Mniejsze miasta w Polsce też chcą inwestować w inteligentne technologie. Dzięki projektom smart city staną się bardziej ekologiczne i przyjazne dla mieszkańców

Inteligentne parkingi i oświetlenie miejskie, zarządzanie ruchem drogowym w czasie rzeczywistym, monitoring przestrzeni publicznej czy zdalny odczyt liczników – to rozwiązania z obszaru smart city najczęściej wdrażane przez polskie miasta, które jednak wciąż napotykają przy tym wiele barier. Dlatego inteligentne technologie wprowadzają jak na razie głównie największe aglomeracje, jak Warszawa czy Wrocław, choć ambitne plany w tym zakresie ma także coraz więcej mniejszych miast. Jest wśród nich podwarszawski Serock, którego pandemia skłoniła do realizacji projektu smart city obejmującego cyfryzację gminy. Samorząd podpisał właśnie umowę z koncernem technologicznym Huawei, który ma pomóc w stworzeniu innowacyjnego i ekologicznego miasta.

– Smart city to koncepcja wykorzystania nowoczesnych technologii do zarządzania miastem i zbierania informacji o tym, co się w nim dzieje. To połączenie dużej liczby czujników, łączności 5G oraz sztucznej inteligencji, która przetwarza dane i pozwala na ich podstawie podejmować właściwe decyzje, np. w zakresie sterowania ruchem i sygnalizacją świetlną, komunikacja miejską, w zakresie monitorowania ulic czy zarządzania mediami – wymienia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Ryszard Hordyński, dyrektor ds. strategii i komunikacji w Huawei Polska.

Koncepcja smart cities opiera się na cyfryzacji miejskiej przestrzeni. Inteligentne systemy – bazujące na algorytmach i infrastrukturze IoT, która dostarcza dane z różnych obszarów – powodują, że miasto staje się bardziej ekonomiczne, ekologiczne i przyjazne mieszkańcom. Instytut Machina Research oraz McKinsey szacują wielkość globalnego rynku IoT dla zastosowań smart city na 10 bln euro do końca 2025 roku. Ostrożniejsze są szacunki Frost & Sullivan, które wskazują na ok. 2 bln dol. w podobnym horyzoncie czasowym (raport „IoT w polskiej gospodarce” Ministerstwa Cyfryzacji, obecnie KPRM). Według danych przytaczanych przez Huaweia na początku 2020 roku na całym świecie było już ponad 5,5 tys. inteligentnych miast.

– Dzięki temu, że w smart city można sterować ruchem pojazdów czy zużyciem energii, miastem można zarządzać efektywniej, osiągając znacznie lepsze efekty dla ekologii. Smart city to też nowoczesne formy wytwarzania energii, czyli np. energetyka słoneczna i technologie, które pozwalają na zmniejszenie śladu węglowego – wskazuje Ryszard Hordyński.

Według danych World Economic Forum w 2022 roku wydatki na rozwój inteligentnych miast osiągną poziom 158 mld dol. Dzięki innowacjom zarówno małe samorządy, jak i metropolie są w stanie poprawić jakość życia mieszkańców, ograniczyć zużycie energii czy wody. Przykładowo emisję gazów cieplarnianych w miastach można by ograniczyć o 15 proc. dzięki zmniejszeniu produkcji energii elektrycznej i ciepła z wykorzystaniem inteligentnych systemów – podaje WEF. Z kolei inteligentne rozwiązania nawadniające, które zapobiegają wyciekom wody i monitorują jej zużycie, pomogłyby zaoszczędzić od 25 do 80 l wody na osobę dziennie.

Podobne wnioski płyną z ministerialnego raportu „IoT w polskiej gospodarce”, który pokazuje, że dotychczasowe wdrożenia smart projektów przynoszą wymierne korzyści społeczne i finansowe, w tym np. skrócenie czasu podróży komunikacją miejską o 20 proc., spadek przestępczości o 40 proc., skrócenie czasu poświęconego na załatwianie spraw w urzędach miejskich o 65 proc., skrócenie czasu reakcji na nagłe wypadki o 35 proc. oraz zmniejszenie szkodliwych emisji i zużycia wody o 15 proc.

W Polsce – wśród najczęściej wdrażanych rozwiązań z obszaru smart city – są np. inteligentne parkingi i oświetlenie miejskie, zarządzanie ruchem drogowym w czasie rzeczywistym, monitoring przestrzeni publicznej, zdalny odczyt liczników i czujników czy zarządzanie mediami (np. oświetleniem miejskim, dostawami wody, prądu albo wywozem odpadów). Wdrażanie takich inteligentnych technologii w polskich miastach wciąż jednak napotyka wiele barier, a do głównych zaliczają się nie tylko finanse, lecz także brak długoterminowej strategii w tym zakresie i odpowiedniego know-how.

– Wydaje się też, że w Polsce miasta jeszcze nie do końca mają świadomość, że one też zarządzają pewnym biznesem. Jeśli włodarze zrozumieją, że atrakcyjność miasta – jego infrastruktura, poziom digitalizacji – ma ogromne znaczenie dla inwestorów i mieszkańców, wtedy tego typu rozwiązań będzie coraz więcej – ocenia dyrektor ds. strategii i komunikacji w Huawei Polska.

W Polsce rozwiązania z zakresu smart city wdrażają jak na razie głównie największe aglomeracje, jak Warszawa czy Wrocław, ale ambitne plany ma już także coraz więcej mniejszych miast. Jest wśród nich m.in. Serock, który realizuje projekt Serock SmartCity, obejmujący cyfryzację gminy, w tym rozwój technologii ICT i zwiększenie dostępności sieci światłowodowej dla mieszkańców.

– Technologia powoduje, że usługi są coraz bardziej efektywne, są dostarczane w coraz krótszym czasie i w coraz lepszej formie. Oczywiście z punktu widzenia samorządu zakładamy też, że one będą efektywne ekonomicznie. Żyjemy w erze cyfryzacji i bez tych nowoczesnych narzędzi dzisiaj już nie da się funkcjonować – mówi Artur Borkowski, burmistrz miasta i gminy Serock.

– Pandemia COVID-19 i sytuacja z ostatniego roku zmusiła nas wszystkich do pracy online. Ta zdalna praca, nauka oraz zdalne funkcjonowanie jednostek organizacyjnych miasta i gminy Serock napotykało różne problemy infrastrukturalne. Zakładamy, że współpraca z Huaweiem pozwoli bezproblemowo i płynnie zapewnić podstawowe kontakty między mieszkańcami, jednostkami organizacyjnymi a urzędem miasta. Dzisiaj gros osób potrafi już załatwić wszystkie swoje sprawy online, nie wychodząc z domu, i w tym kierunku będziemy dążyć – dodaje wiceburmistrz miasta Marek Bąbolski. 

Serock podpisał właśnie z koncernem technologicznym Huawei porozumienie o współpracy, której celem jest stworzenie innowacyjnego i ekologicznego miasta, bazującego na nowoczesnych technologiach. Porozumienie, podpisane w obecności marszałka województwa mazowieckiego Adam Struzika, zakłada wymianę doświadczeń między władzami lokalnymi i ekspertami Huaweia, a na dalszych etapach także wspólne wdrażanie innowacyjnych rozwiązań oraz analizowanie ich efektywności.

– Umowa, którą podpisaliśmy z miastem Serock, dotyczy transferu wiedzy i doświadczeń w zakresie smart city i fotowoltaiki. To swego rodzaju memorandum, otwarcie pewnej platformy do dyskusji, która – mam nadzieję – będzie owocowała konkretnymi projektami i realizacją konkretnych założeń biznesowych – mówi Ryszard Hordyński.

