Wojciech Nagel: Trudno będzie dotrzymać obietnicy wypłaty czternastej emerytury w przyszłym roku. Trzynasta powinna zostać uzależniona od kryterium dochodowego

Opracowane w ubiegłym roku budżetowe założenia i plany rządu zostały zrewidowane i jeszcze będą się zmieniać z powodu pandemii. Nie ma już mowy o zrównoważonym budżecie, a dodatkowo wzrost świadczeń społecznych i spadek napływu składek – zarówno zdrowotnych, jak i społecznych – przewidywany wzrost bezrobocia oraz niezależny już od koronawirusa negatywny trend demograficzny spowodują, że wypłata dodatkowych emerytur w przyszłym roku może być niewykonalna.

– Od dawna podkreślam, że 13. emerytura powinna być świadczeniem uzależnionym od wielkości uzyskiwanego dochodu. Nie widzę potrzeby, dla której emeryt, który pobiera świadczenie 2 tys. zł brutto, miał taką samą 13. emeryturę jak ten, który pobiera 8 czy 9 tys. zł brutto, a wbrew pozorom takich świadczeń jest sporo – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Wojciech Nagel, ekspert BCC ds. ubezpieczeń społecznych, członek rady nadzorczej ZUS. – W przypadku 14. emerytury będzie rzeczą niezwykle trudną, aby rząd dotrzymał jej wypłaty w przyszłym roku z uwagi na to, że bardzo pogłębi się deficyt budżetowy i nie będzie takich możliwości finansowania długu, jakie były dotąd. Narodowy Bank Polski skupuje obligacje dlatego, że obecnie rynek długu praktycznie zamarł.

Na 13. emerytury, które trafiły do emerytów w kwietniu br., rząd przeznaczył 12 mld zł – świadczenie było równe emeryturze minimalnej w wysokości 1200 zł. Na listopad 2021 roku zaplanowano natomiast „czternastki”, które miałyby kosztować budżet 11 mld zł. Tymczasem w związku z tarczą antykryzysową oraz utratą źródeł utrzymania lub wysokości dochodów przez wielu Polaków składki wpływające do FUS są niższe od zakładanych przy konstruowaniu budżetu na 2020 rok. Według prognoz FUS opublikowanych w maju 2019 roku w zależności od wariantu deficyt miałby wynieść od 39,4 do 54,2 mld zł. Przychody ze składek zakładano na poziomie prawie 209,5 mld zł, a dotację z budżetu – przeszło 33,5 mld zł. W ostatnich latach sytuacja finansowa budżetu FUS się wprawdzie poprawiała, ale wynikało to ze zdarzeń jednorazowych, a nie poprawy funkcjonowania mechanizmów.

– System emerytalno-rentowy jest od wielu lat pod presją, co przede wszystkim ma związek z tzw. złą demografią, tzn. coraz więcej ludzi wychodzi z rynku pracy, a coraz mniej ludzi pracuje – mówi dr Wojciech Nagel. – Poza tym elastyczne formy umów powodują, że napływa mniej składek. Mamy w tej chwili bardzo dużo potrzeb świadczeniowych, są to zwolnienia z płacenia FUS-u przez trzy miesiące czy dodatkowe świadczenia dla opiekunów osób małoletnich. Ta presja będzie narastać i rząd pewnie będzie musiał sięgnąć po nadzwyczajne mechanizmy, żeby tę lukę pomiędzy przychodami a wydatkami zasypać. Pamiętajmy również o tym, że kolejne roczniki będą przechodziły na emerytury i trzeba będzie im po prostu zapewnić świadczenia.

Na koniec marca stopa bezrobocia wyniosła 5,4 proc. i był to najniższy marcowy odczyt od 1990 roku. Wskaźnik ten minimalnie obniżył się też wobec stycznia i lutego, gdyż w miesiącach zimowych bezrobocie tradycyjnie jest najwyższe w ciągu roku. Oznacza to, że na koniec marca zarejestrowanych bezrobotnych było 909,4 tys. Jednak wiele osób straciło pracę dopiero w kwietniu, a jak wynika z danych GUS, w miesiącu tym koniunktura oceniana była najgorzej od początku prowadzenia badania zarówno w przetwórstwie przemysłowym, budownictwie, handlu, jak i usługach.

Buforem finansowym stworzonym w celu finansowania świadczeń w nieprzewidzianych sytuacjach jest Fundusz Rezerwy Demograficznej.

– Przypominam sobie sytuację, w której wykorzystywano przede wszystkim Fundusz Rezerwy Demograficznej, czyli tzw. fundusz na złe czasy. Jest w nim kilkanaście miliardów złotych i niepokoi mnie fakt, że on był niedawno wykorzystywany do innych celów, m.in. do spraw związanych z dodatkowymi świadczeniami emerytalnymi – przypomina członek rady nadzorczej ZUS. – Kolejna linia obrony, która wiąże się niestety z pogłębieniem długu, to są dotacje do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych bezpośrednio z budżetu państwa bądź też pożyczki, które na jego rzecz rząd może czynić. Pytanie jednak, czy takie pożyczki byłyby kiedykolwiek spłacone. Wydaje mi się, że pierwszym mechanizmem będzie potrzeba zasilenia z Funduszu Rezerwy Demograficznej.

