Komunikacja z klientami staje się coraz bardziej zautomatyzowana. Voiceboty obsługują także część procesów rekrutacyjnych

Boty głosowe coraz częściej sprawdzają się już nie tylko w prostych systemach IVR związanych z podstawową obsługą klienta. Mogą być wykorzystywane m.in. w kampaniach angażujących odbiorców do konkretnych działań czy na początkowych etapach rekrutacji nowych pracowników. Do końca dekady światowy rynek usług realizowanych przez boty wzrośnie niemal piętnastokrotnie. Choć zastosowanie voicebotów jest coraz szersze, to twórcy takich rozwiązań uspokajają, że nie stanowią one zagrożenia dla ludzi na rynku pracy. Trudniejsze sprawy i tak będzie rozwiązywał człowiek.

Voicebot ma przede wszystkim odciążyć pracowników od monotonnych i czasochłonnych zadań, aby mieli oni czas skupić się na tych kreatywnych i strategicznych lub po prostu bardziej złożonych. Jednym z nietypowych zastosowań voicebota jest badanie satysfakcji klientów. Jeden z naszych klientów wdrożył takie narzędzie w swoim call center i udało się na 29 rynkach podnieść odsetek udzielania informacji zwrotnej z 10 aż do 32 proc. – mówi w wywiadzie z agencją Newseria Innowacje Bartosz Malinowski, head of voicebot department w firmie Apifonica.

Voiceboty służą przede wszystkim podnoszeniu jakości obsługi klienta. Mają za zadanie informować, a nie sprzedawać, bo wciąż pokutuje na rynku mit kojarzący voiceboty ze spamem. Mogą one służyć jako wirtualny asystent, który przejmie na siebie część obowiązków pracownika i np. zbierze feedback, umówi spotkanie lub rozmowę telefoniczną czy przygotuje raport.

– W komunikacji z klientami mamy obecnie do czynienia z przełomem. Widzimy wzrost popularności narzędzi ze sztuczną inteligencją, dzięki czemu jesteśmy oczywiście w stanie skalować nasze biznesy i docierać do większej liczby osób. Natomiast z drugiej strony te komunikaty automatyczne muszą być bardziej spersonalizowane, czego oczekują klienci i również są w stanie za to więcej zapłacić – mówi Bartosz Malinowski.

Przykładem takiego wykorzystania może być kampania Apifoniki dla operatora zakładów bukmacherskich Soft2Bet. Voicebot dzwonił do użytkowników firmy z Finlandii i Włoch z regionalnego numeru telefonu. Po odebraniu telefonu słyszeli oni wiadomość głosową, która przedstawiała ofertę promocyjną. Ci, którzy byli nią zainteresowani, otrzymywali wiadomość SMS z bezpośrednim linkiem do formularza na stronie operatora. Kampania  dotarła do 90 proc. odbiorców, a 80 proc. z nich wysłuchało całej wiadomości lub poprosiło o SMS-a z linkiem do oferty. Z kolei klub rugby wykorzystał voicebota do promowania sprzedaży biletów. Kibice otrzymywali powiadomienia od bota mówiącego głosem jednego z zawodników. 86 proc. osób odsłuchało całej wiadomości, a 9 proc. skorzystało z oferty.

Wobec firm wykorzystujących voiceboty pojawiają się zarzuty spamowania. Eksperci firmy Apifonica podkreślają jednak, że wynika to z niezrozumienia ich funkcji. Voicebot to narzędzie służące do optymalizowania i automatyzowania procesów w firmie. Przykładowo na infolinii skraca średni czas oczekiwania na połączenie oraz przyspiesza załatwienie sprawy i rozwiązanie problemu. W e-commerce poinformuje klienta o statusie jego zamówienia, nadaniu przesyłki, ale także o nowej promocji czy otrzymaniu kodu zniżkowego.

– Każda technologia wiąże się z szansami, ale również z zagrożeniami. W przypadku voicebotów widzimy możliwość wzrostu spamu „cold call”  (kontakt telefoniczny z osobami, które często się tego nie spodziewają), który będzie automatyczny. Natomiast z drugiej strony widzimy bardzo dużo możliwości pod kątem automatyzacji i optymalizacji w sektorze e-commerce, obsługi klienta, który po prostu pozwoli nam rozwijać i skalować biznes, czy w Polsce, czy za granicą – mówi ekspert Apifoniki.

Okazuje się jednak, że voiceboty sprawdzają się nie tylko w kontaktach z klientami. Mogą być również bardzo przydatne na pierwszych etapach rekrutacji nowych pracowników. Voicebot przeprowadza rozmowę, porównuje odpowiedzi kandydatów i zostawia pulę najlepszych kandydatów na podstawie kryteriów ustalonych przez pracodawcę do kontaktu przez rekruterów.

Takie rozwiązanie wdrożyła m.in. firma Decathlon, kiedy potrzebowała w krótkim czasie zatrudnić wielu pracowników. Voicebot był zaangażowany do weryfikowania CV kandydatów. Wdrożenie systemu trwało około dwóch tygodni i pozwoliło czterokrotnie skrócić czas potrzebny na przejście tego etapu rekrutacji. Co ważne, wszyscy kandydaci otrzymali po rekrutacji informację zwrotną. Z danych przytaczanych przez Apifonicę wynika, że firma eRecruiter dzięki pracy voicebota w ciągu 30 dni, podczas przetwarzania 625 CV, zaoszczędziła 145 godzin i 6800 zł. 

Bardzo często słyszę obawy, zarzuty, że automatyzacja może wyprzeć niektóre zawody lub zabrać nam pracę. To nieprawidłowy tok myślenia. W XIX-wiecznej Anglii podczas rewolucji przemysłowej również były takie obawy, a widzimy z perspektywy czasu, że teraz żyje nam się bardziej komfortowo i po prostu pojawiły się nowe oferty pracy. Nie bałbym się, że sztuczna inteligencja wyprze jakieś kluczowe zawody, po prostu pojawią się nowe – mówi Bartosz Malinowski. – W call center te powtarzalne procesy, takie jak reklamacja czy status zamówienia, mogą być automatyzowane, natomiast te bardziej złożone sprawy, z którymi sztuczna inteligencja czy automaty nie są w stanie sobie poradzić, i tak wymagają ingerencji człowieka.

Według analityków Allied Market Research światowy rynek usług realizowanych przez boty w 2020 roku osiągnął przychody w wysokości 537 mln dol. Do końca tej dekady wartość tego rynku wzrośnie do 7,8 mld dol.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/komunikacja-z-klientami,p89243285

Polska może się stać hubem odbudowy Ukrainy. Krajowe firmy będą mogły wziąć udział w projektach wartych miliardy dolarów

– Proces odbudowy Ukrainy określi całokształt polsko-ukraińskich relacji gospodarczych na wiele lat do przodu – mówi Tetiana Chuzha z Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu, która prowadzi bazę polskich przedsiębiorstw zainteresowanych wzięciem udziału w tym powojennym przedsięwzięciu. Obecnie jest w niej ok. 1,7 tys. polskich firm, z czego ok. 1/3 reprezentuje sektor budowlany. Według Polskiego Instytutu Ekonomicznego stoi przed nimi ogromny potencjał, bo wartość projektów do zrealizowania w samym Donbasie sięgnie ok. 150–200 mld dol.

– Proces odbudowy Ukrainy będzie bardzo istotnym czynnikiem, który określi całokształt polsko-ukraińskich relacji gospodarczych. My oczekujemy, że Polska stanie się hubem odbudowy, miejscem, przez które będą działać zarówno polskie, jak i zagraniczne firmy, które będą też korzystać ze wsparcia, pośrednictwa i pomocy polskiego biznesu. Według Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu odbudowa Ukrainy to będzie takie hasło, które określi współpracę polsko-ukraińską na wiele lat do przodu – mówi agencji Newseria Biznes Tetiana Chuzha, menedżer ds. rozwoju biznesu w Zagranicznym Biurze Handlowym PAIH w Kijowie, tymczasowo operującym z Warszawy.

Trwająca już prawie rok wojna w Ukrainie spowodowała w tym kraju ogromną skalę zniszczeń, a straty powiększają się z każdym dniem rosyjskiej inwazji. Jak podaje Polski Instytut Ekonomiczny, w wyniku działań wojennych zostało zdewastowane co najmniej 100 tys. km2, a zniszczeniu uległa infrastruktura cywilna, transportowa i energetyczna. Kijowska Szkoła Ekonomii oszacowała dotychczasowe, łączne straty infrastrukturalne na ok.136 mld dol. Natomiast władze ukraińskie oraz Europejski Bank Inwestycyjny wskazują, że łączny koszt powojennej odbudowy Ukrainy może wynieść ponad 1 bln dol.

Skala tego przedsięwzięcia będzie ogromna – odtworzenie zniszczonych budynków, zakładów pracy i infrastruktury, stabilizacja fundamentów makroekonomicznych oraz ponowne włączenie Ukrainy w globalne łańcuchy dostaw będzie wymagać znaczącego udziału zachodnich partnerów. Polska – m.in. ze względu na bliskość kulturową, dobre relacje oraz duże zaangażowanie polskich firm na ukraińskim rynku jeszcze przed wojną – może być jednym z liderów tego procesu.

