Polska firma zapowiada podbój kosmosu. W perspektywie kilku lat chce wynosić na orbitę 250–300 satelitów co kwartał

Wokół Ziemi krąży niemal 6 tys. satelitów, przy czym aktywnych jest ok. 40 proc. Euroconsult szacuje, że w ciągu najbliższej dekady wystrzeliwanych będzie 990 satelitów rocznie. Już niedługo znaczna część z nich może należeć do polskich firm. SatRevolution w przyszłym roku chce wynosić co kwartał 15 satelitów, docelowo ma ich być nawet 1,2 tys. rocznie. – Satelity to nasz portal do kosmosu. Dzięki nim będziemy mogli podbijać inne planety, kolonizować Księżyc – przekonuje Grzegorz Zwoliński, prezes SatRevolution.

– Satelity to portal do kosmosu, dzięki nim będziemy podbijać inne planety, kolonizować Księżyc. Będziemy mogli dostarczać różnego rodzaju informacje pomiędzy Ziemią a Księżycem, a komunikacja opierająca się na systemach laserowych czy dostarczanie wody w odpowiednie miejsca to jest przyszłość rozwoju kosmosu – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjna Newseria Innowacje Grzegorz Zwoliński.

W tej chwili wokół Ziemi krąży ok. 6 tys. satelitów, przy czym ponad połowa (60 proc.) jest nieaktywnych. Euroconsult szacuje, że w ciągu najbliższej dekady wystrzelonych zostanie 990 satelitów rocznie. Oznacza to, że do 2028 roku na orbicie może się znajdować nawet 15 tys. satelitów.

Do kosmicznego wyścigu dołącza również Polska, która obecnie może się pochwalić zaledwie kilkoma satelitami krążącymi po orbicie, jak Lem i Heweliusz z programu BRITE czy KRAKsat. Z kolei PW-Sat1 i PW-Sat2 zakończyły już misję, podobnie jak Światowid. Sytuacja ma się jednak wkrótce zmienić. SatRevolution wysłało już na orbitę okołoziemską trzy satelity, plany są jednak znacznie bardziej ambitne.

– Satelitów mamy wynosić w przyszłym roku 15 co kwartał, w następnym roku chcielibyśmy już 75 kwartalnie. Chcemy dojść do tego, żeby kwartalnie latało od nas około 250–300 satelitów. I to nie tylko małych, planujemy większe formaty. Łącznie do 2026 roku chcemy mieć ich ponad 1,5 tys. – zapowiada prezes SatRevolution. – Dla porównania cała Europa do 2026 roku ma na razie zadeklarowanych około 2,3 tys. satelitów.

Jak tłumaczy Grzegorz Zwoliński, satelity działają w dwóch schematach. Jeden, hosted payload missions, to misja współdzielona – na jednym satelicie wynoszone są instrumenty innej firmy. Wiadomo, że polskie satelity przeniosą na pokładzie systemy i instrumenty testowe m.in. z Australii, Niemiec i Wielkiej Brytanii.

– Nasze satelity do tej pory testowały ferrofluidowe koło zamachowe, obserwowały zorze polarne. Stworzyliśmy własny instrument obserwacyjny, Vision 300, teraz pracujemy nad większą wersją tego aparatu Vision 600. Nasze satelity mają testować jeszcze systemy deorbitacyjne – wymienia ekspert.

Dotychczas SatRevolution współtworzyło satelitę KRAKsat – pierwszego na świecie, w którym do sterowania orientacją wykorzystano ciecz magnetyczną. Jego celem było zbadanie zachowania ferrofluidu w warunkach nieważkości pod wpływem wygenerowanego zmiennego pola magnetycznego.

– Jest to niezwykle ciekawe użycie tej technologii. Ferrofluid to jest taki płyn magnetyczny, który pod wpływem magnezu formuje się w różnego rodzaju kształty, odpowiednio operując polem magnetycznym. Jesteśmy w stanie go formować i używać do różnych celów – tłumaczy ekspert.

W 2017 roku SatRevolution podpisało umowę z Centrum Kosmicznym Uniwersytetu Grenoble Alpes na dostarczenie platformy satelitarnej bazującej na Światowidzie, a celem satelity było fotografowanie zorzy polarnej oraz Księżyca.

– Współpracujemy z Australijczykami, Amerykanami i Francuzami nad różnego rodzaju eksperymentami. Dla przykładu eksperyment francuski będziemy udostępniać na naszej platformie jako system do IoT, czyli zarządzania eksperymentami oddalonymi i komunikacją z tymi eksperymentami na kole podbiegunowym – wskazuje Grzegorz Zwoliński.

Satelity SatRevolution (w ramach konstelacji STORK) mają też za zadanie obrazować Ziemię i dostarczać użytecznych komercyjnie danych, których przetwarzanie ma się odbywać jeszcze na orbicie.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/polska-firma-zapowiada,p338687017

Blockchain i sztuczna inteligencja zmieniają świat finansów. Przyszłością bankowości będą modele subskrypcyjne i Banking-as-a-Service

Przyszłość bankowości będzie wyglądać zupełnie inaczej niż dzisiaj. W obliczu zmieniających się oczekiwań konsumentów, pojawiających się technologii i nowych modeli biznesowych banki będą musiały już teraz wdrażać innowacyjne rozwiązania – wynika z analizy Deloitte’​a. Przyszłością bankowości będzie usługa Banking-as-a-Service (BaaS), gdzie finanse staną się integralną częścią całego procesu zakupowego. Sztuczna inteligencja i blockchain już zmieniają bankowość. W ciągu najbliższych kilku lat rola nowych technologii w finansach będzie coraz większa.

– Usługa Banking-as-a-Service to jeden z najbardziej przyszłościowych kierunków rozwoju finansów. Gdy użytkownik będzie dokonywał zakupu w danym sklepie, już wówczas będzie dla niego przygotowana oferta bankowa – czysto finansowa – a nie dopiero w momencie, gdy zaloguje się do banku. Finanse będą stawać się tłem i doświadczeniem, dla użytkownika będą integralną częścią całego procesu zakupowego, a nie oddzielną aplikacją czy oddzielnym systemem – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Karol Sadaj, szef Aion Bank w Polsce, pierwszego banku subskrypcyjnego, który ma wystartować w Polsce w trzecim kwartale 2021 roku.

Aby dostosować się do rosnących oczekiwań klientów, instytucje finansowe coraz częściej oferują usługi bankowe jako usługę (BaaS) – oferty wiązane, z których niebankowe firmy mogą korzystać w celu obsługi swoich klientów. Umożliwienie jej działania będzie wymagało nowych technologii i możliwości, ponieważ BaaS jest zwykle dystrybuowany do klientów za pośrednictwem interfejsów API. W obliczu zmieniających się oczekiwań konsumentów, pojawiających się technologii i nowych modeli biznesowych banki będą musiały zacząć już teraz wdrażać strategie, które pomogą im przygotować się do bankowości przyszłości.

– Finanse – szczególnie jako kategoria – przechodzą raczej ewolucję niż rewolucję. Widzimy odejście od placówek, od kontaktu fizycznego. Wszystko jest coraz bardziej zdalne i coraz bardziej cyfrowe. Ten kierunek będzie ewoluował, więc finanse będą w pełni integralną częścią naszego ekosystemu, który mamy w telefonie komórkowym. Nawet jeszcze bardziej niż dzisiaj będą coraz mniej zauważalne – ocenia Karol Sadaj.

Raport „Polska bankowość w liczbach” wskazuje, że na koniec 2020 roku banki zatrudniały 149 tys. pracowników, czyli o 7,8 tys. mniej niż rok wcześniej. To efekt coraz częstszego kontaktu online z instytucjami finansowymi – już 19,6 mln Polaków aktywnie korzysta z bankowości elektronicznej, 16,7 mln korzysta z bankowości mobilnej (wzrost o 3 mln w porównaniu z grudniem 2019 roku), a z bankowych aplikacji mobilnych – blisko 14 mln. Już 8,4 mln klientów obsługuje swój bank wyłącznie na komórkach, nie ma potrzeby logowania się do serwisów transakcyjnych z poziomu komputerów PC (tzw. trend mobile only). Zmiany przyspieszają i jak wskazuje Deloitte, banki już teraz muszą wdrażać technologie i strategie, które pomogą im dostosować się do finansów przyszłości.

