Rośnie liczba cyberataków na infrastrukturę kolejową. Mogą one grozić paraliżem

Infrastruktura kolejowa jest kluczowa nie tylko ze względu na przewozy pasażerskie, lecz także towarowe, zwłaszcza transport krytycznych z punktu widzenia państwa produktów, jak ropa naftowa czy węgiel. – Jeżeli ruch kolejowy zostanie sparaliżowany, możemy mieć np. przerwy w dostawach energii elektrycznej – mówi Andrzej Bartosiewicz, ekspert Thales Polska. Jak podkreśla, liczba ataków hakerskich na infrastrukturę krytyczną, do której zalicza się transport kolejowy, rośnie gwałtownie, a problemem wciąż pozostaje bardzo długi, nawet 6-miesięczny, czas pomiędzy atakiem a momentem, w którym zostanie wykryty.

Dziś konflikty zbrojne nie odbywają się już tylko w obszarze militarnym, lecz zagrożone są też elementy infrastruktury krytycznej, m.in. transport kolejowy, lotniczy, wodociągi czy energetyka – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr inż. Andrzej Bartosiewicz, dyrektor sprzedaży i rozwoju biznesu w obszarze cybersecurity Thales Polska.

Infrastruktura krytyczna jest kluczowa dla ciągłości funkcjonowania państwa. Zalicza się do niej m.in. transport kolejowy, zarówno towarowy, jak i osobowy. Ten musi być nie tylko punktualny, sprawny i bezpieczny, lecz także jako potencjalny cel ataków hakerskich zabezpieczony przed cyberatakami.

Ruch kolejowy to nie tylko pasażerowie. To też transport krytycznych z punktu widzenia państwa produktów, jak ropa naftowa, benzyna czy węgiel. Jeżeli zostanie sparaliżowany ruch kolejowy, możemy mieć np. przerwy w dostawach energii elektrycznej. Dlatego bezpieczeństwo ruchu kolejowego jest elementem bezpieczeństwa państwa. Trzeba poświęcić dużo uwagi, żeby nie stało się jego słabym elementem – podkreśla Andrzej Bartosiewicz.

Liczba ataków hakerskich na infrastrukturę krytyczną wzrasta, co potwierdziły m.in. dane Federalnego Urzędu Bezpieczeństwa Teleinformatycznego, które na początku tego roku ujawnił niemiecki dziennik „Welt am Sonntag”. Wynika z nich, że tylko w II połowie ubiegłego roku doszło w Niemczech do 157 ataków hakerskich na infrastrukturę krytyczną, z czego 19 na sieci elektroenergetyczne. Jeszcze na przełomie roku 2016/2017 takich incydentów odnotowano raptem 34.

Mamy całą masę wirusów i złośliwego oprogramowania, którego celem jest zidentyfikowanie słabych elementów sieci i zaatakowanie ich. Hakerzy mają tutaj wiele celów do osiągnięcia. Pierwszym jest pozyskanie szczegółowych danych o elementach tych systemów, o tym, co jest zainstalowane. Następnie dokonują spersonalizowanych, dedykowanych ataków, np. po to, żeby zatrzymać ruch kolejowy albo dokonać jakiegoś innego działania, które potencjalnie zagraża bezpieczeństwu pasażerów czy transportu towarów – mówi Andrzej Bartosiewicz.

Główny problem w przypadku takich incydentów stanowi wciąż bardzo długi czas pomiędzy atakiem a momentem, w którym zostanie wykryty. Ten potrafi sięgać nawet 6 miesięcy.

To oznacza, że haker buszuje w sieci przez 6 miesięcy i zaatakowany dowiaduje się o tym dopiero, kiedy dojdzie np. do poważnych zniszczeń czy kradzieży danych. Dlatego bardzo istotnym elementem działań po stronie operatorów infrastruktury krytycznej jest skrócenie tego czasu od ataku do jego wykrycia – mówi Andrzej Bartosiewicz. – Kolejna rzecz to cały system wymiany informacji między Polską a innymi krajami Unii Europejskiej. Takie ataki często są skoordynowane i dotyczą kilku krajów, dlatego współpraca między podmiotami zajmującymi się bezpieczeństwem w każdym z krajów Unii Europejskiej musi być ścisła.

Co istotne, infrastruktura kolejowa, podobnie jak inne typy infrastruktury krytycznej, różni się od systemów IT znanych z biur. To przede wszystkim systemy, które sterują ruchem kolejowym albo spełniają inne zadania, ważne z punktu widzenia bezpieczeństwa pasażerów czy ruchu towarowego.

– Takie systemy muszą być stale monitorowane. Wszelkie anomalie muszą być wykrywane, a następnie właściwe służby po stronie operatora muszą takie potencjalne zagrożenia eliminować – zaznacza Andrzej Bartosiewicz.

Jak podkreśla, infrastruktura kolejowa jest częścią infrastruktury krytycznej, określonej przez Komisję Europejską w dyrektywie NIS przyjętej trzy lata temu, a w ubiegłym roku wdrożonej do polskiego prawa w postaci ustawy o Krajowym Systemie Cyberbezpieczeństwa.

Dlatego operatorzy infrastruktury kolejowej są zobligowani przepisami prawa do jej zabezpieczenia – mówi Andrzej Bartosiewicz.

Celem dyrektywy jest przede wszystkim zapewnienie wysokiego poziomu bezpieczeństwa sieci i systemów informatycznych na terytorium całej Unii Europejskiej i umożliwienie skutecznej walki z zagrożeniami.

 

W Polsce ustawa o KSC i ustawa o zarządzaniu kryzysowym, komplementarne wobec siebie, nakładają na operatorów infrastruktury krytycznej wymóg, aby każdy atak hakerski i incydent naruszenia bezpieczeństwa w ciągu 24 godzin zgłaszać do CSIRT GOV lub CSIRT MON (Zespołu Reagowania na Incydenty Bezpieczeństwa Komputerowego).

Ustawa o KSC jest latarnią, która wyznacza operatorom infrastruktury kolejowej i innych krytycznych elementów, jak np. energetyka, jakie działania muszą podjąć, aby zwiększyć bezpieczeństwo. Operatorzy muszą m.in. dokonać analizy ryzyka i ocenić, które elementy są potencjalnie narażone na ataki ze strony hakerów. Kolejny krok to wdrożenie odpowiednich rozwiązań technicznych. Należy zainwestować czas i pieniądze, aby to bezpieczeństwo zwiększyć – mówi Andrzej Bartosiewicz.

