Rząd pracuje nad nową polityką migracyjną, ale bez konsultacji z przedstawicielami imigrantów. Potrzebnych jest szereg ułatwień, nie tylko administracyjnych

Eksperci są zgodni, że Polska potrzebuje imigrantów zarobkowych. Jednak musi im zapewnić takie warunki prawne i urzędowe, by ułatwić im zarówno wjazd, pobyt, jak i funkcjonowanie na rynku pracy, a także dostęp do usług zdrowotnych czy informacji i pomocy w rodzimym języku. Przedstawiciele migrantów apelują o spójną politykę państwa w tym zakresie i ubolewają, że prace nad polityką migracyjną Polski, które od roku trwają w rządzie, nie są konsultowane ani z organizacjami pozarządowymi reprezentującymi cudzoziemców, ani z pracodawcami.

Jak zapowiedział na początku kwietnia wicepremier Jarosław Gowin, prace nad dokumentem polityki migracyjnej dobiegają końca. Ma on zawierać pakiet instrumentów ułatwiający zatrudnianie cudzoziemców w branżach, w których najmocniej brakuje pracowników.

– Tworzenie takiej polityki powinno być partycypacyjne, czyli powinien być wysłuchany głos różnych stron, żeby pomyśleć o bezpieczeństwie państwa, ale też bezpieczeństwie migrantów, żeby traktować ich podmiotowo. Rządowy dokument nie jest tworzony we współpracy i to jest błędem – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Myroslava Keryk, prezeska Fundacji „Nasz Wybór”. – Kluczowym problemem dla cudzoziemców jest legalizacja pobytu. Jeśli chodzi o dostęp do rynku pracy na podstawie zezwolenia na pracę tymczasową, to ten system działa dosyć sprawnie i szybko można uzyskać tzw. oświadczenie o powierzeniu pracy cudzoziemcowi. Ale jeśli ktoś chce zostać dłużej, np. znajdzie pracę i też chce tutaj zamieszkać, to już zaczynają się schody.

Ekspertka podkreśla, że w pierwszej kolejności potrzebne jest usprawnienie funkcjonowania urzędów wojewódzkich, ponieważ obecnie legalizacja pobytu na czas dłuższy niż pół roku napotyka przeszkody biurokratyczne: procedury są przeciągane, a lista wymaganych dokumentów często znacznie wybiega ponad wymogi zawarte w ustawie o cudzoziemcach. Sytuację skomplikowała pandemia, podczas której wiele osób pracę straciło i musiało szukać nowej, a w Polsce zezwolenie wydawane jest na zatrudnienie u konkretnego pracodawcy. Jego zmiana wymaga więc powtórzenia całej urzędniczej procedury. W tej sytuacji w lepszym położeniu znalazły się osoby zatrudniane poprzez agencje pracy.

– W listopadzie i grudniu 2020 roku Fundacja „Nasz Wybór” przy wsparciu Fundacji im. Heinricha Bölla przeprowadziła badanie na temat sytuacji Ukrainek w Polsce w trakcie COVID-u. Wiele Ukrainek, które pracowały w sektorach opieki, gastronomii czy sprzątania i usług domowych, z dnia na dzień straciły pracę – mówi Myroslava Keryk. – Z danych Straży Granicznej wiemy też, że w okresie wiosny 2020 roku około 160 tys. osób wyjechało z Polski, a z danych ZUS-u wiemy, że w pierwszym półroczu 2020 roku zmniejszyła się liczba kobiet zarejestrowanych o około 20 tys.

Dlatego fundacje postulują, by opracowywane z udziałem wszystkich zainteresowanych stron przepisy nowej spójnej polityki migracyjnej i integracyjnej w pierwszym rzędzie rozdzieliły pozwolenia na pracę od pozwoleń na pobyt, co w razie utraty tej pierwszej nie będzie wymagało odnawiania legalizacji pobytu. Kolejnym krokiem byłoby uelastycznienie zezwoleń na pracę tak, by na ich podstawie cudzoziemcy mogli nie tylko zmienić pracodawcę, ale i sektor gospodarki. To oczywiście musiałoby być powiązane z usprawnieniem systemu wydawania zezwoleń na pobyt i pracę. W warunkach reżimu sanitarnego (ale i po prostu postępu technologicznego) dużym ułatwieniem byłoby także uruchomienie aplikacji online i ulepszenie e-systemu do sprawdzania statusu wniosków. Istotną kwestią, często pomijaną w świadomości Polaków, w której utrwalony jest obraz Ukraińca pracownika, jest uproszczenie dostępu do zakładania indywidualnej działalności gospodarczej przez cudzoziemców.

Sytuacja z dostępem do opieki medycznej też jest trudna, zwłaszcza w sytuacji, kiedy ludzie tracą pracę i ubezpieczenie. To duże wyzwanie dla polskiego systemu ochrony zdrowia, jak usprawnić opiekę medyczną nad cudzoziemcami – mówi prezeska Fundacji „Nasz Wybór”. – To służy też bezpieczeństwu kraju, zwłaszcza gdy mówimy o sytuacji zagrożenia epidemicznego. Pracujący w opiece nad osobami starszymi często są nieformalnie zatrudniani, to też są przeważnie osoby starsze, które nie mają umów ani ubezpieczenia, co oznacza dla nich problem z dostępem do opieki medycznej. I tak jest w różnych sektorach.

Wielu problemów nastręcza ukraińskim pracownikom niedostateczna znajomość języka polskiego i to na wielu szczeblach funkcjonowania społecznego – od umiejętności wypełnienia dokumentów urzędowych, wytłumaczenia dolegliwości lekarzowi w przypadku choroby czy szukania pomocy na policji w razie np. doświadczania przemocy domowej, ale też znalezienia odpowiadającej swojemu wykształceniu i aspiracjom pracy oraz ułatwienia nauki zdalnej dzieci. Dlatego jednym z postulatów fundacji jest włączenie regularnych kursów języka polskiego dla migrantów ukraińskich do państwowego programu integracji migrantów oraz do programów integracyjnych władz lokalnych dostępnych w całym kraju.

– W Polsce często uważa się, że języki są bliskie, kultura jest bliska i że Ukrainkom łatwo nauczyć się języka i od razu pracować. Tak, jest łatwiej na podstawowym poziomie, czyli żeby kupić coś w sklepie, ale jak ktoś ma doświadczenie, wiedzę, umiejętności, ale nie umie tego wyrazić po polsku, to ma problem ze znalezieniem pracy, która odpowiada jego kwalifikacjom – wskazuje Myroslava Keryk. – Problem jest też z dostępem do urzędu, bo język jest barierą. Ludzie często korzystają z pomocy pośredników przy legalizacji pobytu, płacą duże pieniądze za to, żeby ktoś wypełnił im ankietę, bo nie znają na tyle polskiego języka.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/rzad-pracuje-nad-nowa,p422089359

Podkarpacka Dolina Lotnicza przygotowuje się do mocnego odbicia po kryzysie. Firmy notują wzrost zamówień i chcą wrócić do stanu zatrudnienia sprzed pandemii

W wyniku pandemii i zatrzymania globalnego ruchu lotniczego firmy z podkarpackiego klastra Dolina Lotnicza straciły około 35 proc. wartości sprzedaży, co pociągnęło za sobą zwolnienia w sumie 2 tys. pracowników. Rok 2021 ma być okresem wychodzenia z kryzysu, odzyskiwania pracowników i powrotu do normalnego funkcjonowania. – Prognozujemy 15-proc. wzrost w tym roku, a pod koniec przyszłego powinniśmy wracać do poziomów sprzed pandemii – przewiduje Marek Darecki, prezes zarządu Doliny Lotniczej. Po pandemii firmy branży lotniczej chcą być bardziej nowoczesne i korzystać z zalet pracy zdalnej.