– W bankowości już dzisiaj absolutnie kluczowe są nowe technologie. Kiedy zapytamy bankowców, który dział jest absolutnie kluczowy w ich działalności, to zawsze odpowiedzą, że IT. Dzisiaj banki i fintechy są organizacjami technologicznymi. Wszystkie procesy, które dzisiaj jeszcze nie są cyfrowe, muszą stać się cyfrowe i mobilne – podkreśla ekspert.

Do bankowości coraz szerzej wkraczają nowe technologie – zwłaszcza sztuczna inteligencja i blockchain. Rośnie odsetek instytucji finansowych, które wdrażają chatboty i inwestują w uczenie maszynowe. Dzięki technologii blockchain można przechowywać wszystkie informacje o klientach w jednym miejscu, zaś algorytmy oparte na sztucznej inteligencji szybko analizują je i podejmują bezstronne decyzje. W rezultacie instytucje finansowe mogą oferować spersonalizowane usługi większej liczbie klientów szybciej, bezpieczniej i bardziej wydajnie.

– Przetestowane technologie, które pozwalają zwiększyć zaufanie i bezpieczeństwo użytkowników, są już dzisiaj stosowane i w przyszłości będzie ich coraz więcej – wskazuje Karol Sadaj.

Nowe technologie w bankowości pojawiają się także w Polsce. Pod względem adaptacji nowych rozwiązań w finansach należymy do europejskiej czołówki. Rosną płatności BLIK-iem, chętniej korzystamy z płatności mobilnych. To w Polsce opracowano system, dzięki któremu można płacić skanem siatkówki.

–  To, co można rozwijać w Polsce, i to, co się rozwija na świecie, to płatności kodami QR i biometria. Patrząc na perspektywę Azji i widząc, jak bardzo się to tam rozwinęło, myślę, że to jest kierunek, który może się pojawić też u nas – podsumowuje szef Aion Bank w Polsce.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/blockchain-i-sztuczna,p531030658

Około 90 tys. cudzoziemców pracuje w Polsce na podstawie ustaw covidowych. Ich pozwolenia na pracę mogą wkrótce stracić ważność

Koniec pandemii w Polsce będzie dla niektórych cudzoziemców oznaczał konieczność przedłużenia ważności pozwoleń na pracę i zalegalizowania pobytu. Również pracodawcy będą mieli tylko 30 dni na załatwienie formalności w urzędach. Eksperci radzą, by nie czekać z tym do ostatniej chwili, bo niedopełnienie obowiązków legalizacyjnych może oznaczać utratę części załogi i koszty związane z poszukiwaniem nowych pracowników. – Zbliża się okres prac sezonowych, w którym zawsze jest więcej wniosków o zezwolenia sezonowe dla cudzoziemców, więc czas oczekiwania na dokumenty w urzędzie znacznie się wydłuży – mówi Daniel Sola, dyrektor ds. projektów międzynarodowych w agencji zatrudnienia Trenkwalder Polska.

Na czas pandemii wprowadzono w Polsce przepisy upraszczające procedurę legalizacyjną pobytu i zatrudnienia obcokrajowców spoza Unii Europejskiej i Europejskiego Obszaru Gospodarczego. Tzw. ustawy covidowe, uchwalone w okresie marzec–maj 2020 roku, automatycznie przedłużają ważność pozwoleń na pracę i pobyt cudzoziemców do 30 dni po ogłoszeniu zakończenia stanu zagrożenia epidemicznego. Według zapowiedzi rząd ma w czerwcu podjąć decyzję, kiedy to nastąpi.  

Rząd prognozuje, że już w okresie wakacyjnym możemy osiągnąć odporność populacyjną na COVID-19 i wtedy ustawy covidowe mogą przestać obowiązywać. Wrócimy do toku postępowania legalizacyjnego sprzed pandemii, a dla pracodawców zacznie się wyścig z czasem o legalizację dokumentów pracowniczych. Spóźnialscy zostaną bez rąk do pracy, dlatego warto wcześniej złożyć odpowiednie dokumenty do urzędu – radzi w rozmowie z agencją Newseria Biznes Daniel Sola.

Jak podkreśla, często do wniosku pracodawcy o zezwolenie na pracę cudzoziemca wymagana jest zgoda starosty – to test rynku pracy, z którego wynika brak możliwości zaspokojenia potrzeb kadrowych danego pracodawcy poprzez m.in. rejestr osób bezrobotnych i poszukujących pracy. Na taki dokument czeka się od dwóch do czterech tygodni, co jest jednoznaczne z wydłużeniem procesu legalizacji. Wtedy pozyskanie wszystkich wymaganych dokumentów w ciągu 30 dni może być niemożliwe. Czas oczekiwania na wydanie zezwolenia na pracę dla cudzoziemca wynosi – w zależności od województwa – od miesiąca do nawet czterech miesięcy.

Dużym wyzwaniem dla pracodawców będzie uzyskanie dla swoich pracowników pozwoleń na pracę w ciągu 30 dni, a jeszcze większym wyzwaniem będzie zalegalizowanie pobytu w tak krótkim czasie przez cudzoziemców – przestrzega ekspert. – Należy wziąć pod uwagę, że zbliża się okres prac sezonowych, zawsze odnotowujemy wtedy większą liczbę zgłoszeń o zezwolenia sezonowe dla cudzoziemców. Możemy się zatem spodziewać, że wydłuży się okres oczekiwania na dokumenty w urzędzie.

Trenkwalder Polska na podstawie danych GUS podaje, że w Polsce legalnie pracuje 725 tys. obcokrajowców, z czego 457 tys. ma karty pobytu. Zatem 268 tys. pracuje na podstawie oświadczeń o powierzeniu wykonywania pracy cudzoziemcowi lub zezwoleń na pracę, przebywa na podstawie wiz i pobytów bezwizowych, które należy regularnie odnawiać. Według szacunków agencji z 268 tys. obcokrajowców zatrudnionych w Polsce aż 35 proc., czyli ok. 90 tys., pracuje nadal tylko na podstawie ustaw covidowych.

Jeśli pracodawcy zatrudniający obcokrajowców po zakończeniu stanu epidemii nie zdążą przedłużyć ważności pozwoleń i zalegalizować pobytu swoich pracowników, zostaną bez wykwalifikowanego zespołu. Cudzoziemiec nie będzie mógł podjąć pracy zgodnie z przepisami, zostanie zmuszony do czekania na ponowne legalne zatrudnienie, nawet kilka miesięcy. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że wróci wówczas do swojego kraju lub trafi do szarej strefy – przewiduje Daniel Sola

Najprostszym i najszybszym do pozyskania dokumentem umożliwiającym zatrudnienie obcokrajowca jest oświadczenie o powierzeniu pracy wydawane przez urząd pracy. Dotyczy ono jednak obywateli tylko sześciu państw, czyli Rosji, Gruzji, Mołdawii, Białorusi, Armenii oraz Ukrainy. Oświadczenie daje możliwość pracy w Polsce łącznie nie dłużej niż 180 dni w ciągu kolejnych 12 miesięcy. Po powrocie do przepisów sprzed pandemii urząd nie wyda więc cudzoziemcowi kolejnego oświadczenia, jeżeli ten w ciągu ostatniego roku przepracował już 180 dni.