– Tak naprawdę bieżąca odbudowa cały czas trwa, bo ukraińskie władze ogłaszają przetargi na remonty dróg, odbudowę mostów. To już się dzieje. Na razie polski biznes nie może tam wejść ze zrozumiałych powodów, bo to jest po prostu niebezpieczne. Jednak taka odbudowa w czasie wojny jest potrzebna przede wszystkim do tego, żeby podtrzymać ducha Ukraińców, aby oni widzieli, że mimo wojny część kraju się odbudowuje. Wiadomo, że ta wielka odbudowa, na którą czeka polski biznes, jeszcze jest przed nami – mówi ekspertka PAIH.

Potencjał przyszłej współpracy jest olbrzymi. Na międzynarodowej konferencji poświęconej odbudowie Ukrainy, która w ubiegłym roku odbyła się w szwajcarskim Lugano, ustalono, że Polska i Włochy będą odpowiedzialne za odbudowę Donbasu, czyli jednego z najbardziej zdewastowanych regionów Ukrainy. Polski Instytut Ekonomiczny oszacował, że – biorąc pod uwagę wielkość tej części kraju – realizowane tam projekty będą odpowiadały za ok. 15–20 proc. całego planu odbudowy Ukrainy i będą mieć wartość rzędu 150–200 mld dol.

Polska Agencja Inwestycji i Handlu już w połowie ubiegłego roku zaczęła tworzyć bazę polskich firm, które są zainteresowane wznowieniem eksportu i udziałem w odbudowie Ukrainy. Obecnie znajduje się w niej ok. 1,7 tys. przedsiębiorstw, z czego ok. 1/3 reprezentuje sektor budowlany.

– Na podstawie tej bazy kontaktujemy się z firmami, przekazujemy im informacje o bieżącej sytuacji i projektach, które już się otwierają, oraz wydarzeniach, które organizujemy. Z tej bazy wyciągamy też informacje, jeżeli mamy zapytania o konkretnego producenta bądź konkretną branżę dla potrzeb odbudowy – wyjaśnia ekspertka PAIH. – Zainteresowanym firmom proponujemy również wpisanie się do dedykowanego katalogu, który jest opracowany w trzech językach: po polsku, ukraińsku i angielsku. To będzie narzędzie promocji polskiego biznesu dla odbudowy Ukrainy. Już zaczęliśmy wysyłkę newslettera do tych firm z bieżącymi informacjami dotyczącymi np. otwartych przetargów dla danych branż.

Przedstawicielka PAIH wskazuje, że branże, które mogą najbardziej skorzystać na powojennej odbudowie Ukrainy, to przede wszystkim budownictwo, ale też m.in. budowa maszyn, sektor ICT, rolno-spożywczy oraz medyczny i farmaceutyczny. To na nich skupia się budowana baza.

– Firmy z innych branż też mogą zarejestrować się w naszej bazie i opisać swoją ofertę – mówi Tetiana Chuzha.

Większość planowanych inwestycji i projektów odbudowy ma być skorelowana z reformami w Ukrainie (związanymi m.in. z walką z korupcją), tak aby stopniowo przybliżać ten kraj do członkostwa w UE.

Przewiduje się, że nowa Ukraina będzie zbudowana już według zasad europejskich, z uwzględnieniem ekologii i rządów prawa. Mamy nadzieję, że korupcja zostanie wyeliminowana – mówi ekspertka PAIH. – Ukraina jest już krajem kandydującym do Unii Europejskiej, ale ta kandydatura była przyznana trochę na wyrost. Teraz Ukraina musi spełnić szereg wymagań i dopiero wtedy będzie możliwy powojenny rozwój, od tego będzie też uzależnione przyszłe finansowanie.

W połowie stycznia br. wicepremier Jacek Sasin, podczas debaty dotyczącej przyszłej odbudowy Ukrainy w szwajcarskim Davos, informował, że Ministerstwo Aktywów Państwowych przygotowało już we współpracy z Ministerstwem Rozwoju i Technologii wielki plan udziału polskich firm w odbudowie Ukrainy. Mają uczestniczyć w nim zarówno podmioty prywatne, jak i spółki Skarbu Państwa.

PIE zauważa również, że choć projekt powojennej odbudowy Ukrainy jeszcze na dobre nie wystartował, Polska na razie aktywnie wspiera ją w wojennych wysiłkach. Według danych Międzynarodowego Funduszu Walutowego tylko we wrześniu 2022 roku wartość eksportu z Polski do Ukrainy była wyższa o 46 proc. niż rok wcześniej, natomiast import wzrósł w tym czasie o 23 proc. Jest to efekt dużego wsparcia w postaci eksportu broni oraz znaczącej pomocy humanitarnej dla Ukrainy. Rozwój instytucjonalny przyczynił się też do pogłębienia współpracy gospodarczej. Jak szacuje Narodowy Bank Polski, dochód z tytułu polskich inwestycji bezpośrednich w Ukrainie wzrósł z 34 mln euro jeszcze w 2014 roku do rekordowych 130 mln euro w 2021 roku.

Analitycy oceniają zresztą, że poza inwestycjami w odbudowę powojennych zniszczeń w przyszłości znacząco wzrosnąć może również skala polskich inwestycji bezpośrednich w Ukrainie. Według analityków w najbliższych pięciu latach ich wartość sięgnie ok. 30 mld dol. To zaś będzie oznaczać prawie 30-krotny wzrost, ponieważ jeszcze w 2021 roku Narodowy Bank Ukrainy szacował wartość bezpośrednich inwestycji z Polski na ok. 1,2 mld dol. PIE szacuje, że największe zaangażowanie rodzimych przedsiębiorstw będzie widoczne m.in. w sektorze energetycznym, budownictwie, części przemysłu czy usługach finansowych.

Co istotne, polski biznes może liczyć przy tym na pewne przywileje. Rząd Ukrainy podjął już bowiem działania usprawniające współpracę z Polską – wprowadził m.in. ustawę o specjalnym statusie Polaków w Ukrainie, która ma ułatwić im prowadzenie działalności w tym kraju.

Z drugiej strony Polska też stała się bezpieczną przystanią dla ukraińskich przedsiębiorców, którzy przyjechali tutaj, aby kontynuować działalność biznesową i po prostu zarabiać na życie. Ukraiński biznes relokuje u nas część swojej działalności, jak np. logistyka, magazyny, a nawet produkcja. Dotyczy to zwłaszcza przedsiębiorstw zorientowanych na eksport, którym zależy na utrzymaniu ciągłości dostaw dla klientów zagranicznych. Myślę więc, że ukraińscy przedsiębiorcy czują się u nas dobrze – mówi przedstawicielka kijowskiego biura PAIH.

Z raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego „Ukraińskie firmy w Polsce po wybuchu wojny” wynika, że w ciągu pierwszego półrocza wojny w Ukrainie jej obywatele przebywający w naszym kraju założyli tu w sumie ok. 14 tys. firm – 3,6 tys. spółek i 10,2 tys. jednoosobowych działalności gospodarczych. 75 proc. badanych przedsiębiorstw otworzyło działalność w Polsce z konieczności pozyskania środków na utrzymanie siebie i rodziny, a 50 proc. podjęło próbę kontynuowania na tutejszym rynku działalności biznesowej prowadzonej przed wojną w Ukrainie. Dla 30 proc. ukraińskich przedsiębiorców duży wpływ na podjęcie decyzji o starcie z biznesem w Polsce miała większa niż w innych krajach pomoc w uruchomieniu działalności.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polska-moze-sie-stac,p2114521352

Wynajem mieszkań może być znacznie bardziej zdigitalizowany. Cyfrowe narzędzia zwiększają bezpieczeństwo transakcji

Polski rynek najmu – choć wciąż dużo mniejszy niż w krajach zachodnioeuropejskich – dynamicznie się rozwija. Jest to też jedna z najbardziej konserwatywnych branż, która do tej pory działała głównie „na papierze”. – W Niemczech czy Anglii takie rzeczy jak ubezpieczenia czy weryfikacja najemców prowadzone w sposób zdigitalizowany są już często standardem. My to dopiero w Polsce wprowadziliśmy – mówi Piotr Pajda, założyciel Simpl.rent. Jak wskazuje, cyfrowe rozwiązania poprawiają bezpieczeństwo obu stron i usprawniają cały proces najmu, ale polski rynek jest dopiero w początkowej fazie ich wdrażania. 

– Polska jest znacznie mniejsza niż inne kraje europejskie pod względem wielkości rynku najmu. Widzimy jednak, że ten rynek rośnie. W Polsce inwestują największe fundusze, które budują mieszkania na wynajem, i dzięki nim ten rynek się profesjonalizuje. Obserwujemy też ogromny skok związany ze świadomością klientów dotyczącą pewnych standardów na tym rynku – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Pajda.

