Eksploracja oceanu jest możliwa z domu. Wystarczy internet, by móc sterować podwodnym pojazdem

Więcej wiemy o kosmosie niż o morzach i oceanach. Ludziom udało się zbadać tylko około 5 proc. dna oceanu i ok. 20 proc. powierzchni oceanów. Mamy lepsze mapy Marsa i Wenus niż dna morskiego. Głębiny oceanów wciąż skrywają wiele tajemnic. Niewielki odsetek światowych raf koralowych zbadano głębiej niż na 40 metrów. Dzięki Aalto Explorer może się to zmienić. To sieć technologii podwodnej, która umożliwia odkrywanie głębin morskich z dowolnego miejsca przy wykorzystaniu sieci 5G. Dron Aalto Explorer pozwala eksplorować oceany za pomocą wirtualnej rzeczywistości.

– Aalto Explorer jest pierwszym pojazdem sterowanym za pośrednictwem platformy społecznościowej, przeznaczonym do eksploracji mórz i oceanów. Wyposażony jest on w panel słoneczny, który może wytworzyć wystarczającą ilość energii elektrycznej dla całego systemu. Komunikuje się, wykorzystując technologię 5G  – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Annie Tran, członek zespołu Aalto Explorer.

Aalto Explorer składa się z podwodnego drona lub zdalnie sterowanego pojazdu (z ang.ROV – Remotely Operated Vehicle), zwanego Find-X. Zespół niedawno zbudował prototypowy ROV trzeciej generacji, który może sięgać głębiej niż poprzednie wersje. Poprzedni ROV mógł podróżować na głębokość 50 metrów, ale nowa wersja może zejść już nawet do 100 metrów.

Dzięki Aalto Explorer nie ma potrzeby kupowania podwodnych dronów czy wzięcia udziału w wyprawach nurkowych. Wystarczy internet. Dzięki platformie uzyskuje się dostęp do drona i w ten sposób można go kontrolować. Do wyprawy można dołączyć jako zwykły pasażer i w ten sposób poznawać podwodny świat. Badacze mogą skorzystać na bieżąco z gromadzonych danych. Kapitan sam wybiera, dokąd ma popłynąć podwodny dron. Uczestnicy tworzą załogę, która może się komunikować ze sobą tak, jakby podróżowali razem, nawet jeśli znajdują się w zupełnie innych miejscach.

– Jako pasażer oczywiście nie ma się kontroli nad systemem, zaś bilety dla „pasażerów” kosztują obecnie 10 euro, lecz później możemy wycenić je na 40 lub 50 euro, kiedy system będzie w pełni gotowy. Może być on również dostępny nieodpłatnie. Jeśli danego dnia użytkownik ma wolną jedną godzinę, możemy udostępnić system na tę godzinę. System jest zdalnie sterowany i w przypadku wystarczającej ilości energii elektrycznej, możemy się udać tak daleko, jak chcemy – wskazuje Annie Tran.

Twórcy Aalto Explorer podkreślają, że ich celem jest zapewnienie możliwości eksploracji oceanu wszystkim, bez konieczności zakupu drogiego sprzętu lub dalekich podróży. Podwodny dron może się też okazać pomocny w zbadaniu tajemnic głębin oceanu. Członkowie załogi mogą korzystać z 360-stopniowej kamery ROV do podwodnej eksploracji oraz klawiatury i myszy, aby kontrolować widok. Efekty wizualne mogą też zostać przesłane do zestawu VR, dając członkom załogi perspektywę, jakby faktycznie znajdowali się w łodzi podwodnej.

Jak wynika z danych Biura Eksploracji i Badań Oceanicznych NOAA, ludziom udało się zbadać tylko około 5 proc. dna oceanu i maksymalnie 20 proc. ogółu powierzchni. Wiemy więcej o kosmosie niż o oceanach. Mapy Marsa i Wenus są znacznie dokładniejsze niż morskiego dna – 98 proc. powierzchni Wenus zostało zmapowane do rozdzielczości około 100 metrów. W przypadku dna oceanu – 10–15 proc. Jednocześnie tylko w USA budżet na eksplorację oceanów stanowi ok. 1 proc. budżetu na eksplorację kosmosu.

– Chcemy być takim Google Street View dla oceanu. Google już realizowało taki projekt w wersji Beta, mam nadzieję, że pozyskamy odpowiednie inwestycje, żeby rozwinąć ten pomysł. Możemy jednak udać się głębiej, do dna morskiego i w pewnym stopniu będziemy mogli zobaczyć, co znajduje się na dnie poszczególnych oceanów czy mórz. Obecnie jesteśmy na etapie trzeciego prototypu i w maju 2020 r. planujemy zakończyć prace – zapowiada Annie Tran.

Zespół chce rozszerzyć projekt – planuje zbudować pięć nowych ROV-ów, każdy do eksploracji innego oceanu. Obecnie przedsięwzięcie można finansować społecznościowo na Indiegogo.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/eksploracja-oceanu-jest,p1772481636

Polacy wybierają coraz lepsze i coraz większe smartfony. Szybko rośnie też sprzedaż smartwatchy

Polski rynek telefonii komórkowej rośnie nieprzerwanie od kilku lat, choć ostatnio wzrost jest odnotowywany raczej pod względem wartości, a nie ilości. Wynika to stąd, że Polacy coraz chętniej wybierają produkty premium. Po drugie, stawiają na wysoką jakość i wydajność, przez co zyskują m.in. smartfony z dużymi ekranami. W pierwszym półroczu br. prawie co drugi sprzedany ekran miał wyświetlacz o przekątnej powyżej 6 cali. Bardzo szybko rośnie też popyt na smartwatche i inne inteligentne dodatki do noszenia.

Jak wynika z analiz GfK, w pierwszym półroczu br. sprzedaż w tym segmencie spadła o 5 proc. w stosunku do analogicznego okresu rok wcześniej. Z drugiej strony – obroty wzrosły o 4 proc.

Największym segmentem polskiego rynku telefonii komórkowej są smartfony, które odpowiadają za ponad 90 proc. obrotów w tym segmencie. W Polsce zaczynamy już obserwować to, co od pewnego czasu widać na Zachodzie i na całym świecie, czyli spadki sprzedaży w ujęciu ilościowym. Smartfonów sprzedaje się mniej, ale mimo to w ujęciu wartościowym rynek jest do przodu. Jest to spowodowane faktem, że przeciętna cena sprzedawanych smartfonów idzie w górę. Polacy coraz chętniej kupują wydajniejsze, droższe telefony, które podkreślają ich pozycję materialną czy społeczną, bo ich na to stać albo po prostu rosną ich aspiracje – mówi agencji Newseria Biznes Maciej Piekarski, client business partner w GfK Polonia.

Zmiany technologiczne powodują, że Polacy coraz rzadziej sięgają po telefony komórkowe starej generacji – jest to jedyny segment rynku, którego wartość od lat systematycznie spada. Jak prognozuje GfK, w nadchodzących kilku latach telefony komórkowe starej generacji będą znikać z rynku coraz szybciej i niebawem odejdą do lamusa.

Z drugiej strony nasila się trend związany ze zwiększaniem się rozmiarów wyświetlaczy. W pierwszym półroczu br. już prawie połowa wszystkich sprzedanych smartfonów miała przekątną wyświetlacza powyżej 6 cali, podczas gdy w ubiegłym roku było ich niespełna 3 proc. Coraz lepsze stają się również pozostałe parametry technologiczne sprzedawanych smartfonów – od liczby tylnych aparatów i pojemności baterii po pamięć GB.