– Część branż ogłosiła, że już są po kryzysie. My jeszcze tego nie możemy powiedzieć, ale sytuacja wygląda bardzo dobrze. Zarówno duże, jak i małe, rodzinne firmy przygotowują się do mocnego odbicia, z tym że w przemyśle lotniczym i ogólnie w lotnictwie nie będzie to gwałtowne – mówi agencji Newseria Biznes Marek Darecki. – To będzie wyjście typu V, ale bardzo szeroko rozwiedzione. My stosunkowo szybko wpadliśmy w kłopot, ale wychodzić będziemy przez dwa–trzy lata. Wygląda na to, że rok 2021 będzie o 15 proc. lepszy niż poprzedni.

Dolina Lotnicza szacuje, że w ubiegłym roku spadek sprzedaży sięgnął 35 proc. To efekt zmniejszonych zamówień od największych graczy branży lotniczej, która zamarła na skutek lockdownów i ograniczeń w ruchu międzynarodowym. Po tegorocznym odbiciu do odzyskania wciąż pozostanie ok. 20 proc. tego, co firmy osiągały przed pandemią.

– Pod koniec przyszłego roku powinniśmy w zasadzie już wracać do poziomu sprzed epidemii, czyli podejrzewam, że rok 2023 już będzie przedepidemiczny. To nie znaczy, że wrócimy do kształtu z roku 2019, bo będziemy lepszymi, smuklejszymi i nowocześniejszymi firmami. Wychodzimy z tego obronną ręką i tu jestem pewny kolejnego sukcesu Doliny Lotniczej – zapewnia prezes klastra.

Drastyczny spadek zapotrzebowania na nowe samoloty, a więc także na produkty, komponenty i usługi remontowe, spowodował poważne turbulencje w polskim przemyśle lotniczym. To pociągnęło za sobą falę zwolnień.

– Przeszliśmy przez bardzo trudny okres. Przemysł lotniczy, obok turystyki i gastronomii, bardzo mocno ucierpiał w wyniku pandemii COVID-19. Spodziewaliśmy się tego już w marcu ubiegłego roku, kiedy koronawirus dotarł do Polski. Dolina Lotnicza zatrudniała przed atakiem koronawirusa 30 tys. pracowników, obecnie mamy ich 2 tys. mniej. To jest bardzo duża redukcja – mówi Marek Darecki.

Dolina Lotnicza to klaster zrzeszający zarówno duże korporacje zatrudniające po kilka tysięcy osób, jak i średnie oraz małe, często rodzinne przedsiębiorstwa, w których pracuje po kilkanaście czy kilkadziesiąt osób. Redukcja zatrudnienia w różnym stopniu dotknęła więc poszczególne firmy. Jak wyjaśnia prezes klastra, na zwolnienia decydowały się głównie duże firmy, które pracują według zasady: ile pracy, tylu pracowników.

– My jednak potrafimy stosunkowo łatwo odbudować zatrudnienie, bo firma korporacyjna jest dla pracowników takim magnesem. Firmy rodzinne przyjęły inną strategię – na przeczekanie – i one nie zwalniały – wyjaśnia.

Firmy przemysłu lotniczego zrzeszone w klastrze przygotowują się do rekrutacji, która będzie miała na celu powrót do stanu zatrudnienia sprzed pandemii, czyli odzyskania 2 tys. pracowników, ale i jego dalszego zwiększania. Choć z uwagi na wdrażanie koncepcji Przemysłu 4.0 i automatyzacji produkcji zatrudnienie w niektórych obszarach nie będzie rosło tak szybko jak przed pandemią, to firmy i tak spodziewają się pewnych utrudnień w tym procesie.

– Z tych 2 tys. pracowników, których musieliśmy zwolnić, większość znalazła sobie pracę. Część z nich powraca, bo już rozpoczęliśmy proces powrotów, ale szczerze powiedziawszy, nie wszystkich chcielibyśmy znów zatrudniać ze względu na inne kwalifikacje, które w tej chwili są nam potrzebne – mówi prezes Doliny Lotniczej. – Wydaje mi się, że około 1/4, może 1/3 z tych, którzy odeszli, zechcą wrócić. Ale to będzie mało, my musimy dużo więcej zatrudniać. Problem w tym, że będziemy szukać pracowników w tym samym czasie co inne branże.

Jak podkreśla, firmy z sektora nie chcą między sobą walczyć o pracowników podwyżkami pensji. Ta strategia długofalowo doprowadziłaby raczej do odwrotu inwestorów, przez co nowe miejsca pracy powstawałyby w Czechach, Rumunii, Mołdawii czy innych tańszych od nas krajach.

– My płacimy dobrze, powyżej średniej krajowej, ale musimy być realistami. Wielu inwestorów przychodzi do Polski nie dla naszych pięknych oczu, tylko dlatego, że jesteśmy low-cost country – mówi Marek Darecki. – Chcemy wypracować pewną strategię od strony wewnętrznej, czyli najpierw stać się atrakcyjnym pracodawcą. COVID nam w tym pomógł, bo nauczył nas, przemysłowców, zdalnej pracy. Po drugie, musimy wpływać cały czas na system edukacyjny, bo nawet jeżeli za dwa–trzy lata to nie pomoże, to na dłuższą metę już tak. Dolina Lotnicza ma bardzo dobre doświadczenia i będziemy to kontynuować.

Podkarpacie to obok francuskiej Tuluzy i hiszpańskiej Andaluzji kluczowy ośrodek przemysłu lotniczego w Europie. Region ma ponad 80 lat doświadczenia w produkcji samolotów, a produkty firm Doliny Lotniczej są stosowane nie tylko w boeingach i airbusach, ale także w myśliwcach F-16 i F-35. Dolina Lotnicza przez 18 lat działalności znacznie zwiększyła swój potencjał – liczba firm lotniczych wzrosła z kilkunastu do prawie 100, zatrudnienie z 10 do 30 tys., a sprzedaż eksportowa z 250 mln dol. do ponad 3 mld dol.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/podkarpacka-dolina,p696472163

Trwają prace nad poszukiwaniem pozaziemskiej inteligencji. Według ekspertów odkrywane co jakiś czas dowody obecności obcych na Ziemi, takie jak UFO, są bezpodstawne

Naukowcy potwierdzili istnienie ponad 4 tys. egzoplanet krążących wokół innych gwiazd w naszej galaktyce. Prawdopodobnie jednak mogą być ich nawet biliony. Jednym z najlepszych narzędzi, jakich naukowcy potrzebują, aby zawęzić poszukiwania światów nadających się do zamieszkania, jest koncepcja „strefy nadającej się do zamieszkania”. Dzięki nowym teleskopom szanse na znalezienie pozaziemskiego życia rosną, choć dotąd żaden nie uwiecznił śladów pozaziemskiej cywilizacji. Potwierdzenie jej istnienia mogłoby być przełomem dla ludzkości, jednak jak dotąd wszelkie rzekome znaki pozostawione przez obcą cywilizację się nie potwierdziły. – UFO nie mają nic wspólnego ze statkami obcych – mówi dr Piotr Witek z Planetarium Centrum Nauki Kopernik.

Wraz z teleskopami najnowszej generacji rosną szanse na znalezienie pozaziemskiego życia. Kosmiczny teleskop TESS NASA odkrył ponad 2,2 tys. kandydatów na planety pozasłoneczne, wśród nich wiele podobnych do Ziemi. Teleskop Jamesa Webba może wykryć oznaki atmosfery podobnej do naszej – tlen, dwutlenek węgla czy metan. Zdaniem naukowców trudno wytłumaczyć dużą ilość metanu w atmosferze czymś innym niż życie. Przyszłe teleskopy mogą nawet wykryć oznaki fotosyntezy, czyli przemiany światła w energię chemiczną przez rośliny, lub nawet konkretne gazy i cząsteczki sugerujące obecność życia zwierzęcego. Życie można znaleźć, obserwując odbijane przez planety światło gwiazd. Produkowany przez rośliny chlorofil odbija światło bliskiej podczerwieni. Inteligentne, technologiczne życie może powodować zanieczyszczenie atmosfery, tak jak ma to miejsce na naszej planecie, również wykrywalne z daleka.