– Kolejną formą legalizacji zatrudnienia cudzoziemca jest jednolite zezwolenie na pracę i pobyt. Dedykowana jest ona cudzoziemcom, którzy chcą kontynuować pracę na terytorium Polski. Czas rozpatrywania wniosków przez urzędy wojewódzkie nie jest jednak jednoznaczny, niektóre urzędy wydają zezwolenia na pobyt i pracę po sześciu–ośmiu miesiącach, zaś inne prowadzą sprawy nawet 18 miesięcy. Warto jednak wiedzieć, że zanim urząd wyda takie zezwolenie, cudzoziemiec będzie mógł legalnie pracować, pod warunkiem że jego wniosek nie zawiera braków formalnych, a pracodawca pozyska dla niego oświadczenie lub zezwolenie na pracę – tłumaczy dyrektor ds. projektów międzynarodowych w agencji zatrudnienia Trenkwalder Polska.

Jak zauważa, przepisy dotyczące legalizacji pobytu i pracy dla obcokrajowców są skomplikowane, dlatego pracodawcy apelują do rządu o wydłużenie okresu na uzyskanie zgód na pracę i pobyt dla cudzoziemców do trzech miesięcy po pandemii.

– My jednak namawiamy pracodawców, aby już dziś rozpoczęli legalizację zatrudnienia pracowników, a nie czekali do zakończenia pandemii. Czekanie na ostatni dzwonek to prosta droga do utraty pracownika, kosztów związanych z pozyskaniem i przeszkoleniem nowego pracownika, a nawet do przestoju produkcji – dodaje Daniel Sola.

Tym bardziej że pandemia koronawirusa wymusiła na urzędach wprowadzenie reżimu sanitarnego i przejście w tryb pracy zdalnej lub hybrydowej. Obecnie, aby uzyskać zezwolenie na pracę dla cudzoziemca, trzeba umówić się online lub telefonicznie na konkretny termin. Wolne terminy znikają w ciągu kilkunastu minut po udostępnieniu kalendarza na dany miesiąc.

Trudno ocenić, czy w momencie odwołania stanu zagrożenia epidemicznego do urzędów wrócą dawne procedury, czy będą one dalej pracowały w trybie zdalnym lub hybrydowym, czy wystarczy wtedy ustawić się o godz. 4:00 w kolejce pod urzędem, aby zdobyć numerek i załatwić sprawę tego samego dnia. Musimy też pamiętać, że osoby, które zapisały się wcześniej na termin online, będą przyjmowane w pierwszej kolejności – zauważa dyrektor w Trenkwalder Polska.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/okolo-90-tys,p1812235043

To nie brak finansów największą barierą w cyfryzacji gmin i samorządów. Większy problem to kompetencje cyfrowe urzędników

W Polsce co roku skokowo rośnie popularność e-usług, zarówno na szczeblu centralnym, jak i regionalnym. W poprzedniej siedmiolatce UE 2014–2020 samorządy zainwestowały w cyfrowe usługi publiczne aż 4,3 mld zł, a w kolejnych latach będą mieć na to jeszcze większe środki m.in. z Krajowego Planu Odbudowy, w którym na cyfryzację przeznaczono aż 20 mld zł. – Brak funduszy jest tylko wymówką dla samorządów, które ogólnie boją się nowych rozwiązań – mówi Arkadiusz Kowalewski, prezes e-Instytucja.pl. Jak ocenia, to poziom cyfrowych kompetencji wśród urzędników, obawy o cyberbezpieczeństwo czy brak zasobów ludzkich stanowią częste bariery, które hamują cyfryzację na poziomie gmin.

Dane GUS pokazują, że w 2020 roku z usług administracji publicznej za pomocą internetu skorzystało już prawie 42 proc. Polaków. Ten odsetek rośnie z każdym rokiem (w 2019 wynosił 40,4 proc.). KPRM podaje, że tylko w lutym tego roku Profil Zaufany, który jest kluczem do e-usług, założyło blisko 352,5 tys. Polaków, a w sumie korzysta z niego już prawie 10 mln osób. Co istotne, jeszcze rok temu było ich o połowę mniej. Jedną z e-usług cieszących się największą popularnością jest m.in. możliwość złożenia online wniosku o dowód osobisty. W lutym br. skorzystało z niej prawie 16 tys. Polaków, czyli ponad dwukrotnie więcej niż rok wcześniej.

Eksperci wskazują, że na szczeblu centralnym widać w ostatnich latach duży postęp w zakresie cyfryzacji, ale wiele do zrobienia pozostało na szczeblu samorządowym. Według danych GUS w 2020 roku aż 98,6 proc. jednostek administracji publicznej w Polsce udostępniało mieszkańcom usługi przez internet, ale ich zakres wciąż jest mocno zróżnicowany, a jakość nierzadko pozostawia wiele do życzenia. Wbrew pozorom barierą utrudniającą cyfryzację i wdrażanie e-usług w samorządach nie są jednak finanse.

– Poziom cyfryzacji polskich samorządów jest zróżnicowany i zależy od wielu czynników. Najczęściej wskazywanym jest brak funduszy, ale tak naprawdę jest to tylko wymówka – mówi agencji Newseria Biznes Arkadiusz Kowalewski.

Z danych Stowarzyszenia „Miasta w Internecie” wynika, że w perspektywie budżetowej UE 2014–2020 inwestycje samorządów w cyfrowe usługi publiczne, dokonywane przy współudziale funduszy unijnych, były o 300 mln zł wyższe niż rządowe i sięgnęły 4,3 mld zł. W nowej samorządy mogą liczyć na jeszcze większe unijne wsparcie dla cyfryzacji, które obejmie m.in. 8 mld zł w ramach programu kontynuującego działania PO Polska Cyfrowa oraz aż 20 mld zł przeznaczonych stricte na cyfryzację z Krajowego Programu Odbudowy, stworzonego jako odpowiedź na pandemię COVID-19.

– Gminy jak najbardziej stać na wprowadzanie usług cyfrowych. Oczywiście są wyjątki, które w odpowiednim momencie nie skorzystały np. z możliwości dofinansowania infrastruktury, co jest podstawą. Natomiast samo wdrażanie e-usług nie wymaga wielkich funduszy. Dziś często takie usługi są świadczone w formie abonamentowej – nie wymagają inwestycji finansowych, a tylko nakładu w postaci pozyskania wiedzy przez urzędników oraz dopasowania do potrzeb mieszkańców – mówi Arkadiusz Kowalewski.

Ekspert wskazuje, że to właśnie brak cyfrowych kompetencji wśród urzędników często okazuje się kluczową barierą. Dlatego podnoszenie ich wiedzy i umiejętności w tym zakresie to podstawa procesu cyfryzacji w gminach.

– Urzędnicy muszą wiedzieć, że te czynności, które będą wykonywać elektronicznie, w formie e-usług, będą zgodne z prawem i zostaną zrozumiane przez kontrolujące ich instytucje. Często barierą okazuje się bowiem nawet nie sama nieznajomość przepisów, ale lęk i obawa instytucji kontrolujących samorządy przed tym, że coś jest w formie elektronicznej, bo uważają to za nieprawidłowe – wyjaśnia prezes firmy e-Instytucja.pl.

Kolejną barierą są również obawy o cyberbezpieczeństwo, bo samorządy mają świadomość, że cyfryzacja i wdrażanie e-usług zwiększa ich ekspozycję m.in. na ataki hakerskie czy wycieki danych, a prawo zobowiązuje je, aby jak najskuteczniej im przeciwdziałać.

 Część samorządów twierdzi też, że nie ma u nich zainteresowania cyfryzacją. Tymczasem ten brak najczęściej wynika z tego, że po prostu nie oferują atrakcyjnych e-usług, więc mieszkańcy z nich nie korzystają – mówi Arkadiusz Kowalewski. – Społeczeństwo oczekuje od strony internetowej urzędu już nie tylko prostej informacji o statusie sprawy, mieszkańcy chcą zdecydowanie więcej: chcą płacić podatki zdalnie, chcą dostawać informację o swoich zobowiązaniach, chcą być na bieżąco informowani o życiu danej gminy, mieć możliwość udziału w konsultacjach itp. W związku z tym urzędy powinny się otworzyć, ale brak zasobów ludzkich i sprzętu często powoduje, że się tego obawiają. 

