W miastach nieprędko powstaną strefy czystego transportu. Wciąż brakuje podstaw prawnych do ich tworzenia

Strefy czystego transportu nieprędko zagoszczą nad Wisłą mimo fatalnego stanu powietrza nad Polską. Pierwsza ustawa o elektromobilności okazała się pod tym względem nieudana, prezentowane na początku obecnego roku projekty nowelizacji spotkały się z aprobatą samorządowców i organizacji walczących z zanieczyszczeniem powietrza, jednak z najnowszej wersji projektu zniknęły. Zapisy utrudniają też, zamiast ułatwiać, dostęp do punktów ładowania samochodów elektrycznych.

− Uczestniczyliśmy przy sporządzaniu nowego projektu ustawy o elektromobilności w zakresie stref czystego transportu. Uważamy, że zmiany, które tam zostały zaproponowane, mają sens, one pozwalają samorządom na objęcie całych miast takimi strefami – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Bartosz Piłat, koordynator projektów transportowych, Polski Alarm Smogowy. − Ze wszystkich badań wynika, że duża strefa o łagodnych wymaganiach daje dużo lepsze efekty niż mała, np. w centrum, w śródmieściu jakiegoś miasta, ale o surowych wymaganiach. To jasno widać po Paryżu czy Brukseli, gdzie właśnie takie bardzo łagodne wymagania, które pozwalają np. na wjazd 23-letniego samochodu z silnikiem benzynowym, bo te benzynowe silniki są mniej szkodliwe, ale już nie 14-letniego samochodu z silnikiem Diesla. Takich wymagań oczekiwalibyśmy na start w Polsce.

W lipcu na stronach Rządowego Centrum Legislacji pojawił się kolejny projekt ustawy o zmianie ustawy o elektromobilności i paliwach alternatywnych oraz niektórych innych ustaw. Niespodziewanie nie znalazły się w nim przewidywane w poprzednich wersjach (ostatnia ukazała się w kwietniu) zapisy o strefach czystego transportu, które miały dać samorządom możliwość wprowadzania szerokich zakresowo stref o umiarkowanych wymaganiach. Pojawił się za to obowiązek przeprowadzenia ekspertyzy dotyczącej możliwości przyłączenia punktu ładowania aut elektrycznych oraz bezpieczeństwa jego użytkowania, choć wcześniej miała być ona fakultatywna. To utrudni korzystanie z alternatywnych środków transportu, zamiast ułatwić i do niego zachęcać.

− Rząd obiecał, m.in. wpisując do Krajowego Planu Odbudowy, że jesienią tego roku ta ustawa zostanie przyjęta, jak będzie, nie wiem. Dopóki nie zobaczę głosowania, nie uwierzę. Natomiast pierwsza strefa tego rodzaju, jaka w ogóle może powstać w Polsce, ma szansę wejść w życie być może 1 stycznia 2023 roku, być może w połowie 2022 roku – mówił przed publikacja najnowszej wersji projektu ustawy o elektromobilności Bartosz Piłat. − To strefa, która prawdopodobnie powstanie w Krakowie, mieście, które już próbowało, które sprawdziło, jak te przepisy, które mamy, są niedoskonałe, i które niejako jest zobowiązane przez Sejmik Województwa Małopolskiego do wprowadzenia tego rodzaju rozwiązań. Więc spodziewam się, że to będzie pierwsza taka strefa, natomiast pozostałe miasta będą prawdopodobnie potrzebowały dwóch lat, osiemnastu miesięcy na wdrożenie takiej strefy.

Ustawa o elektromobilności i paliwach alternatywnych obowiązuje od 2018 roku, jednak szybko okazało się, że nie spełnia oczekiwań samorządów i nie zachęca ich do tworzenia stref czystego transportu. Po wejściu nowego prawa w życie powstała tylko jedna taka strefa, w Krakowie, też zresztą pilotażowo, na trzy miesiące. Dlatego w projekcie nowelizacji pojawiły się zmiany mające zachęcać samorządy do tworzenia takich stref. Zamiast śródmiejskich enklaw dopuszczających wjazd wyłącznie samochodów elektrycznych zapisy dopuszczały auta benzynowe, które, nawet starsze, emitują mniej najbardziej szkodliwych tlenków azotu niż nawet o dekadę młodsze diesle. A jednak te korzystne z punktu widzenia ochrony środowiska i realne z punktu widzenia motoryzacyjnej praktyki pomysły trafiły do kosza. Ministerstwo Klimatu i Środowiska tłumaczy, że znajdą się one w innej ustawie.

− W Krakowie, który to sprawdził, wiadomo, że około 8 proc. najstarszych diesli odpowiada za mniej więcej 25 proc. wszystkich zanieczyszczeń, w tym tlenków azotu. Czyli mała grupa odpowiada za gigantyczną ilość zanieczyszczeń. Tak zidentyfikowane samochody można wpisać do strefy czystego transportu i starać się je systematycznie eliminować z ulic – wyjaśnia ekspert Polskiego Alarmu Smogowego. − System powinien być jasny: jeżeli jadę do Krakowa, Warszawy czy Wrocławia, powinienem na znaku rozpoznawać, jakie mam wymagania. Mam naklejkę na szybie o kolorze żółtym, zielonym, niebieskim, system jest dowolny i kierowca powinien wiedzieć, że ten znak oznacza, że może wjechać z taką nalepką albo z inną nalepką. To nie może być tak jak dziś, że strefa czystego transportu może być inna w każdym mieście i tak naprawdę, żeby do niej wjechać, trzeba przeczytać uchwałę podjętą przez radę gminy w takim mieście.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/w-miastach-niepredko,p1899490568

Unia Europejska chce walczyć z prywatną cenzurą w internecie. Nowe prawo ma uregulować zasady moderacji treści

Prywatna cenzura w wykonaniu portali społecznościowych, czyli m.in. usuwanie profili przez Facebooka, może utrudniać działalność organizacjom społecznym, artystom, politykom czy dziennikarzom. Procesy sądowe zapowiada były prezydent USA Donald Trump, ale nie on jedyny chce walczyć z prywatną cenzurą. Unia Europejska pracuje nad nowym prawem, które ma zapewnić większą przejrzystość decyzji moderacyjnych oraz możliwość ich kwestionowania, także przed sądem.

– Zapowiadany pozew Donalda Trumpa przeciwko Twitterowi i Facebookowi jest doskonałym dowodem na to, że mamy problem z prywatną cenzurą, czyli władzą mediów społecznościowych nad tym, co jest w nich publikowane. Oczywiście zdajemy sobie sprawę z tego, że Donald Trump często balansował na granicy wolności słowa, niejednokrotnie ją przekraczał i być może z tego powodu powinien zostać zablokowany. Natomiast problem polega na czymś innym – każdy obywatel, obywatelka, organizacja społeczna, a nawet prezydent najpotężniejszego kraju na świecie może zostać zablokowany i ani nie wie dlaczego, ani nie ma możliwości odwołania się – komentuje Wojciech Klicki z Fundacji Panoptykon.

Jak podkreśla, pozew Donalda Trumpa byłby kolejnym kamyczkiem do rosnącej lawiny spraw sądowych, w których zarówno politycy, organizacje społeczne, jak i aktywiści walczą z problemem prywatnej cenzury. W tej batalii nie chodzi wyłącznie o to, żeby konkretny profil w mediach społecznościowych został odblokowany, bo to nie rozwiązuje problemu. Problemem jest władza platform. Serwis może z dnia na dzień usunąć profil, który jest wynikiem wielomiesięcznej lub wieloletniej pracy i który stanowi kanał komunikacji np. z wyborcami.

