawirusem – zauważa w rozmowie z agencją Newseria Biznes Piotr Rzetelski.

W kolejkach gondolowych i na wyciągach wprowadzono ograniczenie do 50 proc. zajętych miejsc, a dodatkowo w wagonikach były otwarte okna. Z kolei badania przeprowadzone latem 2020 roku w miejscowościach turystycznych w Karkonoszach i Górach Izerskich pokazały, że nie ma korelacji między zwyżką zakażeń na COVID-19 a turystyką. Przedsiębiorców dziwią decyzje rządu o zamknięciu stoków, szczególnie w kluczowym momencie dla całej branży, czyli w szczycie sezonu zimowego na przełomie grudnia i stycznia. Także w styczniu i lutym ruch turystyczny jest o wiele wyższy niż średnia z pozostałych miesięcy.

Przebywanie na świeżym powietrzu buduje odporność i jest jak najbardziej wskazane, oczywiście z zachowaniem reżimu sanitarnego – podkreśla wiceprezes stowarzyszenia Polskie Stacje Narciarskie i Turystyczne.

Przy udziale PSNiT powstały zasady reżimu sanitarnego dla stacji narciarskich, które następnie zostały pozytywnie zaopiniowane przez sanepid. Samo przygotowanie do sezonu pochłonęło 32 mln zł, a koszty uruchomienia ośrodków narciarskich w reżimie sanitarnym to kolejne 600 tys. zł.

– Przez całe ubiegłe lato zbieraliśmy informacje o doświadczeniach ze stacji narciarskich w całej Europie. Bazowaliśmy na tym, jak inni przygotowują się do zimy i sezonu narciarskiego w różnych częściach świata. Zaproponowaliśmy m.in. dobrowolnie ograniczenie liczby turystów – jeden klient na 100 mkw. powierzchni ośrodka – oraz inne środki ochronne – maseczki, dezynfekcję w każdym możliwym miejscu oraz 50 proc. przepustowości na krzesełkach czy w gondolach. Do tego większość stacji wprowadziła automaty do bezobsługowej i bezgotówkowej sprzedaży oraz zwrotu karnetów. Stworzyliśmy izolatki dla ewentualnych zarażonych oraz wydzielone tunele prowadzące do wyciągów, aby w kolejkach został zachowany dystans społeczny – wymienia Piotr Rzetelski.

O zachowaniu zasad reżimu sanitarnego systematycznie przypominały komunikaty z głośników oraz pracownicy stacji, którzy w razie uchybień zwracali uwagę narciarzom. Niektóre stacje narciarskie przed rozpoczęciem działalności zwracały się do Inspekcji Sanitarnej o wsparcie w działaniach, aby reżim sanitarny został odpowiednio zaplanowany i egzekwowany. Sanepid odwiedzał stacje i kontrolował zachowanie zasad.

Kontrole sanepidu w moim obiekcie odbywały się codziennie, ale nie traktowałem ich jako formy nacisku, ale wsparcia w zachowaniu reżimu. Z każdej kontroli powstał protokół i w żadnym z nich nie pojawiły się uwagi lub zastrzeżenia. Wszystko zostało opisane i sfotografowane, a więc posiadamy dokumentację potwierdzającą, że nasze działania były właściwe. Nigdy nie było nawet podejrzenia, że u nas mogło dojść do zarażenia koronawirusem – zapewnia wiceprezes PSNiT.

Właściciele stacji narciarskich postulują do rządu o przygotowanie instrumentu wsparcia finansowego skierowanego do branży – wnioskują o rekompensatę do 60 proc. przychodów wyliczonych ze średniej z poprzednich sezonów. Chcą również, aby wachlarz PKD kwalifikujących się do wsparcia nie był ograniczony jak w tarczy PFR 2.0. Na liście postulatów są także: ulgi lub zwolnienia z podatku od nieruchomości i podatku od budowli na rok 2021 w drodze ustawy, dofinansowanie do wynagrodzeń pracowników, umorzenia ZUS, postojowe do następnego sezonu narciarskiego oraz preferencyjne stawki kredytów pozwalające na pokrycie zobowiązań leasingowych i kredytowych gwarantowane przez Skarb Państwa.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/przygotowanie-stokow,p1802261203

