Skala nielegalnej inwigilacji nigdy nie była tak duża. Przed oprogramowaniem szpiegowskim nie da się w 100 procentach zabezpieczyć

Niedawno okazało się, że oprogramowanie szpiegowskie Pegasus było wykorzystywane do prowadzenia inwigilacji dziennikarzy, aktywistów, a nawet przywódców politycznych. To tylko kolejny dowód, że zaawansowane techniki szpiegowskie rozprzestrzeniają się szerzej i stanowią wyzwanie dla  prywatności i bezpieczeństwa w świecie online. Możliwość inwigilacji mają nie tylko rządy, lecz także małe grupy i pojedyncze osoby. – Skala szpiegowania nigdy nie była tak duża – ocenia Mirosław Maj, prezes Fundacji Bezpieczna Cyberprzestrzeń.

– Amnesty International opublikowało swój raport dotyczący inwigilacji różnych osób – m.in.  polityków i dziennikarzy – za pomocą oprogramowania Pegasus. Dla obserwatorów działań związanych z wykorzystywaniem różnych narzędzi technologicznych do inwigilowania, do dostosowania środków technicznych w prowadzeniu najróżniejszych operacji, nie jest to zaskoczenie – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Mirosław Maj.

Amnesty International w lipcu poinformowało, że oprogramowanie szpiegowskie NSO Group, Pegasus, zostało wykorzystane do ułatwienia łamania praw człowieka na całym świecie na masową skalę.

– Dobrze, że są szczegółowe badania i możemy posługiwać się faktami. Oczywiście działanie tego typu oprogramowania i cała otoczka operacyjna z tym związana to szczegóły, które trudno w stu procentach potwierdzić – zaznacza prezes Fundacji Bezpieczna Cyberprzestrzeń.

Pegasus to złośliwe oprogramowanie, które infekuje iPhone&HASH39;y i urządzenia z systemem Android, aby umożliwić operatorom narzędzia wydobywanie wiadomości, zdjęć i e-maili, nagrywanie rozmów i potajemne aktywowanie mikrofonów. Tymczasem dochodzenie przeprowadzone przez „Guardiana” i 16 innych organizacji medialnych wykazało powszechne nadużywanie tego oprogramowania, które według producenta miało być przeznaczone wyłącznie do użytku przeciwko przestępcom i terrorystom.

Od 2016 roku zainfekowanych oprogramowaniem zostało ok. 50 tys. numerów. Wśród klientów izraelskiej NSO znalazło się 10 państw – Azerbejdżan, Bahrajn, Kazachstan, Meksyk, Maroko, Rwanda, Arabia Saudyjska, Węgry, Indie oraz Zjednoczone Emiraty Arabskie. Na liście inwigilowanych znaleźli się m.in. dziennikarze „New York Timesa”, „Wall Street Journal”, Bloomberga, Al Jazeery, Radia Wolna Europa, „El Pais”, „Le Monde”, Reutersa, Associated Press i „The Economist”. „The Guardian” podaje, że część z nich została zamordowana, np. Cecilio Pineda Birto, niezależny dziennikarz z Meksyku, który ujawniał przypadki korupcji.

– Skala związana z inwigilacją albo stosowaniem środków technicznych do prowadzenia działań operacyjnych jest olbrzymia i dotyczy działania służb w co najmniej kilkudziesięciu krajach. Jeśli mówimy o tym zjawisku w kontekście zjawisk negatywnych, jak np. inwigilacja, nielegalne podsłuchiwania, działania na rzecz zwalczania np. politycznego pewnych grup, to skala też jest spora. Ale jest ograniczona w stosunku do niektórych państw, często związanych z różnymi reżimami, a przede wszystkim z niekontrolowanym użyciem tego typu środków – tłumaczy Mirosław Maj.

Sama firma NSO Group podaje, że sprzedaje produkty tylko wojskowym, organom ścigania i agencjom wywiadowczym w 40 krajach. Twierdzi też, że rygorystycznie sprawdza rejestry praw człowieka swoich klientów, zanim pozwoli im na użycie swoich narzędzi szpiegowskich. Zaprzecza, jakoby Pegasus mógł zostać użyty w innym celu.

– Oprogramowanie, które jest zaawansowane technicznie i służy służbom do tego, żeby zwalczać zjawiska nielegalne w danym kraju, musi być używane. Natomiast mogą następować spory natury politycznej, społecznej, tego, co uważamy za nielegalne, czy użycie czegoś przeciwko dziennikarzom w danym kraju powinno w ogóle wchodzić w rachubę. Zazwyczaj powinniśmy odpowiadać, że nie, bo często kojarzymy te przypadki z niedemokratycznymi krajami. Natomiast trzeba pamiętać, że takie oprogramowanie jak Pegasus może służyć do różnych celów, również do legalnych – zauważa prezes Fundacji Bezpieczna Cyberprzestrzeń.

Choć oprogramowanie izraelskiej firmy dostarcza wielu wrażliwych danych na temat użytkowników, już sam smartfon może być potężnym narzędziem do śledzenia. Może monitorować wszystko – lokalizację, nawyki, komunikację, na co użytkownik dobrowolnie, choć często nieświadomie, wyraża zgodę, instalując poszczególne aplikacje. Dlatego użytkownicy smartfonów powinni chronić przede wszystkim swoją prywatność. Ochrona przed takim oprogramowaniem jak Pegasus w zasadzie nie jest możliwa.

– Nie ma czegoś takiego jak stuprocentowe bezpieczeństwo. Można podjąć pewne działania związane z dbaniem o bezpieczeństwo swojego oprogramowania, np. co jakiś czas restartując system. Może się okazać np., że Pegasus nie radzi sobie z sytuacją, w której telefon zostanie ponownie uruchomiony. Niestety zła informacja jest taka, że przy determinacji osób wykorzystujących Pegasusa jesteśmy w trudnej sytuacji, choć nie beznadziejnej. Natomiast niezależnie od Pegasusa i tak powinniśmy chronić swoje telefony przed różnego rodzaju potencjalnymi naruszeniami z zewnątrz, również np. o charakterze ekonomicznym, żebyśmy nie tracili np. naszych środków w ramach bankowości elektronicznej – podkreśla Mirosław Maj.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/skala-nielegalnej,p1895526089

Polska najpóźniej dzisiaj powinna się odnieść do wyroku TSUE. Grozi nam milion euro dziennie kary finansowej

Dziś mija termin, w którym Polska musi się ustosunkować do postanowienia TSUE z połowy lipca, nakazującego całkowicie zawieszenie działania Izby Dyscyplinarnej SN. W przeciwnym razie Komisja Europejska zapowiedziała już, że będzie wnioskować o karę finansową. – Ta kara może wynosić nawet ponad 1 mln euro dziennie – podkreśla konstytucjonalista, prof. Marek Chmaj. Jak wskazuje, jeżeli postanowienie TSUE nie zostanie wykonane, Polska musi się też liczyć z utratą głosu w unijnych instytucjach i problemami z wypłatą środków z Funduszu Odbudowy. Tymczasem Izba Dyscyplinarna SN wciąż rozpoznaje sprawy.

– Polski rząd powinien kierować się traktatami Unii Europejskiej i polską Konstytucją. Nie może mieć miejsca sytuacja, w której premier – komentując orzeczenie TSUE, Rady Europy czy trybunału w Strasburgu – mówi: „Będziemy realizować nasz program niezależnie od kłopotów po drodze, bo uważamy, że mamy słuszność”. To jest złe myślenie. Partia rządząca może realizować swój program, ale zgodnie z tymi regułami, które są zawarte w obowiązujących aktach prawnych. To jest jak z grą w piłkę nożną: możemy grać, jeżeli obie drużyny respektują te same zasady i gra opiera się na równości szans. Jeżeli jedna z drużyn wprowadzi 10 dodatkowych zawodników i jeszcze wymieni sędziów na tych, którzy im sprzyjają, to już nie ma mowy o grze w piłkę – mówi agencji Newseria Biznes prawnik i konstytucjonalista, prof. dr hab. Marek Chmaj.

W połowie lipca Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej orzekł, że system odpowiedzialności dyscyplinarnej sędziów w Polsce nie jest zgodny z prawem UE. Zanegował niezależność Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego i możliwość pociągania sędziów do odpowiedzialności dyscyplinarnej, a także kompetencje prezesa Izby Dyscyplinarnej do wyznaczania składu właściwego do rozpoznania takich spraw. W ocenie TSUE Izba Dyscyplinarna SN nie może być uznana za niezależny i bezstronny sąd. TSUE uwzględnił tym samym wszystkie zarzuty Komisji Europejskiej, która w 2019 roku skierowała skargę do Luksemburga, uznając, że Polska naruszyła unijne prawo.

W orzeczeniu TSUE z 14 lipca br. Polska została też ponownie zobowiązana do natychmiastowego zawieszenia stosowania przepisów krajowych dotyczących uprawnień Izby Dyscyplinarnej SN. Pierwszy raz miało to miejsce w marcu ubiegłego roku, kiedy trybunał uwzględnił wniosek KE o zastosowanie środków tymczasowych i nakazał zawieszenie działalności tej izby. Jednak postanowienie zostało wykonane tylko częściowo, ponieważ Izba Dyscyplinarna nie podejmowała spraw dyscyplinarnych, ale nadal wydawała uchwały o zawieszeniu immunitetu sędziów.

Lipcowe orzeczenie TSUE de facto pozbawia sędziów zasiadających w Izbie Dyscyplinarnej kompetencji do rozpoznawania takich spraw. Tym samym powinni oni powstrzymać się od orzekania, a sędziowie sądów powszechnych – zawieszeni w czynnościach na mocy jej decyzji – powinni zostać przywróceni do wykonywania swoich obowiązków. Rozstrzyganie postępowań dyscyplinarnych wobec sędziów powinno zaś ponownie trafić do Izby Karnej Sądu Najwyższego.

W praktyce – pomimo orzeczenia TSUE – Izba Dyscyplinarna SN jeszcze w czwartek rozpoznawała sprawę dotyczącą odebrania immunitetu sędziemu, a z wokandy wynika, że kolejne posiedzenia w podobnej sprawie są zaplanowane na 26 sierpnia i 6 września br.

