Branża ciepłownicza obawia się unijnego pakietu Fit for 55. Prezes PGE: Niemożliwy do realizacji w tak krótkim czasie

– Pakiet Fit for 55 jest szalenie ambitny i uważam, że on jest nierealny do przeprowadzenia w ciągu pięciu lat. W polskim ciepłownictwie niemożliwe jest wprowadzenie zmiany technologicznej i przestawienie na OZE w tak krótkim czasie – mówi Wojciech Dąbrowski, prezes zarządu PGE Polskiej Grupy Energetycznej. Unijna polityka klimatyczna i dekarbonizacja to dziś największe wyzwanie, które stoi przed ciepłem systemowym w Polsce. Koszt transformacji tego sektora jest szacowany na ok. 100 mld zł w ciągu najbliższej dekady. Branża wskazuje jednak, że szybkie przejście na OZE jest w jej przypadku niemal niemożliwe – chociażby z braku odpowiedniej technologii – a alternatywą jest kogeneracja oparta na gazie. W procesie transformacji liczy też na szeroką dostępność unijnych środków pomocowych.

– Przed branżą ciepłowniczą stoją dzisiaj gigantyczne zmiany związane z polityką klimatyczną Unii Europejskiej i dekarbonizacją. To jest wciąż branża oparta w większości na węglu. W tym procesie odchodzenia od węgla znaczącą rolę będzie odgrywał gaz, ale też oczywiście wykorzystanie odnawialnych źródeł energii i tych technologii, które dopiero przed nami, związanych i z magazynowaniem energii, z magazynowaniem ciepła, z wykorzystaniem wodoru, z większą ilością dekarbonizowanego gazu w ramach sieci gazowniczych. To wszystko oczywiście na dziś są wyzwania wymagające nakładów inwestycyjnych, ale jestem głęboko przekonany, że branża jest w stanie takie inwestycje zrealizować – mówi Artur Soboń, sekretarz stanu w Ministerstwie Aktywów Państwowych.

Według danych Forum Energii w Polsce prawie 1/4 ciepła powstaje w systemach ciepłowniczych (reszta to indywidualne instalacje grzewcze). Z sieci ogrzewane jest też ok. 40 proc. zasobu mieszkaniowego, a Polska dysponuje siecią ciepłowniczą, która liczy w sumie 21,4 tys. km i jest jedną z najbardziej rozwiniętych w Europie. Jednak krajowe ciepłownictwo opiera się głównie na węglu, rokrocznie zużywając go ok. 26 mln ton. Emituje przy tym około 68 mln ton CO2 rocznie – czyli aż 1/4 całej, krajowej emisji. Wyzwaniem jest też bardzo wysoki  przekraczający w Polsce aż 80 proc.  odsetek nieefektywnych systemów ciepłowniczych. Wszystko to ma wpływ na klimat i zdrowie publiczne, zaostrzając problem smogu, który rokrocznie kosztuje Polskę ok. 30 mld euro (raport „Ciepłownictwo w Polsce 2019”).

– Przed branżą stoi wiele wyzwań, przede wszystkim spełnienie wymogów polityki klimatycznej Unii Europejskiej. Z niepokojem patrzymy na obecne propozycje, następuje próba forsowania kolejnych obostrzeń, kolejnych ograniczeń możliwości produkcji z paliw kopalnych – mówi Wojciech Dąbrowski.

Celem polityki klimatycznej UE jest redukcja emisji CO2 o 55 proc. do końca tej dekady i osiągnięcie neutralności klimatycznej w 2050 roku. W połowie lipca br. Komisja Europejska przedstawiła pakiet reform gospodarczych i legislacyjnych Fit for 55, który ma umożliwić realizację tych założeń. Kierunek wyznaczony przez UE  a przy tym rekordowo wysokie ceny uprawnień do emisji CO2 w systemie ETS  będzie mieć w nadchodzących latach ogromne przełożenie na ciepłownictwo, które czeka etap gruntownych zmian.

– Pakiet Fit for 55 to jest szalenie ambitny plan i uważam, że on jest nierealny do przeprowadzenia w ciągu pięciu lat. Oczekiwany jest dwu-, niemalże trzykrotny wzrost produkcji z OZE, a w tak dużych systemach ciepłowniczych, jakimi są polskie miasta – gdzie mamy wytwarzanie, dystrybucję, duże przedsiębiorstwa ciepłownicze – niemożliwe jest przestawienie na OZE w tak krótkim czasie. Na dziś nie ma takiej technologii, która by to umożliwiała – podkreśla prezes PGE Polskiej Grupy Energetycznej.

Jak wskazuje, obok braku odpowiedniej technologii problemem są też gigantyczne nakłady finansowe, których wymaga transformacje sektora. Te są szacowane na ponad 100 mld zł w ciągu najbliższej dekady. Sama Polska Grupa Energetyczna zamierza do 2050 roku przeznaczyć na ten cel ok. 70 mld zł.

– Nie możemy kosztów całego procesu transformacji przerzucić na klienta – mówi Wojciech Dąbrowski. – Jeśli Unia Europejska oczekuje od nas zmian i przyspieszenia transformacji, to musi nam w tym pomóc finansowo.

– Warunki zawarte w pakiecie Fit for 55 są bardzo trudne do spełnienia – zarówno czasowo, jak i ekonomicznie. To są największe bolączki, bo technicznie można zrobić wiele rzeczy, ale potrzeba na to czasu i środków. Mamy nadzieję, że Unia Europejska – stawiając takie wymagania – będzie konsekwentna i powie: „mamy środki pomocowe i pomożemy wam w dojściu do tej neutralności klimatycznej” – dodaje Przemysław Kołodziejak, prezes zarządu PGE Energia Ciepła.

Ogłoszona w październiku ub.r. strategia Grupy PGE zakłada, że do 2030 roku udział produkcji ciepła ze źródeł zero- i niskoemisyjnych czyli innych niż węglowe – ma wynieść 70 proc. Należąca do niej spółka PGE Energia Ciepła, która na polskim rynku jest liderem (25-proc. udział w rynku ciepła z kogeneracji, 16 elektrociepłowni i ponad 670 km sieci ciepłowniczej), deklaruje, że ten cel jest jak najbardziej realny. Zwłaszcza że nie zaczyna od zera, bo już w tej chwili spółka produkuje ok. 40 proc. ciepła z paliw innych niż węglowe  głównie z gazu.

– Kierunek transformacji jest jasny, tu już nie mamy wątpliwości, musimy zmierzać w stronę zazieleniania ciepła i nasze inwestycje zmierzają w tę stronę. Oczywiście z racji tego, że działamy głównie w dużych miastach, szybkie zastosowanie technologii OZE w tak dużych systemach jest trudne. Dlatego etapem przejściowym jest wykorzystywanie gazu jako paliwa i zakładamy, że po 2040 roku technologie związane z innymi źródłami OZE, z wodorem czy magazynowaniem energii rozwiną się na tyle, że będzie można przejść na nie już w większym stopniu. Natomiast obecnie realizujemy przejście na gaz – mówi Przemysław Kołodziejak.

Gaz jest paliwem dostępnym „tu i teraz”, które z jednej strony pozwala ograniczyć emisje i wpływ branży na środowisko, a z drugiej – zapewnia, że klienci nie odczują rosnących cen na swoich rachunkach. PGE Energia Ciepła już w 2018 roku rozpoczęła prace zmierzające do zamiany węgla na gaz w swoich zakładach. W efekcie do 2023 roku praktycznie w większości zostaną już oddane do eksploatacji nowe instalacje, które przyczynią się do całkowitej albo częściowej rezygnacji z węgla.

– Nasza największa inwestycja, która jest już w trakcie, to budowa nowego bloku Czechnica w Siechnicach pod Wrocławiem, o mocy 170 MW elektrycznych i 160 MW cieplnych. Jest to elektrociepłownia zasilająca aglomerację wrocławską. W przygotowaniu jest budowa podobnej wielkości bloku dla Gdyni, toczą się też postępowania przetargowe na źródła gazowe dla Bydgoszczy i Kielc. Tam, gdzie do tej pory wykorzystywaliśmy kotły węglowe, będą budowane kotłownie gazowe, pełniące funkcję źródeł szczytowych i rezerwowych. Tak więc na dziś przechodzimy na gaz, natomiast przygotowujemy już także scenariusz dekarbonizacji ciepłownictwa – mówi prezes zarządu PGE Energia Ciepła.