Jak podaje biuro analiz PKO BP, w Polsce w marcu 2022 roku było ok. 1,2 mln mieszkań w wynajmie rynkowym. Według ThinkCo stanowi to ok. 8,3 proc. całego zasobu mieszkaniowego. Rządowy „Raport o stanie mieszkalnictwa” podaje za Eurostatem dane, że w 2018 roku w Polsce 16 proc. Polaków zajmowało lokale wynajmowane. Pozostałe 84 proc. zamieszkiwało w mieszkaniach własnościowych. Ta dysproporcja jest dużo większa niż w całej UE, gdzie ten odsetek wynosi odpowiednio 30,7 proc. oraz 69,3 proc. W Niemczech odsetek wynajmujących był bardzo blisko 50 proc.

Polski rynek najmu rozwija się od ponad 20 lat i jest obecnie zdominowany przez indywidualnych właścicieli, którzy zainwestowali swoje oszczędności w mieszkania z myślą właśnie o komercyjnym wynajmie. Jak podaje ThinkCo, w 2018 roku złożono ponad 775,5 tys. zeznań podatkowych uwzględniających przychody z najmu (prawie dwukrotnie więcej niż jeszcze pięć lat wcześniej) i był to kolejny rok wzrostów – zarówno w liczbie wynajmujących, jak i w wykazywanych obrotach. Nie pokazuje to jednak, ile dokładnie mieszkań na wynajem jest w rękach prywatnych właścicieli, ponieważ podatnicy nie deklarują posiadanych lokali, tylko przychody, które rozliczają.

Raport opracowany przez ThinkCo („Budowane na wynajem”, 2020) pokazuje również, że od kilku lat w Polsce dynamicznie rozwija się również rynek PRS (ang. Private Rented Sector), czyli najem od inwestorów instytucjonalnych, w których rękach jest cały budynek lub jego część. W tej chwili jest on domeną głównie większych miast i szacuje się, że stanowi nie więcej niż 1 proc. polskiego rynku najmu. Według PwC w rękach inwestorów instytucjonalnych w całym kraju jest łącznie ok. 4,5 tys. mieszkań na wynajem, jednak do 2028 roku ich liczba ma już przekroczyć 63 tys. („Przegląd rynku PRS w Polsce w I poł. 2022 r.”).

– Jesteśmy znacznie mniejszym rynkiem najmu niż inne kraje europejskie, ale widzimy, że on rośnie. Wszystkie prognozy wskazują na to, że w kolejnych latach rynek najmu w Polsce będzie rósł. Nie wiem, czy dorównamy do statystyk europejskich, ale na pewno będziemy do nich dążyć – mówi założyciel Simpl.rent.

Jak wskazuje, polski rynek najmu jest na razie nie tylko mniejszy, ale i mniej zdigitalizowany w porównaniu do Europy Zachodniej.

– Wiele procesów ciągle robi się na kartce papieru albo nie robi się ich w ogóle. W Niemczech czy Anglii takie rzeczy jak ubezpieczenia czy weryfikacja najemców prowadzone w sposób zdigitalizowany są już często standardem. My to dopiero w Polsce wprowadziliśmy – mówi ekspert. – Cyfrowe rozwiązania w branży najmu poprawiają bezpieczeństwo i usprawniają procesy. Klienci mogą dzięki nim szybko i bezpiecznie weryfikować swoich najemców i nie martwić się o płatności. Wiedzą, że tego, kto będzie najmować od nich mieszkanie, stać na opłacanie czynszu. Mogą też ubezpieczyć najem i nie muszą się przejmować tym, że najemca przestanie płacić.

Simpl.rent to polsko-brytyjski fintech założony w 2019 roku, który specjalizuje się w rozwiązaniach z zakresu weryfikacji najemców i ograniczania ryzyk związanych z wynajmem. W tym pierwszym przypadku wiarygodność potencjalnego najemcy jest sprawdzana w pełni zdalnie, m.in. pod kątem tożsamości, historii kredytowej oraz wysokości zarobków w stosunku do kwoty czynszu nieruchomości. Wykorzystuje się do tego dane pochodzące od zaufanych instytucji finansowych i z otwartej bankowości.

Drugim produktem Simpl.rent, tworzonym wspólnie z PZU, są z kolei pakiety ubezpieczeniowe dla najemcy i wynajmującego. Jest to pierwsze na polskim rynku ubezpieczenie czynszu, które obniża ryzyko braku płatności przez najemcę.

– Na pewno będziemy wprowadzać kolejne produkty ubezpieczeniowe. Będziemy też dokładać kolejne moduły, które będą pomagać w całej ścieżce najmu, i wprowadzać coraz więcej wartości dla najemcy – mówi Piotr Pajda.

Celem Simpl.rent jest to, aby takie rozwiązania były na polskim rynku najmu standardem. Obecnie fintech skupia się na popularyzowaniu ich wśród jak największej grupy wynajmujących.

Nasz certyfikat Wiarygodnego Najemcy już jest promowany przez największe serwisy w Polsce, takie jak OLX i Otodom. Nasi klienci coraz częściej właśnie z nich pochodzą – mówi założyciel Simpl.rent.

Jak pokazuje raport opracowany przez ThinkCo, rynek najmu w Polsce można obecnie określić jako chaotyczny, nieuregulowany i niedoszacowany, ale dynamicznie rosnący. Ta rosnąca skala rynku najmu wymusza jego profesjonalizację i wprowadzenie odpowiednich regulacji prawnych, których w tej chwili brakuje. Liczne rodzaje umów nie chronią w wystarczającym zakresie interesów właścicieli, co budzi obawy przed lokatorami zalegającymi z czynszem lub opłatą za zniszczenie lokalu. Od lat ciągnie się też wprowadzenie do polskiego porządku prawnego REIT-ów, które pozwoliłyby inwestorom indywidualnym zbiorowo lokować środki w nieruchomości. Dodatkowym problemem jest również nieobjęcie najmu podatkiem VAT, co rodzi problemy ze skutecznym rozliczeniem inwestycji przez instytucje oferujące mieszkania na wynajem.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/wynajem-mieszka-moze,p1684405273

Wynagrodzenia nie nadążają za inflacją. Jednak ich bardziej dynamiczny wzrost grozi większymi problemami firm

W grudniu 2022 roku inflacja, drugi miesiąc z rzędu zwalniając, wyniosła 16,6 proc. w ujęciu rocznym. Wynagrodzenia w przedsiębiorstwach zatrudniających przynajmniej 10 osób wzrosły o 10,3 proc. Jeszcze trudniejsza jest sytuacja w mikrofirmach i sferze budżetowej. Dodatkowo presję na wzrost płac podbija rosnąca płaca minimalna. Zdaniem Jacka Męciny z Konfederacji Lewiatan firmy średnio są w stanie zaakceptować podwyżki płac rzędu 10–13 proc. Wyższe wiązałyby się z koniecznością zwolnień.

– Trend wzrostu wynagrodzeń w 2023 roku będzie w największym stopniu decydował o utrzymaniu bądź redukcji poziomu zatrudnienia. Firmy są w dość trudnej sytuacji, bo oprócz wynagrodzeń rosną inne koszty związane z funkcjonowaniem, bo przecież inflacja dotyka także firmy nie tylko w postaci wzrostu cen energii, ale półfabrykatów, innych zakupów, które muszą realizować – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr hab. Jacek Męcina, prof. UW, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan. – Do tego dochodzi czynnik płacowy. Cała filozofia musi polegać na tym, aby zabezpieczając pracownikom możliwość przynajmniej częściowego urealnienia płac, jednocześnie nie przesadzić ze wzrostem wynagrodzeń. Myślę, że bezpieczny wzrost poziomu wynagrodzeń to jest od 10 do 13 proc. Wszystko, co powyżej, będzie powodować, że firmy będą musiały się restrukturyzować.

Wysoka inflacja spowodowana na świecie tzw. drukowaniem pieniędzy podczas pandemii koronawirusa i lockdownów (czyli masowym skupem obligacji przez banki centralne), a potem wojną energetyczną Rosji, w Polsce zaczęła się ugruntowywać już w 2019 roku z powodu trwających od 2016 roku transferów społecznych – programu 500+, dodatkowych emerytur i mocnych podwyżek płacy minimalnej. W efekcie w Polsce wzrost cen wynosi 16,6 proc., podczas gdy w strefie euro jest to 9,2 proc., a w Stanach Zjednoczonych – 6,5 proc. Wyższe koszty życia w naturalny sposób przenoszą się na oczekiwania wyższych płac przez pracowników. To jednak oddziałuje na bilanse firm, w których są oni zatrudnieni.

– Jeżeli postulaty związkowe i postulaty w trakcie negocjacji będą znacznie wyższe, to przedsiębiorcy mogą sobie nie poradzić z tak dużymi podwyżkami przy innych rosnących kosztach i słabnącym zapotrzebowaniu na produkty i usługi. To może się przełożyć niestety na wzrost bezrobocia – przewiduje Jacek Męcina. – Musimy pamiętać o tym, że zbyt duże wzrosty wynagrodzeń mogą grozić nam spiralą cenowo-płacową, która będzie jeszcze gorsza z punktu widzenia pracowników i ich rodzin. Wiele firm podejmuje działania nadzwyczajne: mówi o ostrożnym wzroście wynagrodzeń i stara się pracownikom zapewnić jednorazowe świadczenie inflacyjne, które ma pomóc przetrwać ten trudny okres.