– Mamy miesiąc na wprowadzenie orzeczenia TSUE w życie. Jeżeli to się nie zdarzy, wtedy trybunał może wydawać środki zabezpieczające, m.in. może nałożyć karę finansową, płaconą z budżetu państwa, określoną w stawkach dziennych. Ta kara może wynosić nawet ponad 1 mln euro dziennie. To będzie milion euro płaconych z naszego budżetu, a nie z budżetu UE – wskazuje prof. Marek Chmaj.

Polska ma czas na ustosunkowanie się do orzeczenia TSUE do poniedziałku, 16 sierpnia. Rząd, premier Mateusz Morawiecki oraz minister sprawiedliwości i prokurator generalny Zbigniew Ziobro już wcześniej wskazali, że nie zgadzają się z postanowieniem, które raczej nie zostanie wykonane. W takim scenariuszu Komisja Europejska będzie wnioskować do TSUE o kary finansowe, o czym już pod koniec lipca ostrzegła wiceszefowa KE Vera Jourova.

Konstytucjonalista podkreśla jednak, że kary finansowe to niejedyne sankcje, z którymi Polska musi się liczyć, jeżeli nie zawiesi całkowicie działania Izby Dyscyplinarnej SN.

– TSUE może też nakazać podjęcie określonych kroków i nałożyć środek zapobiegawczy, również finansowy. Czyli z jednego zdarzenia może pączkować kilka kar finansowych bądź też kar zawieszających. Pamiętajmy, że jeżeli zostanie wdrożona procedura ochrony praworządności, możemy też stracić nasze prawo głosu w instytucjach europejskich, co będzie dla nas karą daleko idącą – podkreśla.

Jak zauważa prof. Marek Chmaj, w przypadku dalszego konfliktu z UE Polska długofalowo może mieć też problemy z wypłatą środków z Funduszu Odbudowy, przeznaczonych na odbudowę europejskich gospodarek po pandemii COVID-19. Zgodnie z założeniami mamy być jednym z największych beneficjentów tego instrumentu.

– Unijny Fundusz Odbudowy jest jednym z mechanizmów, który może być wstrzymany, jeżeli unijne wartości i zasady będą naruszane przez dane państwo. Jak na razie nie jest wstrzymany, natomiast jest wydłużona procedura jego przyznawania. To wydłużenie ma charakter dość spory, więc widać, że organy Unii będą bacznie przyglądać się temu, co się dzieje w Polsce. Oczywiście zobaczymy, czy zasada ochrony praworządności będzie powiązana z przyznaniem funduszu. Być może tak się stanie i wtedy w wyniku działań naszego rządu i Sejmu będziemy pozbawieni ogromnych środków, które mogły być przeznaczone na rozwój infrastruktury w naszym kraju. Środków, które mogą stanowić nawet połowę budżetu naszego państwa – zaznacza konstytucjonalista.

Izba Dyscyplinarna SN rozpoczęła działalność w 2018 roku na mocy nowej ustawy o Sądzie Najwyższym. To jedna z najważniejszych zmian w wymiarze sądownictwa, które od kilku lat wdraża Zjednoczona Prawica. Sędziowie izby zostali w całości powołani przy udziale nowej Krajowej Rady Sądownictwa, której niezależność już wcześniej budziła wątpliwości TSUE.

– Reforma Izby Dyscyplinarnej SN jest w tej chwili niemożliwa. Izba została uznana za niemającą przymiotu niezależności, jej sędziowie wybrani przez neo-KRS zostali uznani za osoby, które nie są niezawisłe. A zatem reforma czegoś, co od początku było wadliwe, niczego nie zmieni. Izba Dyscyplinarna musi być zlikwidowana, a nowy model odpowiedzialności dyscyplinarnej dostosowany do standardów wynikających z wartości unijnych, takich jak praworządność, sprawiedliwość, niezależność sądów i niezawisłość sędziów – podkreśla prof. Marek Chmaj.

15 lipca br. – czyli równolegle z orzeczeniem TSUE – krajowy Trybunał Konstytucyjny orzekł, że unijne przepisy, na podstawie których TSUE zobowiązuje Polskę do stosowania środków tymczasowych w sprawie sądownictwa, są niezgodne z Konstytucją RP. W uzasadnieniu wskazano, że UE nie może zastępować państw członkowskich w tworzeniu regulacji dotyczących ustroju sądów i gwarancji niezawisłości sędziów. Po tym wyroku m.in. Helsińska Fundacja Praw Człowieka zaapelowała do rządu i premiera o wycofanie się z prób poszukiwania sztucznego konfliktu pomiędzy Konstytucją RP a prawem Unii Europejskiej.

– TSUE ma szereg środków, które mogą wymusić respektowanie jego postanowień i żaden krajowy trybunał, nawet Trybunał Konstytucyjny, nie może podważyć jego uprawnień – podkreśla konstytucjonalista.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polska-najpozniej,p1680559081

Prof. T. Kowalski: Sprzedaż udziałów w Grupie TVN spółce Skarbu Państwa mało prawdopodobna. Możliwy inny udziałowiec zagraniczny

– Nie sądzę, żeby amerykański właściciel Grupy TVN zdecydował się sprzedać swoje udziały jakiejś polskiej spółce Skarbu Państwa, która narzuciłaby swoją narrację. Tutaj ewentualnie mógłby wejść jakiś inny udziałowiec zagraniczny – mówi prof. Tadeusz Kowalski, medioznawca z Uniwersytetu Warszawskiego. W środę, 11 sierpnia Sejm przyjął już projekt przepisów określanych „lex TVN”, wymierzonych w stację TVN, należącą do amerykańskiego koncernu Discovery. Jeżeli nowe przepisy wejdą w życie, będzie on musiał sprzedać w niej większość swoich udziałów, inaczej straci koncesję na nadawanie. Amerykański koncern zapowiedział już, że podejmie przeciwko Polsce kroki prawne i skieruje spór do arbitrażu, domagając się rekompensaty.

– Polski rynek telewizyjny jest w znacznym stopniu udziałem trzech dużych grup: TVP, Polsatu i TVN. Zniknięcie jednego z tych uczestników rynku – gdyby TVN wycofał się z operacji w Polsce – oznaczałoby całkowicie nowe rozdanie, niewątpliwie z korzyścią dla nadawcy publicznego i Polsatu, ale znacznie obniżyłoby to jakość debaty publicznej, pluralizm mediów, dostęp do informacji i funkcje kontrolne, które media mają wypełnić. Nastąpiłby też pewnie nowy podział na rynku reklamy, bo zniknęłoby wielkie medium reklamowe, jakim są kanały TVN-u. To jest sytuacja dość trudna do wyobrażenia, ale wszystko jest możliwe – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. Tadeusz Kowalski, profesor UW, medioznawca z Wydziału Dziennikarstwa, Informacji i Bibliologii Uniwersytetu Warszawskiego.

Sejm przyjął 11 sierpnia nowelizację ustawy o radiofonii i telewizji, nazywaną „lex TVN”. Kontrowersyjne przepisy zostały przyjęte po zamieszaniu z powtórzonym głosowaniem, ostatecznie nowelizację poparło 228 posłów, 216 było przeciw, a 10 wstrzymało się od głosu. Po zakończeniu obrad pod gmachem Sejmu zebrał się tłum protestujących i doszło do przepychanek z policją.

„Lex TVN” dotyczy przyznawania koncesji mediom należącym do kapitału zagranicznego pochodzącego spoza Europejskiego Obszaru Gospodarczego. W myśl projektu w Polsce będą mogły nadawać tylko te media, w których udział kapitału zagranicznego nie przekracza 49 proc. – chyba że nadawca będzie mieć siedzibę na terenie EOG (kraje UE, Islandia, Norwegia i Liechtenstein).

Politycy PiS, którzy są autorami tej nowelizacji, argumentują, że ma ona chronić krajowe media przed przejęciem przez rosyjski lub chiński kapitał. Jednak rynek i eksperci od początku wskazują, że ustawa jest próbą przejęcia kontroli nad nieprzychylną rządowi stacją TVN24 i uderza przede wszystkim w Grupę TVN. Jeżeli nowe przepisy wejdą w życie, amerykański właściciel – czyli grupa Discovery – będzie musiał sprzedać w niej większość swoich udziałów. Inaczej straci koncesję na nadawanie. 

– To jest w sumie pewna kompromitacja dla systemu prawnego w Polsce, bo zwróćmy uwagę, że ta stacja istnieje już 20 lat, prawo jest ciągle to samo, więc mamy do czynienia z dopatrywaniem się pewnych okoliczności na siłę – mówi medioznawca z UW. – Czy w to miejsce powstałaby nowa stacja? Trudno powiedzieć, bo biznes telewizyjny jest bardzo kosztochłonny i wymaga na początku naprawdę dużych inwestycji. Tworzenie czegoś od nowa byłoby bardzo trudne. Z drugiej strony nie sądzę, żeby amerykański właściciel Grupy TVN zdecydował się sprzedać swojej udziały jakiejś polskiej spółce Skarbu Państwa, która narzuciłaby swoją narrację. Tutaj ewentualnie mógłby wejść jakiś inny udziałowiec zagraniczny, ale na razie to są hipotetyczne scenariusze.

Właściciel Grupy TVN, czyli amerykański koncern Discovery, zapowiedział już, że nie zamierza sprzedawać ani odchodzić, a w związku z przyjęciem nowej ustawy przez Sejm podejmie przeciwko Polsce kroki prawne i skieruje spór do arbitrażu, domagając się rekompensaty. Koncern skierował do prezydenta Andrzeja Dudy formalne powiadomienie o powstaniu sporu w ramach Traktatu o stosunkach handlowych i gospodarczych RP i USA z 1990 roku. W oficjalnym komunikacie firma podkreśliła też, że jest ofiarą dyskryminacji ze strony polskich władz, które złamały przepisy zakazujące wywłaszczenia i nakazujące sprawiedliwe traktowanie. 

