Miejsc parkingowych ubywa, bo miasta chcą wypchnąć ruch samochodów z centrum. Technologia pomoże lepiej wykorzystywać istniejące parkingi

Zaparkowanie samochodu w centrum Warszawy, Wrocławia czy Krakowa to poważne wyzwanie. Statystyki przytaczane przez NaviParking wskazują, że zagęszczenie ruchu w centralnych dzielnicach nawet w 30 proc. jest spowodowane przez kierowców poszukujących miejsca parkingowego. To zaś oznacza nie tylko większe korki, ale też większy hałas, dodatkową emisję spalin i duży stres u kierowcy. Tworzenie nowych parkingów nie jest dziś priorytetem miast – dążą raczej do tego, żeby wypchnąć ruch z centrów. Dlatego potrzebne są lepsze zachęty, by kierowcy wybierali inne środki komunikacji, np. autobusy, tramwaje czy mikromobilność, a także nowe sposoby na skuteczniejsze wykorzystanie istniejących parkingów.

Miasta stosują obecnie taką politykę, żeby w myśl zrównoważonego rozwoju ruch z centrów wypchnąć na zewnątrz, zniechęcać do wjazdu, a jednocześnie rozbudowywać komunikację miejską i transport zintegrowany, którym można zaoferować mieszkańcom jak najszybszą i efektywną drogę dojazdu np. do pracy. Dzieje się to wielorako. Są organizowane buspasy. Normą w dużych miastach jest już także strefa płatnego parkowania, w który opłaty są podnoszone, inwestuje się też w infrastrukturę micromobility, dedykowaną dla rowerów, skuterów i hulajnóg elektrycznych – wymienia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Maciej Cichoński, hospitality director w NaviParking. – Ten trend można zaobserwować też w planach rozbudowy miast. Przykładem jest chociażby Warszawa, gdzie parkingi znikają, a w ich miejsce powstają różnego rodzaju zielone inicjatywy albo budynki biurowe.

Rosnąca liczba samochodów, korki i przepełnione parkingi to zmora większości dużych polskich miast. W Warszawie na koniec ubiegłego roku było zarejestrowanych ponad 2 mln aut. To więcej, niż wynosiła wówczas oficjalna liczba mieszkańców stolicy. Podobnie jest w innych miastach. Takie natężenie samochodów generuje, po pierwsze, problem korków, bo w godzinach szczytu polskie miasta często są nieprzejezdne. Drugi problem to niewystarczająca liczba miejsc parkingowych. Na dodatek poszukiwanie miejsca parkingowego w obszarze śródmiejskim generuje nawet 25–30 proc. bezsensownego ruchu (dane z raportu „Parkingi a transport zbiorowy w miastach”, opracowanego przez Zespół Doradców Gospodarczych TOR i Polską Organizację Branży Parkingowej).

Samorządy od lat szukają remedium na wyzwania związane z korkami, natężeniem ruchu czy brakiem parkingów, ale ich problemy pogłębiają się wraz ze stale postępującą urbanizacją, bo wzrost liczby mieszkańców przekłada się na wzrost liczby samochodów.

– Celem miast powinno być dążenie do tego, żeby zapewnić mieszkańcom alternatywy, np. w postaci transportu zintegrowanego, infrastruktury typu park & ride, czyli parkingu, na którym mogą zostawić samochód i dużo szybciej dojechać do centrum miasta, wykorzystując w tym celu kolej, transport autobusowy albo tzw. micromobility, czyli rowery, elektryczne hulajnogi etc. Mieszkańcy powinni mieć alternatywy, które byłyby też dla nich zachęcające pod względem ekonomicznym – podkreśla Maciej Cichoński.

W ramach rozwiązania coraz częściej wskazuje się na tzw. ekonomię współdzielenia (sharing economy), do tej pory popularną głównie w kontekście wypożyczania na minuty samochodów czy rowerów. Współdzielić można jednak nie tylko auta czy przejazdy, ale i miejsca parkingowe. Eksperci podkreślają, że dziś wiele parkingów nie jest optymalnie wykorzystywanych. Często są niewidoczne, nieoznakowane lub dostęp do nich jest ograniczony szlabanem.

– O tym trendzie często mówi się w kontekście współdzielenia tego samego miejsca parkingowego przez dwie firmy, które mają biura w jednym budynku. Miejsce może być przez nie wykorzystywane na zakładkę, np. kiedy pracownicy pracują w systemie hybrydowym. To niesie ze sobą oszczędności, ale i większą efektywność. Po stronie inwestora taka inwestycja w parking może się okazać dużo tańsza, jeśli nie trzeba będzie np. robić parkingów czteropoziomowych, bo wystarczą trzy piętra, tyle że lepiej wykorzystywane – tłumaczy ekspert NaviParking Polska.

Innym przykładem lepszego zagospodarowania przestrzeni parkingowych jest multisharing polegający na tym, że miejsca parkingowe przykładowo przy biurowcach są w trakcie weekendów, kiedy pracowników nie ma, udostępniane innym użytkownikom aut. Dla niektórych firm takie rozwiązanie to szansa na dodatkowy przychód.

– Można je udostępnić mieszkańcom miasta albo innym podmiotom, chociażby właścicielom mniejszych biznesów czy usług, które mają w okolicy swoje lokale i nie mają miejsc parkingowych na stałe – mówi Maciej Cichoński. – Także hotele, jeśli mają charakterystykę typowo weekendową, w ciągu tygodnia mają puste parkingi z dobrą lokalizacją. Więc zamiast budować nowe przestrzenie parkingowe, możemy po prostu wykorzystać te miejsca i udostępnić je na rynku.

Ekspert NaviParking Polska podkreśla też, że zgodnie z koncepcją smart city do rozwiązania problemów z transportem i parkowaniem w coraz większym stopniu przyczyniają się nowe technologie. Istnieją już aplikacje, w których można sprawdzić obłożenie parkingu w czasie rzeczywistym i zaplanować parkowanie z wyprzedzeniem. Takie rozwiązanie zostało ostatnio wdrożone w park & ride w Pruszkowie dzięki współpracy władz miasta i NaviParking. Jednak aplikacje nie muszą się ograniczać do jednego zamkniętego parkingu.

– Możemy sobie wyobrazić wszystkie miejsca w mieście jako jeden organizm. Naszym celem jest udostępnienie tych miejsc dla użytkownika końcowego mówi ekspert.

Aplikacje mogą więc poprowadzić kierowcę do najbliższego miejsca parkingowego, a jeśli jest to parking płatny, za ich pomocą można opłacić postój. To powoduje, że nie ma konieczności stawiania przy parkingach kosztownej infrastruktury do pobierania opłat, np. szlabanów czy kas parkingowych.

Inteligentne zarządzanie parkingami opiera się na integracji różnych technologii wykorzystujących m.in. sztuczną inteligencję, sensory i czujniki czy systemy rozpoznające obraz z kamer automatycznie rozpoznających numery tablic rejestracyjnych.

– W przyszłości pójdziemy właśnie w stronę udostępniania danych, w stronę zintegrowanego i inteligentnego transportu – prognozuje Maciej Cichoński. – W tym wszystkim chodzi bowiem o to, żeby użytkownik końcowy, czyli po prostu mieszkaniec miasta, miał odpowiednio wcześniej pełną wiedzę, jakie parkingi są dostępne w okolicy, jakie są ich ceny, w jakim prognozowanym czasie mógłby tam dotrzeć, jakie są alternatywy czy koszt ekologiczny.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/miejsc-parkingowych-ubywa,p1036149052

70 proc. środków z Krajowego Planu Odbudowy musi być zakontraktowane do końca roku. To ogromne wyzwanie planistyczne

36 mld euro z Krajowego Planu Odbudowy ma trafić do Polski dzięki akceptacji dokumentu przez Komisję Europejską. Prawie połowa z tych pieniędzy będzie przeznaczona na energetykę i zieloną transformację. Tym samym umożliwi Polsce szybszą realizację planu, który zakłada jak najszybsze odejście od paliw kopalnych sprowadzanych z Rosji. – Przechodzimy z gospodarki pokoju do gospodarki wojennej, która rządzi się innymi prawami i która wymaga szybszych decyzji – mówi były minister klimatu i środowiska Michał Kurtyka. Czas będzie poważnym wyzwaniem, bo na zakontraktowanie 70 proc. funduszy Polska ma czas do końca roku.

– Środki z Krajowego Planu Odbudowy są skierowane na te priorytety energetyczne, które zostały zaprogramowane już w trakcie prac nad KPO przed mniej więcej 18 miesiącami, czyli Czyste Powietrze – ponad 3 mld euro, działania na rzecz odejścia od ropy w transporcie, elektromobilność i nowoczesne sektory przemysłu, np. 800 mln euro na gospodarkę wodorową – mówi agencji Newseria Biznes Michał Kurtyka. – Co istotne, 70 proc. środków z KPO musi być zaprogramowanych do końca roku. To ogromne wyzwanie planistyczne, to ogromne wyzwanie dla całej maszyny administracji i samorządów.