Jak pokazały najnowsze dane Głównego Urzędu Statystycznego, wynagrodzenia w przedsiębiorstwach zatrudniających więcej niż dziewięć osób wzrosły w grudniu 2022 roku średnio o 10,3 proc. Choć nominalnie po raz pierwszy w historii przekroczyły, i to wyraźnie, 7 tys. zł brutto, to ekonomiści spodziewali się wzrostu wyższego (o 12,5 proc. rok do roku). Taka dynamika i tak nie dorównywałaby wzrostowi cen, gdyż w grudniu średnio inflacja wyniosła 16,6 proc. Tempo wzrostu wynagrodzeń pozostaje w tyle za wzrostem cen od maja 2022 roku (z wyjątkiem w lipcu).

Z nowym rokiem nastąpił też wzrost płacy minimalnej, który po raz pierwszy będzie dwustopniowy: od stycznia jest to  3490 zł,  o 480 zł więcej niż w roku poprzednim. Minimalna stawka godzinowa wynosi z kolei 22,80 zł. Kolejna podwyżka płacy minimalnej będzie miała miejsce 1 lipca br. i wyniesie już 3600 zł.

– Podwyżki minimalnego wynagrodzenia są dość wysokie i przede wszystkim mogą uderzyć w mikroprzedsiębiorstwa, które i tak z trudem radziły sobie z podwyżkami składki zdrowotnej i ze zmianami podatkowymi w roku 2022 – ocenia doradca zarządu Konfederacji Lewiatan. – Także w wielu dużych firmach wzrost minimalnego wynagrodzenia jest powiązany z innymi stawkami taryfikatora wynagrodzeń. Część z nich ma tak ułożone taryfikatory wynagrodzeń w układach zbiorowych pracy lub w regulaminach wynagrodzeń, że automatycznie wzrost płacy minimalnej powoduje, że rosną procentowo wynagrodzenia także dla innych grup zawodowych. To oczywiście będzie dla tych firm trudne, zwłaszcza jeżeli działają one w sektorze najbardziej energochłonnym i nie otrzymują pomocy od państwa.

Jeszcze większe dysproporcje widać w sferze budżetowej. Planowany w 2023 roku wzrost płac w jednostkach budżetowych to 7,8 proc., jak na początku roku zadeklarował wiceminister finansów Sebastian Skuza podczas posiedzenia senackiej Komisji Budżetu i Finansów Publicznych. Przyznał tym samym, że w tym roku osoby zatrudnione w administracji powinny się liczyć z realnym spadkiem wynagrodzeń.

– Państwowa sfera budżetowa to najbardziej w tej chwili zaniedbany dział gospodarki, w którym płace są bardzo niskie. Niektórzy nauczyciele bez nadgodzin czy pracownicy administracji odpowiedzialni za poważne zadania, takie jak zapewnianie nam wyrobienia dowodu czy paszportu, zaczynają zarabiać mniej niż np. pracownicy znacznie mniej kwalifikowani w handlu – wskazuje Jacek Męcina. – To może oznaczać, że będą albo odchodzić i szukać innego zatrudnienia na rynku pracy, albo spowoduje pauperyzację tej grupy. Do tego nie możemy dopuścić. To musi być priorytet, który bardzo trudno zrealizować w kontekście bardzo trudnej sytuacji budżetowej, ale wokół tego musi być jakiś konsensus także w Radzie Dialogu Społecznego. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/wynagrodzenia-nie,p1171950847

Rośnie zainteresowanie przekazywaniem danych medycznych na cele naukowe. Pacjenci wciąż obawiają się o ich bezpieczeństwo

Dane medyczne są bazą, na której szkolą się algorytmy sztucznej inteligencji. W kolejnych latach będą one coraz częściej wykorzystywane w ochronie zdrowia m.in. do automatyzacji diagnostyki, prognozowania wyników czy wspomagania decyzji lekarzy. Aby zbudować solidną bazę takich informacji, potrzebne są jednak chęci i zgody pacjentów na przetwarzanie dokumentacji na cele badawczo-naukowe. Polscy pacjenci są coraz bardziej zainteresowani przekazywaniem swoich danych, przynajmniej w deklaracjach, ale wciąż obawiają się o ich bezpieczeństwo i ryzyko wykorzystania w innych celach niż naukowe.

Polacy przede wszystkim są chętni, żeby móc zarządzać swoimi danymi, również medycznymi. Widzimy coraz bardziej rosnący megatrend polegający na tym, żeby móc decydować o tym, co się dzieje z naszymi danymi. To samo dzieje się w sektorze ochrony zdrowia. Bazując na ostatnich wynikach ankiety Fundacji My Pacjenci z listopada 2022 roku, ponad 70 proc. pacjentów chciałoby zarządzać swoimi danymi – informuje w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Ligia Kornowska, dyrektor zarządzająca Polskiej Federacji Szpitali, prezes Fundacji Podaruj Dane.

Zarządzanie danymi medycznymi staje się łatwiejsze dzięki kolejnym usługom e-Zdrowia. Poprzez Internetowe Konto Pacjenta można udostępniać dane o zdarzeniach medycznych lekarzowi, pielęgniarce, przychodni lub aptece. Jest to istotne ułatwienie, które pomaga wyeliminować niebezpieczne sytuacje, wynikające chociażby z interakcji między lekami ordynowanymi przez różnych lekarzy.

Dane medyczne są jednak cenne również w procesie opracowywania nowych terapii.

– Mamy różne statystyki, które pokazują, że między 50 a 77 proc. pacjentów chciałoby takie dane przekazać na cel badawczo-naukowy. Już mieliśmy okazję przeprowadzić pilotażową kampanię Idei Dawstwa Danych Medycznych i udało nam się osiągnąć wskaźnik 31 proc. pacjentów, którzy rzeczywiście wyrazili zgodę na przekazanie swoich danych medycznych na cele badawczo-rozwojowe – podaje Ligia Kornowska.

Aby zostać dawcą danych medycznych, należy wypełnić specjalny formularz i udzielić niezbędnych zgód. Cały proces jest realizowany online. Dane zostają udostępnione przez placówki medyczne, a następnie są anonimizowane i przekazywane ośrodkom badawczym.

Stosowany przez Fundację Podaruj Dane system IT – zwany Data Lake – wykorzystuje technologię rozproszonej bazy danych (blockchain) do odnotowywania informacji o tym, co się dzieje z danymi pacjenta. Przekazanie ich instytucjom badawczo rozwojowym jest możliwe wyłącznie po kompletnej anonimizacji, czyli po usunięciu wszystkich informacji, które mogłyby wskazywać konkretną osobę. System jest na bieżąco monitorowany przez firmy od cyberbezpieczeństwa i regularnie przechodzi testy penetracyjne.

Największą obawą związaną z jakimkolwiek wykorzystaniem danych medycznych czy innych jest, po pierwsze, cyberbezpieczeństwo tych danych i pewność, że one nie wyciekną nigdzie np. w postaci niezanonimizowanej, czyli z imieniem i nazwiskiem konkretnego pacjenta. Nawet jeśli mówimy o danych anonimowych, to musimy pamiętać, że w sektorze zdrowia również one mogą nieść pewną wrażliwość, np. na podstawie kodu pocztowego była dostosowana cena ubezpieczenia dla pacjenta ubezpieczenia zdrowotnego. Dlatego kolejną wątpliwością pacjentów jest to, że dane mogą być wykorzystane przeciwko nim – nie w celach pozytywnych dla pacjenta, w tych celach rozwoju medycyny – wyjaśnia prezeska Fundacji Podaruj Dane.

W ramach systemu blockchain każda operacja pobrania i przekazania danych jest odnotowana, co pozwala sprawdzić pacjentom, jakie informacje na ich temat trafiają do instytucji badawczo-rozwojowych. Zgoda może także zostać w każdej chwili wycofana.

– Gromadzenie danych to faktycznie jest dopiero początek drogi. Po tym, jak mamy prawo dostępu do tych danych, musimy je, po pierwsze, zanonimizować, czyli usunąć wszelkie wskaźniki, które mogłyby kierować te dane do konkretnego pacjenta. Następnie, jak już mamy anonimowy rekord danych czy set danych, musimy te dane wyczyścić i przygotować do wykorzystania w procesach np. nauki algorytmów sztucznej inteligencji – wyjaśnia Ligia Kornowska.

Informacje takie jak historia leczenia, parametry życiowe, opisy i zdjęcia z badań obrazowych czy wyniki badań laboratoryjnych pozwalają doskonalić algorytmy uczenia maszynowego. Dzięki temu lekarze zyskują dostęp do coraz dokładniejszych narzędzi wspierających ich w diagnostyce. Sztuczna inteligencja może przeanalizować dane z prędkością nieosiągalną dla lekarza i postawić wstępną diagnozę, którą lekarz może potem potwierdzić lub zanegować.

