Coraz więcej osób choruje na alzheimera. Do ograniczenia ryzyka wystąpienia tej choroby może się przyczynić kawa

0

Już w tej chwili ok. 100 mln ludzi w Europie ma ponad 65 lat, a w kolejnych latach ta populacja będzie rosnąć szybciej niż inne. To zaś oznacza wzrost występowania chorób związanych z wiekiem podeszłym, do których zaliczają się m.in. zaburzenie poznawcze i choroba Alzheimera. Neuropsycholog kliniczny dr Anna Barczak wskazuje, że w zapobieganiu im kluczową rolę odgrywają m.in. zdrowy tryb życia, aktywność, dbałość o pozytywny nastrój i kontakty społeczne. Naukowcy od lat poszukują też substancji, która może pomóc w utrzymaniu jak najdłuższej sprawności umysłowej. Jako jedna z najbardziej perspektywicznych wskazywana jest kawa, która może nie tylko redukować ryzyko alzheimera, ale ma też właściwości przeciwzapalne, przeciwwirusowe i pobudzające.

– Zaburzenia poznawcze występują nader często. Jest to bardzo szeroka grupa objawów, która obejmuje problemy w zakresie podstawowych umiejętności komunikatywnych i poznawczych, czyli pamięci, koncentracji, uwagi, myślenia, procesów językowych i wzrokowo-przestrzennych – mówi agencji Newseria Biznes dr Anna Barczak, neuropsycholog kliniczny, specjalista psychologii klinicznej.

Zaburzenia zdolności poznawczych występują zwłaszcza w starszym wieku, tymczasem już w tej chwili średnio co piąty mieszkaniec UE ma 65 lat i więcej. To zaś oznacza, że blisko 100 mln ludzi w samej Europie może mierzyć się z takim ryzykiem.

– Specyficznym rodzajem są zaburzenia, które pojawiają się w wyniku procesu chorobowego, występującego najczęściej na etapie dorosłości i w wieku podeszłym – mówi dr Anna Barczak. – Po ukończeniu 65. roku życia istnieje np. ryzyko rozwoju jednego z typów otępień, mianowicie choroby Alzheimera. Ona wcale nie jest rzadkim zjawiskiem. Stanowi większość przypadków osób chorych z powodu jakiejś choroby pierwotnie bądź wtórnie neurozwyrodnieniowej, której klinicznym efektem jest właśnie tzw. otępienie. Jest to stan, w którym pacjent traci zdolność do samodzielnego funkcjonowania w bardziej złożonych, codziennych czynnościach.

Szacuje się, że już w tej chwili choroba Alzheimera dotyka ok. 5 proc. osób w wieku 65 lat i wzwyż. Jednak postępujące starzenie się społeczeństwa w Europie może powodować, że w nadchodzących dekadach liczba osób chorujących na alzheimera będzie sukcesywnie wzrastać.

– Choroba Alzheimera jest chyba owiana najbardziej złą sławą, ponieważ kojarzy się z osobami, które są agresywne, pobudzone, mogą stanowić zagrożenie dla siebie i innych – wyjaśnia neuropsycholog kliniczny. – Po ukończeniu 65. roku życia mamy ok. 10 proc. pacjentów, u których rozpoznajemy otępienie. W tej grupie 60 proc. cierpi właśnie z powodu choroby Alzheimera, więc jest to częsta choroba wieku podeszłego. Ale oczywiście nie każde zaburzenia poznawcze w podeszłym wieku oznacza obecność tej choroby. Mogą one wynikać też z naturalnego procesu starzenia się, zaburzeń nastroju, przeżyć albo chorób ogólnoustrojowych.

Jak podkreśla ekspertka, kluczową rolę w zapobieganiu tego typu zaburzeniom i utrzymywaniu sprawności umysłowej odgrywa zdrowy tryb życia, w tym odpowiednia dawka aktywności fizycznej, która przeciwdziała też rozwojowi chorób cywilizacyjnych.

– Te choroby – cukrzyca, nadciśnienie czy otyłość – stanowią ryzyko pojawienia się otępienia, niezależnie od jego typu. Dlatego zapobieganie nadciśnieniu tętniczemu, utrzymanie prawidłowego obwodu w pasie, właściwej masy ciała i pilnowanie właściwego metabolizmu cukrów bezpośrednio spowalnia rozwinięcie się objawów otępienia – mówi dr Anna Barczak.

Kolejnym bardzo istotnym czynnikiem jest również nastrój. Wszelakie zaburzenia nastroju, które są dość powszechne w podeszłym wieku, także stanowią ryzyko rozwoju wcześniejszego otępienia.

– Tak naprawdę zwiększenie sprawności poznawczej i spowolnienie tempa występowania kolejnych etapów związanych z otępieniem to jest kwestia pracy przez całe życie. Czynnikami, które mają tu największe znaczenie, jest coś, co fachowo nazywamy rozbudowaniem rezerwy poznawczej, czyli uzupełnianie naszej wiedzy i doświadczenia poprzez coraz nowsze informacje, np. w ramach formalnego kształcenia, naszych zainteresowań, podróży, języków, których się uczymy, czy poprzez rozwijanie szerokiej sieci znajomości. Im więcej znamy osób, im częściej się z nimi spotykamy, im więcej wymieniamy informacji i korzystamy z emocjonalnych czynników, które wiążą się z takimi spotkaniami, tym lepiej dla naszego mózgu – podkreśla neuropsycholog kliniczny.

Czynników i substancji, które mogą wydłużyć sprawność umysłową, od lat poszukują też naukowcy. Jedną z najbardziej obiecujących jest kawa. W ostatnich latach przybywa doniesień naukowych wskazujących, że umiarkowane spożycie kawy może pomóc obniżyć ryzyko wystąpienia chorób neurodegeneracyjnych, do jakich zalicza się też choroba Alzheimera.

– Kawa jest najczęściej spotykaną substancją psychoaktywną. Jest znana od setek lat i powszechnie wykorzystywana na całym świecie, a naukowcy nie są do końca zgodni, czy traktować kawę jako wroga i używkę, czy jednak ma ona pozytywne działanie. Coraz więcej prac naukowych przychyla się jednak do tej drugiej tezy. Z uwagi na swoje psychoaktywne działanie jest przede wszystkim pobudzaczem. Kofeina zawarta w kawie stymuluje nas do tego, abyśmy podejmowali działania poznawcze. Po kawie jesteśmy bardziej ożywieni, lepiej pamiętamy, potrafimy się lepiej skupić i przyjąć znacznie więcej informacji, niż miałoby to miejsce bez tej dawki środka pobudzającego – wyjaśnia specjalista psychologii klinicznej.

Opinie naukowców dotyczące powiązania między kawą a zapobieganiem chorobie Alzheimera są zróżnicowane. Część z nich wskazuje, że picie kawy zmniejsza ryzyko rozwoju choroby o około 30 proc. w porównaniu do osób niepijących. Inni dowodzą, że picie w wieku średnim od trzech do pięciu filiżanek kawy dziennie może obniżać ryzyko zachorowania nawet o 65 proc. Badacze są jednak dość zgodni, że regularne picie kawy ma na organizm pozytywne przełożenie.

