Agencje kosmiczne testują nowy system obrony planetarnej. Statek kosmiczny spróbuje zmienić trajektorię księżyca asteroidy

Blisko Ziemi krąży ponad 22 tys. asteroid o średnicy co najmniej 40 metrów. Choć ich trajektorie nie pozwalają na razie sądzić, że zderzą się z naszą planetą, to potencjalnie mogą się okazać niebezpieczne. Obecnie na liście ryzykownych obiektów ESA znajduje się ich dokładnie 1164. Zderzenie z nimi może mieć dla naszej planety katastrofalne skutki, dlatego NASA i Europejska Agencja Kosmiczna testują rozwiązania, które mają zabezpieczyć Ziemię. W ramach misji Hera chcą zmienić trajektorię lotu księżyca planetoidy Didymos.

– Na Ziemię spadają nieustannie asteroidy. Możemy spojrzeć na Księżyc, który jest bardzo blisko Ziemi, natomiast nie ma atmosfery, która go chroni, i jest cały pokryty kraterami meteorytów. Gdyby Ziemia nie miała atmosfery, wyglądałaby bardzo podobnie, co pokazuje skalę uderzeń i obiektów kosmicznych, które potencjalnie spadają na jej powierzchnię. Prawdziwym zagrożeniem są duże obiekty, które w przypadku zderzenia mogą spowodować duże straty – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Paweł Kicman, inżynier systemów AOCS w Centrum Badań Kosmicznych.

NASA ocenia, że Ziemi zagraża blisko pół miliona obiektów, tzw. Near Earth Objects (NEO) o średnicy 40 m i większych. Z danych Europejskiej Agencji Kosmicznej wynika zaś, że w Układzie Słonecznym blisko Ziemi krąży ich ponad 22 tys. Większość z nich nie powinna zagrażać naszej planecie, jednak na liście ryzyka znajdują się obecnie 1164 asteroidy. Według naukowców najniebezpieczniejsza dla Ziemi jest zaledwie ośmiometrowa asteroida 2010 RF12, która może uderzyć w Ziemię 5 września 2095 roku, a prawdopodobieństwo wynosi aż 1 do 14.

– Wszystko to jednak jest obarczone błędem wynikającym z dokładności obliczeń, które jesteśmy w stanie wykonać. Najzwyczajniej na świecie nie potrafimy przewidzieć przyszłości z dokładnością na tyle dużą, żeby powiedzieć, że tak, na pewno, w dwa tysiące trzydziestym którymś roku asteroida uderzy w powierzchnię Ziemi. Możemy powiedzieć, że przeleci prawdopodobnie blisko, natomiast przedział tej odległości jest kwestią dokładności obliczeniowej – zaznacza ekspert.

To, jakie straty może spowodować obiekt kosmiczny, przekonaliśmy się w 2013 roku, kiedy nad obwodem czelabińskim, po wejściu w ziemską atmosferę, 17 metrowy meteoryt rozpadł się na małe części. Powstała w wyniku przelotu i eksplozji silna fala uderzeniowa spowodowała znaczne straty. W 2006 roku olbrzymia 100-metrowa asteroida minęła Tokio zaledwie o 70 km.

– Takich obiektów jest stosunkowo mało, większość z nich jest już znana i monitorowana. Natomiast nie wiemy o wszystkich, dlatego musimy być przygotowani na to, że będziemy musieli w pewnym momencie zadziałać – podkreśla Paweł Kicman.

NASA i Europejska Agencja Kosmiczna testują już rozwiązania, które mają zabezpieczyć Ziemię przed potencjalnym zderzeniem. Trwają przygotowania do nowego projektu Asteroid Impact and Deflection Assessment (AIDA). W misji wezmą udział dwa statki kosmiczne: Hera (zbudowana przez ESA) oraz zbudowany przez NASA – Double Asteroid Redirection Test (DART), który uderzy w księżyc planetoidy Didymos, czyli Dimorphos. Hera ma natomiast zbadać zmiany, które powstaną w wyniku uderzenia, krater i samą kompozycję asteroidy.

– Celem misji jest uderzenie w tego mniejszego asteroidę. To jest skała o rozmiarze około 100 metrów i mówimy tutaj o uderzeniu z prędkością około kilkunastu kilometrów na sekundę – mówi ekspert. – Dużą trudnością w wykonaniu tego zadania jest to, że obiekt, w który chcemy trafić, jest bardzo mały, a zbliżamy się do niego z bardzo dużą prędkością, więc w ostatniej chwili, tuż przed uderzeniem zaczynamy obserwować, gdzie on jest. Będzie bardzo mało czasu na korekty trajektorii i precyzyjne wycelowanie, więc technicznie jest to ogromne wyzwanie.

Statek DART do Dimorphosa ma dotrzeć w 2022 roku i będzie miał za zadanie zmienić trajektorię lotu satelity.

– W momencie uderzenia energia satelity zostaje przekazana asteroidzie. Teoria zakłada, że ilość energii jest wystarczająca do tego, żeby odrobinę odchylić trajektorię asteroidy. W skali kosmicznej nawet malutkie odchylenie asteroidy, wykonane odpowiednio wcześniej, spowoduje, że potencjalnie ominie Ziemię, gdyby miała zagrażać naszej planecie – wskazuje Paweł Kicman.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/agencje-kosmiczne-testuja,p1130064082

W poszukiwaniu leku na COVID-19 naukowcy poddają badaniom miliony substancji. Odkrycie skutecznej terapii może jednak potrwać wiele lat

– Nie spodziewam się, żeby w najbliższych miesiącach dotarła do nas informacja, że mamy skuteczny lek przeciwko koronawirusowi, ponieważ proces odkrywania nowych terapii trwa bardzo długo – mówi prof. Jacek Jemielity z Centrum Nowych Technologii Uniwersytetu Warszawskiego. Poszukiwania skutecznego leku na COVID-19 prowadzą w tej chwili ośrodki badawcze na całym świecie, w tym także w Polsce. Naukowcy przebadali już dziesiątki tysięcy różnych substancji, z których niewielka część jest obiecująca, ale wymaga dalszych badań. Zanim skuteczność leków zostanie potwierdzona, zwykle upływa nawet siedem–dziewięć lat.

– Bardzo trudno powiedzieć, kiedy pojawi się pierwszy skuteczny lek na COVID-19. Proces odkrywania nowych leków jest bardzo drogi i zajmuje od siedmiu do dziewięciu lat, ponieważ najpierw trzeba zidentyfikować cel terapeutyczny, potem znaleźć substancję, która go hamuje, a następnie przeprowadzić badania przedkliniczne na modelach zwierzęcych i trzy fazy badań klinicznych. Nawet w przypadku COVID-19, gdzie wszystkie firmy rzuciły się na ten temat i szukają substancji, które są w stanie zahamować rozwój wirusa, pracuje nad tym też wiele ośrodków naukowych, cały ten proces jest długotrwały – mówi agencji Newseria Biznes prof. dr hab. Jacek Jemielity.

Poszukiwania skutecznego leku na COVID-19 wystartowały już na początku pandemii. Pracują nad tym ośrodki naukowe i firmy farmaceutyczne z całego świata. Naukowcy próbują m.in. wykorzystać już istniejące leki, stosowane pierwotnie w innych schorzeniach. Na przestrzeni ostatniego roku co chwilę pojawiały się doniesienia o potencjalnej skuteczności w leczeniu COVID-19 leków takich jak remdesivir, lopinawir czy interferon. WHO informuje jednak, że ich wpływ na śmiertelność lub przebieg hospitalizacji z powodu COVID-19 jest niewielki bądź żaden. Nie wykazano też, aby jakiekolwiek korzyści przynosiła hydroksychlorochina, która podczas ubiegłorocznej, wiosennej fali pandemii była brana pod uwagę jako potencjalny przełom, co w pewnym momencie spowodowało w Polsce masowe wykupywanie jej z aptek (pod postacią leku Plaquenil).