Krajowy Plan Odbudowy dla Polski to w sumie 36 mld euro, z czego prawie 24 mld euro to bezzwrotne granty, a pozostałe blisko 12 mld euro trafi do nas w formie pożyczek opartych na preferencyjnych warunkach. Te środki, pochodzące z unijnego Funduszu Odbudowy, mają wzmocnić polską gospodarkę po pandemii COVID-19 i uodpornić ją na kolejne kryzysy. Wybuch wojny w Ukrainie nadaje tym środkom dodatkowy kontekst.

Przechodzimy z gospodarki pokoju do gospodarki wojennej, która rządzi się innymi prawami – mówi były wiceminister energii. – Polityka energetyczna musi być modyfikowana i dostosowywana do okoliczności, zwłaszcza w kontekście wojny w Ukrainie. Widzieliśmy deklaracje minister Anny Moskwy – idące w bardzo dobrą stronę – dotyczące tego, w jaki sposób zwiększyć naszą suwerenność, zwiększyć udział OZE, przyspieszyć program jądrowy i proces podnoszenia efektywności energetycznej. To wszystko są elementy, które teraz trzeba wdrożyć, ale już nie w normalnym, pokojowym trybie, kiedy rozkładaliśmy je w czasie, a każda złotówka i każde euro były przedmiotem złożonego rachunku ekonomicznego. Gospodarka wojenna wymaga szybszych decyzji, krótszych kalendarzy.

Na zielone inwestycje z KPO trafi ponad 40 proc. środków, co umożliwi Polsce szybszą realizację planu, który zakłada jak najszybsze odejście od paliw kopalnych sprowadzanych z Rosji.

– Wojna, którą rozpętała rosyjska agresja na Ukrainę, jest w dużej mierze finansowana ze sprzedaży ropy i gazu. Dlatego odejście od tych węglowodorów importowanych z Federacji Rosyjskiej jest – zwłaszcza dla krajów takich jak Polska, sojuszników Ukrainy – wyborem, który musimy traktować nie tylko w kategoriach finansowych, ale i w kategoriach moralnych – mówi Michał Kurtyka.

Nie tylko w Polsce, ale i na forum całej UE od ponad trzech miesięcy trwa dyskusja o konieczności rezygnacji z importu rosyjskich węglowodorów. Sprzedaż gazu, ropy i węgla odpowiada bowiem za ok. 1/3 dochodów do budżetu Federacji Rosyjskiej, finansując machinę wojenną reżimu Władimira Putina. W ramach szóstego pakietu sankcji państwa członkowskie zadecydowały o wdrożeniu w ciągu najbliższych miesięcy embarga na ropę transportowaną drogą morską, a w dalszej kolejności – także na produkty ropopochodne z Rosji.

Premier Mateusz Morawiecki i minister Anna Moska pod koniec marca br. przedstawili plan, który zakłada, że Polska jeszcze przed końcem tego roku ma całkowicie zrezygnować z zakupu rosyjskich surowców. W tym celu rząd wprowadził już także odpowiednie zmiany w „Polityce energetycznej Polski do 2040 roku”. Osiągnięcie suwerenności energetycznej ma być możliwe m.in. dzięki dywersyfikacji dostaw i rozbudowie istniejącej infrastruktury (naftoport w Gdańsku i terminal LNG w Świnoujściu), zwiększonym inwestycjom w OZE, poprawie efektywności energetycznej, rozwojowi energetyki jądrowej i technologii magazynowania energii. Jednak – dla zapewnienia ciągłości dostaw energii – podjęte zostaną też działania mające na celu utrzymanie gotowości do pracy jednostek węglowych.

 Dzięki decyzji KE, która w środę zadecydowała wreszcie o przyznaniu Polsce środków z KPO, mamy 36 mld euro, z czego znaczna część jest skierowana właśnie na energetykę. I teraz, łącząc te dwa fakty, czyli odejście od importu od rosyjskich surowców i możliwości, jakie otwiera przed nami Krajowy Plan Odbudowy, jeśli chodzi o finansowanie transformacji energetycznej, mamy przed sobą unikalną szansę, którą po prostu musimy wykorzystać – podkreśla były minister klimatu i środowiska.

Polska złożyła swój projekt KPO w Brukseli na początku maja ubiegłego roku. Jednak Komisja Europejska – ze względu na zastrzeżenia dotyczące praworządności w naszym kraju – wstrzymywała swój akcept, a przez ostatni rok trwały w tej sprawie negocjacje. Impas został przełamany dopiero w ubiegłym tygodniu. Szefowa KE Ursula von der Leyen przyleciała do Warszawy, gdzie spotkała się z prezydentem Andrzejem Dudą i premierem Mateuszem Morawieckim, po czym ogłosiła długo wyczekiwaną akceptację dla polskiego KPO.

Co istotne, nie oznacza to jednak automatycznej wypłaty pieniędzy dla Polski. Środki z unijnego Funduszu Odbudowy mają zostać uruchomione po wypełnieniu określonych warunków dotyczących praworządności, tzw. kamieni milowych. Chodzi o likwidację Izby Dyscyplinarnej, reformę systemu dyscyplinującego sędziów oraz przywrócenie zwolnionych sędziów do orzekania. Ponadto Polska musi jeszcze uzgodnić z KE tzw. ustalenia operacyjne, tzn. szczegóły dotyczące tego, jak będziemy realizować inwestycje z KPO i weryfikować wydatkowanie tych środków. Według dotychczasowych zapowiedzi pierwsza ich część może trafić do Polski po wakacjach.

Zgodnie z rządowym projektem pieniądze z Krajowego Planu Odbudowy mają sfinansować w sumie 54 inwestycje i 48 reform. W obszarze energetyki i zielonej transformacji to między innymi szeroko zakrojone inwestycje w Polskich Sieciach Elektroenergetycznych i szybsza termomodernizacja zasobów budowlanych. Poza transformacją energetyczną środki z KPO zostaną zainwestowane także w cyfryzację, edukację i zdrowie, a więc m.in. szerokopasmowy internet w całej Polsce, nowe e-usługi publiczne, zakupy nowego sprzętu dla szkół i szpitali, modernizację placówek medycznych, zakup nowych autobusów elektrycznych i wodorowych czy rozbudowę infrastruktury drogowej.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/70-proc-srodkow-z,p1478094550

Polacy opracowali nośnik, dzięki któremu więcej leków będzie można podawać przez skórę. Za kilka lat na rynku mogą się pojawić maści albo plastry na raka

Aplikacja leków przez skórę pozwala uniknąć nie tylko negatywnego wpływu na układ pokarmowy, ale i bolesnych wkłuć przy podawaniu dożylnym lub podskórnym. Na razie tą drogą podawane są głównie silne leki przeciwbólowe czy hormony. Nośnik transdermalny opracowany przez polski zespół badawczy pozwoli znacznie wydłużyć listę substancji przenikających przez skórę. Wśród nich będą leki przeciwcukrzycowe czy celowane terapie przeciwnowotworowe. Wrocławska spółka chce w ciągu kolejnych pięciu–siedmiu lat wprowadzić do sprzedaży pierwsze produkty.

– Obecnie na rynku dostępnych jest bardzo mało leków transportowanych przez skórę, bowiem istniejąca technologia ma ogromne ograniczenia dotyczące wielkości substancji czynnej i jej charakterystyki. Mianowicie możemy transportować wyłącznie substancje rozpuszczalne w tłuszczach i bardzo małe, co nam bardzo mocno zawęża liczbę dostarczanych leków – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Konrad Krajewski, członek zarządu Biotts.

Przez te ograniczenia do tej pory udało się opracować formę transdermalną tylko dla 13 substancji czynnych, które są stosowane w ok. 45 lekach, a 10 z tych substancji odniosło komercyjny sukces. Poprzez podanie transdermalne podaje się m.in. hormony, rywastygminę w leczeniu choroby Alzheimera, nikotynę u osób rzucających palenie czy opioidowe leki przeciwbólowe w przypadku chorób onkologicznych.

W tej chwili na rynku transdermalnym mamy wyłącznie leki przeciwbólowe, jest kilka leków na choroby neurodegeneracyjne oraz plasterki hormonalne bądź nikotyna – wymienia Konrad Krajewski. – Nośnik Biotts umożliwia przenoszenie przez skórę dużych cząsteczek leków, leków rozpuszczalnych nie tylko w tłuszczach, ale również w wodzie. Tymczasowo nasz nośnik zmiękcza przestrzenie międzykomórkowe i tą drogą transportujemy leki do krwiobiegu lub chorobowo zmienionych tkanek.