Urządzenia z dużym ekranem, powyżej 6 cali, bardzo dobrym aparatem – powyżej 20 Mpx, pojemną pamięcią – powyżej 128 Gb, stanowią kilkanaście procent rynku w Polsce i na świecie. Szukając analogii między polskim a globalnym rynkiem widzimy więc, że jesteśmy na tym samym poziomie, z jednym zastrzeżeniem. Przeciętne ceny w Polsce są nadal wyraźnie niższe niż globalnie. Drugi interesujący trend polega na tym, że bardzo wyraźnie rośnie sprzedaż urządzeń „noszalnych”, czyli smartwatchy oraz opasek. Rok do roku obserwujemy dwukrotny wzrost wartości tego segmentu i obecnie stanowią one już większą część rynku niż tradycyjne akcesoria do telefonów – mówi Maciej Piekarski.

Smartwatche i pozostałe urządzenia do noszenia wciąż stanowią niewielką część całego rynku telefonii komórkowej (prawie 4 proc. wartości rynku w pierwszym kwartale br,), ale to w tym segmencie ma miejsce najbardziej dynamiczny wzrost – w 2018 roku wzrost sprzedaży był dwukrotny w porównaniu z poprzednim, a w stosunku do 2013 roku liczba sprzedanych sztuk wzrosła 160 razy. W pierwszym półroczu br. wartość tego segmentu po raz pierwszy w historii polskiego rynku była większa od wartości pozostałych dodatków – te stanowiły niewiele ponad 3 proc. obrotów.

Z kolei na rynku IT od dłuższego czasu obserwujemy spadki. One w zeszłym roku trochę spowolniły i są na poziomie 1 proc. rok do roku. Oczywiście najważniejsze są komputery – one stanowią ponad 2/3 tego rynku i tak naprawdę ciągną go w dół. Natomiast rynek podtrzymują kategorie takie, jak monitory, urządzenia sieciowe, routery oraz akcesoria IT plus dyski – mówi Maciej Piekarski.

Jak podkreśla, sprzedaż komputerów spada zarówno w ujęciu ilościowym, jak i wartościowym. Natomiast są jeszcze podkategorie, które ciągle notują wzrost, jak ultrabooki, których sprzedaż rośnie nieprzerwanie rok do roku o kilkadziesiąt procent.

 W ujęciu wartościowym prawie połowa rynku to są nowoczesne, lekkie komputery osobiste, które stylistyką czy sposobem używania nawiązują trochę do smartfonów. Druga sprawa to komputery i laptopy gamingowe. Tutaj obserwujemy trochę mniejsze wzrosty niż w poprzednich latach, ale wciąż rynek jest na plusie. Co ciekawe, do łask wracają duże ekrany – 17-calowe. Tak naprawdę one teraz napędzają ten rynek. Bardzo szybko rośnie też kategoria monitorów gamingowych, gdzie mamy kilkudziesięcioprocentowe wzrosty rok do roku, zarówno w ilościach, jak i wartościach – mówi Maciej Piekarski.

Podobnie jak w przypadku komputerów, spada również sprzedaż telewizorów, która w pierwszej połowie br. osiągnęła wartość 44 mld euro i była o 8 proc. niższa. Jednak ten spadek był spowodowany głównie wysoką bazą sprzedaży telewizorów w ubiegłym roku, kiedy utrzymywał się wysoki popyt przed mundialem w Rosji.

Rynek telewizorów w Polsce wykazuje podobną dynamikę jak rynek globalny, natomiast spadek jest znacznie mniejszy – rzędu 3 proc. w ujęciu ilościowym. W ostatnich miesiącach obserwujemy jednak powrót do pozytywnych trendów sprzedaży. W tym roku całkowita sprzedaż telewizorów może sięgnąć ok. 2,2 mln egzemplarzy. Na naszym rynku dominuje sprzedaż dużych telewizorów – te o przekątnej 55 cali i większej generują pozytywne trendy i one również będą dominować w popycie w ostatnim kwartale br. – mówi Arkadiusz Bicki, client business partner GfK Polonia.

Jak zauważa, wyraźnie rośnie sprzedaż telewizorów 4K, które w tym roku osiągnęły już około 60 proc. udziału ilościowego w całym rynku telewizyjnym i odpowiadają za ok. 3/4 jego obrotów. Druga wzrostowa kategoria to telewizory OLED, które w ujęciu wartościowym odpowiadają za ok. 10 proc. sprzedaży na rynku.

Maciej Piekarski podkreśla, że na globalnym rynku elektroniki konsumenckiej wyróżnia się obecnie kilka trendów. Po pierwsze, konsumenci coraz chętniej wybierają produkty premium, co jest efektem rosnących aspiracji i końca kryzysu. Po drugie, preferują te produkty, które mają wysoką efektywność, wysoką wydajność, przez co zyskują np. duże sprzęty AGD i smartfony z dużymi ekranami. Trzecim trendem jest z kolei rosnąca popularność produktów, które mają za zadanie ułatwiać życie konsumentom, jak np. roboty sprzątające.

– Znaczenia nabiera łączność pomiędzy urządzeniami. Widzimy to w przypadku smartwatchy i opasek, które łączą się ze smartfonem. Widzimy to także po urządzeniach AGD, którymi można sterować za pomocą telefonów spoza domu. Łączność pomiędzy urządzeniami osobistymi i domowymi to zalążek smart home’u – mówi Maciej Piekarski.

Jak ocenia, to właśnie smart home może być najszybciej rosnącym segmentem rynku w nadchodzących latach, do czego mocno przyczyni się upowszechnienie technologii 5G, która umożliwi bezproblemową łączność pomiędzy urządzeniami.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polacy-wybieraja-coraz,p1750290632

Polskie studio połączyło film z grą w wirtualnej rzeczywistości. Można decydować nie tylko o scenariuszu, lecz także poruszać się w filmowej przestrzeni

Wirtualna rzeczywistość stawia w centrum akcji gracza i widza. To zrewolucjonizuje sposób, w jaki opowiadane są historie. W filmie kamera przedstawia tylko wycinek rzeczywistości. Nawet w grze rozejrzenie się wymagałoby poruszenia joystickiem. Dzięki VR można niemal zamieszkać w przestrzeni. W miarę rozwoju technologii wirtualnej rzeczywistości mogą już niemal spróbować wszyscy. Projekt opracowywany przez Polaków pozwala na streaming gier w wirtualnej rzeczywistości. Nie jest potrzebny specjalistyczny i drogi sprzęt, wystarczą zwykłe gogle VR.

– Łączymy film z interakcją, można to nazwać doświadczeniem filmowo-growym lub doświadczeniem filmowym w wirtualnej rzeczywistości poprzez wprowadzenie w film 360 elementów interaktywnych lub aktorów czy przestrzeni zeskanowanych w 3D jakby w tzw. wolumetryczne wideo. Nie tylko możemy się rozglądać, reagować i wybierać historię, lecz także poruszać się po danej przestrzeni – mówi agencji Newseria Innowacje Paweł Jóźwiak-Rodan, fundator i prezes spółki Unsin Studio.