– Jeżeli zmienia się koncesję w trakcie jej obowiązywania, to trzeba się liczyć z poważnymi konsekwencjami. Rodzi to duże roszczenia odszkodowawcze ze strony właściciela, któremu nakazuje się wyzbycie części własności. Jeśli on musi sprzedać część udziałów, to jeszcze wcale nie oznacza, że spółkom polskim. To może być też dowolna spółka europejska. Poza tym on właściwie rezygnuje z części przychodów w czasie, kiedy nie może w pełni korzystać z tej własności, więc absolutnie oznacza to roszczenie odszkodowawcze – mówi prof. Tadeusz Kowalski.

Eksperci i medioznawcy wskazują, że „lex TVN” kłóci się z zasadą wolności i pluralizmu mediów. Z kolei środowiska przedsiębiorców podkreślają, że projekt uderza w prawo własności, czyli jedną z podstawowych wolności gospodarczych. Część komentatorów ocenia, że spór rządu z TVN-em wpłynie negatywnie na polityczne relacje Polski z USA. Może też zahamować kolejne amerykańskie i europejskie inwestycje w polską gospodarkę

– Polska zobowiązała się do wzajemnej ochrony inwestycji ze Stanami Zjednoczonymi. Jeśli my wypowiadamy tę inwestycję albo zmieniamy warunki jej funkcjonowania, to popadamy w sprzeczność – mówi profesor UW.

Przegłosowanie „lex TVN” w Sejmie oznacza, że teraz projekt trafi do Senatu, gdzie większość ma opozycja, która najprawdopodobniej go odrzuci. Wówczas wróci on do Sejmu, gdzie do odrzucenia senackiego weta w głosowaniu będzie potrzebna większość bezwzględna.

Poseł PiS Marek Suski zapowiedział już także zgłoszenie w Senacie poprawki do projektu. – Chodzi o to, aby nadawcy, którzy mają koncesje satelitarne, nie musieli spełniać wymogu 49 proc. kapitału spoza Europejskiego Obszaru Gospodarczego, byście nie mówili, że chcemy likwidować TVN24  powiedział w Sejmie.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/prof-t-kowalski,p431469956

Sektor gier jest już wart dwa razy więcej niż przemysł muzyczny i filmowy razem wzięte. W Polsce chcą na tym skorzystać twórcy nowej telewizji e-sportowej

W gry komputerowe gra już 16 mln Polaków, a wartość krajowego rynku szacuje się na blisko 600 mln dol. Coraz większą widownię mają także rozgrywki e-sportowe. W 2020 roku e-sport oglądało na świecie blisko 500 mln osób, a platforma Twitch do streamowania gamingowych i e-sportowych zmagań zanotowała ponad dwukrotny wzrost oglądalności. To przyciąga do tych branż nie tylko sponsorów, lecz także tradycyjne kluby sportowe i influencerów. Potencjał w e-sporcie dostrzegły także media, które uruchamiają coraz więcej audycji i kanałów o tej tematyce. Zupełnie nową jakością na tym rynku ma być jednak ruszająca właśnie telewizja VTV, która połączy gaming i e-sport z treściami lifestyle’owymi, np. wywiadami czy recenzjami.

– W Polsce rynek gamingowy urósł podczas pandemii o 12 proc. To jest bardzo wysoki wzrost i niebagatelna kwota. Cały globalny rynek gamingowy jest w tej chwili wart ok. 146 mld dol., czyli dwa razy tyle, ile muzyka i film razem wzięte. Niesamowite jest też to, że – mimo wielkiej tragedii, jaką była pandemia dla globalnej gospodarki – rynek gamingowy i e-sportowy znacząco urosły. Twitch, czyli główna platforma streamingowa, zanotował ponad dwukrotny wzrost oglądalności, więc zapotrzebowanie na content i treść związaną z gamingiem i e-sportem wzrosło – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wojciech Krzemień, prezes Hivemind SA, nadawcy VTV.

Według szacunków Newzoo, przytaczanych w ubiegłorocznym raporcie PARP („The game industry of Poland”), w gry komputerowe gra ok. 16 mln Polaków, którzy generują wartość rynku na poziomie 596 mln dol. To plasuje Polskę w okolicach 20. pozycji na światowym rynku gier wideo. Jednocześnie polscy gracze to trzecia największa grupa klientów serwisu cyfrowej dystrybucji gier GOG.com pod względem udziałów w sprzedaży. Z kolei dane Epic Games Store wskazują ich jako siódmą największą społeczność na tej platformie.

Wzrosty na rynku gamingu sprzyjają także rozwojowi e-sportu. Globalna publiczność e-sportowa w ubiegłym roku była szacowana przez Newzoo na 495 mln osób, z których około 223 mln to entuzjaści tej formy rozrywki, a reszta to widzowie okazjonalni. Prognozy Insider Intelligence wskazują, że w 2023 roku rozgrywki e-sportowe będzie śledzić już niemal 650 mln osób. Tylko w Polsce turniej IEM Katowice 2020 w formule wyłącznie online śledziło nawet milion widzów jednocześnie.

Jak wskazuje raport „E-Sport 2020. Biznes – Rynek Pracy – Edukacja”, e-sport może się stać jedną̨ z głównych gałęzi gospodarki elektronicznej w perspektywie najbliższych pięciu lat. Już teraz polski rynek e-sportu wart jest ok. 11,5 mln dol. Część tego rynku to profesjonaliści – profesjonalne drużyny e-sportowe, które rywalizują ze sobą w turniejach. Druga część jest jednak bardziej lifestyle’owa.

– Zaglądając głębiej w dane Twitcha, można dostrzec, że dziś najbardziej popularna kategoria w e-sporcie to lifestyle, która nazywa się Just Chatting. To oznacza, że użytkownicy tego serwisu są zainteresowani tym, co się dzieje poza samą rozgrywką. Interesują ich bohaterowie, streamerzy i influencerzy. Dzisiaj największy wzrost notujemy właśnie w kategorii lifestyle. Jest na to wielkie zapotrzebowanie. Doskonałym tego przykładem są gwiazdy z powszechnie uznanego, tradycyjnego lifestyle’u, czyli reprezentanci sportu, youtuberzy, tacy jak Sylwester Wardęga, czy Marcin Gortat, który zainwestował w Polską Ligę e-Sportową i dzisiaj jest reprezentantem całej tej grupy. W USA widzimy z kolei coraz więcej kolaboracji z muzykami, głównie hip-hopowymi – wskazuje Wojciech Krzemień.

E-sport stwarza szerokie możliwości product placementu, co przyciąga sponsorów, producentów sprzętu, deweloperów gier, a także tradycyjne kluby i ligi sportowe. W Polsce przykładem jest turniej Ekstraklasa Games, organizowany przez piłkarską Ekstraklasę m.in. we współpracy z wydawcą Fify, czyli EA Sports. Potencjał w e-sporcie dostrzegły też tradycyjne media, czego dowodem jest m.in. kanał Polsat Games, poświęcony m.in. rozgrywkom w League of Legends, czy podpisanie przez TVP Sport umowy na transmisję z międzynarodową ligą gier ESL.

– Czas pandemii spowodował znaczącą zmianę: gaming stał się mainstreamowy. To zostało też dostrzeżone przez media, influencerów i celebrytów z tradycyjnego lifestyle’u. Oni chcą generować content dla gamerów i docierać z tym, co mają do powiedzenia, do grupy, która do tej pory była skoncentrowana wyłącznie na grach wideo. W efekcie pojawia się coraz więcej zróżnicowanych treści, takich jak rozmowy, talk-show czy różnego rodzaju reality show. Czekamy z niecierpliwością, aż pojawią się prawdziwe teleturnieje i ta tradycyjna, profesjonalna rozrywka trafi do kanałów dotychczas dostępnych tylko dla gamerów – podkreśla prezes Hivemind SA.

Ten trend chcą wykorzystać twórcy VTV, nowej telewizji internetowej dla graczy. Jak podkreśla jej pomysłodawca Wojciech Krzemień, ma ona zrewolucjonizować branżę gamingową, podobnie jak przed laty MTV zrewolucjonizowało oblicze telewizji i rynku muzycznego.

– VTV, czyli Vigilant TV, to nowa formuła telewizji. Samo słowo „telewizja” może wydawać się trochę passé, więc po stronie młodszej grupy odbiorców jest to streaming channel, w którym będziemy dostarczali treści lifestyle’owe dla świata gamingowego. Nasza telewizja będzie zawierała content przygotowywany zarówno przez gamerów i reprezentantów świata e-sportu, jak również influencerów z tradycyjnego nurtu lifestyle’owego. Będzie streamowana na Twitchu, czyli największej platformie streamingowej na świecie. Większość programów będzie prowadzonych na żywo z naszymi prowadzącymi i twórcami, zawsze w interakcji z publicznością. Potem te programy będą dystrybuowane za pomocą YouTube’a, a wszystko będzie agregowane na naszej stronie v-tv.pl – tłumaczy.

– Streamy z influencerami to zdecydowanie jest przyszłość, szczególnie że czasy mamy niestabilne. Streamowanie to zdecydowanie najbardziej efektywny sposób na to, żeby cały czas mieć kontakt z fanami – mówi Marta „Praktyczna Pani” Kondej.

VTV ma się stać oknem do świata e-sportu dla zagorzałych graczy, lecz także dla wszystkich, którzy dopiero rozpoczynają swoją przygodę z e-sportem, również kobiet.

– Niewiele osób jest świadomych, że 42 proc. światowych gamerów to kobiety. To pokazuje, że mamy na tym rynku zrównoważony rozwój i równość. Tego nie widać – kobiety nie mają jeszcze na tym rynku takiej ekspozycji jak mężczyźni, ale nasza telewizja będzie mocno dbać o to, żeby ta równość była dostępna i eksponowana – podkreśla Wojciech Krzemień.

W VTV będę miała swój format radiowo-telewizyjny, w którym trochę mówię, a trochę puszczam muzy. To jest format, który stworzyłam w pandemii z potrzeby bycia na bieżąco z odbiorcami i który przerzucamy do VTV. Będą tutaj sety muzyczne, goście, będziemy opowiadać trochę ciekawostek, będzie trochę śmieszków i bardzo dużo muzyki – zapowiada Praktyczna Pani.

W nowym medium gracze i fani e-sportu mają znaleźć m.in. wysokiej jakości materiały wideo i teksty publicystyczne, wywiady, recenzje, streamy na żywo, treningi prawdziwych graczy i treści lifestyle’owe.