Pandemia przyspieszyła przejście na płatności cyfrowe. Transakcje w czasie rzeczywistym wzrosły w 2020 roku o ponad 40 proc. [DEPESZA]

Pod koniec 2019 roku 40 krajów miało już rozwiązania do przetwarzania płatności w czasie rzeczywistym, a kilka kolejnych ogłosiło swoje plany uruchomienia takiej usługi przed 2023 rokiem. Pandemia koronawirusa przyspieszyła te działania. W 2020 roku przetworzono ponad 70,3 mld transakcji płatności w czasie rzeczywistym, co oznacza wzrost o 41 proc. względem 2019 roku – wynika z raportu ACI Worldwide i GlobalData. – Kraje z rozbudowaną infrastrukturą płatności cyfrowych radziły sobie lepiej z ograniczaniem negatywnych skutków ekonomicznych pandemii niż te, które jej nie mają – przekonuje Jeremy Wilmot z ACI Worldwide.

Jak wskazuje Deloitte, płatności w czasie rzeczywistym zyskiwały na znaczeniu w latach poprzedzających wybuch pandemii. Na koniec 2019 roku 40 krajów miało rozwiązania do przetwarzania płatności w czasie rzeczywistym, a kilka kolejnych ogłosiło swoje plany uruchomienia przed 2023 rokiem.

Podczas pandemii dostęp do natychmiastowych funduszy stał się nadrzędny dla konsumentów i przedsiębiorstw z punktu widzenia utrzymania płynności finansowej. Terminowość wypłat świadczeń, takich jak ubezpieczenie społeczne, zasiłki dla bezrobotnych, pomoc rządowa i inna pomoc finansowa, stała się głównym problemem. Wybuch koronawirusa skłonił również konsumentów i przedsiębiorstwa do ograniczenia gotówki i zwiększenia wykorzystania płatności zbliżeniowych.

– Pandemia zwróciła szczególną uwagę na znaczenie płatności cyfrowych i infrastruktury płatniczej. Innowacje, które normalnie pojawiłyby się w trakcie całej dekady, zostały wdrożone w ciągu jednego roku. Zmieniły się także potrzeby konsumenta, które już nie wrócą do stanu sprzed pandemii, nawet po wyjściu z kryzysu – przekonuje Jeremy Wilmot, dyrektor ds. produktu w ACI Worldwide.

Z najnowszego raportu ACI Worldwide i GlobalData wynika, że w 2020 roku przetworzono ponad 70,3 mld transakcji płatności w czasie rzeczywistym, co oznacza wzrost o 41 proc. r/r. Z 25,5 mld transakcji płatności w czasie rzeczywistym niekwestionowanym liderem są Indie. Podium uzupełniają Chiny (15,7 mld transakcji) i Korea Południowa (6 mld). W czołówce znajdują się też Tajlandia (5,2 mld), Wielka Brytania (2,8 mld), Nigeria (1,9 mld) i Japonia (1,7 mld). Szybko rośnie liczba transakcji w czasie rzeczywistym w Brazylii (1,3 mld i wzrost o 58 proc. r/r)

Do krajów najszybciej rozwijających się w zakresie płatności w czasie rzeczywistym zalicza się Chorwację z oczekiwaną roczną stopą wzrostu na poziomie 374,4 proc. w latach 2020–2025, Kolumbię (112,7 proc.), Malezję (83,9 proc.), Peru (74,4 proc.) i Finlandię (71,4 proc.)

Regionem o najwyższym wzroście (CAGR 2020–2025) będzie Ameryka Północna (36,5 proc.), ponieważ zarówno Kanada, jak i Stany Zjednoczone modernizują systemy czasu rzeczywistego (RTR i FedNow).

– Kraje posiadające już rozbudowaną infrastrukturę płatności cyfrowych radziły sobie lepiej z ograniczaniem negatywnych skutków ekonomicznych pandemii niż te, które jej nie mają. Płatności w czasie rzeczywistym umożliwiły rządom i instytucjom finansowym przyspieszenie bardzo potrzebnych i oczekiwanych dopłat oraz wypłat środków z tytułu tarcz pomocowych dla obywateli. Umożliwiły również zachowanie płynności finansowej firmom, które musiały dostosować się do zakłóconych łańcuchów dostaw – wskazuje Jeremy Wilmot.