Wirtualna rzeczywistość rewolucjonizuje już różne branże. Jest wykorzystywana w leczeniu fobii i szkoleniach, wojsko w Wielkiej Brytanii i USA zastosowało w swoich szkoleniach VR, ponieważ pozwala im to na przeprowadzenie szerokiej gamy symulacji. Wirtualni pacjenci pozwalają zaś studentom medycyny i stomatologii w rozwijaniu umiejętności. Przede wszystkim jednak rzeczywistość VR wkroczyła do świata rozrywki. Stawia gracza w centrum wydarzeń, pozwalając mu zachować kontrolę nad akcją. Technologia pozwala połączyć świat filmu z rzeczywistością gry – fabuła wciąga, ale to gracz podejmuje decyzje i kreuje dalszy rozwój historii.

– Chcemy opowiadać dobre historie związane z przeszłością, na podstawie prawdziwych przeżyć. Siberian Run powstała  np. na podstawie historii mojej babci, która była wywieziona na Sybir. W tej chwili też powstaje film dokumentalny, a obok tego właśnie powstało doświadczenie VR. To niesamowite medium, które stwarza wiele możliwości łączenia między filmem, grą, to nowe medium interaktywne – przekonuje Paweł Jóźwiak-Rodan.

Polskie Unsin Studio rozwija projekt VR Storytales, czyli cykl opowieści pomiędzy doświadczeniem filmowym a growym w wirtualnej rzeczywistości. Siberian Run to gra przygodowa z doświadczeniem survivalowym. Celem jest ucieczka z obozu na Syberii. Polacy pracują już nad kolejnymi opowieściami: Memories of love pozwala wspominać z perspektywy kobiety lub mężczyzny miłosne chwile – pierwsze pocałunki, randki, rozstania, czy po ślub i narodziny dziecka, aż do starości. Eden VR pozwala odwiedzić Ogród Oliwny w momencie, gdy modlił się tam Jezus i Eden z Adamem i Ewą. After Effects z kolei pozwala poczuć się tak, jak po zażyciu narkotyków – podczas sylwestrowej zabawy sami decydujemy, czego chcemy spróbować i w ten sposób kreujemy rzeczywistość i kontakty z ludźmi.

Oprócz filmowej rzeczywistości Out of Body Polacy chcą opracować rozwiązanie, które pozwoli się zanurzyć w wirtualny świat bez konieczności wydawania tysięcy złotych na sprzęt.

– VR Flow to pomysł na streaming w wirtualnej rzeczywistości zarówno wideo, jak i gier. Jeśli ktoś chce zagrać w grę czy obejrzeć film, musi kupić nie tylko urządzenie do wirtualnej rzeczywistości, lecz także odpowiedni komputer. My wyeliminujemy jeden z tych zakupów, wystarczy tylko urządzenie VR i zwykły komputer z wejściem HDMI i z możliwością odtwarzania wideo 4K. Gra będzie strumieniowana do gogli poprzez nasz serwer, a gracz będzie wykonywał ruchy w  wirtualnej rzeczywistości i to będzie tylko obraz, który do niego dociera, a nie cała procedura instalacji gry – tłumaczy prezes spółki Unsin Studio.

To właśnie cena jest barierą przed szerszym wykorzystaniem wirtualnej rzeczywistości w grach. Wymaga zazwyczaj zaawansowanego technologicznie sprzętu. Choć ceny są już niższe niż jeszcze kilka lat temu, wciąż dla wielu stanowią barierę nie do przejścia. VR Flow może to zmienić.

– Oczywiście są urządzenia, które też mają w sobie komputer, ale nigdy nie będą tak wydajne jak dobry procesor i karta graficzna, dlatego chcemy udostępnić rozwiązanie serwerowe pod VR, a dodatkowo w planach mamy także live streaming wideo z koncertów czy z przedstawień – zapowiada Paweł Jóźwiak-Rodan.

Globalny rynek wirtualnej rzeczywistości może zanotować w najbliższych latach wzrost wartości o 33,5 proc. średniorocznie. Według analityków MarketsandMarkets jego wycena w 2024 r. może wynieść niemal 45 mld dol.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/polskie-studio,p103774690

Naukowcy coraz bliżej odkrycia życia w kosmosie. Dzięki coraz dokładniejszym teleskopom można znacznie łatwiej znaleźć planety z wodą

Za pomocą teleskopów nowej generacji i małych sond kosmicznych naukowcy szukają życia poza naszym układem słonecznym. Dotychczas znaleziono 47 egzoplanet pasujących do profilu Ziemi, która jest przyjazna do życia z racji tego, że nie otrzymuje zbyt wiele promieniowania słonecznego, a dzięki odległości od słońca woda może być w stanie ciekłym. Liczba planet, na których może istnieć życie, jest jednak znacznie większa. Dzięki nowoczesnym teleskopom będzie można je znacznie łatwiej odnaleźć.

– Co chwilę dowiadujemy się o kolejnym odkryciu kolejnej egzoplanety, czyli planety, która krąży wokół innej gwiazdy niż nasze Słońce. Ta lista jest naprawdę długa, bo planet pozasłonecznych znamy już ponad 4 tys. Odkrywamy dziś coraz mniejsze planety, więc możemy się pokusić o poszukiwania drugiej Ziemi – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Mateusz Borkowicz z Planetarium Centrum Nauki Kopernik.

Pierwsze planety pozasłoneczne odkryto kilkadziesiąt lat temu. Od tego czasu odkrycia znacznie przyspieszyły. Choć zdecydowanie łatwiej zaobserwować planety gazowe, które przysłaniają światło gwiazdy, to odkrycie planet skalistych nie jest niemożliwe. Odkryto już ponad 4 tys. egzoplanet. Większość została zaobserwowana przez teleskop kosmiczny Keplera, wystrzelony w 2009 roku. Szacuje się, że 47 z egzoplanet potencjalnie nadaje się do zamieszkania, bo ich profil jest podobny do naszej planety.

Ukształtowanie Ziemi sprawia, że nie dociera do niej nadmierna ilość promieniowania słonecznego, a odległość od słońca jest na tyle bezpieczna, że woda pozostaje w stanie ciekłym. Jeszcze do niedawna wydawało się, że planet podobnych do Ziemi niemal nie ma, jednak dzięki nowoczesnym teleskopom o odkrycia jest coraz łatwiej – nowe teleskopy szukają planet w szerszych obszarach galaktyki niż kiedykolwiek wcześniej.

– Okazuje się, że jest mnóstwo planet, gdzie temperatura jest podobna jak na naszej Ziemi, gdzie średnia temperatura to 15 stopni Celsjusza, więc w takich warunkach teoretycznie może istnieć woda w stanie ciekłym. Nowo odkryta planeta wokół gwiazdy K2-18, czyli K2-18b, to ciekawe miejsce, bo tam w atmosferze jest para wodna, co może świadczyć o tym, że na powierzchni też jest woda w stanie stałym i ciekłym – tłumaczy Mateusz Borkowicz.

Naukowcy z UCL (University College London) wykryli parę wodną w atmosferze K2-18b. W świecie naukowym pojawiły się już komentarze, że planeta, która znajduje się 110 lat świetlnych od Ziemi i leży w granicach gwiazdozbioru Lwa, może się okazać drugą Ziemią. To jak na razie jedyna egzoplaneta, na powierzchni której występuje zarówno woda, jak i temperatury dogodne dla rozwoju i przetrwania życia. Do odkrycia wykorzystano dane zarejestrowane przez Kosmiczny Teleskop Hubble&HASH39;a. Na ich podstawie opracowano algorytmy, które pozwalają analizować światło gwiazdy przefiltrowane przez atmosferę jej planety. Wyniki ujawniły, że w atmosferze obecny jest wodór i hel, wszystko wskazuje na to, że również para wodna.