W Polsce na przestrzeni ostatnich miesięcy głośno było też o wynalezionej już w latach 60. amantadynie, którą wykorzystuje się głównie w leczeniu choroby Parkinsona. W ubiegłym roku jako potencjalny lek na COVID-19 rozpropagował ją przemyski pediatra i pulmonolog Włodzimierz Bodnar, który twierdził, że ma ponad 100 udokumentowanych przypadków wyleczenia chorych na COVID-19 za pomocą tego leku, choć większość środowiska naukowego pozostawała sceptyczna. Wskutek społecznej presji Ministerstwo Zdrowia w styczniu zleciło jednak przeprowadzenie badań klinicznych nad amantadyną. W tej chwili na COVID-19 nie ma żadnego leku o udowodnionej skuteczności.

 Powstaje w tej chwili wiele publikacji wskazujących, że jakaś substancja wykazuje aktywność przeciwwirusową – mówi badacz z  z Centrum Nowych Technologii Uniwersytetu Warszawskiego. – My zresztą też prowadzimy projekt, w którym poszukujemy leków hamujących tworzenie mRNA wirusa. Zidentyfikowaliśmy wiele takich substancji, wiele ich zidentyfikowano też na świecie, ale teraz trzeba udowodnić ich bezpieczeństwo i skuteczność. Opublikowaliśmy ostatnio wyniki naszych badań, w ramach których pośród kilku tysięcy związków udało nam się znaleźć około 30 takich, które rzeczywiście hamują powstawanie mRNA, a trzy z nich w modelach komórkowych skutecznie hamują rozwój wirusa. Ale to jest oczywiście dopiero początek drogi i dalsze prace będą wymagały dużych środków i czasu.

Ostatnio na łamach „International Journal of Molecular Sciences” naukowcy z Centrum Nowych Technologii UW opublikowali również wyniki swoich prac nad substancjami, które mogą hamować aktywność jednego z białek SARS-CoV-2 – PLpro. W ramach tego projektu badacze przetestowali 15 mln związków chemicznych, spośród których wytypowali prawie tysiąc potencjalnych inhibitorów. Naukowcy CeNT UW podkreślają, że wyniki tych prac mogą stanowić podwaliny dla przyszłych badań różnych grup naukowych, a co za tym idzie, znacząco przyspieszyć pracę nad skutecznym lekiem

 Nie spodziewam się jednak, żeby w najbliższych miesiącach dotarła do nas taka informacja, że oto mamy bardzo skuteczny lek przeciwko koronawirusowi, ponieważ proces odkrywania nowych terapii trwa bardzo długo – mówi prof. Jacek Jemielity. – Mam nadzieję, że na lek przeciwko koronawirusowi nie będziemy musieli czekać aż siedem lat, ale na pewno nie będzie to proces tak szybki jak w przypadku wynalezienia szczepionek. Szczepionki opierają się na pewnym schemacie, który powtarza się niezależnie od rodzaju patogenu. Natomiast w przypadku leków to jest przygoda, która za każdym razem rozpoczyna się od początku.

W tej chwili zakażeni pacjenci są leczeni głównie objawowo. Światowa Organizacja Zdrowia podaje, że w przypadku ciężko chorych optymalne są podawanie tlenu i bardziej zaawansowane metody wspomagania oddychania. Według WHO ratować życie pacjentów w stanie krytycznym może też deksametazon – lek z grupy kortykosteroidów, stosowanych dotychczas m.in. w leczeniu reumatyzmu i alergii.

We wrześniu zeszłego roku stosowanie deksametazonu u pacjentów z COVID-19 poddawanych tlenoterapii lub wentylacji mechanicznej zatwierdziła też Europejska Agencja Leków. W uzasadnieniu tej decyzji EMA przytoczyła wyniki badania RECOVERY (randomizowane badania kliniczne, których celem jest analiza skuteczności potencjalnych metod leczenia COVID-19), według których u pacjentów poddawanych inwazyjnej wentylacji mechanicznej 29 proc. osób leczonych deksametazonem zmarło w ciągu 28 dni od rozpoczęcia leczenia. Z kolei wśród pacjentów, którzy nie otrzymali leku, ten odsetek sięgnął 41 proc. Oznacza to, że deksametazon przyczynił się do redukcji śmiertelności w tej grupie o około 35 proc. EMA wskazała jednak, że lek ten sprawdza się tylko u pacjentów w ciężkim stanie i nie zmniejszył ryzyka zgonu wśród tych chorych, którzy nie otrzymywali tlenoterapii ani wentylacji mechanicznej.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/w-poszukiwaniu-leku-na,p325311639

Tempo cyfryzacji państw UE szansą na wzrost PKB o 7,2 proc. To zasilenie unijnej gospodarki o bilion euro

Jak wynika z najnowszej analizy Deloitte’a przygotowanej dla firmy Vodafone, przyspieszające w związku z pandemią procesy cyfryzacji mają wygenerować dodatkowy bilion euro dla unijnej gospodarki, odpowiadając za przyrost PKB na mieszkańca krajów UE w wysokości 7,2 proc. do 2027 roku. To scenariusz możliwy do zrealizowania w przypadku osiągnięcia do tego czasu przez wszystkie państwa Unii Europejskiej progu 90 pkt w rankingu cyfryzacji DESI. Od takiego wyniku wciąż jednak dzieli kraje Starego Kontynentu pewien dystans – największy jest on w przypadku państw regionu CEE, w tym Polski, Węgier czy Czech. 

– Kraje Europy Środkowo-Wschodniej – w porównaniu z całą Europą – wypadają jeszcze dosyć blado pod względem transformacji cyfrowej. COVID-19 mocno przyspieszył tę transformację w Polsce, Czechach i na Węgrzech, ale wystarczy popatrzeć choćby na europejski indeks DESI, który pokazuje, że zarówno my, jak i nasi sąsiedzi jesteśmy raczej w czołówce od końca pod tym względem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Zmaczyński, dyrektor ds. marketingu w regionie CEE, Aruba Cloud Polska.

W ostatnim rankingu Komisji Europejskiej (The Digital Economy and Society Index, DESI 2020), analizującym postępy państw członkowskich w zakresie cyfryzacji, Polska awansowała o dwa oczka do góry, jednak wciąż plasuje się w końcówce stawki – na 23. pozycji. W rankingu prowadzą kraje skandynawskie: Finlandia, Szwecja oraz Dania. Państwa zachodnioeuropejskie, jak Niemcy czy Francja, uplasowały się na odpowiednio 12. i 16. pozycji. Z kolei Węgry zajmują w rankingu DESI 21. miejsce, a sąsiednie Czechy zostały sklasyfikowane na 18. pozycji.

– Ciężko porównywać się z krajami Skandynawii czy Europy Zachodniej, ponieważ one mają przewagę czasową w implementacji nowych rozwiązań. Jednak doganiamy naszych zachodnich sąsiadów bardzo szybko. COVID-19 zdecydowanie przyspieszył proces transformacji oraz wdrażania cyfrowych usług i narzędzi, co widzimy chociażby po naszych badaniach – mówi Marcin Zmaczyński. – W Polsce jednak jest chyba największa ostrożność związana z wdrażaniem usług w chmurze. Zarówno Czesi, jak i Węgrzy robią to chętniej.