Zdaniem Wojciecha Nagela to, jakie środki będą potrzebne na wypłatę wszystkich świadczeń, do których zobowiązał się rząd, zależy od skali skutków pandemii dla rynku pracy, a tę będzie można ocenić dopiero po danych za II kwartał tego roku. Z dwóch scenariuszy wpływu koronawirusa na rynek pracy ten bardziej negatywny zakłada bezrobocie na poziomie 12 proc., czyli takie jak w czerwcu 2014 roku. Oficjalny i bardziej optymistyczny wariant rozwoju wypadków przewiduje zatrzymanie się stopy bezrobocia przed granicą 10 proc.

– Rząd będzie musiał bardzo surowo spojrzeć na wydatki. Już mamy informacje o cięciach w administracji rządowej i ten kierunek będzie dominował w najbliższych miesiącach. Budżet będzie nowelizowany, dlatego że jest oparty na zasadach, które opracowywano w IV kwartale ubiegłego roku. Wszystko się zmieniło, więc to też trzeba będzie zmienić – konkluduje ekspert BCC i członek rady nadzorczej ZUS.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/wojciech-nagel-trudno,p1628607608

Stworzone w Polsce technologie rozpoznają koronawirusa na zdjęciu rentgenowskim czy tomografii komputerowej [DEPESZA]

Wykorzystanie sztucznej inteligencji w walce z pandemią SARS-CoV-2 pozwoli usprawnić pracę pracowników służby zdrowia. Wdrożenie na szeroką skalę technologii uczenia maszynowego zautomatyzuje i usprawni część procedur medycznych. Sztuczna inteligencja wykryje wczesne objawy zakażenia, przeprowadzi wywiad z potencjalnymi chorymi i pomoże odnaleźć lek na koronawirusa. Po technologię uczenia maszynowego sięgnęli m.in. naukowcy z Politechniki Śląskiej, którzy stworzyli internetowy system diagnostyczny CIRCA. Narzędzie wyszkolono w analizie zdjęć rentgenowskich i wyspecjalizowano w odróżnianiu objawów koronawirusa od innych infekcji płucnych.

Sztuczna inteligencja staje do walki z koronawirusem. Zespół z University of Massachusetts Amherst zaprojektował mobilne skanery medyczne FluSense zdolne do wykrywania kaszlu w monitorowanym środowisku. Urządzenie wyposażono w mikrofony do prowadzenia nasłuchu oraz kamery termowizyjne wykorzystywane w procesie analizy wielkości tłumu. Dane zebrane przez FluSense są poddawane analizie przez algorytmy uczenia maszynowego, które potrafią przewidzieć wzrost zagrożenia pandemią wywołaną wirusami atakującymi górne drogi oddechowe.

Potencjał SI doceniła także m.in. Agencja Badań Medycznych, która dofinansuje polski start-up BrainScan.ai wyspecjalizowany w zautomatyzowanej analizie obrazów z tomografów komputerowych. Planuje on wykorzystać swoje doświadczenie w dziedzinie sieci neuronowych do opracowania algorytmu zdolnego rozpoznać na obrazie z tomografu niewielkie zmiany w klatce piersiowej świadczące o zakażeniu koronawirusem.

Z kolei zespół naukowców z Politechniki Śląskiej opracował system internetowy CIRCA do wspierania diagnostyki obrazowej COVID-19. Analizę można wykonać na podstawie zdjęć RTG płuc pacjentów. Zespół stworzył bazę 1200 zdjęć rentgenowskich płuc, na podstawie której system informatyczny rozpoznaje chorobę COVID-19.

– Zaproponowany system analizy radiogramów jest połączeniem kilku konwolucyjnych i klasycznych sieci neuronowych, które wraz z szeregiem procedur pomocniczych pozwalają na automatyczną identyfikację zdjęć RTG płuc, segmentację regionu płuca oraz identyfikację przypadków obrazowo zmienionych w wyniku rozwoju COVID-19 – wyjaśnia prof. dr hab. inż. Joanna Polańska, dziekan Wydziału Automatyki, Elektroniki i Informatyki Politechniki Śląskiej.

Największą zaletą systemu CIRCA jest jego wszechstronność i powszechność. Korzystanie z platformy jest w pełni darmowe, twórcy nie wprowadzili także żadnych ograniczeń regionalnych. Narzędzie może być wykorzystywane bez ograniczeń przez pracowników medycznych z całego świata, również tych niewyspecjalizowanych w analizie radiologicznej.

– Aktualnie system służy do rozróżnienia trzech podstawowych stanów: obrazu bez zmian chorobowych (zdrowe płuca), ze zmianami charakterystycznymi dla zapalenia płuc w COVID-19 oraz ze zmianami charakterystycznymi dla innych stanów zapalnych płuc (bakteryjnych i wirusowych). Trwają także prace nad rozszerzeniem jego funkcjonalności o kolejne jednostki chorobowe – dodaje prof. dr hab. inż. Joanna Polańska.

Algorytmy uczenia maszynowego wykorzystywane są także na ostatnim etapie walki z pandemią, w procesie opracowywania potencjalnych szczepionek oraz leków na koronawirusa. W stronę sztucznej inteligencji zwrócili się m.in. naukowcy z Uniwersytetu Flinders, którzy mają już na swoim koncie sukcesy związane z wykorzystaniem inteligentnych algorytmów w procesie opracowywania leków na grypę.