Prezes e-Instytucji.pl ocenia też, że wbrew pozorom kompleksową cyfryzację najłatwiej przeprowadzić w małych gminach, gdzie decyzyjność jest większa, a cały ten proces przebiega szybciej. 

 Wpływa na to struktura takiego urzędu, dzięki czemu łatwiej podejmować decyzje, ale też łatwiej przekonać pracowników, że będzie to dla nich ułatwienie. Z racji tego, że mniejsze samorządy to mniej osób, to czas na wdrożenie e-usług jest zdecydowanie krótszy – wymienia ekspert.

W ostatnim rankingu Komisji Europejskiej DESI 2020, analizującym postępy państw członkowskich w zakresie cyfryzacji, Polska awansowała o dwa oczka do góry, jednak wciąż plasuje się w końcówce stawki – na 23. pozycji. W rankingu prowadzą kraje skandynawskie: Finlandia, Szwecja oraz Dania. Niemcy i Francja uplasowały się odpowiednio na 12. i 16. pozycji. Z kolei Węgry zajmują w rankingu DESI 21. miejsce, a sąsiednie Czechy zostały sklasyfikowane na 18. pozycji. 

KPRM zwraca uwagę na duży awans Polski w ubiegłorocznych rankingach ONZ dotyczących cyfryzacji. W pierwszym, dotyczącym e-administracji, awansowała w 2020 roku z 33. na 24. pozycję (na 193 miejsca). Z kolei w rankingu e-partycypacji, w którym oceniane są innowacyjne działania i procesy mające zwiększyć zaangażowanie obywateli w procedury administracyjne, Polska wskoczyła z 31. na 9. pozycję. Wpłynęła na to m.in. wciąż rosnąca liczba dostępnych e-usług, jak i coraz większe zainteresowanie takimi rozwiązaniami.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/to-nie-brak-finansow,p140084589

Drony będą dezynfekować wnętrza sal koncertowych czy centrów handlowych. Specjalny system nawigacji umożliwiłby odkażanie ulic i przystanków

Drony na co dzień są wykorzystywane na froncie walk z koronawirusem. Kontrolowały przestrzeganie wprowadzanych obostrzeń, transportowały krew i organy, dostarczały leki. W niektórych krajach drony rolnicze zostały przystosowane do rozpylania środków dezynfekujących. W Europie na takie rozwiązanie zdecydowała się Hiszpania. Niedawno trzy japońskie firmy poinformowały, że będą dezynfekować miejsca, w których mają odbywać się imprezy masowe, właśnie za pomocą dronów. – Zastosowanie takich zraszających systemów na zewnątrz, np. na ulicach czy przystankach, także byłoby możliwe, jednak infrastruktura miejska nie jest jeszcze do tego dostosowana – ocenia prof. dr hab. inż. Cezary Galiński z Politechniki Warszawskiej.

– Rozpylanie środków przeciwwirusowych z systemów bezzałogowych jest możliwe i może być skuteczne, choć tak naprawdę to kwestia tego, co konkretnie ma być opylane. Gdyby to był np. duży teren na zewnątrz, to bardziej by się opłacało robić to prawdopodobnie za pomocą samolotu rolniczego, który ma odpowiednio duży udźwig i jest w stanie to zrobić bardzo ekonomicznie. Inaczej wygląda sytuacja, gdyby ktoś chciał spryskiwać takimi środkami dezynfekującymi np. wnętrza centrów handlowych – mówi agencji Newseria Innowacje prof. dr hab. inż. Cezary Galiński, kierownik Zakładu Samolotów i Śmigłowców z Wydziału Mechanicznego Energetyki i Lotnictwa Politechniki Warszawskiej.

W kwietniu trzy japońskie firmy uruchomiły usługę dezynfekcji miejsc imprez masowych, np. sal koncertowych, środkiem antywirusowym za pomocą dronów. Rozpuszczalnik rozpylany z dronów zawiera alkohol i nanocząsteczki jednowartościowego związku miedzi. Firma Suncrest, która opracowała spray, potwierdziła, że ​​rozpylanie rozpuszczalnika nawet przez krótki czas ma długotrwały efekt dezaktywacji wirusa. Wiadomo, że usługa kosztuje ok. 300 tys. jenów (ok. 2,7 tys. dol.), a każde dodatkowe 100 mkw. to koszt 140 dol. W przypadku hali o powierzchni 2 tys. mkw. prace natryskowe trwają 15–20 minut.

– Mamy dosyć dobrze rozwiniętą technologię latania dronów w pomieszczeniach zamkniętych takich systemów, więc gdyby np. w centrum handlowym jeszcze nie było ludzi, to można by było w ten sposób taką dezynfekcję przeprowadzać, prawdopodobnie w miarę efektywnie, w miarę szybko. Być może nawet byłoby to zdrowsze dla ludzi, którzy realizowaliby takie zabiegi – ocenia ekspert.

Drony mogą skutecznie rozpylać różne środki nawet na olbrzymich obszarach. Technologia dronów w rolnictwie umożliwia rolnikom terminowe i efektywne gromadzenie danych o jakości i ilości upraw potrzebnych do precyzyjnego zarządzania nimi. Mogą one przeszukać setki, nawet tysiące akrów w ciągu jednego dnia. Przechwytując dane wizualne i wielospektralne podczas lotu, mogą uzyskać dokładną liczbę drzewostanów. Dzięki wysokiej jakości obrazom wielosensorowym i analizom rolnicy mogą śledzić postępy upraw czy zarządzać wprowadzaniem środków odżywczych dla roślin.

– W ten sposób mogłoby to wyglądać również w przypadku dezynfekcji. Pod wielowirnikowcem, wyposażonym w odpowiedni system nawigacji, zamontować można zbiornik z płynem do dezynfekcji, na ścianach centrum handlowego powinny być odpowiednie czujniki, które pozwalają na precyzyjną nawigację i wtedy ten bezzałogowiec po zaprogramowanej trasie wewnątrz niego mógłby latać i rozpylać te środki – tłumaczy prof. dr hab. inż. Cezary Galiński.

Pandemia koronawirusa pokazała już, że dronów można również użyć do dezynfekcji przestrzeni publicznej – ulic i przystanków autobusowych. Bezzałogowce wykorzystały w ten sposób Chiny, Indie, Indonezja, Filipiny, Kolumbia, Chile i Zjednoczone Emiraty Arabskie, a w Europie – Hiszpania. Drony natryskowe wypełnione środkami dezynfekującymi mogą pokryć znacznie większy obszar w krótszym czasie i 50 razy szybciej niż tradycyjne metody. Według DJI, największej na świecie firmy produkującej drony, bezzałogowiec może zabrać ok. 16 l środka dezynfekującego i pokryć powierzchnię 100 tys. mkw. w ciągu godziny.

Drony dezynfekujące ulice mogą jednak stanowić zagrożenie dla ludzi – nigdy nie byłoby gwarancji, że w pobliżu bezzałogowca nie ma żadnego przechodnia. To jeden z powodów, dla których większość krajów europejskich nie zdecydowała się wdrożyć takiego rozwiązania.