– To bardzo ciekawe odkrycie, choć nie świadczy o tym, że tam musi być życie, bo jak wiemy, nie w każdej kałuży pływa ryba. I mimo że znamy mnóstwo miejsc nawet w układzie słonecznym, gdzie jest mnóstwo wody, to życie jest tylko na Ziemi – ocenia ekspert Planetarium CNK.

Jednym ze sposobów, aby dowiedzieć się, czy na danej planecie może istnieć życie, jest poszukiwanie bioznaków. Gdy światło gwiazd odbija się od planety lub przechodzi przez jej atmosferę, gazy pochłaniają określone długości fal. Widmo obserwowane przez teleskop może pokazać, czy obecne są gazy związane z życiem, takie jak tlen, dwutlenek węgla lub metan.

Chlorofil w roślinach odbija światło bliskiej podczerwieni, niewidoczne dla ludzkich oczu, ale łatwe do zaobserwowania za pomocą teleskopów na podczerwień. To także może być wskazówka, że na danej planecie istnieje życie.

– Być może niekoniecznie odkryjemy życie już za chwilę, ale odkryjemy kolejny świat. Mamy coraz lepszą technologię. Naukowcy uczą się na tych przykładach, jak odkrywać takie światy, jak odszukiwać planety podobne do Ziemi, więc na pewno odkryją kolejną planetę, która będzie zbliżona do naszej, a być może za parę, paręnaście lat odkryjemy życie właśnie na takiej egzoplanecie – mówi Borkowicz.

Odkrycia są możliwe dzięki coraz lepszym i dokładniejszym teleskopom. TESS (Transiting Exoplanet Survey Satellite), uruchomiony w 2018, wykrywa małe planety krążące wokół jasnych gwiazd. JWST (James Webb Space Telescope), którego start zaplanowano na 2021 rok, będzie badać odległe gwiazdy i egzoplanety wykorzystujące cztery instrumenty, w tym podczerwień kamery i spektrografy.

WFIRST (Wide Field Infrared Survey Telescope) ma z kolei znajdować egzoplanety za pomocą światła zakrzywionego przez grawitację. Może być także stosowany w połączeniu ze Starshade. To tarcza świetlna w kształcie kwiatu o średnicy ponad stu stóp, będzie blokować światło gwiazdy macierzystej, umożliwiając astronomom bezpośredni widok na egzoplanetę. Teleskop WFIRST ma być gotowy w 2025 roku, Starshade jest jeszcze w fazie projektu.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/naukowcy-coraz-blizej,p531643097

Postęp technologii medycznych i inteligentnego domu wymusza miniaturyzację baterii. Opracowano już ogniwa o grubości mniejszej niż 1 milimetr

Postępująca miniaturyzacja wymusza na producentach baterii opracowywanie coraz to mniejszych ogniw. Coraz popularniejsze na rynku stają się baterie pastylkowe, charakteryzujące się znacznie mniejszymi rozmiarami niż popularne paluszki. Znajdują zastosowanie przede wszystkim w urządzeniach inteligentnego domu czy internetu rzeczy, ale mogą także zrewolucjonizować medycynę. Miniaturowe ogniwa można zastosować m.in. w implantach czy diagnostycznych soczewkach kontaktowych, a także w inteligentnych domowych systemach bezpieczeństwa.

– Baterie pastylkowe są ważne dla rynku smart home, nie tylko dlatego, że ich rozmiar jest mniejszy, lecz także dlatego, że są litowe. Stawiamy na inny skład chemiczny. Jeśli baterię pastylkową zastosujemy w dzwonku do drzwi, wytrzyma ona w temperaturach od -20 do +50 stopni. Warunki pogodowe mają mniejszy wpływ na ten rodzaj baterii niż na baterie tradycyjne – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Jan Vis z GP Batteries.

Baterie pastylkowe znajdują zastosowanie już m.in. w najnowszych, inteligentnych domowych systemach bezpieczeństwa. Przykładem może być zestaw Kami Home, na który składa się stacja bazowa, czujniki montowane na drzwiach, czujniki ruchu i bezprzewodowe kamery. Wszystkie urządzenia mogą być zasilane z sieci lub dzięki małym bateriom. Sprawia to, że system jest niezależny od zdarzeń takich jak odcięcie zasilania przy próbie włamania.

Zasilany tego typu bateriami jest też inteligentny przycisk do oświetlenia Philips Hue. Urządzenie montowane jest w miejscu, w którym użytkownikowi najwygodniej będzie go obsługiwać. Mogą to być np. drzwi lodówki, a urządzenie na jednej baterii może przepracować nawet trzy lata.

– Dotychczas sprzedawaliśmy duże baterie, były to baterie AA oraz AAA, ale teraz urządzenia stają się coraz mniejsze, przez co większe baterie już do nich nie pasują. Można to obserwować zwłaszcza w przypadku rynku smart home, który prężnie się rozwija. Baterie pastylkowe możemy zastosować także w kluczykach samochodowych oraz zegarkach. Ale również w pilotach do urządzeń, które również stają się coraz mniejsze. Jest to zaledwie kilka przykładów – wymienia ekspert.

Rozwój rynku baterii pastylkowych postępuje coraz szybciej przede wszystkim z uwagi na miniaturyzację urządzeń elektronicznych. Trend ten sprawia, że poszukiwane są alternatywy również dla tych najmniejszych baterii. Przykładem mogą być tak zwane baterie papierowe. Są to giętkie ogniwa cechujące się napięciem 1,5 V i pojemnością od 0,5 do 40 mAh oraz grubością od 0,6 do 1,3 mm. Cechy te pozwalają na ich zastosowanie np. kartach RFID czy plastrach do fizykoterapii.  

Miniaturyzacja jest szczególnie pożądana w przypadku urządzeń medycznych. To zarazem jedno z najtrudniejszych środowisk dla akumulatorów.

Ilika plc ogłosiła w tym roku wprowadzenie na rynek baterii Stereax M50 mm, które przeznaczone są do implantów medycznych. Bateria zapewnia o 50 proc. większą gęstość energii, niż ma to miejsce w przypadku innych baterii. Do tego produkt jest o 70 proc. mniejszy niż konkurencyjne. Z uwagi na grubość wynoszącą 0,6 mm i biokompatybilność jest to idealne rozwiązanie do zastosowania w implantach. Żywotność ogniwa jest szacowana na 10 lat, a jego funkcjonalność zwiększa się z uwagi na możliwość pozyskiwania energii z czynności organizmu takich, jak bicie serca czy oddychanie.

Mikrobaterie mogą też posłużyć do zasilania soczewek kontaktowych. Naukowcy z francuskiego uniwersytetu IMT Atlantique, we współpracy z LCS, producentem soczewek kontaktowych, opracowali sposób na zintegrowanie elastycznej baterii z soczewką. Mikrobateria jest w stanie zapewnić wystarczającą moc, aby zasilić diodę LED przez kilka godzin. To pozwala natomiast na zastosowanie soczewki do pomiaru ciśnienia wewnątrzgałkowego lub analizy łez pod kątem poziomu glukozy.

– Zapotrzebowanie na tego rodzaju baterie staje się coraz większe. Ich udział w rynku wzrósł z 5 proc. do nawet 10–15 proc. Widzimy, że popyt na baterie pastylkowe rośnie – przekonuje Jan Vis.