– VTV będzie skierowana do ludzi, którzy interesują się zarówno gamingiem, jak i szeroko pojętym lifestyle’em. To połączenie dwóch światów: e-sportu i kulturalno-rozrywkowej części naszego życia. Podejrzewam, że widzami będą przede wszystkim młodzi ludzie, ale również starsi znajdą tutaj coś dla siebie. Na pewno będzie dużo ciekawych tytułów – zarówno muzycznych, jak i gamingowych. Ludzie, którzy śledzą te tematy, będą dzięki nam na bieżąco z tym, co dzieje się na świecie – mówi Rafał Poniedzielski, raper Pono, redaktor VTV w kategorii Rap.

W końcówce czerwca na platformie Beesfund ruszyła kampania crowdfundingowa VTV, z której środki mają pomóc m.in. w budowie zaplecza technicznego, produkcji formatów i nawiązaniu współpracy z grupą rozpoznawalnych twórców. Fundusze posłużą też do promocji nowego medium i budowania zasięgów. Spółka Hivemind SA, która stoi za projektem, przygotowała sześć atrakcyjnych pakietów z różnymi benefitami dla osób, które zdecydują się wesprzeć finansowo projekt. Kampania dostępna jest pod adresem www.emisjavtv.pl.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/sektor-gier-jest-juz-wart,p1080398082

Wciąż można zobaczyć spadające gwiazdy. Perseidy będą widoczne na niebie niemal do końca sierpnia

Co prawda noc spadających gwiazd przypadała w ubiegłym tygodniu, ale nie oznacza to, że szansa ich zaobserwowania przepadła. Perseidy będą widoczne na niebie jeszcze do 24 sierpnia. Udana obserwacja wymaga jednak dobrej pogody i bezchmurnego nieba – a najlepiej wycieczki za miasto, w miejsce pozbawione źródeł sztucznego światła, takich jak samochody czy latarnie.

– Rój Perseidów możemy oglądać co roku w połowie sierpnia. To cząstki lodu i pyłu, które powstają z rozpadu komety krążącej dookoła Słońca. Wchodząc w atmosferę Ziemi, tworzą ładne rozbłyski, mniej lub bardziej jasne – mówi agencji Newseria Biznes Jakub Stelmachowski, ekspert Polskiej Agencji Kosmicznej, community manager w Cosmic Hub.

Perseidy to pozostałości komety 109P/Swift-Tuttle, która okrąża Słońce raz na 133 lata. Kiedy się do niego zbliża, lodowe jądro komety paruje, uwalniając skalne drobiny i grudki pyłu. Każdego roku Ziemia przechodzi w pobliżu ścieżki komety, a pozostawione przez nią okruchy, które zwykle są wielkości ziarnka piasku, dostają się do ziemskiej atmosfery i rozpędzone do ok. 59 km na sekundę spalają w niej, przez ułamek sekundy pozostawiając za sobą świecący ślad. To właśnie meteory, potocznie nazywane spadającymi gwiazdami. Perseidy są jednym z najbardziej znanych i regularnych rojów meteorów, obserwowanym od co najmniej 2 tys. lat.

– To, że każdego roku obserwujemy Perseidy w połowie sierpnia, wiąże się z wędrówką Ziemi, która – poruszając się wokół Słońca – trafia w to miejsce, gdzie cząstki komety wchodzą w naszą atmosferę. Po raz pierwszy to zjawisko zostało zaobserwowane jeszcze w czasach starożytnych – powiedział Jakub Stelmachowski, gość cotygodniowego spotkania Thursday Gathering w Venture Cafe, organizacji non-profit wspierającej rozwój warszawskiej społeczności innowacji.

Maksimum Perseidów przypadło w nocy z 12 na 13 sierpnia, kiedy w ciągu godziny można było zobaczyć nawet 110 spadających gwiazd. Nie oznacza to jednak, że szansa ich zaobserwowania przepadła, bo Perseidy będą widoczne na niebie jeszcze do 24 sierpnia.

– Oczywiście ich widoczność zależy od tego, ile światła jest dookoła nas. Te spadające punkty widać lepiej, kiedy dookoła jest zupełnie ciemno, nie ma żadnego światła z budynków czy dróg. Ale nawet w Warszawie – jeżeli znajdziemy sobie miejsce np. w jakimś parku czy na bardzo wysokim tarasie – możemy spróbować dostrzec te obiekty na ładnym, bezchmurnym niebie – mówi ekspert Polskiej Agencji Kosmicznej.

Z Perseidami wiąże się kilka przesądów i mitów. Dawniej wierzono, że każda spadająca gwiazda zwiastuje czyjąś śmierć albo nazywano je „łzami świętego Wawrzyńca”, który zginął męczeńską śmiercią właśnie w połowie sierpnia. Tradycja mówi też, aby – widząc spadającą gwiazdę – wypowiedzieć życzenie. Współcześnie wiadomo, że spadające gwiazdy nie mają mocy spełniania życzeń, mają też niewiele wspólnego z gwiazdami. To po prostu skalne okruchy (meteoroidy), które wpadają w ziemską atmosferę i pozostawiają w niej świetlisty ślad (meteor). Większość z nich ulega całkowitemu spaleniu. Niektóre są jednak na tyle duże, że są w stanie dotrzeć i uderzyć w powierzchnię Ziemi. Wtedy nazywa się je już meteorytami.

Jeden z najsłynniejszych takich incydentów miał miejsce w 2013 roku nad południowym Uralem, kiedy obiekt o średnicy 1720 m wszedł w atmosferę i rozpadł się na wysokości ok. 30 km nad powierzchnią Ziemi. Wywołana tym fala uderzeniowa spowodowała znaczne zniszczenia, a fragmenty tzw. meteorytu czelabińskiego znajdywano rozsiane na znacznym obszarze. Był to największy obiekt, jaki zderzył się z Ziemią od czasu katastrofy tunguskiej z 1908 roku, wywołanej uderzeniem asteroidy o wielkości wieżowca.

– Jako ludzkość cały czas patrzymy w niebo i mocno zastanawiamy się nad bezpieczeństwem kosmicznym. Także w Polsce – w ramach Polskiej Agencji Kosmicznej – istnieje zespół, który cały czas śledzi nocne niebo w poszukiwaniu potencjalnych zagrożeń, np. meteorytów, które mogłyby spowodować duże szkody, podobnie jak w Czelabińsku. Z podobnymi zjawiskami będziemy się stykać przez następne setki i tysiące lat, bo te obiekty cały czas wokół nas krążą i nie pozbędziemy się ich. Ale dzięki temu, że będziemy dokładnie wiedzieli, kiedy i w jakiej odległości od Ziemi będą przelatywały, możemy, po pierwsze, obserwować i cieszyć się ich widokiem, a po drugie – starać się zapobiegać katastrofom, jeżeli jakiś duży obiekt pozaziemski zbliży się do nas na niebezpieczną odległość – mówi Jakub Stelmachowski.

Jak podkreśla, agencje kosmiczne mają coraz więcej narzędzi pozwalających im obserwować niebo i śledzić obiekty, które mogą stanowić potencjalne zagrożenie dla bezpieczeństwa.

– Jako Polska jesteśmy mocno zaangażowani m.in. w konsorcjum EUSST. Dzięki temu jesteśmy w stanie bardzo dokładnie sprawdzać, jakie obiekty będą pojawiały się nad Polską albo np. jakie satelity na orbicie geostacjonarnej potencjalnie mogą się ze sobą zderzyć. Mamy teleskopy dostępne w Australii, w Ameryce Południowej i Europie i na bazie informacji – przekazywanych między centrami bezpieczeństwa w różnych krajach – możemy śledzić różne obiekty i sprawdzać, czy faktycznie mogą one nam zagrażać – mówi ekspert Polskiej Agencji Kosmicznej.

Cel europejskiego programu EUSST to wczesne ostrzeganie przed zagrożeniami, które stwarzają tysiące satelitów i około miliona odłamków kosmicznych, które poruszają się po orbitach okołoziemskich. Jak bardzo to istotne, pokazał incydent z 25 grudnia 2019 roku, kiedy zabrakło niewiele, żeby zniszczeniu uległ jeden z pięciu polskich satelitów  BRITE-PL-2 Heweliusz, służący do obserwacji zmian jasności gwiazd. Znalazł się on w odległości zaledwie 11 m od odrzuconego członu rakiety Pegasus, a obydwa obiekty pędziły z szybkością około 15 tys. km/h. Gdyby doszło do ich zderzenia, na orbicie znalazłyby się tysiące odłamków, z których każdy stanowiłyby zagrożenie dla innych satelitów.

Uczestnictwo w EUSST oraz SSA (ang. Space Situational Awareness, czyli Świadomość Sytuacyjna Przestrzeni Kosmicznej) to jeden z ważniejszych obszarów działalności Polskiej Agencji Kosmicznej. Jej zaangażowanie w ten obszar to też szansa dla polskich ośrodków naukowych i firm z sektora kosmicznego, które mogą zaangażować się w realizację zadań związanych kosmicznym bezpieczeństwem.

– Polska Agencja Kosmiczna tworzy właśnie inicjatywę Cosmic Hub, żeby start-upy z branży kosmicznej, duże firmy, a także wszyscy entuzjaści mogli spotkać się w jednym miejscu i porozmawiać o kosmosie nie tylko jako o biznesie, nie tylko o możliwościach współpracy kosmosu z innymi branżami, ale czasem też po prostu popatrzeć w niebo i obserwować obiekty takie jak Perseidy – mówi Jakub Stelmachowski.