– W Panoptykonie prowadzimy sprawę, w której Społeczna Inicjatywa Narkopolityki, organizacja działająca w Polsce, pozwała przed warszawskim sądem okręgowym Facebooka za to, że zablokował jej profil. Chcemy doprowadzić do sytuacji, w której wszystkie decyzje, jakie Facebook i inne media społecznościowe będą podejmowały w zakresie blokowania profili, będą wymagały uzasadnienia i będzie realna możliwość odwołania się od nich. Orzeczenie, które mogłoby zapaść w sprawie Donalda Trumpa przed amerykańskimi sądami, zwłaszcza jeżeli się otrze o amerykański Sąd Najwyższy, będzie miało znaczenie dla całego świata – uważa Wojciech Klicki.

Problem dostrzega także Unia Europejska. Trwają już prace nad aktem usług cyfrowych – Digital Service Act. Jak podaje Fundacja Panoptykon, ma on uregulować zasady moderacji treści stosowane przez platformy internetowe, a także stworzyć mechanizmy zapewniające większą przejrzystość decyzji moderacyjnych oraz prawo do ich kwestionowania, także przed sądem. Fundacja także bierze udział w pracach legislacyjnych – składa propozycje poprawek i stara się przekonać unijnych decydentów do przyjęcia takich rozwiązań, które pozwolą na jak najlepszą ochronę wolności słowa.

– Europejscy politycy dostrzegli potrzebę zmian, ale nie pozywają mediów społecznościowych do sądu, tylko pracują nad projektem przepisów, które zobowiążą gigantów cyfrowych do większej wstrzemięźliwości w decydowaniu o blokowaniu profili oraz nałożą na nich obowiązek uzasadnienia tej decyzji, a także wprowadzą możliwość odwołania się od niej – dodaje ekspert z Fundacji Panoptykon.

Jak zapowiada, prace nad przepisami, które uregulują tzw. prywatną cenzurę w Unii Europejskiej, są dość zaawansowane, a ich zakończenia należy się spodziewać w 2022 roku. Następnie niezbędna będzie implementacja nowych przepisów do prawa poszczególnych krajów. Ponadto dzisiaj wiele państw unijnych samodzielnie, nie czekając na Unię Europejską, próbuje rozwiązać problem prywatnej cenzury.

Cenzura w wykonaniu portali społecznościowych może utrudniać działanie nie tylko politykom, ale także organizacjom społecznym, artystom czy dziennikarzom, którzy w coraz większym stopniu wykorzystują je w swojej działalności zawodowej. Przykład to sprawa sądowa Społecznej Inicjatywy Narkopolityki, której Facebook usunął publikowane treści. Decyzją sądu Facebook nie tylko nie może usuwać nowych treści, które publikuje SIN, ale został też zobowiązany do zabezpieczenia kont, stron i grup usuniętych w 2018 roku. Dzięki temu, jeśli SIN wygra proces, będą one mogły zostać przywrócone wraz z całą opublikowaną treścią oraz komentarzami.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/unia-europejska-chce,p278839511

Ministerstwo Finansów pominęło małe i średnie firmy w pracach nad nową akcyzą tytoniową. Według branży będą tam reprezentowane interesy tylko jednego koncernu

– Forum Akcyzowe zostało zawładnięte przez jeden z koncernów tytoniowych i to tematy związane zapewne z działalnością tego koncernu będą wiodły prym – mówi Przemysław Jaskóła, członek Stowarzyszenia Vaping Association Polska. To jedna z organizacji branżowych, które nie zdołały włączyć się w prace powołanego przez resort finansów Forum Akcyzowego. Decydowała kolejność zgłoszeń, ale formularz rejestracji online został zamknięty już kilkanaście sekund po uruchomieniu. W efekcie skład forum został zdominowany przez międzynarodowe koncerny tytoniowe i nie ma w nim przedstawicieli polskich małych i średnich firm. 

Ministerstwo Finansów powołało Forum Akcyzowe w celu wypracowania wspólnie z branżą nowego modelu podatku akcyzowego na wyroby tytoniowe, płyny do papierosów elektronicznych, nowatorskie wyroby tytoniowe oraz susz tytoniowy. Do udziału zaproszono organizacje branżowe, producentów i dystrybutorów wyrobów tytoniowych oraz ekspertów. Zdecydowano się na stworzenie czterech 10-osobowych grup roboczych, które docelowo mają przedstawić rekomendacje dla resortu. Choć nie będą one wiążące ani automatycznie wdrożone, przyjmą formę twardych rekomendacji, przez co mogą mieć realny wpływ na kształtowanie nowych regulacji.

O rejestracji do grup roboczych Forum Akcyzowego decydowała kolejność zgłoszeń. Polscy producenci z sektora MŚP przekonują, że takie kryterium powoływania grup roboczych wyklucza reprezentatywność środowisk branżowych. Podobne zastrzeżenie przed rozpoczęciem prac forum zgłaszało szereg innych podmiotów, w tym Krajowe Stowarzyszenie Przemysłu Tytoniowego. Organizacja zrzesza czterech największych producentów firm tytoniowych w kraju: British American Tobacco Polska Trading, Imperial Tobacco Polska, Japan Tobacco International Polska oraz Philip Morris Polska Distribution.

Postulaty przedstawicieli branży nie spotkały się z reakcją resortu. Rejestracja do grup roboczych odbyła się przez formularz online i według zasady pierwszeństwa zgłoszeń. Według relacji polskich firm z sektora MŚP formularz rejestracji został zamknięty w kilkanaście sekund po uruchomieniu. Ich zdaniem skład grup roboczych został przez to wypaczony i jest zdominowany przez ekspertów powiązanych głównie z jednym z międzynarodowych koncernów tytoniowych. 

– O ile sama idea forum i pomysł stworzenia wspólnej platformy był bardzo ciekawy, o tyle system tworzenia grup roboczych już całkowicie nas rozczarował. Ten system był oparty na zasadach kolejności zgłoszeń – co spowodowało, że my po prostu nie zdążyliśmy się do niego zarejestrować, mimo że próbowaliśmy to zrobić od razu po uruchomieniu platformy, punktualnie o godzinie 15.00. Nikt z członków naszego stowarzyszenia nie został przyjęty do żadnej grupy roboczej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Wargocki, prezes Polskiego Stowarzyszenia Przemysłu Tytoniowego.

PSPT to jedna z najważniejszych organizacji na polskim rynku tytoniowym. Zrzesza głównie małe i średnie firmy zajmujące się uprawą, przetwórstwem, importem i dystrybucją tytoniu i wyrobów tytoniowych oraz prowadzeniem prac badawczo-rozwojowych w tym obszarze. O problemach z rejestracją do grup roboczych forum mówi też inna duża organizacja branżowa: Stowarzyszenie Vaping Association Polska.

– Wyścig o to, kto pierwszy się zarejestruje, nie jest dobrym rozwiązaniem w tak ważnej kwestii – mówi Przemysław Jaskóła, członek Vaping Association Polska. – Liczyliśmy na to, że przy tym stoliku akcyzowym podniesiemy temat tego, jak te przepisy wpłyną na małe i średnie polskie przedsiębiorstwa i co możemy zrobić, abyśmy jako MŚP pozostali uczestnikami tego rynku. Teraz już wiemy, że ten stolik został zawładnięty przez jeden z koncernów tytoniowych i zapewne to tematy związane z jego działalnością będą wiodły przy nim prym.

Przedstawiciele firm z branży MŚP otwarcie mówią o skandalu. Przekonują, że wypełnienie formularza rejestracji w kilka sekund było niemożliwe. W ich ocenie mogły zostać wykorzystane programy lub skrypty internetowe, które w ułamku sekundy wypełniały go, uniemożliwiając udział innym ekspertom. W rezultacie w grupach roboczych forum zabrakło miejsc dla polskich MŚP. Kontrowersje związane z powoływaniem i działaniem grup roboczych spowodowały, że z udziału w nich rezygnują też inni członkowie. Swoich przedstawicieli wycofał już Philip Morris Polska Distribution.