– Musimy zadbać także o interoperacyjność i porównywalność tych danych. Niektóre dane faktycznie już teraz mają określony jednolity standard na całym świecie. Na przykład badania obrazowe mają określony format DICOM, również nawet jeśli chodzi o dokumentację medyczną w Polsce, pewne dane są ustrukturyzowane, zesłownikowane, one również są łatwiejsze do porównania. Natomiast na pewno wyzwaniem będzie ustrukturyzowanie notatek lekarskich i słowa pisanego, które jest umieszczone np. w kartach wypisowych – przyznaje prezeska Fundacji Podaruj Dane.

Nad modelami językowymi pozwalającymi przetwarzać język naturalny, który można znaleźć np. w kartach wypisowych, na dane użyteczne dla algorytmów pracują obecnie naukowcy z całego świata. Jednym z takich modeli jest opisany w czasopiśmie „npj Digital Medicine” GatorTron, bazujący na notatkach lekarzy ze szpitala uniwersyteckiego w amerykańskim stanie Floryda. Modele GatorTron zwiększają zasób języka klinicznego ze 110 mln do 8,9 mld rekordów. Język ten ma być użyteczny właśnie w medycznych systemach sztucznej inteligencji.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/rosnie-zainteresowanie,p947782348

Enea: Atak na spółki energetyczne to element wojny hybrydowej. Ma osłabić ich pozycję i bezpieczeństwo energetyczne kraju

0

Spółki energetyczne zapowiadają zdecydowaną walkę z dezinformacją, która destabilizuje ich działalność i funkcjonowanie całego rynku. Zalew fake newsów w mediach nazywają elementem rosyjskiej wojny hybrydowej, która ma na celu zachwiać systemem energetycznym w Europie i Polsce – podważyć zaufanie do sprzedawców energii i rządów, co w konsekwencji może zagrozić bezpieczeństwu energetycznemu krajów. Wyjaśnieniu mechanizmów rynkowych wpływających na ceny energii, a pośrednio także przywróceniu zaufania do sektora, ma służyć nowa kampania edukacyjno-informacyjna prowadzona przez spółki Skarbu Państwa.

Atak medialny na spółki energetyczne nie jest absolutnie przypadkiem. Mamy do czynienia z wojną hybrydową, która ma formułę militarną na Ukrainie, ale energetyczną i przede wszystkim informacyjną w pozostałej części Europy, także w Polsce. Atak na spółki energetyczne to jeden z elementów rosyjskiej walki z systemem zachodnim – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Paweł Majewski, prezes zarządu spółki Enea SA.

Przedstawiciele sektora energetycznego w ten sposób oceniają szereg publikacji, które przetaczają się przez portale informacyjne, krytykujące działalność spółek i rządu w obszarze dotyczącym cen energii. Coraz częściej w debacie publicznej pojawiają się doniesienia o sztucznym zawyżaniu cen przez spółki energetyczne i innych manipulacjach na rynku energii oraz krytyka bezczynności organów państwowych w tej sprawie. Jak podkreśla prezes Enei, te zarzuty bazują na niczym niepopartych tezach i ogólnikach.

– Mają one przede wszystkim za zadanie osłabić pozycję tych spółek, de facto osłabiając bezpieczeństwo energetyczne kraju. Podważenie zaufania odbiorców do dostawców i sprzedawców energii elektrycznej skutkuje chaosem, zamieszaniem na rynku, wypowiadaniem umów różnego rodzaju. Jest działaniem destabilizującym funkcjonowanie całej branży i sektora. Celem tej kampanii oszczerstw jest wytworzenie wrażenia, że te spółki manipulują rynkiem, że zawyżają cenę sztucznie, podczas kiedy tak działa mechanizm rynkowy – podkreśla Paweł Majewski.

To właśnie zasady działania tego mechanizmu ma wyjaśnić kampania edukacyjno-informacyjna Walczymy o Polską Niezależność, realizowana przez Polski Komitet Energii Elektrycznej, powołany przez spółki energetyczne. W ostatnim czasie ona również stała się obiektem krytyki w mediach.

Kampania edukacyjna pokazująca społeczeństwu i konsumentom, skąd biorą się ceny energii elektrycznej, w jaki sposób są kształtowane na rynku, jest bardzo ważna po to, żeby właśnie nie pozostawał w świadomości społecznej wyłącznie przekaz dezinformacyjny, tak naprawdę inspirowany przez stronę rosyjską. Musimy uświadamiać dlatego, żeby zaufanie do spółek dystrybucyjnych i spółek energetycznych u odbiorców pozostało, bo to one gwarantują bezpieczeństwo energetyczne Polski – mówi prezes Enea SA.

Kampania PKEE pokazuje, w jaki sposób ceny surowców energetycznych, które drożeją przez destabilizacyjne działania Rosji na europejskim rynku, np. odcięcie dostaw gazu przez Nord Stream 1, przekładają się na ceny energii elektrycznej. Trend ten dotyczy całej Europy, podobnie jak działania osłonowe podejmowane przez rządy poszczególnych krajów, które mają ograniczać negatywne skutki podwyżek w poszczególnych grupach odbiorców energii, zarówno indywidualnych, jak i przemysłowych. W Polsce mają temu służyć m.in. zamrożenie cen energii elektrycznej w przyszłym roku na poziomie z tego roku do określonej wysokości zużycia, dodatek do zakupu węgla i innych paliw. Rząd proponuje też zniesienie obliga giełdowego, czyli obowiązku sprzedaży wytworzonej energii elektrycznej poprzez rynek giełdowy, zakładając, że dzięki temu ceny energii na rynku hurtowym spadną.

Jak podkreślają przedstawiciele Enei, kolejną odsłoną ataku na sektor energii są oskarżenia wobec spółki oraz PGE o zmowę cenową i narzucanie zbyt wysokich marż. Sprawę ma wyjaśniać UOKIK w związku z zapowiadanym zgłoszeniem zarzutów przez jedną z prywatnych firm doradczych, co – w ocenie publicznych firm energetycznych może być korzystne dla rynku, bo „powinno doprowadzić do jednoznacznego odrzucenia naciąganej tezy o nadmiernych, nieuzasadnionych marżach i rzekomych wątpliwych prawnie działaniach firm energetycznych”.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/enea-atak-na-spolki,p873914747

Polski rynek IT atrakcyjny dla zagranicznych firm. Duński inwestor planuje tu dynamiczny wzrost zatrudnienia

0

Polski rynek jest atrakcyjny dla inwestorów, bo Polacy imponują pracowitością, są nastawieni na cel i lubią pracować nad rozwiązaniami, które przynoszą kluczowe zmiany w działalności przedsiębiorstw i społeczeństw, a jednocześnie są bardzo lojalni – mówi André Rogaczewski, prezes zarządu Netcompany. Działający w Polsce od 17 lat skandynawski lider branży IT planuje intensywny rozwój na tutejszym rynku i chce do tego wykorzystać potencjał kadrowy. Firma właśnie przeprowadziła się do nowego biurowca, zwiększyła zatrudnienie do 540 pracowników i zapowiada w kolejnych latach dalszy dynamiczny proces rekrutacji.  

Duńskie firmy wykazują duże zainteresowanie Polską jako krajem do lokowania swoich inwestycji. Macie bardzo kompetentnych i dobrze wykwalifikowanych pracowników. Z naszego doświadczenia wynika też, że Polacy i Duńczycy bardzo dobrze ze sobą współpracują – mówi agencji Newseria Biznes Ole Toft, ambasador Danii w Polsce. – Uważam, że przyszłość i perspektywy współpracy duńsko-polskiej rysują się w bardzo jasnych barwach. Jest wiele duńskich spółek, które są tutaj od bardzo wielu lat, takich jak Netcompany, które zmieniają się tak naprawdę w spółki duńsko-polskie i mają tutaj swój drugi dom. W nadchodzących latach powinniśmy być też świadkami wzmacniania się tych połączeń i więzów handlowych oraz jeszcze większych niż dotychczas inwestycji duńskich spółek w Polsce.

Jak wskazuje, jedną z branż, która jest szczególnie perspektywiczna dla rozwoju współpracy, jest IT, obok energetyki oraz rolnictwa.

Polski rynek konsultingu IT jest kluczowy nie tylko dla krajowych firm, ale też dla pozostałej części Europy. To duże źródło wykwalifikowanych kadr. Polska ma mnóstwo znakomitych pracowników i wiele powstających nowych firm, a sam kraj rozwija się w zawrotnym tempie – mówi André Rogaczewski, prezes zarządu Netcompany.