Ekspert podkreśla, że w Polsce wymogi, które na operatorów infrastruktury krytycznej nakłada ustawa o KSC, są dość restrykcyjne w porównaniu z prawodawstwem w innych krajach UE. Przepisy wymagają m.in. wyznaczenia osób odpowiedzialnych i wdrożenia odpowiednich procedur reagowania w przypadku incydentów zagrożenia bezpieczeństwa.

– Pasażerowie nie powinni odczuć tych działań dokonywanych w celu zabezpieczenia sieci. Idea jest taka, że operatorzy wprowadzają rozwiązania, które są dla pasażerów niewidoczne – mówi Andrzej Bartosiewicz. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/rosnie-liczba,p1709525976

Rośnie zainteresowanie systemami przemysłowego internetu rzeczy. Okulary AR czy inteligentne rękawice zautomatyzują i usprawnią procesy produkcyjne

Firmy coraz częściej inwestują w rozwiązania z branży przemysłowego internetu rzeczy. Inteligentne okulary czy rękawice wykorzystujące rzeczywistość rozszerzoną pozwalają sprawniej zarządzać siecią urządzeń połączonych, łańcuchami produkcyjnymi czy przetwarzać dokumentację bez opuszczania stanowiska pracy. Wdrożenie kompleksowych sieci urządzeń połączonych umożliwi przeprowadzanie monitoringu procesów przemysłowych w czasie rzeczywistym.

– Zadaniem Crove jest pomaganie firmom prowadzącym obszerną dokumentację w jej optymalizacji i cyfryzacji. Rękawica wykonuje rutynowe zadania i przygotowuje dokumentację, a wszystko wykonywane jest w tle podczas normalnej pracy użytkownika. Przy tym nie potrzebujemy wizualnego potwierdzenia wykonanych zadań. W przyszłości działanie rękawiczki będzie wsparte sztuczną inteligencją – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Alicia Sophia Hinon, współzałożycielka EngageLabs.

Rękawica Crove została zaprojektowana w taki sposób, aby pracownicy mogli aktywować i kontrolować urządzenia wchodzące w skład przemysłowego internetu rzeczy (IIoT) z dowolnego miejsca, bez konieczności bezpośredniego obsługiwania maszyny. Po wgraniu do rękawiczki odpowiedniego protokołu, sprzęt gotowy jest do zdalnego kontrolowania urządzeń przypisanych do konkretnych gestów.

Nad podobnym projektem pracują inżynierowie z firmy ProGlove, którym udało się pozyskać od Summit Partners 36 mln euro na rozwój inteligentnej rękawicy przemysłowej. Sprzęt ma zastąpić klasyczne skanery kodów kreskowych i umożliwiać błyskawiczne skanowanie produktów w fabrykach czy centrach magazynowych. Urządzenie odciąża pracownika, integrując skaner w ubraniu roboczym. Takie rozwiązanie pozwala zredukować czas potrzebny do zeskanowania produktu, gdyż odczytanie kodu nie wymaga wyjmowania narzędzia.

W procesach produkcyjnych pomagają także inteligentne okulary. Druga generacja Google Glass Enteprise została opracowana z myślą o optymalizacji pracy w fabrykach, dzięki czemu ułatwi obsługę urządzeń przemysłowych. W nowej wersji inżynierowie zastosowali wydajny, czterordzeniowy procesor Qualcomm Snapdragon XR1, który we współpracy z 8-megapikselowym aparatem pozwoli na płynną pracę w środowisku rzeczywistości rozszerzonej. Wykorzystujące sztuczną inteligencję gogle mogą pomagać pracownikom np. na linii produkcyjnej, zapewniając dostęp do informacji bez użycia rąk.

– Crove można określić jako produkt uniwersalny, ponieważ można z niego korzystać w różnego rodzaju branżach wymagających prowadzenia obszernej dokumentacji. Dzięki temu, że jest to inteligentne urządzenie działające w oparciu o technologię IIoT oraz pozwalające na sterowanie zdalne, w przyszłości będzie można z niego korzystać w połączeniu z wszelkiego rodzaju systemami IIoT wykorzystywanymi przez przedsiębiorstwa – twierdzi ekspertka.

W fabryce Boers & Co FineMetalworking wdrożono zarówno rękawice ze skanerem kodów kreskowych, jak i cyfrowy plan zakładu z podglądem każdej maszyny oraz jej aktualnym statusem. Uzupełnieniem platformy jest dron, który nieustannie odczytuje informacje z tagów RFID i automatyzuje proces inwentaryzacji zapasów w trybie dziennym. Inteligentne okulary czy rękawice rozpoznające gesty mają stanowić uzupełnienie takich kompleksowych sieci IIoT i ułatwić obsługę skomplikowanych procesów produkcyjnych.

– Rynek inteligentnych urządzeń do noszenia dopiero się rozwija. Nasza wizja przyszłości to pracownicy i zakłady wyposażone w 3 inteligentne systemy – okulary z rozszerzoną rzeczywistością, systemy ERP i precyzyjne rękawice. Przewidujemy, że rynek tego typu urządzeń będzie wart miliard dolarów – wskazuje Alicia Sophia Hinon.

Według analityków z firmy Zion Market Research wartość globalnego rynku przemysłowego internetu rzeczy w 2017 roku wyniosła blisko 146 mld dol. Przewiduje się, że do 2023 roku wzrośnie ona do ponad 232 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 8 proc.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/rosnie-zainteresowanie,p1374891246

Elektroniczne usługi medyczne rewolucjonizują służbę zdrowia. W Polsce wystawia się już ponad 220 tys. e-recept dziennie

W Polsce można już bez wychodzenia z domu odbyć konsultację lekarską, otrzymać receptę, a nawet poprosić o jej wykupienie i wysyłkę leku. Na popularności coraz bardziej zyskują też instrumenty takie jak elektroniczna recepta czy skierowanie. Wprowadzenie cyfrowej dokumentacji medycznej pozwoli natomiast usprawnić analitykę i obsługę kontraktów z Narodowym Funduszem Zdrowia. Właśnie wystartowała nowa platforma rządowa, na której wszystkie sprawy, w tym zdrowotne, można załatwić w jednym miejscu.

– Wideokonsultacje czy też rozwiązania telemedyczne już zaczynają być implementowane do polskiego systemu ochrony zdrowia i jak najbardziej istnieje przestrzeń do ich rozwoju. Technicznie nie jest to żadna bariera, więc będziemy mieli coraz więcej takich rozwiązań – przewiduje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Marcin Czech, prezes elekt Polskiego Towarzystwa Farmakoekonomicznego.