– Tworzenie grup roboczych powinno odbywać się na zasadzie doboru fachowców i podmiotów, które bardzo dobrze znają ten rynek. Formuła zastosowana przez MF absolutnie tego nie zapewniła. Dlatego obecny skład grup roboczych nie pozwoli zbudować dobrego systemu akcyzowego – dodaje Grzegorz Wargocki.

Jak podkreśla prezes PSPT, obecny skład grup roboczych Forum Akcyzowego jest niereprezentatywny i nie uwzględnia opinii małych i średnich przedsiębiorców, co przeczy idei powołania forum jako organu doradczego, który miał reprezentować cały rynek.

– Obawiamy się, że grupy robocze w obecnym składzie, w których nie możemy uczestniczyć, stworzą system podatkowy uwzględniający wyłącznie interesy dużych, międzynarodowych koncernów – mówi Grzegorz Wargocki. – Nie jest możliwe stworzenie jednego, dobrego systemu akcyzowego dla tych dużych i dla tych małych, to są zupełnie inne produkty. Członkowie naszego stowarzyszenia produkują wyroby niszowe, takie jak cygara, tytonie fajkowe czy tytonie do skręcania. Obawiamy się więc, że to, co wypracuje forum, nie będzie spełniało oczekiwań całej branży.

Obydwie organizacje zaapelowały do Ministerstwa Finansów o rozszerzenie składu grup roboczych i uwzględnienie w toku prac mniejszych podmiotów, produkujących wyroby niszowe. Chodzi o to, aby wypracowane rozwiązania uwzględniały interes całej branży, a nie tylko jej wąskiego wycinka.

– MŚP stanowi około 70 proc. firm, które dystrybuują płyny do papierosów elektronicznych. Dziwi nas to, jak można pominąć tak ważnego uczestnika rynku i nikt wcześniej nie pomyślał o tym żeby każda grupa miała jakąś reprezentację przy tym stoliku akcyzowym – mówi Przemysław Jaskóła z Vaping Association Polska. – Wielokrotnie apelowaliśmy już do ministra Tadeusza Kościńskiego i wiceministra Jana Sarnowskiego o to, aby uwzględnili nas w pracach tego gremium. Liczymy na rozpatrzenie naszych próśb i zrozumienie, że dla nas to jest być albo nie być – dodaje ekspert.

Wobec braku reakcji Ministerstwa Finansów polskie firmy z sektora MŚP zwróciły się o pomoc do Rzecznika MŚP. Ten zaś wysłał apel do resortu, aby włączyć mniejszych przedstawicieli branży do zespołów roboczych Forum Akcyzowego. Odpowiedź była negatywna. Ministerstwo wskazało, że lista jest już zamknięta, a zainteresowane podmioty mogą ewentualnie śledzić prace forum poprzez media i transmisje online z posiedzeń.

– Oczywiście to Ministerstwo Finansów jest głównym dysponentem tego, kogo chce zapraszać i na jakich zasadach dobiera partnerów do tego typu rozmów. Jednak dla przejrzystości całej polityki akcyzowej dobrze by było, gdyby pula reprezentantów całego sektora była jak najszersza – aby były to zarówno duże, jak i małe firmy – mówi Kamil Rybikowski, radca Rzecznika MŚP.

Biuro Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców również chciało mieć swojego przedstawiciela w grupach roboczych Forum Akcyzowego. Ze względu na przyjętą przez resort formułę kolejności zgłoszeń nie zdołało zarejestrować się w porę.

– Odmówiono nam możliwości wzięcia udziału w pracach zespołów roboczych, tłumacząc się kolejnością zgłoszeń – mówi Kamil Rybikowski. – Dziwi nas praktyka, w której przedstawiciele takich grup roboczych są wybierani poprzez kolejność zgłoszeń. Byłoby lepiej, gdyby zasiadały w nich osoby dobrane z pewnego klucza, reprezentujące szerokie spektrum rynku, przedstawiciele branży zarówno z tych dużych firm, jak i z sektora MŚP oraz organizacji pozarządowych i instytucji takich jak nasza, której celem jest ochrona praw przedsiębiorców. Jednak MF podjęło inną decyzję. My oczywiście jesteśmy z resortem w stałym dialogu, ale mamy nadzieję, że dojdzie do zmiany decyzji i skład tych grup zostanie rozszerzony – dodaje radca Rzecznika MŚP.

W swoich postulatach firmy z branży MŚP powołują się na zarządzenie ministerstwa z 14 maja 2021 roku, na mocy którego powołano Forum Akcyzowe. W §10.3 stwierdza ono jasno: „Wskazując uczestników grupy roboczej Przewodniczący Forum uwzględnia równą reprezentację różnych środowisk uczestniczących w pracach Forum”.

Ministerstwo Finansów mimo przesłanej prośby o komentarz nie odniosło się do sposobu wyłonienia Forum Akcyzowego.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/ministerstwo-finansow,p1828450790

Rząd chce wzrostu minimalnego wynagrodzenia o 200 zł brutto. Płace w budżetówce pozostaną jednak zamrożone

Związkowcy i pracodawcy mieli 30 dni na wynegocjowanie wspólnej propozycji płacy minimalnej, jednak przewidziany prawem termin minął, a wspólnego stanowiska nie udało się wypracować. Wynika z tego, że wysokość tego wynagrodzenia będzie musiał ustalić rząd, który chce, by w 2022 roku wynosiło ono 3 tys. zł brutto. Pracodawcy chcieli, by pozostało poniżej tej granicy, przedstawiciele związków zeszli z proponowanych w I połowie roku 3,5 tys. do 3,1 tys. zł. To jednak nie wystarczyło.

Pewnym porozumieniem pomiędzy związkami zawodowymi a pracodawcami była koncepcja, żeby poziom płacy minimalnej wynosił 50 proc. przeciętnego wynagrodzenia albo co najmniej 50 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Paweł Wojciechowski, główny ekonomista i wiceprezydent Pracodawców RP. − Ona w ostatnich latach rośnie szybciej niż ten wskaźnik, co nie jest uzasadnione w okresie po pandemii, kiedy firmy miały swoje problemy z lockdownami i dzisiaj muszą odbudować swoje zasoby kapitałowe, muszą zacząć inwestować. Pamiętajmy, że polska gospodarka ciągle jest oparta na pracy, ta efektywność rynku pracy jest niezwykle istotna dla naszej konkurencyjności gospodarczej. Dlatego Pracodawcy RP opowiadają się za utrzymaniem poziomu płacy minimalnej na przyszły rok poniżej 3 tys. zł.

W 2021 roku najmniej zarabiający otrzymywali 2,8 tys. zł brutto, czyli ok. 2,06 tys. zł na rękę. Jeśli rządowa propozycja zostanie podtrzymana, na ich konta wpływać będzie nieco ponad 2200 zł. W przyszłym roku wzrośnie także stawka godzinowa, której minimalny poziom jest wyznaczany od 2017 roku. Wówczas był on równy 13,00 zł za godzinę, pięć lat później będzie to 19,60 zł.

Jeszcze w 2012 roku wynagrodzenie minimalne wynosiło 1,5 tys. zł brutto, czyli w ciągu dekady wzrosło dwukrotnie. Przypomnijmy, że przez niemal 2,5 roku w tym czasie, między lipcem 2014 roku a październikiem 2016 roku włącznie, doświadczaliśmy deflacji w ujęciu rocznym.

Pierwotnie płaca minimalna miała osiągnąć pułap 3 tys. zł już w 2021 roku, a w kolejnym wzrosnąć o 11 proc., zaś od 1 stycznia 2024 roku wynosić 4 tys. zł brutto. Ten harmonogram pokrzyżowała jednak pandemia.