– Istnienie innego życia w kosmosie jest trudne do potwierdzenia, co nie znaczy, że jest niemożliwe. Pewne działania w tę stronę już są podejmowane, od lat 90. odkrywamy planety krążące dookoła innych gwiazd i w miarę postępu badań nad tymi planetami badamy skład atmosfer niektórych z nich. Zawartość tych atmosfer może wskazywać na występowanie życia na danej planecie – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr Piotr Witek z Planetarium Centrum Nauki Kopernik.

Potwierdzono, że w naszej galaktyce istnieje ponad 4 tys. egzoplanet krążących wokół innych gwiazd, ale prawdopodobnie liczba ta wynosi biliony. Jednym z najlepszych narzędzi, jakich naukowcy potrzebują, aby zawęzić poszukiwania światów nadających się do zamieszkania, jest koncepcja znana jako „strefa nadająca się do zamieszkania”. Jest to odległość orbitalna od gwiazdy, przy której temperatury potencjalnie umożliwiłyby tworzenie się wody w stanie ciekłym na powierzchni planety. Wymaganych byłoby również wiele innych warunków: planeta o odpowiednich rozmiarach z odpowiednią atmosferą i stabilna gwiazda, która nie jest podatna na wybuchy. Planet, które spełniałyby wszystkie warunki, dotychczas nie udało się znaleźć

– Życie inteligentne, nawet jeśli nie chce się komunikować, to wytwarza sygnały, które bylibyśmy w stanie odkryć na większych dystansach. Chodzi tu głównie o sygnały radiowe czy też w innych formach promieniowania, ale także możliwe jest, że wysyła statki kosmiczne do innych układów planetarnych. Nasza cywilizacja, choć osiągnęła kosmos zaledwie 60 lat temu, już wysłała sondy kosmiczne w podróż przez cały Układ Słoneczny i pięć z naszych statków kosmicznych opuści go na zawsze  – wskazuje badacz.

Naukowcy od 60 lat skanują niebo w poszukiwaniu sygnałów radiowych, które mogą mieć sztuczne pochodzenie. W przeciwieństwie do fal radiowych, które kosmos wytwarza naturalnie, oczekuje się, że sygnały od istot pozaziemskich będą bardzo przypominać transmisje, których ludzie używają do komunikacji, i obejmowałyby bardzo wąski zakres częstotliwości radiowych. Miałyby również charakterystyczny „dryf” wskazujący, że źródło przemieszcza się w kierunku Ziemi lub od niej, czyli wskazówkę, że źródło radiowe pochodzi z odległego obiektu kosmicznego, takiego jak planeta krążąca wokół gwiazdy.

W 2020 roku teleskop radiowy Parkesa w Nowej Południowej Walii w Australii, prowadzony przez Commonwealth Scientific and Industrial Research Organization (CSIRO), wykrył niewyjaśniony sygnał radiowy pochodzący z Proximy Centauri, najbliższej Słońca gwiazdy. Wydawało się, że może być to sygnał od obcej cywilizacji, jednak zdaniem naukowców jest to mało prawdopodobne. Głośno było również  o sygnale „Wow!” odebranym przez Obserwatorium Radiowe Uniwersytetu Stanowego Ohio  w 1977 roku. Ta niezwykle jasna fala początkowo wyglądała jak prawdziwa detekcja SETI, jednak nikt nie był w stanie jej zweryfikować ani odnaleźć ponownie.

– Gdyby okazało się, że nie jesteśmy jedynym życiem czy też wręcz jedyną inteligencją w naszym kosmosie, byłby to duży przełom dla ludzkości w wielu kategoriach: filozoficznych, naszego postrzegania świata, a także prawdopodobnie w kategoriach tego, jak traktujemy siebie tu nawzajem. Poznanie prawdziwego obcego pozwoliłoby nam łatwiej dostrzec, że inny człowiek tak naprawdę się od nas specjalnie nie różni. Poza tym otworzyłoby fantastyczne pole nowych badań dla nauki i było inspiracją dla wielu dzieł kultury – przekonuje ekspert.

Mimo zaawansowanych technologii wciąż jednak nie udało się odkryć śladów, które bez żadnych wątpliwości wskazywałyby na istnienie obcej cywilizacji. Takim śladem nie są również niezidentyfikowane obiekty latające (UFO). W kwietniu 2021 roku Pentagon potwierdził autentyczność trzech nagrań, na których widać niezidentyfikowane obiekty latające (nagrania z 2019 roku). Wciąż nie wiadomo, czym były, lecz szanse, że były to statki obcej cywilizacji, są niewielkie.

– Obowiązkiem każdej armii jest identyfikowanie obiektów, które znajdą się w przestrzeni powietrznej danego kraju. Niektórych z nich nie da się zidentyfikować od razu, niektóre z nich wymykają się nawet przez dłuższy czas identyfikacji. I tym właśnie są owe UFO. Traktujmy tę nazwę dosłownie: niezidentyfikowane obiekty latające to obiekty, które unoszą się w powietrzu, których nie potrafimy zidentyfikować. Nie ma to nic wspólnego ze statkami obcych – przekonuje dr Piotr Witek.

Od lat krążą teorie spiskowe, że przedstawiciele innych cywilizacji pojawili się już na Ziemi. Inne, że Amerykanie przetrzymują obcych w podziemnych laboratoriach.

– Gdyby nawet jakaś obca inteligencja zdecydowała się pokonać te olbrzymie dystanse dzielące planety, raczej trudno spodziewać się, żeby zrobiła to po to, żeby następnie ukrywać się przed jedyną istotą inteligentną, z którą jest w stanie się skontaktować w tym Układzie Słonecznym, albo np. żeby wygniatać kręgi w zbożu – wyjaśnia ekspert z Planetarium Centrum Nauki Kopernik.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/trwaja-prace-nad,p927556302

Sztuczna inteligencja może moderować wpisy zawierające przemoc jeszcze przed ich publikacją. W przyszłości pozwoli zapobiegać czynom pedofilskim czy agitacji terrorystów

Algorytmy sztucznej inteligencji są już w stanie wykrywać agresywne zachowania w sieci z 97-proc. skutecznością. Pozwala na to sztuczna inteligencja trzeciej fali, która polega na integracji uczenia maszynowego z ingerencją człowieka w schemat działania. Dotychczas SI również wykrywała niebezpieczne zachowania, lecz tylko z 50-proc. skutecznością, więc każdy wysyłany przez nią alert musiał być zatwierdzony przez człowieka. Nowe podejście do budowania algorytmów pomoże nie tylko zapobiegać agresji słownej w sieci, ale również ostrzegać przed możliwą próbą samobójczą, a także działaniem pedofila czy terrorysty.

– Wprowadziliśmy nową metodę sztucznej inteligencji, która pozwala na reagowanie w czasie rzeczywistym. To jest sztuczna inteligencja, która potrafi na bieżąco albo usunąć treść, albo zareagować w inny sposób. Oczywiście najgorsze przekazy powinny zostać zablokowane, zanim dotrą. W zależności od regulaminu danego forum oraz od skali przemocy czy toksyczności danej treści jesteśmy w stanie również napomnieć osobę, która taką treść pisze, i wspomóc kogoś, kto taką treść dostaje, albo włączyć się do rozmowy jako czatbot, który w imieniu forum lub jako tajemniczy użytkownik będzie napominał lub włączał się w moderowanie automatycznie – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Grzegorz Rutkiewicz, współzałożyciel i dyrektor zarządzający Samurai Labs.