– Kawa ma przede wszystkim właściwości przeciwzapalne, ale działa również przeciwwirusowo, przeciwgrzybiczo, uszczelnia naczynia krwionośne i poprawia krążenie. To powoduje, że nasz mózg ma możliwość lepszej pracy, ponieważ nie jest zagrożony ze strony drobnoustrojów, stanu zapalnego czy innych niekorzystnych czynników. Po drugie, kofeina zawarta w kawie zdecydowanie poprawia naszą wydajność, także fizyczną, co wpływa na lepsze ukrwienie naszego mózgu, a co za tym idzie, na jego lepszą pracę i zachowanie dobrego funkcjonowania – podkreśla dr Anna Barczak.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/coraz-wiecej-osob,p947810956

Relacja z Thursday Gathering 9.09.21

Thursday Gathering, organizowany przez Venture Cafe, to centralny event networkingowy dla lokalnej społeczności innowatorów. Wydarzenie łączy przedsiębiorców, startupy, korporacje, inwestorów, ekspertów, naukowców, studentów i organizacje pozarządowe w jednym miejscu. Dużą wartością dodaną jest nowoczesny networking (formaty, które umożliwiają żywą dyskusję i wzajemne uczenie się) oraz łączenie talentów, pomysłów i kapitału w jednym miejscu. Wydarzenia są otwarte i darmowe. Odbywają się w każdy czwartek do District Hall (bud. Varso 2), Chmielna 73 o 17:00.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/relacja-z-thursday,p1999857427

Spożycie piwa najniższe od dekady, a udział w strukturze konsumpcji alkoholu najniższy od 2003 roku. Trend spadkowy kontynuowany w 2021 roku

W 2020 roku Polacy wypili najmniej piwa od dekady – wynika z najnowszych statystyk opublikowanych przez Państwową Agencję Rozwiązywania Problemów Alkoholowych. To m.in. skutek lockdownów i nieczynnej przez wiele miesięcy gastronomii. Trend spadkowy jest kontynuowany w 2021 roku. Spadła też całkowita ilość alkoholu spożywana w postaci piwa, a jego udział w strukturze spożycia alkoholu spadł do najniższego poziomu od 2003 roku. Wynika to m.in. ze spadku zainteresowania piwami mocnymi i szybkiego rozwoju segmentu piw bezalkoholowych.

– Według aktualnych danych spożycie piwa w 2020 roku spadło poniżej poziomu 94 litrów na głowę statystycznego mieszkańca Polski, dokładnie wynosi 93,6 litra i jest to najniższy  poziom odnotowany na przestrzeni ostatnich 10 lat. W roku 2021 spożycie piwa również notuje kilkuprocentowy spadek, od stycznia do sierpnia bieżącego roku konsumpcja spadła o ponad 3 proc. –­ mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Bartłomiej Morzycki, dyrektor generalny Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego – Browary Polskie. – Najbardziej tracą piwa alkoholowe i mocne lagery, a jedynym segmentem piwa w Polsce, który odnotowuje pozytywną dynamikę, jest segment piw bezalkoholowych. Czyli, reasumując, Polacy piją coraz mniej piw alkoholowych, a rośnie segment piw bezalkoholowych.

Według danych PARPA konsumpcja piwa spada od momentu osiągnięcia swojego najwyższego wyniku w 2018 roku (100,5 l). W 2019 roku spożycie wyniosło 97,1 l per capita, a w ubiegłym roku zaledwie 93,6 l. Piwo traci rynek już trzeci rok z rzędu.

– Spadek sprzedaży piwa sprawił, że maleje jego udział w strukturze spożycia alkoholu w Polsce. Obecnie 53,5 proc. alkoholu Polacy piją pod postacią piwa. Jest to najniższy poziom od 2003 roku. Powody spadku konsumpcji piwa są różne i na pewno pandemia była jednym z głównych, ale nie jedynym – przypomina Bartłomiej Morzycki. – Kolejnym jest chociażby stały wzrost ceny, co jest spowodowane rosnącymi kosztami produkcji – na przestrzeni ostatnich trzech lat cena złotego trunku urosła już kilkanaście procent, wyprzedzając w tym czasie poziom inflacji. Również podwyżki podatków, takich jak akcyza czy podatek cukrowy dla piw smakowych, składają się na wyższe koszty, na wyższe ceny dla konsumenta i w efekcie na niższą konsumpcję.

Przypomnijmy, że od początku 2020 roku wzrosła akcyza na alkohol, a od stycznia 2021 roku wszedł w życie tzw. podatek cukrowy, nakładany na napoje z dodatkiem substancji słodzących, w tym bezalkoholowe piwa smakowe. Wciąż rosną także koszty produkcji, bardzo drogie jest np. aluminium, z którego produkuje się puszki. Drożeją również surowce, paliwa, energia, a także stale rosną koszty pracy. Dyrektor generalny Związku Browary Polskie podkreśla też, że piwo ma bardzo rozbudowany łańcuch wartości i spadki spożycia  przekładają się na mniejsze zakupy u rolników, mniejsze obroty w małych sklepach i w gastronomii. Z drugiej strony rysuje się także kilka trendów pozytywnych, takich jak np. rosnący segment piw bezalkoholowych czy stale malejący segment piw mocnych.

– Perspektywy krótkoterminowe dla rynku piwa nie są zbyt optymistyczne, ponieważ po pierwsze, wciąż nie skończyła się pandemia, po drugie, 2021 to jest rok bardzo nieprzewidywalnych i szybko rosnących kosztów produkcji. Kolejne wyzwania to też kwestie regulacyjne i podatkowe, przypomnę chociażby mało znany fakt, że w wyniku wdrożenia nowelizacji dyrektyw unijnych przemysł piwowarski czeka podwyżka akcyzy od nowego roku, która dotyczyć będzie segmentu piw smakowych i będzie liczona w dziesiątkach milionów złotych – zaznacza Bartłomiej Morzycki. – Do tego też zawsze wyzwaniem bardzo oczywistym w przypadku piwa jest pogoda, która ani w zeszłym, ani w bieżącym roku nas nie rozpieszczała. Miejmy nadzieję, że przynajmniej sezon wiosenno-letni przyszłego roku będzie łaskawszy.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/spozycie-piwa-najnizsze,p99106320

Polskie firmy rzadko decydują się na zagraniczną ekspansję. Najłatwiej przychodzi to branży technologicznej

– Każda firma już na początku swojej działalności powinna myśleć o zagranicznej ekspansji – mówi Nobu Ota, partner w firmie konsultingowej Oxygy. Statystyki pokazują, że rodzime przedsiębiorstwa mają z tym jednak problem i choć relacja eksportu do PKB systematycznie rośnie, wciąż relatywnie niewiele firm myśli o sprzedaży swoich produktów i usług za granicę. Najłatwiej przychodzi to start-upom i przedsiębiorstwom z branży technologicznej, które już na starcie są gotowe na skalowanie swojego biznesu poza rodzimym rynkiem.

– Kiedy firma rozpoczyna działalność, już wtedy należy myśleć o tym, jak ją rozwinąć. Czas na ekspansję poza rodzimy kraj lub obszar zależy od sposobności. Wtedy pojawia się pytanie, na jakim rynku zagranicznym można szybko dokonać tej ekspansji. W Europie naturalnym wyborem jest rozszerzanie działalności o inne kraje europejskie, ale w zależności od rodzaju produktu bądź usługi inne kraje też mogą być bardziej oczywistym wyborem – mówi agencji Newseria Biznes Nobu Ota, partner w firmie konsultingowej Oxygy, która jest częścią międzynarodowej kancelarii prawnej Bird & Bird.

Zagraniczna ekspansja polskich firm odbywa się na trzy sposoby: poprzez eksport, organiczną budowę biznesu lub przejęcia konkurentów. Rodzime przedsiębiorstwa na razie nie wypadają jednak zbyt dobrze, zwłaszcza w tym pierwszym aspekcie. Z „Raportu o stanie MŚP 2021” opracowanego przez PARP wynika, że relacja eksportu wyrobów i usług do PKB systematycznie rośnie, a w latach 2010–2019 zwiększyła się z 40,1 do 55,8 proc. Od 2016 roku polska gospodarka jest bardziej zależna od popytu zewnętrznego niż krajowego, a rodzime firmy w coraz większym stopniu zajmują się zaspokajaniem popytu konsumentów zagranicznych niż polskich. Jednak z drugiej strony w Polsce tylko 2,9 proc. (62,8 tys.) mikro-, małych i średnich firm sprzedaje za granicę swoje towary, a zaledwie 0,95 proc. (20,9 tys.) – usługi. Szacunki PARP, oparte na danych GUS, wskazują, że niewielka jest też sprzedaż zagraniczna przeciętnego polskiego eksportera, który w 2019 roku sprzedał za granicę towary o wartości 16,2 mln zł, a usługi o wartości 12,8 mln.