Według analityków z MarketsandMarkets światowy rynek mikrobaterii wzrośnie ze 128 mln dol. w 2019 roku do 631 mln dol. w 2025 roku.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/postep-technologii,p174137491

W erze sieci 5G atak hakerów może mieć katastrofalne skutki. Polska podejmuje działania w celu ochrony usług kluczowych, takich jak dostawy energii

Atak cybernetyczny może być równie zabójczy jak broń nuklearna. Ataki, które miały miejsce w ostatnich latach, m.in. w Europie czy USA, świadczą, że hakerzy są coraz bardziej niebezpieczni. Cyberprzestępcy atakują także w Polsce – w 2018 roku CERT Polska zanotował ponad 3,7 tys. incydentów. Ustawa o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa i podpisana deklaracja z USA dotycząca bezpieczeństwa sieci 5G mają zmniejszyć ryzyko ataków. Sieci 5G będą miały bardzo istotny wpływ na funkcjonowanie gospodarki. Istotne jest więc podniesienie wymagań bezpieczeństwa.

Zagrożenie ze strony hakerów jest coraz większe. Będzie rosło wraz z upowszechnianiem sieci 5G, która ma zmienić korzystanie z internetu, spowodować rozwój na szeroką skalę rozwiązań smart city i internetu rzeczy. Podpisana niedawno polsko-amerykańska deklaracja na temat 5G ma zwiększyć bezpieczeństwo.

– Umowa podpisana przez Polskę ze Stanami Zjednoczonymi w zakresie bezpieczeństwa sieci 5G jest jednym z działań podejmowanych na całym świecie w zakresie podnoszenia odporności infrastruktur na ataki cybernetyczne, w tym oczywiście takim obszarem są sieci budowane w oparciu o nowe technologie, tzw. sieci 5G. W odróżnieniu od poprzednich generacji te sieci będą miały bardzo istotny wpływ na funkcjonowanie gospodarki z punktu widzenia inteligentnych miast czy pojazdów autonomicznych. Stąd podniesienie wymagań bezpieczeństwa dla tych sieci jest bardzo istotne – mówi w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Robert Kośla, dyrektor Departamentu Cyberbezpieczeństwa w Ministerstwie Cyfryzacji.

O tym, jakie skutki może mieć zaatakowanie przez hakerów firm z kluczowych obszarów, np. energetyki, można było się już przekonać. W 2017 roku hakerzy przejęli kontrolę nad saudyjską fabryką petrochemiczną w Arabii Saudyjskiej. Kilka miesięcy później przestępcy zamknęli systemy monitorowania rurociągów naftowych i gazowych w USA. W 2018 roku nieznani cyberprzestępcy uzyskali dostęp do całego systemu elektroeneretycznego w Wielkiej Brytanii.

Obecnie eksperci ds. bezpieczeństwa z grupy non-profit Electric Information Sharing and Analysis Center (E-ISAC) i firmy ochroniarskiej Dragos oceniają, że rośnie ryzyko uzyskania dostępu do amerykańskiej sieci energetycznej przez grupę Xenotime. Według innych doniesień hakerzy umieścili już złośliwe oprogramowanie w amerykańskich systemach zasilania, czekają tylko na odpowiedni moment, by je uruchomić.

Jednym z elementów, które mają w Polsce zapewnić bezpieczeństwo usług kluczowych, takich jak dostawa energii, ma być ustawa o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa, przyjęta w sierpniu 2018 roku. Wprowadziła ona narzędzia, które mają zwiększać bezpieczeństwo zwłaszcza w instytucjach państwowych. Zgodnie z przepisami wyznaczeni operatorzy usług kluczowych muszą w ciągu 24 godzin od momentu wykrycia zagrożenia zgłosić takie przypadki do właściwego Zespołu Reagowania na Incydenty Bezpieczeństwa Komputerowego.

– Ustawa o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa zapoczątkowała prace, które zmierzały do wskazania operatorów usług kluczowych i dostawców usług cyfrowych, tych najważniejszych dla wszystkich sektorów gospodarki i z punktu widzenia funkcjonowania administracji publicznej – mówi Robert Kośla.

Jednocześnie ustawa nakłada na operatorów usług kluczowych obowiązek wdrażania odpowiednich środków bezpieczeństwa. Uszczelnianie systemu jest konieczne, zwłaszcza że – jak podaje CERT – tylko w 2018 roku doszło do 3,7 tys. incydentów bezpieczeństwa (wzrost o 17,5 proc. rdr.).

– Przez ten rok zidentyfikowano ponad 150 operatorów usług kluczowych, którzy musieli podjąć działania zarówno techniczne, jak i organizacyjne w celu zabezpieczenia usług kluczowych, które świadczą dla gospodarki i administracji publicznej – wskazuje ekspert.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/w-erze-sieci-5g-atak,p1064459996

Założenia do nowego standardu Wi-Fi 6 zostaną wdrożone do końca roku. Dzięki niemu internet w domach przyspieszy, a jeden router obsłuży nawet 100 urządzeń

Wi-Fi Alliance, stowarzyszenie zrzeszające kilkaset firm produkujących urządzenia bezprzewodowe wykorzystujące moduł Wi-Fi, przygotowuje branżę technologiczną oraz konsumentów na nadejście nowego standardu komunikacji bezprzewodowej. Wprowadzenie Wi-Fi 6 zauważalnie poprawi przepustowość domowych łącz internetowych oraz zwiększy liczbę urządzeń, które będą mogły bezproblemowo komunikować się z jednym punktem dostępowym. Na rynku pojawiły się już pierwsze routery oraz urządzenia mobilne kompatybilne z tym standardem.

– Wszyscy oczekujemy na Wi-Fi 6, ponieważ potrzebujemy rozwiązania problemu przepustowości sieci. Wi-Fi 6 jest standardem sieci bezprzewodowej, który umożliwi jednoczesne podłączenie ponad stu urządzeń domowych bez wpływu na przepustowość. Wszystkie te urządzenia będą mogły działać jednocześnie bez zakłóceń – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Lionel Paris, dyrektor marketingu w firmie Netgear.

Przedstawiciele Wi-Fi Alliance postanowili pójść w ślady branży mobilnej i wprowadzić na rynek Wi-Fi szóstej generacji przy dużym wsparciu marketingowym. Stowarzyszenie zmieniło pierwotną nazwę standardu z Wi-Fi 802.11.ax na Wi-Fi 6, aby ułatwić prowadzenie akcji promocyjnych i łatwiej dotrzeć z przekazem marketingowym do końcowego klienta.

Nowy standard ma być m.in. gwarancją stabilnego przesyłu danych, który jest niezbędny np. do płynnego odtwarzania filmów w wysokich rozdzielczościach, które lada moment pojawią się na rynku – Samsung zaprezentował na targach IFA szereg konsumenckich telewizorów 8K, a organizatorzy przyszłorocznych Igrzysk Olimpijskich w Tokio planują prowadzić część relacji z zawodów właśnie w tej rozdzielczości.

– W całej Europie przepustowość łącz rośnie, więc za 3–4 lata ulegnie ona znacznemu zwiększeniu w porównaniu do dzisiejszego poziomu, nawet rzędu jednego gigabita. Wi-Fi 6 jest standardem sieci bezprzewodowej, który zapewni jednakową przepustowość łącza w całym domu, co jest niemożliwe przy bieżącym standardzie ze względu na ograniczoną liczbę urządzeń, a także z uwagi na samą przepustowość – twierdzi Lionel Paris.