Dotychczas sztuczna inteligencja mogła być wykorzystywana jako wsparcie w moderowaniu już istniejących w sieci wpisów. SI uczyła się dotąd na gotowych wzorcach, zatem jej sugestie opatrzone były dość dużym, bo aż 50-proc. błędem. Algorytmy stworzone przez Samurai Labs są rewolucyjne, ponieważ opierają się nie tylko na uczeniu maszynowym, lecz także doświadczeniach człowieka. W efekcie margines błędu wynosi zaledwie 3 proc. Dzięki temu sztuczna inteligencja może samodzielnie moderować treści, a nie czekać na interwencję moderatora. Takie podejście do budowania algorytmów nazywane jest neurosymbolicznym lub trzecią falą sztucznej inteligencji.

– Wykracza ona poza to, co jest obecnie standardem sztucznej inteligencji, czyli machine learningu. Machine learning polega na nauczeniu algorytmu, czyli wyuczeniu go na podstawie bardzo dużej ilości danych, które zostały przez ludzi oznaczone. Natomiast nie ma możliwości ręcznego zaingerowania w jego mechanizm tak, żeby uznać jakieś wyjątki, dodać nowe dane. Rozwinięcie takiego algorytmu odbywa się tylko przez kolejne iteracje uczenia go na coraz większych próbach danych. W naszym podejściu łączymy uczenie maszynowe z działaniem mechanizmu zaprojektowanego przez ludzi, w który możemy ingerować i na bieżąco uczyć go, wspomagając proces decyzyjny wiedzą ekspertów – wyjaśnia Grzegorz Rutkiewicz.

Trzecia fala sztucznej inteligencji została wykorzystana m.in. przez kalifornijski start-up do zbudowania platformy cyberbezpieczeństwa MixMode. Jest ona w stanie wykrywać ataki zero-day bez podpisu w czasie rzeczywistym. SI tworzy w MixMode ewoluującą, opartą na zachowaniu linię bazową sieci, co sprawia, że nie trzeba tworzyć reguł dla alertów.

Nowe podejście do budowania algorytmów wykorzystują także Polacy. I to nie tylko do wykrywania przemocy i wzmacniania zabezpieczeń sieci.

– Możemy także identyfikować innego rodzaju zagrożenia. W tym momencie rozwijamy również możliwość detekcji zachowań pedofilskich w internecie. Potrafimy też wykrywać myśli samobójcze wśród użytkowników internetu. Jeżeli jest osoba, która – co jest szczególnie istotne teraz w czasie pandemii koronawirusa – pisze, że szuka sposobu, żeby zakończyć swoje życie, to są sygnały, które wysyła światu. Jesteśmy je w stanie zidentyfikować i możemy sprawić, że taki automat, który będzie analizował bardzo duże ilości danych z różnych forów czy mediów społecznościowych, będzie w stanie to wychwycić i w porę kogoś zaalarmować. Chcemy także w niedalekiej przyszłości wykrywać te same treści w rozmowach głosowych. Będziemy też rozszerzać ich detekcję na przykład pod kątem nowych zagrożeń – zapowiada ekspert z Samurai Labs.

Według Mordor Intelligence światowy rynek sztucznej inteligencji w cyberbezpieczeństwie osiągnął w 2020 roku przychody na poziomie ponad 5 mld dol. Do 2026 roku rynek ma zwiększyć swoją wartość do ponad 14 mld dol.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/sztuczna-inteligencja,p1784382124

Rekordowe zainteresowanie kredytami hipotecznymi w kwietniu. Analitycy przewidują kolejne wzrosty

W kwietniu 2021 roku banki i SKOK-i przesłały do Biura Informacji Kredytowej informacje dotyczące wniosków o kredyty mieszkaniowe na kwotę wyższą o 94,3 proc. w porównaniu z kwietniem 2020 roku. Rekordowa jest również wartość wniosków kredytowych – średnia kwota wyniosła 320,61 tys. zł, o 6 proc. więcej niż przed rokiem. – W kolejnych miesiącach należy oczekiwać wysokiego wzrostu akcji kredytowej. Marcowy rekord 7,3 mld zł wartości udzielanych kredytów może już niebawem zostać przekroczony – ocenia dr hab. Waldemar Rogowski, profesor SGH, główny analityk BIK.

 Wartość BIK Indeksu Popytu na Kredyty Mieszkaniowe informuje o rocznej dynamice wartości wnioskowanych kredytów mieszkaniowych. Kolejny raz w tym roku odczyt jest dodatni i w kwietniu br. wyniósł +94,3 proc. To oznacza, że w kwietniu w przeliczeniu na dzień roboczy banki i SKOK-i przesłały do Biura Informacji Kredytowej zapytania o kredyty mieszkaniowe na kwotę wyższą o 94,3 proc. w porównaniu z kwietniem 2020 roku. To rekordowy odczyt w całej historii publikacji indeksu – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr hab. Waldemar Rogowski.

Rynek nieruchomości pandemię koronawirusa ma już za sobą. Kwietniowa wartość BIK Indeksu jest kolejną w tym roku, która wskazuje na rosnące zainteresowanie zakupem mieszkania. Po pierwszym szoku w wyniku pandemii i gwałtownym spadku popytu na kredyty mieszkaniowe od marca do maja 2020 roku (najwyższy spadek o 27,7 proc. r/r w maju) popyt zaczął się stopniowo odbudowywać. Spadek odnotowano jeszcze tylko w listopadzie ub.r., ale od grudnia ponownie wróciły wzrosty. Wpływają na to m.in. rekordowo niskie stopy procentowe, które zachęcają do zakupów na kredyt.

Na wartość indeksu pozytywnie wpłynął zarówno wzrost średniej kwoty wnioskowanego kredytu, jak i przede wszystkim bardzo duży wzrost liczby wnioskodawców w porównaniu do kwietnia 2020 roku. Trzeba jednak pamiętać, że rok temu mieliśmy do czynienia z jednej strony z największą niepewnością co do przebiegu skutków ekonomicznych i społecznych pandemii, z drugiej strony był to sam środek twardego lockdownu. Bezpieczeństwo ekonomiczne gospodarstw domowych wydawało się wówczas zagrożone, nie zachęcało to więc Polaków do zaciągania kredytów, również mieszkaniowych na 20 czy 30 lat – wyjaśnia główny analityk BIK.

Kredyty hipoteczne w ubiegłym roku i tak odnotowały najniższy spadek popytu w porównaniu do wszystkich produktów kredytowych. Teraz zainteresowanie klientów nie tylko wróciło do poziomów sprzed pandemii, ale wręcz je zdecydowanie przekroczyło.

– Oprócz rekordowej wartości samego indeksu rekordowa jest również wartość kwot na wnioskach kredytowych. Średnia kwota wnioskowanego kredytu mieszkaniowego w kwietniu br. wyniosła 320,61 tys. zł i była aż o 6,1 proc. wyższa niż w kwietniu 2020 roku – wylicza dr hab. Waldemar Rogowski.

Wyższe kwoty na wnioskach kredytowych to z jednej strony efekt wzrostu cen nieruchomości, z drugiej strony – mniej restrykcyjnej niż w ubiegłym roku polityki kredytowej banków. Najnowsza ankieta NBP wskazuje, że rośnie liczba instytucji finansowych, które luzują politykę względem kredytów hipotecznych i zmieniają niektóre warunki udzielania kredytów, m.in. obniżyły wymagany od kredytobiorcy udział własny w inwestycji i marżę kredytową.

– W obecnej sytuacji wysokiej nadpłynności polskiego sektora bankowego, najniższego ze wszystkich produktów kredytowych poziomu szkodowości, jakim charakteryzują się kredyty mieszkaniowe, oraz faktu, że poziom akceptacji wniosków o kredyty mieszkaniowe jest na poziomie około 70 proc., w kolejnych miesiącach należy oczekiwać wysokiego wzrostu akcji kredytowej w ujęciu wartościowym. Marcowy rekord 7,3 mld zł wartości udzielanych kredytów może już niebawem zostać przekroczony – przewiduje główny analityk BIK.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/rekordowe-zainteresowanie,p1981157288

COVID-19 przemodelował nawyki bankowe i zakupowe Polaków. Rezygnujemy z rozrywki i wakacji, a stawiamy na wydatki związane z domem

Okres pandemii COVID-19 zmienił preferencje bankowe i zakupowe Polaków, powodując przyspieszoną migrację do online’u. Liczba klientów banków w kanałach cyfrowych rośnie, co może się okazać zmianą na stałe. Z drugiej strony koronawirus skłonił też Polaków do refleksji nad swoim stylem życia i wydatkami, a w efekcie – jak wynika z badań Banku Millennium – 54 proc. z nas wydaje uważniej i więcej oszczędza. Dane z systemów transakcyjnych banku pokazują, że w pandemii Polacy rezygnują głównie z wydatków na rozrywkę i podróże, w zamian stawiając na te związane z remontami i urządzaniem domu. Częściej myślą też o kupnie mieszkania albo budowie domu.