W Polsce funkcjonują już przychodnie on-line. Jedną z nich jest działająca na terenie Unii Europejskiej przychodnia Dimedic, w której można bez wychodzenia z domu odbyć konsultację lekarską i otrzymać receptę. Pacjent może wybrać również opcję wykupu recepty. Placówka udziela konsultacji głównie w sprawach związanych z antykoncepcją, otyłością czy zaburzeniami seksualnymi

– W obszarze e-zdrowia i wszystkiego, co jest związane z rozwiązaniami cyfrowymi w zdrowiu, to obecnie jesteśmy w fazie pełnej akceleracji. E-recepta, e-skierowanie, e-zwolnienie, konto pacjenta, to są wszystko elementy cyfryzacji, które wchodzą szybko do systemu ochrony zdrowia i dzięki temu gonimy państwa, które uważamy za modelowe, np. Estonię – mówi Marcin Czech.

Recepty elektroniczne można w Polsce zrealizować w każdej aptece od 1 stycznia 2019 roku. Od 1 stycznia 2020 roku wszystkie przychodnie będą miały natomiast obowiązek ich wystawiania. Według danych Centrum Systemów Informacyjnych Ochrony Zdrowia, do tej pory wystawiono w Polsce ponad 7 mln takich recept, a według najnowszych danych, dziennie jest ich już wystawianych ponad 220 tysięcy. Liczba podmiotów wystawiających e-recepty w samym tylko sierpniu wzrosła w stosunku do lipca o 46 proc. i wynosi już prawie 4 tysiące.

Kolejnym krokiem w rewolucjonizowaniu polskiej służby zdrowia ma być wprowadzenie w 2021 r. elektronicznej dokumentacji medycznej. W Internetowym Koncie Pacjenta po zalogowaniu się za pomocą Profilu Zaufanego będzie można przejrzeć nie tylko swoją dokumentację medyczną, w tym historię wizyt u lekarza w ramach NFZ od 2008 r., lecz także swoich dzieci. 

– To będzie otwarcie wrót do olbrzymich możliwości analitycznych, które tkwią w systemie. I to uzupełni dane, które są zbierane dla potrzeb refundacji czy dla potrzeb NFZ-u. W cyfryzacji będzie wiele nowych rzeczy i wiele nowych rozwiązań dla dobra profesjonalistów medycznych i pacjentów – przewiduje prezes Polskiego Towarzystwa Farmakoekonomicznego.

Wprowadzenie możliwości przeprowadzania elektronicznych konsultacji z lekarzami różnych specjalizacji pozwala walczyć z problemem kolejek. Na prywatną wizytę u urologa trzeba w Kielcach czekać nawet trzy tygodnie. Wizyta w ramach kontraktu z NFZ to już czas oczekiwania sięgający co najmniej 3,5 miesiąca. W przypadku zdecydowania się na konsultację przez kanał elektroniczny czas ten skraca się nawet do czterech dni.

Z uwagi na znaczne usprawnienie systemu ochrony zdrowia dzięki narzędziom on-line możliwe będzie też wypracowanie oszczędności finansowych, ale i poprawy jakości opieki.

– Na początku musimy się nauczyć jak z tego systemu korzystać, ale potem wszystko będzie na tzw. kliknięcie, co zaowocuje sporymi oszczędnościami. Być może wymusi to również zmiany polegające na tym, że lekarze będą bardziej się zajmować pacjentem i leczeniem, a np. szeroko zapowiadani asystenci medyczni będą bardziej obsługiwać systemy informacji. Myślę, że to jest przyszłość – mówi Marcin Czech.

W budżecie Polski na 2019 rok nakłady na służbę zdrowia sięgnęły kwoty niemal 100 mld zł, co stanowi 4,86 proc. PKB. W 2020 ma to być już 5,03 PKB, a do 2025 roku 6 proc. Właśnie wystartowała rządowa platforma gov.pl, na której wszystkie e-usługi, w tym także zdrowotne, można załatwić w jednym miejscu.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/elektroniczne-uslugi,p1452146968

Urządzenia ubieralne coraz bardziej zaawansowane. Wearables potrafią pomagać osobom ze schorzeniami układu moczowego

Urządzenia do noszenia na ciele znajdują coraz szersze zastosowanie w medycynie i opiece senioralnej. Czujniki USG montowane w najnowocześniejszych urządzeniach mogą np. wykonać zdjęcie płodu i przesłać je lekarzowi do analizy. Coraz częstszym problemem ze względu na starzenie się społeczeństwa jest także nietrzymanie moczu, na które cierpi nawet 33 proc. osób w Stanach Zjednoczonych. Urządzenie wykrywające stan napełnienia pęcherza może zasygnalizować osobie nietrzymającej moczu, że powinna pójść do toalety.

– DFree to urządzenie do noszenia wskazujące, czy konieczna jest wizyta w toalecie. Ma ono czujnik USG, który zakłada się bezpośrednio na skórę. Komunikuje się ono z telefonem użytkownika, a specjalna aplikacja informuje o stanie napełnienia pęcherza i powiadamia, kiedy należy udać się do toalety –wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Mai Ono z DFree.

Według American Urological Association, nawet 33 proc. osób w Stanach Zjednoczonych cierpi na nietrzymanie moczu. Problem ten występuje częściej u kobiet niż u mężczyzn. Szacuje się, że zmaga się z nim około 30 proc. kobiet w wieku 30–60 lat, podczas gdy wśród mężczyzn jest to 1,5–5 proc. Dotychczas osoby dotknięte tym problemem były najczęściej skazane na noszenie wkładek higienicznych, pieluchomajtek bądź cewnika urologicznego. Dostępne są także mniej lub bardziej inwazyjne metody leczenia lub łagodzenia nietrzymania moczu. To m.in. nastrzykiwanie mięśnia pęcherza botoksem czy implantacja elektrycznego stymulatora nerwu krzyżowego.

Naszym celem jest poprawa jakości życia seniorów. Z DFree można dłużej cieszyć się niezależnością, ponieważ osoby, u których wystąpi problem nietrzymania moczu, nie są od razu skazane na korzystanie z pieluch. DFree wskazuje przewidywany czas pójścia do toalety, dzięki czemu pieluchy nie są konieczne – tłumaczy Mai Ono.