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rynku sztucznej inteligencji do 2025 roku wzrośnie do przeszło 190 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 36,6 proc.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/stworzone-w-polsce,p63048742

BGK wdrożył pakiet pomocowy dla firm dotkniętych skutkami pandemii. Mogą skorzystać z form wsparcia wartych łącznie kilkaset miliardów złotych

Bank Gospodarstwa Krajowego wdraża 10 programów pomocowych dla przedsiębiorstw każdej wielkości, wartych łącznie nawet kilkaset miliardów złotych. Pakiet pomocowy ma wesprzeć polskie firmy w zachowaniu płynności finansowej, ale też w zaplanowaniu przyszłych inwestycji. Oprócz już istniejących rozwiązań – jak gwarancje de minimis czy kredyt na innowacje technologiczne – pojawiły się też nowe, np. pożyczki płynnościowe z Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój. Przedsiębiorcy mogą korzystać z kilku produktów jednocześnie. Wsparcie przysługuje również tym firmom, które korzystają z rządowych ulg i zwolnień. Większość rozwiązań jest już dostępna na rynku.

– Zderzyliśmy się z kryzysem, którego się spodziewaliśmy, ale chyba nikt nie spodziewał się, że przybierze on takie rozmiary i globalny zakres. W jednym momencie gospodarki na całym świecie zostały zamrożone. Dzisiaj wiele rządów pracuje nad tym, jak przywrócić gospodarkę do życia. Ogromna rola instytucji finansowych polega na tym, żeby pomóc przedsiębiorstwom przetrwać ten bardzo trudny okres – mówi Beata Daszyńska-Muzyczka, prezes zarządu Banku Gospodarstwa Krajowego.

Jak podkreśla, BGK wdrożył pakiet pomocowy dla firm dotkniętych skutkami pandemii SARS-CoV-2. Obejmują one różne formy wsparcia, w tym m.in. systemy gwarancji i dopłat czy pożyczki z wykorzystaniem funduszy unijnych. Oprócz już istniejących rozwiązań – jak gwarancje de minimis czy kredyt na innowacje technologiczne – pojawiły się też nowe, jak Fundusz Gwarancji Płynnościowych czy dopłaty do oprocentowania, które mają dodatkowo wspomóc polskie firmy.

Na rozwiązania wdrożone przez bank składa się łącznie 10 programów pomocowych dla firm każdej wielkości. Z większości z nich przedsiębiorcy mogą już korzystać za pośrednictwem swoich banków lub pośredników finansowych. Kolejne są w fazie przygotowania. Firmy mogą skorzystać jednocześnie z kilku instrumentów pomocowych. Co istotne, wsparcie z pakietu pomocowego BGK mogą uzyskać też przedsiębiorcy, którzy wcześniej otrzymali rządowe ulgi i zwolnienia.

– Największe potrzeby mają mikro- i małe firmy. Pierwszym rozwiązaniem, które udostępniliśmy, są gwarancje de minimis – mówi Beata Daszyńska-Muzyczka. –  Zwiększyliśmy zabezpieczenie z 60 do 80 proc. wartości kredytu, zrezygnowaliśmy też z pobierania prowizji, żeby obniżyć koszty. Od wprowadzenia tych zmian widzimy skokowy wzrost liczby udzielonych kredytów zabezpieczonych gwarancjami.

Gwarancje de minimis cieszą się dużą popularnością wśród MŚP: w ciągu niespełna dwóch miesięcy od wdrożenia tego rozwiązania skorzystało z niego już 7 tys. firm. – Zachęcamy wszystkich przedsiębiorców, by w swoim banku zgłosili, że chcą skorzystać właśnie z kredytu zabezpieczonego gwarancją de minimis. Resztę załatwia bank na podstawie umowy z nami. Mamy podpisane umowy z 20 bankami komercyjnymi i kilkuset bankami spółdzielczymi – mówi.

Prezes zarządu BGK podkreśla, że produktów pomocowych skierowanych do mikro- i małych firm jest dużo więcej – łącznie to osiem różnych programów wsparcia.

– Część z nich to programy, które już wcześniej działały, natomiast – biorąc pod uwagę sytuację gospodarczą – zmieniliśmy ich warunki, żeby zapewnić większe wsparcie dla przedsiębiorców. Przygotowaliśmy również nowe rozwiązania, m.in. finansowane ze środków europejskich. Są to pożyczki płynnościowe z Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój. W najbliższych tygodniach uruchomimy dopłaty do odsetek od oprocentowania udzielanych kredytów – wymienia Beata Daszyńska-Muzyczka.

We współpracy z resortem rozwoju bank wprowadził także zmiany w kredycie na innowacje technologiczne w związku z pandemią. Są to: zniesienie limitu dofinansowania wynoszącego 6 mln zł, a także zniesienie wymogu innowacyjności w skali krajowej. Nowy nabór w kredycie na innowacje technologiczne – na korzystniejszych zasadach – rozpocznie się 1 czerwca. – Kredyt technologiczny jest przeznaczony na innowacje, na wprowadzenie rozwiązań inwestycyjnych do firm. Wiele branż, po okresie kryzysu wywołanego koronawirusem, może potrzebować finansowania na rozwój swojej działalności m.in. dlatego, że zapotrzebowanie na ich produkty wzrośnie. To ogromnie ważne, abyśmy nie zapomnieli o potrzebie inwestycji – mówi prezes zarządu BGK. 