– Pandemia istotnie wpłynęła na nasze preferencje zakupowe. Restrykcje w bezpośredni sposób ograniczyły głównie wydatki na restauracje, rozrywkę, transport i turystykę. Zamknięte centra handlowe sprawiły, że przeznaczamy znacznie mniej pieniędzy na odzież i kosmetyki. Więcej czasu spędzonego w domu z rodziną skutkuje natomiast potrzebą dostosowania przestrzeni do nowych realiów i częstszymi zakupami online – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mariusz Gromada, dyrektor Departamentu Customer Intelligence w Banku Millennium.

Statystyki wskazują, że za krzywą zakażeń podąża mobilność Polaków, którzy w większości stosują się do obostrzeń i mocno ograniczyli wizyty w takich miejscach jak urzędy, oddziały banków czy tradycyjne sklepy. Dane Google COVID-19 Community Mobility Report z okresu 7 marca – 18 kwietnia br. pokazują w Polsce 26-proc. spadek przemieszczania się na stacjach transportu publicznego (w I fali pandemii rok temu spadek był ten ponad dwukrotnie większy) oraz 39-proc. spadek odwiedzalności takich miejsc jak restauracje i kawiarnie, centra handlowe, parki rozrywki itp. Statystyki z systemów transakcyjnych Banku Millennium potwierdzają, że w obu falach pandemii Polacy mocno ograniczyli także wydatki w kategoriach rozrywka i turystyka. Mocny wzrost, który trwa nieprzerwanie od kwietnia ubiegłego roku, notują za to wydatki w kategoriach związanych z domem i miejscem zamieszkania.

– Polacy wydają o ok. 30 proc. więcej na zakupy w kategorii dom, który jest obecnie naszą małą planetą. Tutaj pracujemy, tu się uczymy i relaksujemy. Liczba transakcji w serwisach VOD wzrosła aż o ok. 80 proc. – mówi Mariusz Gromada.

Dane Banku Millennium pokazują, że od jesieni ubiegłego roku znacząco rośnie liczba transakcji na platformach takich jak Netflix, Player czy HBO Go oraz w serwisie Pyszne.pl umożliwiającym zamawianie jedzenia w dostawie. Według statystyk z Google Trends COVID-19 spowodował także skokowy wzrost popularności zagadnień związanych z remontami, organizowaniem w domu miejsca do pracy zdalnej, miniogródka albo siłowni. Co ciekawe, w pandemii Polacy bardziej interesują się też dotacjami do paneli fotowoltaicznych, wymianą pieców i inteligentnymi technologiami z zakresu smart home.

Częściej myślą też o kupnie mieszkania z tarasem lub ogródkiem albo budowie domu. Zarówno w pierwszej, jak i drugiej fali pandemii w wyszukiwarce Google skokowo rosła liczba zapytań o działki, podobnie jak zainteresowanie klientów kredytami hipotecznymi.

– Niemal zerowe stopy procentowe sprawiły też, że Polacy wykazują znacznie większe zainteresowanie różnymi formami inwestowania, np. w fundusze inwestycyjne, akcje czy właśnie w nieruchomości – mówi dyrektor Departamentu Customer Intelligence w Banku Millennium.

Według ubiegłorocznego raportu e-Izby w czasie pandemii 27 proc. Polaków zaczęło częściej wybierać kanały zakupowe online. Sprzyja temu również kolejne zamknięcie większości sklepów w galeriach handlowych. Na wzroście liczby klientów w kanałach cyfrowych korzystają z kolei e-commerce i logistyka. Podobnie jest też w usługach finansowych, gdzie sprzedaż poprzez kanały zdalne wzrosła o ok. 40 proc. w porównaniu z okresem sprzed COVID-19. Według badań Banku Millennium w trakcie pandemii 12 proc. klientów zapisało się do bankowości internetowej po raz pierwszy, a 24 proc. planuje rzadziej korzystać z tradycyjnych oddziałów banku lub w ogóle przestać je odwiedzać.

– Liczba klientów i interakcji w kanałach cyfrowych znacząco rośnie, co częściowo wynika z ograniczenia wizyt w placówkach bankowych. Dynamicznie rośnie też sprzedaż produktów poprzez kanały zdalne – dla przykładu w Banku Millennium udział sprzedaży pożyczki gotówkowej online w ujęciu liczbowym wzrósł do ponad 70 proc. – mówi Mariusz Gromada. – Klienci pokochali też cyfrowe płatności, szczególnie te z wykorzystaniem telefonów. Liczba transakcji BLIK-iem bije kolejne rekordy, rosnąc aż o 100 proc. na przestrzeni 2020 roku.

Wyraźnym trendem w trakcie pandemii COVID-19 jest też wzrost korzystania z e-usług administracji publicznej za pośrednictwem kanałów online. W ubiegłym roku z Profilu Zaufanego, który można założyć poprzez bankowość internetową, zaczęło korzystać prawie 4,2 mln Polaków – wynika z danych KPRM-u. Przez kilka pierwszych miesięcy tego roku przybył już kolejny milion użytkowników, a ich łączna liczba sięga już prawie 10 mln.

– Obywatel online to niezwykle silny trend i jeśli możemy sprawy administracyjne załatwić zdalnie, to zwykle wybieramy tę drogę. Program 500+ upowszechnił rolę banków w tym zakresie. Dostęp do usług publicznych poprzez Profil Zaufany dodatkowo zyskał też na popularności w czasie pandemii. Platformy ePUAP oraz e-Pacjent z udziałem bankowości cyfrowej są obecnie odwiedzane dwukrotnie częściej, na co silny wpływ miały telemedycyna, bony turystyczne oraz proces szczepień – mówi dyrektor Departamentu Customer Intelligence w Banku Millennium.

Jak wskazuje, koronawirus skłonił Polaków do refleksji nad swoim stylem życia i wydatkami i – jak wynika z badań Banku Millennium – w efekcie 54 proc. uważniej wydaje i więcej oszczędza.

– Tęsknimy za wolnością, więc niektóre zmiany w naszych nawykach nie będą trwałe. Restauracje i turystyka ponownie zyskają na popularności. Część klientów powróci do centrów handlowych, jednak zakupy online nadal będą zyskiwały na znaczeniu – mówi Mariusz Gromada. – Prognozy zakładają, że dopiero 2023 rok będzie tym, w którym większość firm osiągnie wyniki notowane w roku 2019.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/covid19-przemodelowal,p1444939562

Nowe technologie zmieniają marketing. Innowacyjne narzędzia pozwalają wykorzystać w czasie rzeczywistym m.in. zmiany pogody czy stan powietrza

Polski rynek e-commerce w 2020 roku wart był 70 mld zł. Po wielu latach wzrostu w tempie kilkunastu procent rocznie okres pandemii COVID-19 przyniósł niemal trzykrotne przyspieszenie, do 43 proc. r/r. Dla firm pandemia oznaczała konieczność szybkiego cyfrowego rozwoju, który jednak nie zawsze przekładał się na sprzedaż. Konieczne jest szybkie reagowanie na wydarzenia, czyli marketing w czasie rzeczywistym. Zmiany pogody, wahania na rynku finansowym, a nawet wydarzenia sportowe wpływają na zachowania konsumentów. Opracowane przez Polaków narzędzie pozwala marketerom nie tylko na gromadzenie najistotniejszych danych z otoczenia, lecz także na ich wykorzystanie w real-time marketingu.