Raport Aruba Cloud („Wykorzystanie usług chmurowych w biznesie. Analiza rynku polskiego, czeskiego i węgierskiego”) pokazał, że jeszcze przed pierwszą falą pandemii COVID-19 w Polsce z usług chmurowych korzystało 33 proc. dużych i średnich firm. Na Węgrzech ten odsetek wyniósł 38 proc. Do cloud computingu najbardziej zdążył się przekonać biznes nad Wełtawą, ponieważ w sąsiednich Czechach z chmury korzystała już prawie co druga firma (49 proc.).

Polska przed pandemią charakteryzowała się jednym z najniższych wskaźników korzystania z przetwarzania w chmurze w regionie CEE, jednak to się powoli zmienia. Ostatnie dane GUS pokazują, że już pod koniec ubiegłego roku z płatnych rozwiązań chmurowych korzystało prawie 40 proc. średnich i 60 proc. dużych firm. W niektórych branżach wykorzystanie cloud computingu wzrosło o co najmniej 50 proc. To pokazuje, że polski biznes w obliczu recesji i problemów wywołanych przez SARS-CoV-2 mocno przyspieszył cyfrową transformację.

– Rośnie zainteresowanie usługami w chmurze w modelu SaaS, czyli Software-as-a-Service. Firmy zaczęły korzystać z wielu aplikacji, które są dostępne wyłącznie w modelu chmurowym i które pozwoliły im kontynuować działalność w sytuacji, kiedy model pracy zmienił się drastycznie z dnia na dzień – wskazuje dyrektor ds. marketingu w regionie CEE w Aruba Cloud Polska. – Dzięki chmurze możemy funkcjonować bez zmian, mimo że całkowicie zmieniła się nasza forma pracy i przyzwyczajenia. Nie jesteśmy już w biurze, w zamkniętym ekosystemie, każdy pracuje zdalnie i nagle zostaliśmy wrzuceni do tzw. systemu rozproszonego. Dzięki narzędziom, które są dostępne w chmurze, firmy mogły bardzo szybko przestawić siebie i swoich pracowników na ten nowy model pracy.

Ekspert Aruba Cloud ocenia, że po ponad roku od rozpoczęcia pandemii COVID-19 widać, że praca zdalna się obroniła i wiele firm przestawiło się na nią całkowicie. To właśnie ten nowy model okazał się jednym z głównych czynników przyspieszających procesy cyfrowej transformacji i implementacji narzędzi chmurowych, które umożliwiają dostęp do zasobów firmy oraz kontakt pomiędzy kadrami z dowolnego miejsca i urządzenia. Co istotne, praca zdalna będzie nadal napędzać popyt na rozwiązania chmury obliczeniowej. Według analiz Boston Consulting Group menedżerowie europejskich firm spodziewają się, że aż 65 proc. pracowników w erze postpandemicznej będzie kontynuować pracę w modelu hybrydowym.

 Największym wyzwaniem dotyczącym pracy hybrydowej jest cyberbezpieczeństwo i bezpieczeństwo danych. Liczba cyberataków na wrażliwe dane firmowe wzrosła. Tymczasem większość udanych cyberataków wynika z błędu ludzkiego, czyli ktoś kliknął coś, czego nie powinien. Ten czynnik ludzki jest najczęstszą przyczyną błędów i kradzieży danych. Wyzwaniem dla firm jest więc zapewnienie bezpiecznego środowiska pracy przez edukację swoich pracowników. Model chmury jest bardzo bezpieczny, ale nie jest gwarantem tego, że nic się nie wydarzy, jeśli pracownik nie jest odpowiednio wyedukowany – mówi Marcin Zmaczyński.

Według przytaczanego przez Arubę badania Ponemon Institute „Cybersecurity in the Remote Work Era” szkolenia z zakresu rozpoznawania prób phishingu realizuje tylko ok. 30 proc. firm. Tymczasem w zeszłym roku Interpol informował o miesięcznych przyrostach liczby cyberataków nawet o 400 proc. względem okresu sprzed pandemii, a według Risk Based Security tylko do września ub.r. w niepowołane ręce dostało się aż 36 mld rekordów cyfrowych informacji.

Co istotne, w Polsce to właśnie obawy o bezpieczeństwo danych stanowią jedną z głównych barier, która hamuje migrację biznesu do chmury. Polskie firmy są za to dużo bardziej skore do inwestowania właśnie w cyberbezpieczeństwo. Według badań Aruby co czwarta planuje zakup dodatkowych rozwiązań i udoskonalenie swojej infrastruktury w tym obszarze do końca tego roku, a 20 proc. chce realizować programy szkoleń z zakresu bezpieczeństwa informacji dla swoich pracowników.

 Firmy mają obawy związane z bezpieczeństwem danych i to jest czynnik blokujący, do którego dochodzą też kwestie prawne i legislacyjne. Nie do końca wiadomo – zwłaszcza jeśli chodzi o duże firmy i instytucje typu bankowość czy ubezpieczenia – jakie dane można migrować do chmury. Jednak KNF co chwilę wypuszcza coraz nowsze zalecenia i współpracuje z dostawcami chmury, żeby uczynić proces migracji łatwiejszym i bardziej przyjaznym. Podobnie zresztą jak European Banking Authority, czyli europejska instytucja podobna do KNF – podkreśla ekspert. – Z drugiej strony to również kwestia przyzwyczajenia. Przy okazji migracji danych do chmury często czujemy, że tracimy nad nimi kontrolę, mimo że tak naprawdę te dane są w pełni bezpieczne.

Jak ocenia, mimo kilku coraz mniej znaczących barier migracja polskich przedsiębiorstw do chmury jest już nieunikniona. Popyt na takie rozwiązania będzie generować nie tylko praca zdalna, lecz także cały szereg korzyści, które wiążą się z cloud computingiem.

– Chmura to nie tylko kwestia infrastruktury czy optymalizacji kosztów. To przede wszystkim narzędzia, które dostawcy oferują w modelu chmurowym. To m.in. narzędzia do machine learningu i optymalizacji danych, Big Data czy narzędzia backup’owe, pozwalające zabezpieczyć swoje dane na wypadek jakiegokolwiek cyberataku – mówi dyrektor ds. marketingu w regionie CEE w Aruba Cloud Polska. – Chmura jest środowiskiem bardzo bezpiecznym. Dzięki rozwiązaniom w chmurze typu backup czy disaster recovery nawet duże firmy, które padły ofiarą ataku hakerskiego, jak chociażby ostatnio CD Projekt, mogą powiedzieć: „zostaliśmy zaatakowani, ktoś znalazł lukę w naszym systemie, ale dzięki backupowi byliśmy w stanie odzyskać wszystkie dane i nie negocjujemy z hakerami”.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/tempo-cyfryzacji-pastw,p269345199

W Polsce legalnie działające firmy hazardowe płacą jedne z najwyższych podatków w UE. Efektem jest wzrost szarej strefy [DEPESZA]

W ubiegłym roku 19 firm bukmacherskich, które posiadają zezwolenie ministra finansów na działalność w Polsce, wygenerowało obroty przekraczające 7,2 mld zł i odprowadziło do budżetu państwa ponad 800 mln zł podatku od gier. Kolejne setki milionów co roku omijają jednak państwową kasę przez działania międzynarodowych podmiotów, które organizują gry i zakłady poza polskim prawem i nie odprowadzają z tego tytułu żadnych danin. Z analiz EY wynika, że szara strefa ma już prawie 50-proc. udział w rynku hazardu online i z każdym rokiem rośnie jej wartość. Temu wzrostowi sprzyja wysokie opodatkowanie legalnie działających podmiotów, które jest jednym z najwyższych w skali UE.