Kluczowe w ekspansji jest określenie sposobu adaptacji produktu lub usługi na potrzeby innych krajów – mówi partner w Oxygy. – Trzeba zrozumieć, że zarządzanie relacjami z klientem może się różnić w zależności od kraju, a dany produkt lub usługa muszą zostać zaakceptowane przez klientów. Dodatkowo – jeśli chodzi np. o branżę motoryzacyjną czy farmaceutyczną – zanim w ogóle możliwe będzie wyjście naprzeciw potrzebom miejscowych klientów, trzeba jeszcze spełnić szereg wymogów regulacyjnych.

Jak wskazuje, w odróżnieniu od ekspansji firm z tradycyjnych sektorów przedsiębiorstwa z branży nowoczesnych technologii są niemal od początku przygotowane na zagraniczną ekspansję.

– Można otworzyć firmę w dowolnym miejscu – w Polsce, Japonii, Nowym Jorku czy Dolinie Krzemowej, bo branża technologiczna przypomina pod tym względem język angielski – technologia to wspólny język najważniejszych przedsiębiorstw i łańcuchów wartości na całym świecie – mówi Nobu Ota.

Dane Fundacji StartUp Poland pokazują, że polskie start-upy lepiej niż MŚP radzą sobie z ekspansją, a na sprzedaż swoich produktów bądź usług za granicą decyduje się średnio co drugi. Wciąż jednak rodzime spółki większość swoich przychodów generują na krajowym rynku. W przypadku tych, które nastawiają się na ekspansję zagraniczną, największa część (20 proc.) wskazuje na Europę, co najprawdopodobniej wynika z przyczyn logistycznych, znajomości rynku i kulturowych podobieństw.

Japonia też jest potencjalnie dobrym partnerem, jednak początki w tym kraju mogą być trudne. Mamy kulturę o dużej kontekstowości, ten kontekst w znacznym stopniu decyduje o wielu sprawach. Przyjezdni mogą być nieco sfrustrowani sposobem podejmowania decyzji i nie do końca wiedzą, czy „tak” rzeczywiście oznacza „tak”, czy może jest to ukryta odmowa. Jednak po przejściu tego etapu można liczyć na korzystne zobowiązania – mówi partner w Oxygy.

O potencjale współpracy handlowej między Polską a Japonią Nobu Ota opowiadał gościom zebranym na Thursday Gathering, cotygodniowym spotkaniu społeczności innowatorów, które odbywa się w warszawskim Varso na ul. Chmielnej 73. Organizatorem bezpłatnych eventów jest Fundacje Venture Café Warsaw.

Co istotne, polskim firmom nastawionym na ekspansję całkiem nowe możliwości otworzyły pandemia COVID-19 i skokowy wzrost w segmencie e-commerce. Badanie ICAN Institute, przeprowadzone w listopadzie ub.r. wśród polskich firm obecnych za granicą, pokazało, że 28 proc. z nich odnotowało w czasie pandemii wzrost sprzedaży na rynkach zagranicznych, a w przypadku 46 proc. z nich sprzedaż pozostała bez większych zmian. Co więcej, prawie połowa badanych firm stwierdziła też, że ich biznes rozwijał się lepiej na rynkach zagranicznych niż w Polsce, a 35 proc. weszło w czasie pandemii na co najmniej jeden nowy rynek zagraniczny.

– Myślę, że należy ostrożnie wybierać cele. Być ambitnym, ale w międzyczasie realizować konkretne etapy rozwoju, zaplanowane w perspektywie roku czy dwóch lat. Nigdy jednak nie należy zapominać o potencjale dostępnym za granicą i trzeba przygotowywać się do tej ekspansji od początku – podkreśla Nobu Ota.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polskie-firmy-rzadko,p1427833243

Na ponad tysiąc zielonych budynków w Polsce tylko 17 to hotele. Ekologia wchodzi jednak na stałe do hotelarstwa

W Polsce zielone budownictwo zyskuje na popularności z każdym rokiem. Odzwierciedlają to statystyki Polskiego Stowarzyszenia Budownictwa Ekologicznego, według których powierzchnia użytkowa budynków objętych zielonymi certyfikatami wzrosła aż o 35 proc. na przestrzeni ostatniego roku. Ten zielony trend widać już nie tylko w biurach, ale i innych segmentach rynku nieruchomości, także w hotelach. I choć na 1,1 tys. certyfikowanych budynków w Polsce tylko 17 to hotele, to z każdym rokiem ich przybywa. Najnowszą taką inwestycją jest hotel Mercure Katowice Centrum, którego fasadę pokrywa jedna z największych w Polsce, blisko 18-metrowa ściana z żywych roślin. Inwestorem nowego hotelu jest uznany austriacki deweloper, firma UBM Development.

– Zrównoważone podejście do hotelarstwa jest rzeczywistością, hotele już kilka lat temu zaczęły wprowadzać różne proekologiczne rozwiązania, żeby zminimalizować negatywny wpływ na środowisko – mówi agencji Newseria Biznes Andrzej Kleeberg, dyrektor hotelu Mercure Katowice Centrum.

Celem zielonego podejścia w budownictwie jest ograniczenie negatywnego wpływu budynków na środowisko w całym cyklu ich życia. W Polsce ten trend z każdym rokiem zyskuje na popularności. Według tegorocznego raportu Polskiego Stowarzyszenia Budownictwa Ekologicznego (PSBE) powierzchnia użytkowa budynków objętych zielonymi certyfikatami (np. BREEAM, LEED, DGNB, WELL) przekracza już 23 mln mkw., co oznacza aż 35-proc. wzrost w ciągu roku. Ten trend został w Polsce zapoczątkowany przez sektor nieruchomości biurowych, ale w tej chwili dotyczy on także powierzchni magazynowych, budynków mieszkalnych i hoteli. Te ostatnie – jak wynika z danych PSBE – stanowią w tej chwili ok. 1,5 proc. wszystkich budynków objętych zielonymi certyfikatami, choć sukcesywnie ich przybywa.

Jak podkreśla dyrektor hotelu Mercure Katowice Centrum, zrównoważone hotelarstwo to pojęcie szerokie i nie opiera się tylko na wprowadzaniu pojedynczych, proekologicznych rozwiązań, jak np. redukcja odpadów. Zrównoważone podejście zaczyna się już na etapie projektowania hotelu, a później realizacji inwestycji i całego cyklu jego użytkowania.

Jeżeli mówimy o zrównoważonym hotelarstwie, trzeba też zaakcentować wpływ hotelu na lokalną społeczność i lokalny biznes – zauważa Andrzej Kleeberg.

Wszystkie te czynniki zostały uwzględnione w nowej inwestycji marki Mercure, która należy do wiodącej światowej grupy hotelowej Accor. Mercure Katowice Centrum został na początku września otwarty dla gości. Budynek ma najwyższy, platynowy precertyfikat LEED w kategorii Building Design and Construction i został zaprojektowany zgodnie z filozofią green & clean. 

W trakcie budowy zastosowano cały szereg proekologicznych rozwiązań, takich jak panele fotowoltaiczne, ładowarki do samochodów elektrycznych czy zielona ściana, która jest podlewana wodą deszczową, co też minimalizuje zużycie wody. Jest to największa tego typu ściana w mieście i jedna z większych w Polsce – mówi dyrektor hotelu.