Na rynku pojawia się coraz więcej urządzeń wearables dla seniorów. Najczęściej są to urządzenia monitorujące funkcje życiowe, takie jak opaska na nadgarstek Fitbit Charge 2. Ma ona wbudowany monitor pracy serca, wyświetla tętno mierzone podczas treningu, spaceru czy wypoczynku. Może również przeprowadzać sesje ćwiczeń z kontrolowania oddechu dla uspokojenia tętna. Apple Watch z kolei wyposażony jest w czujnik wykrywający upadki. W przypadku wykrycia upadku automatycznie dzwoni pod numer alarmowy.

Pojawianie się na rynku medycznych wearables oraz urządzeń do noszenia z funkcjami np. monitorującymi stan zdrowia czy detekcji upadku jest niezwykle ważne zwłaszcza w dobie starzejącego się społeczeństwa. Według ONZ populacja osób powyżej 65 roku życia rośnie najszybciej spośród wszystkich grup wiekowych. W 2050 roku 16 proc. ludzi na całym świecie będzie mieć 65 lat lub więcej (w porównaniu z 9 proc. obecnie). W Europie odsetek będzie jeszcze większy (25 proc.).

– Naszą główną grupą docelową są osoby starsze zmagające się z problemem nietrzymania moczu. Jest to powszechne zaburzenie wśród seniorów. Z uwagi na starzenie się społeczeństwa problem staje się coraz powszechniejszy. Urządzenie może być stosowane m.in. w domach opieki i szpitalach, ale dostępne jest także do zastosowań indywidualnych – mówi Mai Ono.

Według Grand View Research światowy rynek medycznych wearables wyceniany był w 2018 roku na 10,3 mld dol. Do 2026 roku ma rosnąć w tempie średniorocznym na poziomie przeszło 26 proc.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/urzadzenia-ubieralne,p522097024

Wydrukowano w 3D pierwszy w Polsce budynek z betonu. W przyszłości możliwe jest drukowanie w pełni zazbrojonych budowli

Druk 3D to rewolucja w architekturze i budownictwie. Technologia jest znacznie szybsza i tańsza niż konwencjonalne budownictwo, ma też mniejszy wpływ na środowisko. Budynków drukowanych maszynowo nie ma jednak zbyt wiele – to efekt skomplikowanych procesów przy samym stawianiu budynku. Dzięki technologii polskiego start-upu może się to zmienić. Polska firma jako pierwsza na świecie chce wdrożyć technologię automatycznego układania zbrojenia i budowy szalunków z użyciem betonu.

– W budownictwie wykorzystuje się sporo tradycyjnych metod i innowacje skupiają się głównie na materiałach. Mamy do czynienia z nowszymi technologiami, a co za tym idzie – materiały są bardziej ekologiczne, zaawansowane w sposób termiczny czy wytrzymałościowy. Jedną z innowacji jest druk 3D. Firmy na świecie już zaczynają dostrzegać tę metodę i wykorzystywać ją np. w wykończeniach czy elementach dekoracyjnych – mówi agencji Newseria Innowacje Rafał Perz, współzałożyciel i członek zarządu firmy REbuild.

Druk 3D już od kilku lat jest coraz powszechniej stosowany w budownictwie. W 2014 roku inżynierowie z Arup wykorzystali druk 3D do wyprodukowania stalowego węzła do lekkiej konstrukcji. Szanghajska firma WinSun Decoration Design Engineering zastosowała duże drukarki 3D do natryskiwania mieszanki szybko schnącego cementu i surowców wtórnych, co umożliwiło zbudowanie 10 małych domów demonstracyjnych w mniej niż 24 godziny. W Hiszpanii pierwszy most dla pieszych wydrukowany w 3D został otwarty pod koniec 2016 roku. Amerykański korpus piechoty morskiej wydrukował zaś w 3D betonową chatę koszarową.

W Polsce stanął niedawno pierwszy betonowy budynek z drukarki 3D.

– W przypadku tego budynku wydrukowane były szalunki pod fundament i ściany, a także elementy dekoracyjne wokół, jak doniczki, stoły, krzesła czy grill. Reszta prac wykończeniowych w budynku była robiona metodą tradycyjną. Proces trójwymiarowego drukowania ścian trwał 13 godzin, a proces wykończeniowy i całego zamknięcia budynku zajął nam około tygodnia – wskazuje Rafał Perz.

REbuild ukończył pierwszy wielkoformatowy wydruk z użyciem drukarki 3DCP do betonu. Budynek ma 7 mkw., a do jego wydruku zużyto ok. 6 ton betonu. To pierwszy budynek wydrukowany z użyciem tej technologii w naszym kraju. Dotychczas drukowane były mniejsze obiekty, np. ławki czy stoły. Rozwiązanie opracowywane przez polski zespół ma zautomatyzować pracę w branży budowlanej. Zbrojenie, podpory, izolacje termiczne czy wznoszenie ścian nawet o skomplikowanych kształtach będzie łatwiejsze i szybsze. 

– Technologia druku 3D w budownictwie pozwala na automatyzację i przyspieszenie procesów wznoszenia budowli. Cały proces staje się tańszy, mamy mniejsze wykorzystanie personelu, co wpływa na poprawę bezpieczeństwa, a dodatkowo możemy korzystać z materiałów ekologicznych, które później możemy recyklingować – wymienia współzałożyciel REbuild.

Jak przekonuje ekspert, drukowanie w 3D może pozwolić na szybszą i dokładniejszą budowę złożonych lub wykonanych na zamówienie przedmiotów, a także obniżyć koszty pracy i zmniejszyć ilość odpadów. Może również umożliwić rozpoczęcie budowy w trudnych lub niebezpiecznych środowiskach nieodpowiednich dla ludzkiej siły roboczej, nawet w kosmosie.

Polska firma stale rozwija swoją technologię, która w przyszłości ma pozwolić na wydruk 3D z betonu ze zbrojeniem, czego do tej pory nie udało się żadnej innej firmie na świecie.

– Nie planujemy na razie wdrażania usługi, jaką jest druk czy sprzedaż samych budynków i domów, jednak skupiamy się przede wszystkim na rozwoju technologii i budowie maszyny. I to tę maszynę właśnie będziemy chcieli wdrażać, sprzedawać i komercjalizować. W najbliższym czasie planujemy uruchomienie sprzedaży również na zamówienie, nie tylko gotowych elementów, lecz także według własnego projektu właśnie elementów dekoracyjnych, małej architektury – zapowiada Rafał Perz. 