Branża podkreśla też, że – wobec czekających ją wyzwań – potrzebne są zarówno środki na sfinansowanie przyszłych inwestycji, jak i odpowiednie, stabilne ramy regulacyjne.

– Fit for 55 to kolejne wyzwania przed polską energetyką i sektorem ciepłownictwa. Dzisiaj jeszcze nie znamy ich skali, bo propozycja Komisji Europejskiej musi wejść w życie i wtedy będziemy mogli się do niej dostosować. Ale już dziś polityka klimatyczna UE i sytuacja rynkowa wymagają gigantycznych nakładów inwestycyjnych, które szacujemy na 100 mld zł do roku 2030. Jednak do tych źródeł współfinansowania inwestycji, które już znamy – m.in. ze środków krajowych NFOŚiGW, z programu Infrastruktura i Środowisko i regionalnych programów operacyjnych – dochodzą środki z Funduszu Sprawiedliwej Transformacji, z Krajowego Planu Odbudowy. Tak więc możliwości współfinansowania inwestycji będzie sporo. Mam nadzieję, że wspólnie uda się wypracować taki program inwestycyjny, który pozwoli wypełnić zobowiązania i dostarczyć klientom nowoczesny produkt w dobrej cenie – mówi minister Artur Soboń.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/branza-cieplownicza,p1646982

Firmy decydują się na łączenie pracy stacjonarnej i zdalnej. Ten model okazał się korzystny zarówno dla pracodawców, jak i pracowników

Właściwe wdrożenie w obowiązki i aklimatyzacja w firmie, dbanie o kondycje psychiczną i odpowiedni work–life balance to najważniejsze wyzwania związane z pracą w pandemicznym świecie. Łączenie pracy stacjonarnej i zdalnej może być dobrym rozwiązaniem zarówno dla organizacji, jak i dla pracownika, ale pod warunkiem że uda się zachować odpowiednie proporcje. – Pracodawcy, którzy będą umieli pogodzić potrzebę kontroli czasu pracy i zaufanie do pracownika, będą wygranymi na rynku pracy – mówi Małgorzata Wojciekiewicz, Business Development Manager w HRlink.

Najważniejsze wyzwania dla działów HR, które pojawiają się w kontekście pandemii koronawirusa, wiążą się z onboardingiem, a szczególnie hybrydowym onboardingiem, czyli dotyczącym pracy w systemie łączonym – częściowo stacjonarnej i zdalnej.

– Jeżeli zespół jest rozproszony, to przygotowanie nowego pracownika do obowiązków w firmie może okazać się sporym wyzwaniem. Członek zespołu, który pracuje w domu, nie może podejść do kogoś i zapytać o to, czego mu potrzeba. Ponadto jest coś takiego jak kultura firmy, którą bardzo trudno jest czasami przekazać tylko drogą online, Dlatego pojawia się zjawisko związane z zaangażowaniem i niestety też z rotacją kadr, jeżeli proces onboardingu nie zostanie odpowiednio zabezpieczony – wyjaśnia Małgorzata Wojciekiewicz.

I podkreśla, że według badań ma to wiele wspólnego z tym, czy pracownik zwiąże się z firmą na dłużej i jak szybko będzie gotowy podjąć się nowych zadań na oczekiwanym poziomie.

– W postpandemicznej rzeczywistości na stałe zostanie z nami wykorzystywanie narzędzi online i praca hybrydowa, co jest chyba często spełnieniem marzeń niektórych osób, aby pracować trochę w domu, trochę w biurze. A w efekcie umożliwia to godzenie obowiązków, jak również potrzeb jednej i drugiej grupy – pracowników i pracodawcy – w taki sposób, żeby wszyscy byli usatysfakcjonowani i żeby nie cierpiała na tym ani praca, ani pracownik – dodaje Business Development Manager HRlink.

Z raportu Future Business Institute zatytułowanego „Praca zdalna – rewolucja, która się przyjęła”, wynika, że aż 75 proc. pracowników chce, aby po zakończeniu pandemii praca zdalna była łączona z pracą biurową. Dla 12 proc. respondentów mogłaby być głównym sposobem świadczenia pracy, a 6 proc. uznało, że praca zdalna powinna zastąpić stacjonarną.

Podobnie jest w przypadku studentów, którzy w najbliższych latach wejdą na rynek pracy. Jak pokazuje raport „First steps into the labour market” przygotowany przez firmę doradczą Deloitte, prawie połowa młodych ludzi z Polski najchętniej pracowałaby zdalnie przez jeden–dwa dni w tygodniu, a 26 proc. więcej niż tydzień w miesiącu. Z kolei 12 proc. studentów chciałoby pojawiać się w biurze codziennie, a tylko 4 proc. woli pracę z domu.

Niewielki odsetek zwolenników całkowitej pracy zdalnej nie dziwi, gdyż jej nadmiar powoduje różnego rodzaju problemy związane z izolacją i samotnością, np. brakiem okazji, aby wypić kawę w towarzystwie współpracowników, oraz właściwym oddzieleniem pracy od życia rodzinnego.  

– Okazuje się, że to są ważne elementy, które dla pracowników były być może wcześniej niedostrzegane, dzisiaj coraz bardziej doceniane i pracodawcy zastanawiają się, jak pogodzić pracę w domu i potrzebę osobistych kontaktów. Z pewnością pomocny będzie jakiś system motywacji do tego, żeby pracownicy jednak się spotykali, bo to jest ważne dla kultury organizacyjnej – dodaje Małgorzata Wojciekiewicz.

Kolejny element, który stanowi problem w czasie pandemii, to dbanie o dobrostan pracowników i w tym zakresie rynek usług HR będzie się rozwijał. Już dziś powstają firmy, serwisy, start-upy, które są dedykowane właśnie obszarom zabezpieczenia potrzeb pracowników w zakresie zdrowia psychicznego i komfortu pracy, bez względu na to, czy pracują z domu, czy z biura.

– Cała branża wsparcia psychologicznego pracuje intensywnie na rzecz wsparcia pracowników i dzisiaj pracodawcy też otwarcie o tym rozmawiają. I myślę, że to będzie się rozwijało. Są systemy, programy, aplikacje, które pozwalają się odstresować podczas rozmowy z nowoczesną sztuczną inteligencją – wymienia ekspertka.

Komunikacja online pozostanie już stałym elementem rekrutacji i ten obszar również będzie się rozwijał. Ważna będzie automatyzacja procesu rekrutacji po stronie pracodawcy w taki sposób, aby pozyskać pracownika dopasowanego do danej kultury w firmie. Z kolei komunikacja powinna się koncentrować na tym, co jest ważne w komunikacji międzyludzkiej, np. wartościowy feedback po rozmowie rekrutacyjnej. Wszystko po to, aby kandydat wiedział, dlaczego nie został przyjęty.

– Dla niektórych pandemia była swego rodzaju nauką i pokazała, jak może wyglądać praca i jakie korzyści wynikają z tego, co nas spotkało w tym trudnym czasie. I mam nadzieję, że ci, co nie będą chcieli wracać do biur, będą mogli korzystać z dobrodziejstw pracy zdalnej z dowolnego miejsca – podsumowuje Business Development Manager HRlink.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/firmy-decyduja-sie-na,p428376081

Dachy z instalacją fotowoltaiczną mogą stwarzać zagrożenie pożarowe. Zastosowanie istniejących przepisów niweluje to ryzyko

W Polsce gwałtownie przybywa instalacji fotowoltaicznych. W maju tego roku powstało ich aż 29,5 tys., a moc zainstalowana sięga już 5 GW. To m.in. efekty rządowych programów, które mają na celu zwiększenie efektywności energetycznej budynków i osiągnięcie neutralności klimatycznej. Na montaż paneli na dachach decyduje się wielu właścicieli domów jednorodzinnych, tymczasem poziom wymaganych przepisami zabezpieczeń przeciwpożarowych od lat pozostaje w ich przypadku niezmieniony. Dlatego eksperci Stowarzyszenia na rzecz bezpieczeństwa pożarowego NIzO (Nie Igraj z Ogniem) alarmują: – Jak każda instalacja elektryczna fotowoltaika może stać się źródłem pożarów, do których przyczyniają się również np. błędy instalacyjne czy brak serwisowania. Między innymi dlatego warto zadbać o odpowiednie zabezpieczenia dachów i poddaszy.