– Punktem skupiającym uwagę obu stron jest spółdzielnia energetyczna, która została założona w lutym. Jest to pierwszy tego typu projekt w Polsce. Przymierzamy się też do wykonania instalacji rekultywującej dotychczasowe wyrobisko, a przy okazji moglibyśmy dzięki temu dostarczać ekologiczną i tanią energię naszym mieszkańcom. Huawei ma w tym zakresie doświadczenie i nowoczesne rozwiązania i tutaj już widzimy pole do współpracy. Nie zamykamy się też na inne obszary – dodaje burmistrz miasta Artur Borkowski. 

Władze samorządowe wskazują, że szybko rosnąca populacja miasta i całej gminy Serock kreśli nowe wyzwania, którym inteligentne technologie pomogą sprostać. Rozwój inteligentnego Serocka w dłuższej perspektywie ma też przyczynić się do rozwoju całego regionu.

– Porozumienie, które miasto i gmina Serock podpisało z firmą Huawei, niewątpliwie przełoży się na rozwój regionu, ponieważ przyczyni się do wprowadzania innowacji, nowych technologii, które będą służyły w każdej dziedzinie życia: w kulturze, edukacji, komunikacji ze społeczeństwem. Na pewno tą drogą pójdą też inne miejscowości tego regionu, a dla Mazowsza jest to szalenie ważne – mówi Bożena Żelazowska, posłanka na Sejm RP z okręgu podwarszawskiego, w skład którego wchodzi m.in. powiat legionowski i miasto Serock. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/mniejsze-miasta-w-polsce,p1602785864

Naukowcy najlepiej ocenianą przez Polaków grupą zawodową walczącą z pandemią. Prace badawcze związane z przeciwdziałaniem skutkom koronawirusa przyczyniły się do zwiększenia tempa badań w wielu dziedzinach

Pandemia COVID-19 będzie mieć ogromny wpływ na to, jak działa świat nauki. Jej efektem już jest chociażby przyspieszenie tempa publikacji badań naukowych czy upowszechnienie w badaniach cyfrowych technologii. – Nie wiemy jeszcze, jak sytuacja się rozwinie, nie mamy teraz wystarczającej wiedzy, bo jesteśmy jeszcze w samym środku kryzysu. To, jak świat zareagował na pandemię, zdecydowanie wpłynęło na zmianę sposobu pracy naukowców, a także tempo dzielenia się postępami w badaniach naukowych – twierdzi Charles M. Rice, laureat ubiegłorocznej Nagrody Nobla i jeden z najwybitniejszych na świecie wirusologów. Co istotne, pandemia spowodowała też skokowy wzrost zaufania społecznego do naukowców i środowiska akademickiego.

Z badania dr. hab. Michała Wróblewskiego z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w ramach projektu „Pandemia w oczach Polaków. Badania społeczne nad percepcją chorób zakaźnych, zaufaniem i ryzykiem” wynika, że w walce z pandemią to naukowcy są najlepiej ocenianą przez Polaków grupą. Za nimi znaleźli się pracownicy służby zdrowia. Z badań wynika także, że w czasie pandemii Polacy mają większe zaufanie do nauki i technologii niż przed jej wybuchem, chociaż wciąż podchodzą do nich bardziej sceptycznie niż respondenci z pozostałych krajów UE. Z pewnością jednak ostatnie miesiące skierowały większą uwagę społeczeństwa na rolę naukowców i całego środowiska badawczego.

– Nauka jest niezaprzeczalną częścią życia codziennego, ale w czasie pandemii jej rola została szczególnie podkreślona. Świat z zainteresowaniem śledził postępy nad rozwojem szczepionki przeciw COVID-19, ponieważ dawała ona nadzieję na powrót do rzeczywistości, którą znamy sprzed pandemii – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Alina Pszczółkowska, wiceprezes AstraZeneca Pharma Poland. – Nauka dała nam odpowiedź na pandemię i wymierną szansę powrotu do normalności. 

Dzięki pracy naukowców udało się w krótkim czasie opracować szczepionkę przeciw COVID-19. To sytuacja bez precedensu, ponieważ standardowo prace nad nowymi szczepionkami zajmują wiele lat. 

– To, jak świat zareagował na pandemię, zdecydowanie wpłynęło na zmianę sposobu pracy naukowców, a także tempo dzielenia się postępami w badaniach – podkreślał Charles M. Rice podczas wirtualnego spotkania z polskimi studentami i młodymi naukowcami. 

Laureat Nagrody Nobla ocenił, że współpraca środowiska naukowego jest konieczna, żeby osiągać szybkie i pozytywne efekty, co najdobitniej udowodniły właśnie prace nad szczepionką przeciw COVID-19.

Jeśli przyjrzymy się liczbie autorów niektórych prac naukowych dotyczących SARS CoV-2 i COVID-19, okazuje się, że często pracowały przy nich setki ludzi. Bardzo trudno jest dokonywać odkryć naukowych i prowadzić badania samodzielnie. Jeśli naprawdę zależy nam na szybkości, to musimy pracować razem i łączyć ze sobą takie elementy, które mają największy sens w kontekście danej specjalizacji – wskazuje Charles M. Rice. – Szczególnie duże wrażenie wywarł na mnie wpływ, jaki na badania mogą mieć różni naukowcy, którzy patrzą na przedmiot badań z zupełnie innej perspektywy i obszaru specjalizacji.

Prace B+R zainicjowane przez branżę farmaceutyczną były przełomowe – dzięki postępowi technologicznemu oraz połączeniu wysiłków środowiska naukowego i przemysłu farmaceutycznego po raz pierwszy w historii w tak ekspresowym tempie udało się opracować szczepionki, które są w tej chwili stosowane na całym świecie.

Współpraca z uniwersytetami i środowiskiem naukowym jest dla nas kluczowym elementem strategii działania i rozwoju – podkreśla Alina Pszczółkowska. – Jesteśmy firmą działającą w obszarze R&D, stąd bardzo ważne jest dla nas budowanie współpracy z ośrodkami naukowymi czy tworzenie programów edukacyjnych dla studentów i młodych naukowców, którzy w najbliższym czasie będą wchodzić na rynek pracy i szukać swojej ścieżki rozwoju.

AstraZeneca w Polsce od lat aktywnie współpracuje z uczelniami wyższymi, w tym m.in. z Uniwersytetem Warszawskim. W grudniu ub.r. podpisała z uczelnią ramowe porozumienie, którego celem jest strategiczna współpraca w obszarze wdrażania nowych technologii i usług na rynku farmaceutycznym i medycznym, a także edukacja i poszerzanie możliwości rozwoju polskiej kadry naukowej.

W przeprowadzonym w ramach Nobel Prize Inspiration Initiative wirtualnym spotkaniu „The Pathway to Scientific Impact – Challenges and Opportunities” z laureatem Nagrody Nobla, profesorem Charlesem M. Rice’em udział wzięło ponad 400 uczestników. Było ono skierowane do polskich studentów, doktorantów i młodych naukowców. Wydarzenie zostało zorganizowane przez Nobel Prize Outreach we współpracy z AstraZeneca Pharma Poland i Uniwersytetem Warszawskim. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/naukowcy-najlepiej,p1583357907

Bioczujniki pozwalają już wykrywać raka piersi we wczesnym stadium. Przyspieszą też diagnozowanie COVID-19

Dzięki bioczujnikom możliwe będzie wykrycie raka we wczesnym stadium, a także dostarczenie w kilkanaście minut wiarygodnego wyniku testu na obecność wirusa SARS-CoV-2. Okazuje się jednak, że medycyna nie jest ani jedynym, ani też pierwszym zastosowaniem tej technologii. Bioczujniki pomagają w rolnictwie zmaksymalizować plony. Pozwalają wykrywać oznaki „stresu roślin”, jeszcze zanim zaczną one tracić zdolność fotosyntezy.