Ponieważ miliony ludzi na całym świecie zmieniły sposób, w jaki pracują, robią zakupy i płacą, adaptacja portfela mobilnego wzrosła do historycznego poziomu 46 proc. w 2020 roku. Dla porównania w 2019 roku było to 40,6 proc. i 18,9 proc. w 2018 roku.

– Płatności w czasie rzeczywistym globalnie wciąż znajdują się w początkowej fazie rozwoju. W wielu krajach koncentrują się głównie na oczywistym przypadku użycia płatności P2P – wskazuje Samuel Murrant, główny analityk ds. płatności w GlobalData. – Pandemia dała możliwość przyspieszenia ścieżki wzrostu dla tych instrumentów.

Udział w czasie rzeczywistym globalnych transakcji elektronicznych w 2020 roku wyniósł 9,8 proc., przy 7,6 proc. w 2019 roku. Przewiduje się, że do 2025 roku wzrośnie do 17,4 proc.

Znacząco wzrosła również wartość transakcji w czasie rzeczywistym – z 69 bln dol. do 92 bln dol. w ciągu roku (wzrost o 32,8 proc. od 2019 roku). Do 2025 roku średnioroczny wzrost wyniesie 12 proc.

– Gdy konsumenci przyzwyczają się do szybkości rozliczania płatności P2P w czasie rzeczywistym, w naturalny sposób przejdą do korzystania z nich w handlu elektronicznym, porzucając stosunkowo wolniejszy i mniej wygodny proces korzystania z kart płatniczych. Stąd już tylko krok do przejścia do szybkich płatności w sklepach – wskazuje Samuel Murrant.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/pandemia-przyspieszyla,p1465977230

Trwają prace nad stworzeniem jednego, obowiązującego na całym świecie paszportu szczepionkowego. Pomóc może m.in. technologia blockchain [DEPESZA]

Nadchodzi era paszportów szczepionkowych. Wszystko wskazuje na to, że by móc swobodnie podróżować i odwiedzać miejsca rozrywki, konieczne będzie przedstawienie zaświadczenia o zaszczepieniu przeciwko SARS-CoV-2. Grupa firm z sektora opieki zdrowotnej łączy siły, aby stworzyć cyfrowe karty identyfikacyjne szczepionek, które weryfikują status szczepień przeciwko koronawirusowi. Tak zwane szczepionkowe paszporty można przechowywać na smartfonach i innych urządzeniach cyfrowych. Pierwsze pilotaże z takimi aplikacjami już trwają – korzystają z nich pasażerowie Air France i mieszkańcy Nowego Jorku. Własne rozwiązania opracowują też agencja lotnicza IATA, Chiny czy Islandia.

Już wkrótce, żeby przyjść np. na koncert, trzeba będzie okazać nie tylko bilet gotowy do zeskanowania, lecz także dowód przyjęcia szczepionki. Grupa firm z sektora opieki zdrowotnej łączy siły, aby stworzyć cyfrowe karty identyfikacyjne, które weryfikują status szczepień na COVID-19. Vaccination Credential Initiative planuje stworzyć dostępny i bezpieczny sposób jego udowodnienia. Karty zdrowia będą zaszyfrowanymi danymi dotyczącymi szczepionek, które można przechowywać w dowolnym portfelu cyfrowym.

– W miarę gdy zwiększa się liczba zaszczepionych osób, niektórzy mogą wymagać posiadania dowodu, że są zaszczepieni. Sektor prywatny i koalicje non-profit już zaczynają nad tym pracować. Naszą rolą jest dopilnowanie, aby wszelkie rozwiązania w tej dziedzinie były proste, bezpłatne, otwarte, dostępne dla ludzi zarówno w wersji cyfrowej, jak i papierowej, i od początku zaprojektowane tak, aby chronić prywatność ludzi – podkreśla Jeffrey Zients, doradca prezydenta USA, koordynator ds. reagowania na koronawirusa w Białym Domu.