Zależność między efektywną stawką podatków od gier hazardowych a wartością przychodów netto legalnych operatorów gier hazardowych pokazuje, że w krajach o wyższej efektywnej stawce opodatkowania przychody licencjonowanych podmiotów są przeciętnie niższe. Wyniki oszacowanego przez EY modelu wskazują, że wzrost efektywnej stawki podatkowej na rynku hazardowym o 1 pkt proc. prowadzi do spadku wartości przychodów netto (przychody ze sprzedaży po odjęciu wygranych) operatorów legalnych na rynku online o 1,24 proc. Tym samym zwiększa się szara strefa.

Raport i model ekonometryczny EY pokazują jednoznacznie, że legalni operatorzy hazardowi w Polsce są obciążeni jednym z najwyższych podatków w UE. Należy także zauważyć, że legalni operatorzy gier hazardowych w Polsce płacą nie tylko podatek od gier, ale ponoszą także inne wysokie opłaty, np. stanowiące dodatkowy quasi-podatek płacony na rzecz krajowych organizatorów zawodów sportowych w zamian za wykorzystywanie ich wyników w ofercie bukmacherów, co stanowi ewenement na skalę europejską – mówi Katarzyna Mikołajczyk, prezes Stowarzyszenia Graj Legalnie.

Jeszcze w 2016 roku szara strefa gier hazardowych online odpowiadała za 76,5 proc. obrotów na rynku. Przez kolejne lata jej procentowy spadał, by w 2020 roku osiągnąć poziom 46,7 proc. Co jednak istotne, w ujęciu nominalnym szara strefa nieprzerwanie rośnie od 2016 roku, gdy obroty wyniosły 3,5 mld zł, a w 2020 roku aż 12,6 mld zł. Tendencja wzrostowa dotyczy także oszacowanych w szarej strefie przychodów netto, zdefiniowanych jako różnica między przychodami operatorów ze sprzedaży gier hazardowych i wypłaconymi wygranymi. W tym ujęciu EY oszacował szarą strefę w 2020 roku na poziomie 1,1 mld zł, co odpowiadało 34,5 proc. wartości przychodów netto na całym rynku hazardu online w Polsce.

Powyższego trendu wzrostowego nie zmieniła nawet nowelizacja Ustawy o grach hazardowych, która zaczęła obowiązywać od 2017 roku. Oznacza to, że spadek udziału szarej strefy w całkowitej wartości rynku gier hazardowych wynika nie z ograniczania działalności prowadzonej przez nielegalne podmioty, ale z dynamicznego rozwoju rynku legalnego, do którego w ostatnich latach przyczyniły się m.in. korzystne zmiany w polskim prawie. Nie powstrzymały one jednak równoczesnego wzrostu szarej strefy.

Im wyższy jest koszt prowadzenia legalnej działalności, tym większa jest przewaga konkurencyjna podmiotów aktywnych w szarej strefie. Nielegalni operatorzy są w stanie jednocześnie osiągać większe zyski, wynikające z nieodprowadzenia części opłat i podatków, oraz oferować wyższe wygrane dla graczy, niż ma to miejsce w przypadku podmiotów prowadzących legalną działalność. Przekłada się to wprost na zwiększenie atrakcyjności oferty podmiotów nielegalnych, co skutecznie przyciąga konsumentów – mówi prezes Stowarzyszenia Graj Legalnie.

Eksperci EY szacują, że w 2020 roku wielkość obrotów w szarej strefie wyniosła 12,6 mld zł, co stanowi 46,7 proc. rynku gier hazardowych online. Oznacza to, że 14,4 mld zł obrotu wygenerowała legalna część branży. Legalne podmioty na stacjonarnym rynku hazardowym osiągnęły obroty na poziomie 11,7 mld zł. Wartość obrotów na całym rynku hazardowym online w Polsce osiągnęła prawie 40 mld zł.

W Polsce największym bukmacherem jest spółka STS, która kontroluje prawie 46 proc. rynku, a w ubiegłym roku zanotowała 3,3 mld zł przychodów. Za nią – z przychodami na poziomie 2 mld zł i prawie 28-proc. udziałem w rynku – uplasowała się Fortuna, a podium zamyka forBET, którego rynkowy udział w ubiegłym roku wyniósł 6,6 proc. W sumie 19 firm bukmacherskich, które posiadają zezwolenie ministra finansów na organizowanie zakładów wzajemnych, w ubiegłym roku wygenerowało obroty na poziomie ponad 7,2 mld zł. Z tytułu podatku od gier wpłaciły do budżetu państwa ponad 800 mln zł. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/w-polsce-legalnie,p1350087889

Prof. Karaczun: Budowa elektrowni jądrowej wpłynie na wzrost cen energii elektrycznej w Polsce. Potrzebujemy zupełnie innego podejścia do energetyki

Polityka energetyczna Polski do 2040 roku nie pozwoli zrealizować europejskich celów klimatycznych – twierdzą eksperci Koalicji Klimatycznej. Ich zdaniem priorytetami powinny być przyspieszenie decentralizacji i cyfryzacji umów na dostarczanie energii oraz poprawa efektywności energetycznej polskiej gospodarki. Tymczasem w polityce energetycznej rządu eksperci zauważają niechęć do odejścia od węgla i gazu na rzecz OZE. Błędem ma być również dążenie do uruchomienia elektrowni jądrowej, ponieważ wpłynie to na wzrost cen energii elektrycznej.

– Jestem ogromnym sceptykiem w kwestii energetyki jądrowej. W Polsce budowa tego typu instalacji spowoduje ogromny wzrost cen energii elektrycznej. Wszystkie doświadczenia europejskie pokazują, że te instalacje buduje się znacznie dłużej i są znacznie bardziej kosztowne, niż pierwotnie zakładano – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje ekspert Koalicji Klimatycznej, prof. Zbigniew Karaczun z SGGW w Warszawie. – Powinniśmy zrobić wszystko, żeby rozbudować energetykę odnawialną i zwiększyć efektywność energetyczną. Dopiero wówczas, kiedy rzeczywiście wyczerpiemy zasoby w tych obszarach i okaże się, że brakuje nam energii, to wtedy powinniśmy szukać innych źródeł zaopatrzenia.

Zgodnie z PEP2040 za 19 lat ponad połowę mocy zainstalowanych będą stanowić źródła zeroemisyjne. Szczególną rolę odegrać ma w tym procesie wdrożenie do polskiego systemu elektroenergetycznego morskiej energetyki wiatrowej i uruchomienie właśnie elektrowni jądrowej. Autorzy dokumentu wskazują, że równolegle do wielkoskalowej energetyki będzie się rozwijać energetyka rozproszona i obywatelska, oparta na lokalnym kapitale. Podstawą rozwoju energetyki rozproszonej jest jednak cyfryzacja transakcji i obsługi kontraktów między dostawcami a odbiorcami.

– Budujemy energetykę obywatelską, rozproszoną. Potrzebna do tego jest rzeczywistość wirtualna, rozwiązania cyfrowe, które będą realizowały potrzeby energetyczne i zapewniały zarządzanie usługami energetycznymi oraz zarządzanie odbiorcami energii. Dążymy do zmniejszania potrzeb energetycznych i dostarczania takiej ilości energii elektrycznej, jakie są potrzebne odbiorcom końcowym. Potrzebujemy zupełnie innego podejścia do energetyki i zupełnie innej wizji tego, w jaki sposób potrzeby energetyczne Polek i Polaków powinny być realizowane. Propozycje dotyczące cyfryzacji nie są wystarczające – mówi prof. Zbigniew M. Karaczun.