Wśród rozwiązań BGK dla sektora MŚP znalazły się również m.in. zmiany w programie Pierwszy biznes – Wsparcie w starcie. Przedsiębiorcy mogą skorzystać z opcji zawieszenia spłaty pożyczki do sześciu miesięcy, wydłużenia karencji o pół roku, obniżenia oprocentowania pożyczki do 0 proc. w skali roku na okres do 12 miesięcy oraz wydłużenia okresu spłaty o 12 miesięcy.

Kolejną formą wsparcia są pożyczki płynnościowe z Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój, finansowane ze środków unijnych. Firmy, aby zachować płynność, skorzystają z zerowego oprocentowania, półrocznej karencji w spłacie, a kwota pożyczki wyniesie do 15 mln zł.

– Pożyczki płynnościowe POIR to nowy produkt oparty na środkach europejskich. Chcemy przede wszystkim wesprzeć firmy w utrzymaniu płynności finansowej – mówi Beata Daszyńska-Muzyczka.

Średnie i duże firmy dotknięte skutkami pandemii SARS-CoV-2 mogą z kolei skorzystać z Funduszu Gwarancji Płynnościowych, czyli gwarancji do nowych lub odnawianych kredytów. Pomoc ta polega m.in. na zabezpieczeniu kwoty kredytu do 80 proc., przy kwocie gwarancji od 3,5 mln zł do 200 mln zł i ustanowieniu długiego okresu gwarancji – do 27 miesięcy. Z gwarancji mogą skorzystać firmy, które na 1 lutego 2020 roku nie miały zaległości w ZUS, urzędzie skarbowym i banku kredytującym. Łączna wartość kredytów zabezpieczonych gwarancjami może sięgnąć nawet 100 mld zł.

Przygotowywany jest również mechanizm dopłat do oprocentowania kredytów, których udziela przedsiębiorcom sektor bankowy. Z tego rozwiązania będą mogły skorzystać małe, średnie oraz duże firmy, bez względu na branżę.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/bgk-wdrozyl-pakiet,p2116994797

Głębokie zmiany w handlu. Konsumenci wybierają zakupy w sieci pomimo otwarcia galerii handlowych [DEPESZA]

Pandemia koronawirusa i związana z nią przymusowa izolacja skłoniły wiele firm do uruchomienia sprzedaży online, a konsumentów – do korzystania z zakupów w sieci. Wielu z nich pozostanie przy tej formie pomimo otwarcia galerii handlowych, bo doceniło łatwość i wygodę robienia zakupów w internecie. Spełnić należy tylko jeden warunek: klienci muszą być traktowani tak samo w każdym kanale sprzedaży, otrzymać tę samą ofertę i jakość usługi bez względu na rodzaj kontaktu z firmą.

– W najkorzystniejszej sytuacji są firmy, które już przed pandemią prowadziły sprzedaż w wielu kanałach i potrafiły zbudować zintegrowany system obsługi klientów oraz scentralizować zarządzanie danymi, czyli omnichannel – mówi Konrad Osiadacz, Senior Business Development Director w FM Logistic Centralna Europa. – W obecnej sytuacji mogą skoncentrować swoje działania tylko na przekierowaniu zainteresowania i popytu do kanału online, zwłaszcza w przypadku klientów dotychczas preferujących dokonywanie zakupów w tradycyjnej formie.

Od 4 maja większość sklepów w galeriach handlowych powróciła do funkcjonowania, jednak pod pewnymi restrykcjami ograniczającymi m.in. liczbę klientów do jednej osoby na 15 m². Ruch w sklepach stacjonarnych nie powróci więc do stanu sprzed połowy marca. Eksperci przewidują, że konsumenci, którzy podczas siedmiotygodniowej izolacji zostali zmuszeni do robienia zakupów online, dostrzegli wygodę tej formy nabywania produktów i będą chcieli przy niej pozostać. Według ekspertyzy opublikowanej przez Open Eyes Economy Summit na temat zmian w kanałach dystrybucji spowodowanych przez pandemię SARS-CoV-2, udział sprzedaży internetowej wzrósł z 5,6 proc. w lutym br. do 8,1 proc. w marcu br. i wciąż zauważalna jest zwiększająca się popularność e-handlu.

Drugim ważnym czynnikiem jest bezpieczeństwo. Raport „E-commerce w czasie kryzysu 2020” sporządzony przez Izbę Gospodarki Elektronicznej wskazuje, że 37 proc. Polaków uważa zakupy online za dużo bezpieczniejsze niż tradycyjne. Pandemia dowiodła więc, że strategia wielokanałowości (a przede wszystkim jej zaawansowana forma – omnichannel) staje się jedynym wyjściem dla wielu firm handlowych. I na takie podejście muszą stawiać przedsiębiorcy.