Od kilku lat w Polsce trwa boom na instalacje fotowoltaiczne. Ich liczba z roku na rok rośnie dwu-, trzykrotnie. Wzrost zainteresowania użytkowników napędzają m.in. rządowe programy takie jak Mój Prąd, w ramach którego można otrzymać dofinansowanie do takiej inwestycji. W połączeniu z odpowiednią izolacją budynku i pompą ciepła panele mogą stanowić źródło ogrzewania, dzięki czemu dom staje się  bardziej efektywny energetycznie.

– Obecnie na rynku obserwujemy dynamiczny wzrost liczby systemów fotowoltaicznych na dachach budynków, zarówno budynków jednorodzinnych, wielorodzinnych, jak i hoteli czy biur – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Monika Hyjek, ekspertka ds. bezpieczeństwa pożarowego ze Stowarzyszenia NIzO. – Popularność fotowoltaiki pociąga za sobą również wzrost liczby pożarów od takich instalacji. Musimy mieć bowiem świadomość, że instalacje fotowoltaiczne, tak samo jak każde inne instalacje elektryczne, mogą być źródłem pożaru. Przyczyną tego są najczęściej błędy montażowe lub też uszkodzenia, które powstały na etapie użytkowania takich instalacji.

Domy jednorodzinne są największą grupą budynków w Polsce. Przepisy techniczno-budowlane zwalniają ich właścicieli z wielu przepisów dotyczących bezpieczeństwa pożarowego. Dla takich budynków nie ma konieczności określania klasy odporności pożarowej, a co za tym idzie podstawowej klasy odporności ogniowej elementów takiego budynku, jak również wymagań dotyczących rozprzestrzeniania ognia dla tych elementów.

– Przepisy techniczno-budowlane niestety nie stawiają żadnych wymagań szczegółowych dla dachów, na których stoi instalacja fotowoltaiczna, jednakże jest ogólny przepis, dzięki któremu nasz dach może być bezpieczny nawet z instalacją fotowoltaiczną – wskazuje Monika Hyjek.

Jak podkreśla, należy pamiętać, że nie ze wszystkich przepisów dotyczących bezpieczeństwa pożarowego inwestorzy są zwolnieni.

– Istnieje przepis ogólny, który nakazuje oddzielenie palnej konstrukcji lub palnego przekrycia od wnętrza budynku przegrodą, która ma odpowiednią klasę odporności ogniowej, niezależnie od tego, czy na takim dachu stoi instalacja fotowoltaiczna, czy nie. Przepis ten obowiązuje zarówno w budynkach jednorodzinnych, wielorodzinnych, jak i w budynkach biurowych czy hotelach i pensjonatach – wszędzie tam, gdzie poddasze użytkowe przeznaczone jest na cele mieszkalne lub biurowe – wskazuje ekspertka. – Jego realizacja pozwala na opóźnienie rozwoju pożaru, a tym samym na zwiększenie czasu na zawiadomienie straży pożarnej i rozpoczęcie akcji ratowniczo-gaśniczej, a przede wszystkim na ewakuację. To są minuty, które mogą uratować życie.

Paragraf 219 ustęp 2 tzw. warunków technicznych nakazuje oddzielenie palnej konstrukcji i palnego przekrycia dachu przegrodą o klasie odporności ogniowej EI 30 w budynkach niskich i EI 60 w budynkach średniowysokich i wysokich. Przepis ten obowiązuje w budynkach Zl III, Zl IV i ZL V, w których poddasze przeznaczone jest na cele biurowe lub mieszkalne. Zabezpieczenie poddasza i dachu jest szczególnie istotne w momencie instalowania paneli fotowoltaicznych, o czym powinni pamiętać nie tylko architekci, lecz także właściciele np. domów jednorodzinnych, którzy planują inwestycję w energię słoneczną.

– O zastosowaniu tego przepisu powinni pamiętać przede wszystkim architekci, projektanci, ale również dotyczy on właścicieli i zarządców budynków, szczególnie takich, na których dachach planowana jest instalacja fotowoltaiczna – wskazuje Monika Hyjek.

Najczęstszą przyczyną pożarów spowodowanych przez panele fotowoltaiczne są błędy instalacyjne i brak serwisowania. Dlatego dach, na którym je zainstalowano, oraz poddasze, nad którym się znajdują, powinny być odpowiednio zabezpieczone. Dotyczy to m.in. zapewnienia odporności ogniowej przekrycia dachu (z niepalnych materiałów lub co najmniej niepalnej izolacji cieplnej) oraz oddzielenia przekrycia od wnętrza budynku przegrodą o odpowiedniej odporności ogniowej.

– Realizacja tego przepisu polega na wykonaniu dachu zgodnie z klasyfikacją w zakresie odporności ogniowej. W dokumentach tych znajdują się pewne ograniczenia, pewne warunki brzegowe, których spełnienie pozwala na zapewnienie odpowiedniego poziomu odporności ogniowej dla takiego przekrycia. Dostępne na rynku klasyfikacje nakazują m.in. ocieplenie takiego przekrycia izolacją z wełny skalnej, w niektórych przypadkach szklanej. Oznacza to, że nie dopuszcza się izolacji takiego przekrycia izolacją z pianki poliuretanowej lub celulozy – wskazuje ekspertka ds. bezpieczeństwa pożarowego ze Stowarzyszenia NIzO.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/dachy-z-instalacja,p2141301440

Polska firma pracuje nad superdronem, który może latać, jeździć i pływać. Znajdzie zastosowanie w branży ratowniczej i w wojsku

Polska firma tworzy drona, który będzie mógł się poruszać w każdym środowisku – w wodzie, powietrzu i na ziemi. Nowy pojazd byłby w stanie wylądować na wysokim budynku, dojechać do krawędzi dachu, zatrzymać się i przez kilka dni obserwować kamerą teren. Ta zaleta daje mu znaczną przewagę. B-Technology pracuje nad nową technologią zasilania drona, która umożliwi wykorzystanie zgromadzonej energii w każdym środowisku. Pojazd sprawdzi się m.in. w branży ratowniczej czy wydobywczej, wstępne zainteresowanie wyraził również Pentagon.

Pracujemy teraz nad dronem, który będzie jeździł, latał i pływał, ale będzie to robił w sposób bardzo efektywny w każdym środowisku. Czyli nie pracujemy nad dronem, który wyląduje na wodzie i będzie się unosił, bo to nie jest zbyt trudne do zrobienia. Chcemy stworzyć drona, który będzie osiągał duże prędkości w pływaniu, duże prędkości na lądzie i będzie miał zdolności poruszania się w trudnym terenie – mówi agencji Newseria Innowacje Witold Mielniczek, prezes B-Technology.

Już kilka lat temu polska firma opracowała X-Tankcopter, określany mianem pierwszego na świecie latającego czołgu, który świetnie radzi sobie zarówno na ziemi, jak i w powietrzu. Opatentowany układ napędu umożliwił efektywne połączenie obu systemów lokomocji – jazdy i lotu. W bardzo wymagającym terenie potrafił wzbić się w powietrze czy nagrać film w wysokiej rozdzielczości. Teraz B-Technology idzie o krok dalej. Pracuje nad superdronem, który będzie potrafił poruszać się w każdym środowisku, co więcej – w każdym z nich równie efektywnie.

– Zaangażowaliśmy wiele dziedzin nauki, przede wszystkim materiałoznawstwa, bo to chyba najtrudniejsze, żeby ten dron był mały, lekki, wytrzymały. To optymalizacja pod względem oporów aerodynamicznych, wykorzystanie gąsienic do uzyskania dodatkowego udźwigu, a nie stracenia go, podniesienia efektywności pracy śmigieł. W zasadzie budujemy pojazd z trzech różnych środowisk w jednym. Musimy wszystko przeprojektować, zrobić to lżej, lepiej, zaprojektować gąsieniczki, które mają dobrą przyczepność na ziemi, ale mogą też podnieść efektywność pracy śmigieł w powietrzu czy środowisku wodnym – tłumaczy Witold Mielniczek.