− Wzrost płacy minimalnej to nie jest tylko płaca dla tych, którzy tę płacę minimalną mają, ale przede wszystkim oczekiwania pozostałych pracowników na dalszy wzrost płac, czyli tak naprawdę oczekiwania płacowe rosną – wyjaśnia prof. Paweł Wojciechowski. − Brak porozumienia zawsze owocuje tym, że rząd podejmuje decyzje, ale już jesteśmy do tego przyzwyczajeni, że dialog społeczny jest często pozorowany i zawsze się znajdzie ktoś, jakaś organizacja, która nie jest w stanie uzgodnić i zawsze wtedy rząd podejmuje decyzje, więc tak będzie również w tym przypadku.

Rada Dialogu Społecznego już od kilku lat nie jest w stanie porozumieć się w sprawie wynagrodzenia minimalnego i ostateczny ruch należy do rządu. Pracownicy najpierw, jeszcze przed ogłoszeniem rządowego projektu, domagali się 3,5 tys. zł brutto, później w trakcie negocjacji zeszli do 3,1 tys. zł.

Jeśli spojrzeć na przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto w gospodarce narodowej w Polsce w pierwszym kwartale 2021 roku, to wyniosło ono według GUS 5681,56 zł, a z lipcowej projekcji inflacji NBP (co prawda opublikowanej już w końcówce negocjacji) wynika, że w I kwartale 2022 roku ma być wyższe o 7,9 proc., co dałoby kwotę 6129,80 zł brutto, a więc nieco więcej niż dwukrotność pensji minimalnej.

− Pamiętajmy, że również rząd w ramach tych negocjacji z partnerami społecznymi, jak również w założeniach do budżetu zapowiedział, że zamrozi płace budżetówki. I to jest charakterystyczne, że i związki zawodowe, w tym Solidarność i OPZZ, i Forum Związków Zawodowych opowiadają się za odmrożeniem płac w budżetówce, popierają to również pracodawcy, natomiast zajmują się płacą minimalną, która dotyka przedsiębiorców – wskazuje główny ekonomista i wiceprezydent Pracodawców RP. − W zasadzie więc to dobrze by było, gdyby głos decydujący o płacy minimalnej mieli właśnie przedsiębiorcy, którzy decydują o inwestycjach i zatrudnieniu, a o płacy w budżetówce czy wzroście wynagrodzeń w budżetówce decydował głównie rząd, ale uwzględniając wszystkie inne parametry gospodarcze − te same, które stosuje wobec decyzji w sprawie płacy minimalnej.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/rzad-chce-wzrostu,p1024980455

Latanie będzie coraz droższe. Tradycyjne paliwo muszą zastąpić biopaliwa, ale przyszłość to samoloty hybrydowe i elektryczne

Lotnictwo czeka ekologiczna rewolucja. Propozycje Komisji Europejskiej w ramach pakietu Fit for 55 zakładają m.in. opodatkowanie paliwa lotniczego, które do tej pory było zwolnione z opłat, wycofywanie darmowych uprawnień do emisji CO2 i większy udział w napędzie niskoemisyjnych paliw. Alternatywą dla tradycyjnego napędu mogłoby być paliwo syntetyczne lub biopaliwo. Przyszłością lotnictwa mogą też stać się samoloty elektryczne lub hybrydowe.

– Komisja Europejska wprowadziła kilka ważnych zmian dla branży lotniczej, przede wszystkim po raz pierwszy w historii paliwo lotnicze w Unii Europejskiej będzie objęte podatkiem paliwowym, akcyzą. Drugą zmianą jest włączenie sektora lotniczego do systemu handlu emisjami EU ETS. Te wszystkie zmiany będą oznaczać, że latanie będzie coraz droższe, dlatego że pasażerowie samolotów będą musieli dokładać się do systemu handlu emisjami i płacić za ten najbardziej emisyjny sposób podróżowania – mówi agencji Newseria Innowacje Rafał Bajczuk, analityk Fundacji Promocji Pojazdów Elektrycznych.

Niedawne propozycje Komisji Europejskiej w ramach Fit for 55 oznaczają duże zmiany dla branży lotniczej. Zgodnie z zapowiedziami zostanie opodatkowane paliwo lotnicze, dotychczas zwolnione z opłat. Zwolnienie zostanie utrzymane jedynie w lotach towarowych, natomiast stawki w ruchu pasażerskim mają być stopniowo zwiększane w ciągu najbliższych 10 lat. Skończą się również darmowe uprawnienia do emisji CO2. Lotnictwo ma też stopniowo odchodzić od tradycyjnego paliwa.

–  Komisja Europejska zaproponowała obowiązek dla linii lotniczych, żeby paliwo lotnicze zawierało więcej paliwa przyjaznego dla środowiska, czyli komponent pochodzący z biopaliw i paliw syntetycznych, które obecnie produkuje się na bazie wodoru. Małe samoloty, awionetki czy prywatne odrzutowce mogą być elektryfikowane jako pierwsze. Natomiast, jeśli chodzi o te największe samoloty, samoloty pasażerskie czy towarowe, one ze względu na rozwój technologii bateryjnej nie mogą być elektryfikowane i właśnie tutaj tą zieloną alternatywą jest wprowadzanie paliw syntetycznych – tłumaczy Rafał Bajczuk.

Z badania „Internalizacja kosztów klimatu europejskiego lotnictwa” przeprowadzonego przez niezależną holenderską firmę badawczo-konsultingową CE Delft wynika, że ceny biletów wzrosną o 8–34 proc.  Ze względu na wyższe ceny w przyszłości popyt na bilety lotnicze w Europie zmniejszy się o 6–25 proc. Zmiany są jednak konieczne, w przeciwnym razie emisje CO2 z europejskiego lotnictwa mogłyby wzrosnąć w 2050 roku o 28 proc. w porównaniu z 2019 rokiem.

– Już teraz w wielu krajach Unii Europejskiej szybka kolej stanowi atrakcyjną alternatywę dla lotnictwa i niektóre kraje myślą nawet o tym, żeby prawnie zakazać lotów na krótkie dystanse, do 500 km, gdzie istnieją alternatywne połączenia kolejowe – zaznacza ekspert.

Rozwiązaniem może być wykorzystanie na szeroką skalę paliw ekologicznych. Inicjatywa ReFuelEU Aviation zobowiązuje do włączania coraz większych ilości zrównoważonych paliw lotniczych. Już od stycznia 2025 roku w paliwach lotniczych powinno znaleźć się co najmniej 2 proc. zrównoważonych paliw, od stycznia 2030 roku – 5 proc., w tym 0,7 proc. syntetycznych, a od 2035 roku – 20 proc. zrównoważonych paliw, w tym 5 proc. syntetycznych. Docelowo w 2050 roku udział paliw zrównoważonych ma wynieść 63 proc., w tym min. 28 proc. syntetycznych.

– Alternatywą dla tradycyjnego paliwa jest albo paliwo syntetyczne, albo biopaliwo, ewentualnie zmiany technologiczne, tzn. wprowadzanie samolotów hybrydowych, które mają na pokładzie też baterie i wykorzystują energię elektryczną, albo samolotów całkowicie elektrycznych, które latają i wykorzystują wyłącznie energię zgromadzoną w bateriach – wskazuje Rafał Bajczuk.

Paliwo zrównoważonego lotnictwa może być wytwarzane z materiałów odpadowych, takich jak olej kuchenny lub tłuszcze zwierzęce, a także z innych odpadów komunalnych. Ekologiczne paliwa zmniejszają emisję CO2 nawet o 80 proc., eliminują też tlenek siarki. Mogą być stosowane w każdym samolocie, który wykorzystuje paliwo kopalne, bez potrzeby jakiejkolwiek modyfikacji silnika.