Wartość polskiego rynku IT w 2020 roku firma analityczna PMR oszacowała na 49,2 mld zł. Według prognoz w 2026 roku ma ona sięgnąć już 65 mld zł, przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 4,8 proc. Tegoroczny raport Emerging Europe („Future of IT 2022”) pokazuje też, że Polska jest jednym z liderów na rynku IT w Europie Środkowo-Wschodniej, szczególnie pod kątem potencjału kadrowego. W całym sektorze teleinformatycznym zatrudnionych jest prawie 445,8 tys. pracowników (2,7 proc. ogólnej puli zatrudnienia). Szacuje się jednak, że na rynku wciąż brakuje ich ok. 50 tys.

Sytuacja na rynku IT jest bardzo dynamiczna, pracownicy w tej branży są prawdopodobnie jednymi z najbardziej poszukiwanych na świecie – mówi Krzysztof Pierański, prezes zarządu Netcompany Poland. – Cała gospodarka opiera się obecnie na digitalizacji, a technologia pozwala rozwiązać większość problemów. Dlatego programiści, administratorzy są jednymi z najbardziej poszukiwanych pracowników.

Jak wskazuje, w tej chwili na rynku potrzebni są zwłaszcza specjaliści z obszaru technologii takich jak sztuczna inteligencja, uczenie maszynowe i data science. Jednak równie ważne jak twarde umiejętności są też miękkie kompetencje.

Szukamy osób wszechstronnych. Nie szukamy osób, które są stricte techniczne, bo nasi pracownicy pracują ręka w rękę z klientami, starają się zrozumieć ich potrzeby, zaprojektować i zbudować dla nich właściwe rozwiązania, a potem pomóc je wdrożyć. Dlatego poszukujemy pracowników, którzy – oprócz programowania i ponadprzeciętnych umiejętności technicznych – są też komunikatywni i dobrze zorganizowani – wymienia Krzysztof Pierański.

Netcompany to skandynawska firma, która jest liderem na rynku IT w Europie Północno-Zachodniej. Jej projekty digitalizują połowę Skandynawii. Posiada biura w Wielkiej Brytanii, Danii, Holandii, Norwegii, Wietnamie, a od 2005 roku także w Polsce, gdzie stale się rozwija i inwestuje w potencjał pracowników IT. W warszawskim biurze zatrudnia ponad 540 pracowników. W ubiegłym roku firma zarejestrowała wzrost zatrudnienia na poziomie 35 proc., a w najbliższych latach zamierza ten wynik podwoić.

Jak podkreśla André Rogaczewski, potencjał polskiego rynku IT i wykwalifikowanych specjalistów, których można tu znaleźć, jest ogromny. Dlatego Netcompany zamierza nadal intensywnie się tu rozwijać.

– Zatrudniamy obecnie w Warszawie 540 osób, rośniemy dynamicznie 20 proc. rok do roku od wielu lat. W tym roku urośliśmy o ponad 120 osób i myślę, że ten trend 20-proc. wzrostu utrzyma się również w kolejnych latach – mówi Krzysztof Pierański.

W związku z tym, że firma sukcesywnie powiększa zespół, właśnie przeprowadziła się do nowego budynku w zagłębiu biurowym na warszawskim Mokotowie. W biurowcu P180 przy ul. Puławskiej Netcompany zajmie dwa piętra i stanie się kluczowym najemcą.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polski-rynek-it-atrakcyjny,p540817110

Kryzys energetyczny w zimie coraz bardziej realny. IGSPW: Zabraknie od 4 do 6 mln t węgla

Szacujemy, że do końca tego roku zabraknie nam ok. 4 do 6 mln t węgla, przy czym ok. 2,5 mln t wyniesie niedobór w sektorze opałowym – mówi Łukasz Horbacz, prezes IGSPW. Jak ocenia, niedobór surowca będzie mniejszy, niż początkowo szacowano, ale nadchodzący sezon grzewczy i tak będzie ciężki dla milionów gospodarstw domowych w Polsce. Zwłaszcza że węgiel z importu – ze względu na niższą kaloryczność i gorszą jakość – może nie wypełnić luki w krajowym zapotrzebowaniu.

Jesteśmy w przededniu sezonu grzewczego, a sierpień i wrzesień to tradycyjnie miesiące najbardziej wzmożonej sprzedaży detalicznej węgla. Nie jesteśmy do tego sezonu dobrze przygotowani – mówi Łukasz Horbacz, prezes Izby Gospodarczej Sprzedawców Polskiego Węgla. – Szacujemy, że do końca tego roku zabraknie nam ok. 4 do 6 mln t węgla, przy czym ok. 2,5 mln t wyniesie niedobór w sektorze opałowym.

W związku z rosyjską agresją na Ukrainę w połowie kwietnia br. polski rząd nałożył embargo na import paliw kopalnych z Rosji, które weszło w życie z niemal natychmiastowym skutkiem. Rząd zapewniał wówczas, że surowca nie zabraknie, a ewentualne niedobory zostaną zastąpione innymi kierunkami importu. Od tego czasu minęły cztery miesiące, składy węglowe świecą pustkami, a wszyscy począwszy od spółek energetycznych i ciepłowników po zwykłych Polaków, którzy ogrzewają domy węglem zastanawiają się, czy zimą wystarczy im surowca. Rząd też przygotowuje się na najgorsze: w niedawnej nowelizacji prawa oświatowego wprowadził zapis, zgodnie z którym od września br. dyrektorzy szkół i przedszkoli będą mogli wprowadzić naukę zdalną, jeśli w placówkach pojawią się problemy z ogrzewaniem.

– Tuż po wprowadzeniu tego embarga w liście otwartym do premiera pokazywaliśmy prognozę, z której wynikało, że do końca tego roku niedobory węgla mogą wynieść między 9 a 11 mln t, z czego prawie połowa to byłby niedobór na rynku węgla opałowego. Wprawdzie obcięliśmy tę prognozę, ale to nie zmienia faktu, że węgla i tak nam zabraknie – wskazuje prezes IGSPW.  Szacujemy, że do końca tego roku zabraknie nam od 4 do 6 mln t węgla, przy czym ok. 2,5 mln t wyniesie niedobór w sektorze opałowym.

Izba Gospodarcza Sprzedawców Polskiego Węgla prognozuje, że dla milionów gospodarstw domowych w Polsce nadchodzący sezon jesienno-zimowy będzie najcięższym od lat. Nie tylko ze względu na niedobory węgla, ale i jego ceny. Natomiast w tej chwili nasz kraj jest już i tak lepiej przygotowany do sezonu grzewczego niż jeszcze w kwietniu br., tuż po wprowadzeniu rządowego embarga.

– Po pierwsze, zadziałała tzw. niewidzialna ręka rynku, importerzy prywatni bardzo zintensyfikowali swoje działania. Po drugie, widzimy działania rządu, zapowiedź importu 4,5 mln t węgla. Widzimy też, że przepustowość portów przy odpowiednim zarządzaniu może być nawet wyższa, niż zakładaliśmy to w naszych pierwotnych prognozach – mówi Łukasz Horbacz.

W połowie lipca br. premier Mateusz Morawiecki wydał decyzję nakazującą spółkom energetycznym pilny zakup dodatkowych 4,5 mln t węgla, który ma być wykorzystany przez gospodarstwa domowe. Według medialnych doniesień rząd naciska też na porty, aby były przygotowane do jak najszybszego rozładunku surowca.

Część ekspertów zauważa jednak, że kaloryczność węgla z importu jest mniejsza niż krajowego, a ograniczony udział węgla opałowego w mieszance powoduje, że po przesianiu każdej tony zostaje tylko kilkanaście procent surowca nadającego się do sprzedaży odbiorcom indywidualnym jako opał. To zaś oznacza, że nawet szacowane 11–13 mln t węgla sprowadzonego w tym roku m.in. z Kolumbii, Indonezji, USA, Australii i RPA może nie wystarczyć, żeby pokryć krajowe zapotrzebowanie.

– Najbliższym, który mógłby zastąpić węgiel rosyjski, jest surowiec z Kazachstanu. Ale niestety Rosja w wyniku odwetu za nasze embargo skutecznie utrudnia tranzyt kazachskiego węgla przez swoje terytorium. Tak więc on wprawdzie pojawia się w naszym kraju, ale logistyka jest bardzo utrudniona, przez co jest on dużo droższy i jest go na rynku dużo mniej. Dlatego też Polska musiała się zwrócić w stronę rynków dużo bardziej egzotycznych, które wcześniej były w niedużym stopniu eksplorowane przez polskich traderów, takich jak właśnie Kolumbia, Indonezja czy RPA, w pewnym zakresie także Stany Zjednoczone – mówi prezes IGSPW.


Sierpniowy sondaż pracowni Social Changes pokazuje, że w obecnej, trudnej sytuacji aż 73 proc. Polaków opowiada się za zwiększeniem wydobycia krajowego węgla (przy czym 44 proc. jest zdecydowanie „na tak”) – i to niezależnie od preferencji wyborczych. Tymczasem dane GUS pokazują, że jest wręcz odwrotnie. W lipcu br. produkcja węgla kamiennego spadła o 8,5 proc. r/r, do poziomu 4,01 mln t. W stosunku do czerwca br. ten spadek wyniósł 9,1 proc.