–  Skutki pandemii najbardziej odczują ci, którzy do tej pory ograniczali się tylko do jednego, tradycyjnego kanału sprzedaży – mówi Konrad Osiadacz. – Wdrożenie strategii omnichannel staje się zatem strategiczne dla przetrwania i rozwoju firm handlowych. Ten trend był widoczny na rynku już od dawna, ale ze względu na pandemię znacznie przyspieszył.

W strategii omnichannel najważniejsze jest, by klient w każdym kanale sprzedaży był traktowany tak samo. Chodzi nie tylko o takie same oferty i ceny, lecz także dostępność produktów i możliwość zwrotów. Implementacja takiej strategii wymaga od przedsiębiorców szeregu działań, w tym przystosowania obszarów magazynowania i transportu. Jak podkreśla ekspert, kluczową rolę odgrywa tu doświadczony operator logistyczny, który musi być partnerem we wdrażaniu i realizacji tej koncepcji. Powinien nie tylko reagować na potrzeby klienta, ale też sugerować najlepsze rozwiązania przede wszystkim w zakresie kompletacji, dostaw i logistyki zwrotów.

Decydujące są doświadczenie, wiedza, zasoby oraz właściwa infrastruktura. Wiąże się to z odpowiednim wyposażeniem magazynów w różne typy regałów, zautomatyzowanymi liniami kompletacyjnymi, robotyzacją pracy oraz adaptowalnym i łatwo sterowalnym systemem WMS, który z łatwością obsłuży każdy rodzaj zamówienia itp. W dobie kryzysu, w jakim znalazła się obecnie gospodarka, takie kosztowne inwestycje nie są popularne wśród przedsiębiorców, a korzystanie z usług zautomatyzowanych centrów logistycznych pozwala na kilkukrotne zwiększenie skali działalności.

– Już w pierwszych dniach pandemii, gdy wolumeny e-commerce naszych klientów znacznie wzrosły, łatwo, szybko i sprawnie zmodyfikowaliśmy procesy operacyjne, aby dostosować je do innej formuły zamówień i różnych kanałów sprzedaży – podkreśla Konrad Osiadacz. – Uniknęliśmy nie tylko opóźnień czy przestojów, ale też wypracowaliśmy synergię zasobów, czasu i kosztów, świadcząc usługę omnichannel „pod jednym dachem”.

Atutem firmy FM Logistic Centralna Europa jest też odpowiednio zbalansowana infrastruktura własnych i wynajętych obiektów wchodzących w skład sieci magazynów i centrów przeładunkowych, która pozwala sprawnie adaptować się do oczekiwań klientów w obszarach magazynowania i transportu. Gotowe zamówienia są dostarczane do odbiorców przy użyciu szerokiego wachlarza usług dostępnych na rynku, obejmujących m.in. dostawy palet i paczek do klientów biznesowych i indywidualnych, dostawy do centrów dystrybucyjnych, sklepów wielkopowierzchniowych, hurtowni, centrów handlowych, ale też do domów, z usługą wniesienia, paczkomatów i punktów odbioru.

FM Logistic jest również pierwszym dostawcą usług logistycznych w Polsce, który w ramach projektu Citylogin ma w swojej flocie w pełni elektryczny pojazd z agregatem chłodniczym. Do jego największych zalet należą niskie koszty paliwa (całkowicie elektryczny silnik) – 3 euro na 100 km  niskie koszty serwisu i utrzymania oraz ograniczenie emisji spalin do zera. Samochód jest w użyciu firmy od września 2017 roku, jest wykorzystywany do dystrybucji paczek dla klientów z branży farmaceutycznej i kosmetycznej.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/glebokie-zmiany-w,p1263658125

Autonomiczne roboty będą dezynfekować fabryki oraz szpitale. Jedno z takich urządzeń powstało w Lublinie

W trakcie znoszenia ograniczeń pandemicznych przedsiębiorstwa powinny zadbać o zapewnienie wysokiego poziomu higieny w miejscu pracy, aby ograniczyć możliwość ponownego wybuchu pandemii. Pomóc mogą w tym inteligentne maszyny, które zautomatyzują proces dezynfekcji. Firma Noyen Robotics Care opracowała samojeżdżące urządzenie dezynfekujące oparte na mobilnym robocie MiR 200.

Proces tworzenia robota dezynfekującego przebiegał kilkuetapowo. Największym wyzwaniem okazało się wypracowanie precyzyjnego modelu oprysku. Zespół Noyen Robotics Care we współpracy z naukowcami z Uniwersytetu Przyrodniczego w Lublinie rozpoczął od zbadania wydajności dysz rolniczych, następnie wykorzystano dyfraktometr laserowy do analizy spektrum kropel dystrybuowanych przy różnych warunkach ciśnieniowych. Badania te pozwoliły określić efektywny stopień pokrycia opryskiwanej powierzchni przy wykorzystaniu konkretnych środków dezynfekujących.

Kolejnym etapem było zautomatyzowanie pracy urządzenia. W tym celu sięgnięto po pomoc firmy ProCobot, która udostępniła mobilną platformę MiR 200 opracowaną z myślą o pracy m.in. w autonomicznych fabrykach. Pojazd wyposażono w kamerę z systemem 3D Intel RealSense do automatycznej detekcji przeszkód.