– Główne obszary zastosowania biosensorów to przede wszystkim medycyna i diagnostyka medyczna. Wykorzystywane są zarówno na etapie wczesnego wykrywania pewnych markerów chorobowych, jak i monitorowania przebiegu terapii pacjentów, w których można śledzić zmiany w stężeniach, w zawartościach pewnych substancji wskazujących obecność, zanik bądź rozwój choroby – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje prof. dr hab. inż. Elżbieta Malinowska z Katedry Biotechnologii Medycznej Politechniki Warszawskiej.

Naukowcy z Politechniki Federalnej w Lozannie stworzyli niedawno biosensor zamontowany na mikroczipie, który służy do wykrywania eksomów guza, będących biomarkerami wczesnego stadium raka. Czujnik konwertuje na obraz dane odbierane przez biopróbki umieszczone na nanostrukturalnych powierzchniach krzemowych. Mikrourządzenie pozwoli wykrywać i monitorować w czasie rzeczywistym komórki raka piersi.

Z kolei naukowcy z saudyjskiego Uniwersytetu Nauki i Techniki Króla Abdullaha opracowali bioczujnik stanowiący podstawę działania szybkiego testu w kierunku zakażenia koronawirusem. Narzędzie diagnostyczne łączy bioczujniki elektrochemiczne konstruktami białkowymi, co umożliwia klinicystom szybkie wykrywanie fragmentów wirusa z precyzją, którą wcześniej można było uzyskać tylko przy użyciu technik genetycznych. W ten sposób wiarygodny wynik testu można otrzymać w kwadrans, a nie kilka godzin.

– Patrząc na liczbę publikacji, które się pokazują w ostatnich czasach, ta liczba wzrasta wręcz wykładniczo. Również patrząc na firmy, które są zainteresowane biosensorami, to kwoty, które są prognozowane, i kwoty przeznaczone na rozwój biosensorów notują bardzo wysoki wzrost, rzędu kilkudziesięciu procent. Zarówno w przemyśle spożywczym, jak i farmaceutycznym czy biotechnologicznym będą one stosowane do monitorowania produkcji – przekonuje  prof. dr hab. inż. Elżbieta Malinowska.

Biotechnologia i nowoczesne rolnictwo to jeden z największych obszarów zastosowania biosensorów. Zespół naukowców z Wydziału Rolnictwa, Żywności i Środowiska Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie opracował metodę wykrywania oznak „stresu roślin” – reakcji na niesprzyjające warunki, w wyniku której obniża się zdolność fotosyntezy. Wykorzystując inżynierię genetyczną, zespół wprowadził do ziemniaków gen zakodowany w białku fluorescencyjnym, które informuje o poziomie wysoce reaktywnych cząsteczek, których akumulacja oznacza reakcję na stres. Bioczujnik został skierowany do chloroplastu, który jest odpowiedzialny za fotosyntezę. Naukowcy byli następnie w stanie monitorować światło emitowane z bioczujników i określić początkową fazę reakcji roślin na stres.

Według Research and Markets światowy rynek bioczujników osiągnie do 2028 roku przychody sięgające niemal 42 mld dol., podczas gdy w 2020 roku było to niemal 23 mld dol.

 

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/bioczujniki-pozwalaja,p715108044

Polskie start-upy oczekują większej pomocy od państwa. Rząd chce je wspierać poprzez rozszerzenie tzw. estońskiego CIT-u

Pod względem innowacyjności Polska znajduje się na 31. miejscu na 37 notowanych w raporcie European Innovation Scoreboard 2020, opracowanym przez Komisję Europejską. Pomimo niskiej pozycji na tle innych krajów europejskich innowacyjne firmy w Polsce są w coraz lepszej kondycji. W większości przypadków pandemia koronawirusa nie zachwiała sytuacji ekonomicznej start-upów. Przedsiębiorcy liczą jednak na lepsze finansowanie innowacyjnej działalności przez państwo oraz zachęty podatkowe takie jak „estoński CIT”. Podatek płacony wyłącznie od zysków spółki od przyszłego roku ma być jeszcze szerzej dostępny, ponieważ Ministerstwo Finansów planuje znieść limit przychodów.

– Polski ekosystem innowacji rozwija się i jest coraz bardziej widoczny w Europie i na świecie. Mamy coraz więcej start-upów, a także funduszy inwestycyjnych, które w innowacje inwestują. Mamy też coraz więcej firm mniejszych i większych, które są aktywne innowacyjnie – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Katarzyna Kaczkowska, zastępca dyrektora Departamentu Programów Wsparcia Innowacji i Rozwoju w Ministerstwie Funduszy i Polityki Regionalnej.

Z raportu „Polskie Startupy 2020. Covid Edition” opracowanego przez Startup Poland wynika, że 32 proc. start-upów osiągnęła przychody większe niż w 2019 roku, pomimo trwającej pandemii koronawirusa. 63 proc. właścicieli firm nie zwalniało i nie zamierza zwalniać pracowników, a 17 proc. planuje zwiększenie zatrudnienia. Mocno przyczyniają się do tego fundusze pochodzące z Unii Europejskiej.

– Fundusze europejskie zapewniają kapitał potrzebny do rozwijania innowacji. Wiadomo, że innowacje technologiczne szczególnie w obszarach takich jak nowe materiały, czujniki, biotechnologia to są ogromne pieniądze i bez nich trudno jest konkurować na świecie. Oprócz tego budujemy środowisko sprzyjające innowacjom. To instytucje, które mogą doradzać firmom, organizacje badawcze, które wychodzą ze swoją ofertą do firm na zewnątrz i które chcą komercjalizować nowe technologie, więc zasilają gospodarkę nowymi pomysłami – wymienia Katarzyna Kaczkowska.

Z raportu opracowanego przez Startup Poland wynika jednak, że 60 proc. start-upów oczekuje zwiększenia wsparcia ze strony państwa. Zdaniem właścicieli firm powinno ono dotyczyć przede wszystkim pomocy w  pozyskaniu dodatkowego finansowania (62 proc. ankietowanych). Tymczasem aż 80 proc. polskich start-upów wykorzystuje własne pieniądze do finansowania działalności, 32 proc. korzystało ze wsparcia Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości, a jedna czwarta z krajowego akceleratora.

Oprócz pomocy w finansowaniu polskie start-upy liczą ze strony państwa również na zachęty podatkowe. Dobrym rozwiązaniem, zdaniem 46 proc. ankietowanych, jest tzw. estoński CIT. To nowa forma opodatkowania na zasadzie ryczałtu od dochodów spółek kapitałowych, co oznacza, że podatki opłaca się dopiero w momencie wypłaty zysków. Do tej pory jednak nowa forma rozliczeń nie cieszy się popularnością wśród polskich firm.

Według informacji „Dziennika Gazety Prawnej” wprowadzony w tym roku „estoński CIT” zostanie od przyszłego roku rozszerzony. Ministerstwo Finansów planuje znieść m.in. limit 100 mln zł przychodów, co oznacza, że skorzystają z niego także większe firmy.