Zielona fasada ułożona z żywych roślin to najbardziej charakterystyczny element nowej inwestycji w Mercure Katowice Centrum. Instalacja ma ponad 200 mkw., a do jej stworzenia wykorzystano ponad 11 tys. roślin, takich jak barwinki, paprocie, trawy ozdobne, dzwonki czy bodziszki. Posadzono je na specjalnym podłożu z paneli tekstylnych, wyprodukowanych w 60 proc. z materiałów poddanych recyklingowi. Łatwo w nim wymienić albo posadzić nowe rośliny, a jeśli zaistnieje taka potrzeba, ścianę można nawet przenieść. Do jej podlewania wykorzystano z kolei specjalnie zaprojektowany, automatyczny system nawadniający z czujnikami temperatury i wilgotności gleby, który wykorzystuje wodę deszczową.

– Postępująca urbanizacja w miastach doprowadziła do tego, że jest w nich coraz mniej terenów zielonych. To ma negatywne skutki, chociażby w postaci wysokich temperatur w centrum miasta podczas letnich upałów. Budynki z zielonymi fasadami czy zielonymi dachami mniej się nagrzewają, a rośliny produkują tlen, pochłaniają dwutlenek węgla i przyczyniają się do wyłapywania pyłów z powietrza. Tym samym mają pozytywny wpływ na mikroklimat w mieście, co jest bezpośrednio odczuwalne przez mieszkańców – mówi Andrzej Kleeberg.

Prawie 18-metrowa zielona fasada hotelu Mercure Katowice Centrum może też stać się miejscem gniazdowania ptaków i źródłem pyłków kwiatowych dla pszczół. Spełnia też funkcje estetyczne i jest najbardziej przykuwającym uwagę elementem, który budzi zainteresowanie gości.

– Goście przyjeżdżający do naszego hotelu bardzo interesują się zieloną fasadą i często jest to wstęp do rozmów o ekologicznych rozwiązaniach. Są zaskoczeni tym, ile ciekawych i fajnych rozwiązań można wprowadzić w hotelu – mówi dyrektor hotelu Mercure Katowice Centrum.

Oprócz paneli fotowoltaicznych czy wykorzystania energii z OZE w obiekcie zadbano o detale, takie jak większe pojemniki na kosmetyki wielokrotnego użytku, co minimalizuje ilość odpadów z plastiku, czy zastąpienie druków w pokojach rozwiązaniami cyfrowymi.

Dużo roślinności jest też we wnętrzach hotelu, co pozytywnie przekłada się na panujący w nim mikroklimat – mówi Andrzej Kleeberg. – Mamy też bardzo zaawansowany system do zarządzania budynkiem, który pozwala dokładnie monitorować zużycie mediów. Dzięki temu możemy wyłapywać usterki czy ewentualne marnotrawstwo i szybko na nie reagować.

Hotel znajduje się w samym centrum Katowic, ok. 100 m od dworca kolejowego i autobusowego, a Międzynarodowe Centrum Kongresowe, słynny Spodek, Muzeum Śląskie czy centrum biznesowe KTW znajdują się w promieniu 1 km, więc goście mogą dostać się do nich nawet spacerem. Do ich dyspozycji jest w sumie 268 nowoczesnych pokoi rozmieszczonych na ośmiu piętrach, siłownia, SPA z masażem i podziemny parking.

– Do dyspozycji gości biznesowych mamy też sale konferencyjne oraz zainstalowany specjalny system do konferencji hybrydowych i prowadzenia spotkań online – dodaje dyrektor hotelu.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/na-ponad-tysiac-zielonych,p977054623

Zgodnie z nową ustawą 1,8 tys. funkcjonariuszy Policji będzie się zajmować zwalczaniem cyberprzestępczości. To sześciokrotnie więcej niż obecnie

Polski rząd zapowiada utworzenie w strukturach Policji Centralnego Biura Zwalczania Cyberprzestępczości. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji opublikowało właśnie ustawę, która ma temu służyć. Zatrudnienie w nowej jednostce ma znaleźć niemal 2 tys. funkcjonariuszy wyszkolonych w dziedzinie wykrywania zagrożeń i zwalczania ataków cybernetycznych. To oznacza sześciokrotne zwiększenie sił, jakimi dziś dysponuje Policja. Zrekrutowanie i wyszkolenie kadr może potrwać nawet kilka lat. Tymczasem ryzyko cyberataków, również na infrastrukturę krytyczną państwa, jest coraz większe.

Powstanie Centralnego Biura Zwalczania Cyberprzestępczości ma na celu zbudowanie odpowiedniej ilości kadr, które będą w stanie identyfikować zagrożenia i wspierać obywateli w przeciwdziałaniu i zwalczaniu cyberprzestępstw, które dotyczą coraz większej grupy osób – informuje w rozmowie z agencją Newseria Robert Kośla, dyrektor Departamentu Cyberbezpieczeństwa w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.

Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji przygotowało wspólnie z Komendą Główną Policji projekt ustawy powołującej do życia nową jednostkę. Jak wyjaśnia w Ocenie Skutków Regulacji, o potrzebie utworzenia CBZC najlepiej świadczą dane dotyczące walki z cyberzagrożeniami. W 2013 roku Policja stwierdziła 52 tys. przestępstw popełnionych w cyberprzestrzeni i z wykorzystaniem internetu, w ubiegłym roku było ich już ponad 107,5 tys. Jeszcze większy wzrost widać w liczbie wszczętych z tego powodu postępowań – w ubiegłym roku było ich prawie 54 tys., podczas gdy siedem lat temu – 18,2 tys.

Kompetencje nowej jednostki to przede wszystkim rozpoznawanie cyberprzestępczości. Mamy do czynienia z cyberprzestrzenią, która nie jest ograniczona geograficznie. Ataki prowadzone są często również spoza granic. Do zadań jednostki należałoby więc przede wszystkim rozpoznawanie źródeł i celów ataków, jak również metod monetyzowania, czyli uzyskiwania korzyści finansowych. Ważne jest również wsparcie ofiar cyberataków – dodaje Robert Kośla.

Centralne Biuro Zwalczania Cyberprzestępczości stanowiłoby specjalną grupę, która z uwagi na wysoko specjalistyczne kompetencje rozszerzałaby możliwości Komendy Głównej Policji i istniejącego obecnie Biura do Walki z Cyberprzestępczością. Ustawa powołująca tę jednostkę miałaby po przyjęciu przez parlament wejść w życie od 1 stycznia 2022 roku. Jednak aby zaczęło się jej realne działanie, najpierw muszą zostać zrekrutowane i wyszkolone kadry. Według założeń w CBZC powstanie 1,8 tys. etatów do końca 2025 roku. W pierwszym roku obowiązywania ustawy będzie to 300 funkcjonariuszy, a w kolejnych trzech latach – po 500 osób.

Kwestia zatrudnienia kadr i szkoleń to kilka lat. Oczywiście przygotowanie kadr w tak dużej skali jak 1,8 tys. funkcjonariuszy zajmie trochę czasu. Można powiedzieć, że w tej chwili struktury, które w Policji odpowiadają za zwalczanie cyberprzestępczości, to jest około 300 policjantów. Mamy więc do czynienia z sześciokrotnym powiększeniem tych zdolności – wylicza dyrektor Departamentu Cyberbezpieczeństwa w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.

Argumentem, który miałby przekonać policjantów do zwiększenia kompetencji, jest wynagrodzenie. Zgodnie z zapowiedziami rządu pracownicy Biura otrzymywaliby stałe dodatki w wysokości od 70 do 130 proc. przeciętnego zatrudnienia w Policji.

Jak podkreśla Robert Kośla, kwestia cyberbezpieczeństwa nie ogranicza się już tylko do ochrony przed hakerami obywateli, lecz także infrastruktury krytycznej państwa. Wraz z postępującą informatyzacją zmienił się bowiem sposób prowadzenia działań wojennych. Teraz osłabienie innego kraju osiąga się coraz częściej nie przez naruszenie jego granic, lecz przez uzyskanie dostępu do poufnych danych lub sparaliżowanie systemów informatycznych, na przykład w ochronie zdrowia.