Branża technologiczna przygotowuje się na upowszechnienie nowego standardu. Pierwszym telefonem z certyfikatem Wi-Fi 6 jest Samsung Galaxy Note 10, z technologią tą kompatybilne są także najnowsze iPhone&HASH39;y 11 (choć nie przeszły jeszcze przez proces certyfikacji). Mimo iż urządzenia nie zostały wyposażone w wyświetlacze pozwalające odpalać filmy w natywnym 4K bądź 8K, moduł Wi-Fi 6 usprawni w nich m.in. strumieniowanie gier z serwisu Apple Arcade czy Google Stadia, które zadebiutują pod koniec 2019 roku.

Wdrożenie Wi-Fi 6 znacząco usprawni także funkcjonowanie urządzeń wchodzących w skład internetu rzeczy. Nowy standard ma umożliwić podłączenie przeszło 100 sprzętów do jednego punktu dostępowego, dzięki czemu zauważalnie przyczyni się do poprawy funkcjonowania domowych i firmowych sieci urządzeń połączonych.

– Po pierwsze, liczy się przepustowość, a po drugie, oczywiście prędkość. Trzecim czynnikiem jest zasięg, który zamierzamy zwiększyć. Istotne jest także bezpieczeństwo. Domyślnym protokołem bezpieczeństwa w przypadku Wi-Fi 6 jest WPA 3, co stanowi znaczne ulepszenie w stosunku do poprzedniej generacji. Dzięki temu konsumenci będą mogli się cieszyć siecią o najwyższej jakości i bezpieczeństwie w swoich domach – zauważa ekspert.

Proces wdrożeniowy Wi-Fi 6 podzielono na kilka faz. 16 września 2019 roku Wi-Fi Alliance uruchomiło proces certyfikacyjny urządzeń korzystających z modułów Wi-Fi 6. Stosowne certyfikaty przyznano już nowym modułom bezprzewodowym od takich firm, jak Broadcom, Cybress, Intel, Marvell Qualcomm czy Rucus, rozpoczynając tym samym masowe wdrażanie nowej technologii na rynku konsumenckim. Następnie w 2020 roku pierwsze urzędy certyfikujące mają umożliwić urządzeniom pracującym w standardzie Wi-Fi 6 korzystanie z dodatkowego pasma 6 GHz. Dwa lata później zadebiutuje technologia UL MU-MIMO, która znacząco przyspieszy przesył danych, a w 2024 roku pojawi się Wi-Fi 802.11be. To standard, który pozwoli przesyłać dane bezprzewodowo z prędkością do 30 Gb/s.

– Dzięki Wi-Fi 6 zasięg ulegnie poprawie o około 10–15 proc., jednak zakres nie zmieni się istotnie. Wi-Fi 6 działa w tym samym paśmie częstotliwości co Wi-Fi 5, czyli 2,4 i 5 GHz, dlatego potrzebujemy urządzeń takich jak Orbi Wi-Fi 6, żeby móc korzystać z internetu na różnych piętrach domu – tłumaczy Lionel Paris.

Według analityków z firmy 360 Research Reports wartość globalnego rynku domowych routerów Wi-Fi w 2019 roku wyniosła 2,67 mld dol. Przewiduje się, że do 2024 roku wzrośnie ona do 3,57 mld dol.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/zalozenia-do-nowego,p219189319

Brak systemów bezpieczeństwa i nadzoru to największe wady rynku kryptowalutowego. Korporacje technologiczne walczą o uregulowanie branży

Inwestowanie w rynek kryptowalutowy to ryzykowne przedsięwzięcie. Zdarzają się sytuacje, że fundusze przechowywane w portfelach online mogą nieoczekiwanie zniknąć z konta, a utraconych środków nie sposób odzyskać na drodze prawnej. Przedstawiciele branży finansowej przestrzegają przed inwestowaniem w tej branży, ale jednocześnie widzą potencjał technologii blockchain, na podstawie której funkcjonują kryptowaluty.

– Nie powinniśmy wspierać i rozwijać rynku kryptowalut, jest to rynek niebezpieczny i nieuregulowany. Ci, którzy angażują swoje oszczędności, muszą się liczyć z tym, że nie ma tam systemów gwarancji i nadzoru. Może dojść do tego, że pieniądze zostaną utracone. Kilka tygodni temu wyparowało ponad 100 mln zł i osoby, które były z tym rynkiem związane, nagle doświadczyły tego, że nikt nie jest w stanie ich ochronić – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Krzysztof Pietraszkiewicz, prezes Związku Banków Polskich.

W lipcu tego roku BitMarket, najstarsza polska giełda kryptowalutowa, niespodziewanie ogłosiła utratę płynności finansowej, co wiązało się z zamknięciem jej serwisu. Do dziś witryna pozostaje nieaktywna, a użytkownicy inwestując na tej platformie mogli bezpowrotnie utracić nawet 100 mln zł. Nie jest to jednostkowy przypadek w tej branży – w 2016 roku upadła giełda Bitcurex, a wraz z nią przepadło 2300 bitcoinów, które dziś byłyby warte przeszło 91 mln zł.

Nowozelandzka giełda Cryptopia z kolei w wyniku ataku hakerskiego w styczniu tego roku utraciła kryptowaluty o łącznej wartości ok. 18 mln dolarów. Jak dowiedziono w postępowaniu likwidacyjnych przeprowadzonym przez firmę Grant Thornton, tak duże straty były wynikiem nieodpowiedzialnej polityki bezpieczeństwa Cryptopii – giełda przechowywała środki klientów w portfelach zbiorczych przypisanych do konkretnych walut. Takie działanie miało znacząco obniżyć koszty funkcjonowania giełdy poprzez zredukowanie kosztów obsługi serwerów.

– Poprzez rynek kryptowalut finansowane są także wymuszenia czy działania związane z hakerami, którzy żądają opłaty w zamian za odblokowanie systemów informatycznych. Jest to także obszar ogromnej energochłonności. To nie jest tak, że można rozwijać obszar kryptowalut bezkosztowo. Koszty są ponoszone, tylko w inny sposób – przestrzega Krzysztof Pietraszkiewicz.

Mimo wielu zastrzeżeń wysuwanych wobec kryptowalut, branża finansowa nie odcina się od nich całkowicie i docenia potencjał drzemiący w technologii blockchain. Komisja Nadzoru Finansowego we współpracy z Krajową Izbą Rozliczeniową będą wspierać rozwiązania fintechowe bazujące na blockchainie, które mają zwiększyć m.in. przejrzystość danych generowanych na rynkach finansowych.

– Technologia blockchain pozwala w sposób bezpieczny, bardziej trwały zachowywać informacje, mieć pewność, że nie następuje ingerencja w powstałe zapisy. Jest to gwarancja dostępu do bardzo aktualnych informacji i cieszy mnie to, że ten typ technologii będzie rozwijany w niektórych obszarach działalności bankowej oraz w naszej gospodarce. I ważne, że interesują się tym zagadnieniem także regulatorzy i nadzorcy – zauważa ekspert.