Jak przyznaje prezes B-Technology, obecnie trwają prace nad napędem nowego drona tak, by mógł latać z maksymalnie dużą prędkością, a przy tym był wytrzymały. Zaprojektowany przez firmę dwa lata temu latający czołg, X-Tankcopter, mógł latać ok. 25 minut lub jeździć po ziemi 1,5 godziny z prędkością do 10 km/h, co było poza zasięgiem innych systemów. Superdron, nad którym trwają prace, ma te parametry znacznie poprawić.

– Naszym celem jest wykorzystanie 100 proc. potencjalnej mocy całego systemu w tych trzech środowiskach, czyli 100 proc. do jazdy, 100 proc. do pływania i 100 proc. do lotu. W każdym środowisku dron nie będzie gorszy od innych tego typu pojazdów, nie będzie gorszy od pojazdu gąsienicowego na ziemi, nie będzie gorszy od zdalnie sterowanej łódki na wodzie i też nie będzie gorszy w dużym stopniu od drona, który tylko potrafi latać – podkreśla Mielniczek.

Pojazd polskiej firmy, który miałby zdolność do poruszania się w każdym środowisku, mógłby znaleźć zastosowanie w wielu branżach. Przede wszystkim poszukiwawczej i wydobywczej, pomógłby w ocenie skutków nawałnic czy powodzi, wiadomo też, że chciałyby go wykorzystać służby ratownicze, np. do poszukiwania ludzi po zejściu lawin, czy ubezpieczeniowe – do oceny strat. Dron sprawdzi się też w branży rozrywkowej.

– To idealna zdalna kamera, którą można w łatwy sposób umieścić na dachu budynku, dojechać do krawędzi i jeśli włączymy silniki do lotu i do jazdy, to czas przesyłania obrazu na żywo do bazy znacznie się zwiększa, do kilkunastu godzin w małym dronie, co jest poza zasięgiem jakiegokolwiek innego – tłumaczy prezes B-Technology. – Chcemy, żeby nasz pojazd, w momencie kiedy wyląduje na wodzie, sobie pływa, mógłby zaglądnąć kamerą pod lustro wody. Wydaje mi się, że to by było supernarzędzie do stworzenia bardzo ciekawych filmów z innej perspektywy niż tylko widok z nieba.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/polska-firma-pracuje-nad,p2081343572

Ministerstwo Finansów pracuje nad nowymi rozwiązaniami dla samorządów. Mają rekompensować ubytki spowodowane Polskim Ładem

Z wyliczeń Ministerstwa Finansów wynika, że zmiany podatkowe wprowadzane Polskim Ładem będą kosztować samorządy ok. 150 mld zł w ciągu 10 lat. Trwają prace nad rozwiązaniami legislacyjnymi, które mają te straty zrekompensować. Proponowane zmiany to gwarancja dochodów i subwencja rozwojowa dla aktywnych inwestycyjnie gmin. W efekcie dochody jednostek samorządu terytorialnego (JST) mają być o ok. 10 proc. wyższe niż prognozowane. – Zarówno w trakcie pandemii, jak i obecnie samorządy bardzo dobrze poradziły sobie, jeżeli chodzi o stronę budżetową – mówi Sebastian Skuza, wiceminister finansów.

Samorządy są integralną częścią państwa i struktur państwowych, więc najbardziej skorzystają na ogólnym rozwoju gospodarczym, który niesie ze sobą Polski Ład. Premier wspominał o dynamicznym wzroście wynagrodzeń, największym, jaki mieliśmy dotychczas w Polsce, więc samorząd terytorialny jako udziałowiec podatku od osób fizycznych również na tym wzroście płac skorzysta, podobnie jak na rozwoju gospodarczym w zakresie wyższych wpływów z podatku dochodowego od osób prawnych – mówi agencji Newseria Biznes Sebastian Skuza.

Sami zainteresowani zwracają jednak uwagę przede wszystkim na spadek dochodów, jakie niesie za sobą Polski Ład i proponowane w nim zmiany podatkowe. Według przepisów, których konsultacje właśnie dobiegają końca, od przyszłego roku ma wzrosnąć kwota wolna od podatku do 30 tys. zł, a drugi próg podatkowy ma zostać podniesiony z 85 tys. na 120 tys. zł, przez co liczba osób płacących 32-proc. podatek dochodowy spadnie o połowę. Na zmianach skorzysta prawie 18 mln Polaków, a niemal 9 mln z nich przestanie płacić PIT. To m.in. osoby najuboższe i 70 proc. emerytów i rencistów. Obniżka podatków oznacza jednak ubytek w dochodach samorządów. Z oceny skutków regulacji przedstawionej przez resort finansów wynika, że spadną one o 26,8 proc., czyli o ponad 15 mld zł w przyszłym roku. W ciągu 10 najbliższych lat JST stracą ponad 150 mld zł. Ministerstwo Finansów zapewnia, że chce te negatywne skutki rekompensować.

– Przygotowujemy pewne rozwiązania legislacyjne w tym obszarze, które będą się opierać na dwóch filarach. Filar pierwszy – rozwiązania prawne, które de facto będą gwarantować jednostkom samorządu terytorialnego nie mniejsze z roku na rok udziały w podatkach dochodowych. Czyli dochody z tego tytułu nie będą spadać. Drugim filarem będzie wprowadzenie nowej części subwencji ogólnej, tzw. subwencji rozwojowej, która będzie naliczana w zależności np. od liczby mieszkańców, ale także aktywności inwestycyjnej jednostek samorządu terytorialnego – wymienia Sebastian Skuza.

Mechanizmem wspierającym samorządy ma być także Program Inwestycji Strategicznych, który będzie oferował bezzwrotne dofinansowanie inwestycji JST, co ma zwiększyć ich skalę. W tym roku do samorządów trafi też 8 mld zł (dzielone algorytmem), co jest efektem dobrej sytuacji budżetowej. Ministerstwo wprowadzi też rozwiązania przejściowe, które dadzą JST większą elastyczność zarządzania budżetami na skutek zmiany reguł fiskalnych, oraz podniesie limit spłaty długu JST i wprowadzi rozwiązania wspierające wykorzystanie środków unijnych.

Resort wyliczył, że po wprowadzeniu Polskiego Ładu i rozwiązań stabilizujących w przyszłym roku samorządy osiągną dochody z tytułu PIT, CIT i subwencji ogólnej na poziomie ok. 146 mld zł, czyli o 4,6 proc. wyższej, niż prognozowały w wieloletniej prognozie finansowej. Po doliczeniu do tego środków inwestycyjnych z Funduszu Polski Ład wzrost dochodów ma sięgnąć 9,6 proc.

Jak podkreśla wiceminister finansów, sytuacja finansów samorządowych jest stale monitorowana i na razie nie ma powodów do obaw.

Zarówno w trakcie pandemii, jak i obecnie samorządy poradziły sobie bardzo dobrze, jeżeli chodzi o stronę budżetową. Zwracam tutaj uwagę na fakt, że w roku 2020 jednostki samorządu terytorialnego zrealizowały dochody wyższe, niż planowały przed pandemią. Co więcej, planowały deficyt w wysokości około 21 mld zł, a rok zakończyły nadwyżką w wysokości 5,7 mld zł. Również rok bieżący jest rokiem obiecującym ze względu na stronę dochodową, jak również na wynik jednostek samorządu terytorialnego – zapewnia Sebastian Skuza.

Po I półroczu 2021 roku samorządy wykazują nadwyżkę budżetową w kwocie 22,4 mld zł. Dzięki dynamicznemu odbiciu w gospodarce i prognozowanemu wzrostowi wpływów z podatku PIT i CIT również perspektywy na II połowę roku są obiecujące.