– W skali Unii Europejskiej lotnictwo odpowiada za około 15 proc. emisji CO2 z transportu, ale jest to najszybciej rosnący sektor w ogóle emisji CO2 w całej UE. Jeśli chcemy osiągnąć neutralność klimatyczną do 2050 roku, na co zgodzili się przedstawiciele wszystkich państw członkowskich, to musimy też dekarbonizować lotnictwo, nie możemy zostawić tego sektora samego sobie – podkreśla analityk Fundacji Promocji Pojazdów Elektrycznych.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/latanie-bedzie-coraz,p862981280

WHO nie wyklucza pochodzenia koronawirusa z laboratorium. Swoje badania prowadzą m.in. służby wywiadowcze USA

Większość naukowców twierdzi, że SARS-CoV-2 ma naturalne pochodzenie i został przeniesiony ze zwierząt na ludzi. Część nie wyklucza jednak wycieku z laboratorium i wzywa do głębszego zbadania hipotezy, że wirus pojawił się w Wuhan Institute of Virology (WIV). Hipotezę tę może potwierdzać zachowanie chińskich władz, które utrudniają przeprowadzenie rzetelnego śledztwa. – Wiedza jest bardzo ważna. Jesteśmy coś winni 4 milionom ludzi, którzy zmarli z powodu koronawirusa. Musimy też wiedzieć, jak zapobiegać kolejnym pandemiom w przyszłości – mówi dr Paloma Cuchi, przedstawicielka WHO w Polsce. 

– Pytanie o źródło koronawirusa SARS-CoV-2 pojawia się w naszej pracy od samego początku. W styczniu odbyliśmy wizytę w Chinach, a raport został przygotowany w marcu. Odpowiada on na niektóre z naszych pytań, ale stawia też nowe, które muszą zostać zbadane. Niezbędne jest przyjrzenie się wszystkim potencjalnym źródłom wirusa. Niektóre informacje wskazują na pochodzenie odzwierzęce. Oznacza to, że choroba występowała wcześniej u zwierząt i w jakiś sposób przeskoczyła na ludzi. Ważne jednak, by nie odrzucać żadnej możliwości, aż poznamy wszystkie odpowiedzi – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr Paloma Cuchi, przedstawicielka Światowej Organizacji Zdrowia w Polsce. 

Naukowcy nie mają wystarczających dowodów na pochodzenie SARS-CoV-2, aby wykluczyć hipotezę o wycieku z laboratorium lub udowodnić, że wirus ma naturalne pochodzenie. Wielu badaczy chorób zakaźnych zgadza się, że najbardziej prawdopodobnym scenariuszem jest to, że wirus wyewoluował naturalnie i przeniósł się z nietoperza bezpośrednio na człowieka lub przez zwierzę pośrednie. Większość pojawiających się chorób zakaźnych rozprzestrzenia się naturalnie, jak w przypadku HIV, epidemii grypy czy koronawirusów, które spowodowały epidemię SARS z 2002 roku oraz epidemię zespołu oddechowego na Bliskim Wschodzie (MERS) z 2012 roku. Naukowcy ustalili też, że genom SARS-CoV-2 jest podobny do genomu RaTG13, koronawirusa, który po raz pierwszy wykryto u nietoperza w chińskiej prowincji Yunnan w 2013 roku. Genom RaTG13 jest jednak w 96 proc. identyczny z SARS-CoV-2, zatem wirus przekazany ludziom pozostaje wciąż nieznany.

– Wiemy, gdzie wszystko się zaczęło, a przynajmniej w jakim regionie, ale nie znamy wektora. Wirus ma pewne sekwencje wykazujące podobieństwa do tych występujących u nietoperzy albo łuskowców. Wiemy, że posiada on mechanizmy wnikania, które wyglądają bardziej na naturalne niż sztuczne, ale widzimy też inne cechy. Na tym etapie nie możemy odrzucać żadnej opcji, a proces poszukiwań trwa. Odpowiadam ostrożnie, ponieważ nie chcę przedstawiać teorii, których potwierdzenia nie mamy – zaznacza dr Paloma Cuchi.

Teoretycznie COVID-19 może pochodzić z laboratorium. Naukowcy mogli zebrać SARS-CoV-2 od zwierzęcia i trzymać w laboratorium, mogli go też stworzyć poprzez inżynierię genomów koronawirusa. W takich sytuacjach osoba w laboratorium mogła zostać przypadkowo lub celowo zarażona wirusem, a następnie rozprzestrzenić go na inne osoby, wywołując pandemię. Ponad półtora roku od jej wybuchu najbliższy krewny SARS-CoV-2 nadal nie został znaleziony u zwierzęcia. Część badaczy sugeruje, że to nie przypadek, że COVID-19 został po raz pierwszy wykryty w Wuhanie, gdzie znajduje się laboratorium badające koronawirusy. Pojawiają się także teorie, że wirus mógł zostać znaleziony w zamkniętej kopalni, w której badacze z laboratorium pobierali próbki w latach 2012–2015.

– Wiedza o pochodzeniu wirusa jest bardzo ważna, ponieważ, po pierwsze, zmarły już 4 mln osób i ci, którzy cierpią, zasługują na odpowiedź. To jest nasza odpowiedzialność wobec ludzi, którzy ciężko chorują, i tych, którzy stracili przez wirusa życie. Po drugie, musimy zrozumieć źródło pandemii, aby zapobiec podobnym sytuacjom w przyszłości i wiedzieć, jakie środki należy podjąć, aby taka sytuacja się nie powtórzyła – przekonuje przedstawicielka WHO w Polsce.

Podejrzenia, że koronawirus mógł zostać zaprojektowany, podsycają badania. Wynika z nich, że naukowcy z laboratorium w Wuhanie eksperymentowali z modernizacją zmodyfikowanych koronawirusów nietoperzy, częściami innych wirusów nietoperzy, aby zobaczyć, które z nich są w stanie infekować ludzkie komórki.

– Bardzo ważne, by laboratoria zajmowały się tylko takimi próbkami, do których obsługi są przygotowane. Jest to ciągły wysiłek ze strony Światowej Organizacji Zdrowia, która współpracuje z państwami, aby upewnić się, że żadne wypadki się nie wydarzą. Jednocześnie nie jesteśmy w stanie przewidzieć tego, co stanie się w przyszłości. To właśnie dlatego musimy ustalić, co się wydarzyło w przypadku koronawirusa, i zapobiegać podobnym sytuacjom – podkreśla dr Paloma Cuchi.

Niebawem powinien zostać opublikowany raport agencji wywiadowczych, którym prezydent USA dał w maju 90 dni na ocenę, czy wirus mógł pojawić się naturalnie, czy więcej jednak wskazuje na to, że został zmodyfikowany przez człowieka. Warto też wskazać na nieujawnione amerykańskie dane wywiadowcze, do których dotarł „The Wall Street Journal”. Wynika z nich, że trzech członków personelu laboratorium z Wuhanu zachorowało w listopadzie 2019 roku na SARS-CoV-2, zanim zgłoszono pierwsze przypadki COVID-19. Chińscy naukowcy przekonywali, że personel instytutu przed styczniem 2020 roku uzyskał wynik negatywny na obecność przeciwciał, które wskazywałyby na zakażenie. Chiny nie przystały też na żądania przeprowadzenia pełnego badania laboratoryjnego.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/who-nie-wyklucza,p1001322943

Pandemia zmieniła preferencje wypoczynkowe Polaków. Turyści wybierają mniejsze hotele i domki letniskowe

Wybierający się na wakacje Polacy szukają w tym roku noclegów bezpiecznych i w miarę odosobnionych, aby ograniczyć kontakty z innymi wczasowiczami. Dużą popularnością cieszą się zwłaszcza domki letniskowe, niewielkie hotele i rodzinne apartamenty typu studio. – Pandemia spowodowała, że Polacy wybierają mniejsze, bardziej kameralne obiekty, które wchodzą w nurt hotelarstwa rozproszonego – mówi Marek Łuczyński, prezes Polskiej Izby Hotelarzy. Na te zmiany wpłynęła także rosnąca w ostatnich latach zamożność społeczeństwa. Polacy w tej chwili oczekują bardziej indywidualnego, rodzinnego traktowania, spersonalizowanych usług i zwracają większą uwagę na szczegóły.