–  Ewentualne zastosowanie takich zraszających systemów na zewnątrz, np. w tzw. kanionach ulic, na przystankach, w zasadzie byłoby możliwe, do tego jednak  jeszcze nie jest dostosowana infrastruktura miejska. Precyzyjne latanie zazwyczaj odbywa się w ten sposób, że na ścianach pomieszczenia znajdują się odpowiednie znaczniki, które pozwalają na precyzyjną nawigację bezzałogowca, takie systemy trzeba byłoby umieścić w całym mieście, żeby drony nie rozbijały się np. o przystanki – wskazuje kierownik Zakładu Samolotów i Śmigłowców z Wydziału Mechanicznego Energetyki i Lotnictwa Politechniki Warszawskiej.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/drony-beda-dezynfekowac,p592027006

Naukowcy potwierdzają: Wstawanie godzinę wcześniej może znacznie obniżyć ryzyko wystąpienia depresji [DEPESZA]

Budzenie się o wcześniejszej porze pomaga zapobiegać depresji – dowodzą amerykańscy naukowcy, opierając się na wynikach badań genetycznych przeprowadzonych na próbie 840 tys. osób. – Odkryliśmy, że wstawanie nawet godzinę wcześniej może znacznie obniżyć ryzyko wystąpienia depresji – wskazuje Celine Vetter, adiunkt na Uniwersytecie Kolorado w Boulder. Nie oznacza to jednak, że krótszy sen jest korzystny – zalecane jest wcześniejsze kładzenie się spać i przeniesienie apogeum aktywności na godziny, w których najsilniej operuje światło słoneczne. Aktywność fizyczna, obok suplementacji witaminy D, jest również jednym ze sposobów zapobiegania depresji w regionach, w których występuje zjawisko nocy polarnej.

– Od pewnego czasu wiemy, że istnieje związek między czasem snu a nastrojem, ale często słyszymy od lekarzy pytanie, o ile wcześniej powinniśmy się budzić, aby zauważyć korzyści – wskazuje Celine Vetter. – Odkryliśmy, że wstawanie nawet godzinę wcześniej może znacznie obniżyć ryzyko wystąpienia depresji.

Badanie naukowców zostało przeprowadzone na grupie 840 tys. ludzi. Dotychczas wiadomo było, że ponad 340 powszechnie występujących wariantów genetycznych wpływa na chronotyp człowieka. Podłoże genetyczne tymczasem wpływa na 12 do nawet 42 proc. preferencji dotyczących snu. 10 proc. osób poddanych badaniu nosiło urządzenia do monitorowania snu przez siedem dni.

Na podstawie modelowania statystycznego naukowcy spróbowali określić, czy osoby z wariantami genetycznymi, które predysponują je do wczesnego wstawania, również mają mniejsze ryzyko depresji. Badania zdecydowanie potwierdziły tę tezę. Jeśli osoba, normalnie kładąca się spać o godzinie 1 w nocy, położy się do łóżka wcześniej o godzinę, to zmniejsza ryzyko depresji o 23 proc. Przyspieszenie zaśnięcia o dwie godziny to nawet o 40 proc. mniejsze ryzyko depresji.

– Żyjemy w społeczeństwie zaprojektowanym dla rannych ptaszków, natomiast nocne marki często czują się tak, jakby ciągle nie pasowali do tego społecznego zegara – tłumaczy główny autor badania Iyas Daghlas, absolwent Harvard Medical School. – Nasze badanie zdecydowanie udowadnia, że to, kiedy się kładziemy spać, o której wstajemy i ile czasu śpimy, ma związek z depresją.

Z badania przeprowadzonego przez lekarzy z oddziału psychiatrii Massachusetts General Hospital i Georgetown University Medical School wynika, że czas ekspozycji na światło słoneczne ma związek z kondycją psychiczną. Okazuje się, że 6 proc. populacji USA cierpi na w pełni zgodną z opisem klinicznym depresję sezonową, kolejnych 14 proc. doświadcza jej łagodniejszej wersji. 80 proc. cierpiących na to zaburzenie osób korzysta ze światłoterapii. W krajach skandynawskich, w których występuje zjawisko nocy polarnej, popularne są natomiast suplementacja witaminy D oraz zwiększenie aktywności fizycznej.

– Dzień jest wtedy, gdy jest jasno, zaś spać powinniśmy wówczas, gdy jest ciemno – podkreśla Celine Vetter. – Poranna kawa na werandzie, spacer lub podróż rowerem do pracy czy przyciemnianie elektroniki wieczorami pomoże przestawić się na wcześniejsze wstawanie.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/naukowcy-potwierdzaja,p1629613866

Rynek leasingu w 2021 roku powinien odrobić straty z okresu pandemii. Firmy zwiększają inwestycje w samochody osobowe i użytkowe

Branża leasingowa odrobi w tym roku straty, które poniosła w ubiegłym, udzielając finansowania o wartości ponad 77,8 mld zł i notując 11-proc. wzrost – prognozuje Związek Polskiego Leasingu. Motorem napędowym rynku ma być segment aut osobowych, a także większe inwestycje firm w segmencie pojazdów ciężkich i użytkowych. Ta część rynku, która została najbardziej dotknięta przez pandemię COVID-19, może w tym roku odnotować wzrost na poziomie 17 proc. – szacuje Europejski Fundusz Leasingowy, który w zeszłym roku poradził sobie zdecydowanie lepiej niż cały rynek. Spółka poprawiła wyniki i zwiększyła swój udział w rynku, a w połowie maja wprowadziła na rynek nową markę odpowiedzialną za wynajem pojazdów użytkowych – TRUCK CARE.

 COVID miał oczywisty wpływ na całą gospodarkę, również na rynek najmu i leasingu. W sposób oczywisty wpłynął także na rynek finansowania pojazdów ciężkich i transportu. Po stosunkowo dobrym I kwartale roku 2020 nastąpił bardzo trudny dla całej branży II kwartał, z dynamikami negatywnymi na poziomie -60 proc. Następnie w III kwartale te dynamiki zaczęły się trochę normalizować, a w IV kwartale zaobserwowaliśmy już wzrost i powrót zainteresowania ze strony klientów do zwiększania swojej floty i finansowania swoich zakupów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Radosław Woźniak, prezes Europejskiego Funduszu Leasingowego, należącego do Grupy Credit Agricole.

Jak podaje Polski Związek Wynajmu i Leasingu Pojazdów, sektor najmu długoterminowego pojazdów osobowych i dostawczych do 3,5 t odczuł negatywny wpływ pandemii na wyniki, ale nie tak dotkliwie jak inne formy finansowania. Firmy z branży zakończyły ubiegły rok ze wzrostem łącznej floty na poziomie 2 proc. w stosunku do 2019 roku. Jednocześnie znacząco zwiększył się udział wynajmu długoterminowego w sprzedaży nowych aut do firm (w tej formie do biznesu trafił co czwarty egzemplarz).

Z kolei Związek Polskiego Leasingu podaje, że w ubiegłym roku wysokość finansowania udzielonego przez branżę leasingową wyniosła 70,1 mld zł, a cały rynek zanotował 10,1 proc straty rok do roku. W segmencie pojazdów lekkich, które odpowiadają za prawie połowę rynku, inwestycje wyniosły 33,3 mld zł i były o niecałe 6 proc. niższe niż rok wcześniej.

Pojazdy ciężarowe powyżej 3,5 t, ciągniki siodłowe, naczepy, przyczepy i autobusy (udział na poziomie 17,8 proc.) w branży leasingu przyniosły w 2020 roku nowe kontrakty warte 12,5 mld zł, czyli prawie 27 proc. mniej niż przed rokiem. Tak potężne spadki to efekt kryzysu gospodarczego i licznych obostrzeń w transporcie towarowym i pasażerskim, które dodatkowo nałożyły się na wcześniejsze problemy sektora transportowego związane z wdrażaniem unijnego pakietu mobilności. Pierwsze półrocze ub.r. w leasingu pojazdów ciężkich zamknęło się 39-proc. spadkiem, ale od listopada notowane jest wyraźne odbicie.

– W tej chwili kontynuujemy ten dobry trend. Od początku tego roku obserwujemy ożywienie na rynku. Pierwszy kwartał br. był bardzo dobry. Kolejny chyba aż tak dobry nie będzie, ale oczekujemy, że w III i IV kwartale pozytywna dynamika będzie kontynuowana. Łącznie na koniec tego roku spodziewamy się dodatniej, 17-proc. dynamiki w segmencie finansowania pojazdów ciężkich i użytkowych – prognozuje prezes EFL.