Przykładem mogą być peptydy stosowane w cukrzycy typu II, które są skutecznie transportowane do organizmu za pomocą nośnika.

Koncentrujemy się na kilku obszarach. Pierwszy z nich to właśnie cukrzyca typu II, drugi obszar to onkologia, a trzeci – dermatologia. W tej chwili rozwijamy leki do terapii onkologicznych w raku skóry i raku piersi, który od 2021 roku jest najczęściej diagnozowanym nowotworem na świecie – mówi członek zarządu Biotts.

To oznacza, że w niedalekiej przyszłości możliwe stanie się odejście od wyniszczających chemioterapii czy bolesnych zastrzyków z insuliną.

Potrafimy już dotrzeć do guza, zmniejszyć jego wielkość i spowodować wycofanie całego układu guza z mezenchymy do epithelium, czyli cofnięcia się do początków komórki, która przestała być normalną komórką, a stała się komórką nowotworową – wyjaśnia dr Jan Meler, dyrektor działu rozwoju leków w Biotts.

Nośnik umożliwia podawanie leków przez kilka dni. Dla przewlekle chorych pacjentów oznacza to dużą wygodę, ponieważ zamiast codziennie przyjmować tabletki, aplikują plaster raz na tydzień. Co szczególnie istotne, zwłaszcza dla chorych onkologicznie, lek może być transportowany bezpośrednio do miejsca guza, z pominięciem krążenia ogólnego. Dzięki temu udaje się uzyskać wysokie stężenie leku w miejscu chorobowo zmienionej tkanki, bez negatywnego wpływu na cały organizm. Poza tym forma transdermalna minimalizuje inne efekty uboczne oraz ryzyko przedawkowania, utrzymując stały poziom leku we krwi na bezpiecznym poziomie.

Omijamy drogę podania przez przewód pokarmowy, gdzie mamy bardzo dużo objawów ubocznych. Po drugie, wiadomo, że naklejenie plasterka wiąże się z większym komfortem w stosunku do iniekcji, która jest niestety dosyć bolesna – dodaje dyrektor działu rozwoju leków w Biotts. – Leki transdermalne mogą być stosowane we wszystkich jednostkach chorobowych, ponieważ w zależności od tego, jak ułoży się nośnik i jak zrobi się układ dopuszczający do układu wewnętrznego człowieka, możemy uzyskać działanie podskórne, działanie ogólne czy działanie narządowe.

Nośnik opracowywany przez polski zespół badawczy jest rozwijany od kilku lat. Jak zapewniają twórcy, jest on gotowy do komercjalizacji, wymaga jedynie dostosowania do specyfiki danej substancji, która ma być transportowana za jego pomocą. Zgodnie z planami spółki w przyszłym roku mają się rozpocząć badania kliniczne pierwszej fazy z udziałem ludzi i związane z podaniem leku przeciw cukrzycy typu II. Wejście do sprzedaży nowych leków transdermalnych może nastąpić w ciągu pięciu–siedmiu lat z uwagi na udział twórców w uproszczonej ścieżce amerykańskiej Agencji Żywności i Leków.

Nasze autorskie rozwiązanie wprowadza elementy, które już są na rynku, są przebadane, natomiast po złożeniu stworzyły nową jakość i ta jakość musi zostać przebadana, więc czas rejestracji będzie krótszy – mówi dr Jan Meler.

– Wyobrażamy sobie, że w przyszłości dowolny lek dostępny w tej chwili na rynku będzie podawany również drogą przezskórną. Szczególnie jeżeli mówimy o lekach podawanych w zastrzykach – chodzi o to, by one mogły być podawane w małych plasterkach np. dla dzieci, które nie lubią zastrzyków. Ale to tyczy się też pacjentów dorosłych, bo lepiej jest nakleić jeden mały plasterek na siedem dni, niż kłuć się codziennie, co dwa czy co cztery dni – podkreśla Konrad Krajewski.

Według Allied Market Research światowy rynek transdermalnych systemów podawania leków wypracował w 2020 roku przychody sięgające niemal 52,5 mld dol. Do 2030 roku wartość rynku wzrośnie do ponad 87 mld dol.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polacy-opracowali-nosnik,p859184989

Łódź powoli staje się konkurencją dla Warszawy. Prawie dwukrotnie tańsze mieszkania kuszą łodzian i inwestorów

Łódzki rynek nieruchomości przeżywa prawdziwy boom. W ubiegłym roku ceny metra kwadratowego poszybowały w górę o ponad 20 proc. i prognozy zakładają, że ten trend się utrzyma. To przyciąga zarówno deweloperów jak i inwestorów indywidualnych. Zwłaszcza że – mimo wzrostów – mieszkania w Łodzi wciąż są o wiele tańsze niż w Warszawie, a inwestycja tutaj daje potencjał na lepsze zwroty z najmu niż w Warszawie. Co ciekawe, coraz więcej łodzian decyduje się na życie w modelu hybrydowym – pracę w Warszawie i mieszkanie w Łodzi.

– Rynek łódzki jest w tej chwili jednym z najbardziej dynamicznych rynków w Polsce. Aktualnie jest ponad 100 projektów w aktywnej sprzedaży, a ceny rok do roku rosną o ok. 20 proc. Jest ogromne zainteresowanie, zarówno po stronie klientów indywidualnych z Łodzi oraz innych dużych miast, jak też z zagranicy – mówi Dawid Wrona, dyrektor sprzedaży Echo Investment.

Ekspert prognozuje, że w nadchodzących kwartałach wzrost cen nieruchomości w Łodzi będzie nadal utrzymywać się na poziomie sięgającym kilkunastu procent rocznie. To zaś będzie zachęcać inwestorów do zakupów i napędzać dalszy rozwój łódzkiego rynku.

– Łódź ma z perspektywy inwestorów ogromny potencjał. Przede wszystkim to jest czwarte miasto w Polsce co do wielkości, ma populację blisko 700 tys. mieszkańców, świetną lokalizację i na dziś wciąż duży dostęp do gruntów, a przy tym uproszczone procedury administracyjne. Tak więc każdy deweloper i każdy inwestor, który chce tutaj zainwestować, może zrobić to sprawnie i ma potencjał na duże wzrosty – mówi Dawid Wrona.

Duży wzrost cen łódzkich nieruchomości i szybki rozwój tamtejszego rynku potwierdza też niedawny raport portalu RynekPierwotny.pl „Rynek mieszkaniowy w Łodzi 2019–2021”. Wynika z niego, że miasto od lat jest w zestawieniu sześciu największych rynków mieszkaniowych w Polsce, ale dopiero od niedawna przeżywa prawdziwy boom budowlany. W ubiegłym roku nowa podaż wyniosła 6,1 tys., a sprzedaż sięgnęła 6,2 tys. mieszkań. Z kolei ceny wzrosły w ubiegłym roku o 21 proc., podczas gdy w innych miastach dynamika wyniosła w tym czasie 1418 proc.

Wszystko to powoduje, że Łódź z każdym rokiem cieszy się coraz większym zainteresowaniem inwestorów, którzy chcą lokować swój kapitał w nieruchomościach i np. zarabiać na wynajmie. Zwłaszcza że – według danych RynekPierwotny.pl na koniec ub.r. średnia cena metra kwadratowego łódzkich mieszkań dostępnych w ofercie wyniosła 8,1 tys. zł/mkw. To wciąż o wiele mniej niż w Warszawie, a jak wskazuje ekspert Echo Investment  inwestycja w Łodzi daje możliwość wyższej stopy zwrotu przy mniejszym zaangażowaniu niż w stolicy.

– Dla przykładu w naszej inwestycji BOHO, położonej w samym centrum miasta, świetnie skomunikowanej, cena wynosi ok. 8 tys. zł za mkw. Klient, który chciałby kupić podobne mieszkanie w Warszawie, musiałby zapłacić ponad 15 tys. zł za mkw. Jeśli ktoś kupuje inwestycyjnie i chce zarabiać na wynajmie, a potem na wzroście wartości nieruchomości, to dzisiaj inwestycja w Łodzi daje większy zwrot – mówi dyrektor sprzedaży Echo Investment.

Ekspert podkreśla też, że fazę boomu przeżywa w tej chwili również rynek najmu, co dla inwestorów też stanowi dodatkowy potencjał. W związku z napływem do Polski fali uciekinierów z Ukrainy, liczącej ok. 3 mln osób, stawki najmu wzrosły w ostatnich miesiącach aż o 30 proc.

– Ci ludzie muszą gdzieś się zatrzymać, wynajmować mieszkanie. To stwarza kolejny potencjał zarabiania na rynku najmu, ponieważ inwestor może wynająć nieruchomość szybciej i zarobić na niej więcej. Dla inwestora indywidualnego to są ważne czynniki – mówi Dawid Wrona. – My, na przykładzie swoich projektów jak np. BOHO, widzimy, jak wielu inwestorów interesuje się tym projektem ze względu na świetne położenie, standard i potencjał do wzrostu.