– Jednym z pomysłów na to, jak rozwijać innowacyjność, może być wzorowanie się na europejskich czy światowych liderach. Bardzo dużo korzystamy z takich doświadczeń. Organizujemy różne programy, w których instytucje polskie współpracują z instytucjami zagranicznymi i to nie tylko europejskimi, lecz także ze Stanów Zjednoczonych czy Singapuru. Wiele takich rozwiązań, jak na przykład metody akceleracji start-upów czy skuteczne programy wsparcia branżowego, dzięki temu rozwijamy – przekonuje zastępca dyrektora Departamentu Programów Wsparcia Innowacji i Rozwoju.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/polskie-startupy,p1246638830

Start-upy w centrum zainteresowania inwestorów i korporacji. Ponad 1/3 z nich generuje wyższe przychody niż przed pandemią

Choć 53 proc. start-upów odczuło brak nowych odbiorców produktów lub usług, a 35 proc. spadki sprzedaży, to stosunkowo niewiele z nich ocenia wpływ pandemii na swoją działalność jako negatywny. Ponad jedna trzecia tego typu biznesów generuje obecnie przychody większe niż przed jej wybuchem – pokazuje ostatnia edycja raportu Fundacji Startup Poland z listopada 2020. Szansą rozwoju dla młodych, innowacyjnych biznesów jest współpraca z dużymi korporacjami, które mogą zapewnić im zaplecze i wsparcie eksperckie. Takie możliwości w ramach swojego akceleratora oferuje start-upom Orange Polska. Operator stawia zwłaszcza na innowacje związane z 5G.

– Polskie start-upy dobrze poradziły sobie w pandemii, ponieważ w ubiegłym roku – mimo ogólnych trudności w gospodarce – udało im się pozyskiwać finansowanie z rynku. Z opublikowanego w styczniu 2021 raportu „Transakcje na polskim rynku VC 2020” wynika, że w ubiegłym roku wartość inwestycji pozyskanych przez start-upy była rekordowa, na poziomie 2,1 mld zł. Natomiast z raportu „Polskie start-upy 2020. COVID Edition”, przygotowanego przez Fundację Startup Poland, wynika, że najmłodsze biznesy w Polsce ucierpiały w pandemii stosunkowo najmniej i patrzą bardzo optymistycznie w przyszłość – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Artur Piecha, dyrektor marketingu klientów kluczowych i korporacyjnych Orange Polska.

2,1 mld zł pozyskanego kapitału to 70-proc. wzrost względem 2019 roku. Średnia wartość inwestycji venture capital na polskim rynku również była w ubiegłym roku rekordowa – o 52 proc. wyższa niż rok wcześniej. Zdaniem autorów raportu, analityków PFR Ventures, świadczy to o niesłabnącym optymizmie inwestorów wobec polskiego ekosystemu start-upowego. Kapitał prywatny odpowiadał za 45 proc. wartości ubiegłorocznych transakcji.

Z optymizmem na ten sektor patrzą również duże firmy i korporacje, które decydują się na współpracę ze start-upami. Z badania Fundacji Startup Poland wynika, że innowacyjne biznesy znacznie częściej wybierają działania kierowane do firm niż w segmencie konsumenckim. W tej grupie 65 proc. start-upów tworzy produkty i usługi właśnie dla dużych podmiotów, zatrudniających powyżej 250 osób.

Jak podkreśla ekspert Orange, współpraca dużych korporacji ze start-upami jest obustronnie korzystna. Jedną z zalet dla operatora jest duży potencjał wdrażania innowacji poprzez współpracę z takimi podmiotami. Młode, innowacyjne biznesy są bardziej elastyczne i otwarte na ryzyko, koncentrują się na tworzeniu rozwiązań odpowiadających rynkowemu zapotrzebowaniu, a przy tym ich proces decyzyjny nie jest tak skomplikowany jak w przypadku korporacji.

– Dlatego wspólnie ze start-upami chcemy zaoferować na rynku nowe produkty i usługi, m.in. bazujące na technologii 5G – mówi Artur Piecha.

W ramach Orange działa wewnętrzne centrum kompetencji, które zajmuje się wyszukiwaniem, testowaniem i rozwojem innowacyjnych usług. Orange Fab wyłuskuje te start-upy, które opracowują innowacyjne produkty i usługi albo w nieszablonowy sposób wykorzystują technologie, tworząc nowe modele biznesowe. Szczególnie poszukiwane są rozwiązania, które mogą poprawić efektywność i przyczynić się do cyfrowej transformacji w przemyśle, logistyce czy transporcie.

– Poszukujemy partnerów, którzy mają gotowy produkt wypełniający nisze rynkowe lub uzupełniający nasze portfolio ofertowe w ramach grupy spółek Orange – wyjaśnia ekspert Orange. – Jesteśmy otwarci zwłaszcza na propozycje usług wykorzystujących sieć 5G, która oferuje nowe możliwości dzięki zwiększonej prędkości transmisji danych osiągającej nawet 20 Gb/s, opóźnieniom zmniejszonym do poziomu pojedynczych milisekund czy zdolności obsługi nawet do miliona urządzeń na kilometr kwadratowy.

Od ubiegłego roku operator realizuje pierwsze wdrożenia dla klientów w obszarze 5G. Przykładem jest projekt dla Łódzkiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej, która wybrała Orange Polska jako dostawcę wewnętrznej sieci kampusowej 5G na potrzeby stworzenia ŁSSE 5G Lab, czyli przestrzeni wyposażonej w odpowiednie narzędzia, sprzęt, infrastrukturę do testowania innowacji 5G.

– Z tej przestrzeni mogą korzystać firmy, inwestorzy i start-upy działające na terenie strefy. Z kolei w fabryce sprzętu AGD firmy Miele, znajdującej się w Ksawerowie pod Łodzią, na przestrzeni około 6 tys. mkw. Orange zbudował drugą już sieć kampusową działającą w docelowym paśmie 5G, czyli 3,6 GHz. Pozwoli ona zdigitalizować i zautomatyzować proces kontroli jakości dla powstających produktów, a także uruchomić na szeroką skalę szkolenia pracowników przy użyciu wirtualnej rzeczywistości. Co najważniejsze, te rozwiązania są dostarczane właśnie przez start-upy, które prowadziły swoje testy i prezentacje na terenie strefy – mówi Artur Piecha.

W tej chwili Orange Fab z kolejnymi start-upami testuje już kolejne rozwiązania z zakresu 5G przeznaczone dla produkcji i logistyki. Operator prowadzi takie projekty zarówno w Polsce, jak i we Francji, gdzie w ubiegłym roku uruchomił dedykowany nabór pod rozwiązania związane z siecią 5G.

– Takie rozwiązania to np. Radio Innovation – narzędzie ułatwiające wdrażanie mobilnej łączności szerokopasmowej, lub Omniflow – inteligentna lampa uliczna IoT, zasilana wiatrem i energią słoneczną  – wymienia dyrektor marketingu klientów kluczowych i korporacyjnych Orange Polska.

Jak podkreśla, operator rozwija współpracę ze start-upami w modelu open innovation, który zakłada otwarte i współpracujące podejście do procesu tworzenia innowacji. W 2020 roku akcelerator i współpracujące z nim start-upy wdrożyły na polski rynek siedem rozwiązań, kierowanych zarówno do klientów końcowych sieci Orange, jak i do firm usprawniających procesy wewnętrzne.