– Pandemia przyspieszyła transformację cyfrową, przede wszystkim pod kątem edukacji rynku. Coraz więcej firm zaczęło zajmować się tym tematem i traktować go na poważnie. Tym samym zauważyliśmy, że jest bardzo duże wzmożenie zainteresowania kanałami cyfrowymi, sprzedażą e-commerce w kanałach internetowych, rozwojem kanału sprzedaży za pomocą sklepów internetowych i co za tym idzie, również zwiększeniem zainteresowania automatyzacją procesów m.in. sprzedażowych, marketingowych, wykorzystaniem sztucznej inteligencji oraz wszelkich innych innowacji – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Michał Wojciechowski, prezes iPresso Marketing Automation.

Z analizy Mazars, Noerr i SpotData wynika, że polski rynek e-commerce w 2020 roku wart był 70 mld zł. Po wielu latach wzrostu w tempie kilkunastu procent rocznie okres pandemii COVID-19 przyniósł niemal trzykrotne przyspieszenie – do 43 proc. r/r. Według  badań przeprowadzonych przez McKinsey & Company firmy były w stanie wdrażać cyfrowe zmiany 20–25 razy szybciej, niż do tej pory się spodziewano. Dla części firm wdrażane rozwiązania i sama obecność w sieci nie zawsze przekładały się na wyższą sprzedaż. Polska firma iPresso wprowadziła rozwiązanie Satellite, aby pomóc marketerom w ich codziennej pracy: integrowaniu danych i narzędzi, projektowaniu i prowadzeniu spersonalizowanych, wielokanałowych kampanii, mierzeniu wyników i ciągłego ich poprawianiu.

– iPresso Satellite to jest nasze autorskie rozwiązanie, które pozwala zbierać dane z otoczenia końcowego klienta po to, żeby lepiej zbudować jego kontekst w systemie marketing automation i lepiej odpowiadać bezpośrednią, spersonalizowaną komunikacją. Dzięki temu mamy możliwość dostosowania np. wpływu stanu pogody, którą mamy za oknem, na to, w jaki sposób i o czym będziemy mówić z naszym klientem końcowym, czy możemy reagować w kontekście zmieniających się kursów walut, czy innych danych finansowych – tłumaczy Michał Wojciechowski.

Dla działań marketingowych istotne znaczenie mają takie czynniki jak warunki pogodowe, stan powietrza, zmiany na rynku finansowym, a nawet sukcesy sportowe czy wyniki spotkań piłkarskich. Pogoda jest uniwersalnym motorem zachowań zakupowych, nastroju i wrażliwości konsumentów na komunikaty marketingowe. Tylko stan gospodarki bardziej wpływa na zachowania konsumentów. Platformy marketingowe dotyczące pogody umożliwiają reklamodawcom łatwe stosowanie automatyzacji opartej na pogodzie do kampanii wyszukiwania, wyświetlania, społecznościowych i zakupowych. Jeśli więc pogoda spełni kryteria wskazane przez marketera, np. wzrost temperatury powyżej 25 st. C, automatycznie uruchamia się wielokanałowa wysyłka informacji o zniżkach na określone produkty, np. zimne napoje.

Narzędzie Satellite pozwala też wykorzystać inne dane – np. sukcesy sportowe mogą zwiększyć zainteresowanie na akcesoria związane z konkretną drużyną piłkarską. Wyższe stężenie szkodliwych pyłów w powietrzu sprawia zaś, że rośnie sprzedaż oczyszczaczy i nawilżaczy powietrza. Zbieranie danych i wykorzystanie ich do reklam w czasie rzeczywistym może znacząco zwiększyć konkurencyjność.

– Wykorzystujemy przede wszystkim bazy danych oraz wszystkie dane, które możemy zagregować z zewnętrznych, coraz częściej otwartych źródeł danych, tzw. OpenAPI. Dotyczy to m.in. serwisów pogodowych czy agregatów danych finansowych, informacji o różnego rodzaju contencie w sieci, ale także informacji o działkach na sprzedaż czy planach zagospodarowania przestrzennego. Mamy coraz większy dostęp do danych, które są publiczne, a Satellite robi z nich użytek – podkreśla prezes iPresso.

Marketing ewoluuje od lat, a real-time marketing stał się już codziennością. Firmy muszą reagować na zmiany, które zachodzą w czasie rzeczywistym, nie tylko w branży, w której działają. Tylko takie działania dają szansę na lepszą komunikację z klientem i stworzenie spersonalizowanych kampanii reklamowych. Coraz większe znaczenie w marketingu zyskują nowe technologie, m.in. rozszerzona i wirtualna rzeczywistość.

– Technologia wirtualnej rzeczywistości coraz szybciej zdobywa serca konsumentów. Także wszystkie technologie wykorzystujące głosowych asystentów zdobywają w tej chwili dużą popularność w krajach anglojęzycznych. Wraz z rozwojem sztucznej inteligencji opanowanie przez nie kolejnych języków będzie tylko kwestią czasu i na pewno też te technologie będą miały coraz większe znaczenie w marketingu – wymienia Michał Wojciechowski.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/nowe-technologie,p1320545799

Samoloty pasażerskie mogłyby już latać bez pilotów. Barierą jest zaufanie pasażerów do autonomicznych maszyn

Samoloty mogą latać zupełnie bez pilotów. Dobrym rezultatem zakończyły się już testowe loty bezzałogowych samolotów towarowych – zbudowanych na bazie seryjnych modeli Cessny. Nie ma już technologicznych przeszkód do wprowadzenia także autonomicznych lotów pasażerskich, jednak barierą do ich wprowadzenia jest zaufanie podróżnych. Sztuczna inteligencja już jednak teraz jest obecna w lotnictwie. Pozwala m.in. przewidywać usterki samolotów i tak zarządzać ich serwisem, by zachować płynność lotów.

– Gdyby nie to, że pasażerowie nie wsiedliby do takiego samolotu, to już byśmy latali samolotami bez pilota. Dzisiejsza wiedza i dzisiejsze systemy automatyki, sterowania, sztucznej inteligencji są już tak doskonałe. Wielu z nas ma chociażby drona, który jest statkiem powietrznym właśnie bez pilota. Można więc powiedzieć, że to już dziś jest w zasięgu, tylko że społeczeństwo nie jest gotowe. Społeczeństwo musi do tego dojrzeć, ale te prace przebiegają – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Marek Darecki, prezes Doliny Lotniczej.

Xwing, amerykański start-up specjalizujący się w technologii lotniczej, ogłosił niedawno, że zakończył testy bezzałogowego samolotu towarowego na potrzeby usług komercyjnych. Samolot Cessna Grand Caravan 208 w lutym bez pilota odbył lot z Concord w Kalifornii – od wyjechania, przez kołowanie, start, lądowanie, aż po dojazd do hangaru. Lot był zdalnie monitorowany z centrum kontroli lotów. Pakiet oprogramowania Xwing integruje się z pokładowymi systemami sterowania lotem. Obecnie firma stara się o zgodę Federalnej Administracji Lotnictwa na przeprowadzanie w samolotach modernizacji pozwalających na autonomizację lotów. 

– W przyszłości nie będziemy mieć pilotów w samolocie. Sztuczna inteligencja już dzisiaj zmienia sposób, w jaki przygotowujemy nasze produkty. Inżynierowie lotnictwa mogą już obserwować samoloty i silniki w powietrzu. Jesteśmy już w stanie przewidzieć potrzebę np. dokonania jakichś prac serwisowych albo szybszego zużycia się jakiejś części. Są już algorytmy, które na to pozwalają – wskazuje Marek Darecki.