Cosmic Hub to platforma współpracy dla firm, pasjonatów, start-upów i innowatorów, stworzona przez POLSA we współpracy z Cambridge Innovation Center. Ma siedzibę w stołecznym wieżowcu Varso Place. W Cosmic Hub przedsiębiorcy z sektora kosmicznego mogą liczyć na wsparcie mentorów i ekspertów z zakresu technologii kosmicznych i akceleracji start-upów, Cyklicznie odbywają się tu także szkolenia, warsztaty i konferencje poświęcone tej branży.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/wciaz-mozna-zobaczyc,p333261345

Prawie 2/3 Polaków akceptuje pracę na czarno, żeby uniknąć ściągnięcia długów. W czasie pandemii moralność finansowa jednak nieznacznie wzrosła

Ponad 90 proc. Polaków surowo ocenia posłużenie się cudzym dowodem w celu zaciągnięcia kredytu. Z kolei 63 proc. rodaków jest w stanie usprawiedliwić pracę na czarno, aby uniknąć ściągnięcia długów z pensji – wynika z nowego badania Związku Przedsiębiorstw Finansowych. Pokazuje ono też, że połowa Polaków akceptuje zachowania takie jak zatajanie informacji uniemożliwiających wzięcie kredytu albo przepisywanie majątku na rodzinę, żeby uniknąć płacenia długów. – Poziom akceptacji dla nieetycznych zachowań w finansach na przestrzeni ostatniego roku zmalał – mówi Marcin Czugan, prezes ZPF.

– Indeks Akceptacji Nieetycznych Zachowań Finansowych stanowi pewną miarę moralności finansowej Polaków. Opiera się na ocenach zachowań konsumentów naruszających pewne standardy etyczne bądź normy prawne. Badani są pytani o to, czy i w jakim stopniu można usprawiedliwiać zachowania takie jak np. posługiwanie się cudzym dokumentem tożsamości, aby uzyskać kredyt, albo podejmowanie pracy na czarno, aby uniknąć ściągania długów z pensji – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Anna Lewicka-Strzałecka, emerytowana profesor Instytutu Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk.

– Poziom akceptacji dla nieetycznych zachowań w finansach na przestrzeni ostatniego roku zmalał, tzn. na najbardziej fundamentalne pytanie w badaniu, czy oddawanie długów jest zawsze obowiązkiem moralnym, w zeszłym roku 90 proc. ankietowanych odpowiedziało: tak, jest zawsze obowiązkiem moralnym. W tym roku ten odsetek wzrósł do 92 proc. Na wyniki te wpływ miała pandemia. Społeczeństwo zrozumiało, że w dobie perturbacji w gospodarce zapewnienie prawidłowego obiegu pieniądza jest bardzo istotne i wszelkie odchylenia od normy finalnie mogą powodować szkody, zarówno dla przedsiębiorstw, jak i obywatelek lub obywateli, chociażby w zakresie transferów socjalnych – wskazuje Marcin Czugan, prezes Związku Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce.

Indeks Akceptacji Nieetycznych Zachowań Finansowych, czyli badanie moralności finansowej Polaków, jest przeprowadzany cyklicznie od sześciu lat na zlecenie Związku Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce (ZPF). Jego nowa edycja pokazuje, że w ciągu ostatniego roku nieznacznie spadła akceptacja dla nieetycznych zachowań w finansach. Z drugiej strony pandemia COVID-19 spowodowała też większą skłonność Polaków do usprawiedliwiania niemoralnych zachowań np. trudną sytuacją finansową albo szukania przyczyny w działaniach urzędów, regulacjach prawnych czy wysokich podatkach.

– Wartość indeksu wyniosła w tym roku 45 proc., co oznacza, że badane osoby są skłonne do usprawiedliwiania nadużyć finansowych w ponad 2/5 sytuacji – mówi prof. Anna Lewicka-Strzałecka. – To wskazuje na wciąż wysoki poziom społecznego przyzwolenia na nieetyczne zachowania konsumenckie. Wartość indeksu okazała się też wyższa niż w poprzednich edycjach – co może wskazywać na postępującą erozję norm etycznych. Źródeł tej erozji można szukać m.in. w poczuciu niepewności finansowej gospodarstw domowych, do której w ostatnim czasie przyczyniła się pandemia.

Największy poziom społecznego przyzwolenia, podobnie jak w poprzednich latach, dotyczy pracy na czarno, aby uniknąć ściągania długów z pensji. Takie zachowanie jest w tej chwili skłonnych usprawiedliwić ponad 63 proc. Polaków.

– Praca na czarno w celu uniknięcia długów niezmiennie co roku jest numerem jeden w naszym badaniu. W okresie pandemii zauważyliśmy też wzrost płacenia gotówką bez paragonu, żeby uniknąć opłaty podatku VAT, co jest niepokojącym trendem – mówi Marcin Czugan.

W najmniejszym stopniu Polacy są zaś skłonni zaakceptować posłużenie się cudzym dokumentem w celu zaciągnięcia kredytu. To najbardziej surowo oceniane zachowanie w całym badaniu – 90 proc. Polaków nie znajduje dla niego usprawiedliwienia.

– W porównaniu do zeszłorocznego badania spadł również odsetek tych osób, które akceptują zatajenie informacji w celu wzięcia kredytu czy pożyczki – wskazuje prezes ZPF.

Indeks pokazuje też, że w tej chwili niecałe 46 proc. Polaków uważa, że zatajanie informacji uniemożliwiających wzięcie kredytu jest działaniem nagannym. Dla porównania jeszcze w 2019 roku, przed pandemią, ten odsetek wynosił 52,4 proc.

– Z dobrych informacji: z 60 do 55 proc. spadł również odsetek tych respondentów, którzy są w stanie zaakceptować przepisywanie majątku na rodzinę, żeby uniknąć płacenia długów. 55 proc. respondentów jest też w stanie zaakceptować zmianę rachunków bankowych, żeby nie zajął ich komornik sądowy. Mimo spadku tych wskaźników nadal niepokoi jednak ich wysokość – mówi Marcin Czugan. – Niepokojące jest również to, że wzrósł odsetek respondentów, którzy akceptują brak znajomości warunków udzielenia kredytu. Umowy trzeba czytać, analizować i trzeba znać warunki udzielenia kredytu lub pożyczki.

Jak wynika z badania – nieco ponad 52 proc. Polaków jest skłonnych usprawiedliwić to, że ktoś zaciąga kredyt, nie zapoznając się dokładnie z warunkami jego spłaty. Rok temu ten odsetek był nieznacznie niższy (51 proc.). Około 1/3 Polaków uważa za dopuszczalne zawyżanie wartości poniesionych szkód, żeby uzyskać nienależne odszkodowanie, albo wykorzystywanie błędu kasjera, który pomylił się na swoją niekorzyść.

– Z badań wynika też, że to mężczyźni – w większym stopniu niż kobiety – są skłonni do przymykania oka na nadużycia konsumenckie. Ten wniosek koresponduje też z wynikami innych badań, wskazującymi na wyższy rygoryzm moralny kobiet. Inną, powtarzalną prawidłowością okazało się to, że wymagania moralne rosną wraz z wiekiem. To znaczy, że nieetyczne zachowania w najmniejszym stopniu byli skłonni usprawiedliwiać emeryci i osoby starsze. Natomiast najczęściej usprawiedliwiały je osoby młode. To może być efektem różnicy międzypokoleniowej, spowodowanej funkcjonowaniem w odmiennych systemach gospodarczych, albo funkcją naturalnego procesu rozwoju moralnego – mówi prof. Anna Lewicka-Strzałecka.

Jak wskazuje, nadużycia w obszarze finansów najczęściej usprawiedliwiają też osoby, które czują się pokrzywdzone przez instytucje finansowe i mają z nimi złe doświadczenia, natomiast najrzadziej – osoby, które są zadowolone z ich usług.

– Reasumując, moralny permisywista to raczej mężczyzna, osoba młoda, z zaciągniętym kredytem lub pożyczką i mająca trudności z jego spłatą, oraz osoba czująca się pokrzywdzona przez instytucje finansowe – mówi emerytowana profesor Instytutu Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk.

Jednym z najbardziej skutecznych, pozasądowych sposobów wywierania nacisku na dłużników i osoby, które dopuszczają się nieetycznych zachowań finansowych, są prowadzące rejestry dłużników biura informacji gospodarczej. Wpis do takiego rejestru skutecznie uniemożliwia zaciągnięcie kredytu, ponieważ banki sprawdzają w nich swoich klientów przed udzieleniem finansowania – podobnie jak m.in. telekomy czy operatorzy telewizji kablowej przed podpisaniem umowy.

– Polacy w większości wiedzą, czym są biura informacji gospodarczej i rejestry dłużników, a im konsument starszy – tym bardziej świadomy istnienia tego typu instytucji. Ta świadomość rośnie też wraz z wykształceniem. W największym stopniu dotyczy osób, które posiadały kredyt i go spłaciły. Z kolei ci, którzy nie mają żadnych kredytów ani innych zobowiązań, nie zawsze wiedzą o istnieniu rejestru dłużników – mówi Sławomir Grzelczak, prezes Biura Informacji Gospodarczej InfoMonitor.

Statystycznie o istnieniu tego typu instytucji wie czterech na pięciu Polaków. Około 70 proc. deklaruje też, że – figurując w takim rejestrze – od razu spłaciłoby swoje zobowiązania finansowe.

– Ogół społeczeństwa pozytywnie ocenia rolę biur informacji gospodarczych w gospodarce, bo pomagają ściągać zaległości, a w rejestrze można też sprawdzić osobę bądź firmę i podjąć bardziej świadomą decyzję finansową. Natomiast gorzej oczywiście oceniają nas dłużnicy, bo istnienie takich instytucji utrudnia im życie – mówi Sławomir Grzelczak.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/prawie-23-polakow,p494073816

Spodziewana czwarta fala COVID-19 ponownie napędzi popyt na maseczki ochronne. Polacy zwracają coraz większą uwagę na ich jakość

Według danych GUS w czerwcu br. wyprodukowano w Polsce ponad 5 mln masek medycznych i 6,3 mln innych maseczek chroniących przed zakażeniem SARS-CoV-2. Ponieważ liczba nowych zachorowań jest stosunkowo niska i nie ma obowiązku noszenia maseczek na świeżym powietrzu, popyt na nie się zmniejszył. Jednak spodziewana jesienią czwarta fala pandemii i nowy wariant Delta mogą spowodować, że jakościowe, spełniające polskie i europejskie normy maseczki znów staną się towarem deficytowym. Zwłaszcza że na przestrzeni ostatniego roku wzrosła świadomość Polaków dotycząca materiałów filtracyjnych i tych, z których maski są produkowane. – Widzimy, że klienci szukają coraz lepszych form ochrony – mówi dr inż. Konrad Sulak z Sieci Badawczej Łukasiewicz – Instytutu Biopolimerów i Włókien Chemicznych, która już ubiegłej wiosny rozpoczęła produkcję wysokiej jakości masek ochronnych.