– Skupiliśmy się na zwiększeniu efektywności, np. kampanii online’owej, oraz na wdrożeniu szkoleń dla naszych pracowników za pomocą technologii VR. Podjęliśmy też działania zwiększające efektywność procesu tworzenia i modyfikacji aplikacji w zintegrowanym środowisku IT, tak aby uwzględnić zmieniającą się ilość struktur danych, które są wykorzystywane podczas tego typu procesów. Z kolei pracując nad rozwiązaniami dla naszych klientów, stawialiśmy na cyfryzację i automatyzację procesów w takich obszarach jak np. płatności bezgotówkowe, zdalny odczyt danych czy zarządzanie infrastrukturą ciepłowniczą i energetyczną. Oczywiście z uwzględnieniem odnawialnych źródeł energii – wyjaśnia Artur Piecha.

Orange Fab rozpoczął budowanie otwartego ekosystemu nowych produktów jako jeden z pierwszych akceleratorów na polskim rynku i zaoferował start-upom, które z nim współpracują, m.in. dostęp do infrastruktury technicznej i swojej sieci sprzedaży, a także udział w krajowych i międzynarodowych konferencjach. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/startupy-w-centrum,p2073916358

Rynek crowdfundingu zostanie uregulowany i będzie podlegać nadzorowi KNF. Nowe przepisy zaczną obowiązywać w listopadzie

Trwają prace nad przepisami, które uregulują rynek finansowania społecznościowego. Platformy, które się tym zajmują, zgodnie z proponowaną ustawą będą działać zgodnie z licencją i podlegać nadzorowi Komisji Nadzoru Finansowego. Zwiększy się jednak kwota – z 1 mln do 5 mln euro – którą będą mogły pozyskać w ramach crowdfundingu. Podwyższony limit zacznie obowiązywać od listopada 2023 roku. – W krótkim terminie nowe przepisy zapewnią w miarę bezpieczne funkcjonowanie rynku, w długiej perspektywie mogą umożliwić rozwój platform, również za granicą – ocenia Artur Granicki, prezes Navigator Crowd.

W Polsce nie ma dziś regulacji prawnych odnoszących się wprost do rynku crowdfundingowego. Platformy crowdfundingu inwestycyjnego działają przede wszystkim na zasadach wynikających z ustawy o ofercie publicznej.

Uregulowanie rynku crowdfundingowego było niezbędne od wielu lat. Już w 2017 roku w ramach prac Komisji Europejskiej uznano, że brak regulacji jest jedną z największych przeszkód dla rozwoju fintechów w obszarze inwestycji – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Artur Granicki. – Ponieważ do tej pory nie było jasnych przepisów określających, jak powinny działać platformy crowdfundingowe i jak powinny wyglądać oferty i kampanie, nie do końca było wiadomo, co wolno, a czego nie. KNF próbowała zaadresować ten problem, wydając dwa stanowiska w 2019 i 2020 roku, jednak nadal nie były to powszechnie obowiązujące przepisy. Dlatego wprowadzenie unijnego rozporządzenia i ustawy, dzięki którym będziemy mieć jasne zasady, zapewni bezpieczeństwo rynku, inwestorów i możliwość rozwoju platform crowdfundingowych w bezpiecznym otoczeniu prawnym.

Projekt ustawy o finansowaniu społecznościowym dla przedsięwzięć gospodarczych jest już po etapie konsultacji publicznych i opiniowania. Jego cel to przede wszystkim dostosowanie polskich przepisów do unijnego rozporządzenia 2020/1503, które w całej UE ustanawia jednakowe zasady prowadzenia działalności w zakresie crowdfundingu inwestycyjnego. Zgodnie z planem nowe przepisy mają zacząć obowiązywać od 10 listopada br.

W myśl nowych przepisów operatorzy platform crowdfundingowych będą musieli występować do KNF o zezwolenie na prowadzenie takiej działalności. Będzie ono uprawniać do operowania na terytorium całej UE. Działalność platform crowdfundingowych od listopada br. będzie też podlegać kontrolom i nadzorowi KNF.

Projekt ustawy o finansowaniu społecznościowym jest implementacją europejskiego rozporządzenia z zeszłego roku. W tym projekcie wprowadzony został m.in. obowiązek uzyskania licencji uprawniającej do prowadzenia platform crowdfundingowych. W ramach tej licencji platformy od 2023 roku będą mogły zebrać kwotę nawet do 5 mln euro. Stworzono im też możliwość prowadzenia rynku wtórnego wyemitowanych wcześniej akcji – wymienia prezes Navigator Crowd.

Proponowane zmiany zwiększą limit kampanii crowdfundingowych z 1 do 5 mln euro. Projekt nowej ustawy zawiera jednak propozycję dwuletniego okresu dojścia do tego maksymalnego progu. Na początku ma to być kwota 2,5 mln euro, która wzrośnie do 5 mln euro po 9 listopada 2023 roku.

Kiedy nowe przepisy wejdą w życie, platformy crowdfundingowe będą musiały także wdrożyć nowe rozwiązania ukierunkowane na większą ochronę inwestorów (np. wstępny test wiedzy inwestora, badanie adekwatności oferty dla konkretnego inwestora, weryfikacja kompletności informacji zawartych w arkuszu kluczowych informacji inwestycyjnych i okres namysłu przed ostatecznym zawarciem transakcji).

W projektowanej ustawie wprowadzono rozróżnienie inwestorów na doświadczonych i niedoświadczonych, co, mam nadzieję, istotnie wpłynie na bezpieczeństwo inwestycji crowdfundingowych. Jest też kilka innych ważnych zmian, jak np. wprowadzenie arkusza informacji dla inwestorów, który zastąpi zarówno dokument ofertowy, jak i memorandum informacyjne – wskazuje Artur Granicki.

Nowe przepisy stworzą możliwość uproszczenia niektórych wymogów informacyjnych dla emitentów papierów wartościowych. Emitent (w przypadku ofert publicznych prowadzonych poza platformami finansowania społecznościowego, ale za pośrednictwem firmy inwestycyjnej) będzie mógł sporządzać arkusz kluczowych informacji inwestycyjnych zamiast memorandum informacyjnego. W praktyce to rozwiązanie ma ułatwić i przyspieszyć proces przygotowywania oferty publicznej.

Zarówno unijne rozporządzenia, jak i projekt ustawy oceniam pozytywnie, choć nie zostały w nim zaadresowane wszystkie problemy rynku crowdfundingowego. Nie odniesiono się np. do kwestii podatkowych ani pewnych przepisów z Kodeksu spółek handlowych, które utrudniają przeprowadzenie zbiórek społecznościowych. Natomiast zaadresowano m.in. kwestie tajemnicy zawodowej, przechowywania dokumentów, jak i samej implementacji – podkreśla prezes Navigator Crowd. – Nie obyło się bez kontrowersji, ponieważ zakazano prowadzenia kampanii crowdfundingowych dla spółek z o.o. Jest to co prawda ten segment rynku, który już i tak odchodził do lamusa, coraz więcej platform się przerzucało na spółki akcyjne, natomiast on cały czas istniał. Kiedy zostanie zakazany, kilka platform będzie musiało drastycznie zmienić model działalności albo ją zakończyć.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/rynek-crowdfundingu,p232174496

Polskie uczelnie stawiają na kierunki przyszłości. Studenci rozwijają projekty związane z przemysłem kosmicznym czy elektromobilnością

W zestawieniu tysiąca najlepszych ośrodków akademickich na świecie w 2020 roku znajduje się zaledwie osiem polskich uczelni. Stopniowo stają się jednak coraz bardziej innowacyjne, co pokazała choćby pandemia koronawirusa. – Przeszliśmy generalny test związany z cyfryzacją, ale oprócz tego rozwijamy obszary związane z komercjalizacją wyników badań – podkreśla prof. dr hab. inż. Adam Woźniak, prorektor ds. rozwoju Politechniki Warszawskiej. Na uczelniach pojawiają się kierunki przyszłości, coraz więcej ośrodków rozwija innowacyjne rozwiązania.