Związek Polskiego Leasingu szacuje, że cały rynek leasingowy odrobi w tym roku straty, które poniósł w ubiegłym, udzielając finansowania o wartości ponad 77,8 mld zł i notując rok do roku 11-proc. wzrost. Ekonomiści EFL oczekują nawet bardziej dynamicznych wzrostów. Ożywienie gospodarcze powinno przynieść także pobudzenie konsumpcji, a to przełoży się na większe zainteresowanie formami finansowania aut – zarówno po stronie konsumentów, jak i firm.

 Oczekujemy, że sytuacja w gospodarce się poprawi i PKB wzrośnie. Widzimy też, że nastroje konsumenckie się poprawiają, konsumpcja wewnętrzna będzie w sposób oczywisty napędzała naszą gospodarkę, a za tym będą podążały pozostałe sektory, w tym również transportowy. Dlatego oczekujemy, że III i IV kwartał tego roku będą już dobre dla sektora – ocenia Radosław Woźniak.

Szacunki EFL zakładają 17-proc. wzrost finansowania pojazdów lekkich przez firmy leasingowe. Dynamika w segmencie pojazdów ciężkich także powinna wynieść 17 proc. r/r.

Europejski Fundusz Leasingowy w ubiegłym roku poradził sobie zdecydowanie lepiej niż cały rynek. Leasingodawca sfinansował aktywa o łącznej wartości 5,7 mld zł, notując niewielki wzrost na poziomie 0,7 proc. Dzięki temu jego udział w rynku wzrósł w ubiegłym roku do 8,1 proc. (z 7,3 proc. w poprzednim). Spółka w największym stopniu (o 1,9 p.p.) zwiększyła swój udział w finansowaniu pojazdów ciężarowych i ma zamiar rozwijać ten segment. 17 maja wprowadziła na rynek nową markę wynajmu pojazdów użytkowych – TRUCK CARE.

– Od dłuższego czasu obserwujemy zainteresowanie klientów usługami najmu. Mamy już w tym obszarze doświadczenie, ponieważ w Grupie EFL funkcjonuje spółka Carefleet, która zajmuje się najmem pojazdów lekkich. Widzimy też jednak rosnące zainteresowanie najmem samochodów użytkowych i ciężkich. To było główną przyczyną podjęcia decyzji o tym, że rozszerzamy zakres naszych usług – wyjaśnia prezes EFL. 

Nowa marka na rynku wynajmu pojazdów uruchomiona została przez HAMA Polska, w której 70 proc. udziałów przejął w ubiegłym roku EFL.

– Dokonaliśmy akwizycji spółki HAMA, należącej do Grupy DBK, która funkcjonuje na rynku najmu już od wielu lat. Jednym z elementów bardzo istotnych dla tej decyzji było 25-letnie doświadczenie Grupy DBK na rynku transportu i logistyki oraz rozległa sieć serwisowa – mówi Radosław Woźniak.

DBK Rental, znana marka na rynku TSL, zmienia się w TRUCK CARE. Co to oznacza dla naszych klientów? Przede wszystkim dużo większą elastyczność, więcej rozwiązań i możliwości, a także szerszą paletę produktową – mówi Ireneusz Sobieski, prezes zarządu Grupy DBK.

Nowa marka TRUCK CARE będzie rozwijana przez EFL we współpracy z Grupą DBK. Od drugiej połowy maja oferuje klientom wynajem szerokiej gamy pojazdów, w tym m.in. ciągników siodłowych, samochodów ciężarowych i dostawczych, naczep, przyczep oraz pojazdów specjalistycznych. Flota TRUCK CARE liczy ponad 3,7 tys. pojazdów wiodących marek, takich jak DAF, MAN, IVECO, Volvo, Mercedes-Benz, Scania, Kögel, Schmitz, Krone czy Renault.

– Nowy brand TRUCK CARE to zwieńczenie naszej wieloletniej działalności i potwierdzenie tego, że jesteśmy dostawcą wielu produktów w wielu markach i segmentach. HAMA Polska skupiała się historycznie na jednej marce pojazdów ciężarowych i naczep i z tym też byliśmy kojarzeni zarówno przez dostawców, jak i przez klientów. Od wielu lat zwiększamy ofertę pojazdów różnych marek we flocie. Nowy brand TRUCK CARE to również zabezpieczenie przyszłości finansowej dzięki Grupie EFL, dzięki czemu z dużym optymizmem spoglądamy w przyszłość – mówi Łukasz Chyliński, prezes zarządu TRUCK CARE.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/rynek-leasingu-w-2021-roku,p1586484457

Estoński CIT w Polsce zbyt skomplikowany dla firm. Lista zasad i wyjaśnień jest dłuższa niż cała estońska ustawa o podatku dochodowym

Zamiast zapowiadanych 200 tys. z estońskiego CIT-u zdecydowało się dotąd skorzystać raptem nieco ponad 330 firm. Eksperci oceniają, że nowa formuła opodatkowania nie jest wcale tak prosta i korzystna jak jej estoński pierwowzór. – Wyjaśnienia do estońskiego CIT-u w Polsce są bardziej obszerne niż w Estonii cała ustawa o podatku dochodowym od osób prawnych – mówi Artur Kuczmowski z Polsko-Estońskiej Izby Gospodarczej. Jak podkreśla, z bardzo prostego rozwiązania z Estonii w Polsce została jedynie nazwa, a polski system wymaga radykalnego uproszczenia i prostych, przyjaznych zasad dla przedsiębiorców.

– Cały proces legislacyjny spowodował, że z estońskiego CIT-u w Polsce oprócz przymiotnika „estoński” tak naprawdę nic nie zostało. Polski ustawodawca chciał wprowadzić podatek, który będzie probiznesowy, chciał być nowoczesny, natomiast znowu się to nie udało – mówi agencji Newseria Biznes Artur Kuczmowski, senior partner w Kancelarii Thompson & Stein, członek zarządu Polsko-Estońskiej Izby Gospodarczej.

Estoński system opodatkowania słynie z prostej i przyjaznej konstrukcji, która zakłada, że w toku działalności spółki nie opłacają podatku od bieżących dochodów, a opodatkowanie ma miejsce dopiero przy wypłacie dywidendy wspólnikom. Takie rozwiązanie ułatwia prowadzenie działalności, zachęca firmy do reinwestowania wypracowanych zysków i minimalizuje formalności podatkowe.

W ubiegłym roku Ministerstwo Finansów rozpoczęło prace nad wdrożeniem tej zasady także w Polsce. Tzw. estoński CIT, czyli ryczałt od dochodów spółek kapitałowych, obowiązuje od 1 stycznia br., ale eksperci oceniają, że nowa formuła opodatkowania nie jest wcale tak prosta i korzystna jak jej estoński pierwowzór. W Polsce estoński CIT obejmuje bowiem 18 nowych artykułów w ustawie o CIT, zawiera konkretne bariery wejścia i dosyć restrykcyjne wymogi, które trzeba spełnić, żeby z niego skorzystać.

 Estoński CIT polega na tym, że firmy płacą podatek dopiero w momencie, w którym dystrybuują dywidendę do swoich udziałowców. W Estonii na tym zamykamy dyskusję, nie ma żadnych dodatkowych obostrzeń. To świetne rozwiązanie, które doskonale się sprawdza. Fakt, przez pierwsze dwa–trzy lata kosztuje trochę pieniędzy. Natomiast wszystkie badania pokazały, że później estoński CIT przynosi zdecydowanie więcej dochodów budżetowych niż przed jego wprowadzeniem. W Polsce nie mieliśmy jednak wystarczająco odwagi, żeby wprowadzić naprawdę powszechną inicjatywę, która zrewolucjonizowałaby nasz system podatkowy, ale przede wszystkim go uprościła – mówi członek zarządu Polsko-Estońskiej Izby Gospodarczej.