W przyszłości karty, które można przechowywać na smartfonach i innych urządzeniach cyfrowych, mogą być wymagane, aby uzyskać dostęp do restauracji, barów, szkół i samolotów. To krok, który może być konieczny, aby jak najszybciej ponownie otworzyć światową gospodarkę.

– Celem Vaccination Credential Initiative jest zapewnienie osobom fizycznym cyfrowego dostępu do ich danych o szczepieniach, tak aby mogły używać narzędzi takich jak CommonPass do bezpiecznych podróży czy powrotu do pracy, szkoły i życia, przy jednoczesnej ochronie prywatności danych – tłumaczy Paul Meyer, dyrektor generalny The Commons Project Foundation.

Obecnie już co najmniej 17 grup pracuje nad własnymi wersjami paszportów szczepionkowych. Nie tylko koalicja Vaccination Credential Initiative (VCI), lecz także Światowa Organizacja Zdrowia i Międzynarodowe Stowarzyszenie Transportu Lotniczego przygotowują własne aplikacje. Stan Nowy Jork zaczął już korzystać z przepustki cyfrowej opracowanej przez IBM. Może pokazywać status szczepień lub wyniki testu COVID-19, a część miejsc publicznych, jak Madison Square Garden, już zapowiedziała, że wykorzystają takie szczepionkowe paszporty jako przepustkę.

Nad swoim pomysłem pracują też Chiny. Potwierdzenia szczepienia elektroniczną aplikacją wprowadziła już Islandia, a w Izraelu obowiązuje karta Green Pass. Obecnie trwa pilotaż, w ramach którego pasażerowie linii Air France mogą skorzystać z aplikacji na smartfony potwierdzającej szczepienie lub nabycie odporności przeciw koronawirusowi. Unia Europejska zapowiedziała z kolei, że swój paszport szczepionkowy chce wprowadzić jeszcze w czerwcu tego roku.

Jeśli jednak system paszportów potwierdzających szczepienia lub nabycie odporności ma się sprawdzić, konieczne jest stworzenie jednego systemu integrującego różne rozwiązania. Tylko to pomoże zapewnić bezpieczeństwo danych.

– Standardy opracowywane przez Vaccination Credential Initiative, w połączeniu z dostępnością niedrogich, szybkich testów na smartfony, które FDA zaczyna autoryzować do użytku domowego, umożliwią twórcom aplikacji tworzenie rozwiązań do weryfikacji stanu zdrowia z zachowaniem prywatności, które można bezproblemowo zintegrować w istniejących systemach biletowych – wskazuje Ken Mayer, założyciel i dyrektor generalny Safe Health.

Programy poświadczające będą musiały mieć solidną ochronę prywatności i być odporne na włamania i fałszerstwa. Zwłaszcza że w dark necie już teraz można kupić nie tylko dawki szczepionek, ale też sfałszowane negatywne wyniki testów na koronawirusa czy właśnie podrobione paszporty szczepionek. Pomóc mogłoby wprowadzenie znaku wodnego do paszportu, nadanie unikalnego kodu QR lub wykorzystanie technologii blockchain.

– Safe Health pracuje obecnie z firmą Hedera nad opracowaniem rozwiązania zapewniającego bezpieczeństwo dla tłumu z wykorzystaniem technologii blockchain. Wykorzystujemy przy tym standardy VCI, które mają pomóc ponownie otworzyć koncerty i wydarzenia sportowe – zapowiada Ken Mayer.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/trwaja-prace-nad,p1610136779

Skup aut Warszawa

Każdy, kto jest zainteresowany korzystnym sprzedaniem swojego używanego samochodu powinien pamiętać o kilku kwestiach. Istnieje wiele czynników wpływających na to, jaką cenę jesteśmy w stanie uzyskać za konkretny pojazd. Warszawska firma, specjalizująca się w skupie aut https://kupieautowarszawa.pl/  kupuje samochody w każdym stanie technicznym i płaci gotówkę do ręki.


Jest to widoczne szczególnie w przypadku, gdy samochód ma odebrać skup aut. W takim miejscu dokonuje się rzecz jasna dogłębnych oględzin samochodu. Czasami skup samochodów będzie chciał rozebrać nasz pojazd na części, które następnie sprzeda. W innych przypadkach będzie jednak liczył na sprzedanie go w całości.