Unia Metropolii Polskich podkreśla jednak, że dla samorządów dużym problemem jest znaczący wzrost bieżących kosztów obsługi mieszkańców. Jest on dwukrotnie wyższy niż wzrost dochodów bieżących. Bolączką jest także narastające niedofinansowanie oświaty. Subwencja na ten cel pokrywa dziś niecałe 60 proc. wydatków na oświatę.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/ministerstwo-finansow,p789735065

Internet rzeczy i sztuczna inteligencja przyspieszą odchodzenie od węgla w przemyśle. Ambitne unijne cele spotęgują inwestycje w innowacje

Przemysł to drugi po energetyce największy emitent gazów cieplarnianych. Bez jego dekarbonizacji nie da się osiągnąć neutralności klimatycznej UE w 2050 roku. Szansą dla firm z tego sektora jest digitalizacja i rozwiązania oparte m.in. na danych z internetu rzeczy czy sztucznej inteligencji. Według Schneider Electric pozwalają one zredukować ślad węglowy nawet o 50 proc., przy jednoczesnej oszczędności wykorzystywanej energii nawet o 80 proc. – Unijny cel jest bardzo ambitny. Przyjęty niedawno pakiet legislacyjny Fit for 55 pokazuje, że chcemy obniżyć emisję dwutlenku węgla o 55 proc. jeszcze przed 2030 rokiem – wskazuje Jacek Łukaszewski, prezes zarządu Schneider Electric Polska.

Fit for 55 – czyli pakiet reform gospodarczych i legislacyjnych, ukierunkowanych na walkę ze zmianami klimatu – został przyjęty przez Komisję Europejską w połowie lipca. Ma pomóc w realizacji celu, jakim jest redukcja emisji gazów cieplarnianych co najmniej o 55 proc. do 2030 roku (w stosunku do poziomu z 1990 roku). Do 2050 roku natomiast UE zamierza już osiągnąć zerową emisję netto. Pakiet Fit for 55 jest uzupełnieniem przyjętego wcześniej Europejskiego Zielonego Ładu. Jego realizacja będzie dla UE bardzo kapitałochłonnym zadaniem. Według Europejskiego Banku Inwestycyjnego osiągnięcie 55-proc. redukcji emisji CO2 przed końcem tej dekady będzie wymagać ok. 350 mld euro dodatkowych inwestycji rocznie.

Najważniejsze założenia Fit for 55 to m.in. wzrost udziału OZE w unijnym miksie energetycznym z 32 do 40 proc. do końca tej dekady, reforma systemu handlu uprawnieniami do emisji CO2 (ETS), nowelizacja dyrektyw o energii odnawialnej (RED) oraz o efektywności energetycznej (EED), a także nowelizacja rozporządzenia określającego normy emisji CO2 dla samochodów osobowych i dostawczych. Według Europejskiej Agencji Środowiska to właśnie transport, energetyka i przemysł są trzema sektorami kluczowymi dla stopniowego ograniczania emisji gazów cieplarnianych.

– Jednym z elementów dążenia do neutralności klimatycznej będzie tzw. inteligentna elektryfikacja, czyli zamiana źródeł na czystsze formy energii. Co więcej, energię elektryczną z odnawialnych źródeł jesteśmy dziś w stanie wytwarzać stosunkowo łatwo, nie generując śladu węglowego – mówi prezes Schneider Electric Polska. – Zmiany związane z unijnym Zielonym Ładem dotkną jednak nie tylko branży energetycznej, ale prawie każdej dziedziny gospodarki, każdej firmy działającej na rynku i każdego konsumenta.

Dekarbonizacja będzie zatem wyzwaniem także dla biznesu i przedsiębiorstw, zwłaszcza z branży przemysłowej. Według danych Komisji Europejskiej w 2017 roku przemysł odpowiadał za blisko 8 proc. emisji gazów cieplarnianych w UE (z kolei ponad 80-proc. udział miała energetyka). Szansą na redukcję emisji w tym sektorze może być digitalizacja i rozwiązania oparte m.in. na danych z internetu rzeczy czy sztucznej inteligencji. Według szacunków Schneider Electric wykorzystanie w przemyśle nowych technologii pozwoli ograniczyć ślad węglowy nawet o kilkadziesiąt procent, przy zachowaniu podobnej wielkości oszczędności energii i kosztów utrzymania.

– Daleko idąca transformacja cyfrowa jest kolejnym elementem dążenia do neutralności klimatycznej. Mamy już doświadczenie w zakresie cyfrowej transformacji przemysłu i Unia Europejska ma potencjał, aby stać się światowym liderem w tej dziedzinie – ocenia Jacek Łukaszewski. – Transformacja cyfrowa pozwala zwiększyć efektywność procesów przemysłowych, a zatem obniżyć koszty wytwarzanych produktów. Co więcej, możemy w ten sposób redukować zużycie energii i podnosić efektywność energetyczną, jednocześnie obniżając ślad węglowy.

Jak podkreśla, Schneider Electric od lat wdraża takie rozwiązania po stronie swoich klientów. Zaprojektowana przez firmę inteligentna infrastruktura EcoStruxure, oparta m.in. na danych z internetu rzeczy, pozwala zredukować ślad węglowy nawet o 50 proc., przy jednoczesnej oszczędności wykorzystywanej energii nawet o 80 proc.

– Oferujemy tego typu rozwiązania naszym klientom, ale wdrażamy je również u siebie. Pierwszym takim wdrożeniem jest inteligentna i zintegrowana fabryka w miejscowości Le Vaudreuil we Francji. Wdrożyliśmy w niej architekturę EcoStruxure, umożliwiającą osiągnięcie maksymalnej efektywności energetycznej i podniesienie efektywności procesów przemysłowych przy jednoczesnej redukcji kosztów – wyjaśnia prezes spółki. – Możemy już pochwalić się konkretnymi wynikami. Przez ostatnie dwa lata, czyli od 2018 do 2020 roku, klienci korzystający z naszych rozwiązań zaoszczędzili ponad 130 mln ton emisji CO2. Szacujemy, że do 2025 roku te oszczędności przekroczą już 800 mln ton.

Swoje rozwiązania z zakresu digitalizacji przemysłu i efektywności energetycznej Schneider Electric zaprezentuje podczas tegorocznych Targów ENERGETAB w Bielsku-Białej, największych w Polsce targów nowoczesnych urządzeń, aparatury i technologii dla przemysłu energetycznego, w których co roku bierze udział ok. 700 wystawców z kilkudziesięciu krajów Europy, Azji i USA. Tegoroczna edycja odbędzie się w dniach 14–16 września w formie hybrydowej – chętni niemogący uczestniczyć w targach na miejscu będą mogli skorzystać z szerokiego wachlarza webinarów. 

 Jako Schneider Electric nie tylko aktywnie kibicujemy unijnym celom klimatycznym, lecz także wyznaczamy własne, często dużo bardziej ambitne cele. Do 2030 roku chcemy już osiągnąć neutralność klimatyczną w zakresie naszych własnych operacji, a do 2050 roku – zerową emisję netto w całym naszym łańcuchu dostaw, obejmującym też dostawców i klientów. Mamy już w tym zakresie niemałe dokonania, w tym roku na Światowym Forum Ekonomicznym w Davos zostaliśmy uhonorowani tytułem najbardziej zrównoważonej firmy na świecie – podkreśla Jacek Łukaszewski.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/internet-rzeczy-i-sztuczna,p1527531559

Czas wizyty u lekarza ma szansę się wydłużyć. Pomóc ma w tym opracowywana aplikacja archiwizująca historię choroby i analizująca zebrane dane

Wizyta u lekarza w Polsce trwa średnio 10 minut. Część cennego czasu zajmuje wypełnianie dokumentacji. Można go zaoszczędzić dzięki zaprojektowanej przez Polaków mobilnej aplikacji, która gromadzi historię choroby i dzięki temu skraca czas wypisywania dokumentów. Aplikacja służy do przechowywania danych, a także analizowania i wyciągania wniosków z dostępnych informacji medycznych. Co ważne, taka elektroniczna karta zdrowia ma być dostępna nie tylko dla lekarzy i szpitali, lecz przede wszystkim dla pacjenta.

– Polski system, jak każdy system zdrowia, potrzebuje elektronicznej dokumentacji. Potrzebujemy, żeby wszystko było trzymane w jednym miejscu. To na pewno poprawi jakość usług i ułatwi pracę lekarzom, powinno też przyspieszyć nam pracę. Do tej pory, jeżeli przychodziliśmy do nowej kliniki, gdzie nasze dane nie były obecne, i opowiadaliśmy o jakimś problemie, to lekarz prowadzący musiał wszystko wpisać do systemu. Teraz, znając historię naszej choroby, będzie w stanie postępować lepiej i szybciej – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Sebastian Suchanowski, założyciel SynappseHealth.