Estoński CIT w polskim wydaniu jest skierowany do ograniczonej grupy podmiotów. Mogą z niego skorzystać mikro-, małe i średnie spółki kapitałowe (z o.o. i akcyjne), których przychody brutto nie przekraczają 100 mln zł i w których udziałowcami są wyłącznie osoby fizyczne. Ponadto nie mogą one posiadać udziałów w innych podmiotach, muszą wykazywać nakłady inwestycyjne, zatrudniać co najmniej trzy osoby (z wyłączeniem udziałowców), a ich przychody pasywne nie mogą przewyższać przychodów z działalności operacyjnej. Wszystkie te kryteria muszą być spełnione jednocześnie.

Ministerstwo Finansów oszacowało, że koszt wdrożenia tzw. estońskiego CIT-u wyniesie ok. 5 mld zł i skorzysta z niego ok. 200 tys. firm. Jednak, jak podał dziennik „Rzeczpospolita”, do tej pory na to rozwiązanie zdecydowało się raptem 337 firm.

 Zakładałem się z ekspertami z Ministerstwa Finansów, że z tego rozwiązania skorzysta w Polsce nie więcej niż tysiąc podmiotów, m.in. dlatego że wyjście z niego jest obwarowane szeregiem znaków zapytania. To rozwiązanie w takiej formie się nie przyjmie – podkreśla Artur Kuczmowski.

Eksperci specjalizującej się w doradztwie podatkowym firmy Crido również wskazują na kilka czynników porażki estońskiego CIT-u w Polsce. Jednym z nich jest brak elastyczności, ponieważ spółka jest zobowiązana do kontynuowania tej formy opodatkowania przez co najmniej cztery lata (z wyjątkiem początkowego okresu 2021–2024, kiedy co roku może zrezygnować z ryczałtu). W trakcie tego okresu co do zasady niemożliwe jest też przeprowadzanie restrukturyzacji, takich jak połączenia, podziały i niektóre aporty (z nielicznymi wyjątkami). Ponadto, przystępując do estońskiego CIT-u, spółka traci prawo do rozliczenia niewykorzystanej straty na standardowych zasadach oraz możliwość korzystania z innych mechanizmów, w tym np. ulgi B+R, IP Box, 9-proc. CIT czy ulgi na złe długi.

W ramach Polskiego Ładu resort finansów zapowiada jednak rozszerzenie i zmiany w systemie CIT.

– Kierunek obrany przez Ministerstwo Finansów, który polega na dalszym komplikowaniu rozliczeń podatkowych, jest złym kierunkiem. Naszym problemem jest to, że wprowadzanie kolejnych ułatwień powoduje tylko dalsze skomplikowanie sytemu. W Polsce wyjaśnienie matrycy uproszczonego VAT-u jest dłuższe niż cała estońska ustawa o Vacie. Wyjaśnienia do estońskiego CIT-u w Polsce są bardziej obszerne niż w Estonii cała ustawa o podatku dochodowym od osób prawnych – mówi senior partner w Kancelarii Thompson & Stein.

Jak podkreśla, Polska – żeby stymulować biznes i przyciągać zagranicznych inwestorów – musi przede wszystkim radykalnie uprościć swój system podatkowy i zasady prowadzenia działalności gospodarczej. Wiele pomysłów można zaczerpnąć z systemu w Estonii, ale – co pokazuje przykład podatku od osób prawnych – trzeba to zrobić umiejętnie. 

– Od Estończyków możemy się nauczyć, że system podatkowy powinien być prosty, przejrzysty i czytelny. W Estonii istnieją trzy dwudziestki: 20 proc. podatku dochodowego płaci Estończyk od swojego osobistego dochodu, 20 proc. płaci firma i 20 proc. wynosi podstawowa stawka VAT. Nie ma progresywnych systemów, nie ma ulg, nie ma systemu preferencji podatkowych – to jest niepotrzebne. System jest przejrzysty i prosty, a dzięki temu można jednocześnie zdecydowanie odchudzić administrację. Tylko trzeba sobie zadać pytanie, czy faktycznie odchudzenie administracji w dłuższej perspektywie leży w interesie tych, którzy o tym decydują – mówi Artur Kuczmowski.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/estoski-cit-w-polsce,p1109006945

Platforma do dzielenia się ładowarkami do aut elektrycznych pozwala na nich zarabiać. Z rozwiązania korzystają m.in. kurierzy

Polska platforma pozwala współtworzyć społeczność użytkowników aut elektrycznych i współdzielić z innymi swoją ładowarkę. Dla posiadaczy ładowarek oznacza to dodatkowy zysk, a dla innych właścicieli elektryków – brak konieczności posiadania własnego sprzętu do ładowania. Aplikacja pozwala też optymalizować wykorzystanie energii wytwarzanej w przydomowych lub spółdzielczych instalacjach OZE. Co ważne, ładowarki i aplikacja są kompatybilne z systemem inteligentnego domu i automatyki budynkowej, co oznacza, że smartfon będzie mógł się stać kompletnym centrum zarządzania, również sprzętem działającym w trybie offline.

– Nie skupiamy się na samym efekcie naładowania samochodu elektrycznego, pomijając inne aspekty, które nas otaczają. Duży nacisk kładziemy na to, żeby ten system jako ekosystem mógł współdziałać z innymi instalacjami, a także wspomóc użytkownika w wykorzystaniu odnawialnych źródeł energii, podpowiedzieć mu, w jaki sposób ładować samochód – tak, żeby to było korzystne dla niego z punktu ekonomicznego, jak i korzystne dla środowiska – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Cezary Wierzchołek, prezes zarządu Friendly Innovation, twórcy platformy ECOPlanet24.

Ekosystem ładowarek w połączeniu z zarządzaniem nimi z poziomu aplikacji mobilnej stwarza możliwość nie tylko efektywnego wykorzystania mocy instalacji OZE, lecz także współdzielenia jej z innymi użytkownikami. Ładowarki można udostępniać w bezpieczny sposób za pomocą chmury. Użytkownik może nadawać prawa dostępu i określać warunki korzystania z infrastruktury grupom osób i pojazdom. Można zdefiniować przedziały czasowe udostępniania, moc, z jaką pracuje ładowarka, i wysokość opłat. W przypadku instalacji na przykład w hotelu korzystanie z infrastruktury można rozliczać w czynszu lub w usłudze hotelowej, integrując instalację z systemem rezerwacyjnym. Rozliczenie jest w pełni zautomatyzowane.

– Najnowszy interfejs daje możliwość sterowania infrastrukturą z zewnątrz, czyli na przykład przez lokalnego dostawcę, grupę bilansującą czy spółdzielnię. Mając informację globalną, możemy indywidualnie zaproponować klientowi zarówno ofertę w postaci produktu, jak również konkretnych działań, czy to załadowania samochodu, czy również sterowania klimatyzacją, czy innymi urządzeniami – dodaje Cezary Wierzchołek.

Pełna integracja i komunikacja stacji ładowania pojazdów elektrycznych z systemami zewnętrznymi odbywa się poprzez fabrycznie wbudowane interfejsy, które pozwalają na łatwą integrację z systemami automatycznego sterowania budynkami (BMS) w przypadku wykorzystania w większych obiektach oraz z systemami inteligentnego domu dla mniejszych instalacji.

– Powiązaliśmy technologię informatyczną z dużą ilością elektroniki, która jest naszego autorstwa. Duży nacisk kładziemy na działanie identyfikacji urządzeń w systemie offline. Urządzenia potrafią działać z normalną funkcjonalnością przy braku dostępu do internetu. Cała wymiana danych odbywa się w ramach lokalnej sieci ethernet czy lokalnej sieci Wi-Fi. Użytkownik może więc naładować samochód nawet bez połączenia z internetem – zapewnia prezes zarządu Friendly Innovation.