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/wydrukowano-w-3d-pierwszy,p1877235275

Cyberbezpieczeństwo jest obecnie jednym z największych wyzwań. Polska i Europa zbroją się cyfrowo przed nadejściem przemysłowej rewolucji 4.0

Kluczem do przeprowadzenia czwartej rewolucji przemysłowej jest wdrożenie skutecznych systemów cyberbezpieczeństwa, które umożliwią firmom skuteczne działanie w silnie zinformatyzowanym społeczeństwie. Odpowiedzią na wyzwania branży przemysłu 4.0 jest m.in. przyjęcie unijnej dyrektywy Cybersecurity Act ujednolicającej proces certyfikacji sprzętu. W Polsce powstaje organizacja zdolna do wydawania globalnie akceptowanych certyfikatów.

– Cybersecurity Act porządkuje wiele kwestii, promuje systemy ewaluacji i certyfikacji. Z jednej strony będzie stanowić to pewnego rodzaju wysiłek, bo musimy wdrożyć określone zasady i regulacje. Z drugiej system spójnej kontroli, daje nam szansę, że przy masowości urządzeń i zastosowaniu ich praktycznie w każdym aspekcie naszego życia ten system będzie bezpieczny. Abyśmy od początku mieli szansę kontrolowania procesów łączności i chronienia się przed różnego rodzaju zagrożeniami – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Jerzy Żurek, dyrektor Instytutu Łączności – Państwowego Instytutu Badawczego.

Przemysł 4.0 w znacznej mierze oparty będzie na cyfryzacji, automatyzacji oraz przetwarzaniu dużych zasobów danych za pośrednictwem chmur obliczeniowych. Funkcjonowanie w takim środowisku wymaga wdrożenia zaawansowanych rozwiązań z zakresu cyberbezpieczeństwa, które uodpornią firmowe systemy na ataki ze strony cyberprzestępców.  

Unijna dyrektywa Cybersecurity Act jest bezpośrednią odpowiedzią na zagrożenia, jakie stwarza przejście na model przemysłu 4.0. Wymusza ona na krajach członkowskich wdrożenie ujednoliconych przepisów certyfikacyjnych usług oraz sprzętu, które mają być podstawowym elementem firmowych systemów cyberbezpieczeństwa. Zunifikowane unijne certyfikaty z jednej strony mają być gwarantem tego, że dany produkt spełnia wyśrubowane normy bezpieczeństwa, z drugiej zaś obniżać koszty prowadzenia firmy, gdyż podmioty działające w kilku krajach członkowskich nie będą musiały inwestować w certyfikację na kilku rynkach.

Nowe wytyczne otrzyma Europejska Agencja Bezpieczeństwa Sieci i Informacji, która zostanie przekształcona w niezależny ośrodek naukowy zajmujący się promocją rozwiązań z zakresu cyberbezpieczeństwa. Do jej zadań będzie należeć m.in. sprawowanie nadzoru związanego z wdrażaniem spójnej polityki certyfikacyjnej krajów członkowskich.

– Mamy normy cyberbezpieczeństwa i organizacje, które te normy wdrażają. Aby te normy egzekwować musimy stworzyć instytucje i laboratoria, które będą badać rozwiązania nie tylko software’owe, które dzisiaj są nam tak bliskie jako użytkownikom, lecz przede wszystkim urządzenia. I to jest cel, do którego zmierzamy – tłumaczy ekspert.

Do walki z zagrożeniami związanymi z cyberprzestępczością przygotowuje się m.in. Ministerstwo Obrony Narodowej, które planuje do 2022 roku powołać do życia dowództwo obrony cyberprzestrzeni. Nowa jednostka będzie odpowiedzialna za stworzenie formacji wojskowej wyspecjalizowanej w monitorowaniu bezpieczeństwa cyberprzestrzeni.

– Budujemy obecnie krajowy schemat certyfikacji, w ramach którego powstają laboratoria badawcze i instytucje, które w zgodzie z normami cyberbezpieczeństwa będą realizować badania. Te normy są zresztą tak skonstruowane, że zespoły, które je realizują, mają obowiązek wynajdywania nowych metodyk badania. Instytucje na poziomie europejskim i światowym dzielą się tymi doświadczeniami, to także podnosi poziom bezpieczeństwa. – tłumaczy Jerzy Żurek.

Krajowy schemat oceny i certyfikacji bezpieczeństwa oraz prywatności produktów i systemów IT (KSO3C), wdrażany przez Instytut Łączności, Instytut Technik Innowacyjnych EMAG i NASK, jest zgodny z Common Criteria. Celem jest stworzenie skutecznego systemu oceny, certyfikacji bezpieczeństwa i prywatności m.in. urządzeń udostępnianych na polskim rynku, a także usług teleinformatycznych. Do 2022 r. ma zostać powołana na bazie tego przedsięwzięcia organizacja zdolna do wydawania globalnie akceptowanych certyfikatów.

Według analityków z firmy Grand View Research wartość globalnego rynku cyberbezpieczeństwa w 2018 roku wyniosła 116,5 mld dol. Przewiduje się, że do 2025 roku wzrośnie ona do ponad 241 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 11 proc.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/cyberbezpieczestwo-jest,p536393372

Inteligentne urządzenia coraz bardziej ułatwiają opiekę nad małymi dziećmi. Producenci Baby Tech zwracają coraz większą uwagę także na ich bezpieczeństwo

Dzięki inteligentnej kamerze montowanej na ubranku dziecka można uchwycić najważniejsze momenty z życia niemowlaka widziane z jego perspektywy. Poruszający się autonomicznie, inteligentny wózek pozwoli natomiast rodzicom utrzymywać aktywność fizyczną i zabrać małe dziecko np. na poranne bieganie. Elektronicznych i inteligentnych rozwiązań mających zapewnić dzieciom rozrywkę, a rodzicom wsparcie pojawia się coraz więcej.

Z badań Research.NK wynika, że aż 70 proc. rodziców wręcza swoim małym dzieciom tablet lub smartfon w celu zapewnienia im rozrywki. Tymczasem logopedzi alarmują, że kontakt dziecka w wieku poniżej 2 lat z ekranami urządzeń elektronicznych może wpływać na rozwój zaburzeń mowy. Na rynek trafia jednak również coraz więcej technologicznych zabawek i urządzeń, które mogą pomagać rodzicom w codziennej opiece nad dzieckiem.

– Kamera Babeyes to małe urządzenie, które możemy umieścić na ubranku lub obok dziecka, żeby tworzyć nagrania z perspektywy naszej pociechy. Kiedy rodzice patrzą na dziecko, robią to w szczególny sposób, lecz niestety dziecko nie będzie tego pamiętać. Dzięki temu urządzeniu podjęliśmy próbę uchwycenia chwil wzruszenia z punktu widzenia dziecka. Później dziecko będzie mogło zobaczyć, jak rodzice na nie patrzyli lub co czuli dziadkowie i rodzeństwo, kiedy pierwszy raz je zobaczyli – mówi w wywiadzie dla agencji Newseria Innowacje Yohann Touboul, prezes Babeyes.