Międzynarodowy zespół naukowców, m.in. z Wielkiej Brytanii i Finlandii, opublikował w „British Medical Journal” wyniki badań dotyczące długości wizyt u lekarzy pierwszego kontaktu. Wynika z nich, że w Polsce średnia wizyta u lekarza trwa zaledwie 10 minut. Część cennego czasu zajmuje wypisywanie dokumentacji, można go jednak zaoszczędzić dzięki aplikacji polskiej firmy SynappseHealth.

– Głównym celem aplikacji jest umożliwienie każdemu przechowywania swoich danych medycznych w chmurze. Nie ograniczamy się do konkretnego typu odbiorców, będziemy obsługiwać osoby, które mają choroby przewlekłe i schorzenia wymagające regularnych pomiarów, regularnych wizyt, także matki z dziećmi, które pojawiają się u lekarza co dwa–trzy tygodnie, kiedy dzieci wchodzą w wiek przedszkolny, czy osoby aktywne sportowo, które dbają o zdrowie – wymienia Sebastian Suchanowski.

Aplikacja ma wesprzeć przede wszystkim lekarzy podczas wykonywania obowiązków, a czas, który obecnie poświęcają na wywiad, przeznaczą na diagnostykę i leczenie. SynappseHealth sprawdzi się także w sytuacji zagrożenia życia. Zamiast przeszukiwać system, lekarze czy ratownicy medyczni wszystkie informacje znajdą w jednym miejscu, w tym np. dane dotyczące alergii na leki. W aplikacji znajdzie się też historia choroby, wszystkie wizyty lekarskie, objawy i diagnozy.

– W SynappseHealth mamy trochę inne podejście do elektronicznej karty zdrowia, tradycyjnie jest to po prostu miejsce, w którym przechowujemy nasze dane medyczne. Chcemy rozwiązać problem prywatności, obecny w tej chwili nie tylko w Polsce, że nasze dane medyczne są wszędzie, ale nie u nas – tłumaczy założyciel SynappseHealth.

Elektroniczna karta zdrowia, a taką może być aplikacja SynappseHealth, pozwala przechowywać wszystkie informacje w jednym miejscu. Ogranicza niepotrzebne badania, oszczędzając zarówno czas, jak i pieniądze, umożliwia lekarzom szybkie przetwarzanie i analizowanie informacji w celu ograniczenia błędów medycznych i poprawy wyników leczenia.

Dane medyczne należą do grupy danych wrażliwych, przeważnie są jednak rozproszone po różnych klinikach. W każdej z nich znajduje się jednak tylko część danych. Aplikacja ma rozwiązać problem związany z prywatnością, m.in. dzięki odpowiedniemu szyfrowaniu.

– To, nad czym teraz głównie pracujemy, to szyfrowanie tzw. end-to-end, które polega na tym, że nawet my jako system nie jesteśmy w stanie odczytać danych. Tylko użytkownik z poziomu aplikacji, gdzie przechowuje odpowiednie klucze szyfrujące, jest w stanie odczytać te informacje. Naszym celem jest, żeby wszystkie informacje ze wszystkich źródeł trafiły do aplikacji. I wtedy, czy to też osoba z zagranicy mieszkająca w Polsce, która nie mówi w danym języku, może przetłumaczyć rzeczy, które są tak naprawdę wybierane ze słownika, jak symptomy czy nazwa schorzenia – podkreśla Sebastian Suchanowski.

SynappseHealth wydało już pierwszą wersję swojej aplikacji, tzw. proof of concept, chcąc sprawdzić, jak użytkownicy korzystają z tego typu produktów. W tej chwili trwają prace nad aplikacją z pełną funkcjonalnością.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/czas-wizyty-u-lekarza-ma,p1451432181

Odbicie polskiej gospodarki zwiększa aktywność przedsiębiorstw. Firmy szukają możliwości rozwoju za granicą [DEPESZA]

Szybsze niż prognozowane odbicie w gospodarce sprawia, że aktywność klientów Citi Handlowy wraca do poziomów sprzed pandemii – wynika z raportu wynikowego banku za II kwartał. Widać to zarówno w segmencie korporacyjnym, jak i indywidualnym, m.in. po wzroście wolumenu transakcji kartami kredytowymi. Widoczna jest aktywność eksportowa firm – o 1/3 zwiększył się wolumen wymiany walut przez przedsiębiorstwa, a o 16 proc. wzrosła liczba przelewów zagranicznych. Po raz trzeci z rzędu bank znacząco zwiększył też akcję kredytową w branżach nastawionych na eksport.

Jak wynika z szybkiego szacunku Głównego Urzędu Statystycznego, w II kwartale tego roku produkt krajowy brutto wzrósł o prawie 11 proc. w porównaniu do tego samego okresu rok wcześniej. W ujęciu rocznym jest to najwyższy wzrost w historii.

 Oczekujemy, że szybsze niż prognozowane odbicie gospodarcze pozytywnie przełoży się na rozwój naszych klientów. Będziemy ich w tym wspierać, między innymi oferując nowoczesne rozwiązania, które ułatwią im prowadzenie biznesu w Polsce i na rynkach międzynarodowych – powiedziała podczas wideokonferencji Elżbieta Czetwertyńska, wiceprezes zarządu, kierująca pracami zarządu banku Citi Handlowego.

– Dla tych klientów, dla których rynek polski okazał się za mały i chcieli wyjść na rynki zagraniczne, Citi Handlowy jest oczywistym partnerem poprzez swoje przewagi zarówno w obszarze wymiany walut, jak i bankowości transakcyjnej oraz globalnej sieci – podkreśla Natalia Bożek, wiceprezes zarządu banku do spraw finansowych.

Według szacunków banku wzrost eksportu w całym 2021 roku sięgnie 15 proc., a w 2022 roku dołoży kolejne 10,7 proc.

– Dzięki doświadczeniu zdobytemu wśród globalnych firm digital Citi Handlowy stworzył unikatową ofertę dla klientów z obszaru e-commerce, która proponuje zarówno automatyzację procesów, jak i transakcje wymiany walut i zarządzanie płynnością. Jesteśmy bankiem pierwszego wyboru dla firm globalnych, natomiast w tym kwartale skoncentrowaliśmy się na małych firmach, które mają aspiracje, by działać globalnie, i do nich ta oferta została dostosowana – mówi Natalia Bożek.

W wolumenach transakcyjnych Citi Handlowego rośnie udział firm nowej ekonomii, zwłaszcza z segmentów gier mobilnych i dowozów jedzenia, dynamicznie się rozwijających podczas pandemii. Depozyty globalnych firm digital na koniec czerwca w banku były o ponad połowę wyższe niż w grudniu zeszłego roku. Wspieraniu tego segmentu służy nawiązana niedawno współpraca ze spółką PayU oferującą szybkie płatności online.

– Widzimy obiecującą dynamikę w segmencie bankowości przedsiębiorstw, czego zdecydowanym dowodem jest wzrost produkcji przemysłowej. Na podstawie danych z II kwartału widać, że jest on znacznie powyżej trendu jeszcze sprzed czasów pandemii – podkreśla wiceprezes zarządu do spraw finansowych. – Beneficjentami tej produkcji przemysłowej są główne gałęzie przemysłu, które stoją za wzrostem eksportu, zwłaszcza urządzenia elektryczne i elektroniczne. Cieszy nas fakt, że Bank Handlowy podąża za tymi trendami, że wolumeny kredytowe w branży produkcji urządzeń elektronicznych i elektrycznych osiągnęły 14 proc. wzrostu rok do roku.

Odbicie w gospodarce wiąże się także z większym optymizmem wśród klientów indywidualnych banków.

Zauważyliśmy prawie że powrót do zachowań sprzed pandemii, co się przejawia m.in. we wzroście transakcyjności. Analizując dane transakcyjne dla wydatków na karcie kredytowej, zarówno krajowych, jak i zagranicznych, widzimy, że wolumeny w II kwartale tego roku były istotnie wyższe niż przed rokiem. Istotne jest również to, że w tym okresie one z miesiąca na miesiąc wykazywały trend wzrostowy – podkreśla Natalia Bożek.