System współdzielenia przydomowych ładowarek do samochodów elektrycznych z powodzeniem działa już w Wielkiej Brytanii. Aplikacja Co Charger jest dedykowana właścicielom samochodów elektrycznych, którzy nie mają własnej przydomowej instalacji do ładowania. Łączy ona gospodarzy, którzy w danym momencie nie korzystają ze złącza, z osobami, które chciałyby naładować za opłatą akumulatory w swoim aucie. Co ciekawe, z aplikacji, uruchomionej pół roku temu, bardzo chętnie korzystają użytkownicy flotowi, na przykład firmy kurierskie. Właściciele przydomowych ładowarek na takim rozwiązaniu mogą z kolei zarabiać.

ECOPlanet24 już dziś umożliwia integrację systemów OZE i ładowarek do aut elektrycznych również z magazynami energii. Dzięki temu nadwyżki produkcji mogą być spożytkowane, poza bieżącym ładowaniem, również poprzez zmagazynowanie. To korzystniejsze z punktu widzenia właściciela instalacji niż oddanie nadwyżki do operatora sieci. W przypadku umowy prosumenckiej energia nie jest oddawana, ale odsprzedawana z kilkudziesięcioprocentowym rabatem.

– Pracujemy również nad możliwością integracji z innymi systemami, np. badania jakości powietrza. W dłuższym planie mamy możliwość nadania zużytym bateriom samochodowym drugiego życia, np. poprzez wykorzystanie ich jako lokalnych magazynów energii w naszych gospodarstwach domowych, przez co możemy optymalizować odpady, jakie pochodzą z tego tytułu, i jednocześnie zminimalizować cenę tego magazynu energii, która w tym momencie jest nieosiągalna dla niektórych klientów końcowych – twierdzi Cezary Wierzchołek.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/platforma-do-dzielenia,p84013470

Rekordowy poziom CO2, metanu i sześciofluorku siarki w atmosferze. Bez zmian czeka nas katastrofa klimatyczna

Pandemia koronawirusa doprowadziła do gwałtownego spadku globalnej emisji gazów cieplarnianych. Obecnie jednak wróciły one do ​​poziomu sprzed jej wybuchu. W kwietniu po raz pierwszy w zarejestrowanej historii stężenie CO2 zostało zmierzone na poziomie ponad 420 ppm. Dane uzyskane z rdzeni lodowcowych wskazują, że współczesne poziomy CO2 są wyższe niż w jakimkolwiek momencie w ciągu ostatnich 800 tys. lat. – Problemy zmiany klimatu będą miały znacznie bardziej drastyczne konsekwencje niż pandemia – ocenia dr hab. Mariusz Majdański, przewodniczący Komitetu Geofizyki PAN.

– Pandemia to mały problem, z którym ludzkość da sobie radę wcześniej czy później. Będą kolejne pandemie, na które musimy być przygotowani, a metody, które stosujemy, dają nadzieję, że poradzimy sobie z kolejnymi. Natomiast są znacznie większe problemy – zmiany klimatu uderzą w znacznie większą grupę osób i będą miały znacznie bardziej drastyczne konsekwencje niż pandemia COVID-19 – mówi agencji Newseria Innowacje dr hab. Mariusz Majdański, zastępca dyrektora ds. naukowych Instytutu Geofizyki Polskiej Akademii Nauk, przewodniczący Komitetu Geofizyki PAN.

Wraz z nasileniem się pandemii koronawirusa w marcu i kwietniu 2020 roku wszystkie państwa doświadczyły gwałtownego spadku produkcji i przemysłu, co doprowadziło do spadku emisji dwutlenku węgla o ponad 1 mld t. Obejmuje to szczytowy spadek dziennych emisji o 17 proc. na początku kwietnia (według badania opublikowanego w „Nature Climate Change”). Obecnie jednak poziom emisji CO2 nie tylko wrócił do stanu sprzed pandemii, ale też notuje rekordowe poziomy.

– Po pandemii ludzkość chce wrócić na drogę zwiększenia PKB, co wiąże się ze zwiększonym wzrostem produkcji, konsumpcji energii i generacji gazów cieplarnianych – wskazuje ekspert.

W kwietniu w Obserwatorium Mauna Loa na Hawajach po raz pierwszy w historii zanotowano stężenie CO2 na rekordowym poziomie 420 ppm (części na milion). Dla porównania, kiedy pod koniec lat 50. XX wieku stacja zaczęła zbierać pomiary CO2, jego stężenie wynosiło ok. 315 ppm.

–  Patrząc na pomiary naukowe w różnych miejscach świata i efekt pandemii, czyli chwilowe zamknięcie zakładów produkcyjnych czy wstrzymanie używania samochodów, widać było niewielkie zawahanie w poziomie emisji, głównie zanieczyszczeń, pyłów atmosferycznych. Sławne oczyszczenie powietrza w Chinach czy widok na Himalaje w Indiach jest pomijalne w pomiarach globalnych i pandemia w żaden sposób nie wpłynęła na emisje gazów cieplarnianych, w tym CO2 – podkreśla przewodniczący Komitetu Geofizyki PAN.

Powrót wysokiego stężenia CO2 oznacza, że przekroczyliśmy punkt środkowy między przedindustrialnymi poziomami dwutlenku węgla, ok. 278 ppm, a podwojeniem tej liczby. Naukowcy przekonują, że choć połowa drogi do podwojenia CO2 nie ma odczuwalnego znaczenia, można ją uznać za kamień milowy, który pokazuje, jak bardzo ludzie wpłynęli na zmianę klimatu.

Prawdopodobnie do 2060 roku stężenie CO2 będzie dwukrotnie wyższe niż w okresie przedindustrialnym. To zaś oznacza wzrost temperatury o 2,3–4,5 st. C. Nawet gdyby emisje gazów cieplarnianych spadły gwałtownie z dnia na dzień, planeta ocieplałaby się przez następne lata, bo połowa wyemitowanego CO2 gromadzi się w atmosferze. Ponad 25 proc. jest absorbowane w oceanach, gdzie zakwasza wodę i niszczy morskie ekosystemy. Dane uzyskane z rdzeni lodowcowych wskazują, że współczesne poziomy CO2 są wyższe niż w jakimkolwiek momencie w ciągu ostatnich 800 tys. lat.

– Paliwa kopalne to problem, który najłatwiej jest zmierzyć i jego efekt jest najbardziej widoczny. Natomiast problemy są inne. Chodzi o gwałtowny wzrost ludności w miejscach, które są mało zamożne, chodzi o zmianę wykorzystania terenu, zmiany klimatyczne, które zachodzą na lądzie i w oceanach, łącznie daje to efekt globalnych zmian klimatu – ocenia dr hab. Mariusz Majdański.

Rośnie nie tylko poziom CO2. Także metan, również istotny czynnik wpływający na ocieplenie klimatu, wykazał bezprecedensowy wzrost. Sześciofluorek siarki, gaz cieplarniany powstający przy produkcji izolatorów stosowanych w sieciach elektrycznych, również osiągnął rekord wszech czasów – 10 części na bilion. Chociaż jego stężenie pozostaje o rzędy wielkości niższe niż stężenie większości innych głównych gazów cieplarnianych, jego tempo wzrostu w atmosferze podwoiło się od 2003 roku. Jednocześnie pojedyncza cząsteczka może powodować niemal 24 tys. razy silniejsze ocieplenie niż cząsteczka CO2 i pozostaje w atmosferze ok. 3 tys. lat.

– Aby powstrzymać kryzys klimatyczny, musimy zmienić nasze nastawienie. Jako optymista uważam, że to, co wprowadza Unia Europejska, czyli 15-punktowy plan zrównoważonego rozwoju, byłoby długofalową odpowiedzią na stabilizację wpływu człowieka na zmiany klimatu. To bardzo długi i kosztowny program, ale to jest jedyna realna szansa, żeby ludzkość zrozumiała, jaki jest wpływ naszej konsumpcji, naszego przemysłu na klimat, i wtedy dopiero możemy myśleć o zatrzymaniu tych zmian – podkreśla przewodniczący Komitetu Geofizyki PAN.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/rekordowy-poziom-co2,p576663661