Sztuczna inteligencja pozwala jednak już nie tylko przewidywać z wyprzedzeniem możliwe awarie samolotów, lecz również tak planować ich usunięcie, by nie zakłócało to harmonogramu lotów. Takim rozwiązaniem jest FlexPlan, system stworzony przez Amsterdamski Instytut Nauk Stosowanych. Algorytm sczytuje dokument planowania obsługi technicznej, interpretuje go pod kątem zastosowania każdego komponentu, a następnie automatycznie generuje program obsługi technicznej samolotu, dostosowany do harmonogramu lotów określonej linii lotniczej, typu floty i struktury oblatywanej trasy.

Automatyzacja lotów i procesu obsługi wiąże się jednak z problemem zapewnienia bezpieczeństwa nie tylko w kontekście schematów działania robota sterującego statkiem powietrznym.

– Sztuczna inteligencja zrewolucjonizuje świat, jednak jest też kilka wyzwań, w tym cyberbezpieczeństwo. Jeżeli rzeczywiście w samolocie nie będzie pilota, to musimy być pewni, że terrorysta nie zechce go zhakować. To są trudne rzeczy, ale od tego nie ma już odwrotu – twierdzi ekspert.

Według analityków z MarketsandMarkets światowy rynek samolotów autonomicznych, który w 2018 roku był wyceniany na 3,6 mld dol., do 2030 roku osiągnie wartość 23,7 md dol. 

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/samoloty-pasazerskie,p1611461222

Grypa ptaków coraz mocniej daje się we znaki producentom drobiu i jaj. Choć niegroźna dla ludzi, powoduje wielomiliardowe straty branży

Eksport drobiu w 2020 roku spadł pod względem wartości po raz pierwszy od 11 lat. Wpływ na to miały dwie epidemie – koronawirus, który pozamykał granice oraz sektor gastronomiczny, a także grypa ptaków, która pojawiła się w pierwszej połowie roku. O ile wraz z postępem szczepień otwarcie restauracji zbliża się wielkimi krokami, grypa ptaków przybiera na sile. Dla przemysłu drobiarskiego, który połowę produkcji wysyłał na eksport, oznacza to nieopłacalność działalności i w konsekwencji upadek wielu ferm. Branża apeluje do rządu o wsparcie w eksporcie do krajów trzecich.

Polscy drobiarze produkują ponad 3 mln ton drobiu rocznie, z czego połowa przeznaczana jest na eksport, rynek krajowy nie jest bowiem w stanie wchłonąć takiej podaży. W 2020 roku jednak po raz pierwszy od 2009 roku tę dynamicznie do tej pory rozwijającą się branżę, będącą obok Holandii jednym z dwóch największych eksporterów drobiu w Europie, dotknął spadek. Spowodowany był on głównie zamknięciem kanału HoReCa,  ponieważ wysoce zjadliwa grypa ptaków (HPAI), która pojawiła się na przełomie 2019 i 2020 roku, zaczęła ustępować w drugiej połowie roku.

Grypa ptaków powoduje ogrom perturbacji na fermach i w handlu międzynarodowym, który jest zatrzymywany przez kraje importujące. Są to decyzje administracyjne danego państwa, które powodują, że towar nie zostanie przyjęty – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Danielak, prezes zarządu Polskiego Związku Zrzeszeń Hodowców i Producentów Drobiu. – W związku z tym pojawiają się nadwyżki, czasami bardzo duże, bo niektóre kraje importują dużo polskiego mięsa drobiowego.

W sierpniu 2020 roku Polska odzyskała nawet status kraju wolnego od HPAI, dlatego inspekcja weterynaryjna wystąpiła o zniesienie ograniczeń w imporcie polskiego mięsa i jaj. Teraz jednak grypa ptaków powróciła ze zdwojoną siłą: do 23 kwietnia wykryto w Polsce 245 ognisk wysoce zjadliwej grypy ptaków, podczas gdy w ubiegłym roku było ich kilkadziesiąt. Nie jest ona groźna dla ludzi, zarówno hodowców, jak i konsumentów, choć może być przenoszona przez człowieka.

Najgorsza sytuacja jest w województwach wielkopolskim i mazowieckim, ale ogniska grypy ptaków stwierdzono już na obszarze wszystkich województw z wyjątkiem podlaskiego. Na Mazowszu na 19 kwietnia wykryto 64 ogniska obejmujące ponad 3,7 mln sztuk drobiu, a od tej pory wykryto kolejnych 16. W Wielkopolsce było to wówczas 69 ognisk (ponad 1,5 mln sztuk drobiu), w ciągu kilku dni pojawiło się sześć nowych ognisk. Problem dotyczy nie tylko ferm produkujących na ubój, ale i specjalizujących się w produkcji jaj, których eksport też został wstrzymany np. przez Arabię Saudyjską czy Białoruś. W produkcji jaj liderem jest właśnie Wielkopolska.

– Apelowałbym do naszych władz o starania, żeby rynki trzecie stosowały te same zasady, które są stosowane w Unii Europejskiej, a mianowicie o wyłączanie tylko tych obszarów, które są w strefach zagrożonych grypą ptaków, powiaty, ewentualnie województwa, ale nie cały kraj. Kiedy cały kraj jest wyeliminowany z eksportu, to wszystko musi zostać na rynku krajowym, a to są niewyobrażalne straty. Najczęściej te straty ponosi rolnik – mówi Andrzej Danielak.

Ognisko grypy ptaków oznacza nie tylko konieczność utylizacji setek milionów sztuk drobiu na fermach dotkniętych wirusem, ale i dodatkowe koszty dla okolicznych gospodarstw. Zdaniem ekspertów przyczynami rozprzestrzeniania się grypy ptaków są m.in. ogromna liczba dzikich ptaków z wirusem grypy i nadmierna koncentracja ferm na zbliżonych obszarach.

Jest wiele obszarów, które nie są doregulowane prawnie i narażają hodowców na kolejne straty. W epidemii grypy ptaków, gdy wystąpi ognisko, jest wyznaczana strefa zapowietrzona w promieniu 3 km i zagrożona do 10 km. I tu obowiązują różne zakazy, nakazy, ograniczanie przemieszczania się. W sytuacji, gdy okoliczna ferma drobiu ma dorosłe stado, które należałoby już przekazać do zakładów przetwórczych, decyzją administracyjną powiatowego lekarza weterynarii nie może przez kilka tygodni tego stada przemieścić, musi te ptaki przetrzymywać, w tym czasie trzeba przecież je karmić i utrzymywać – tłumaczy prezes Polskiego Związku Zrzeszeń Hodowców i Producentów Drobiu.

Minister rolnictwa apelował niedawno o przestrzeganie zasad bioasekuracji w zagrożonych strefach, czyli zamykanie stad wolno biegających w odpowiednich pomieszczeniach, ograniczając ich kontakt z dzikim ptactwem. Konieczne jest także stosowanie mat dezynfekcyjnych przed wejściami do budynków inwentarskich. Z uwagi na warunki meteorologiczne tegoroczny sezon „grypowy” trwa dłużej, co pogłębia straty w branży. Ministerstwo jednak zapowiada wsparcie dla hodowców i rolników. Z grypą ptaków borykają się także inne państwa UE. Szczególnie trudna sytuacja jest we Francji, gdzie zanotowano dwa razy więcej ognisk u drobiu hodowlanego. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/grypa-ptakow-coraz,p1775567975

„Sleepy Joe” mocno rozpoczął swoją prezydenturę. Pierwszych 100 dni Bidena upłynęło pod znakiem gruntownych reform

Joe Biden po raz pierwszy wygłosił w środę w Kongresie ponadgodzinne przemówienie, w którym przedstawił dotychczasowe sukcesy w walce z pandemią COVID-19 i zapowiedział kolejne duże reformy społeczno-gospodarcze. Większość obserwatorów ocenia, że w trakcie 100 pierwszych dni w Białym Domu narzucił bardzo szybkie tempo zmian, a w reformowaniu kraju idzie nawet dalej niż poprzedni prezydent demokratów Barack Obama. – Międzynarodowa rola Ameryki została przywrócona, rola przywódcza Stanów Zjednoczonych znów wzrosła. Giełda rośnie, bezrobocie spada, w klimacie mamy powrót do umowy paryskiej – wylicza amerykański prawnik Roman Rewald. 