 Pandemia spowodowała, że Polacy wybierają na wakacje domki czy nowoczesne glampingi [czyli luksusowe kepmingi – red.]. Właśnie tego typu hotelarstwo rozproszone staje się coraz bardziej popularne – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marek Łuczyński. – Bardzo popularne są w tej chwili hotele rodzinne i apartamenty typu studio, z aneksem kuchennym.

Według majowego badania IMAS dla KRD („Turystyczne plany Polaków w pandemii”) – ponad 62 proc. Polaków planuje w tym roku wyjechać na letnie wakacje. Co istotne, aż 75 proc. zamierza spędzić je w kraju, a co szósty będzie wypoczywać zarówno w Polsce, jak i za granicą. W związku z tym na większy ruch liczą też obiekty noclegowe. Spośród dostępnej oferty w te wakacje Polacy najchętniej będą rezerwować pobyt w kwaterach prywatnych (42 proc.). Co trzeci urlopowicz przenocuje w pensjonacie, a 30 proc. wybierze hotele. Z kolei co piąty turysta jako bazę noclegową wybierze agroturystykę.

– Mamy teraz do czynienia z bardzo dużym popytem, szukamy wytchnienia od pandemii, Polacy są spragnieni wyjazdów, więc de facto wszystkie oferty hotelarzy cieszą się dużym powodzeniem – wskazuje prezes Polskiej Izby Hotelarzy. – Zdecydowanie polecam rezerwować pobyty w hotelach już teraz, ponieważ cena pobytów może tylko wzrosnąć.

Ze statystyk serwisu OLX wynika, że Polacy intensywnie poszukują noclegów na wakacje już od połowy maja, a szczyt przypadł na koniec czerwca. Najpopularniejsze hasła wpisywane w wyszukiwarce to „domek letniskowy”, „domek nad jeziorem”, „apartament” oraz „pokoje na wynajem”. Pokazuje to, że turyści szukają w tym roku kwater bezpiecznych, w miarę odosobnionych, aby ograniczyć kontakty z innymi wczasowiczami.

– Upodobania Polaków się zmieniły – szukają miejsc bardziej odludnych, z mniejszą liczbą pokoi, bardziej bezpiecznych – mówi Julia Tomicka, właścicielka hotelu butikowego Zatoka Aniołów w Łebie. – Największe zapotrzebowanie jest u nas na pokoje typu studio, czyli 2+2 dla rodziny z dziećmi. Na takie apartamenty jest najwięcej rezerwacji. Zapewne wiąże się to z tym, że Łeba jest miastem przyjaznym dla rodzin, jest tu mnóstwo atrakcji.

Jak ocenia, na zmiany w preferencjach Polaków wpłynęła jednak nie tylko pandemia, ponieważ postępują one już od kilku lat. Przyczynia się do nich też m.in. rosnąca zamożność społeczeństwa.

 Podnosi się standard życia Polaków, a co za tym idzie, mają oni coraz większe oczekiwania dotyczące miejsca, w którym śpią. Goście są zadowoleni, jeśli każdy szczegół jest dopracowany, na przywitanie w pokoju czekają różne souveniry, a z balkonu jest piękny widok. W tym kierunku powinniśmy iść – podnosić klasę i poziom świadczonych usług – mówi Julia Tomicka.

Zauważa też, że oczekiwania Polaków dotyczą nie tylko wysokiego standardu obiektu noclegowego, lecz także indywidualnego traktowania. Goście oczekują spersonalizowanych usług, cenią bezpośredni kontakt z właścicielem obiektu i zwracają uwagę na szczegóły. W czasie pandemii przykładają też większą wagę do tego, czy obiekt jest zdezynfekowany i zapewnia bezpieczeństwo.

 Goście chcą być traktowani wyjątkowo, chcą porozmawiać z właścicielem, zapytać o atrakcje w okolicy. Nie chcą już być anonimowi, oczekują bardziej rodzinnego traktowania. W moim obiekcie są zadowoleni, że mają od nas pełny pakiet informacji, karty menu z restauracji, na przywitanie cytrynówkę i wino z czarnego bzu, które sami robimy – wymienia właścicielka Zatoki Aniołów. – Doceniają także to, że wszędzie są płyny do dezynfekcji, a w pokojach jednorazowe maseczki. Cel jest taki, żeby gość był potraktowany indywidualnie i do nas wrócił.

Hotelarze podkreślają, że obiekty są bezpieczne, i liczą, że zwiększony ruch turystyczny w wakacje pomoże im odrobić choć część covidowych strat. Zwłaszcza przed spodziewaną na jesieni czwartą falą pandemii, do której już przygotowuje się rząd.

Jest ryzyko, że międzynarodowy turystyczny ruch lotniczy zostanie wstrzymany już w sierpniu, najpóźniej we wrześniu – mówi prezes Polskiej Izby Hotelarzy. – Bardzo się boimy jesieni i zimy. Dlatego hotele i obiekty noclegowe też powinny się już do tego przygotować i przeorientować swoje działanie na obiekty świadczące usługi lecznicze, profilaktyczne.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/pandemia-zmienila,p193254208

Metoda „na stłuczkę” wciąż działa. Liczba wyłudzeń z ubezpieczeń komunikacyjnych rośnie z każdym rokiem

W Polsce rokrocznie likwiduje się ponad 6,6 mln szkód w ubezpieczeniach majątkowych i wypłaca prawie 4,7 mln świadczeń z indywidualnych ubezpieczeń na życie. Około 10 proc. z nich to wyłudzenia i oszustwa – wynika z danych Polskiej Izby Ubezpieczeń. Najczęściej dotyczą one ubezpieczeń komunikacyjnych – w 2019 roku skalę oszustw w tym segmencie szacowano na ponad 270 mln zł. – Dobrze jest mieć w samochodzie wideorejestrator jazdy, który będzie rejestrować, co dzieje się przed naszym samochodem i w jego pobliżu, abyśmy mieli dowód, że np. ktoś nie ustąpił nam pierwszeństwa – mówi sierż. sztab. Mariusz Kurczyk z KGP. Nagranie z wideorejestratora może też posłużyć jako dowód podczas ewentualnej sprawy w sądzie. Warunkiem jest jednak jego dobra jakość.

Polacy w 2019 roku podjęli ponad 17,1 tys. udowodnionych prób oszustw ubezpieczeniowych na łączną kwotę 393,8 mln zł – wynika z danych Polskiej Izby Ubezpieczeń. Liczba takich spraw rośnie z każdym rokiem – w 2018 roku było ich nieco ponad 12,2 tys., a oszuści próbowali wyłudzić 232,7 mln zł. Nie oddaje to jednak całej skali zjawiska, bo nie każdy przypadek zostaje wykryty i trafia do organów ścigania. Szacuje się, że w Europie ok. 10 proc. wszystkich wypłacanych przez branżę odszkodowań i świadczeń trafia do osób, które dopuściły się oszustw. Polski rynek nie odbiega od tych szacunków.

Najwięcej wyłudzeń i oszustw dotyczy ubezpieczeń komunikacyjnych. Cztery na pięć wykrywanych fraudów dotyczy właśnie tego segmentu. Ich wartość opiewa na ponad 270 mln zł. Ubezpieczyciele wychwytują m.in. coraz więcej fikcyjnych szkód osobowych z OC komunikacyjnego, które polegają na składaniu roszczeń za rzekome uszkodzenia ciała w wypadku. Przybywa także wyłudzeń na szkodach majątkowych.

– Są dwie grupy tego typu wyłudzeń z tytułu zdarzeń drogowych. Pierwsza to oszuści, którzy działają w zorganizowanej, kilkuosobowej grupie, fingujący zdarzenia, które faktycznie nie miały miejsca. Sporządzają dokumentację, oświadczenia i na tej podstawie domagają się wypłaty od ubezpieczyciela – mówi sierż. sztab. Mariusz Kurczyk z Komendy Głównej Policji. – Druga grupa to sytuacje, w których ktoś posiadający lekko uszkodzone auto chce je naprawić z ubezpieczenia innego uczestnika ruchu drogowego. W tym celu próbuje doprowadzić do kolizji, ale w taki sposób, żeby ten inny uczestnik ruchu został wskazany jako sprawca, z którego polisy zostaną pokryte szkody.