Potencjał blockchaina doceniły m.in. firmy z branży smarfonowej, które zaprojektowały urządzenia umożliwiające przeprowadzanie bezpiecznych transakcji kryptowalutowych. Telefony takie jak Samsung Galaxy S10, HTC Exodus czy Finney od Sirin Labs wyposażono w zintegrowane portfele kryptowalutowe zabezpieczone szeregiem systemów weryfikacji tożsamości. Wirtualne środki zgromadzone na tych urządzeniach są chronione m.in. za pośrednictwem systemów biometrycznych.

Kluczowe dla rozwoju całej branży może okazać się wprowadzenie regulacji giełd funkcjonujących w oparciu o rozwiązania blockchainowe. Międzynarodowa Grupa Specjalna ds. Przeciwdziałania Praniu Pieniędzy opublikowała wytyczne, które zobowiązują dostawców wirtualnych aktywów do przekazywania między sobą informacji o klientach transferujących pieniądze. Ruch ten ma utrudnić wykorzystywanie kryptowalut przez środowiska przestępcze, a co za tym idzie – przekonać instytucje finansowe do korzystania z tej innowacyjnej formy płatności.

Z kolei dyrektor zarządzająca Międzynarodowym Funduszem Walutowym, Christine Lagarde, wydała oświadczenie nawołujące banki centralne oraz instytucje nadzorujące do otwarcia się na kryptowaluty i technologię blockchain oraz wprowadzenia międzynarodowych regulacji, które pozwolą unormować sposób funkcjonowania całej branży kryptowalutowej.

– Tworzenie pewnego typu instrumentów i instytucji musi mieć konstruktywny cel. Nie można angażować miliardów czy setkek miliardów dolarów, aby powstawały poważne zaburzenia czy nieciągłości w działalności gospodarczej bądź na rynku finansowym. Przed regulatorami światowej polityki monetarnej i bezpieczeństwa obrotu gospodarczego stoi ogromne wyzwanie, jak zmierzyć się z tym tematem. Być może należy pozwolić na pewien zakres eksperymentów czy pilotażowych rozwiązań, jednak żeby nie odbywało się to kosztem ogromnych strat poniesionych przez obywateli czy przedsiębiorców – mówi Krzysztof Pietraszkiewicz.

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość rynku blockchain do 2023 r. wzrośnie do 23,3 mld dol. W najbliższych latach ma rosnąć w tempie ponad 80 proc. średniorocznie.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/brak-systemow,p1940730362

Dezinformacja wspierana przez sztuczną inteligencję szerzy się w internecie. Powstają narzędzia ułatwiające ocenę wiarygodności treści w sieci

Rozwój sztucznej inteligencji (SI) oraz zintegrowanych systemów marketingowych ułatwiły rozprzestrzenianie nieprawdziwych informacji w internecie. Boty rozprzestrzeniają sfabrykowane informacje, powstają systemy SI do manipulowania obrazami i tekstami, a większość społeczeństwa nie weryfikuje prawdziwości pozyskiwanych informacji. Korporacje technologiczne i przedstawiciele administracji publicznej pracują nad narzędziami, które pozwolą skutecznie zidentyfikować treści o charakterze dezinformacyjnym.

– Europa stara się bronić przed dezinformacją, która stała się bardzo dużym elementem działania w sieci. Kiedyś działanie dezinformacyjne związane było przede wszystkim z polityką, służbami, wojskiem, teraz rozlało się na całą cyberprzestrzeń i bardzo trudno jest walczyć bezpośrednio z tym zjawiskiem. Trudno też wskazać organy odpowiedzialne za taką walkę. Parlament Europejski podejmuje działania, są wskazywane pewne drogi i aspekty walki z dezinformacją – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr Piotr Potejko z Wydziału Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego.

Z danych Komisji Obywatelstwa, Sprawowania Rządów, Spraw Instytucjonalnych i Zewnętrznych wynika, że blisko 80 proc. internautów nie weryfikuje informacji pozyskiwanych z sieci, tym samym działając na korzyść osób rozpowszechniających nieprawdę w internecie. W odpowiedzi na skoordynowaną akcję dezinformacyjną, jaką zaobserwowano przy okazji wyborów do Parlamentu Europejskiego, przedstawiciele Komisji Europejskiej wyszli z inicjatywą stworzenia narzędzi, które ułatwią weryfikację wiarygodności informacji pozyskiwanych z sieci.

Aby zminimalizować skutki działań dezinformacyjnych przeprowadzanych przy okazji wyborów, Unia Europejska powołała grupę zadaniową ds. komunikacji strategicznej i Komórki UE ds. Syntezy Informacji o Zagrożeniach Hybrydowych w ramach Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych. Jej celem było stworzenie systemu wczesnego ostrzegania, który pozwoli identyfikować źródła dezinformacji. Na wniosek unijnych urzędników udało się przekonać takie firmy jak Google, Facebook czy Twitter do wdrożenia rozwiązań ułatwiających zwalczanie botów internetowych, fałszywych kont społecznościowych czy kont rozprzestrzeniających materiały, które miały spolaryzować wyborców.

– Dezinformacja to nie tylko stricte polityczne oddziaływania na ludzi, lecz także cały aspekt socjotechnik, które działają na nas z perspektywy biznesu, pozycjonowania nas w różnych aspektach działań informacyjnych – tłumaczy dr Piotr Potejko.

Z badań przeprowadzonych przez naukowców Uniwersytetu Nowojorskiego wynika, że w przyszłym roku kolejnym narzędziem dezinformacyjnym może stać się Instagram, który może posłużyć do manipulowania opinią publiczną w celu wypaczenia wyniku wyborów prezydenckich w 2020 roku. Wszystko za sprawą upowszechnienia się technologii deepfake wykorzystującej sztuczną inteligencję do podmiany twarzy osoby uwiecznionej na nagraniu. Narzędzia tego typu umożliwią stworzenie sfałszowanych filmów, które mogą skompromitować przeciwników politycznych.

Potężną bronią w wojnie dezinformacyjnej mogą się okazać także systemy automatycznego generowania tekstu. Narzędzie tego typu opracowali m.in. inżynierowie z OpenAI i w wersji okrojonej opublikowali w internecie. Oprogramowanie GPT-2 okazało się tak skuteczne, że Elon Musk, współzałożyciel OpenAI, postanowił opuścić firmę, aby nie sygnować swoim nazwiskiem projektu, który mógłby posłużyć do manipulowania opinią publiczną. Z kolei niedawno Microsoft postanowił zainwestować w firmę miliard dolarów.

– Dezinformacja stosowana jest bardzo powszechnie. To nie zawsze musi być negatywny aspekt tego zjawiska. W każdym państwie są organy, które zajmują się przeciwdziałaniem zjawisku dezinformacji i jego oddziaływaniu na społeczeństwo. Tak naprawdę każdy podmiot, który przetwarza informacje, powinien również mieć na uwadze walkę z dezinformacją. Każdy z elementów państwa powinien wdrażać pewne polityki walki z dezinformacją, bo sam też podlega takiej dezinformacji w sieci czy w polityce – zauważa ekspert.

Na zagrożenia ze strony systemów dezinformacyjnych reagują wielkie korporacje, których oprogramowanie bądź narzędzia wykorzystuje się do szerzenia nieprawdziwych informacji. Facebook, Google oraz BBC zawiązali współpracę przy projekcie, który ma ułatwić rozpoznanie zmanipulowanych materiałów. W ramach nowo zawiązanej organizacji do zwalczania fake newsów wypracują narzędzia do zautomatyzowanego oznaczania treści dezinformacyjnych, przeprowadzania szkoleń ułatwiających ich wykrywanie oraz dzielenie się wiedzą na temat prowadzenia etycznych działań informacyjnych.