Działania wojenne zawsze miały taki charakter, że uderzały w krytyczną infrastrukturę. W tej chwili możemy powiedzieć, że infrastruktura cyfrowa jest krytyczna dla funkcjonowania państwa. Każde z państw przygotowuje się, by zapewnić lepszą cyberodporność tej infrastruktury, prowadzi działania prawne, organizacyjne i techniczne w celu redundancji w infrastrukturze cyfrowej, czyli zwielokrotnienia kopii danych, które są wykorzystywane do świadczenia usług cyfrowych, udrożnienia tej infrastruktury, przygotowania jej na większe, nietypowe obciążenie – wymienia Robert Kośla.

Do głośnego ataku cybernetycznego na Polskę doszło w czerwcu. Hakerzy uzyskali dostęp między innymi do skrzynki e-mailowej Michała Dworczyka, szefa Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. O przeprowadzenie ataku podejrzewana jest Rosja. W tę samą stronę swoje podejrzenia kierują Niemcy. Posłowie Bundestagu i regionalnych parlamentów w ostatnich tygodniach otrzymywali wiadomości mailowe zawierające mechanizmy wyłudzania danych metodą phishingu. Atak, zgodnie z przypuszczeniami tamtejszego ministerstwa spraw zagranicznych, może być elementem prowadzonej przez rosyjski wywiad operacji Ghostwriter. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/zgodnie-z-nowa-ustawa,p189195446

Trwają prace nad nowymi przepisami i porozumieniem sektorowym w obszarze wodoru. To może przyspieszyć rozwój technologii i rynku

Polska Strategia Wodorowa może jeszcze we wrześniu zostać przyjęta przez rząd. Resort klimatu i środowiska pracuje też nad innymi dokumentami strategicznymi dla branży, w tym m.in. nad ustawą Prawo wodorowe oraz nad porozumieniem sektorowym, wzorowanym na tym podpisanym w ubiegłym tygodniu w obszarze offshore. Według rządu wodór ma ogromny potencjał w dekarbonizacji polskiej gospodarki, a stworzenie ram prawnych dla tego sektora ma się przyczynić do budowy nowej gałęzi przemysłu, opartej na nowoczesnych technologiach.

– Wodór będzie odgrywał ważną rolę w najważniejszych sektorach gospodarki. Przede wszystkim w transporcie, bo tu mamy najkrótszą ścieżkę do realizacji, ale i w energetyce, jako paliwo do bloków energetycznych, a także jako mieszanka gazowa w ciepłownictwie i w przemyśle, w wielu technologiach przemysłowych – mówi agencji Newseria Biznes wiceminister klimatu i środowiska Ireneusz Zyska, pełnomocnik rządu ds. odnawialnych źródeł energii. – Za dobry przykład możemy podać największą „wytwórnię” wodoru w Europie, czyli Grupę Azoty, która wykorzystuje go w procesie produkcji nawozów azotowych i plastyfikatorów. Dzisiaj jest to wodór technologiczny, szary, niebieski, z reformingu parowego gazu ziemnego. Jednak w ciągu najbliższych kilku lat chcemy rozwinąć możliwość produkcji zeroemisyjnego zielonego wodoru.

Rynek wodoru na całym świecie jest dopiero we wczesnej fazie rozwoju. Produkcja wynosi ok. 74 mln ton rocznie, a największym wytwórcą wodoru są USA i Unia Europejska. W Polsce roczna produkcja sięga ok. 1 mln ton, a największym producentem wodoru jest właśnie Grupa Azoty. Całość tej produkcji stanowi jednak szary wodór, wytwarzany z paliw kopalnych i CO2. Podobnie jest jednak w skali globalnej, gdzie ekologiczny, zielony wodór odpowiada raptem za ok. 5 proc. całej produkcji, a jego wytwarzanie wciąż pozostaje droższe niż pozyskiwanie go z węgla – wynika z ubiegłorocznego raportu Esperis „Gra o wodór. Kto zdominuje rynek wodoru na świecie?”.

Wciąż marginalne jest też zastosowanie wodoru w branżach takich jak energetyka czy transport, choć w przyszłości może on w nich znaleźć masowe zastosowanie jako bardziej ekologiczna alternatywa dla tradycyjnych paliw. Takie plany ma Komisja Europejska, która w lipcu ub.r. opublikowała strategię wodorową. Unijny dokument ma się stać impulsem do rozwoju technologii wodorowych i zapewnić wsparcie finansowe dla rozwoju tego rynku. W te plany wpisuje się także „Polska strategia wodorowa do roku 2030, z perspektywą do 2040 roku” (PSW), która przeszła już etap konsultacji i trafiła do rządu.

– To ważny dokument strategiczny, który najpierw został publicznie skonsultowany z interesariuszami rynku i został już przekazany na posiedzenie Komitetu Stałego Rady Ministrów. Przypuszczam, że we wrześniu ten dokument zostanie przyjęty przez Radę Ministrów jako kolejna, ważna strategia rządu dotycząca rozwoju gospodarczego – mówi wiceminister.

Z projektu PSW jasno wynika, że wodór – ten zielony, produkowany przy wykorzystaniu odnawialnych źródeł energii – będzie stanowił jedno z kluczowych paliw transformacji energetycznej, która zachodzi w UE. Jest też szansą na stworzenie nowych technologii, branż i miejsc pracy związanych z gospodarką wodorową.

Rządowa strategia wskazuje w sumie 40 działań koniecznych do realizacji sześciu celów, które mają zostać osiągnięte do 2030 roku. Są one związane z produkcją, dystrybucją i wykorzystaniem wodoru w transporcie, energetyce i przemyśle. Projekt PSW zakłada też przygotowanie ram prawnych dla całego sektora. Prace nad nimi już trwają – Ministerstwo Klimatu i Środowiska pracuje obecnie nad ustawą Prawo wodorowe oraz rozporządzeniami wykonawczymi.

– Trwają też prace nad polskim porozumieniem sektorowym dotyczącym wsparcia gospodarki wodorowej. Wzorujemy się tutaj na brytyjskim sector dealu w morskiej energetyce wiatrowej – podkreśla Ireneusz Zyska. – To drugie, po offshore’owym, równie ważne porozumienie sektorowe, w którym uczestniczą przedstawiciele rynku, przedsiębiorcy, wyższe uczelnie, instytuty badawczo-rozwojowe, firmy wdrożeniowe i start-upy. Ma to zbudować pewien łańcuch powiązań, ekosystem innowacji, w którym będą uczestniczyć praktycznie wszyscy, którzy mają coś do powiedzenia – od kształcenia kadr i rozwoju technologii po wdrożenie w życie konkretnych projektów gospodarczych.

Rządowe plany w obszarze wodoru zakładają m.in. zainstalowanie do 2025 roku elektrolizerów o łącznej mocy 50 MW, które wyprodukują prawie 4 tys. ton wodoru rocznie. Z kolei do 2030 roku zainstalowana moc elektrolizerów ma osiągnąć już 2 GW, a produkcja – blisko 200 tys. t zielonego wodoru rocznie. Łączne zapotrzebowanie na wodór tylko w branży transportu ma zaś sięgnąć do tego czasu ok. 32 462 t rocznie. W tej dziedzinie rząd proponuje stworzenie warunków umożliwiających dopuszczenie do eksploatacji 500 wyprodukowanych w Polsce autobusów napędzanych wodorem w 2025 roku i rozpoczęcie eksploatacji 2 tys. takich autobusów pięć lat później.