Polityka energetyczna Polski zakłada, że do 2030 roku nastąpi około pięciokrotny wzrost liczby prosumentów. Obszarów zrównoważonych energetycznie na poziomie lokalnym ma być natomiast 300. Przyłączanie niestabilnego źródła energii ma być połączone z obowiązkiem zapewnienia bilansowania w okresach, gdy OZE nie dostarcza energii elektrycznej do sieci. Promowane mają też być rozwiązania hybrydowe, łączące na przykład samobilansowanie z wykorzystaniem magazynów energii.

– Pomimo pięknych deklaracji, które są w tym dokumencie zawarte, nie ma woli politycznej, żeby dokonać głębokiej transformacji i odejścia przede wszystkim od spalania paliw kopalnych, czyli węgla i gazu ziemnego. My musimy dokonać przede wszystkim tego skoku, żeby oprzeć polską energetykę na źródłach zeroemisyjnych, czyli głównie na odnawialnych źródłach energii – wskazuje ekspert.

Odejście od energetyki opartej na paliwach kopalnych na rzecz OZE jest zdaniem specjalistów tylko częścią transformacji energetycznej. Równie istotne, co zapewnienie czystych źródeł energii, powinno być dążenie do maksymalizacji efektywności energetycznej. Tymczasem energochłonność pierwotna PKB z korektą klimatyczną, choć z roku na rok w Polsce spada, to wciąż pozostaje na wysokim poziomie względem reszty Europy. W 2017 roku wskaźnik ten wyniósł według Głównego Urzędu Statystycznego 0,137 kg/euro i było to o 16,6 proc. więcej niż średnia europejska. W praktyce oznacza to, że nasza produkcja jest nieefektywna energetycznie.

– Dzisiaj moglibyśmy zużywać trzykrotnie mniej energii, a zachować ten poziom rozwoju, jaki mamy obecnie, i budować szybki rozwój społeczny i gospodarczy w naszym kraju właśnie w oparciu o efektywność energetyczną – komentuje prof. Zbigniew M. Karaczun.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/prof-karaczun-budowa,p968895956

NASA wyprodukowała na Marsie pierwsze 5 gramów tlenu. To duży krok w kierunku kolonizacji planety

Kolejny przełom na Marsie. Po pierwszym w historii locie dronem na planecie innej niż Ziemia tym razem NASA z sukcesem wyprodukowała na Czerwonej Planecie tlen. To tylko eksperyment, ale jego znaczenie jest ogromne. Urządzenie MOXIE przekształciło marsjańskie powietrze w tlen poprzez oddzielenie atomów tlenu od dwutlenku węgla. Choć podczas pierwszej operacji udało się wyprodukować ledwie ok. 5 g tlenu, co odpowiada około 10 min bezproblemowego oddychania dla astronauty, to wyczyn potwierdza, że na Czerwonej Planecie można wytworzyć powietrze do oddychania. Kolejne misje na Marsa i dalsza eksploracja kosmosu staną się w ten sposób o wiele prostsze.

– NASA przeprowadziła pierwszy z serii eksperymentów, które dotyczą wytwarzania tlenu z marsjańskiej atmosfery. To spory krok naprzód, jeżeli chodzi o przyszłość naszej obecności na Marsie – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr Piotr Witek z Planetarium Centrum Nauki Kopernik.

MOXIE to niewielkie urządzenie, które znajduje się na pokładzie łazika Perseverance. Jego celem było sprawdzenie, czy można z marsjańskiej atmosfery, która składa się głównie z dwutlenku węgla, wyprodukować pozwalający na oddychanie tlen. Eksperyment przeprowadzono w 60 sol (marsjański dzień) od przylotu Perseverance i – co istotne – zakończył się sukcesem. MOXIE udało się wytworzyć zaledwie 5,4 g tlenu, czyli ilość, która pozwoliłaby astronaucie na 10 min oddychania (całkowita wydajność to 10 g tlenu na godz.). Potwierdzono jednak tym samym, że urządzenie jest w stanie przekształcić część cienkiej, bogatej w dwutlenek węgla atmosfery Czerwonej Planety w tlen.

Atmosfera na Marsie jest 170 razy cieńsza niż na Ziemi i składa się w 96 proc. z dwutlenku węgla. MOXIE zasysa go i poddaje elektrolizie pod ciśnieniem zbliżonym do ziemskiego. Katalizator działający w temperaturze 800 stopni Celsjusza wyrywa atom tlenu z każdego wchodzącego CO2. Pary atomów tlenu łączą się i tworzą dwuatomowy tlen, który wydostaje się z tlenkiem węgla.

– Astronauci, którzy kiedyś dotrą na powierzchnię Marsa, będą musieli mieć czym oddychać. Zabieranie ze sobą dużych ilości tlenu jest problematyczne, także jeżeli chodzi o powrót z Marsa. Będą potrzebne rakiety wznoszące, które zabiorą ze sobą astronautów z powrotem w podróż na Ziemię. Do tego, żeby funkcjonowały, jest potrzebne paliwo i utleniacz. Paliwo będziemy musieli zabrać ze sobą, jednak utleniacz, jeżeli można wyprodukować na miejscu, znacząco oszczędzi kosztów wynoszenia i przewożenia dużych ilości materiału – tłumaczy Piotr Witek.

Tlen jest kluczowy do stworzenia paliwa rakietowego, bez którego przyszli eksploratorzy Marsa nie będą mogli wrócić do domu. NASA wylicza, że powrót czterech astronautów z powierzchni planety podczas przyszłej misji wymagałby ok. 7 t paliwa rakietowego i 25 t tlenu. Z kolei astronauci, którzy spędzą rok na powierzchni, prawdopodobnie wykorzystają między sobą jedną tonę tlenu.

Transport takiej ilości ton tlenu z Ziemi na Marsa byłby żmudnym zadaniem. Transport jednotonowego konwertera tlenu, czyli znacznie większego następcy MOXIE, który mógłby wyprodukować 25 ton tego gazu, byłby znacznie bardziej ekonomiczny.

– Aby wytworzyć więcej tlenu, potrzebne byłoby większe urządzenie. Aktualnie używane urządzenie jest jedynie demonstratorem technologii. NASA w przyszłości, jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, planuje wysłać urządzenie, które będzie miało nie 17, ale 200 kg, i pracując przez dłuższy okres, będzie w stanie wytworzyć zapas paliwa, właściwie utleniacza do paliwa, dla przyszłych misji marsjańskich – mówi ekspert.

Urządzenie takie jak MOXIE jest niezbędne, aby przyszłe misje na Marsa miały szanse powodzenia. Choć powstawały koncepcje terraformowania Czerwonej Planety, to przy obecnej technologii jest to niewykonalne. Pojawił się m.in. pomysł zbudowania gigantycznych luster orbitalnych, które odbijałyby światło słoneczne, aby podnieść temperaturę Marsa, stopić zamarzniętą wodę na planecie i tym samym uwolnić dwutlenek węgla do atmosfery. Inna teoria zakładała wykorzystanie asteroid bogatych w amoniak, aby uderzyły w Marsa. Elon Musk z kolei twierdzi, że zrzucanie bomb atomowych na czapy lodowe mogłoby stopić lód i wyrzucić do powietrza wystarczającą ilość dwutlenku węgla. Wszystkie te pomysły są jednak obecnie niemożliwe do zrealizowania.