Ponadto przedstawiciel Echo Investment zwraca uwagę, że łodzianie, którzy do tej pory myśleli o pracy i mieszkaniu w stolicy, teraz częściej będą traktować te rzeczy rozłącznie, czyli pracować w Warszawie, ale mieszkać w Łodzi. I to w miejscu, które jest dobrze skomunikowane z dworcem PKP.

– Takie życie w modelu hybrydowym ma swoje plusy. Warszawa wciąż oferuje wyższe wynagrodzenia, Łódź natomiast przyciąga niższymi cenami nieruchomości. Czyli rachunek jest prosty – mówi ekspert.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/odz-powoli-staje-sie,p536847944

Polski samochód wodorowy wyjedzie na ulice przed 2030 rokiem. Najbliższy rok będzie poświęcony projektowaniu platformy jezdnej

Wodór coraz częściej jest wymieniany jako paliwo przyszłości i szansa na zmniejszenie emisyjności w motoryzacji, nieograniczanej niedoskonałościami ogniw litowo-jonowych. Obecnie na rynku jest sprzedawanych kilka modeli samochodów osobowych napędzanych wodorem. Do tej stawki jeszcze w tej dekadzie chce dołączyć polski start-up ze swoim modelem. Na razie znany jest wstępny projekt auta, a trwają prace nad platformą jezdną. Ampere Life pracuje także nad systemem tankowania takich pojazdów.

To, na czym będziemy się skupiać w tym roku, to są prace nad platformą jezdną. Zbudowanie takiej platformy zajmuje trochę czasu. Rok 2022, a nawet początek 2023, to jest platforma jezdna, którą będziemy chcieli później zaprezentować, jak nasz samochód będzie działał. To nie będzie jeżdżąca platforma jezdna jeszcze jako sam silnik, tylko bardziej wizja zastosowania naszej technologii – informuje w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Michał Jędrzejewski, prezes i założyciel Ampere Life.

Wysokiej jakości geowłóknina Filtex: https://filtex.com.pl/geowloknina#geowloknina-filtex

Polski start-up w ubiegłym roku zaprezentował wizję swojego samochodu wodorowego. Ma to być SUV o zasięgu wynoszącym od 800 do 1 tys. km.

– Planowany wyjazd na ulice jest w granicach 2030 roku, ale na to musi się złożyć trochę więcej czynników niż sam pojazd, bo musi zostać stworzona infrastruktura tankowania tego typu pojazdów – zapowiada Michał Jędrzejewski.

Dlatego jednocześnie start-up pracuje też nad zautomatyzowanymi stacjami tankowania wodoru. Jak podkreśla jego założyciel, samochód będzie ostatnim etapem całego projektu – najpierw pojawią się także stacje ładowania aut elektrycznych i aplikacja do zarządzania całym ekosystemem ładowania.

Naszym celem jest wytworzenie nowego rynku umożliwiającego nie tylko ładowanie samochodów, ale innego typu pojazdów, np. hulajnóg, rowerów. To, co chcemy dopiąć jak najszybciej, to są nasze stacje ładowania pojazdów elektrycznych. I tutaj już pojawili się pierwsi inwestorzy i mamy pierwsze zamówienia pod nasze stacje ładowania pojazdów elektrycznych – mówi założyciel Ampere Life. – To, w co teraz też mocno wchodzimy, a raczej będziemy wchodzić w niedługim czasie, to są carporty – nasze wiaty fotowoltaiczne, które też będą zasilały pojazdy elektryczne.

Technologia napędów wodorowych nie jest najnowszym odkryciem. Na rynku motoryzacyjnym są już dostępne auta osobowe z takim rodzajem paliwa, m.in. Toyota Mirai i Hyundai Nexo. Według danych Międzynarodowej Agencji Energii w 2020 roku na całym świecie jeździło nieco ponad 31 tys. aut z napędem wodorowym. Zdaniem ekspertów w najbliższych latach zmieni się podejście do wodoru i stanie się on paliwem przyszłości. Co ciekawe, według raportu TLP i SpotData firmy z branży transport, spedycja i logistyka większą nadzieję upatrują w paliwie wodorowym niż w bateriach elektrycznych. Widzą szybszą możliwość zastosowania na szerszą skalę rynkową pojazdów napędzanych wodorem. Wprawdzie podobny odsetek uważa, że pojazdy napędzane bateriami elektrycznymi (18 proc.) i pojazdy napędzane paliwem wodorowym (19 proc.) znajdą szerokie zastosowanie rynkowe w ciągu najbliższych pięciu lat, ale już znacznie więcej badanych, bo 41 proc., uważa, że pojazdy na wodór upowszechnią się w ciągu 5–15 lat. O samochodach elektrycznych sądzi tak mniej osób, bo 34 proc.

– Największą przeszkodą w rozwoju motoryzacji wodorowej jest sam wodór. Aby był ekologiczny, to musimy mówić o wodorze zielonym, wytwarzanym z odnawialnych źródeł energii, a na chwilę obecną niestety to jeszcze nie jest tania i łatwa metoda. Oprócz tego potrzebna jest infrastruktura tankowania tego typu pojazdów. W Polsce ona dopiero powstaje. A rzeczywiście rozwijamy motoryzację wodorową w komunikacji – wskazuje Michał Jędrzejewski. – W Niemczech powstało dość dużo stacji tankowania pojazdów z osobowych wodorowych, bo tu mówimy o ok. 100 stacjach tankowania. W Polsce dopiero ten temat zaczyna raczkować, ale koncerny paliwowe już zaczęły opracowywać metody tankowania samochodów osobowych.

Na zakupy autobusów napędzanych wodorem decyduje się coraz więcej samorządów. Przykładowo Górnośląsko-Zagłębiowska Metropolia uzyskała we wrześniu ubiegłego roku dotację z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej na zakup 20 takich pojazdów. Inwestycja pochłonie w sumie niemal 111 mln zł. W kwietniu, podczas Kongresu Technologii Miejskich, zarząd GZM zapowiedział jednak, że postępowanie przetargowe zostanie wszczęte dopiero po tym, jak uda się zapewnić kontrakt na dostawy paliwa wodorowego w odpowiedniej cenie.

– Przeszkody leżą w nienależytym rozwoju systemu tankowania wodoru, jak i wytworzenia zielonego wodoru. Jest to technologia droga, ale rozwojowa. My wychodzimy z założenia, że ten moment, kiedy będziemy wypuszczali nasz samochód wodorowy, nastąpi, kiedy ta technologia będzie już na tyle rozwinięta, że wytworzenie zielonego wodoru będzie łatwe i tanie. To jest tylko kwestia czasu. W chwili obecnej skupiamy się na wodorze niebieskim, szarym, którego produkcja jest jednak szkodliwa dla atmosfery, ale dążymy do zielonego wodoru – podkreśla założyciel Ampere Life.

Według analityków Market Research Future światowy rynek pojazdów napędzanych wodorowymi ogniwami paliwowymi do 2028 roku zwiększy swoje przychody niemal 40-krotnie: z 1,2 mld dol. w 2020 roku do niemal 47 mld dol.

Start-up Ampere Life był gościem jednej z ostatnich edycji Thursday Gathering, organizowanego przez Fundację Venture Café Warsaw. Spotkanie poświęcone było technologiom dedykowanym zrównoważonemu rozwojowi. Thursday Gathering to cykliczna impreza, która w każdy czwartek do warszawskiego Varso przy ul. Chmielnej przyciąga społeczność innowatorów, m.in. naukowców, start-upowców i inwestorów.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polski-samochod-wodorowy,p619691477

Wrocławska spółka zwiększa tempo prac nad innowacjami dla największych światowych koncernów. W ciągu dwóch lat chce zatrudnić kolejnych 500 inżynierów

– Każdego roku rośniemy o ok. 20–30 proc. i to tempo chcemy utrzymać – mówi Marek Matysiak, dyrektor operacyjny GlobalLogic Poland. Wrocławska spółka jest częścią globalnego koncernu, który tworzy innowacyjne rozwiązania dla największych światowych marek. To sprawia, że praktycznie w każdej branży są widoczne efekty pracy polskich inżynierów. Dziś w spółce pracuje ich 2000. W samym Wrocławiu 500, a w ciągu dwóch lat ta liczba ma się podwoić. Z myślą o dalszym rozwoju spółka przeniosła się właśnie do nowego biura.