W horyzoncie najbliższych pięciu lat głównym celem na rzecz wdrożenia wodoru w polskiej energetyce ma być wsparcie badań i rozwoju. Z kolei na 2030 rok zaplanowano rozpoczęcie wykorzystywania wodoru jako magazynu energii w celu wsparcia pracy sieci systemu energetycznego opartego na OZE. Do tego czasu powinny powstać dogodne warunki do tworzenia w całym kraju instalacji z wykorzystaniem ogniw paliwowych dla bloków mieszkalnych, małych osiedli oraz obiektów użyteczności publicznej, które mogą również służyć jako źródło zasilania awaryjnego.

– Za kilka lat stworzymy rynek popytu na te technologie, które będą wytwarzane w polskim przemyśle, głównie z udziałem polskich spółek Skarbu Państwa, ale nie tylko, bo mocno zaangażowane są też spółki prywatne, np. Polenergia, Synthos czy PKP Energetyka, które chcą wdrażać technologie wodorowe nie tylko w swoich strategiach, ale w konkretnych projektach gospodarczych – mówi pełnomocnik rządu ds. odnawialnych źródeł energii.

Zgodnie z projektem PSW do 2025 roku rząd zamierza zainwestować w rozwój technologii wodorowych ok. 2 mld zł. Do końca obecnej dekady natomiast szacowane koszty związane z inwestycjami w elektrolizery, zakupem autobusów na wodór oraz budową stacji tankowania łącznie mają sięgnąć ok. 16,6 mld zł. Środki na ten cel będą pochodzić zarówno z programów krajowych, jak i unijnych funduszy.

– Już dzisiaj mamy dostępne środki finansowe z NFOŚiGW w programie Nowa Energia. To aż 600 mln zł na technologie wodorowe i wiem, że kilka ważnych projektów aplikuje po te środki. Ale to jest zaledwie wstęp do tego, co nas czeka w Krajowym Planie Odbudowy, w którym 800 mln euro przeznaczamy na technologie wodorowe. Są także inne programy, chociażby Zielony Transport Publiczny, również realizowany przez NFOŚiGW, gdzie mamy prawie 1,6 mld zł dla jednostek samorządu terytorialnego i gmin, które będą mieć szansę zakupu autobusów z napędem wodorowym – wylicza Ireneusz Zyska.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/trwaja-prace-nad-nowymi,p342011813

Transformacja energetyczna w Polsce może pochłonąć aż 1,6 bln zł. Rząd może jednak wykorzystać w tym procesie zasoby sektora prywatnego

Długoterminowa strategia, stabilne regulacje, a przede wszystkim finansowanie – to niezbędne czynniki do przeprowadzenia w Polsce bardzo kapitałochłonnej transformacji energetycznej. – Trzeba znaleźć balans między projektami dotyczącymi nowych technologii i energii odnawialnej a stabilnym biznesem, który będzie generował przychody. Nie można z dnia na dzień zamknąć obecnych biznesów i oczekiwać, że będziemy mieć energię do funkcjonowania w nowy sposób. To się po prostu nie wydarzy – mówi Bogdan Kucharski, prezes bp w Polsce. Jak wskazuje, w procesie transformacji rząd powinien też skorzystać z zasobów i know-how sektora prywatnego, który ma już doświadczenie w realizacji dużych przedsięwzięć energetycznych.

Cele neutralności klimatycznej to cele bardzo długoterminowe. Stąd bardzo ważne jest, aby rozpisać je na poszczególne kroki, uwzględniając też cele średnioterminowe. Z obecnej perspektywy wydaje nam się, że 2050 rok jest bardzo odległy, ale projekty energetyczne są wielkoskalowe, wymagające wielkich nakładów i trzeba je rozpoczynać już dzisiaj. Natomiast aby te projekty rzeczywiście mogły być zrealizowane, potrzebne jest przewidywalne, jasne prawo, które umożliwia konkurowanie wszystkim podmiotom na jasnych i ściśle określonych warunkach – mówi agencji Newseria Biznes Bogdan Kucharski.

W połowie lipca Komisja Europejska opublikowała Fit for 55, czyli pakiet reform gospodarczych i legislacyjnych, które mają się przyczynić do realizacji celów przyjętych w Zielonym Ładzie. Te zaś zakładają 55-proc. redukcję emisji gazów cieplarnianych do 2030 roku (w stosunku do poziomu z 1990 roku) oraz osiągnięcie pełnej neutralności klimatycznej do 2050 roku. Innymi słowy, do połowy tego stulecia unijna gospodarka ma emitować tylko tyle gazów cieplarnianych, ile jest w stanie pochłonąć.

Polska, której miks energetyczny w ok. 70 proc. wciąż opiera się na węglu, musi jako członek UE wpisać się w ten kierunek. Aktualna, przyjęta na początku roku „Polityka energetyczna Polski do 2040 roku” (PEP 2040) zakłada stopniowe odchodzenie od węgla. Na koniec tej dekady jego udział w strukturze zużycia energii brutto ma już nie przekraczać 56 proc. (a nawet 37,5 proc. w scenariuszu wysokich cen uprawnień do emisji CO2). Z kolei udział OZE ma do tego czasu wynosić nie mniej niż 23 proc. Coraz wyraźniej słychać jednak głosy, że w obliczu coraz ostrzejszych regulacji UE rząd będzie musiał te plany zrewidować i przyjąć bardziej ambitne cele.

Wszyscy wiemy, że do 2050 roku powinniśmy dojść do neutralności klimatycznej. Jednak realizacja tego celu wymaga planowania i dużych nakładów finansowych. Aby te nakłady finansowe były dostępne, trzeba znaleźć balans pomiędzy projektami dotyczącymi nowych technologii i energii odnawialnej a stabilnym biznesem, prowadzonym obecnie, który będzie generował przychody. Te przychody mogą być reinwestowane właśnie w projekty dotyczące odnawialnej energii. Nie można z dnia na dzień zamknąć obecnych biznesów i oczekiwać, że będziemy mieć energię do funkcjonowania w nowy sposób. To się po prostu nie wydarzy. Trzeba zbudować moce, łańcuchy dostaw, to wszystko wymaga czasu – mówi prezes bp w Polsce.

Dekarbonizacja unijnej i polskiej gospodarki to z jednej strony szansa na skok rozwojowy, innowację i budowę nowych branż. Z drugiej strony oznacza też wielomiliardowe koszty. Według szacunków Europejskiego Banku Inwestycyjnego samo osiągnięcie połowicznej redukcji emisji przed końcem tej dekady będzie wymagać dodatkowych inwestycji rzędu 350 mld euro rocznie. Z kolei w „Polityce energetycznej Polski do 2040 roku” rząd przyjął, że koszt transformacji polskiej energetyki w latach 2021–2040 może sięgnąć aż 1,6 bln zł.

Prezes bp w Polsce podkreśla, że rząd może wykorzystać w tym procesie doświadczenie sektora prywatnego, który ma już know-how i potrafi realizować duże inwestycje energetyczne.

Sektor prywatny to doświadczenie, kapitał i umiejętność realizacji dużych projektów infrastrukturalnych czy energetycznych. Trzeba wykorzystać te zasoby, szczególnie w takich gospodarkach jak nasza, które dopiero zaczynają transformację. W Polsce nie mamy przykładowo rozwiniętego know-how dotyczącego energii odnawialnej z wiatru. Tymczasem duże firmy realizują już takie projekty globalnie, mają know-how, doświadczenie, zasoby i mogą je wykorzystać również tutaj – mówi Bogdan Kucharski.

Transformacja energetyki to wyzwanie również dla biznesu oraz firm, które czekają inwestycje w nowe technologie i źródła energii czy nowe rozwiązania dla klientów. Wiele z nich już w tym kierunku zmierza. Koncern energetyczny bp ogłosił w ubiegłym roku strategię, która zakłada ograniczenie wydobycia ropy naftowej i gazu (o 40 proc. do 2030 roku) na rzecz OZE. Do końca tej dekady ograniczy też swoje emisje o około 1/3, a w tym samym czasie 10-krotnie zwiększy wydatki na inwestycje w odnawialne źródła i technologie niskoemisyjne. W efekcie do 2050 roku koncern chce być już całkowicie neutralny dla klimatu.