Skup Aut Warszawa

Jak przygotować auto do wyceny przez skup aut?


Zawsze warto dobrze przygotować taki samochód do sprzedaży. Przede wszystkim powinniśmy dokładnie się mu przyjrzeć i sprawdzić, czy nie posiada on istotnych wad technicznych. Bardzo często nawet nieznaczne rzeczy tego typu bardzo negatywnie wpływają na cenę pojazdu. Skup aut za gotówkę zaoferuje nam o wiele wyższą cenę, jeśli my zaproponujemy mu samochód w dobrym stanie. Usuwanie niewielkich usterek to często minimalny koszt, a jednocześnie wszystkie włożone w to pieniądze zwrócą się dzięki uzyskaniu wyższej ceny w skupie.

Skup samochodów w Warszawie


Nasza firma od lat zajmuje się skupem samochodów oraz kasacja pojazdów samochodowych. Po pomyślnie przeprowadzonej transakcji, odbieramy zakupiony pojazd własnym transportem lub jeśli auto jest sprawne, zostaje ono odholowane przez naszego kierowcę do naszej bazy.


Zapraszamy do kontaktu z nami na stronie https://kupieautowarszawa.pl/

Już 55 proc. imigrantów z Ukrainy chce kupić nieruchomość w Polsce. Coraz więcej planuje też otwarcie własnego biznesu

Zdecydowana większość Ukraińców jest zadowolona z pracy i jakości życia w Polsce, o czym świadczy m.in. to, że prawie połowa planuje zostać na stałe, a podobny odsetek zamierza sprowadzić do Polski swoją rodzinę. O poważnych planach Ukraińców związanych z Polską świadczy też fakt, że coraz więcej z nich decyduje się na zakup nieruchomości i założenie tutaj własnego biznesu. Takie plany ma już 40 proc. pracujących w Polsce obywateli Ukrainy. Sytuacja może się jednak zmienić, kiedy swoje granice otworzą dla nich inne kraje europejskie, bo wielu z nich jest zainteresowanych możliwością zatrudnienia w Niemczech, Czechach czy Skandynawii.

– Na emigrację zarobkową do Polski najczęściej decydują się młodzi obywatele Ukrainy, poniżej 39. roku życia. Co ciekawe, są to też osoby wykształcone. Ponad 28 proc. z nich posiada wykształcenie wyższe, a 48 proc. ma wykształcenie zawodowe lub średnie specjalistyczne – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Karolina Bogdevic, wiceprezes zarządu Gremi Personal.

Na polskim rynku pracy jest około 1,2 mln Ukraińców. Z badania przeprowadzonego w lutym br. przez Centrum Analityczne Gremi Personal wynika, że 10 proc. imigrantów z Ukrainy to kadra menedżerska, a 16 proc. to pracownicy umysłowi, zatrudnieni w takich sektorach jak edukacja, inżynieria, IT czy medycyna. Z kolei ponad połowa (53 proc.) jest zatrudniona w sektorze usług albo wykonuje pracę fizyczną. Wyższe płace w porównaniu z Ukrainą to istotny czynnik dla ponad 80 proc. imigrantów.

– Trzy główne zalety pracy w Polsce są związane z czynnikami ekonomicznymi. Po pierwsze, są to wyższe wynagrodzenia niż na Ukrainie, po drugie – stabilność gospodarcza, po trzecie – łatwiejszy dostęp do uzyskania wizy lub pozwoleń na pobyt czasowy w porównaniu do innych krajów Unii Europejskiej – wymienia Karolina Bogdevic. – Zdecydowana większość Ukraińców jest usatysfakcjonowana z życia i pracy w Polsce. Zadeklarowało tak w sumie aż 68 proc. z nich.

Tylko 18,6 proc. wskazało, że przeszkadza im negatywne nastawienie Polaków w środowisku pracy, a nastroje ksenofobiczne na własnej skórze odczuło jedynie 2 proc. badanych.

– Ta ostatnia liczba zmniejszyła się z 26 proc. w poprzednim roku – zauważa wiceprezes zarządu Gremi Personal.