Eksperci wskazują jednak, że wydobycie węgla kamiennego w Polsce spada niemal nieprzerwanie już od kilkunastu lat, bo polskie górnictwo generuje straty. Nie da się odwrócić tego trendu w tak krótkim czasie, zwłaszcza bez wielomilionowych inwestycji. W tej sytuacji wydobycie krajowego surowca może wzrosnąć tylko nieznacznie, o ile w ogóle.

– Kopalnia to nie jest fabryka. Nie możemy w perspektywie miesiąca, dwóch czy trzech dostawić drugiej linii produkcyjnej i zwiększyć produkcji o 10, 20 czy 30 proc. To jest dużo bardziej złożone, to jest proces, który wymaga, po pierwsze, inwestycji liczonych w setkach milionów złotych, a po drugie, czasu – mówi Łukasz Horbacz. – Każda taka inwestycja i próba zwiększenia wydobycia podjęta dziś może przynieść efekt dopiero w perspektywie 15–18 miesięcy.

Co istotne, Polska znalazła się w szczególnie trudnym położeniu, ponieważ wciąż jesteśmy najbardziej uzależnionym od węgla krajem w Unii Europejskiej. Zdecydowana większość zużywanego surowca to węgiel energetyczny, na który zapotrzebowanie – według analityków mBanku – w tym roku wyniesie ok. 57 mln t. Około 12 proc. (średnio 8,5–9 mln t rocznie) stanowi surowiec wykorzystywany przez gospodarstwa domowe. Reszta trafia na potrzeby gospodarki, głównie elektrowni i elektrociepłowni.

Statystycznie na własne potrzeby Polska wydobywa ok. 80 proc. węgla, a z importu pochodzi tylko ok. 1/5 tego surowca. Przed wojną dominującym dostawcą była Rosja, której udział w całości importu węgla do Polski oscylował wokół 75–80 proc. Jak podaje Forum Energii, ok. 60 proc. sprowadzanego surowca jest wykorzystywane do celów grzewczych w gospodarstwach domowych.

– Przed wojną i embargiem Polska importowała rocznie średnio 10–11, czasami nawet 16 mln t węgla, przy czym 80 proc. tego surowca pochodziło z Rosji z różnych powodów, m.in. ze względów logistycznych i jakościowych – precyzuje Łukasz Horbacz. – W tej chwili nie sądzę, żeby jakikolwiek węgiel z Rosji trafiał już do Polski. Ustawa przewiduje szereg bardzo poważnych sankcji za próby jego wprowadzenia na polski rynek, to są kary obejmujące do 20 mln zł, od trzech lat więzienia wzwyż i konfiskatę towaru, więc nie sądzę, żeby ktokolwiek chciał się na to odważyć.

Prezes Izby Gospodarczej Sprzedawców Polskiego Węgla przypomina też, że od 10 sierpnia br. obowiązuje embargo na rosyjski węgiel wprowadzone na poziomie całej UE, uzgodnione przez unijnych liderów jeszcze w kwietniu br.

– Z sygnałów, które docierają do nas od firm zajmujących się importem, wynika, że organy celne bardzo skrupulatnie śledzą całą drogę towaru, który do nas wjeżdża. To wręcz spowalnia proces obsługi portowej, co – w obecnej sytuacji, kiedy tego węgla brakuje – też jest problemem i stąd też te narzekania importerów – mówi ekspert.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/kryzys-energetyczny-w,p27907731

Inteligentne parkingi mogą rozwiązać problem zakorkowanych centrów miast. Coraz więcej firm i samorządów inwestuje w takie rozwiązania

Niemal jedna trzecia tzw. bezsensownego ruchu w śródmieściach jest generowana przez kierowców szukających miejsca parkingowego. Sposobem na ograniczenie tego zjawiska mogą być inteligentne parkingi. Systemy obsługujące je wskażą kierowcy wolne miejsce i pokierują go do niego. Zautomatyzowane może być także rejestrowanie aut wjeżdżających na parking oraz pobieranie opłat i rezerwowanie miejsc. W inteligentne parkingi coraz częściej inwestują władze polskich miast. Takie rozwiązania są już m.in. w Pruszkowie.

– Na inteligentnych parkingach mamy połączenie technologii zarówno sprzętowych, czyli systemów czujników, szlabanów, które odpowiednio wcześniej reagują, jak i aplikacji. To parkingi, za które możemy zapłacić w formie płatności mobilnych lub też odpowiednio wcześniej dokonać przedpłaty za rezerwację. To również software: platformy czy narzędzia, strony internetowe, aplikacje służące do tego, żeby taką usługę sobie wykupić. Możemy dać informację na temat zajętości parkingu, udostępnić klientowi płatność czy bezdotykowy wjazd – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Maciej Cichoński, hospitality director w NaviParking Polska.

 Wysokiej jakości pojemniki biodegradowalne do zgrzewu: https://metroo.pl/opakowania-catering-dietetyczny/opakowania-biodegradowalne-do-zgrzewu-eko

W inteligentny system obsługi parkingu zainwestowała w sierpniu kielecka Galeria Echo. Klienci korzystający z parkingu nie pobierają biletów. Inteligentne czujniki rozpoznają numer rejestracyjny auta, po czym otwiera się szlaban. Jeśli klient parkuje krócej niż godzinę, to wyjedzie z parkingu dokładnie w taki sam sposób, jak wjechał. Jeśli przekroczył czas, ale zrobił zakupy, to po wprowadzeniu danych paragonu w samoobsługowym kiosku również będzie zwolniony z opłaty, w zależności od tego, na jaką kwotę i w jakiego typu punkcie zrobił zakupy.

Od sierpnia kierowcy korzystający z parkingu galerii Forum w Gdańsku mogą natomiast między innymi rezerwować miejsca postojowe na portalu Cyfrowyparking.pl, a także realizować szybkie płatności online za pośrednictwem aplikacji mobilnej NaviPay. Cyfrowa transformacja objęła szóste piętro parkingu przy galerii.

Rozwiązania inteligentnych parkingów bardzo mocno wpisują się w schematy smart mobility, ogólnie w schematy inteligentnych miast i w Polsce te trendy zaczynają się wzmacniać, dlatego że miasta również widzą koszty związane z tym, jak bardzo zakorkowane ulice przekładają się zarówno ekonomicznie, jak i na komfort życia mieszkańców. Dlatego też trend tworzenia inteligentnych parkingów jest coraz mocniejszy, a włodarze miast też próbują działać w myśl europejskich inicjatyw – podkreśla Maciej Cichoński.

Przykładem może być Pruszków. Kierowcy korzystający z parkingu Park & Ride uzyskają dostęp do informacji o zajętości miejsc postojowych w czasie rzeczywistym. Aplikacja mobilna będzie ich nawigowała bezpośrednio do wybranego miejsca.

– Jesteśmy pośrodku, dając możliwość wjazdu na parking, a jednocześnie możliwości opłacenia go w sposób mobilny. Przykładem może być nasze partnerstwo z firmą Autopay, która działając na autostradach, oferuje bezkontaktowe, szybkie płatności. To samo staramy się powtórzyć wspólnie na parkingach – dodaje hospitality director w NaviParking Polska.

Z raportu „Parkingi a transport zbiorowy w miastach”, opracowanego przez Zespół Doradców Gospodarczych TOR i Polską Organizację Branży Parkingowej wynika, że poszukiwanie miejsca parkingowego jest jednym z głównych czynników generujących w centrach miast tzw. bezsensowny ruch. Wielokrotne przejazdy przez ulice podczas szukania miejsca odpowiadają nawet za 30 proc. tego zjawiska. Wprowadzenie inteligentnych rozwiązań mogłoby zdaniem ekspertów znacznie zredukować ten czynnik.

Może nawet mieszkańcy nie będą widzieli bezpośredniego przełożenia, ale to właśnie będą mniejsze korki, będzie czystsze powietrze. Jeśli będę wiedział odpowiednio wcześniej, że dany parking gdzieś tam w miejscu, do którego muszę dojechać, jest dostępny, mogę sobie zrobić rezerwację, dojadę prosto do niego, nie będę musiał kluczyć, szukając tego miejsca. Możliwe też, że dojadę do takiego parkingu np. Park & Ride, przesiądę się tam na hulajnogę, na rower. Koszt dwutlenku węgla chociażby, który ponoszę w tym momencie, stojąc w korku, zostanie zniwelowany do minimalnych wartości – podsumowuje Maciej Cichoński.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/inteligentne-parkingi,p791324124

W Polsce jest ponad milion legalnie pracujących cudzoziemców. Kontrole Inspekcji Pracy wciąż wykazują nieprawidłowości w tym zakresie

Liczba obcokrajowców na polskim rynku pracy szybko rośnie. Najliczniejszą grupą są już od lat obywatele Ukrainy, których teraz dodatkowo przybywa w związku z wojną za wschodnią granicą. Z danych MRiPS wynika, że na koniec lipca 736 tys. Ukraińców pracowało i odprowadzało składki. Kontrole Państwowej Inspekcji Pracy w zakresie legalności zatrudnienia cudzoziemców wciąż wykazują szereg nieprawidłowości i nadużyć, jednak ich skala nie wzrosła znacząco w ostatnich miesiącach wraz z napływem większej liczby Ukraińców. 