– Na Politechnice Warszawskiej zbudowaliśmy Centrum Zarządzania Innowacjami i Transferem Technologii, które łączy biznes i naukę, służy komercjalizacji wiedzy, transferu technologii z nauki do biznesu. Wspieramy przedsiębiorczość, Instytut Badań Stosowanych rozwija start-upy, których mamy w tej chwili już prawie 30. Dysponują własnymi rozwiązaniami innowacyjnymi, które mam nadzieję, będą służyć rozwojowi polskiej gospodarki i wspierać rozwiązania społeczne – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje prof. dr hab. inż. Adam Woźniak.

W zestawieniu tysiąca najlepszych ośrodków akademickich na świecie w 2020 roku królowały uczelnie z USA i Wielkiej Brytanii. Z polskich w szerokiej czołówce znalazło się zaledwie osiem, przy czym w czwartej setce znalazła się najlepsza z nich. Pandemia pokazała jednak, że polskie ośrodki potrafią się szybko adaptować do nowych sytuacji, co udowodnił choćby proces cyfryzacji.

Ostatnie wynalazki, odkrycia czy badania pokazują również, że polscy studenci zaliczają się do europejskiej czołówki. W ramach konkursu „Studenckie koła naukowe tworzą innowacje” dofinansowanie otrzymało m.in. dziewięć projektów kół naukowych PW – np. przygotowanie i analiza modeli testowych satelity PW-Sat3, budowa jednostki sterującej pojazdem elektrycznym poprawiającej osiągi i bezpieczeństwo czy wstępny rozwój projektu eksperymentu stratosferycznego do programu lotów balonowych BEXUS.

– Generalnie oprócz dydaktyki na uczelniach rozwijamy przede wszystkim prace badawcze. Niedawno jeden z doktoratów realizowanych na Politechnice Warszawskiej dotyczył inteligentnych opatrunków, które same nie tyle leczą rany, co diagnozują stan rany i mogą wysyłać informacje do lekarza. To bardzo ciekawe prace, które są bardzo blisko tego, żeby zostać wdrożone. Inny przykład to np. nasza firma Smart Fluid, która dysponuje technologią opracowaną na Politechnice Warszawskiej dotyczącą cieczy samościnających – wymienia prorektor ds. rozwoju Politechniki Warszawskiej.

Celem zespołu naukowców z Wydziału Inżynierii Chemicznej i Procesowej Politechniki Warszawskiej, Centrum Zaawansowanych Materiałów i Technologii oraz grupy immunologów jest z kolei opracowanie nanoszczepionki opartej na rekombinowanym białku wirusa SARS-CoV-2, kowalencyjnie związanym z biodegradowalnymi nanocząstkami tlenku żelaza.

Nad innowacyjnym rozwiązaniem, które może znaleźć zastosowanie w lotnictwie, energetyce wiatrowej, motoryzacji, a nawet w medycynie i w artykułach sportowych, pracuje doktorant z Wydziału Inżynierii Materiałowej Politechniki Warszawskiej. Z kolei na Wydziale Inżynierii Lądowej opracowano mikrokapsułki żelatynowe zawierające środek naprawczy, który ma zdolność do zasklepiania mikrorys w nawierzchniach drogowych.

– Nasi studenci bardzo szybko znajdują pracę już w Polsce, stąd problem z dokończeniem prac magisterskich czy naborem na studia doktoranckie. Pewnym rozwiązaniem jest również wyjazd za granicę. Wiemy dobrze, że nasza wiedza jest bardzo ceniona za granicą i właściwie w tej chwili w dobie komunikacji cyfrowej już nie jest ważne, gdzie mamy biurko, laboratorium, ta współpraca odbywa się w sposób płynny. Uczestniczymy w różnych projektach międzynarodowych i mamy tam swoje stałe i ważne miejsce – wskazuje prof. dr hab. inż. Adam Woźniak.

Uczelnia stawia też na rozwój innowacyjnych kierunków, które w przyszłości pomogą zwiększyć potencjał polskiej gospodarki.

– To kierunki związane zarówno z internetem rzeczy, z cyberbezpieczeństwem. Ostatnio modnym kierunkiem jest również elektromobilność, te związane z internetem, czyli również Big Data, obsługa dużych chmur danych. To są najciekawsze kierunki, które są u nas oblegane. To również studia związane z inżynierią biomedyczną, w tej chwili bardzo istotne stały się również sprawy związane z telemedycyną – wymienia prorektor ds. rozwoju Politechniki Warszawskiej.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/polskie-uczelnie-stawiaja,p248679187

Media przyszłości będą mocno spersonalizowane. Śledzenie zachowań użytkowników pozwoli zaoferować w pełni dostosowane kanały telewizyjne czy stacje radiowe

Media przechodzą obecnie cyfrową rewolucję. Po przejściu na cyfrowy sposób nadawania głównym trendem jest przenoszenie treści do sieci. To właśnie internet staje się podstawowym narzędziem medialnym, chociaż te tradycyjne – telewizja czy radio – także stale się zmieniają. W przyszłości będą mocno zindywidualizowane, nadawcy będą mogli wyświetlać spersonalizowane treści dla konkretnego odbiorcy, podobnie jak dziś wyświetlane są spersonalizowane reklamy w mediach społecznościowych. Zmienia się także konsumpcja treści, przechylająca coraz częściej szalę na model subskrypcyjny.

– Media za 10 lat to będą media zdecydowanie bardziej zindywidualizowane, dopasowane, tak jak teraz obserwujemy to w mediach społecznościowych. Każdy widzi zupełnie inne informacje, dopasowane do jego preferencji, historii wyszukiwań i zachowań w internecie. Tak samo będzie z telewizją i radiem – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Jacek Grzeszak z Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Przyszłość mediów jest determinowana przez kilka dużych trendów, które w ostatnich latach postępują. Jednym z nich jest cyfryzacja i przenoszenie treści do internetu. Cyfryzacja to też cyfrowy sposób nadawania. Tę rewolucję przeszły już tradycyjne media, takie jak telewizja i radio. Obecnie trwa jej drugi etap, czyli przenoszenie wszystkich treści do online’u, co pozwala na dostęp do treści na żądanie.

– Bardzo ciekawym zjawiskiem jest zastępowanie telewizji linearnej, czyli tej tradycyjnej, telewizją na żądanie, oglądaną także na odbiornikach telewizyjnych. Już coraz rzadziej znaczenie ma, czy to jest smartfon, czy to jest komputer, czy to jest telewizja. Kilkanaście lat temu korzystaliśmy z innych mediów. W tym momencie coraz częściej telewizory stają się dużymi ekranami stale podpiętymi do internetu i dostarczającymi treści z sieci. W komputerach klasycznych możemy natomiast oglądać wszystkie programy telewizyjne – mówi Jacek Grzeszak.

Coraz częściej stosowanym narzędziem reklamowym staje się śledzenie zachowań użytkowników w internecie, co w niedalekiej przyszłości najprawdopodobniej przełoży się na to, że nie tylko reklamy, lecz także same treści informacyjne staną się w mediach przyszłości sprofilowane pod odbiorcę. Już dziś zjawisko bańki informacyjnej jest powszechne w mediach społecznościowych.