Kamera Babeyes rejestruje obraz w jakości HD, w 20-sekundowych sekwencjach. Następnie nagrania można przesyłać na komputer rodziców, a specjalna aplikacja dzięki technologii wykrywania twarzy klasyfikuje sekwencje w podziale na wykryte na nagraniu osoby lub zidentyfikowane przez algorytmy emocje.

– Żaden produkt nie jest niezbędny, ale nasza kamera jest szczególna, ponieważ jest powiązana z emocjami. Wszyscy chcielibyśmy zobaczyć, w jaki sposób patrzyli na nas rodzice, gdy byliśmy dziećmi. Przekazanie czegoś tak niezwykłego jak emocje jest szczególnym prezentem dla naszego dziecka. Urządzenie nagrywa filmy przez dwie godziny, ponieważ naszym zamysłem było zarejestrowanie specjalnych okazji, takich jak pierwsze urodziny czy pierwsze chwile dziecka w domu – przekonuje Yohann Touboul.

Rynek Baby Tech ewoluuje głównie w kierunku urządzeń medycznych, które mają pomagać dzieciom lub rodzicom. Pojawiają się jednak także urządzenia nastawione głównie na rozrywkę, czego przykładem jest kamerka Babeyes.

Inteligentny wózek Smartbe jest natomiast połączeniem obu tych rodzajów zastosowań. Z jednej strony jest on wyposażony w systemy związane z zaspokajaniem potrzeb dziecka i opieką nad nim, takie jak podgrzewacz do butelki, mikrofon i kamery sprzężone z systemem elektronicznej niani czy klimatyzowane łóżeczko z funkcją automatycznej kołyski. Z drugiej zaś strony wózek może wchodzić w autonomiczny tryb przemieszczania się, przez co umożliwia rodzicom zabranie dziecka np. na poranny jogging. Zautomatyzowane funkcje wózka mogą być obsługiwane z poziomu smartfona lub smartwatcha. Aplikacja mobilna pozwala nie tylko zarządzać funkcjami wózka, lecz także zarejestrować, gdzie i jak długo użytkownik przebywał z dzieckiem.

Co istotne, urządzenia Baby Tech przeznaczone dla noworodków i małych dzieci zwykle nie mają żadnych modułów łączności, które mogłyby zaszkodzić noworodkowi.

– Wszystkie filmy można zgrać na dysk komputera przez kabel USB. Nie wykorzystujemy Wi-Fi ani technologii Bluetooth, więc dziecko nie jest narażone na fale radiowe – wyjaśnia ekspert z Babeyes.

Według analityków Grand View Research globalny rynek produktów dla dzieci osiągnie w 2025 r. wartość blisko 17 mld dol. Tymczasem Technavio podaje, że rynek inteligentnych niań elektronicznych przez najbliższe cztery lata będzie rósł w tempie 23 proc. średniorocznie.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/inteligentne-urzadzenia,p1088588268

Programowanie będzie jedną z kluczowych umiejętności na rynku pracy w 2030 roku. Dzieci już w wieku 9–10 lat mogą uczyć się języków używanych przez programistów

Rynek pracy w 2030 roku będzie wymagał umiejętności programowania jako jednej z kluczowych – wynika z badania przeprowadzonego przez Pearson, Fundację Nesta i Oxford Martin School. Tymczasem dzieci już w drugiej klasie szkoły podstawowej są w stanie nauczyć się programowania w zaawansowanych językach. Młodsi uczniowie częściej łączą naukę z zabawą, ale potrafią również napisać autorską grę czy zaprogramować robota.

– Już od 9–10 roku życia można uczyć dzieci programowania w takich językach, jakich używają specjaliści, czyli np. JavaScript, Python. Najważniejsze jednak jest takie podejście do nauki programowania wśród dzieci i młodzieży, żeby tworzyć z nimi projekty, które są dla nich ciekawe, które ich angażują, czyli np. tworzenie prostych gier przeglądarkowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Van Anh Dam, współzałożycielka szkoły programowania Kids Code Fun.

Z raportu „Future of Skills. Employment in 2030” opracowanego przez specjalistów z Pearson, Fundacji Nesta i Oxford Martin School wynika, że programowanie będzie w 2030 roku jedną z najważniejszych i najbardziej pożądanych przez pracodawców umiejętności. To dlatego dzieci mogą zacząć uczyć się kodowania już w młodym wieku, gdy wiedzę chłoną najszybciej. Akademia Kids Code Fan w Polsce prowadzi kursy pierwszego stopnia z programowania np. w języku JavaScript dla uczestników od 11 do 13 roku życia. W ramach zajęć dzieci m.in. piszą autorską grę.

– Uczyć dzieci programowania można np. za pomocą robotów, które wspierają ten proces. Dzieci tworzą instrukcje dla robotów tak, żeby te roboty np. poruszały się, tańczyły, wydawały różne dźwięki i wchodziły w interakcję z otoczeniem. Dzieci najmłodsze, np. między 8 a 12 rokiem życia korzystają wtedy z programów, gdzie mamy gotowe kolorowe bloczki z poleceniami i zadaniem dzieci jest logiczne przeanalizowanie, w jaki sposób te bloczki, w jakiej kolejności, w jakiej logice powinny być ułożone tak, żeby ten program działał – mówi Van Anh Dam.

Robot mTiny chińskiej firmy Makeblock to robot przeznaczony do wczesnej edukacji. Kodowanie odbywa się z wykorzystaniem kontrolera Tap Pen, zgodnie z zasadą „dotknij, aby kodować”. mTiny został zaprojektowany zgodnie z teorią wielu inteligencji. W myśl tej zasady dzieci są stymulowane do wczesnej edukacji już w wieku przedszkolnym m.in. poprzez gry interaktywne, które wspierają ich logiczne myślenie i umiejętności rozwiązywania problemów.

Z kolei polski robot Photon jest interaktywnym robotem edukacyjnym, który poprzez aplikację mobilną oraz powiązane z nią doświadczenia i eksperymenty wprowadza dzieci w świat nowych technologii. Wspiera dzieci w rozwoju podstawowych umiejętności. Pomaga im rozwijać kreatywność, zdolność logicznego myślenia i poznawać podstawy programowania. Robot został stworzony z myślą o dzieciach w każdym wieku. Jego obsługa dostosowana jest do różnego etapu rozwoju dzieci, ich możliwości oraz zdolności percepcji. 