– W trakcie pierwszej fali COVID-19 ważna okazała się polska produkcja masek ochronnych. Mieliśmy wtedy ogromne problemy z ich dostępnością, które wynikały z tego, że w Polsce produkuje się stosunkowo mało tego typu produktów, a większość jest sprowadzana z zagranicy. W kolejnych falach pandemii na rynku pojawiło się dużo masek, które rzekomo spełniały normy europejskie, ale był to tylko napis na opakowaniu, te produkty nie były certyfikowane zgodnie z obowiązującymi w Polsce normami – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Ligier z Sieci Badawczej Łukasiewicz – Instytutu Tele- i Radiotechnicznego.

W Polsce liczba nowych zakażeń COVID-19 na razie jest stosunkowo niewielka, nie ma też obowiązku zakrywania nosa i ust na świeżym powietrzu, więc i popyt na maseczki ochronne jest mniejszy. Wciąż jednak istnieje ryzyko wystąpienia jesienią czwartej fali, do której może się przyczynić nadal duża liczba osób niezaszczepionych i rozprzestrzeniający się w Europie wariant Delta.

– Na podstawie doświadczeń z ubiegłego roku można przypuszczać, że w okresie jesienno-zimowym nastąpi wzrost zachorowań, co oczywiście znów spowoduje wzrost zapotrzebowania na maseczki chroniące przed wirusem – mówi dr inż. Konrad Sulak, kierownik Zespołu Polimerów i Włókien Syntetycznych w Sieci Badawczej Łukasiewicz – Instytucie Biopolimerów i Włókien Chemicznych.

W okresie styczeń–czerwiec 2021 roku w Polsce wyprodukowano prawie 51,5 mln maseczek medycznych i 68,5 mln innych maseczek ochronnych. W samym czerwcu wytworzono ich odpowiednio 5 mln i 6,3 mln, ale jeszcze w marcu czy kwietniu liczby te były dwu- lub trzykrotnie wyższe. W okresie od marca do końca grudnia 2020 roku polska produkcja wyniosła 43,5 mln maseczek medycznych oraz 176 mln pozostałych maseczek ochronnych.

Wiosną ubiegłego roku, na początku pandemii COVID-19, popyt na maseczki i inne środki ochrony osobistej był rekordowy, a z rynku błyskawicznie znikały wszystkie tego typu produkty – nawet te, które nie spełniały norm i nie zapewniały odpowiedniej ochrony przed nowym wirusem. Od tego czasu wzrosła jednak świadomość Polaków dotycząca ochrony przeciwwirusowej czy materiałów filtracyjnych i tych, z których maski są produkowane.

 Widzimy, że klienci szukają coraz lepszych form ochrony – mówi Konrad Sulak. – Na rynku rozwinęło się znaczne zapotrzebowanie na maseczki typu FFP2, które zapewniają znacznie wyższy poziom ochrony, i w kolejnych miesiącach będziemy z pewnością obserwować wzrost tego zapotrzebowania.

– Najbardziej pożądane są maski ochronne typu FFP3. To jest najwyższa klasa, która najlepiej chroni przed koronawirusem. Zwłaszcza w wersji bez zaworu wydechowego, ponieważ ona chroni wtedy zarówno użytkownika, jak i osoby w jego otoczeniu – dodaje Wojciech Ligier. – FFP2 oraz ta najniższa klasa FFP1 są oczywiście lepsze niż brak maski albo maseczka ze zwykłego materiału, chociaż nie chronią już tak dobrze jak FFP3. Poza tym mamy jeszcze maski medyczne, które przede wszystkim chronią osoby dookoła, ale samego użytkownika – w umiarkowanym stopniu.

W kontekście właściwości ochronnych dużą rolę odgrywa materiał, z którego maska została wyprodukowana. Najczęściej jest to włóknina typu meltblown, czyli włóknina pneumotermiczna, która musi się charakteryzować odpowiednim poziomem filtracji i przepływu powietrza.

Jest to typowy materiał filtracyjny złożony z szeregu mikrowłókien o bardzo małej średnicy. Tutaj mamy do czynienia z włóknami o średnicy nawet poniżej 1 mikrometra. Dzięki temu ten materiał umożliwia wychwytywanie cząstek o niskich średnicach i zapewnia użytkownikowi wysoką ochronę przed wirusem, który rozprzestrzenia się drogą kropelkową – wyjaśnia ekspert Łukasiewicz – IBWCh. – Maseczki FFP2 są zbudowane z kilku warstw, przy czym zewnętrzne są to warstwy konstrukcyjne. Do ich wytworzenia wykorzystuje się włókninę typu spunbond, która charakteryzuje się dużą wytrzymałością.

Zarówno włóknina meltblown, jak i spunbond to nowoczesne materiały otrzymywane z termoplastycznych polimerów. Proces ich produkcji jest niskokosztowy, dzięki czemu mają one zastosowanie w wielu branżach. Często są też stosowane jako samodzielne materiały o niskiej wadze i stosunkowo wysokiej wytrzymałości.

– Dobra maseczka powinna łączyć z jednej strony wysoką skuteczność filtracji, a z drugiej – umożliwiać swobodne oddychanie. Inaczej mówiąc: dyskomfort wynikający ze stosowania tego środka ochrony powinien być jak najmniejszy. Samo stosowanie maseczki już w jakiś sposób ogranicza naszą swobodę oddychania. Natomiast najlepsze maseczki charakteryzują się tym, że to ograniczenie jest jak najmniejsze, maksymalnie zniwelowane przy zachowaniu wysokiego poziomu ochrony i skuteczności filtracji – mówi Konrad Sulak.

Sieć Badawcza Łukasiewicz – Instytut Tele- i Radiotechniczny już w marcu ub.r. podjęła się opracowania maszyn do produkcji maseczek medycznych. Nawiązała w tym celu współpracę z Instytutem Biopolimerów i Włókien Chemicznych, który wykorzystał swoje doświadczenie w wytwarzaniu włóknin do produkcji masek. Prototyp linii technologicznej i maszyny gotowej do produkcji powstał w zaledwie półtora miesiąca. Już w czerwcu ub.r. pierwsza linia produkcyjna trafiła do Łukasiewicz – IBWCh, który – oprócz opracowania procesu produkcji włóknin – zorganizował też produkcję maseczek. 

 


Sieć Badawcza Łukasiewicz to trzecia pod względem wielkości sieć badawcza w Europie. Dostarcza atrakcyjne, kompletne i konkurencyjne rozwiązania technologiczne. Oferuje biznesowi unikalny system „rzucania wyzwań”, dzięki któremu grupa 4500 naukowców w nie więcej niż 15 dni roboczych przyjmuje wyzwanie biznesowe i proponuje przedsiębiorcy opracowanie skutecznego rozwiązania wdrożeniowego. Angażuje przy tym najwyższe w Polsce kompetencje naukowców i unikalną w skali kraju aparaturę naukową. Co najważniejsze, przedsiębiorca nie ponosi żadnych kosztów związanych z opracowaniem pomysłu na prace badawcze. Łukasiewicz w dogodny sposób wychodzi naprzeciw oczekiwaniom biznesu. Przedsiębiorca może zdecydować się na kontakt nie tylko przez formularz na stronie https://lukasiewicz.gov.pl/biznes/, ale także w ponad 50 lokalizacjach: Instytutach Łukasiewicza i ich oddziałach w całej Polsce. Wszędzie otrzyma ten sam – wysokiej jakości – produkt lub usługę. Potencjał Łukasiewicza skupia się wokół takich obszarów badawczych jak: zdrowie, inteligentna mobilność, transformacja cyfrowa oraz zrównoważona gospodarka i czysta energia.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/spodziewana-czwarta-fala,p426555432

Uprawnienia nowej jednostki ds. cyberbezpieczeństwa budzą wątpliwości. Zdaniem ekspertów jej powołanie jest jednak konieczne

Centralne Biuro Zwalczania Cyberprzestępczości będzie odpowiadać za rozpoznawanie, zapobieganie i zwalczanie cyberprzestępczości. Projekt ustawy powołującej nowy rodzaj służb jest już gotowy. Przygotowany został przez MSWiA we współpracy z Komendą Główną Policji. Rząd chce, aby ustawa weszła w życie 1 stycznia 2022 roku. Projekt ma trafić do uzgodnień międzyresortowych, a pełną operacyjność nowa służba ma osiągnąć najpóźniej w 2025 roku. Jej powołanie budzi jednak szereg wątpliwości, które dotyczą przede wszystkim dużych uprawnień nowej służby, w tym możliwości prowadzenia tzw. prowokacji policyjnych.

– Patrząc na doświadczenia innych krajów, powołanie nowej służby, która zajmie się cyberzagrożeniami, cyberprzestępstwami, jest konieczne i taka służba powinna powstać wiele lat temu. W innych krajach tego typu służby mają już kilkunastoletnią historię i są dowodem na to, że jeżeli chcemy mieć naprawdę wysokiej jakości cały system przeciwdziałania cyberprzestępstwom, to powinniśmy mieć również wyspecjalizowane ośrodki, które czymś takim mogą się zająć – mówi agencji informacyjnej Newseria Mirosław Maj, prezes Fundacji Bezpieczna Cyberprzestrzeń.

Podczas konferencji zapowiadającej powołanie nowej służby szef MSWiA wyjaśnił, że funkcjonariusze przyjmowani do niej będą mieli oddzielną ścieżkę naboru. Ma się liczyć ich wiedza informatyczna i dotycząca nowoczesnych technologii teleinformatycznych. Nie będzie za to testów sprawnościowych. Funkcjonariusze mogą liczyć z kolei na stałe dodatki w wysokości od 70 do 130 proc. przeciętnego uposażenia w Policji. Docelowo w nowej służbie ma pracować 1800 osób, które zarobią miesięcznie od 10 do 15 tys. zł netto.