Jest to rozpisane na konkretne cele średnio- i długoterminowe. Podjęliśmy zobowiązanie, że do 2030 roku będziemy mieć globalnie portfolio 50 GW energii odnawialnej. W tym samym okresie 10-krotnie zwiększymy skalę naszej sieci szybkich ładowarek. Będziemy też rozwijać energię wodorową i łańcuchy dostaw w oparciu o LNG – mówi prezes bp w Polsce. – Podjęliśmy również szereg zobowiązań dotyczących współpracy z lokalnymi władzami, samorządami i społecznościami po to, żeby edukować, wnosić know-how i rozwijać wspólne podejście do transformacji energetycznej.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/transformacja-energetyczna,p901188896

Orange deklaruje gotowość do wielomiliardowych inwestycji w rozwój sieci w Polsce. Oczekuje jednak stabilnego otoczenia prawnego i podatkowego

W ostatnich latach operatorzy telekomunikacyjni – m.in. przy wsparciu programów UE – prowadzili w Polsce szeroko zakrojone inwestycje w infrastrukturę. COVID-19 unaocznił jednak, że w wielu miejscach Polski dostęp do szerokopasmowego internetu nadal pozostaje niezaspokojoną potrzebą. Prezes Orange Polska wskazuje, że konieczne są dalsze, wielomiliardowe inwestycje, a operator jest gotów je kontynuować, jednak potrzebuje do tego stabilnego otoczenia prawno-podatkowego. Jak podkreśla, coraz ważniejszą rolę w decyzjach inwestycyjnych operatora odgrywa również aspekt środowiskowy.

Kolejne lockdowny oraz powszechna praca i nauka zdalna w czasie pandemii okazały się stress testem dla operatorów i infrastruktury telekomunikacyjnej. Według statystyk podanych przez Orange Polska w szczytowych momentach ruch w sieci operatora wzrastał o ponad 50 proc., a w sieci mobilnej o 1/4. W takich kryzysowych warunkach przewagę pokazał światłowód, który pozwolił użytkownikom przesyłać o ok. 30 proc. więcej danych niż starsze technologie dostępu do internetu.

Podczas pandemii mogliśmy dostrzec, jak ważna jest dobra łączność. Ta łączność wynika z inwestycji, więc musimy je przyspieszyć i jesteśmy na to przygotowani. Do inwestycji potrzebne jest jednak odpowiednie otoczenie regulacyjne, które jest stabilne, przewidywalne m.in. pod względem podatkowym. Dlatego prowadzimy dialog z władzami, aby mieć pewność, że klimat do inwestycji jest odpowiedni – mówi agencji Newseria Biznes Julien Ducarroz, prezes zarządu Orange Polska.

Orange przeznacza rokrocznie ok. 700–800 mln zł na inwestycje w sieć światłowodową, a kolejnych kilkaset milionów inwestuje w sieci mobilne. Prezes spółki zapowiada dalsze inwestycje, ale do tego potrzebne jest wsparcie na szczeblu administracyjnym i stabilne otoczenie prawno-podatkowe.

W lipcu Konfederacja Lewiatan zaapelowała do rządu i decydentów polskiej gospodarki o pilne wdrożenie polityki, która będzie promowała prywatne inwestycje w Polsce. Wyniki za I kwartał br. pokazały, że to właśnie ten segment, a nie konsumpcja gospodarstw domowych, okazał się kołem zamachowym polskiej gospodarki.

Szczególnie dziś potrzebne są nam inwestycje efektywne, nadążające za światowymi trendami, uwzględniające nowe technologie informacyjno-komunikacyjne czy robotyzację. Właśnie o takie działania powinniśmy zabiegać i im sprzyjać. Aby zwiększać inwestycje prywatne, potrzebne są kompleksowe działania w różnych dziedzinach gospodarki i przede wszystkim jasne i równe reguły gry – podkreślili w apelu eksperci Konfederacji Lewiatan.

Takie wsparcie jest o tyle istotne, że w ubiegłym roku udział inwestycji prywatnych w PKB spadł do 12 proc., czyli najniższego poziomu od 1993 roku.

Inwestycje prywatne przyczyniają się do wzrostu PKB, ale też zwiększają konkurencyjność firm i eksport, tworzą nowe miejsca pracy i wpływają na rozwój innowacji. Jak podkreśla prezes Orange Polska, mają także pozytywne przełożenie na ekologię.

– Wszystkie nasze inwestycje muszą być nie tylko korzystne pod względem finansowym, ale muszą też mieć pozytywny wpływ na środowisko i realizować cele społecznej odpowiedzialności biznesu, a także przyczyniać się do ograniczenia zjawiska cyfrowego wykluczenia – podkreśla Julien Ducarroz.

Prezes Orange Polska wskazuje, że biznes odgrywa coraz ważniejszą rolę w kwestiach środowiskowych i transformacji energetycznej. Dotyczy to też branży telekomunikacyjnej.

W przypadku operatorów telekomunikacyjnych 90 proc. ich śladu węglowego wynika ze zużycia energii potrzebnej m.in. do utrzymania sieci. Dlatego branża musi inwestować w energooszczędne technologie, szukać rozwiązań poprawiających wydajność energetyczną sieci i przestawiać się na OZE. Takie są też założenia strategii Orange, której główny cel to osiągnięcie całkowitej neutralności klimatycznej przed 2040 rokiem – zarówno globalnie, jak i w Polsce. Z kolei w krótszej perspektywie, do 2025 roku, operator zamierza zredukować swoje emisje o 65 proc. w porównaniu z 2015 rokiem oraz zwiększyć poziom wykorzystania energii ze źródeł odnawialnych do 60 proc.

– Orange bierze aktywny udział w realizacji konkretnego celu, jakim jest ograniczenie emisji. Głównym wyzwaniem jest dla nas energia, ponieważ 90 proc. naszych emisji pochodzi właśnie ze zużycia energii. Dlatego ważne jest pozyskiwanie energii z ekologicznych źródeł. W tym roku otworzyliśmy w Polsce dwie farmy wiatrowe, z których pochodzi 9 proc. w pełni ekologicznej, wykorzystywanej przez nas energii – mówi prezes Orange Polska.

Obie farmy wiatrowe, uruchomione w tym roku przez Orange Polska, znajdują się w Wielkopolsce i razem pokrywają ok. 9 proc. rocznego zapotrzebowania operatora na energię. Pierwsza jest zlokalizowana ok. 11 km od miasta Jarocin i składa się z dwóch turbin o mocy 5 MW. Z kolei drugi projekt został zrealizowany ok. 83 km na wschód od Poznania. Działają tam cztery turbiny o mocy zainstalowanej 10 MW. W ciągu 10 lat obie farmy wyprodukują ok. 500 GWh czystej, zielonej energii.

– Jest też inny, pomniejszy z perspektywy ogólnego oddziaływania, ale jednak ważny aspekt, mianowicie recykling urządzeń komórkowych oraz opakowań po nich. Każdego roku Orange dokonuje recyklingu ok. 500 tys. modemów i dekoderów, które trafiają z powrotem do klienta w nowej formie, co też przyczynia się do ograniczenia emisji – mówi Julien Ducarroz.

W 2020 roku w Polsce sprzedano ponad 8,5 mln smartfonów (z czego ponad milion Orange Polska), a produkcja jednego takiego urządzenia kosztuje środowisko nawet 100 kg równoważnej emisji CO2. Tymczasem klienci wymieniają je na nowe średnio po trzech latach. Dlatego operator zachęca swoich klientów do świadomego rozstawania się z nieużywanym już sprzętem. Zarówno online, jak i w każdym salonie stacjonarnym można zapoznać się z ofertą odkupu starszego modelu smartfona albo oddać stare i niesprawne urządzenie do recyklingu.