– Możemy sobie wyobrazić, że będziemy włączać telewizję, będzie się nam wydawało, że to jakiś duży kanał, który był do tej pory, ale to będzie kanał kompletnie inny dla każdej konkretnej osoby, bo telewizor każdej z osób będzie wyświetlał inne reklamy – tłumaczy ekspert.

Francuska firma ATEME, specjalizująca się w streamingu, udostępniła już rozwiązanie NEA. Umożliwia ono tworzenie tematycznych kanałów telewizyjnych, spersonalizowanych pod konkretnego użytkownika. Dodatkowo podczas odbioru kanału telewizyjnego stworzonego dla danej osoby wyświetlane są reklamy, również dobierane według preferencji odbiorcy, ustalane na podstawie zachowań w sieci. ATEME świadczy usługi m.in. na rynku francuskim, brytyjskim, południowo- i północnoamerykańskim, australijskim oraz azjatyckim.

– Media kształtuje także ekonomia subskrypcji, zmiana modelu płacenia, kupowania tych mediów z kupowania egzemplarzy np. gazety czy usługi na system abonamentowy. Bardzo dużym czynnikiem, który zmienia współczesne media, są media społecznościowe. To też rodzaj mediów, natomiast zupełnie nieznany i pozostający pod kontrolą gigantów technologicznych. On bardzo zmienia sposób, w jaki korzystamy z mediów, jak spędzamy czas – wskazuje Jacek Grzeszak.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/media-przyszlosci-beda,p2018760108

Rejestracja aut ciężarowych prawie cztery razy wyższa niż rok temu. To może napędzić nową usługę ich wynajmu długoterminowego

Według statystyk Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego w kwietniu tego roku zarejestrowano 3243 pojazdy użytkowe powyżej 3,5 t, co oznacza ponad 226-proc. wzrost rok do roku. Za zdecydowaną większość zakupów odpowiadają firmy, a szczególnie przedsiębiorstwa leasingowe i zajmujące się wynajmem długoterminowym. Po kryzysie wywołanym pandemią obie te branże wyraźne przyspieszają, a przedsiębiorcy coraz chętniej wybierają te formy finansowania. – Należy się spodziewać, że ten rok będzie bardzo dobry dla wynajmu i całego segmentu pojazdów użytkowych – ocenia Łukasz Chyliński, prezes nowej marki TRUCK CARE, która na rynku najmu pojazdów użytkowych zadebiutowała w połowie maja. Jako jedna z nielicznych na polskim rynku stawia na wynajem pojazdów ciężkich i specjalistycznych, w tym także zasilanych gazem i elektryków.

 Polski rynek wynajmu pojazdów użytkowych rozwija się bardzo dobrze i podąża za rejestracjami nowych pojazdów ciężarowych, które – po okresie spadków wywołanych pandemią, zwłaszcza w pierwszej połowie 2020 roku – notują w tym roku olbrzymie wzrosty. W segmencie pojazdów ciężarowych, tych najcięższych, są to wzrosty rzędu 100 proc. w porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego roku. Tym samym usługa wynajmu też radzi sobie doskonale – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Łukasz Chyliński, prezes zarządu TRUCK CARE.

W II i III kwartale ub.r. spadki w liczbie rejestracji nowych pojazdów ciężarowych dochodziły nawet do 70 proc. Jednak już pod koniec zeszłego roku rynek zanotował odbicie, które trwa do tej pory. Odzwierciedlają to statystyki PZPM, z których wynika, że w kwietniu tego roku zarejestrowano 3243 pojazdy użytkowe powyżej 3,5 t. To ponad 220 proc. więcej niż przed rokiem. W grupie nowych samochodów ciężarowych powyżej 3,5 t zarejestrowano w kwietniu 3166 nowych pojazdów, co oznacza ponad 240-proc. wzrost r/r. Po 20 dniach maja wzrost był jeszcze wyraźniejszy i wyniósł prawie 300 proc.

W ciągu pierwszych czterech miesięcy roku zarejestrowano ponad 10,6 tys. samochodów ciężarowych, czyli o prawie 89 proc. więcej niż w analogicznym okresie 2020 roku. Z kolei w grupie pojazdów użytkowych powyżej 3,5 t wzrost sięgnął prawie 81 proc. Część z tych pojazdów ciężkich trafia na rynek najmu długoterminowego. Chociaż nie jest to usługa rozpowszechniona wśród krajowych firm, to jej potencjał rozwoju jest oceniany bardzo pozytywnie.

– Gdyby oceniać perspektywy dla rynku wynajmu pojazdów na 2021 rok po I kwartale, to one wyglądają fantastycznie. My podpisujemy w tej chwili około pięć razy więcej kontraktów niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Mamy dużo więcej nowych rejestracji. Te wzrosty prawdopodobnie nie utrzymają się w dalszej części roku, m.in. ze względu na to, że brakuje pojazdów i relacja między popytem a podażą jest mocno zaburzona, natomiast należy się spodziewać, że to będzie bardzo dobry rok dla wynajmu i dla całego segmentu pojazdów użytkowych – ocenia Łukasz Chyliński.

Zarówno w rejestracjach w całym segmencie aut użytkowych, jak i tylko w podsegmencie ciężarowych dominują zakupy firmowe. Wśród nich zasadniczą część (ok. 75 proc.) stanowią firmy prowadzące leasing lub CFM, czyli wynajem długoterminowy.

Jak podkreśla ekspert, cały rynek wynajmu pojazdów rozwija się tak dynamicznie ze względu na fakt, że ta forma finansowania stanowi dla przedsiębiorców atrakcyjną i bezpieczną alternatywę. Wśród samochodów osobowych co czwarte auto flotowe jest wybierane właśnie w wynajmie długoterminowym.

 Na tle wszystkich innych form finansowania wynajem wypada naprawdę bardzo dobrze. Wyróżnia go przede wszystkim elastyczność, bo są to usługi szyte na miarę konkretnych klientów i ich potrzeb. W zakresie rat, podejścia do klienta, zakończenia umowy czy też przedterminowego zakończenia kontraktu wynajem daje szerokie możliwości. Po drugie, w przypadku wynajmu ryzyko po stronie najemcy jest bardzo ograniczone w porównaniu do innych form finansowania. Tutaj najemca ma wszystko w ramach jednej raty, po jego stronie pozostaje tylko paliwo, opłaty drogowe czy opłaty związane z utrzymaniem pracowników. Natomiast wszystko, co się wiąże z pojazdem, jest zagwarantowane przez cały okres kontraktu, a ta przewidywalność kosztów dzisiaj jest niezwykle istotna – mówi prezes zarządu TRUCK CARE.

TRUCK CARE, nowa marka na rynku wynajmu pojazdów użytkowych, która zadebiutowała na rynku w połowie maja, chce wykorzystać te dobre perspektywy stojące przed branżą. Powstała ona na bazie wypożyczalni DBK Rental i będzie rozwijana w ramach współpracy pomiędzy Grupą DBK i Europejskim Funduszem Leasingowym.

– DBK Rental, znana marka na rynku TSL, zmienia się w TRUCK CARE. Dla naszych klientów oznacza to większą elastyczność, więcej rozwiązań i szerszą paletę produktową. Natomiast dla całego rynku pojawienie się marki TRUCK CARE oznacza, że dotychczasowy lider przyspiesza, wrzuca kolejny bieg i zaoferuje jeszcze więcej ciekawych propozycji. Mamy nadzieję, że w ciągu kolejnych lat ta pozycja lidera zostanie przez nas jeszcze bardziej podkreślona – mówi Ireneusz Sobieski, prezes zarządu Grupy DBK.