Dla 25 proc. Ukraińców ważna jest też możliwość uzyskania zezwolenia na pobyt stały. Z badania Gremi Personal wynika, że o kartę stałego pobytu zamierza postarać się aż 2/3 przebywających w Polsce Ukraińców. Sondaż przeprowadzony w lutym na grupie 1,1 tys. przebywających w Polsce obywateli Ukrainy pokazuje, że tylko co trzeci chce szybko zarobić i wrócić do kraju. Prawie połowa natomiast (46,4 proc.) planuje zostać tu na stałe, a blisko 52 proc. zamierza sprowadzić do Polski swoją rodzinę. O poważnych planach Ukraińców związanych z Polską świadczy też fakt, że coraz więcej z nich decyduje się na założenie tutaj własnego biznesu.

– W 2020 roku taką chęć deklarowało 25 proc., natomiast w tym jest to już 40 proc. badanych – mówi Karolina Bogdevic. – Jest kilka branż, które cieszą się zainteresowaniem wśród Ukraińców. To przede wszystkim transport międzynarodowy z racji tego, że Polska jest europejskim liderem w przewozach, a Ukraińcy stanowią solidną część składową związaną z obsługą przewozów. Kolejną jest branża budowlana. Ukraińcy decydują się też na świadczenie usług, a więc otwierają swoje restauracje lub salony kosmetyczne. Wchodzą też w branże kreatywne, takie jak IT, reklama, marketing, wideo czy PR.

Jak zauważa wiceprezes zarządu Gremi Personal, osoby, które decydują się na prowadzenie własnej działalności, zwykle wcześniej przez kilka lat pracują w polskich firmach, zdobywając doświadczenie i ucząc się języka.

– Druga grupa to osoby, które mają doświadczenie zdobyte na terytorium Ukrainy i przyjeżdżają do Polski od razu z takim zamierzeniem, żeby tutaj prowadzić swój biznes. Polska przyciąga ich bardzo dobrymi warunkami gospodarczymi, stabilnością, przewidywalnością i przejrzystością – mówi.

Coraz więcej Ukraińców decyduje się także na zakup nieruchomości w Polsce. W 2020 roku taką chęć deklarowało 34 proc., natomiast w tym roku ten odsetek urósł już do 55 proc.

– Ukraińcy stanowią czołówkę cudzoziemców kupujących nieruchomości w Polsce. W porównaniu do Niemców, Brytyjczyków czy Skandynawów, którzy kupują nieruchomości w celach inwestycyjnych, Ukraińcy kupują je dla siebie. Chcą tu pozostać i się integrować. Spowodowane jest to także tym, że wprowadzono realne i możliwe warunki uzyskania kredytów hipotecznych na dobrych zasadach – wyjaśnia Karolina Bogdevic.

Polska jest atrakcyjnym krajem dla imigrantów zarobkowych, szczególnie w czasie pandemii. Nie mają oni większych problemów z przekraczaniem granicy czy prolongatą dokumentów. I to jest powód, dla którego Ukraińcy wciąż interesują się Polską. Może się to jednak zmienić, kiedy swoje granice otworzą dla nich inne kraje europejskie.

– Czynnikiem decydującym będzie wtedy ekonomia, a więc obywatele Ukrainy pojadą tam, gdzie będą mogli zarobić więcej. Ich zainteresowaniem cieszą się m.in. Niemcy, Czechy, Skandynawia, Stany Zjednoczone oraz Kanada. Co ciekawe, w porównaniu do zeszłego roku zainteresowanie pracą w krajach skandynawskich wzrosło aż dwukrotnie [z 22 proc. do 42,5 proc. w 2021 roku – red.] – mówi ekspertka.

Sondaż pokazuje, że ponad 54 proc. ukraińskich imigrantów zarobkowych jest zainteresowanych możliwością zatrudnienia w innym kraju niż Polska. Wiceprezes Gremi Personal wskazuje też, że główną przeszkodą dla podejmowania w Polsce pracy przez cudzoziemców wciąż pozostają formalności i biurokracja.

– W momencie, kiedy inne kraje się otworzą, a Polska nie zmieni legislacji dotyczącej zatrudniania cudzoziemców, to możemy być na przegranej pozycji – zauważa Karolina Bogdevic.  

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/juz-55-proc-imigrantow,p1399772638