Zgodnie z ubiegłorocznym raportem „Ziemianie Atakują” konsumenci coraz częściej doceniają tego typu inicjatywy. Prawie 30 proc. Polaków uważa, że biznes i korporacje powinny działać na rzecz przeciwdziałania zmianom klimatycznym.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/orange-deklaruje,p1169874860

W ciągu kilku tygodni ruszy program dotacji na budowę ładowarek do aut elektrycznych. Preferowane będą stacje zlokalizowane poza dużymi miastami i w domach

W sumie 800 mln zł ma trafić do firm, które zainwestują w budowę stacji ładowania dla samochodów elektrycznych. To założenia nowego programu, który Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej zamierza uruchomić w ciągu kilku tygodni. – Preferowane będą stacje szybkiego ładowania, poza terenami zurbanizowanymi i wielkomiejskimi – podkreśla Artur Lorkowski, zastępca prezesa NFOŚiGW. Będzie to kolejna – po dotacjach na zakup elektryków dla osób fizycznych – forma wsparcia elektromobilności w Polsce. Do programu „Mój elektryk” wkrótce dołączą także firmy.

Dofinansowanie inwestycji w infrastrukturę ładowania dla aut elektrycznych ma upowszechnić zeroemisyjny transport i wyeliminować emisję hałasu oraz szkodliwych pyłów, szczególnie w miastach. Dodatkowo transformacja systemu energetycznego sprawi według założeń rządu, że prąd, który będzie trafiał do pojazdów elektrycznych, stanie się coraz bardziej „zielony”.

– Program wsparcia dla budowy ładowarek chcemy uruchomić w ciągu najbliższych tygodni, po zakończeniu uzgodnień z Komisją Europejską co do warunków udzielania pomocy publicznej. Do przedsiębiorców, którzy chcą zainwestować w budowę stacji ładowania, trafi 800 mln zł. Jest to program priorytetowy, ponieważ sieć szybkich stacji ładowania to punkt wyjścia do upowszechniania elektromobilności w Polsce, szczególnie poza terenami zurbanizowanymi i wielkomiejskimi – zauważa w rozmowie z agencją Newseria Biznes Artur Lorkowski.

Jak wynika z Licznika Elektromobilności, uruchomionego przez PZPM oraz PSPA, pod koniec sierpnia w Polsce funkcjonowały 1253 ogólnodostępne stacje ładowania pojazdów elektrycznych (2384 punkty). 33 proc. z nich stanowiły szybkie stacje ładowania prądem stałym (DC), a 67 proc. wolne ładowarki prądu przemiennego (AC) o mocy mniejszej lub równej 22 kW. W sierpniu uruchomiono 29 nowych, ogólnodostępnych stacji ładowania (65 punktów).

Szansę na uzyskanie dotacji będą mieli także inwestorzy indywidualni, którzy stację ładowania sprzężoną z panelami fotowoltaicznymi zamontują we własnym domu. Dotacje będą dostępne w ramach rozszerzonego programu „Mój prąd” – dodaje zastępca prezesa zarządu NFOŚiGW.

Wsparcie dla budowy infrastruktury będzie kolejnym programem funduszu, który ma promować elektromobilność w Polsce. 12 lipca ruszył nabór wniosków w ramach programu „Mój elektryk”, który przewiduje dopłaty dla osób fizycznych do zakupu fabrycznie nowych pojazdów zeroemisyjnych kategorii M1, których koszt nabycia nie przekracza 225 tys. zł.

Dofinansowanie wynosi 18 750 zł, a dla osób, które posiadają Kartę Dużej Rodziny – nawet 27 tys. zł. W ten sposób poza efektem ekologicznym NFOŚiGW chce uzyskać także efekt społeczny – upowszechnienie pojazdów elektrycznych w rodzinach wielodzietnych. W ich przypadku nie obowiązuje także limit ceny pojazdu. Pozostali adresaci programu mogą liczyć na dofinansowania, których poziom będzie zależał od kategorii pojazdu oraz średniorocznego przebiegu. Mogą się przy tym ubiegać o dofinansowanie do zakupu więcej niż jednego auta. Budżet naboru dla osób fizycznych wynosi do 100 mln zł.

W ciągu ostatniego miesiąca fundusz sfinansował powyżej 600 pojazdów – mówi Artur Lorkowski.

NFOŚiGW oczekuje skokowego wzrostu zainteresowania programem po uruchomieniu dopłat do zakupu i leasingu dla klientów instytucjonalnych. 8 września podczas Forum Ekonomicznego w Karpaczu podpisano umowę z pierwszym bankiem, który będzie uczestniczył w projekcie (Bankiem Ochrony Środowiska) w sprawie dystrybucji dopłat do leasingu takich aut. NFOŚiGW udostępni bankom środki finansowe, które następnie będą przekazywane korzystającym z leasingu, przede wszystkim firmom, na dopłaty do opłat ustalonych w umowach leasingowych. Banki będą zobowiązane do podjęcia współpracy z każdą firmą leasingową, która zgłosi takie zainteresowanie na każdym etapie wdrażania programu „Mój elektryk”.

Segment klientów instytucjonalnych odpowiada dziś za 70–80 proc. sprzedaży nowych samochodów, a większość zakupów jest finansowana poprzez leasing. Wiele jednak zależy od producentów i importerów samochodów, bo dziś główną barierą zakupową w sektorze motoryzacji pozostaje dostępność aut na rynku.

Przedsiębiorcy mogą uzyskać wsparcie na podobnym poziomie – 18 750 zł dla tych przedsiębiorców, którzy nie zadeklarują podwyższonego przebiegu, a tych, którzy zadeklarują podwyższony przebieg, będziemy wspierali kwotą 27 tys. zł. Jeżeli chodzi o samochody dostawcze, kwoty te będą odpowiednio wynosiły 50 tys. lub 70 tys. zł – zastępca prezesa NFOŚiGW.

Całkowity budżet „Mojego elektryka” to 500 mln zł. Realizację programu przewidziano na lata 2021–2026, a nabory wniosków będą prowadzone do 30 września 2025 roku lub do wyczerpania środków.

Trzecim programem wspierającym elektromobilność w Polsce jest Zielony Transport Publiczny, w ramach którego to samorządy mogą się starać o dotacje na zakup autobusów zeroemisyjnych, elektrycznych i wodorowych.

– Finalizujemy negocjacje z ponad 30 miastami, dla których przygotowaliśmy dotacje. Jednocześnie z początkiem września ruszył nowy nabór, na który przeznaczyliśmy ponad 1 mld zł. Zachęcamy samorządy, aby wymieniały swoją flotę, zarówno duże miasta wojewódzkie, jak i średnie miasta powiatowe – podkreśla Artur Lorkowski.

Samorządy mogą się ubiegać o dofinansowanie od 20 do 80 proc. na zakup lub leasing pojazdów i szkolenie kierowców oraz do 25 proc. wsparcia na rozwój infrastruktury ładowania na własne potrzeby – budowę nowych lub modernizację istniejących stacji ładowania. Wysokość dofinansowania jest uzależniona m.in. od liczby mieszkańców oraz rodzaju organizowanego transportu publicznego. Nabór wniosków jest prowadzony w trybie konkursowym do 20 grudnia 2021 roku.

Przyjęliśmy założenie, aby do 2030 roku wszystkie autobusy jeżdżące w miastach były zeroemisyjne. To oznacza, że musimy wymieniać 10 proc. floty rocznie i temu będą służyły środki finansowe z funduszu, Krajowego Planu Odbudowy, ale również środki z nowej perspektywy unijnej, z Programu FEnIKS [Programu Fundusze Europejskie na Infrastrukturę, Klimat, Środowisko – red.] – wyjaśnia zastępca prezesa Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/w-ciagu-kilku-tygodni,p48071324