Google już wcześniej na własną rękę rozpoczął walkę z dezinformacją. Korporacja postanowiła drastycznie ograniczyć zasięg filmów prezentujących teorie spiskowe w swoim serwisie filmowym. W ramach czystki dezinformacyjnej zdecydowano się ograniczyć zasięg organiczny takich materiałów, usuwając je z list polecanych filmów. Z kolei Facebook już w 2017 roku wprowadził narzędzie ułatwiające zgłaszanie administratorom nieprawdziwych treści, a w 2018 roku wzbogacił swoje narzędzie szybkiego wykrywania fake newsów – pod informacjami o wątpliwej wartości informacyjnej serwis załącza linki do Wikipedii tłumaczące kontrowersyjne kwestie.

Tymczasem powstają już pierwsze edukacyjne narzędzia demonstrujące, w jaki sposób nieprawdziwe informacje rozprzestrzeniają się w sieci. Holenderska organizacja DROG w 2017 roku zaprojektowała minigrę dezinformacyjną Bad News, a następnie poprosiła naukowców z Uniwersytetu w Cambridge o przetłumaczenie jej na dziesięć języków. W tym roku narzędzie zadebiutowało w polskiej wersji językowej, dzięki czemu każdy Polak może się przekonać, czy nie został nigdy zmanipulowany podczas korzystania z internetu.

 Nie możemy już powiedzieć: Nie jestem dezinformowany, do mnie te negatywne informacje nie docierają. Każdy podlega tej dezinformacji w mniejszy lub większy sposób. Widzimy młodzież, która nie odkłada telefonów komórkowych, nie wylogowuje się z sieci. Już od najmłodszych lat powinniśmy w szkołach na każdym szczeblu edukacji wyjaśniać, czym jest dezinformacja i jakie mamy możliwości jej weryfikowania. Najważniejsze jest, żebyśmy wiedzieli, gdzie możemy sprawdzić, czy informacja jest prawdziwa, czy ktoś wprowadza nas w błąd. Bo dezinformacja to tak naprawdę element manipulowania zachowaniami człowieka bądź całych grup społecznych – podsumowuje dr Piotr Potejko.

Według analityków Gemius PBI w sierpniu z internetu korzystało 28 mln Polaków, każdego dnia spędzając w sieci średnio 1 godz. 43 min. Najczęściej korzystano z witryn Google, Facebooka, Grupy WP, Grupy RAS Polska oraz YouTube.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/dezinformacja-wspierana,p1585748318

Czas na druk 4D. Pierwsza myszka dla graczy wykonana w tej technologii trafi na rynek jeszcze w tym roku

Inżynierowie coraz śmielej eksperymentują z materiałami programowalnymi wykonanymi za pośrednictwem technologii druku 4D. Na rynku pojawiają się pierwsze powszechnie dostępne produkty, które wykonano przy wykorzystaniu druku 4D, a naukowcy testują potencjał materiałów programowalnych w branży medycznej. W przyszłości technologia ta może posłużyć do masowej produkcji spersonalizowanych przedmiotów, elastycznych robotów czy innowacyjnych przyrządów medycznych. Jeszcze w tym roku na rynek trafi pierwsza myszka dla graczy wykonana w tej technologii.

– XPG Headshot to nasza mysz drukowana w technologii 4D. Chcieliśmy stworzyć ultralekką myszkę dla graczy, nie chcąc przy tym, by wyglądała jak skomplikowana struktura mechaniczna, dlatego zdecydowaliśmy się na wykorzystanie w jej konstrukcji nietypowego materiału – tworzywa termoplastycznego produkowanego na bazie nylonu – mówi w wywiadzie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Luca Di Fiore, dyrektor produktu i R&D w firmie XPG.

Firma zajmująca się produkcją akcesoriów dla graczy komputerowych postanowiła wykorzystać technologię druku 4D przy produkcji swojej najnowszej gamingowej myszki. Producent wykonuje obudowę urządzenia za pośrednictwem druku 3D, dlatego klient może idealnie dopasować ją do fizjonomii własnej dłoni. Do jej stworzenia wykorzystano termoplastyczny materiał zwany Poliamidem PA 12, który ugina się pod naciskiem dłoni. Dzięki temu gracz może w locie zmniejszać czułość myszki poprzez jej ściśnięcie. Drukowanie w 3D przy użyciu materiałów termoplastycznych określa się mianem druku 4D.

Druk 4D wykorzystywany jest już jednak zacznie szerzej. Carbon, firma wyspecjalizowana w dostarczaniu rozwiązań z branży druku przestrzennego, jako jedna z pierwszych wprowadziła do masowej sprzedaży produkty wykonane przy wykorzystaniu materiałów programowalnych. W ramach współpracy z korporacją Adidas inżynierowie Carbon zaprojektowali buty Futurecraft 4D z podeszwą wydrukowaną w technologii CLIP. Buty z tej linii idealnie dopasowują się do stopy użytkownika dzięki temu, że na podeszwę składa się gęsta struktura tysięcy mikrowsporników uginających się pod ciężarem ciała.

– Druk w czterech wymiarach nie jest terminem marketingowym – określenie zaczerpnięto z wykładu wygłoszonego przez profesora Massachusetts Institute of Technology poświęconego sposobom programowania materiałów w taki sposób, by powstał przedmiot, który ma określone właściwości w określonych warunkach. Materiał jest niezwykle wytrzymały w pewnych warunkach, ale może być bardzo miękki w innych warunkach, jeśli wykorzysta się go do pewnych określonych celów, np. do komputerowych gier sportowych – mówi Luca Di Fiore.

Naukowcy z Rutgers University z kolei wykorzystali druk 4D do stworzenia inteligentnego materiału, który umożliwi stworzenie miękkich robotów, wszepialnych urządzeń medycznych czy materiałów absorbujących uderzenia. Inżynierowie opracowali szkieletową strukturę, która zmienia swoje właściwości pod wpływem temperatury. Po podgrzaniu mięknie i skręca się, a kiedy wystygnie – sztywnieje. Ponowne podgrzanie przywraca go do pierwotnej formy.

Wspomniane wyżej metamateriały są dopiero we wczesnej fazie opracowywania, muszą przejść jeszcze szereg eksperymentów, zanim zostaną dopuszczone do użytku. W międzyczasie na popularności będą zyskiwać proste przedmioty wykorzystujące elastyczne właściwości druku 4D, umożliwiające całkowitą personalizację zakupowanego przedmiotu.

– Produkcja myszki odbywa się z wykorzystaniem druku 3D, dzięki czemu mogliśmy pójść o krok dalej i stworzyć algorytm uczenia maszynowego, który analizuje dłoń, skanuje jej wymiary, a następnie pomaga zbudować dokładnie taki rodzaj myszy, który pasuje do rozmiaru dłoni, sposobu trzymania myszy i wszystkich wymiarów dłoni użytkownika – wyjaśnia ekspert.

Myszka wykonana w technologii 4D od XPG trafi na rynek w listopadzie tego roku, a jej cena ma nie przekroczyć 100 euro. Według firmy badawczej Market Research Future wartość globalnego rynku druku 4D do 2022 roku wzrośnie do 162 mln dol. W najbliższych latach ma się on rozwijać w tempie blisko 39 proc. w skali roku.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/czas-na-druk-4d-pierwsza,p1791923796