 Dziś wszystkie branże, z którymi mamy styczność w codziennej pracy, czyli np. branża motoryzacyjna, telekomunikacyjna, przemysł, branża medyczna i tzw. consumer market, wykorzystują innowacyjne rozwiązania. W czasie pandemii ich rozwój mocno przyspieszył. Dziś wszyscy starają się, żeby ich rozwiązania były dopasowane do potrzeb klientów, elastyczne i dostępne z każdego miejsca na świecie, co również znacząco napędza nasz rozwój i daje nam możliwość wzrostu – mówi agencji Newseria Biznes Marek Matysiak.

Wrocławska spółka jest częścią globalnego koncernu GlobalLogic. To lider w branży usług inżynierii cyfrowej – pomaga światowym markom projektować i tworzyć innowacyjne produkty, usługi i platformy cyfrowe. Współpracuje z firmami z niemal każdej branży – od motoryzacji i komunikacji, przez usługi finansowe, opiekę zdrowotną, produkcję, media i rozrywkę, aż po półprzewodniki i nowe technologie.

– Te rozwiązania, nad którymi pracujemy, można spotkać wszędzie w ramach codziennego życia. W zasadzie prawie każdy samochód, który możemy dziś spotkać na ulicy czy parkingu, ma w sobie jakieś kawałki software’u, który napisaliśmy albo przetestowaliśmy, upewniając się, że będzie działał i będzie bezpieczny dla użytkowników. To też pralki, suszarki, ekspresy do kawy oraz rozwiązania, które możemy spotkać w przemyśle, przepływomierze, sterowniki, a także różnego rodzaju rozwiązania, z którymi stykamy się wielokrotnie każdego dnia, choćby płacąc kartą. Nasz zespół jako jeden z niewielu w Polsce pracuje przy programowaniu chipów, które są w kartach. Kiedy terminal nawiązuje połączenie GPRS, najprawdopodobniej wykorzystuje wtedy moduł, który powstał we Wrocławiu – wymienia dyrektor operacyjny spółki.

GlobalLogic ma 400 aktywnych klientów, w tym producentów sprzętu, oprogramowania czy największe marki produktów detalicznych. Na liście znajdują się m.in. Volvo, Adobe, Ericsson, Oracle, HP, Panasonic, Samsung czy Continental. Nad innowacyjnymi rozwiązaniami pracuje we Wrocławiu ok. 500 inżynierów.

Z racji skali pokrywamy większość domen, w których pracuje dzisiaj GlobalLogic – podkreśla Marek Matysiak. – Wkład pracy naszych inżynierów jest najbardziej widoczny w motoryzacji. Ta branża rozwija się w ostatnich latach bardzo dynamicznie, a w latach 2013–2014 przeszła diametralne przemiany po to, żeby nadążać za oczekiwaniami klientów. I w związku z tym ma w tej chwili ogromne potrzeby, jeśli chodzi o dostępność inżynierów, wiedzy i rozwój konkretnych technologii.

Dlatego spółka planuje we Wrocławiu intensywny rozwój – w ciągu najbliższych dwóch lat zamierza co najmniej podwoić liczbę zatrudnionych inżynierów.

– Wrocławski rynek wydaje się mieć bardzo duży potencjał. Uczelnie intensywnie pracują nad rozwojem absolwentów, a migracje do Wrocławia znacząco poprawiają możliwości wzrostu nie tylko naszej, ale i wszystkich organizacji – mówi dyrektor operacyjny GlobalLogic Poland.

Główną siedzibę GlobalLogic ma w Dolinie Krzemowej, ale firma prowadzi studia projektowe i centra inżynieryjne na całym świecie, a poza nimi ma też 30 własnych centrów technologicznych i ponad 70 laboratoriów dedykowanych konkretnym klientom. W sumie zatrudnia ok. 23,6 tys. pracowników w 14 krajach świata. Część z nich pracuje również w Polsce, z wrocławskiego centrum technologicznego.

GlobalLogic zazwyczaj rośnie od 20 do 30 proc. każdego roku i to tempo też bardzo chcielibyśmy utrzymać – mówi Marek Matysiak.

Z myślą o rozwoju i zwiększaniu zatrudnienia GlobalLogic otworzył właśnie we Wrocławiu swoje nowe biuro. Nowoczesna siedziba ma odpowiedzieć na potrzeby rynku pracy IT, jest dostosowana do realiów pracy zdalnej i hybrydowej, a przy tym wyposażona w cały wachlarz technologii i wygodnych rozwiązań, np. specjalny parking dla elektryków. Firma pomaga pracownikom zachować zdrowy work–life balans dlatego zbudowała centrum rekreacyjne z bogato wyposażoną siłownią oraz strefą relaksacyjną. Do dyspozycji jest również taras widokowy na dachu budynku o powierzchni ponad 300 m2.

– Nowy budynek pozwoli nam wykorzystać przestrzeń nie tylko do pracy, chcemy integrować inżynierów i wspierać ich w pracy kreatywnej. Dzisiaj praca dzieli się pomiędzy dom a biuro. Dlatego biurowa przestrzeń dziś to miejsce, które skupia się bardziej na współpracy, wspólnym myśleniu, burzach mózgów, trochę mniej na samej pracy. W klasycznym trybie pracy zmieści się tu ponad 1 tys. inżynierów, a biorąc pod uwagę hybrydowy model, w który pracujemy, myślę, że ok. 1,5–2 tys. inżynierów będziemy w stanie w tej przestrzeni pomieścić – mówi dyrektor operacyjny GlobalLogic Poland.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/wroclawska-spolka,p1760940834

Podwyżki stóp procentowych odcisną swoje piętno na gospodarce światowej w tym i przyszłym roku. Rynki wschodzące mogą przyciągać więcej kapitału [DEPESZA]

Utrzymująca się wysoka inflacja, szybki koniec luźnej polityki monetarnej banków centralnych oraz „jastrzębie” podejście do podwyżek stóp procentowych – to jedne z najważniejszych ryzyk, które w nadchodzących miesiącach będą musieli uwzględniać inwestorzy.  Jak podkreśla wiceprezes Generali Investments TFI Zbigniew Jakubowski, 2022 rok to zdecydowanie koniec ery taniego pieniądza. Wiele banków centralnych, szczególnie na rynkach wschodzących, od miesięcy podnosi stopy procentowe. W Polsce tylko w I połowie roku spodziewana jest podwyżka do 4,0 proc. To zaś może zachęcić inwestorów do zainteresowania tą grupą państw.

– Światowa gospodarka wchodzi w trzeci rok pandemii, będąc w fazie ekspansji cyklu koniunkturalnego. Dynamika wzrostu PKB w poszczególnych krajach wyhamuje i będzie na poziomach znacząco niższych niż w roku 2021, który cechował się silnym odreagowywaniem po 2020 roku, obciążonym ogromnymi kosztami walki z COVID-19. W ten trend, charakterystyczny dla fazy ekspansji, będzie wpisywać się również gospodarka naszego kraju – mówi Zbigniew Jakubowski, wiceprezes zarządu Generali Investments TFI.

Globalnym zjawiskiem jest także wysoka inflacja (poza Japonią i Chinami). Zjawiska, które ją wywołały, czyli m.in. zaburzone łańcuchy dostaw windujące w górę ceny surowców i półproduktów, będą ustępować, ale powoli. Wielu ekspertów, w tym m.in. szef amerykańskiej Rezerwy Federalnej Jerome Powell, podkreśla, że trzeba jednak przestać traktować wysoką inflację jako przejściowe zjawisko.

Szereg państw podejmuje działania, które mają przeciwdziałać negatywnym skutkom inflacji. W Polsce są to przyjęte przez rząd tarcze antyinflacyjne, które zakładają m.in. tymczasowe zmniejszenie akcyzy i VAT-u na paliwa czy żywność. W wyniku tej inicjatywy, według ekspertów Generali Investments TFI, na polskim rynku szczyt inflacyjny będzie wypłaszczony i rozciągnięty w czasie, a najwyższe odczyty inflacji przypadną prawdopodobnie na lipiec br. To wymusi też utrzymywanie wysokich stóp procentowych przez dłuższy okres, niż miałoby to miejsce bez tarczy. To odciśnie swoje piętno zarówno w tym, jak i w 2023 roku.

– NBP jako pierwszy bank centralny na świecie w 2022 roku podwyższył stopy procentowe. Była to podwyżka o 50 punktów bazowych. Oczekiwane są dalsze podwyżki stóp do 3,5 proc. i to jeszcze w pierwszej połowie tego roku, a następnie do 4,0 do końca 2022 roku – mówi wiceprezes Generali Investments TFI.

Jak wskazuje, ten rok zakończy erę taniego pieniądza. Banki centralne rynków wschodzących już od wielu miesięcy normalizują politykę pieniężną, podczas gdy rynki rozwinięte dopiero rozpoczynają działania. Europejski Bank Centralny i Rezerwa Federalna zmniejszają obecnie skalę zakupu papierów (tzw. tapering), a podwyżki stóp są na horyzoncie – rynek oczekuje, że Fed dokona w tym roku trzech lub czterech podwyżek stóp po 0,25 proc. W przypadku EBC spodziewana jest jedna podwyżka o 0,10 proc. ale równie prawdopodobny może być brak jakiejkolwiek decyzji odnośnie do stóp.