Dane podawane przez Ministerstwo Rodziny i Polityki Społecznej pokazują, że na koniec lipca br. liczba obcokrajowców pracujących legalnie w Polsce i podlegających ubezpieczeniom społecznym przekroczyła 1 mln 24 tys. Najliczniejszą grupą już od lat są obywatele Ukrainy. Jest ich prawie 736 tys., podczas gdy w marcu było to blisko 667 tys. Na mocy uproszczonych procedur zatrudnienia obywateli Ukrainy, przyjętych po wybuchu wojny, pracę w Polsce znalazło blisko 390 tys. osób.

Wydajna zgrzewarka pojemników dla cateringu: https://metroo.pl/zgrzewarki-maszyny-pakujace/zgrzewarki-pojemnikow-reczne

– W związku z wojną w Ukrainie mamy specjalne regulacje prawne dotyczące możliwości wykonywania pracy przez obywateli tego kraju i ich małżonków. Intencją polskiego ustawodawcy było to, żeby maksymalnie ułatwić tej grupie dostęp do polskiego rynku pracy. Stąd też te szczególne rozwiązania związane z możliwością powierzenia wykonywania pracy na podstawie powiadomień kierowanych do urzędów pracy za pośrednictwem narzędzi komunikacji elektronicznej – mówi agencji Newseria Biznes Dariusz Górski, dyrektor Departamentu Legalności Zatrudnienia w Głównym Inspektoracie Pracy. – Z tych rozwiązań korzystają nie tylko osoby, które przyjechały do Polski w związku z wojną w Ukrainie, ale także te, które już wcześniej legalnie wykonywały tu pracę, i to jest dla nich kolejna, łatwiejsza ścieżka.

Na drugim miejscu pod względem liczebności obcokrajowców na polskim rynku pracy znaleźli się Białorusini – 91,2 tys., a na trzecim obywatele Gruzji – 29,1 tys. Jak podaje ZUS, ogółem ponad 58 proc. obcokrajowców, którzy podlegają ubezpieczeniom społecznym, to osoby zatrudnione na umowę o pracę. Pozostali albo założyli własną firmę, albo pracują na podstawie umowy-zlecenia lub innych umów, od których odprowadzane są składki.

W latach 2018–2022 wydano ponad 9,7 mln zezwoleń legalizujących pracę cudzoziemca, w tym 8,2 mln dotyczyło obywateli Ukrainy. Szefowa MRiPS Marlena Maląg podkreśliła ostatnio, że polski rynek pracy stoi dla Ukraińców otworem, a w wielu branżach udało się zapełnić występujące od dawna luki. Widać to także po liczbie Ukraińców zarejestrowanych w Polsce jako osoby bezrobotne – jest to zaledwie 17 tys. osób.

Cudzoziemcy, w szczególności obywatele krajów trzecich, to taka grupa pracobiorców, która niewątpliwie jest polskiemu rynkowi pracy potrzebna. Oczywiście jako osoby, które nie znają polskiego systemu prawnego, nie do końca potrafią się w nim poruszać, nie są pewne swoich praw i obowiązków, bardzo często są przez to narażone na ryzyko nadużyć ze strony tych podmiotów, które powierzają im pracę – mówi Dariusz Górski.

Państwowa Inspekcja Pracy przeprowadziła w I półroczu br. 5 tys. kontroli legalności zatrudnienia i wykonywania pracy przez cudzoziemców. Kontrole objęły w sumie ponad 17,1 tys. pracowników z zagranicy, w tym 7 tys. pracujących na podstawie oświadczenia o powierzeniu pracy cudzoziemcowi, 0,7 tys. – na podstawie zezwolenia na pracę sezonową oraz 0,8 tys. – zgodnie z powiadomieniem do powiatowego urzędy pracy. Najliczniejszą grupę objętych kontrolą cudzoziemców stanowili Ukraińcy (79 proc.), ale byli wśród nich również obywatele Białorusi (8,4 proc.), Gruzji (3 proc.), Mołdawii (1,1 proc.) i Rosji (1 proc.).

– Na razie nie obserwujemy negatywnych zjawisk związanych ze zwiększoną liczbą cudzoziemców na polskim rynku pracy w wyniku wojny w Ukrainie. Ani skala nieprawidłowości nie jest znacząco wyższa, ani też liczba skarg składanych przez cudzoziemców nie wzrosła w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku – mówi ekspert.

Powierzenie cudzoziemcowi nielegalnego wykonywania pracy stwierdzono podczas 728 kontroli. Odsetek nielegalnie zatrudnionych obcokrajowców wyniósł 11,4 proc., co przekłada się na 1,96 tys. osób pracujących na czarno. W przypadku pracy na podstawie oświadczeń odsetek nielegalnie zatrudnionych obcokrajowców wyniósł 12,1 proc., a z kolei w przypadku zezwoleń na pracę sezonową  10 proc. Inspektorzy pracy najczęściej ujawniali brak wymaganego zezwolenia na pracę (915 przypadków) oraz powierzenie pracy na innym stanowisku albo na innych warunkach niż określone w zezwoleniu (856 przypadków). Ponadto wobec 2,3 tys. cudzoziemców (25 proc. objętych badaniem) ujawniono naruszenia z zakresu bezpieczeństwa pracy.

– Za nielegalne powierzenie wykonywania pracy cudzoziemcowi odpowiada podmiot, który tę pracę powierza, czyli pracodawca czy przedsiębiorca. Jeżeli mamy do czynienia z powierzeniem pracy na podstawie umowy cywilnoprawnej, ale także za nielegalne wykonywanie pracy w określonych okolicznościach, odpowiada sam pracownik cudzoziemski. Czyli w sytuacji, w której np. wie, że powinien mieć zezwolenie na pracę, ale tego zezwolenia nie ma i świadomie podejmuje pracę u takiego polskiego pracodawcy, nie spełniając tego wymagania, to będzie ponosił także za to odpowiedzialność. Pewne rozwiązania szczególne wprowadza specjalna ustawa dedykowana obywatelom Ukrainy, która mówi o tym, że za powierzenie, nielegalne wykonywanie pracy będzie odpowiadał wyłącznie pracodawca – wyjaśnia Dariusz Górski.

Kara za zatrudnienie cudzoziemca na czarno jest w Polsce zagrożona grzywną od 1 do nawet 30 tys. zł. Jednak dyrektor Departamentu Legalności Zatrudnienia GIP podkreśla, że w praktyce jest ona zbyt niska i nie odstrasza nieuczciwych pracodawców.

 Kara nakładana przez inspektora pracy czy nawet grzywna zasądzona przez sąd nie jest postrzegana jako dolegliwa i odstraszająca. Te podmioty mają wręcz wkalkulowane takie sankcje w swoją działalność biznesową – wskazuje. – Dlatego też chcielibyśmy zmienić filozofię nakładania kar za nielegalne zatrudnienie. W tej chwili – niezależnie od tego, czy zatrudnimy nielegalnie jednego, 10, 20, czy 50 pracowników – sankcja jest ta sama. My proponujemy karę za każdego nielegalnie zatrudnionego cudzoziemca do kwoty nie wyższej niż. To byłoby bardziej uczciwe i spełniało swoją rolę jako czynnik odstraszający.

W badaniu przeprowadzonym przez Ministerstwo Rodziny i Polityki Społecznej wśród powiatowych urzędów pracy w grudniu ub.r. 41 proc. powiatów zadeklarowało, że ich zapotrzebowanie na pracowników z zagranicy wzrosło. Zatrudnianie cudzoziemców wynika głównie z braku polskich kandydatów na oferowane miejsce pracy – taki powód wskazało 78,4 proc. PUP. 70 proc. z nich wskazało również, że cudzoziemcy mają pozytywny wpływ na rynek pracy w Polsce. Co ważne, zatrudnienie ich nie ma wpływu na likwidację stanowisk pracy Polaków (74,8 proc.). Nie wpływa również na obniżkę wynagrodzeń (72 proc.).

– W ostatnich miesiącach do Polski przyjechała specyficzna grupa cudzoziemców. To są w większości kobiety, które nie wypełnią na rynku pracy luki spowodowanej tym, że wielu obywateli Ukrainy zatrudnionych w polskich zakładach pracy, głównie w sektorze budowlanym, wyjechało walczyć w swoim kraju. Kobiety są zatrudnione głównie w usługach, często w agencjach zatrudnienia, wykonując pracę tymczasową u polskich pracodawców – mówi Dariusz Górski.

Jak podaje MRiPS, na koniec lipca 2022 br. w urzędach pracy zarejestrowanych było 811,5 tys. bezrobotnych, czyli o 6,5 tys. mniej niż miesiąc wcześniej. To najniższa liczba bezrobotnych od lipca 1990 roku.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/w-polsce-jest-ponad-milion,p1211107355