O lepszych nastrojach konsumentów mogą świadczyć przykładowo dane o dobrej dynamice przychodów prowizyjnych na kartach kredytowych (o 12 proc. w ujęciu kwartalnym) czy wyższej transakcyjności w branży turystycznej. O ponad 120 proc. wzrosła sprzedaż kart kredytowych u partnera banku – sieci handlowej OBI.

W raportowanym okresie straciły na atrakcyjności depozyty, co nie dziwi, zważywszy na 5-proc. inflację i praktycznie zerowe stopy procentowe. W ujęciu kwartalnym ich wartość spadła o 4 proc., a rok do roku aż o 23 proc. Z kolei inwestycje i ubezpieczenia odnotowały wzrost o jedną czwartą w porównaniu ze stanem sprzed roku.

W II kwartale byliśmy świadkami wzrostu sprzedaży produktów inwestycyjnych. W efekcie w segmencie wealth management portfel środków pod zarządzaniem osiągnął rekordowy poziom, co w połączeniu ze spadkiem salda depozytów klientów indywidualnych kwartał do kwartału pokazuje, że nasi klienci bardzo aktywnie poszukują alternatyw dla ochrony wartości swoich aktywów finansowych – wyjaśnia Natalia Bożek

Sprzedaż produktów inwestycyjnych w II kwartale wzrosła aż o 34 proc., a saldo produktów inwestycyjnych – o 39 proc. w ujęciu rocznym. Jak podkreślają przedstawiciele banku Citi Handlowy, trend wzrostowy utrzymywał się również w lipcu, co dobrze wróży również na drugą połowę roku.

Zysk netto banku w II kwartale 2021 roku wyniósł 73 mln zł i był o 19 proc. niższy niż w I kwartale, co wynikało z niższej aktywności w obszarze działalności skarbcowej. Ten obszar odpowiadał jednak za dynamiczny wzrost w I kwartale. W całej I połowie roku zysk netto dla akcjonariuszy wyniósł blisko 468 mln zł i był trzy razy wyższy niż w 2020 roku. Przedstawiciele banku Citi Handlowy podkreślają, że dzięki silnej bazie kapitałowej może on wypłacić 100 proc. zysku za 2020 rok.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/odbicie-polskiej,p1176255929

Porty w Szczecinie i Świnoujściu przeżywają inwestycyjny boom. Dzięki rozbudowie obsłużą dwukrotnie więcej ładunków

Modernizacja i pogłębienie toru wodnego Świnoujście – Szczecin do 12,5 m będzie krokiem milowym w rozwoju obu portów. Tej inwestycji towarzyszy szereg dodatkowych przedsięwzięć, które przygotują porty na przyjęcie nawet dwukrotnie więcej ładunków niż dziś, a to z kolei wpłynie na przyspieszenie rozwoju całego regionu. – Jedno miejsce pracy w porcie generuje od trzech do ośmiu w jego otoczeniu – mówi Monika Woźniak-Lewandowska, rzeczniczka Zarządu Morskich Portów Szczecin i Świnoujście. Inwestycje mają się zakończyć w 2023 roku i opiewają na ponad miliard złotych.

Pandemia nie wpłynęła w negatywny sposób na procesy inwestycyjne w zespole portów Szczecin i Świnoujście. Przeciwnie, właśnie realizowane są inwestycje, o których mówiło się od lat. Ku końcowi zbliża się modernizacja i pogłębienie toru wodnego Świnoujście – Szczecin do głębokości technicznej 12,5 metra. To jest absolutnie milowy krok w rozwoju portów. Ale żeby ilość obsługiwanych ładunków wzrosła, Zarząd Morskich Portów Szczecin i Świnoujście musi dostosować nabrzeża portowe do nowej głębokości technicznej toru wodnego. Z drugiej strony musimy je przystosować do przyjęcia większej masy ładunkowej – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Monika Woźniak-Lewandowska, rzeczniczka prasowa Zarządu Morskich Portów Szczecin i Świnoujście.

Zarząd jest obecnie jednym z największych inwestorów w regionie. Po zakończeniu pogłębiania toru wodnego Świnoujście – Szczecin do tego drugiego portu będą mogły zawijać jednostki z ładunkiem 45–50 tys. t i zanurzeniem 11 m. Dzisiaj tamtejsze terminale obsługują statki o zanurzeniu do 9,15 m z ładunkiem 25–30 tys. t. W rejonie Basenu Kaszubskiego i Kanału Dębickiego trwają prace nad modernizacją i budową nowych nabrzeży, które będą dostosowane parametrami do obsługi większych jednostek.

Ale to nie wszystko. W obydwu portach – w Szczecinie i Świnoujściu – modernizowana jest infrastruktura techniczna: sieci wodociągowe, kanalizacyjne, elektroenergetyczne, a więc wszystko, czego nie widać gołym okiem, a co wpływa na sprawne funkcjonowanie portu i spółek portowych – wymienia rzeczniczka ZMPSiŚ. – Z kolei terminal promowy w Świnoujściu dostosowujemy do obsługi transportu intermodalnego. Budujemy tam też dodatkowy parking dla samochodów ciężarowych po to, aby na wypadek spiętrzenia ruchu ciężarówek na terminalu promowym samochody nie blokowały dojazdu do niego.

Jak podkreśla, projektem, który całkowicie zmieni strukturę przeładunków w zespole portów i pobudzi gospodarkę regionu, jest budowa Głębokowodnego Terminala Kontenerowego w Świnoujściu. Powstanie on w ciągu najbliższych kilku lat i docelowo ma osiągnąć roczną zdolność przeładunkową ok. 2 mln TEU (znormalizowanych kontenerów). W jego sąsiedztwie powstaje także dodatkowe nabrzeże do redystrybucji gazu LNG. Budowane jest dodatkowe stanowisko rozładunkowo-załadunkowe do obsługi mniejszych jednostek: gazowców, bunkierek i jednostek feederowych.

Wartość wszystkich inwestycji to ponad miliard złotych. Ale modernizowane są także drogi dojazdowe do portów w Szczecinie i Świnoujściu: kolejowe wspólnie z PKP PLK i kołowe. Projekty zakończą się w 2023 roku i wtedy do portów wkroczy absolutnie nowa jakość obsługi ładunków – przekonuje Monika Woźniak-Lewandowska. 

Obecnie pod Zarząd Morskich Portów Szczecin i Świnoujście podlega 14 km linii nabrzeży, czyli 45 nabrzeży portowych, na których operuje 11 przedsiębiorstw przeładunkowych.

– Kiedy zakończymy cały proces inwestycyjny, liczba obsługiwanych nabrzeży także wzrośnie. Będzie to ogromny skok jakościowy i ilościowy, jeżeli chodzi o obsługę ładunków w zespole portów Szczecin – Świnoujście. Inwestycje wpłyną nie tylko na strukturę przeładunkową w portach, ale i podwoją praktycznie ilość obsługiwanych ładunków. Proszę zwrócić uwagę, jak wielki to będzie miało wpływ na gospodarkę regionu – mówi rzecznika ZMPSiŚ.

Szacuje się, że jedno miejsce pracy w porcie generuje od trzech do ośmiu miejsc pracy w regionie w otoczeniu portu.

– Jeżeli stworzymy warunki do zwiększenia ilości przeładowywanych towarów, to siłą rzeczy potrzeba będzie więcej ludzi do pracy, zarówno w porcie, jak i do obsługi całego łańcucha logistycznego – podkreśla Monika Woźniak-Lewandowska.

Od stycznia do końca lipca porty w Szczecinie i Świnoujściu obsłużyły prawie 19 mln ton ładunków, a ich ilość rośnie w tempie dwucyfrowym. Wzrosty tonażu ładunków dotyczyły przede wszystkim węgla, rudy, zboża, drobnicy i kontenerów. W pierwszym półroczu węgiel i ruda zanotowały zwyżkę na poziomie 35 proc. w porównaniu do pierwszych sześciu miesięcy 2020 roku. Dwucyfrowy wzrost o 13 proc. ma też drobnica (w tym 16 proc. drobnica promowa). Kontenery zakończyły półrocze wynikiem o 7,6 proc. lepszym w porównaniu do tego samego okresu ubiegłego roku, a podobne wyniki odnotowały towary masowe, np. zboża i paliwa.