– Nawet gdybyśmy zmienili skład atmosfery Marsa, to nadal ciśnienie atmosferyczne jest zbyt niskie, żeby np. woda istniała tam w stanie ciekłym. Poza tym Mars ma stosunkowo mało własnych zasobów, które bylibyśmy w stanie przetworzyć na tę nową lepszą atmosferę, za mało zasobów, aby w pełni go terraformować. Być może za kilka stuleci stanie się to możliwe, ale do tego trzeba będzie stworzyć technologie, które jeszcze nie istnieją. Przyszli zdobywcy Marsa będą działali jedynie w zamkniętych habitatach, w których będzie istniała sztuczna atmosfera na małej, ograniczonej powierzchni – przekonuje dr Piotr Witek.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/nasa-wyprodukowala-na,p1660837284

Panele fotowoltaiczne potencjalną furtką dla cyberprzestępców. Brak odpowiednich działań może doprowadzić do poważnych zakłóceń w dostawach energii [DEPESZA]

W piątek 9 kwietnia padł w Polsce rekord generacji mocy z fotowoltaiki – podały PSE. Niska temperatura i duże nasłonecznienie spowodowały, że systemy pracowały z mocą przekraczającą 2,7 GW. Fotowoltaika bije w Polsce rekordy popularności i stanowi jeden z motorów transformacji energetycznej. Okazuje się jednak, że może być podatna na zagrożenia związane z cyberbezpieczeństwem. W panelach PV wykorzystuje się urządzenia sterowane przez internet, które mogą być podatne na cyberataki. To zaś stwarza możliwość zakłóceń w przesyle energii czy nawet całkowitego blackoutu. Eksperci podkreślają, że rząd będzie musiał zająć się tym problemem, zwłaszcza w kontekście błyskawicznego rozwoju branży PV.

Boom na fotowoltaikę trwa w Polsce od kilku lat i napędziły go m.in. korzystne zmiany w prawie i rządowy program dopłat do zakupu paneli PV Mój Prąd. Jak podaje Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, do tej pory dofinansowano z niego 220 tys. prosumenckich mikroinstalacji fotowoltaicznych o mocy 2–10 kW (ich łączna liczba w Polsce zbliża się już do 500 tys.).

Wkrótce polska energetyka może być w znacznym stopniu oparta na energii słonecznej, co z kolei zwraca uwagę na problem bezpieczeństwa.

– Wyobraźmy sobie sytuację, że za kilka czy kilkanaście lat polska energetyka będzie w dużo większym stopniu oparta na fotowoltaice i ktoś postanowi wyłączyć nam wszystkie panele. Będziemy mieli wtedy prawdziwy problem z niedoborem energii elektrycznej. Nie pomogą żadne zwiększenia dostaw jednego czy drugiego surowca, nasz system będzie zblokowany. Dlatego jestem zwolennikiem podejścia do kwestii bezpieczeństwa sieci energetycznej podobnie jak do sieci telekomunikacyjnej, czyli dywersyfikacji dostawców, ażeby uniknąć szantaży i ryzyka ingerencji w ciągłość działania sieci przez jednego z dostawców sprzętu – powiedział podczas debaty „Bezpieczeństwo energetyczne Polski” Michał Kanownik, prezes zarządu ZIPSEE Cyfrowa Polska.

Przydomowe instalacje fotowoltaiczne stały się już popularnym sposobem na produkcję własnej, ekologicznej energii i obniżanie rachunków. Coraz chętniej inwestują w nie również firmy, motywowane podwyżkami cen i koniecznością cięcia kosztów, a od kilku lat – dzięki aukcyjnemu systemowi wsparcia – rozwijają się też większe farmy fotowoltaiczne. W efekcie fotowoltaika rozwija się nawet szybciej od rynkowych prognoz. Jeszcze na początku grudnia moc zainstalowana PV w krajowej sieci energetycznej sięgała 3,6 GW (wzrost aż o 181 proc. r/r), a już na początku lutego przekroczyła 4 GW.

Okazuje się jednak, że sektor OZE – zwłaszcza fotowoltaika – może być podatny na zagrożenia do tej pory kojarzone głównie z branżą telekomunikacyjną i cyfrową. W instalacjach PV powszechnie wykorzystuje się urządzenia sterowane przez internet, które mogą być podatne na cyberataki.

– Wyzwaniem jest postęp technologiczny i pojawienie się nowych elementów infrastruktury, np. optymalizatorów mocy wykorzystywanych w instalacjach fotowoltaicznych. W Europie ten temat nie jest jeszcze dobrze znany, ale w Stanach Zjednoczonych jest zagadnieniem poważnie podnoszonym już od 2019 roku. Tam ustalono, że ekspansję w tym zakresie prowadzą Chińczycy, a właśnie w tych optymalizatorach mocy mogą znajdować się urządzenia szpiegowskie albo elementy, które mogą bezpośrednio wpływać na działanie systemu energetycznego – mówi dr Marcin Kraśniewski, ekspert z Uniwersytetu Łódzkiego.

Optymalizator mocy to element instalacji PV, który steruje parametrami prądu generowanego przez panele. W teorii może on zostać zhakowany, co stwarza możliwość zakłóceń w przesyle energii czy nawet całkowitego blackoutu.

Te urządzenia w 2019 roku stały się przedmiotem poważnej debaty politycznej w Stanach Zjednoczonych, gdzie zarówno senatorowie republikanów, jak i demokratów wezwali departamenty energii i bezpieczeństwa do pilnych działań na rzecz ochrony krytycznych systemów infrastruktury elektroenergetycznej. Obecnie Chiny są światowym liderem w produkcji paneli fotowoltaicznych. W rankingach największych firm z branży i producentów paneli PV od kilku lat niezmiennie dominują właśnie firmy z Państwa Środka.

– W czerwcu 2019 roku Chińczycy zrezygnowali z produkcji na amerykański rynek optymalizatorów mocy, które pozwalają na efektywniejsze funkcjonowanie instalacji fotowoltaicznych. I to pomimo tego, że ich urządzenia są bardzo konkurencyjne do oferowanych przez innych producentów z uwagi na bardzo zaawansowaną technologię – mówi dr Marcin Kraśniewski. – W Polsce udział fotowoltaiki nie jest jeszcze aż tak duży, więc podobnie jak w innych krajach europejskich problem nie jest jeszcze zauważalny. Jednak z pewnością wystąpi.

Eksperci podkreślają, że cyberbezpieczeństwo – do tej pory podnoszone głównie w kontekście sieci telekomunikacyjnych – będzie mieć coraz większe znaczenie także w przypadku sieci elektroenergetycznych jako infrastruktury krytycznej, niezbędnej do zachowania ciągłości funkcjonowania państwa.

– Państwo będzie musiało poszerzać i edytować zakres swojej kontroli co do elementów, które pojawiają się na krajowym rynku – mówi ekspert Uniwersytetu Łódzkiego.

– Pojęcie infrastruktury krytycznej będzie się rozszerzać. Dzisiaj musimy o nim mówić już nie tylko w kontekście sieci telekomunikacyjnych, ale i sieci energetycznych – dodaje Michał Kanownik.

Jak podkreśla, Europa ma już doświadczenia w budowaniu systemu cyberbezpieczeństwa wyniesione z branży telekomunikacyjnej. Teraz te analizy, które pokazują m.in., jak na dany rynek wpływa uzależnienie od pojedynczego dostawcy, powinna wykorzystać również w branży energetyki i OZE.