Tymczasem rozpoczęcie nauki programowania w jak najmłodszym wieku może przygotować dzieci do odnalezienia się w przyszłości na rynku pracy. Według danych CareerExplorer, rynek pracy programistów komputerowych zmniejszy się do 2026 roku o 7 proc. w porównaniu z rokiem 2016. Aby pozostać konkurencyjnymi, programiści będą musieli nadążać za rozwijającą się technologią i nowymi, bardziej wyrafinowanymi narzędziami. 

– Programowanie to nie jest tylko umiejętność, gdzie siedzi się przy komputerze i pisze ciąg znaków, lecz także to umiejętność kreatywnego myślenia, analizowania, wymyślania rozwiązań, współpracy z innymi, dla których np. te rozwiązania technologiczne przygotowujemy. Celem nie jest tylko robienie tej czynności, ale rozwijanie naszych innych kompetencji, czy to manualnych, czy intelektualnych, czy społecznych w trakcie uczenia się programowania –przekonuje ekspertka.

Raport „Future of Skills. Employment in 2030” wskazuje również, że w 2027 r. tempo rozwoju technologicznego znacznie przyspieszy, ale szkoły, niewsparte dodatkowymi funduszami, będą miały problem z utrzymaniem odpowiedniego poziomu nauczania. Twórcy raportu proponują, by po zajęciach lekcyjnych udostępniały one swoją infrastrukturę start-upom, w zamian za prowadzenie przez nie zajęć z zakresu wiedzy o innowacjach.

– Prowadzimy zajęcia nie po to, żeby wyszkolić nowych programistów tylko po to, żeby pokazać dzieciom i młodzieży, że technologie to jest coś, co one mogą tworzyć, za co one mogą być odpowiedzialne. Chcemy pokazać tę sprawczość, jaką my, jako ludzie, możemy przejąć w tym rozwijającym się świecie technologii – mówi Van Anh Dam. 

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/programowanie-bedzie,p1478953846

Inteligentny backup sam wykona kopię zapasową najważniejszych danych. Po takie rozwiązania coraz chętniej sięgają instytucje państwowe

Z badań przeprowadzonych przez analityków IDG wynika, że w skali globalnej aż 93 proc. organizacji wykorzystuje rozwiązania chmurowe lub planuje ich wdrożenie. Technologia tego typu nie tylko sprawdza się w optymalizacji sposobu funkcjonowania firmy, coraz częściej wykorzystywane jest także w roli narzędzia do przechowywania kopii zapasowych istotnych informacji. Po rozwiązania tego typu sięgają zarówno osoby prywatne, jak i przedstawiciele świata biznesu. Na rynek trafiają już pierwsze rozwiązania inteligentnego backupu, które same przewidują, jakie dane są najważniejsze.

– Rośnie liczba danych, ale też zmieniają się potrzeby klientów. Kiedy więc dzisiaj rozmawiamy o backupie, to już nie mówimy tylko o samym przechowywaniu danych, lecz przede wszystkim o zapewnieniu ciągłości biznesu. Dobre rozwiązanie do backupu powinno nam umożliwić szybkie przywrócenie naszej biznesowej operacyjności po jakiejkolwiek awarii, która dotknie nasze przedsiębiorstwo – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Grzegorz Bąk z firmy Xopero Software.

W trakcie targów Computex 2019 firma QNAP zaprezentowała inteligentne narzędzie backupowe. Oprogramowanie Hybrid Backup Sync 3.0 zaprogramowano w taki sposób, aby zautomatyzowało proces tworzenia bezpiecznych kopii zapasowych. Aplikacja pozwala archiwizować dane w kilku pamięciach lokalnych, przesyłać je na nośniki zdalne oraz kopiować do chmury obliczeniowej. Dzięki temu minimalizuje ryzyko utraty informacji w przypadku awarii któregoś z nośników kopii zapasowych.

Firma Xopero Software poszła o krok dalej i stworzyła narzędzie, które umożliwia uruchamianie systemu bezpośrednio z poziomu wirtualizatora. Dzięki temu w razie wystąpienia awarii systemu informatycznego można uzyskać niemal natychmiastowy dostęp do zarchiwizowanych danych, bez konieczności przeprowadzania procesu przywracania kopii informacji. Ponadto maszyna wirtualna pozawala na uruchomienie zarchiwizowanego obrazu systemu, aby zweryfikować poprawność wykonywania kopii zapasowych.

– Inteligentny backup to przede wszystkim backup, który sam nam wskaże, które dane dla nas są ważne do zabezpieczenia, a nawet nie tyle wskaże, ile po prostu zatroszczy się o ich bezpieczeństwo tak, żebyśmy my, jako osoby, które korzystają z takich systemów, kompletnie nie musieli się o nie martwić i powinniśmy być po prostu pewni, że nasze dane będą dla nas dostępne wtedy, kiedy będziemy ich potrzebować – wskazuje ekspert.

Rozwiązaniami chmurowymi interesują się także jednostki rządowe. W Wielkiej Brytanii powstała chmura obliczeniowa G-Cloud, w której przedsiębiorcy mogą m.in. przechowywać swoje dane zapasowe. Podobne rozwiązanie wprowadzane jest w Polsce we współpracy Ministerstwa Cyfryzacji oraz Centralnego Ośrodka Informatyki. Rządowa chmura obliczeniowa stworzona na potrzeby organów administracji publicznej oraz małych i średnich przedsiębiorstw zmniejszy koszty utrzymania architektury informatycznej i ułatwi proces odzyskiwania danych, gdyż te będą przechowywane w profesjonalnych ośrodkach backupowych przystosowanych do archiwizowania informacji.

– Dzisiaj kopie zapasowe tak naprawdę powinien wykonywać każdy, począwszy od przeciętnego Jana Kowalskiego, zakończywszy na każdej firmie i instytucji. Ponieważ dzisiaj żyjemy w XXI wieku, w dobie informacji i danych, przechowujemy na komputerach masę zdjęć, masę informacji i często nawet nie mamy świadomości, jak bardzo są one dla nas istotne, dopóki ich nie stracimy – mówi Grzegorz Bąk.

Także na rynek konsumencki trafiają urządzenia do wykonywania kopii zapasowych danych. Firma SanDisk wprowadziła na rynek hybrydową ładowarkę bezprzewodową iXpand Wireless Charger, która podczas ładowania telefonu wykonuje kopię zapasową naszych danych. Po umieszczeniu telefonu na stacji ładującej informacje są automatyczne zgrywane do pamięci ładowarki.