– Zgodnie z zapowiedziami Europejskiego Banku Centralnego w strefie euro czeka nas dłuższy okres niskich stóp procentowych. W relacji do USA w strefie euro inflacja bazowa – czyli z wykluczeniem cen energii i żywności – pozostaje na umiarkowanym poziomie, aczkolwiek jest najwyższa od 2008 r. Dlatego też EBC, biorąc pod uwagę słabnące dynamiki PKB krajów ze strefy euro, może zdecydować się na późniejszą normalizację polityki monetarnej – mówi Zbigniew Jakubowski.

Ta różnica w podejściu banków centralnych rynków rozwiniętych i wschodzących może spowodować, że do grupy tych ostatnich będzie napływać więcej kapitału. Wcześniej rozpoczęte podwyżki stóp procentowych oznaczają bowiem m.in. wyższe rentowności obligacji. Sprzyja temu także sytuacja na rynkach walutowych. W opinii eksperta Generali Investments TFI te czynniki składają się na umiarkowanie optymistyczne prognozy dla polskiego rynku długu.

– Oczekujemy, że w ciągu nadchodzącego roku nastąpi moment, kiedy, przy aktywnym modelu zarządzania, możliwe będzie osiąganie atrakcyjnych stóp zwrotu również w oparciu o obligacje stałokuponowe. Natomiast, w perspektywie całego roku szczególnie pozytywnie jesteśmy nastawieni do obligacji zmiennokuponowych, które powinny zyskiwać w czasie cyklu podwyżek stóp, a ich kupony ze względu na swoją konstrukcję będą się odnawiać na coraz wyższych stopach WIBOR 6M – mówi. – Polska obecnie ma historycznie niski udział inwestorów zagranicznych w obligacjach skarbowych, najniższy w całym CEE. Widzimy również znaczącą szansę na stopniową zmianę postrzegania polskich obligacji skarbowych przez inwestorów zagranicznych. Normalizacja stosunków z Komisją Europejską oraz deeskalacja napięcia na granicy ukraińsko-rosyjskiej mogłyby pozytywnie wpłynąć na postrzeganie polskiego rynku.

Według zarządzających funduszami Generali Investments TFI utrzymująca się wysoka inflacja, szybki koniec luźnej polityki monetarnej banków centralnych oraz „jastrzębie” podejście do podwyżek stóp procentowych to kluczowe czynniki ryzyka, które inwestorzy będą musieli uwzględnić w 2022 roku. Na tej liście znajdują się także nowe warianty COVID-19 i brak skuteczności szczepionek, słaby wzrost gospodarczy w Chinach i kryzys tamtejszej branży nieruchomości oraz bańki spekulacyjne na wysoko wycenianych spółkach. Nie bez znaczenia będą także napięcia geopolityczne na linii Chiny – USA oraz Rosja – NATO, z Ukrainą w tle.

–  Analizując kondycję polskich spółek, widzimy szereg czynników zachęcających do inwestycji. Widzimy najwyższą od 2007 roku marżowość operacyjną, rosnące zyski na akcje, relatywną atrakcyjność wskaźników inwestycyjnych względem wieloletnich średnich oraz względem innych rynków kapitałowych EM. Okres dobrej koniunktury gospodarczej został wykorzystany przez spółki do redukcji zadłużenia. Dobra kondycja finansowa powinna się przełożyć na kontynuację procesów inwestycyjnych, akwizycję lub wypłaty dywidend oraz skup akcji własnych. W prognozach spółki zakładają dalszy wzrost zysków – mówi wiceprezes zarządu Generali Investments TFI.


Generali Investments TFI działa na podstawie decyzji KNF z dnia 1 czerwca 1995 roku (nr decyzji KPW-4073-195). 

 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/podwyzki-stop,p1440666313

Finansowanie instalacji fotowoltaicznych za pomocą leasingu konsumenckiego coraz popularniejsze. W Europie realizowana jest w taki sposób co czwarta inwestycja

Energetyka prosumencka w Polsce zanotowała w ostatnich latach skokowy wzrost – liczba prosumentów w ciągu sześciu lat skoczyła z ok. 4 tys. do ponad 740 tys. To głównie zasługa fotowoltaiki i przydomowych mikroinstalacji PV, których zakup jest wspierany przez rządowe programy. I choć większość ekspertów wskazuje, że przyjęta w końcówce ubiegłego roku nowelizacja ustawy o OZE może osłabić opłacalność takich inwestycji, to nie zatrzyma raczej rozwoju tego rynku. Zwłaszcza że w Polsce rozwija się nowa forma finansowania paneli fotowoltaicznych – leasing konsumencki, który może zwiększyć dostępność tej inwestycji.

– Nowe regulacje zmieniające sposób rozliczania prosumentów, które wchodzą w życie od 1 kwietnia br., na pewno trochę spowolnią wzrost liczby nowych instalacji PV. Natomiast nie będzie to całkowite zatrzymanie. Rosnąca świadomość ekologiczna powoduje, że klienci chcą inwestować w fotowoltaikę. Także rosnące ceny energii elektrycznej wpływają na coraz większe zainteresowanie tym tematem, a magazynowanie energii będzie się cały czas rozwijać. Dlatego szacujemy, że rynek co prawda trochę spowolni, ale dalej będzie funkcjonował. Ożywi to też rynek małych i średnich przedsiębiorstw, ponieważ dla nich te nowe regulacje będą całkiem korzystne – prognozuje w rozmowie z agencją Paulina Ackermann, dyrektor zarządzająca Otovo, firmy oferującej leasing konsumencki paneli fotowoltaicznych.

W połowie grudnia ub.r. prezydent podpisał nowelizację ustawy o odnawialnych źródłach energii (OZE), zgodnie z którą dla nowych prosumentów – wchodzących na rynek po 1 kwietnia 2022 roku – dotychczasowy system opustów zostanie zastąpiony net-billingiem. Ten model rozliczeń zakłada, że prosumenci będą sprzedawać nadwyżki energii do sieci po określonej cenie, ale też za energię pobraną z sieci będą płacić jak inni odbiorcy. Dzisiejszy system zakłada, że za jednostkę energii wprowadzonej do sieci mogą pobrać za darmo 0,7 lub 0,8 (w zależności od rodzaju instalacji). Zgodnie z przepisami dotychczasowi prosumenci i podmioty, którzy wejdą do systemu do 31 marca 2022 roku, mają zagwarantowane prawa nabyte – będą mogli korzystać z systemu opustów przez 15 lat od chwili wytworzenia w instalacji fotowoltaicznej i wprowadzenia do sieci elektroenergetycznej pierwszej kWh. Większość ekspertów ocenia, że przez tę nową regulację opłacalność przydomowych instalacji PV będzie niższa. Nie powinno to jednak zaszkodzić rynkowi.

Polska jest jednym z najszybciej rozwijających się krajów w Europie pod względem przyrostu liczby instalacji fotowoltaicznych. Dla przykładu w 2019 roku w Polsce zainstalowano ich ponad 100 tys., w 2020 roku było to już ponad 300 tys., a w ubiegłym – ponad 350 tys. Dla porównania w Hiszpanii, czyli kraju, który ma większy potencjał słoneczny i więcej mieszkańców niż Polska, w ubiegłym roku zainstalowano tylko ok. 40 tys. instalacji fotowoltaicznych – mówi Paulina Ackermann.

Według danych Agencji Rynku Energii na koniec października ub.r. w Polsce było już prawie 744,4 tys. prosumentów (tylko w październiku przybyło ich ponad 39,3 tys.), z czego zdecydowaną większość stanowili właśnie właściciele instalacji fotowoltaicznych. Z kolei łączna moc zainstalowana w mikroinstalacjach przekracza już 5 GW.

Zazwyczaj są to instalacje do 10 kWp na potrzeby indywidualnych klientów, którzy mają swój domek i potrzebują energii do ogrzewania i korzystania na potrzeby własne – mówi dyrektor zarządzająca Otovo.

Błyskawiczny rozwój fotowoltaiki w Polsce to w dużej mierze zasługa rządowego programu Mój Prąd, czyli dofinansowania (do 5 tys. zł) do prosumenckich instalacji PV o mocy od 2 do 10 kWp. W I kwartale tego roku NFOŚiGW planuje uruchomić już czwartą jego edycję, która obejmie też dofinansowanie zakupu magazynów energii, ciepła oraz systemów zarządzania energią. To zaś może zwiększyć opłacalność takiej inwestycji i zneutralizować skutki nowelizacji, która zacznie obowiązywać od 1 kwietnia br.