W czasie pandemii koronawirusa porty nie odnotowały ani jednego dnia przestoju, a w całym 2020 roku spadki w przeładunkach wyniosły jedynie 3 proc. Największe spadki przypadły na okres od stycznia do sierpnia i wynosiły okresowo od 7 do 8 proc. Z kolei od września do końca 2020 roku porty notowały już wzrosty przeładunkowe.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/porty-w-szczecinie-i,p1814644716

Najnowsze technologie w smartfonach są coraz przystępniejsze cenowo. Rynek napędza pandemia i zmieniające się preferencje użytkowników

Analitycy Canalys prognozują, że w 2021 roku sprzedaż smartfonów wzrośnie ogółem o 12 proc., do 1,4 mld sztuk. Pandemia, która zachwiała tym rynkiem tylko chwilowo, w długiej perspektywie przełożyła się na mocne wzrosty. Z kolei producentów urządzeń skłoniła do szukania coraz bardziej zaawansowanych rozwiązań technologicznych w przystępniejszej dla klientów cenie. W ten trend wpisuje się nowa rodzina smartfonów Motorola edge, która właśnie trafiła do przedsprzedaży. Producent naszpikował nowe urządzenia innowacjami i skupił się zwłaszcza na ulepszaniu kamer i funkcji wideo, kierując się potrzebami młodego pokolenia, które chętnie dzieli się contentem w mediach społecznościowych. 

 W pandemii musieliśmy zmienić przyzwyczajenia, zacząć inaczej konsumować media, inaczej korzystać z urządzeń. Dla smartfonów ta sytuacja była bardzo korzystna, ponieważ to właśnie one stały się w pandemii najpotrzebniejszymi urządzeniami. Dlatego rynek zyskuje, rok do roku notujemy znaczące wzrosty zapotrzebowania na nowe smartfony – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Agnieszka Stańczuk, PR manager Motoroli w Europie.

Według IDC Mobile Phone Tracker w 2020 roku sprzedaż smartfonów w Polsce spadła o 8,5 proc., a na rynek trafiło 8,53 mln urządzeń. Pandemia COVID-19 wywołała też chwilowe spadki na rynku globalnym – dane Canalys pokazują, że w 2020 roku sprzedaż smartfonów sięgnęła ogółem 1,26 mld sztuk, notując 7-proc. spadek. Jednak już początek tego roku przyniósł duże odbicie. Od stycznia do marca na rynek trafiło ponad 347 mln smartfonów, czyli aż 27 proc. więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku.

W drugim kwartale z kolei na rynek trafiło tylko 316 mln sztuk, co oznacza spadek o 9 proc. w stosunku do pierwszych trzech miesięcy roku. Analitycy wskazują jednak, że za spadki odpowiadają głównie braki magazynowe i przerwane łańcuchy dostaw. W ujęciu rocznym sprzedaż smartfonów w drugim kwartale zanotowała mimo to 11-proc. wzrost. Canalys prognozuje, że w całym 2021 roku sprzedaż wzrośnie ogółem o 12 proc., do 1,4 mld sztuk.

– Zmienia się to, na jakie smartfony klienci czekają, czyli wielofunkcyjne urządzenia, które zaoferują im jakąś wartość dodaną, a nie tylko podstawowe funkcje – mówi Agnieszka Stańczuk. – To jest urządzenie, które służy już nie tylko do dzwonienia, wysyłania wiadomości czy przeglądania internetu. Teraz oczekujemy, że będzie towarzyszyć nam w życiu codziennym i zapewniać dodatkowe korzyści.

Przełomem było pojawienie się na rynku smartfonów z 5G, jednak na ich zakup w pierwszej fali mogli pozwolić sobie tylko nieliczni. Te nowe rozwiązania technologiczne są już jednak coraz bardziej dostępne cenowo, bo oferują je nawet smartfony ze średniej półki.

– Na przestrzeni lat zmian technologicznych cena stała się bardziej przyjazna użytkownikowi. To oznacza, że teraz za niższą cenę możemy mieć coraz ciekawsze rozwiązania technologiczne. Ta bariera dostępu do pewnych technologii się obniża – mówi PR manager Motoroli w Europie. – W przypadku Motoroli, czyli firmy z ponad 90-letnim doświadczeniem w tworzeniu rynku komunikacji przy użyciu inteligentnych urządzeń, postawiliśmy sobie za cel, aby te nowe rozwiązania były dostępne dla ludzi. To reprezentuje nasza rodzina Moto G. Wprowadziliśmy na rynek najatrakcyjniejszy cenowo smartfon z technologią 5G, żeby mogła ona dotrzeć do jak największej liczby ludzi, także w Polsce.

W ubiegłym tygodniu w ramach przedsprzedaży na sklepowe półki trafiły też dwa najnowsze modele producenta: Motorola edge 20 oraz edge 20 pro, które oferują ulepszenia niemal w każdej kategorii w stosunku do poprzedniej generacji. Oba urządzenia mają zapewnić użytkownikom wydajniejsze procesory, zaawansowane aparaty z większą liczbą pikseli i nawet 50x Super Zoomem, szybsze odświeżanie wyświetlacza 144 Hz, szybsze ładowanie baterii oraz szybkość transmisji nowej generacji 5G w przyjaznej cenie.

Motorola edge 20, czyli nasze najnowsze smartfony rodziny premium, to przełamanie pewnego schematu tego, czym w ogóle są urządzenia tej klasy i ile powinny kosztować. Naszym zdaniem wcale nie powinny być bardzo drogie. Dlatego zaoferowaliśmy zupełnie nowe podejście, urządzenia w przedziale cenowym od 1699 zł do 3299 z najnowszymi technologiami, z łącznością 5G, wysokorozdzielczą optyką, 50-krotnym zoomem w modelu edge 20 Pro, nowym trybem Super Slow Motion, Dual Capture, Audio Zoom i wieloma innymi funkcjonalnościami dla kreatorów contentu. Położyliśmy też bardzo duży nacisk na ekrany w naszych smartfonach oraz coś, co jest bardzo ważne dla odbiorców urządzeń premium, czyli design. Model edge 20 jest najsmuklejszym telefonem 5G w ofercie Motorola – wymienia Agnieszka Stańczuk.

W nowej rodzinie Motorola edge 20 producent skupił się zwłaszcza na ulepszaniu kamer, kierując się potrzebami młodego pokolenia, które polega na swoich aparatach i chętnie dzieli się zdjęciami i wideo w mediach społecznościowych. Wersja pro ma matrycę o rozmiarze 1/1,5” i rozdzielczości 108 MP, a także peryskopowy teleobiektyw, rzadko spotykany w tej klasie cenowej, który załamuje światło pod kątem 90 stopni i zapewnia doskonałą wyrazistość obrazu z pięciokrotnie większej odległości. Producent wprowadził w nim też funkcję Super Zoom 50x i technologię Ultra Pixel, która łączy dziewięć pikseli w jeden 2,1-mikronowy ultrapiksel, co zwiększa czułość na światło aż dziewięciokrotnie, a efektem jest lepsza jakość zdjęć nawet przy słabym oświetleniu. edge 20 pro jako pierwszy smartfon Motoroli nagrywa też wideo w rozdzielczości 8K oraz oferuje wiele rozwiązań dla twórców contentu, takich jak Super Slow Motion, Dual Capture, Audio Zoom czy kolor spotowy w wideo.

 Najnowsze modele są naszpikowane innowacjami, które są dostosowane do oczekiwań konsumentów. Oprócz najnowszej łączności 5G rodzina edge 20 oferuje także najnowszą łączność Wi-Fi 6, pełnię barw kolorów w OLED-owych ekranach i najlepsze optyki – wskazuje PR manager Motoroli w Europie.

Nowa rodzina smartfonów Motoroli będzie dostępna w regularnej sprzedaży od września, ale już w tym tygodniu premierowo trafiła m.in. do salonów Play i Plus oraz sieci sklepów RTV Euro AGD, Media Expert, Media Markt, x-kom, Komputronik, Neonet, Action i Empik. W ramach przedsprzedaży sklepy do zestawu ze smartfonem będą dodawać warte kilkaset złotych słuchawki bezprzewodowe.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/najnowsze-technologie-w,p1487541933