– Europa zaczęła myśleć o fotowoltaice bardziej w kontekście ceł na szkło niż w kwestiach bezpieczeństwa energetycznego. Jednak zrozumienie tego problemu jest niezbędne. Jakaś forma uniknięcia uzależnienia od jednego czy drugiego dostawcy jest niezmiernie ważna – podkreśla prezes ZIPSEE Cyfrowa Polska.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/panele-fotowoltaiczne,p1700868685

Polska będzie inwestować w poprawę jakości wody pitnej i ograniczanie jej strat. To pierwszy taki projekt w historii

Unijna dyrektywa w sprawie jakości wody przeznaczonej do spożycia zobowiązuje Polskę do zaplanowania inwestycji wymaganych dla poprawy bezpieczeństwa wodnego. Prace nad stworzeniem takiego planu trwają. – Z jakością wody pitnej w Polsce nie jest najgorzej, ale wciąż istnieją obszary, w których straty wody pobieranej ze środowiska sięgają 50 proc. – mówi Jolanta Olbracht z firmy Arcadis, która odpowiada za te prace. Celem dyrektywy jest zapewnienie dostępu do wysokiej jakości wody wodociągowej także osobom w trudnej sytuacji, m.in. migrantom i bezdomnym.

Straty wody pozyskanej ze środowiska zostały określone przez Unię Europejską jako dosyć istotne, stąd wprowadzona w grudniu ubiegłego roku dyrektywa nakłada na państwa członkowskie obowiązek analizy tych strat, szczególnie wody przeznaczonej do picia. W Polsce ten problem nie jest duży, bo w większych miastach straty sięgają tylko około 5 proc. wody zebranej ze środowiska. Jednak istnieją obszary, w których wynoszą one aż 50 proc. Jest to uzależnione od materiałów, z jakich zbudowane są sieci wodociągowe oraz jakości tych wodociągów – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jolanta Olbracht, kierownik zespołu wodnego w Krakowie w firmie Arcadis.

Polska musi sprostać zobowiązaniom wynikającym z unijnej dyrektywy, dlatego Ministerstwo Infrastruktury realizuje projekt „Program inwestycyjny w zakresie poprawy jakości i ograniczenia strat wody przeznaczonej do spożycia przez ludzi”. Jego celem jest wyznaczenie priorytetowych obszarów oraz kluczowych inwestycji, wymaganych w celu poprawy bezpieczeństwa wody.

Program jest realizowany w głównej mierze przez firmę Arcadis. Rozpoczął się pod koniec października 2020 roku, a zakończy w maju tego roku. Przeprowadzono już ankietę wśród przedsiębiorstw wodociągowo-kanalizacyjnych, gmin, organów, urzędów, instytucji nadzorujących i regulujących, właścicieli lub administratorów dużych obiektów priorytetowych oraz przedsiębiorstw spożywczych, specjalistów, ekspertów związanych z zaopatrzeniem w wodę oraz konsumentów, a kolejnym krokiem jest analiza zebranych danych.

– W jej efekcie powstanie lista potrzeb inwestycyjnych, które pokażą, gdzie należy kierować środki finansowe, żeby w przyszłości coraz lepiej panować nad stratami wody – mówi ekspertka z firmy Arcadis.

Unijna dyrektywa ma wprowadzić tzw. zarządzanie ryzykiem w zakresie dostępu do wody o dobrej jakości według zaleceń Światowej Organizacji Zdrowia. Żeby zarządzać tym ryzykiem, trzeba wiedzieć, z czego ono wynika, jakie są problemy, gdzie się pojawiają i co trzeba zrobić, żeby uniknąć ich w przyszłości.

– Takie przedsięwzięcie jest realizowane w Polsce pierwszy raz i ma ono pomóc w kierowaniu pieniędzy tam, gdzie są one najbardziej potrzebne. Zadaniem programu inwestycyjnego jest określenie obszarów priorytetowych, takich jak: dział zaopatrzenia, uzdatnianie, jakość wody czy infrastruktura informatyczna, która reguluje, analizuje, informuje i zbiera dane dotyczące tego problemu. Niezbędne jest także wskazanie działań pilnie potrzebnych, które mają pomóc w osiągnięciu celu unijnej dyrektywy, czyli ograniczenia strat wody i poprawy dostępu dla każdego mieszkańca Unii Europejskiej do dobrej jakości wody pitnej – tłumaczy Jolanta Olbracht.

Obowiązek przeprowadzania oceny ryzyka dostaw wody dotyczy całego łańcucha – od punktu poboru do punktu zgodności, zapewnienia powszechnego dostępu do wody, wprowadzenia systemu certyfikacji materiałów i produktów mających kontakt z wodą przeznaczoną do spożycia przez ludzi oraz przepisów zobowiązujących państwa członkowskie do ograniczenia strat wody w sieciach.

– Wdrożenie programu inwestycyjnego w dużej mierze będzie zależeć od instytucji, które będą administratorami danego działania zaproponowanego w programie. Z kolei zakres działań będzie uzależniony od środków finansowych przeznaczonych na ten cel. W projekcie zostaną wskazane potencjalne źródła finansowania – dodaje kierownik zespołu wodnego w Krakowie w firmie Arcadis.

Nowe unijne przepisy to odpowiedź na inicjatywę obywatelską Right2Water na rzecz poprawy dostępu wszystkich obywateli do bezpiecznej wody pitnej. W ramach akcji zebrano 1,8 mln podpisów i jest to pierwsza europejska inicjatywa obywatelska, która stała się prawem. W praktyce państwa członkowskie mają zapewnić nieodpłatny dostęp do wody pitnej w budynkach użyteczności publicznej. Klienci restauracji czy stołówek powinni otrzymywać wodę do picia za darmo lub za niską opłatą. Szczególnie dotyczy to osób znajdujących się w trudnej sytuacji życiowej, czyli np. uchodźców, społeczności koczowniczych, bezdomnych i grup mniejszościowych.

– Unia Europejska kładzie nacisk na to, żeby tworzyć punkty poboru wody pitnej w każdym miejscu w Polsce, przynajmniej jeden w każdej wsi i mieście, aby każdy mógł mieć nieograniczony dostęp do wody dobrej jakości – uściśla ekspertka.

Ponadto woda z kranu powinna nadawać się do bezpośredniego spożycia i w tym celu zostaną wprowadzone bardziej rygorystyczne limity dla niektórych zanieczyszczeń, np. ołowiu. Według założeń UE dzięki większemu zaufaniu do wody z kranu obywatele mogą również przyczynić się do ograniczenia ilości plastikowych odpadów związanych z wodą butelkowaną, w tym odpadów morskich. Jak podaje Komisja Europejska, plastikowe butelki są jednym z najczęściej znajdowanych na europejskich plażach jednorazowych przedmiotów z plastiku. Dodatkowo mniejsze zużycie wody butelkowanej to możliwe 600 mln euro oszczędności dla gospodarstw domowych.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polska-bedzie-inwestowac,p2136688683

Pandemia pomogła w rozwoju systemów smart city w polskich miastach. Nie obeszło się jednak bez problemów w ich wdrażaniu

Pandemia przyspieszyła rozwój systemów smart city w polskich miastach. Już teraz w najważniejszych globalnych zestawieniach można znaleźć polskie metropolie. Smart city to nie tylko technologie, które pomagają zarządzać ruchem, czy systemy lokalizujące pojazdy transportu publicznego. Nie brakuje też inwestycji w zieloną energię. Jednocześnie coraz większy wpływ na zmiany mają mieszkańcy. Problemem jest jednak brak długofalowych wizji i brak współpracy między inteligentnymi systemami różnych miast.