– Robot ten to urządzenie logistyczne, bezpiecznie transportujące ładunki o różnej wadze, które uwalnia przy tym zasoby ludzkie. W tym przypadku zostały na nich zamontowane indywidualnie dostosowane moduły górne, które wykonują proces dezynfekcji wielkopowierzchniowo. Dzięki opatentowanej technologii roboty manewrują wokół ludzi i przeszkód za pomocą intuicyjnego interfejsu 3D. Poruszając się w sposób autonomiczny, optymalizują i automatyzują tę czynność, nie narażając przy tym ludzi – mówi Kamil Kaczmarski, inżynier sprzedaży w ProCobot.

W podobne urządzenie zainwestował także Centralny Szpital Kliniczny UCK WUM. Jego dyrekcja zakupiła autonomiczne roboty sterylizacyjne UVD, które do dezynfekcji wykorzystują promienie ultrafioletowe, naświetlając pomieszczenia narażone na infekcję koronawirusem. Sprzęt nie wymaga obsługi i działa w pełni niezależnie. Harmonogram jego działania można zaplanować za pośrednictwem aplikacji mobilnej, a robot poinformuje personel medyczny o zakończonej sterylizacji.

– Po sprawnie wykonanej dezynfekcji – hali, lotnisk, zakładów produkcyjnych – roboty mogą przy systemie zmianowym bądź odgórnie zaplanowanym zachować ciągłość prac w dobie pandemii SARS-CoV-2 – podkreśla Kamil Kaczmarski. – Nasi klienci na pewno będą chcieli skorzystać z tego rozwiązania, gdy wznowią produkcję. Bardzo chcielibyśmy ich wesprzeć, by dzięki sprawnemu korzystaniu z tego typu rozwiązań byli w stanie zachować ciągłość produkcji.

Inżynierowie Siemensa postanowili z kolei odpowiedzieć na potrzeby najbardziej wymagających przedsiębiorstw, które muszą dezynfekować duże powierzchnie w jak najkrótszym czasie. Chiński oddział korporacji we współpracy z firmą Aucma opracował robota gąsienicowego wyposażonego w dysze o dużej wydajności, zdolne zdezynfekować w ciągu godziny do 36 tys. m2 powierzchni. Inżynierowie postawili na znacznie prostszy system sterowania – na szczycie maszyny zamontowali obrotową kamerę, która pozwala zdalnie kontrolować maszynę. Roboty zaprojektowano z myślą o wykorzystaniu w szpitalach, szkołach, fabrykach oraz miejscach publicznych.

Według firmy badawczej Data Bridge Market Research wartość globalnego rynku robotów autonomicznych do 2026 roku wzrośnie do blisko 17,8 mld dol. W najbliższych latach ma on się rozwijać w tempie ponad 14 proc. w skali roku.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/autonomiczne-roboty-beda,p2085185770

Restauratorzy są gotowi na wznowienie działalności. Wdrożyli procedury i czekają na zielone światło od rządu

Gastronomia jest jedną z branż najbardziej poszkodowanych wskutek pandemii. Restauratorzy liczą straty i czekają na decyzję rządu znoszącą obowiązujące w niej obostrzenia. Podkreślają też, że w ciągu minionych dwóch miesięcy wypracowali wysokie standardy i procedury, które pozwolą im bezpiecznie obsługiwać klientów po wznowieniu działalności. Właściciele restauracji obawiają się jednak, że część szykowanych przez rząd obostrzeń sprawi, że będzie to całkowicie nieopłacalne. Tymczasem branża potrzebuje restartu już teraz.

– Ten ośmiotygodniowy przestój kosztował nas już zwolnienie prawie 70 proc. pracowników. Ci ludzie czekają na powrót do pracy u nas, bo nie mają gdzie pójść, nigdzie w gastronomii nie przyjmuje się teraz nowych pracowników – alarmuje Jan Budzyński, współwłaściciel Kafe Zielony Niedźwiedź. – Szczerze mówiąc, wyczerpują się już nasze możliwości przetrwania. To będzie dla nas i tak wielki problem nawet po rozpoczęciu działalności. Zwykle wszystkie zaszłości, straty i problemy ze zbyt wysokimi kosztami odbijają się po jakimś czasie. Dlatego te minione dwa miesiące sprawiły, że z dużym niepokojem patrzymy na czerwiec, który normalnie powinien być dla nas najlepszym okresem – mówi agencji Newseria Biznes Jan Budzyński, współwłaściciel restauracji Kafe Zielony Niedźwiedź.

Restauracje, kawiarnie i bary pozostają zamknięte od połowy marca (mogą serwować jedynie jedzenie na wynos i z dowozem do domu). To oznacza dwumiesięczną przerwę w działalności i radykalny spadek przychodów. Dlatego też restauratorzy liczą straty i niecierpliwie czekają na decyzję rządu znoszącą obostrzenia w gastronomii.

– Restauracje są gotowe na otwarcie, dlatego że cały czas pracują w dość dużym reżimie sanitarnym, kontrolowanym przez sanepid i audyt wewnętrzny. Dodatkowe wymagania ze względu na stan epidemii nie będą trudne do spełnienia, tylko będą po prostu bardziej kosztowne – mówi Sylwester Cacek, prezes zarządu Sfinks Polska, przewodniczący Związku Pracodawców HoReCa.