– W Polsce mamy generalnie trzy sposoby finansowania instalacji PV. Najbardziej popularną jest oczywiście zakup za gotówkę – klient podpisuje umowę, wpłaca zaliczki i na koniec, po montażu, wpłaca już całość. Natomiast są jeszcze dwa inne sposoby finansowania: kredyt oraz leasing konsumencki. W obu tych przypadkach klient płaci jedną miesięczną ratę, dzięki czemu nie musi korzystać z własnych środków – mówi Paulina Ackermann.

Na razie leasing paneli fotowoltaicznych przez klientów indywidualnych jest na polskim rynku relatywnie nowym rozwiązaniem. Przykłady z zachodnich rynków, gdzie odpowiada ono na 24 proc. rynku, wskazują jednak na duży potencjał tej formy finansowania.

– W Polsce leasing stanowi ok. 1 proc. i dopiero zaczyna rosnąć. Otovo jest jak na razie jedyną firmą, która oferuje taki sposób finansowania. W praktyce działa ono bardzo prosto: najpierw weryfikujemy klienta w bazie BIK, BIG lub Związku Banków Polskich. Jeśli klient przejdzie taką weryfikację, podpisujemy z nim umowę leasingową i montujemy instalację. Potem klient płaci już tylko stałą miesięczną ratę, która jest zawsze niższa niż rachunek za energię elektryczną. Dzięki temu już od pierwszego miesiąca generuje oszczędności – wyjaśnia dyrektor zarządzająca spółki.

Innymi słowy, leasing paneli fotowoltaicznych jest formą wypożyczenia. Instalacja PV w praktyce należy do firmy – leasingodawcy, a klient zgadza się na wypożyczenie sprzętu na czas określony w umowie i płaci za nią raty leasingowe przez 20 lat. Dzięki temu, że czas trwania umowy jest wydłużony, rata obniża się nawet dwukrotnie w porównaniu do oferty kredytowej.

– W przypadku przedsiębiorstw ten koncept jest już dość znany – mówi Paulina Ackermann.

Jak podkreśla, jedną z podstawowych korzyści tej formy finansowania jest brak wymogu wkładu własnego, co oznacza, że każdy może sobie pozwolić na taką inwestycję.

– Druga zaleta to 20-letnia gwarancja z pełnym serwisem instalacji. Jeśli przykładowo w 12. roku umowy zepsuje się falownik, czyli ten najdroższy komponent, to wymienimy go na nowy. Natomiast współpracujemy tylko ze znanymi i renomowanymi producentami, przez co jesteśmy absolutnie pewni, że taka instalacja PV będzie funkcjonować przez co najmniej 20 lat – mówi dyrektor zarządzająca Otovo. – Kolejna korzyść jest taka, że każdy klient może monitorować produkcję energii w dedykowanej aplikacji Otovo. W każdym momencie może też taką instalację rozbudować i dodać np. więcej paneli albo dokupić magazyn energii w trakcie trwania tego leasingu.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/finansowanie-instalacji,p1097111561

W I kwartale podwyżki cen żywności jeszcze przyspieszą. Zniesienie 5-proc. VAT nie przełoży się na zahamowanie inflacji

Obok cen energii, kosztów użytkowania mieszkania i paliw to właśnie żywność jest jednym z kół zamachowych rozpędzającej się inflacji. Rosną bowiem koszty wytworzenia produktów, opakowań, surowców i półproduktów. Dodatkowo przerwane globalne łańcuchy dostaw powodują, że są też problemy z dostępnością niektórych produktów. Zdaniem Andrzeja Gantnera z Polskiej Federacji Producentów Żywności szczyt podwyżek jest jeszcze przed nami. Rozwiązaniem problemu nie będzie ani zniesienie VAT-u na podstawowe produkty, ani wprowadzenie cen regulowanych.

– Ceny żywności rosną szybko, ponieważ bardzo szybko rosną koszty jej wytworzenia, przede wszystkim energii, niektórych surowców, dodatkowo mamy bardzo duży wzrost kosztów pracy. Mamy jeszcze podatki wpływające na wzrost cen, chociażby podatek handlowy czy cukrowy, który bardzo gwałtownie podniósł ceny napojów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Gantner, dyrektor generalny i wiceprezes Polskiej Federacji Producentów Żywności. – Zasadniczo podwyżki kosztów produkcji producenci często starają się wkładać we własne koszty i wtedy ceny nie rosną. Natomiast tak wielkich podwyżek przy niskiej marżowości, jaką charakteryzuje się produkcja żywności, w żaden sposób nie można już zamortyzować własnymi kosztami i trzeba przekładać na ceny produktów żywnościowych.

Jak wskazują dane GUS, w grudniu 2021 roku ceny żywności i napojów bezalkoholowych były wyższe niż rok wcześniej o 8,6 proc. Jest to jednak średnia; za niektóre produkty trzeba płacić po kilkanaście albo nawet kilkadziesiąt procent więcej niż w grudniu 2020 roku. Przykładowo mięso drobiowe zdrożało o 30,1 proc., wołowe o 19 proc., cukier o 22 proc., tłuszcze roślinne o 24,5 proc., a zwierzęce o 18,6 proc. Dwucyfrowo wzrosły także ceny innych podstawowych produktów, takich jak pieczywo (14,3 proc.), jaja (11,5) czy warzywa (11,6). Po dotychczasowych odczytach widać, że żywność i napoje bezalkoholowe drożeją w coraz szybszym tempie. W marcu 2021 roku artykuły spożywcze (bez alkoholi) drożały o 0,5 proc., w listopadzie już o 6,4 proc., a w grudniu o 8,6 proc. Całoroczna inflacja w tej kategorii wyniosła 5,1 proc.

– Najgorsze zobaczymy za chwilę, ponieważ do tej pory widzieliśmy głównie inflację handlową. Ceny rosły z powodu podejścia handlu, który zresztą też ma zwiększone koszty. Natomiast z dużym prawdopodobieństwem w I kwartale tego roku zobaczymy już efekt podwyżek producenckich – przekonuje dyrektor generalny i wiceprezes Polskiej Federacji Producentów Żywności. – Raczej będziemy mówili o dwucyfrowych wzrostach niż jednocyfrowych.

Na rosnące koszty produkcji nakłada się również sytuacja na rynkach światowych, niedobór niektórych surowców oraz przerwanie łańcuchów dostaw środków do produkcji żywności. Swój udział w ostatecznych cenach ma też koszt surowców rolnych, podbijany przez kataklizmy spowodowane zmianami klimatycznymi. Na przykład cena kontraktów na kawę w ciągu ostatniego roku się podwoiła. Tymczasem detaliczna cena kawy w polskich sklepach w listopadzie była wyższa tylko o 0,8 proc. niż 12 miesięcy wcześniej, a w okresie styczeń–listopad jedynie o 0,2 proc. To może oznaczać, że szczyt podwyżek tego produktu dopiero nadejdzie.

– Obawiam się, że nawet zejście z 5-proc. VAT-u na niektóre produkty żywnościowe do zera nie spowoduje, że nagle zobaczymy obniżki cen żywności na półkach – ocenia Andrzej Gantner.

Rząd stara się powstrzymać wzrost cen administracyjnie, rezygnując z akcyzy na surowce energetyczne czy VAT-u na podstawowe produkty spożywcze i redystrybuując pieniądze do najuboższych (Tarcza Antyinflacyjna i Tarcza Antyinflacyjna 2.0). Jednak zdaniem ekonomistów przy tak wysokiej inflacji, z jaką mamy do czynienia, ruch ten nie wpłynie znacząco na wyhamowanie wzrostu cen, o ich obniżeniu nie wspominając.

– Ideologicznie rezygnacja z poboru VAT-u na żywność jest bardzo dobra, ponieważ przy tym, jak mocno inflacja uderza w kieszenie Polaków, szczególnie tych najgorzej sytuowanych, pobieranie jeszcze dodatkowego podatku wydaje się wręcz niemoralne – ocenia wiceprezes PFPŻ. – Problem tylko polega na tym, że gdybyśmy mieli inflację na poziomie 1–2 proc., to zejście z 5 proc. do zera faktycznie moglibyśmy zauważyć w swoich kieszeniach, szczególnie że mówimy tu o produktach z koszyka podstawowego. Natomiast w sytuacji tak potężnej inflacji ten ruch z podatkiem VAT właściwie pozostanie niezauważony przez konsumentów i nie powstrzyma dalszego wzrostu cen.

Kolejnym pomysłem, o którym politycy zaczęli głośno mówić, jest wprowadzenie cen maksymalnych na najważniejsze produkty spożywcze, tak żeby urzędowo ograniczyć możliwość ich podniesienia ponad wyznaczony poziom. Osoby pamiętające jednak lata 70. i 80. przypominają, że skutkiem sztucznego utrzymywania niskich cen produktów jest brak tych produktów w sklepach i ich reglamentacja. Na taki ruch w przypadku sześciu podstawowych produktów zdecydowały się już Węgry.