– Przewrotnie powiem, że pandemia wpłynęła pozytywnie na rozwój miast. Był moment, że miasta ze sobą konkurowały na technologiczne nowinki. Wydawały bardzo dużo pieniędzy, żeby trochę się pochwalić, żeby rozwiązania były spektakularne. Pandemia spowodowała, że tych pieniędzy jest mniej i trzeba stawiać na rozwiązania, które są konieczne, które będą generowały jakąś efektywność energetyczną, które będą ze sobą skorelowane – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Kamila Kotulska, dyrektor generalna ds. sprzedaży i marketingu w Gradis.

Urzędowe paczkomaty, zewnętrzne okienka z bezkontaktowymi dziennikami podawczymi, większa przepustowość i moc miejskich sieci internetowych, monitoring wizyjny oraz drony, ozonowanie ulic i mebli miejskich – to tylko przykłady systemów smart city, które pojawiły się w polskich miastach w związku z pandemią. Technologie, których często nie udawało się wdrożyć przez lata, dzięki pandemii zostały wprowadzone w ciągu kilku tygodni, a niekiedy dni. Standardem stały się usługi, które umożliwiają zdalny kontakt z urzędem. Przykładem może być CityBox w Otwocku, który pozwala na bezpieczne przekazywanie dezynfekowanych dokumentów i umożliwia wideokonferencję z właściwym urzędnikiem.

– Mam nadzieję, że ten trend inteligentnego zarządzania miastem, które przynosi oszczędności, się utrzyma. Miasta, które będą widziały, że tych pieniędzy w budżecie przybywa, mimo że je inwestują, tylko nakręci tę koniunkturę – ocenia Kamila Kotulska.

Polskie miasta już przed pandemią znalazły się w najważniejszych globalnych zestawieniach IESE Cities in Motion Index oraz Smart City Index. Wysoko plasuje się Warszawa, gdzie doceniono m.in. wymianę żarówek miejskich na LED, wymianę wysokoprężnych autobusów miejskich na pojazdy elektryczne, stworzenie wskaźnika jakości powietrza czy budowę ekologicznych chodników, które pochłaniają szkodliwe związki. Ekologiczne rozwiązania wdraża też np. Wrocław, gdzie nowoczesny system zarządzania siecią wodociągową SmartFlow tylko w pierwszym roku od wdrożenia pozwolił zaoszczędzić ok. 500 mln litrów wody i zmniejszyć straty sieci wodociągowej.

Polskie miasta zapowiadają też inwestycje w inteligentne oświetlenie, testowane już w innych europejskich metropoliach, które zmniejsza natężenie światła, jeśli na ulicach nie ma samochodów.

– Polskie miasta trochę idą za trendami, które przychodzą z Zachodu, i jak jest trend na czyste powietrze, na zieloną energię, na termomodernizację, tak miasta za tym podążają. Natomiast popełniają jeden podstawowy błąd – nie mają obszarów testowych. W miastach za granicą bardzo często wydziela się jakieś obszary, jakieś dzielnice, w których testuje się nowe rozwiązania, i jeśli działają poprawnie, to skaluje się je na całe miasto. U nas najczęściej po prostu pobiera się taką próbkę z zagranicy, zakładając, że u nas będzie to działać tak samo – mówi ekspertka.

Problemem w polskich miastach jest też wdrażanie części rozwiązań odgórnie, bez konsultacji z mieszkańcami. Powoli się to jednak zmienia i o kształcie miast decydują nie tylko politycy, lecz także przedsiębiorcy i mieszkańcy. Na przeszkodzie we wdrażaniu idei smart city nie stają pieniądze, bo te zazwyczaj na inwestycje udaje się znaleźć, ale brak długofalowej wizji i współpracy między ośrodkami.

– Brakuje spójnego programu, żeby połączyć wszystkie inwestycje w mieście w jeden system zarządzania, który by te procesy integrował, z których moglibyśmy się dowiedzieć jeszcze więcej o naszym życiu. I nie chodzi tu o żadną inwigilację, ale o korelacjach, które zachodzą między procesami. Tego trochę brakuje, a przede wszystkim brakuje też testowania tego na małą skalę. Jeżeli wdrażamy coś na dużą skalę, to od razu wkładamy w to bardzo duże pieniądze i ryzykujemy, że niekoniecznie to się sprawdzi. Trochę za daleko poszliśmy, adaptując rozwiązania z Zachodu, nie testując ich na naszym rynku – ocenia Kamila Kotulska.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/pandemia-pomogla-w,p1324736638

Rekordowe wzrosty sprzedaży komputerów PC w pierwszym kwartale 2021 roku. Popyt może się utrzymać nawet po złagodzeniu pandemicznych obostrzeń [DEPESZA]

Dostawy komputerów osobistych na całym świecie wzrosły o 32 proc. w pierwszym kwartale 2021 roku w porównaniu do analogicznego okresu rok temu. To największy zanotowany w XXI wieku skok na tym rynku – twierdzą analitycy Gartnera. Jako powód eksperci podają przede wszystkim realizację skumulowanych dostaw, opóźnionych przez deficyt układów scalonych, takich jak procesory. Najprawdopodobniej jednak trend wzrostowy się utrzyma, a to za sprawą zmian przyzwyczajeń zakupowych ludzi, zarówno w czasie pandemii, jak i po jej wygaszeniu.

– Rekordowy wzrost sprzedaży komputerów PC jest efektem dwóch wyjątkowych czynników. Po pierwsze, porównujemy wyniki z rynkiem zamkniętym w wyniku pandemii, a po drugie, mamy do czynienia obecnie z globalnym niedoborem półprzewodników – wskazuje Mikako Kitagawa, dyrektor ds. badań w firmie Gartner.

Teoretycznie deficyt półprzewodników powinien wpłynąć na ograniczenie sprzedaży komputerów. W praktyce sprzedaż wzrosła, częściowo w wyniku skumulowania opóźnionych wysyłek towaru i oczyszczaniu stanów magazynowych. Analitycy są jednak zdania, że gdyby nie zaburzenia łańcucha dostaw, sprzedaż mogłaby być dużo wyższa. Wpływają na to ograniczenia pandemiczne i wynikający z nich wzrost popularności pracy zdalnej.

– Bez chaosu w łańcuchu dostaw na początku 2020 roku wzrost w pierwszym kwartale 2021 roku mógłby być niższy. Jednak niedobory półprzewodników znów niekorzystnie wpływają na łańcuch dostaw, a czas dostawy niektórych komputerów osobistych wydłuża się nawet do czterech miesięcy – twierdzi Mikako Kitagawa.

Wygaszenie pandemii powinno ograniczyć popyt na komputery osobiste. Zdaniem ekspertów może się jednak okazać, że wielomiesięczna izolacja doprowadzi do zmiany nawyków ludzi oraz przemodelowania rynku pracy. Dotychczas marginalizowana praca z domu najprawdopodobniej stanie się pożądaną formą realizowania obowiązków na rzecz pracodawcy. Jak informuje Staffing Industry Analyst, 80 proc. ankietowanych dyrektorów przedsiębiorstw twierdzi, że umożliwi swoim podwładnym pracę zdalną również po pandemii COVID-19.

– Można domniemywać, że popyt na komputery PC pozostanie wysoki nawet po złagodzeniu pandemicznych restrykcji – prognozuje dyrektor ds. badań w firmie Gartner.

Według analityków z firmy badawczej IDC wzrost dostaw komputerów w pierwszym kwartale był jeszcze wyższy i wyniósł 55,2 proc. Jak podają, dotychczas notowane wzrosty sprzedaży były wynikiem rosnącego rynku gamingowego i rosnącym zapotrzebowaniem na notebooki dla biznesu. W tym roku na znaczeniu zyskały też zamówienia z gospodarstw domowych.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/rekordowe-wzrosty,p1444338650