Z mojej perspektywy i z perspektywy wszystkich obserwatorów i ludzi, z którymi rozmawiam, to jest duża ulga, że wreszcie mamy w Ameryce normalność. „Sleepy Joe” – jak Bidena nazywał Donald Trump – okazał się bardzo efektywnym, wizjonerskim i idącym naprzód z dużą siłą prezydentem. To jest duża różnica w porównaniu z tym, jakie było pierwsze 100 dni poprzedniego prezydenta. Zarówno Joe Biden, jak i cały jego gabinet wykazują ogromną aktywność w zakresie najważniejszych problemów, które do tej pory nie były adresowane, takich jak m.in. zdrowie czy imigracja – mówi agencji Newseria Biznes Roman Rewald, amerykański adwokat, były prezes Amerykańskiej Izby Handlowej w Polsce.

Pierwsze 100 dni prezydentury Joe Bidena to okazja do podsumowania i prognoz, jak będzie wyglądać jego dalsza polityka. Nowy prezydent wygłosił przy tej okazji pierwsze przemówienie w Kongresie, w którym przedstawił dotychczasowe sukcesy w walce z pandemią COVID-19. Był to najważniejszy punkt jego kampanii wyborczej oraz pierwszych 100 dni w Białym Domu. Amerykański program szczepień pod rządami demokraty znacząco przyspieszył, do tej pory co najmniej jedną dawkę szczepionki otrzymała już ponad połowa dorosłych Amerykanów.

W Stanach mamy już prawie 200 mln szczepień, to jest ogromny skok. Oprócz szpitali i farmacji jest też 100 centrów szczepień komunalnych, bardzo efektywnych – mówi adwokat.

Sztandarowym sukcesem Bidena jest też wart ponad 2 bln dol. program inwestycji w infrastrukturę (był jedną z głównych obietnic wyborczych w trakcie kampanii), który ma załagodzić gospodarcze skutki koronakryzysu i stworzyć nowe miejsca pracy. W ramach tej kwoty 100 mld dol. ma trafić m.in. na masową cyfryzację i rozwój szerokopasmowego internetu, a ponad 600 mld dol. na modernizację tradycyjnej infrastruktury, czyli transportu publicznego, dróg, portów i lotnisk. Pieniądze popłyną też m.in. na rozwój elektromobilności, zwiększenie energooszczędności gospodarstw domowych i obiektów publicznych, inwestycje w badania i rozwój nowych technologii oraz wsparcie służby zdrowia.

To jest ogromny plan infrastrukturalny. Przejechałem ostatnio drogą 66 do Arizony i z powrotem, więc widziałem, jak wygląda amerykańska infrastruktura, i to nie jest najlepszy obraz. Potrzeba znacznych nakładów na rozbudowę dróg i kolei. W Ameryce nie ma ani jednego szybkiego pociągu, w odróżnieniu od innych krajów dobrze rozwiniętych – mówi Roman Rewald. – W związku z COVID-em mamy ogromny plan pomocy dla społeczeństwa, każdy Amerykanin dostał 1,4 tys. dol. Wszystkie wydatki na pomoc pokryzysową są większe niż za czasów Obamy, który recesję za swojej prezydentury też musiał zażegnać wydatkowaniem pieniędzy federalnych.

W trakcie pierwszych 100 dni swojej prezydentury Joe Biden podpisał w sumie ponad 40 rozporządzeń wykonawczych i cofnął aż 60 decyzji podjętych przez swojego poprzednika. Najważniejsze to m.in. powrót do Światowej Organizacji Zdrowia oraz porozumienia pryskiego, zakładającego międzynarodową współpracę na rzecz walki ze zmianami klimatu.

W klimacie mamy powrót do umowy paryskiej, z której Trump wcześniej wycofał Stany Zjednoczone, oraz zapowiedź 50-proc. redukcji emisji do 2030 roku [w stosunku do poziomu z 2005 roku – red.], to jest fenomenalne wydarzenie – mówi były prezes Amerykańskiej Izby Handlowej w Polsce. – Ponadto nowy prezydent zapowiada też zakończenie subsydiów dla przedsiębiorstw, które wydobywają ropę, co ma na celu ograniczenie emisji klimatycznych. To musi zostać jakoś opłacone, więc jest potrzeba podniesienia podatków. Jednak ta podwyżka dotknie te osoby, które mają dochód powyżej 1 mln dol. rocznie. Podwyższony zostanie też podatek dla przedsiębiorstw oraz tzw. capital gains, czyli podatek wynikający z inwestycji.

W trakcie przemówienia w Kongresie Biden podkreślał także m.in. potrzebę daleko idących zmian w polityce społecznej (pomoc finansowa dla Amerykanów o niskich i średnich dochodach) oraz rozładowania napięć na tle rasowym, z którymi zmaga się Ameryka. Większość obserwatorów ocenia, że w trakcie 100 dni w Białym Domu Biden narzucił bardzo szybkie tempo zmian, a we wdrażaniu reform społeczno-ekonomicznych idzie nawet dalej niż poprzedni prezydent demokratów Barack Obama.

Aktywność nowego prezydenta w zakresie gospodarki, klimatu, w zakresie zdrowia i spraw imigracyjnych jest ogromna. W kwestiach imigracyjnych mamy ogromny postęp, ponieważ Biden wszczął postępowania w celu zmiany archaicznego prawa imigracyjnego i dokonał wielu zmian drogą rozporządzeń prezydenckich – mówi Roman Rewald. – Biden wydał ich trzy razy więcej niż jego trzech poprzedników razem wziętych. Ze strony republikanów jest ogromna obstrukcja, nie poparli dotąd żadnej inicjatywy prezydenckiej, więc Biden stosuje półśrodki, czyli rozporządzenia prezydenckie, żeby wprowadzić pewne zmiany, jak np. 15-proc. płacę minimalną. Nie może tego zrobić bez zgody Kongresu dla całych Stanów, ale może to zrobić w kontraktach federalnych.

Jak podkreśla, diametralne różnice między nowym prezydentem a jego poprzednikiem, Donaldem Trumpem, widać nawet po składzie gabinetu i atmosferze, w jakiej upłynęło pierwszych 100 dni jego rządów.

Międzynarodowa rola Ameryki została przywrócona, rola przywódcza Stanów Zjednoczonych znów wzrosła. Zdumiewającą rzeczą jest też wyciszenie politycznych sporów, „Sleepy Joe” stał się niewidzialny, ale to dobrze, ponieważ nie ma ciągłego nagabywania, sporów, skandali. Prezydent wykorzystuje swoją pozycję do pracy zamiast lansowania siebie samego – mówi adwokat.

Roman Rewald zauważa też, że na rzecz Bidena przemawia skład jego gabinetu. Już na etapie jego kompletowania w styczniu nowy prezydent zapowiedział, że będzie to pierwszy w historii gabinet z przewagą osób kolorowych, składający się z podobnej liczby kobiet i mężczyzn oraz przedstawicieli mniejszości etnicznych i seksualnych.

Obserwatorzy podkreślają, że w porównaniu z poprzednim prezydentem pierwszych 100 dni upłynęło bez żadnego skandalu. Po drugie, świetny dobór gabinetu, kompetencje ludzi, którzy zostali mianowani na najwyższe stanowiska w Ameryce, są bardzo wysokie w odróżnieniu od tego, co zrobił poprzedni prezydent, mianując np. członków swojej rodziny. W tej chwili mamy świetny gabinet, wszyscy są oczarowani tym, jak kompetentni są przedstawiciele administracji Bidena. Ponadto ta administracja składa się z największej liczby osób rasy innej niż biała spośród wszystkich do tej pory – mówi prawnik.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/sleepy-joe-mocno,p1073084704