TRUCK CARE oferuje klientom wynajem m.in. ciągników siodłowych, samochodów ciężarowych i dostawczych, naczep, przyczep oraz pojazdów specjalistycznych. W tej chwili flota marki liczy ponad 3,7 tys. pojazdów, m.in. DAF, MAN, IVECO, Volvo, Mercedes-Benz, Scania, Kögel, Schmitz, Krone czy Renault.

– Zaoferujemy klientom niskoemisyjne pojazdy do transportu międzynarodowego zasilane gazem ziemnym, które już dzisiaj mamy we flocie. Pojawią się w niej również pojazdy elektryczne, przede wszystkim w segmencie aut dostawczych, choć pracujemy z kilkoma dostawcami nad tym, żeby poszerzyć ofertę elektryków w segmentach o wyższym tonażu – zapowiada Łukasz Chyliński.

Jak wskazuje, poza elastycznym wynajmem TRUCK CARE zaoferuje klientom także szereg dodatkowych usług, jak np. wsparcie w zakresie usług telematycznych, które przekłada się na optymalizację jazdy i czasu pracy kierowców, mniejsze zużycie paliwa i większe oszczędności.

 Zapewniamy naszym klientom dostęp do paneli informacyjnych, na których mogą znaleźć wszelkie informacje na temat wynajmowanych przez nas pojazdów. Wkrótce – w odpowiedzi na sygnały płynące od naszych klientów i z rynku – uruchamiamy też usługę zarządzania flotą obcą. To oznacza, że jeżeli pośród naszych klientów są tacy, którzy mają część pojazdów u nas w wynajmie, a część finansują w inny sposób, np. leasingiem albo kredytem, to takie pojazdy również będziemy obejmować obsługą serwisową i zarządzaniem, żeby zdjąć obowiązek z barków naszych klientów – mówi prezes nowej marki.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/rejestracja-aut,p790162821

Bilans pandemii nie jest korzystny dla jakości powietrza. Największym problemem wciąż jest wysoka emisja z domowych pieców

W ubiegłym roku WHO umieściła 36 polskich miast na liście 50 najbardziej zanieczyszczonych w UE, a według szwajcarskiej firmy IQAir śląskie Orzesze znalazło się na szczycie rankingu miast z najbardziej przekroczonymi normami pyłów PM2,5. Lockdown i ograniczenie mobilności nie zmieniły wiele w tej kwestii. – W Polsce głównym źródłem smogu jest nadal sposób ogrzewania budynków. Jeśli porównamy wyniki z tego i ubiegłego roku, nie było drastycznych różnic w odczytach z naszych czujników – mówi Agata Kańtoch-Kucab z firmy Syngeos, która prowadzi sieć stacji pomiaru jakości powietrza w całym kraju.

– Odpowiedź na pytanie, czy lockdown wpłynął na jakość powietrza, nie jest jednoznaczna. Z jednej strony mniejsza mobilność spowodowała, że ruch samochodowy nie generował tylu spalin. Ograniczenie działania przemysłu również miało pozytywny wpływ na jakość powietrza, co było widać szczególnie w skali globalnej, kiedy Chiny czy Indie zamknęły się na początku lockdownu. Nagle można było zobaczyć na horyzoncie niewidziane od dziesięcioleci Himalaje – przypomina w rozmowie z agencją Newseria Biznes Agata Kańtoch-Kucab.

Działalność przemysłu tylko w niewielkim stopniu przekłada się na zanieczyszczenie powietrza szkodliwymi pyłami PM10 i PM2,5. Jak podkreśla ekspertka Syngeos, jest to ok. 8-proc. udział. Podobnie wygląda także udział transportu, który w centrach miast powoduje ok. 10–15 proc. smogu, a poza miastami odsetek ten jest znacząco niższy. Zmniejszona mobilność i spowolnienie działalności fabryk miały więc przełożenie na jakość powietrza, ale niewielkie, ponieważ zanieczyszczenia to przede wszystkim „zasługa” ogrzewania budynków.

– Jeżeli ludzie podczas lockdownu pracowali w domach i je ogrzewali z wykorzystaniem przestarzałych źródeł energii, to lockdown nie wpłynął pozytywnie na jakość powietrza. Analizując dane z tego i ubiegłego roku, nie zauważyliśmy, żeby piki poziomu zanieczyszczenia były diametralnie inne – informuje ekspertka. – Jedyna różnica polega na tym, że mieszkańcy raczej utrzymywali stałą temperaturę w domach, a nie rozpalali w piecu po powrocie z pracy, a ten proces rozpalania powoduje zwykle największy wyrzut zanieczyszczeń.

Utrzymywanie się w powietrzu wysokiego stężenia szkodliwych pyłów jest w dobie pandemii szczególnie groźne dla zdrowia.

– Wielu ekspertów z zakresu medycyny wskazuje, że smog prawdopodobnie przyczynia się do łatwiejszego zachorowania na koronawirusa. Osoby, które przebywają w środowisku smogowym, mają większe predyspozycje, żeby zachorować na choroby układu krążenia, układu nerwowego i przede wszystkim oddechowego, który w dobie pandemii ma kluczowe znaczenie. Jeżeli organizm jest osłabiony i ma choroby współtowarzyszące, przebieg COVID-19 automatycznie staje się cięższy – podkreśla Agata Kańtoch-Kucab.

Już z analiz sprzed pandemii Europejskiej Agencji Środowiska wynika, że z powodu smogu co roku w naszym kraju umiera przedwcześnie ok. 47 tys. osób. Na całym świecie liczba ofiar sięga 3,7 mln rocznie.

Z przytaczanych przez Syngeos analiz kardiologów ze Śląskiego Centrum Chorób Serca wynika, że w dniach alarmu smogowego w Katowicach liczba zgonów wzrasta o 6 pkt proc. Zmarłych z powodu chorób serca i naczyń w tym samym okresie jest więcej o 8 pkt proc., a liczba pacjentów z zawałem serca rośnie o 12 pkt proc. Jeszcze większe przyrosty obserwowane są w liczbie chorych z udarem mózgu (o 16 pkt proc.). Znacznie więcej osób zgłasza się także do poradni rodzinnych. Więcej osób umiera także w ciągu kolejnych kilkunastu dni po ogłoszeniu alarmu.

Firma Syngeos prowadzi system pomiaru jakości powietrza w całym kraju oparty na analizie danych z setek stacji pomiarowych. Udostępniane są informacje o stężeniu w powietrzu poszczególnych pierwiastków tworzących smog oraz innych substancji niebezpiecznych dla zdrowia człowieka, m.in.: tlenku węgla, dwutlenku azotu czy benzenu.

– Analizowanie danych, które przekazujemy za pomocą systemu, może wpływać na zdrowie mieszkańców. W dni o podwyższonym poziomie smogu możemy zaproponować wykorzystanie pewnych środków zaradczych. Jeżeli okazuje się, że stężenie pyłów jest wysokie, to możemy poczekać z przewietrzeniem mieszkania, zrezygnować ze spaceru, szczególnie z dziećmi. Możemy zaproponować seniorom zrobienie zakupów, żeby nie narażać ich na bezpośredni kontakt z tym wysokim stężeniem – wymienia Agata Kańtoch-Kucab.

 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/bilans-pandemii-nie-jest,p1937975879