Jak wskazuje policjant, częstą metodą stosowaną przez oszustów w tym celu jest poruszanie się po rondzie zewnętrznym pasem ruchu i chowanie się w tzw. martwym polu innego samochodu. W momencie, kiedy kierowca poruszający się wewnętrznym pasem będzie zjeżdżał z tego ronda, ma dużą szansę doprowadzić do kolizji. W świetle przepisów to on zostanie wskazany jako sprawca, który nie zachował należytej ostrożności podczas zmiany pasa.

– Inną metodą jest też poruszanie się po niewielkich skrzyżowaniach równorzędnych. W momencie, kiedy oszust znajdzie się po prawej stronie, to w świetle przepisów ma pierwszeństwo, ale wykazując się rzekomą kulturą, może wskazywać innemu uczestnikowi ruchu drogowego, że ustępuje mu miejsca, np. kiwając głową albo wskazując ręką. Kiedy samochód z lewej strony ruszy, oszust również rusza i dochodzi do zderzenia. Z punktu widzenia przepisów prawa to oszust jest osobą poszkodowaną – wyjaśnia sierżant sztabowy z KGP.

Większość kierowców dobrze zna sytuację, w której inny uczestnik ruchu jest na tyle uprzejmy, żeby ich przepuścić. Przykładowo osoba jadąca drogą główną mruga długimi światłami, żeby wpuścić kogoś z drogi podporządkowanej. Takie zachowanie, świadczące o kulturze kierowcy, stanowi również wykroczenie (korzystanie ze świateł drogowych niezgodnie z przepisami), ale zdarzają się i tacy, którzy celowo uderzają w przepuszczany pojazd i doprowadzają do kolizji. Po spisaniu oświadczenia lub wezwaniu policji już tylko krok dzieli ich od pieniędzy z odszkodowania.

Jak wskazuje ekspert, w przypadku tak spowodowanej kolizji trzeba zachować zimną krew i zorientować się, czy wokół są np. osoby trzecie, które mogłyby poświadczyć, że np. „mrugnięcie” światłami miało miejsce. Warto też sprawdzić, czy w pobliżu nie ma kamer miejskiego monitoringu.

– Zapis z kamer monitoringu mógłby przykładowo poświadczyć, że oszust już od kilku minut jeździł po rondzie, czekając, aż trafi się ktoś, kto doprowadzi do zderzenia i z czyjego ubezpieczenia będzie można pokryć szkody – mówi Mariusz Kurczyk. – Policjanci, którzy udają się na miejsce takiego zdarzenia, po wysłuchaniu relacji uczestników też wykorzystują dostępne dowody. To może być monitoring miejski, z pobliskich sklepów, lokali usługowych, a nawet domów prywatnych.

Do ustalenia faktycznego przebiegu zdarzenia może posłużyć zainstalowany w samochodzie wideorejestrator, który nagrywa wszystko to, co się dzieje w pobliżu auta. Pamiętajmy jednak, żeby zamontować go w pojeździe w taki sposób, aby nie zasłaniał pola widzenia kierowcy, a w przypadku zdarzenia drogowego nie stanowił dodatkowego zagrożenia w postaci elementu, który może nas uderzyć.

– W razie potrzeby mamy wtedy dowód, że ktoś faktycznie machnął ręką i ustąpił nam pierwszeństwa – wskazuje policjant. – Warto, żeby w miarę możliwości taka kamera była w samochodzie zainstalowana. Materiał z takiego nagrania może posłużyć do tego, żeby udowodnić swoją niewinność.

Nagranie z wideorejestratora jazdy zamontowanego w samochodzie – o ile jest dobrej jakości i nie było w żaden sposób modyfikowane – może posłużyć jako dowód podczas ewentualnej sprawy w sądzie.

– Nagrania z kamer wideo są coraz częściej wykorzystywane w procesach sądowych, co wynika też z faktu, że coraz więcej kierowców nabywa takie urządzenia. Sądy patrzą na tego rodzaju nagrania bardzo przychylnie, ponieważ obiektywnie przedstawiają przebieg zdarzenia. Sam jako pełnomocnik, rozmawiając z klientem, w pierwszej kolejności pytam właśnie o to, czy posiada nagranie ze zdarzenia – mówi radca prawny Mariusz Woźniak.

Aby nagranie z wideorejestratora mogło posłużyć jako dowód, musi być w miarę wysokiej jakości. Warto więc zaopatrzyć się w kamerę o wysokiej rozdzielczości, która ma możliwość czytelnego nagrywania w dzień i w nocy. W razie stłuczki na drodze pozwoli to np. zidentyfikować sprawcę zdarzenia i odczytać jego numery rejestracyjne.

– Przy zakupie kamery samochodowej na pewno warto zwrócić uwagę na jakość wykonania sprzętu i to, czy pochodzi on z odpowiedniego źródła, polskiej dystrybucji oraz czy ma odpowiedni pakiet serwisowy, czyli tzw. obsługę posprzedażową – wskazuje Łukasz Tetkowski, marketing manager CEE & DACH w Mio, firmie produkującej wideorejestratory.

Jak podkreśla, przy zakupie kamery samochodowej szczególną uwagę warto zwrócić na elementy optyki, która stanowi jeden z najważniejszych elementów decydujących o jakości obrazu w wideorejestratorze.

– Pierwszą i podstawową cechą powinny być szklane soczewki. Im więcej szklanych soczewek, tym lepsza rejestracja obrazu. Ważne są też komponenty wykonania. Warto zwrócić uwagę m.in. na to, czy wideorejestrator jest wyposażony w moduł GPS i inne unikatowe funkcje, jak np. ochrona przed odcinkowym pomiarem prędkości, tryb parkingowy czy funkcje ADAS [zaawansowane systemy wspomagania kierowcy – przyp. red.] – wymienia Łukasz Tetkowski.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/metoda-na-stluczke,p608788007

Koreańska firma chce rozwiązać problem nadwagi u domowych kotów. Ponad połowa z nich ma zbyt dużą masę ciała

Ponad połowa domowych kotów ma nadmierną masę ciała. Problem, choć w mniejszym stopniu, dotyczy również psów. Nowe technologie pomagają walczyć z otyłością i nadwagą pupili. Na rynku pojawia się coraz więcej urządzeń do śledzenia aktywności zwierząt. Inteligentny podajnik jedzenia np. ocenia wymagania żywieniowe kota i tworzy spersonalizowany schemat żywienia. Powstała niedawno aplikacja i urządzenie The Little Cat to z kolei inteligentne koło do ćwiczeń dla kotów, którym opiekunowie mogą sterować za pomocą smartfona.

– Zwierzęta domowe potrzebują ruchu. Psy mogą wyjść na spacer i pobiegać, natomiast jeśli właściciel nie ma czasu, aby pobawić się z kotem, zwierzę nie będzie ćwiczyło, co ma oczywiście niekorzystny wpływ na jego zdrowie. Naszą intencją było zadbanie o zdrowie oraz rozrywkę kotów, aby mogły ćwiczyć w sposób, który ich nie irytuje, ale przynosi radość – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Jiwon Kwak z The Little Cat.

The Association for Pet Obesity Prevention szacuje, że w 2018 roku w USA 60 proc. kotów i 56 proc. psów miało nadwagę lub otyłość. Powodem jest niewystarczająca ilość ruchu lub zbyt duże porcje jedzenia w stosunku do potrzeb energetycznych. Dlatego na rynku nie brakuje urządzeń, które mają pomóc pupilom zachować zdrowie, a przy okazji zapewnić odpowiednią ilość ruchu.