– Te ostatnie dwa miesiące, poświęcone na organizację dostaw posiłków na wynos, przygotowały nas na wdrożenie nowych zasad bezpieczeństwa. I udało się to zrobić – dodaje Jan Budzyński.

Restauratorzy wyraźnie podkreślają, że w ciągu minionych dwóch miesięcy wypracowali takie standardy i procedury bezpieczeństwa, które pozwolą im bezpiecznie obsługiwać klientów po wznowieniu działalności. Poza tym branża gastronomiczna podlegająca ciągłym kontrolom sanepidu i tak jest przyzwyczajona do wysokich standardów higieny i bezpieczeństwa żywności.

– Poza tym, że funkcjonuje u nas system HACCP, wdrożyliśmy własny zestaw procedur, który ma zwiększyć bezpieczeństwo gości i pracowników. Ci będą obsługiwać klientów w maseczkach i rękawiczkach, podobnie kucharze. Kelnerzy po wyjściu klienta – i każdorazowo na życzenie – będą dezynfekować stoliki. Goście będą zapraszani tylko do zdezynfekowanych stolików oznaczonych specjalnymi naklejkami, żeby uniknąć pomyłki. Zapewniamy płyny dezynfekujące w toaletach oraz w widocznych miejscach w restauracji. Karty menu będą dezynfekowane każdorazowo po użyciu przez gości, a do tego udostępnimy menu w wersji elektronicznej, które każdy będzie mógł uruchomić na swoim telefonie – wymienia Bartosz Griese, restaurator sieci Sfinks Polska.

– Chcemy też, żeby kelnerzy więcej uwagi poświęcali na wielokrotne dezynfekowanie tych przedmiotów w restauracji, które są wielokrotnie dotykane przez gości, jak np. klamki – dodaje Jan Budzyński – Na pewno będziemy musieli też zadbać, żeby każdy stolik po jego opuszczeniu przez gości został zdezynfekowany. Wielkiego ruchu i tak się nie spodziewamy. Szacujemy, że będzie to około 1/3 gości, co w tym samym czasie rok temu.

Właściciele restauracji i kawiarni podkreślają też, że od tego, kiedy będą mogli wznowić działalność w nowym reżimie sanitarnym, zależy utrzymanie zatrudnienia. W tej chwili z uwagi na brak przychodów są zmuszeni w coraz większym stopniu redukować liczbę pracowników.

– Zależy nam na tym, żebyśmy jak najszybciej mogli wrócić do pracy z gośćmi. Od tego, kiedy to się wydarzy, zależy możliwość utrzymania naszych pracowników. Każdy dodatkowy tydzień zamknięcia naszych lokali przynosi gigantyczne straty – dodaje Bartosz Griese.

Według planów rządu odmrażanie gospodarki będzie przebiegać w trzech etapach. Dwa pierwsze zostały już wdrożone. Trzeci etap obejmujący również gastronomię ma wejść w życie 18 maja, co potwierdziła w tym tygodniu wicepremier Jadwiga Emilewicz. Według nieoficjalnych jeszcze informacji restauracje będą mogły wznowić działalność i serwować posiłki i napoje stacjonarnie – ale wyłącznie w ogródkach gastronomicznych obsługiwanych przez kelnerów. Goście nie będą mogli samodzielnie podchodzić do baru, a stoliki mają być oddalone od siebie co najmniej o 2 metry. Restauratorzy obawiają się jednak, że część szykowanych przez rząd obostrzeń sprawi, że wznowienie działalności będzie zupełnie nieopłacalne.

– Zbyt radykalne ograniczenia przestrzenne mogą spowodować nierentowność otwierania restauracji. Osoby, które się spotykają przy jednym stoliku, powinny mieć możliwość siedzenia jak wcześniej, bo jeżeli będą chciały – i tak spotkają się u siebie w domu czy na działce. Zatem zbyt daleko idące restrykcje mogą doprowadzić tylko do tego, że dla ludzi wychodzenie z domu nie będzie żadną atrakcją  – wskazuje Jan Budzyński.

– Klienci przychodzą do restauracji głównie nie po to, żeby coś zjeść – ale żeby się przy tej okazji socjalizować. Restrykcje, o których już słyszymy – np. jeden klient przy jednym stoliku – w praktyce zabiją biznes restauracyjny. Mało kto będzie chciał samotnie jeść. Nie wyobrażam sobie też dwóch osób, które będą chciały rozmawiać ze sobą z odległości kilku metrów – dodaje Sylwester Cacek.

Jeżeli szykowane przez rząd obostrzenia wejdą w życie, po 18 maja zamknięte pozostaną wszystkie bary samoobsługowe i restauracje, które nie mają ogródków. Te będą musiały poczekać na kolejny, czwarty etap odmrażania gospodarki, co oznacza dalszy przestój, a dla wielu z nich – widmo bankructwa.

Jak wynika z badania Konfederacji Lewiatan, opublikowanego w zeszłym tygodniu – przedsiębiorcy bardzo liczą na odmrażanie gospodarki. 71 proc. uważa, że jest to w tej chwili jednym z kluczowych zadań rządu. Blisko 2/3 z nich zaangażowało swoje oszczędności, aby poradzić sobie w bieżącej sytuacji, 5 proc. podjęło już działania w kierunku likwidacji firmy, a 43 proc. wytrzyma jeszcze maksymalnie dwa miesiące. Ponad połowa firm zadeklarowała, że ich sytuacja zdecydowanie się pogorszyła w porównaniu do okresu sprzed pandemii. Bez rządowego wsparcia przedsiębiorcy nie przetrwają długo.