Automatyczny backup wprowadzono także w ramach usługi Google One dla telefonów z Androidem. Kopie zapasowe w jej ramach będą wykonywane cyklicznie i na bieżąco przesyłane do chmury danych. Oprogramowanie zaimportuje m.in. dane aplikacji, zdjęcia, filmy, kontakty czy wiadomości, a pliki multimedialne nie będą poddawane żadnej kompresji. Co istotne, wprowadzenie automatycznych backupów w żaden sposób nie wpłynie na ręczne tworzenie kopii zapasowych. Subskrybenci Google One nadal będą mogli wykonać je w dowolnym momencie.

– Zmienia się sposób przechowywania danych, ponieważ dzisiaj użytkownicy są coraz bardziej świadomi bezpieczeństwa chmury, zatem coraz więcej tych informacji jest również przenoszonych do chmury ze względu na to, że tak naprawdę jest to jeden z najbezpieczniejszych, jak nie najbezpieczniejszy sposób przechowywania danych – twierdzi Grzegorz Bąk.

Według analityków z firmy The Research Corporation wartość globalnego rynku internetowych rozwiązań backupowych w 2018 roku wyniosła 6,5 mld dol. Przewiduje się, że do 2024 roku wzrośnie ona do 11,5 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 10 proc.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/inteligentny-backup-sam,p1898469553

Narzędzia do inwigilowania użytkowników internetu są coraz bardziej zaawansowane. Chętnie korzystają z nich zarówno reklamodawcy, jak i służby państwowe

Co najmniej kilkadziesiąt rządów państw wykorzystuje narzędzia działające w oparciu o sztuczną inteligencję do inwigilowania zachowań obywateli. Niedawno głośno było w Polsce o zakupie przez służby specjalne systemu szpiegowskiego Pegasus. Pozyskiwane w ten sposób dane mogą być wykorzystane chociażby do zwalczania terroryzmu. Tymczasem użytkownicy internetu i aplikacji mobilnych dzielą się swoimi danymi osobowymi bezwiednie i nieodpłatnie również z reklamodawcami. Roczna sprzedaż reklam, które spersonalizowano w oparciu o te informacje może sięgać ponad 200 mld dol.

– Powinniśmy zdawać sobie sprawę z tego, że to, co robimy w świecie elektronicznym, jest monitorowane, może być zbierane i różnego rodzaju podmioty i instytucje mogą mieć do tego dostęp. Zarówno są to firmy, które oferują różnego rodzaju usługi w sieci, jak i służby, które wykorzystują coraz bardziej zaawansowane rozwiązania do tego, żeby monitorować aktywność użytkowników, żeby też czasem śledzić i podsłuchiwać korespondencję – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Dominik Batorski z Uniwersytetu Warszawskiego.

Niedawno doniesienia medialne wskazywały, że polskie Centralne Biuro Antykorupcyjne zakupiło izraelski system do permanentnego inwigilowania. Pegasus umożliwia przejęcie kontroli nad każdym urządzeniem elektronicznym, np. podsłuchiwać rozmowy na smartfonie czy włączyć kamerkę internetową w laptopie.

W inwigilacji coraz częściej wykorzystywane są narzędzia wykorzystujące sztuczną inteligencję. Według danych zgromadzonych przez AI Global Surveillance (AIGS), co najmniej siedemdziesiąt pięć ze 176 krajów na całym świecie aktywnie wykorzystuje technologie SI w celów nadzoru. Obejmuje to wykorzystanie platform inteligentnego lub bezpiecznego miasta (pięćdziesiąt sześć krajów), systemy rozpoznawania twarzy (sześćdziesiąt cztery kraje) oraz wsparcie SI dla działań policyjnych (pięćdziesiąt dwa kraje).

Narzędzia do śledzenia odgrywają istotną rolę w zapobieganiu terroryzmowi. Dają władzom możliwość monitorowania krytycznych zagrożeń i odpowiedniego reagowania na nie. Postęp technologiczny wpłynął jednak na to, jakiego rodzaju dane są analizowane. To, co użytkownicy robią w internecie, pozwala na końcu uzyskać dostęp do danych transakcyjnych lub metadanych dotyczących osób fizycznych. To m.in. informacje o wysłanych i otrzymanych wiadomościach e-mail, identyfikacja lokalizacji, śledzenie sieci i inne działania online. Ujawnianie tych danych organom państwowym i ich wykorzystywanie jest w dużej mierze nieuregulowane.

– Przez wiele lat obszar nowych technologii był słabo uregulowany. W tej chwili w coraz większym stopniu widzimy potrzebę tej regulacji. I te regulacje już się dzieją, dotyczą danych osobowych, ale myślę, że to jest dopiero początek, dlatego że sfera cyfrowa jest obecnie istotnym elementem właściwie każdej sfery życia – twierdzi Dominik Batorski.

Skala zjawiska, jakim jest nieświadome udostępnianie swoich danych podczas przeglądania stron internetowych czy korzystania z aplikacji mobilnych, jest ogromna. Podniesieniu świadomości na temat udostępnianych przez użytkowników danych może służyć opracowana przez Polaków platforma ZAX, która służy do sprzedaży danych z inicjatywy samego użytkownika internetu. Osoba zainteresowana sprzedażą może dzięki niej wybrać dane, które chce udostępnić,  a co więcej – mieć z tej transakcji jakąś korzyść. Podobne rozwiązanie wcześniej wprowadziła gibraltarska firma Wibson.

– Rzeczywiście dobrze by było, żeby użytkownicy mieli świadomość tego, co się dzieje z ich danymi, kto może mieć do nich dostęp. Istnieje szereg rozwiązań, które pozwalają ograniczyć udostępnianie danych. To m.in. rozwiązania do przeglądarek internetowych, które pozwalają zminimalizować liczbę zostawianych ciasteczek czy skryptów, które śledzą użytkownika. Także możliwości tzw. serwisów VPN, które pozwalają ukryć przed dostawcą internetu to, co w sieci robimy. Również różnego rodzaju technologie szyfrujące pozwalają zabezpieczyć komunikację – wymienia ekspert.

Według szacunków sporządzonych przez ekspertów z Data Driven Marketing, rynek reklam personalizowanych w oparciu o dane osobowe użytkownika jest wart 210 mld dol. Według agencji SAS i analityków z Future Foundation nawet 69 proc. osób w wieku 16–34 lat byłoby skłonnych udostępnić swoje dane osobowe, jeśli ich sprzedaż przyniesie im rzeczywiste korzyści.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/narzedzia-do,p383025010