W przypadku psów sprawdzą się specjalne szelki i smycze, które informują właściciela o dystansie, jaki przeszedł pupil, straconych kaloriach czy tempie spaceru. Tailio to prosty system monitorowania, który znajduje się pod kuwetą, śledzi wagę i nawyki żywieniowe kota. PetNet, czyli inteligentny podajnik jedzenia, ocenia wymagania żywieniowe zwierzaka i tworzy spersonalizowany schemat żywienia. Powiadomi również, gdy zwierzę zostało nakarmione lub gdy trzeba kupić więcej jedzenia. Podajnik śledzi spożycie kalorii w trybie dziennym, tygodniowym lub miesięcznym.

Na rynku pojawiają się także inteligentne zabawki, które zachęcają do ruchu. Koreański start-up The Little Cat zaprojektował inteligentne koło do ćwiczeń dla leniwych kotów.

– Nasze urządzenie przeznaczone dla kotów jest połączone z aplikacją mobilną. Wewnątrz kołowrotka znajduje się kolorowe światełko. Gdy je przesuwamy za pomocą aplikacji, kot za nim podąża, próbując je złapać. Skacze, wspina się po kołowrotku, bawi się i zaczyna biegać. W ten sposób zachęcamy go do ćwiczeń. Urządzeniem można sterować zdalnie i bawić się z kotem, nawet gdy nie ma nas w pobliżu – tłumaczy Jiwon Kwak.

Little Cat to sprytne koło do ćwiczeń dla kotów, którym opiekunowie mogą sterować za pomocą smartfona. Zawiera tryby automatyczny i ręczny. Koło ma diody LED, aby zwrócić uwagę kotów, wyświetla też przebiegnięty dystans czy spalone kalorie.

– W naszej aplikacji mobilnej dostępne są także inne informacje na temat zdrowia kota. Są to spersonalizowane dane, dzięki czemu właściciel kota otrzymuje sugestie, jak ma postępować ze swoim pupilem w zależności od stanu jego zdrowia – wskazuje ekspertka.

W przyszłości urządzenie może przekazywać kompleksowe informacje o stanie zdrowia kota i jego potrzebach żywieniowych. Zaalarmuje również, jeśli konieczna będzie wizyta u weterynarza.

– Konstrukcja urządzenia została zaprojektowana z myślą o zdrowiu kotów. Gdy kot się rozciąga lub biegnie, jego ciało znacząco się wydłuża. W trosce o uniknięcie urazów i bólów kręgosłupa opracowaliśmy minimalną dopuszczalną wielkość kołowrotka – zapewnia Jiwon Kwak.

Urządzenie kosztuje 1,8 tys. dol. i  na razie można je kupić w Stanach Zjednoczonych, Korei Południowej, Japonii, Katarze i Dubaju. Po prezentacji na tegorocznych targach Mobile World Congress w Barcelonie wkrótce powinno się pojawić ,również w Europie.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/koreaska-firma-chce,p621227731

Złamanie haseł jest dziś prostsze niż kiedykolwiek. Rozwiązaniem może być biometria i klucze kryptograficzne do internetu

Hasła są główną przyczyną ponad 80 proc. naruszeń danych. Przeciętny użytkownik internetu ma ok. 90 kont online, a ponad połowa haseł jest wykorzystywana w więcej niż jednym. Przyszłością jest uwierzytelnianie nie za pomocą haseł, lecz biometrii – m.in. metodą rozpoznawania twarzy czy za pomocą czytnika linii papilarnych, identyfikacji głosu i skanera tęczówki. Wkrótce standardem może stać się uwierzytelnianie dwuskładnikowe, podobnie jak mikroautoryzacje czy klucze bezpieczeństwa.

– Mam nadzieję, że w przyszłości nie będziemy w ogóle używać haseł. Taką transformację, od technologii hasłowych do niehasłowych, przeszła już branża bezpieczeństwa fizycznego. Już ciężko sobie wyobrazić teraz przestrzenie, które są chronione klawiaturami z kodem, większość została zastąpiona kartami zbliżeniowymi. Wygoda zastąpiła te starsze rozwiązania, a skorzystało na tym bezpieczeństwo – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Marcin Szary, współzałożyciel Secfense.

Stopniowo kończy się era tradycyjnych zabezpieczeń w postaci hasła. Zmiany przyspieszyła pandemia koronawirusa, gdy w okresie lockdownów liczba cyberataków wzrosła o kilkaset procent. W przypadku dużej części z nich za zagrożenie odpowiadali sami użytkownicy. Już teraz szacuje się, że hasła odpowiadają za 80 proc. naruszeń danych. Nic w tym dziwnego, skoro przeciętny internauta posiada kilkadziesiąt różnych kont online, a dla ułatwienia sobie życia ponad połowę haseł wykorzystuje w więcej niż jednym koncie.

– Hasło jako wspólny sekret stanowi wiele wyzwań dla bezpieczeństwa. Jeżeli zastąpimy ten wspólny sekret kryptografią tzw. asymetryczną, to znacząco zwiększy bezpieczeństwo systemów. A jeśli dołożymy jeszcze do tego drugi składnik uwierzytelniania, czyli np. cechę biometryczną jak geometria twarzy czy odcisk palca, to to bezpieczeństwo zostanie znacznie zwiększone – przekonuje Marcin Szary.

Jak wskazuje, nowe sposoby uwierzytelnienia stają się rzeczywistością. FIDO2 to globalny standard uwierzytelniania opracowany przez konsorcjum FIDO i zatwierdzony przez W3C (World Wide Web Consortium). Umożliwia użytkownikom wykorzystanie czytników biometrycznych wbudowanych w komputery, smartfony czy tablety i w niedalekiej przyszłości może wprowadzić nas w przyszłość bez haseł. Uwierzytelnianie bazuje na silnej kryptografii klucza publicznego – dane są unikalne dla każdej witryny i nie są przechowywane na serwerze. W ten sposób zmniejsza się ryzyko phishingu, kradzieży haseł i ataków typu replay (playback), gdzie atakujący przechwytuje i retransmituje dane przez sieć. Uwierzytelnianie następuje przy wykorzystaniu czytników biometrycznych wbudowanych w telefony i laptopy lub kluczy bezpieczeństwa.

– Standard FIDO dostarcza kryptografię dla mas, z której będziemy mogli korzystać na co dzień. Mam na myśli klucze do internetu, którymi można tworzyć i weryfikować swoje tożsamości w internecie w sposób bardzo wygodny, a przede wszystkim bezpieczny. Taki uniwersalny klucz można włożyć do portu USB albo zbliżyć go do telefonu i on przy zachowaniu pełnej prywatności będzie generował tożsamości danego użytkownika. Do tego dojdą, co zresztą już się dzieje, zaktywowane czytniki biometryczne wbudowane w telefon czy tablet – tłumaczy współzałożyciel Secfense.

Bezpieczeństwo mogą też zwiększać mikroautoryzacje, czyli dodatkowe uwierzytelnianie przez użytkownika lub autoryzacja przez przełożonego. Chronią wrażliwe zasoby organizacji przed zagrożeniami, takimi jak automatyczny eksport czy niekontrolowany wyciek poufnych danych z aplikacji.

– System ochrony zdrowia zawiera dane pacjenta i ta informacja jest szczególnie wrażliwa. Odkrycie takich danych może wymagać ponownego uwierzytelniania. Nawet jeśli atakujący przejmie daną sesję, to nie będzie miał klucza kryptograficznego albo cechy biometrycznej ofiary, żeby do tej operacji mieć dostęp – tłumaczy Marcin Szary. – Mikroautoryzacja chroni operacje w tych szczególnie wrażliwych systemach – bankowych, rządowych, telekomowych. Wszędzie tam, gdzie dochodzi do szczególnie wrażliwych operacji.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/zlamanie-hasel-jest,p967617254