– To będzie służba, która będzie działała w strukturach polskiej Policji. W związku z tym będzie zajmowała się tym, czym polska Policja się zajmuje, czyli przeciwdziałaniem przestępstwom, których ofiarami są zwykli obywatele. Mamy pewne propozycje dotyczące zmian ustawowych, ale na tę chwilę ograniczają  się do zmian, które w ogóle pozwolą na powołanie takiej służby, na uruchomienie procesów, również rekrutacyjnych – wskazuje ekspert.

Funkcjonariusze będą mogli prowadzić działania operacyjno-rozpoznawcze, dochodzeniowo-śledcze oraz administracyjno-porządkowe, które wynikają z ustawy o Policji.

– Powinniśmy się zastanawiać, jak w przypadku każdej służby, czy uprawnienia lub działania, które będą podejmowane, są adekwatne do tego, co jest nam potrzebne. Pojawiające się obawy opozycji, ekspertów i organizacji związane są przede wszystkim z uprawnieniami dla tej służby, jeżeli chodzi o tzw. kontratyp, bo tak to prawnie się nazywa, do art. 269a, gdzie pewnym organom dajemy prawo do tego, żeby naruszały bezpieczeństwo, czyli łamały np. pewne zabezpieczenia w celu realizacji swoich celów – mówi Mirosław Maj.

Projekt zmiany ustawy o Policji przewiduje, że nową jednostką będzie kierować komendant Centralnego Biura Zwalczania Cyberprzestępczości i będzie podlegać komendantowi głównemu Policji. Komendanta nowej służby będzie jednak powoływał minister spraw wewnętrznych.

– Historia, nie tylko w Polsce, pokazuje, że ktoś mając pewne uprawnienia, nadużywa ich i wykonuje je niezgodnie z prawnymi aspektami, są takie zagrożenia, powinniśmy się temu przypatrywać. Natomiast z drugiej strony trudno sobie wyobrazić dzisiaj skuteczne działanie jakiejkolwiek służby, która musi działać i stawać w szranki z przestępcami, którzy dysponują bardzo dużymi środkami, są bardzo sprawni, bez posiadania uprawnień i narzędzi do skutecznej walki. Chodzi o to, żebyśmy potrafili je odpowiednio kontrolować – wskazuje prezes Fundacji Bezpieczna Cyberprzestrzeń.

Poza powołaniem Centralnego Biura Zwalczania Cyberprzestępczości powstanie też Fundusz Cyberbezpieczeństwa w wysokości ok. 500 mln zł. W jego ramach mają być finansowane inicjatywy i zakupy.

– Oczywiście to nie jest tak, że Policja polska nie walczy z tym zjawiskiem, nie ściga przestępstw komputerowych, robi to od wielu lat, natomiast środki, które do tej pory na to przeznaczaliśmy, w mojej ocenie są niewystarczające. I dzisiaj mówimy o istotnej zmianie. Takie istotne zmiany w wielu krajach nastąpiły już kilkanaście lat temu, np. w Wielkiej Brytanii czy w Holandii, i widać spore sukcesy i sporą skuteczność tego typu działań, więc to na pewno jest w mojej ocenie dobry kierunek – mówi Mirosław Maj.

Obecnie w polskiej Policji pracuje ok. 350 osób, w tym cywili, odpowiedzialnych za cyberbezpieczeństwo Polaków. Centralne Biuro Zwalczania Cyberprzestępczości swoją pełną zdolność operacyjną ma osiągnąć najpóźniej w 2025 roku.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/uprawnienia-nowej,p81844358

Mercedes zwiększa zaangażowanie w e-sport. Dla marki to sposób na dotarcie do młodszego pokolenia

Gaming to jeden z najszybciej rozwijających się segmentów rozrywki, podobnie jak jego sportowa odmiana – e-sport. Rosnąca rzesza graczy i widzów sprawia, że dla marek to atrakcyjne pole do inwestowania. – Nie mogliśmy przegapić okazji, żeby poprzez tę formę rozrywki dotrzeć do młodszych grup docelowych – mówi Tomasz Mucha z Mercedes-Benz Polska. Wykorzystaniu tego potencjału ma służyć współpraca i wspólne inicjatywy z teamem Illuminar Gaming, najstarszej w Polsce organizacji e-sportowej, której dywizja League of Legends jest jedną z najbardziej utytułowanych polskich drużyn. Jedną z nich jest warszawskie studio gamingowe ESPOT, które zostało właśnie rozbudowane o nową strefę simracingową dla miłośników symulacji wyścigów.

Gaming jest już od lat jednym z najszybciej rosnących segmentów rynku rozrywki. Według ubiegłorocznego raportu PARP „The game industry of Poland” w gry komputerowe gra ok. 16 mln Polaków, a wartość krajowego rynku sięga blisko 600 mln dol. To plasuje Polskę w okolicach 20. pozycji na światowym rynku gier wideo. Te dane mogą być jednak niedoszacowane, na co wskazują statystyki najważniejszych platform w PC gamingu. Polscy gracze są trzecią największą grupą klientów GOG.com pod względem udziałów w sprzedaży, zaraz po graczach z USA i Niemiec. Z kolei dane Epic Games Store wskazują graczy z Polski jako siódmą największą społeczność na tej platformie.

– W Polsce sytuacja branży gamingowej jest wyjątkowo ciekawa. Od wielu lat jesteśmy czołowym rynkiem pod względem relacji gamerów do ogółu populacji. Zajmujemy trzecie–czwarte miejsce po takich potęgach jak Stany Zjednoczone, Chiny czy Turcja. To pierwszy powód, żeby zainteresować się tą dziedziną. Drugi to sytuacja w gamie Mercedesa. Od kilku lat odmładzamy gamę modeli mniejszych, kompaktowych, które są też najczęściej kupowane przez młodszych nabywców. Nie mogliśmy więc przegapić okazji, żeby dotrzeć poprzez tę formę rozrywki do młodszych grup docelowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Mucha, product PR w Mercedes-Benz Polska.

Gaming i powiązany z nim e-sport stwarzają szerokie możliwości product placementu, przyciągając na ten rynek coraz więcej firm i sponsorów. W 2020 roku globalna publiczność e-sportowa była szacowana przez Newzoo na 495 mln osób, a oglądalność największych eventów z tej dziedziny przekracza widownię konwencjonalnej telewizji.

Marka Mercedes jest na tym rynku obecna już od czterech lat. W ubiegłym roku została motoryzacyjnym partnerem wszystkich globalnych wydarzeń e-sportowych League of Legends – gry, która osiągnęła liczbę 100 mln graczy na świecie. W tym roku Mercedes zaznaczył swoją obecność także w polskim e-sporcie, nawiązując współpracę z teamem Illuminar Gaming. To najstarsza w Polsce organizacja e-sportowa, której dywizja LoL jest jedną z najbardziej utytułowanych drużyn na świecie.

– Ta współpraca jest dla nas sposobem dotarcia do polskiego gamera – wskazuje Tomasz Mucha.

– W ramach tej współpracy marka, która doskonale rozumie potrzeby młodszego pokolenia, związanego z grami i e-sportem, dociera do niego właśnie tam, gdzie młodzież ma swoją bezpieczną przestrzeń. Ta współpraca pokazuje też, że nawet marki takie jak Mercedes, który jest jednym z najstarszych brandów na świecie, są dla wszystkich. Z drugiej strony Illuminar Gaming reprezentuje nowoczesną rozrywkę nowego pokolenia. Dlatego z tej współpracy możemy wiele wyciągnąć i wiele się od siebie nauczyć – dodaje Wojciech Krzemień, członek zarządu Illuminar Gaming.

Jednym z elementów współpracy Mercedesa i Illuminar Gaming jest ESPOT, studio gamingowe, które działa od października 2020 roku w Elektrowni Powiśle. To pierwsze tego typu miejsce w Polsce: w pełni wyposażone studio do transmisji online z dużą strefą gamingową (45 stanowisk z wysokiej klasy sprzętem i szybkim, bezpiecznym łączem internetowym oraz kamerami 4K), przestrzenią dla nawet stuosobowej publiczności i zapleczem gastronomicznym. Łączy światy gier wideo, sportu i muzyki oraz przestrzeń rozrywkową, przeznaczoną zarówno dla rodzin, jak i aspirujących graczy.

– Tutaj można przyjść, spotkać się, obejrzeć relacje na Twitchu, zobaczyć samochód Mercedesa, ale też zjeść kanapkę i pograć. To takie miejsce styku świata realnego z cyfrowym, jesteśmy tu obecni i mówimy do nowego pokolenia tym tradycyjnym i tym nowszym językiem – podkreśla Tomasz Mucha.

W ubiegłym tygodniu w studiu została uruchomiona nowa simracingowa strefa. To gratka dla miłośników symulacji wyścigów, którzy mogą wziąć udział w konkursie Hot Lap by Mercedes-Benz na najszybsze okrążenie w grze Assetto Corsa.

– Simracing staje się coraz bardziej popularny, a grający w wyścigi robią to już na profesjonalnych stanowiskach, w specjalnych kokpitach z profesjonalnymi kierownicami. Wszyscy, którzy przyjdą spróbować swoich sił do ESPORT SPOT na Zajęczą 4 w Warszawie, będą mogli poczuć się jak prawdziwy e-sportowy kierowca na profesjonalnych symulatorach jazdy do simracingu i przy okazji zdobyć ciekawe nagrody. Fani mogą tu też obejrzeć wszystkie wydarzenia sportowe oraz e-sportowe na arenach międzynarodowych i krajowych, a także spotkać swoich ulubionych streamerów i graczy komputerowych – wskazuje Piotr Adamski, szef ds. e-sportu i gamingu w ESPOT.

To m.in. wśród fanów wirtualnych wyścigów Mercedes chce promować gamę swoich elektrycznych aut, m.in. model EQA. Połączenie elektromobilności i gamingu nie jest przypadkowe. Jak podkreśla przedstawiciel marki, tak jak gaming i e-sport są przyszłością rozrywki, tak elektromobilność stanie się wkrótce przyszłością motoryzacji. Ta zmiana w dużej mierze będzie zależeć od młodych ludzi.

– Dzisiaj w pokoleniu Z około 90 proc. osób ma styczność z grami komputerowymi – mówi Wojciech Krzemień. – Łącząc się, dokonujemy doskonałego mariażu i dajemy doskonały przykład innym markom, które chciałyby współpracować z e-sportem. Świat e-sportu jest już gotowy na taką współpracę.