– To byłby koniec wolnego rynku w Polsce i powrót do gospodarki, którą mieliśmy za czasów socjalistycznych. Poza tym ktoś to musi wytworzyć, więc jeżeli cena będzie za niska, to przedsiębiorcy przestaną wytwarzać te produkty, bo nie będą w stanie pokryć swoich kosztów. To oznacza, że tych produktów za chwilę zacznie brakować – wskazuje Andrzej Gantner. – Za czasów socjalizmu wszyscy w którymś momencie dostaliśmy kartki, które nam pozwalały kupić tylko określoną liczbę tych produktów, nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek o zdrowych zmysłach chciał wrócić do tego modelu. Szczególnie że ten model kompletnie zbankrutował.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/w-i-kwartale-podwyzki-cen,p593907744

Pandemia przyspieszyła rozwój rynku prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych. Coraz częściej Polacy są skłonni płacić za nie z własnej kieszeni

Po III kwartale 2021 roku wartość składki przypisanej brutto na prywatne ubezpieczenia zdrowotne przekroczyła 760 mln zł. To nieduży wydatek w porównaniu z kosztem usług medycznych opłacanych prywatnie przez pacjentów, który w 2020 roku wyniósł 44 mld zł. Liczba Polaków korzystających z prywatnych pakietów medycznych zwiększyła się o 17 proc. rok do roku, do czego wydatnie przyczyniła się także pandemia. Zdrowie już wcześniej było jednym z głównych obszarów trosk polskich respondentów, a w ubiegłym roku udział osób, dla których przedmiotem największej obawy jest brak dostępu do usług medycznych, wzrósł o 5 pkt proc. i przekroczył 70 proc.

 Prognozujemy, że wartość rynku ubezpieczeń zdrowotnych w Polsce w 2021 roku przekroczy 1 mld zł. Rozwijamy się bardzo szybko i ten rozwój na pewno będzie postępował w kolejnych latach. Dość spojrzeć na to, ile jako Polacy wydajemy ze swojej kieszeni na prywatne konsultacje lekarskie i badania diagnostyczne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Rybarczyk, kierownik w Departamencie Ubezpieczeń Zdrowotnych Compensa TU SA Vienna Insurance Group. – W 2020 roku wydaliśmy 44 mld zł, w 2021 roku ta kwota na pewno jest wyższa, patrząc chociażby na rekordową inflację kosztów świadczeń medycznych. Jako ubezpieczyciele z systemowego punktu widzenia możemy te środki wydać bardziej efektywnie. Z perspektywy statystycznego Polaka, jeżeli ma on dostęp do ubezpieczenia zdrowotnego, kiedy musi skorzystać z opieki medycznej, zrobi to prywatnie bez ponoszenia dodatkowych, dużych kosztów.

Po III kwartale 2021 roku prywatne ubezpieczenia zdrowotne miało już blisko 3,7 mln Polaków, czyli już prawie co czwarty zatrudniony. To o 17 proc. więcej niż rok wcześniej – wynika z raportu Polskiej Izby Ubezpieczeń. Pokazuje to nie tylko wzrost liczby polis, ale także wykonanych badań, wizyt i badań profilaktycznych. Według raportu „Mapa ryzyka Polaków” sporządzanego przez tę samą instytucję jedna z najpoważniejszych obaw jest związana z brakiem dostępu do opieki zdrowotnej. W lutym 2021 roku zadeklarowało tak 71 proc. respondentów. To wzrost o 5 pkt proc. w porównaniu do 2020 roku.

Posiadane pakiety to w większości wciąż świadczenia opłacane częściowo lub całkowicie przez pracodawców, ale rośnie też liczba osób wykupujących polisy zdrowotne na własną rękę.

– Udział grupowych ubezpieczeń zdrowotnych to jakieś 75 proc. w całym portfelu ubezpieczeń zdrowotnych w Polsce. Patrząc na duże firmy, które zatrudniają powyżej 500 pracowników i mają siedzibę w dużej aglomeracji miejskiej, to taki program prywatnej opieki medycznej już jest standardem – informuje Marcin Rybarczyk. – W ostatnich latach widzimy, że coraz więcej firm, które mają siedzibę poza dużymi miastami, również decyduje się na zawarcie ubezpieczenia w ramach programu Compensa MULTI Zdrowie. Widzimy, że bardzo wzrasta nam sprzedaż polis dla firm mniejszych, które zatrudniają od pięciu do dwudziestu pracowników. Wszystko to dzięki zróżnicowanej sieci prywatnych placówek medycznych i łatwemu dostępowi do prywatnej opieki medycznej.

Z badania PIU przeprowadzonego pod koniec 2020 roku wynika, że ponad 80 proc. Polaków zadeklarowało gotowość ponoszenia dodatkowych miesięcznych opłat za opiekę medyczną, nie licząc składek odprowadzanych na NFZ. Najsilniejszą motywacją jest przede wszystkim chęć zapewnienia sobie i swojej rodzinie szybkiego dostępu do specjalistów oraz do najnowszych technologii medycznych, skorzystanie z USG, tomografii czy rezonansu. Ważną zachętą byłaby także możliwość odliczenia wydatkowanych na ten cel kwot od podatku.

Największą bolączką publicznego systemu służby zdrowia jest brak dostępu do efektywnej profilaktyki, dostępnych od ręki konsultacji u lekarzy specjalistów i badań diagnostycznych. Jeszcze przed epidemią na konsultacje u takich specjalistów jak endokrynolog trzeba było czekać powyżej 14 miesięcy. Do kardiologa musieliśmy ustawić się w kolejce ciągnącej się powyżej dziewięciu miesięcy. Podobnie jest z badaniami diagnostycznymi. Ten dług zdrowotny powiększył się w czasie pandemii – zauważa ekspert Compensy. – Największym kosztem w ramach systemu publicznego, jaki generują Polacy, są długotrwałe pobyty w szpitalu. Dzięki dostępowi do efektywnej prywatnej opieki medycznej, jaką zapewniają ubezpieczenia zdrowotne, możemy ten koszt bardzo mocno zredukować.

Ubezpieczenia zdrowotne pozwalają ograniczyć wydatki na coraz droższe usługi zdrowotne. Z najnowszych danych GUS-u wynika, że ceny w kategorii zdrowie w ubiegłym roku wzrosły o 3,3 proc. To wprawdzie znacznie mniej, niż wynosi średnia dla wszystkich produktów i usług (5,1 proc.), ale jest to głównie „zasługa” cen lekarstw oraz urządzeń i sprzętu terapeutycznego, które podrożały odpowiednio o 1,6 i 2,6 proc. Tymczasem usługi lekarskie podrożały od stycznia do grudnia o 6,7 proc., a stomatologiczne – o 8,1 proc.

Z kolei wartość składki przypisanej brutto w prywatnych ubezpieczeniach zdrowotnych po III kwartale 2021 roku wzrosła o blisko 15 proc. i wynosi 760 mln zł. Co piąta osoba mająca prywatne ubezpieczenie zdrowotne wykupiła je lub przedłużyła pod wpływem pandemii. Z kolei 40 proc. pytanych rozważało taki zakup, połowa – ze względu na sytuację pandemiczną. Badania przeprowadzone w październiku przez CBOS wskazują, że dwie trzecie Polaków jest niezadowolonych z funkcjonowania opieki zdrowotnej w Polsce, a tylko 29 proc. ocenia ją pozytywnie. Najczęściej wskazywane wady systemu to trudny dostęp do badań i lekarzy w ramach NFZ.

 Jednym z czynników, który wpływa na wzrost popularności ubezpieczeń zdrowotnych, jest wzrost świadomości Polaków. Coraz bardziej dbamy o swoje zdrowie, a doświadczenia pandemii pokazały nam, jak jest ono ważne. Chcemy jako społeczeństwo mieć dostęp do efektywnej opieki medycznej – mówi Marcin Rybarczyk.

Jak podkreśla, coraz częściej wybór Polaków pada na zakup polisy ubezpieczeniowej, a nie abonamentu medycznego oferowanego przez duże centra medyczne. Powodem jest realna dostępność do świadczeń.

– W ramach produktów ubezpieczeniowych gwarantujemy dostęp do świadczeń w określonych terminach, a możemy to robić właśnie dzięki dostępowi do zróżnicowanych, zdywersyfikowanych sieci prywatnych placówek medycznych. W ramach programu Compensa MULTI Zdrowie nasi klienci mogą korzystać z sieci ponad 2,6 tys. prywatnych placówek medycznych – podkreśla ekspert Compensy.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/pandemia-przyspieszyla,p1806788261