Promocji połączenia motoryzacji i gamingu miał służyć rozstrzygnięty właśnie konkurs na e-sportową personalizację Mercedesa EQA 250. Samochód ze zwycięskim projektem artystycznym będzie można spotkać w sierpniu w wielu miastach w Polsce. Ekipa Illuminar Gaming ruszyła nim właśnie w podróż w ramach projektu Mercedesem po Polsce. „Służbowy” EQA graczy zagości m.in. w Krakowie (14 sierpnia) oraz Trójmieście (20 sierpnia), po czym 28 sierpnia wróci do Warszawy na finał i podsumowanie akcji.

– Wychodzimy do graczy i fanów gamingu i e-sportu, bo nie możemy w każdym mieście mieć takiego miejsca jak ESPOT. Taką przestrzenią do spotkań będzie dla nas samochód. Będzie można w nim spotkać się z elektromobilnością, trochę ze światem e-sportu, ale przede wszystkim będziemy mogli porozmawiać o tym, czym jest dla nas gaming – mówi członek zarządu Illuminar Gaming.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/mercedes-zwieksza,p1817170815

Pandemia zwiększyła potrzebę robotyzacji w polskich firmach. Wirtualnego pracownika można „zatrudnić” i zacząć na nim zarabiać w ciągu dwóch tygodni

Pandemia COVID-19 może być impulsem przyspieszającym robotyzację w polskich firmach. Barierą we wdrażaniu robotów na masową skalę wciąż pozostają jednak brak wiedzy, niska świadomość korzyści takich rozwiązań albo obawy przed wysokimi kosztami. – Można zacząć od wdrożenia jednego czy dwóch robotów, zamiast od razu otwierać bardzo duży projekt. Przy takim podejściu w krótkim czasie dwóch–trzech tygodni można już mieć w firmie wdrożonego pierwszego robota i od razu czerpać z tego korzyści – mówi Przemysław Lewicki, szef projektu SAIO w ING Banku Śląskim, w którym pracuje już ponad 2 tys. wirtualnych pracowników. Bank ma w tym zakresie duże doświadczenie, dlatego w ramach swojej RoboPlatformy, która obecnie działa pod nazwą SAIO, pomaga także swoim klientom usprawniać ich procesy wewnętrzne z wykorzystaniem robotyki.

– W firmach, w których były już roboty, pandemia COVID-19 przyspieszyła ich wdrażanie. Natomiast te, które jeszcze nie weszły na ścieżkę robotyzacji, w ostatnich miesiącach nie miały na to czasu, bo musiały mierzyć się z bieżącymi wyzwaniami, które przyniosła ze sobą pandemia. Zmieniła się natomiast świadomość, że robotyzacja jest czymś koniecznym, aby móc w przyszłości mierzyć się z podobnymi wyzwaniami. Dlatego dzisiaj firmy chcą i będą inwestować w roboty – mówi agencji Newseria Biznes Przemysław Lewicki. 

Skutki szybkiego rozprzestrzeniania się po świecie koronawirusa skłoniły wiele firm do szukania sposobów na uniezależnienie się od czynnika ludzkiego w sytuacji zagrożenia zdrowia. To spowodowało większe zainteresowanie rozwiązaniami RPA, czyli zrobotyzowanej automatyzacji procesów biznesowych. Z globalnego raportu firmy doradczej Deloitte („Inteligentna Automatyzacja 2020”) wynika, że w ubiegłym roku odsetek organizacji, które rozpoczęły wprowadzanie rozwiązań bazujących na inteligentnej automatyzacji, znacząco wzrósł. Działania w tym zakresie podjęło 73 proc. badanych firm, podczas gdy rok wcześniej było to 58 proc., a w 2015 roku takie plany deklarowało zaledwie 13 proc. przedsiębiorstw. W globalnej skali COVID-19 ograniczył lub spowolnił inwestycje w robotyzację w 29 proc. organizacji. W pozostałych przypadkach takie projekty są kontynuowane, a w przypadku co piątej firmy nawet przyspieszyły. Z kolei 9 proc. z nich wskazało, że dopiero koronawirus spowodował rozpoczęcie inwestycji w tym obszarze.

Z raportu Gartnera z września 2020 roku wynika, że 90 proc. dużych organizacji na całym świecie do 2022 roku wdroży w jakiejś formie rozwiązanie z obszaru RPA. W tym roku rynek takich rozwiązań będzie wart ok. 1,9 mld dol., o prawie jedną piątą więcej niż w ubiegłym roku. 

– W polskich firmach roboty są bardzo chętnie wykorzystywane np. w obsłudze posprzedażowej klienta, w obsłudze korespondencji, w obszarze księgowości albo do modyfikacji systemów ERP [oprogramowanie do kompleksowego zarządzania przedsiębiorstwem – red.]. W tradycyjnym modelu zmiany w tych systemach są drogie i czasochłonne, a wykorzystanie w tym celu robotów jest łatwe i skraca ten czas – zapewnia szef projektu SAIO w ING Banku Śląskim.

Jak podkreśla, potrzeba automatyzacji i obniżenia kosztów występuje praktycznie w każdej firmie, niezależnie od jej wielkości. Dlatego w tych obszarach, gdzie wykonywane są powtarzalne, automatyczne czynności, dobrym pomysłem jest właśnie „zatrudnienie” robota. Pozwala to radykalnie obniżyć koszty i skrócić czas realizacji bieżących zadań. Barierą w masowym wykorzystaniu robotów wciąż jest jednak brak wiedzy i niska świadomość korzyści z takich rozwiązań.

– Na rynku panuje przekonanie, że aby „zatrudnić” robota, trzeba powołać duży projekt, zrobić analizę procesów, a najlepiej jeszcze zatrudnić w tym celu firmę konsultingową. W przypadku bardzo dużych firm takie podejście może zadziałać, natomiast równie dobrze można zacząć od wdrożenia jednego czy dwóch robotów. Przy takim podejściu w czasie dwóch–trzech tygodni można już mieć w firmie wdrożonego pierwszego robota i od razu czerpać korzyści z robotyzacji – mówi Przemysław Lewicki. – Nasze doświadczenie pokazuje, że takie podejście jest lepsze, ponieważ po pierwsze – szybko dostarcza wartość w postaci robotów, a po drugie – przełamuje bariery, strach przed robotyzacją i obawy, że może się ona nie udać.

W ING Banku Śląskim w 10 krajach na dwóch kontynentach działa w tej chwili ponad 2 tys. robotów, z których większość wspiera procesy w obszarze operacji bankowych, ryzyku i finansach. Z powodzeniem działają one na istniejącej infrastrukturze IT, bez potrzeby kosztownych modyfikacji systemów. Bank ma w tym zakresie duże doświadczenie, dlatego w ramach swojej RoboPlatformy, która obecnie działa pod nazwą SAIO, pomaga także swoim klientom usprawniać ich procesy wewnętrzne z wykorzystaniem robotyki.

– SAIO to kompleksowa platforma, która integruje technologie sztucznej inteligencji i robotyzacji, żeby optymalizować i automatyzować procesy w firmie. Jest to nasze autorskie rozwiązanie. Mamy już kilkanaście lat doświadczenia w robotyzacji, przez ten czas staliśmy się już ekspertami w tej dziedzinie. I dlatego chcemy się dzielić tym doświadczeniem i umiejętnościami z naszymi klientami – podkreśla szef projektu SAIO w ING Banku Śląskim. – Do tego właśnie służy platforma SAIO, dzięki której można łatwo i szybko zrobotyzować firmę. Statystyki pokazują, że nawet do 50 proc. projektów robotyzacyjnych kończy się fiaskiem. My dajemy gwarancję, że projekty, którymi my się zajmujemy, kończą się sukcesem.

SAIO to uniwersalne narzędzie, z którego może korzystać wiele branż. Sprawdza się zarówno w sprzedaży, zarządzaniu klientami, jak i w skarbowości, finansach, rachunkowości, HR, procesach zakupowych, IT czy choćby w zarządzaniu operacyjnym.

 Kładziemy nacisk na to, żeby nasze roboty były w stanie obsługiwać coraz bardziej skomplikowane procesy. Dlatego wyposażyliśmy SAIO w reużywalne moduły sztucznej inteligencji, gdzie nawet nie trzeba programować, tylko poprzez wyklikanie można stworzyć zaawansowane modele AI i wyposażyć w nie roboty. Mogą to być np. klasyfikatory tekstu, obrazu czy detektory anomalii w procesach – wymienia Przemysław Lewicki. – Dzisiaj na rynku wyzwaniem jest nie tyle zbudowanie samego modelu sztucznej inteligencji, ale jego integracja z istniejącymi procesami. SAIO dostarcza komponenty AI i jednocześnie, dzięki technologii Robotix, pozwala na ich łatwe wdrożenie w firmie i integrację z istniejącą infrastrukturą. W tradycyjnym podejściu jest to trudne, potrafi trwać miesiącami i kosztować ogromne pieniądze. Natomiast dzięki SAIO możliwy jest natychmiastowy upgrade, co oznacza natychmiastowy skok technologiczny w firmie.

W ramach swojej platformy SAIO ING Bank Śląski zapewnia pełny zakres usług robotyzacyjnych: poczynając od bezpłatnego przeglądu procesów, przez szkolenia, aż po wdrożenie. Finalnym produktem jest robot, który automatycznie realizuje proces w firmie.

– Już za ok. 6 tys. zł można mieć pierwszego wirtualnego pracownika, który nie tylko na siebie zarobi, ale jest też w stanie wygenerować w firmie oszczędności rzędu od kilkudziesięciu do nawet kilkuset tysięcy złotych rocznie – podkreśla ekspert ING.

Raport firmy McKinsey i miesięcznika „Forbes” z 2018 roku wskazywał, że dzięki automatyzacji i wynikającemu z niej wzrostowi produktywności PKB Polski w 2030 roku może być wyższy o 15 proc., a średni roczny wzrost gospodarczy w tej dekadzie może być szybszy o 1 pkt proc. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/pandemia-zwiekszyla,p545309164