Ponadto aż 75 proc. jest przekonanych, że brak jasnej strategii odmrażania gospodarki ma negatywne konsekwencje gospodarcze i społeczne. Prawie połowa firm wskazała też, że brak współpracy administracji rządowej utrudnia im zarządzanie sytuacją kryzysową.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/restauratorzy-sa-gotowi,p1154503993

FZZ: W tarczach antykryzysowych brakuje rozwiązań skierowanych do pracowników. Wątpliwości budzą uprawnienia pracodawcy i przymus pracy dla personelu medycznego

– Propozycje, które zostały zawarte w tzw. ustawie covidowej, budzą bardzo poważny lęk o przyszłość pracowników – ocenia Grzegorz Sikora, dyrektor ds. komunikacji w Forum Związków Zawodowych. Nieograniczone zarządzanie dyspozycyjnością pracowników, wprowadzanie przymusowej pracy dla personelu medycznego, zbyt niskie świadczenia postojowe i brak rozwiązań dla nowych bezrobotnych mogą spowodować trwałe zmiany na rynku pracy. W tarczach antykryzysowych brakuje też rozwiązań dedykowanych wyłącznie pracownikom.

Mamy ustawę „covidową”, która reguluje poszczególne przepisy w zakresie praw pracowniczych i tego, jak mają funkcjonować poszczególne przedsiębiorstwa. Jednak co do zasady w kwestii praw pracowniczych mamy do czynienia z ogólną dekompozycją Kodeksu pracy i relacji, które dotychczas znaliśmy – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Grzegorz Sikora, dyrektor ds. komunikacji  Forum Związków Zawodowych.

Wprowadzone przez rząd tarcze antykryzysowe miały zminimalizować skutki pandemii koronawirusa dla całej gospodarki. Zdaniem FZZ nowe przepisy chronią jednak przede wszystkim pracodawców i firmy, brakuje natomiast rozwiązań skierowanych wprost do pracowników.

Największe wątpliwości budzi nieograniczone zarządzanie dyspozycyjnością pracowników. To także kwestia wprowadzania przymusowej pracy dla personelu medycznego – wskazuje dyrektor ds. komunikacji  FZZ.

Ustawa wprowadza niejako przymus pracy dla pracowników służby zdrowia, co – jak podkreśla ekspert – jest naruszeniem zarówno Konstytucji, jak i konwencji Międzynarodowej Organizacji Pracy.

Nowe przepisy uelastyczniają też czas pracy. Pracodawca może obniżyć wymiar czasu pracy o 20 proc., natomiast w innych przypadkach ma prawo skrócić czas dobowego nieprzerwanego odpoczynku dla pracownika z 11 do 8 godzin i tygodniowego czasu odpoczynku z 35 do 32 godzin. W porozumieniu ze związkami zawodowymi lub przedstawicielami pracowników może też wydłużyć dobowy wymiar czasu pracy do 12 godzin.

Wprowadzono quasi-innowację na rynku pracy, czyli tzw. przerywany stosunek pracy, rozwiązanie polegające na tym, że można pracownika odesłać na pewnego rodzaju przestój. W jego trakcie miał być wypłacany tzw. dodatek solidarnościowy w wysokości 1,2–1,3 tys. zł. Każda tego typu forma zamrażania stosunku pracy w praktyce będzie oznaczać zwalnianie na raty, czyli jest to rozwiązanie skrajnie negatywne – tłumaczy Grzegorz Sikora.

Osoby zatrudnione na podstawie umów cywilnoprawnych, które utraciły całość lub część dochodów w efekcie pandemii koronawirusa, mogą liczyć na świadczenie postojowe (2080 lub 1300 zł), wypłacane maksymalnie trzy razy. Jak przekonuje Sikora, to jednak zdecydowanie zbyt mało. W ustawach brakuje też rozwiązań dedykowanych osobom bezrobotnym, tymczasem pod koniec roku stopa bezrobocia może nawet sięgnąć 9–10 proc. Brakuje też przepisów, wzorowanych choćby na tych z Niemiec czy Danii, dzięki którym pracownik może liczyć na bezpośrednie dopłaty do pensji, niezależnie od pracodawcy.

Wprowadzone rozwiązania nie były konsultowane i to jest ich największy problem. Rząd nie słucha organizacji reprezentatywnych, zarówno pracowniczych, jak i pracodawców. Ponadto w obrębie tych tarcz brakuje rozwiązań, które byłyby dedykowane wyłącznie dla pracowników. I byłoby to rozwiązanie najlepsze, bo nie uzależniałoby pracowników od woli pracodawcy – wskazuje dyrektor ds. komunikacji  FZZ.

Jego zdaniem obecne rozwiązania antykryzysowe dają firmom możliwość przetrwania kryzysu, np. obniżanie kosztów pracowniczych, są one jednak doraźne i nie odblokowują polskiej gospodarki.

–  Przede wszystkim powinno się odmrażać gospodarkę i robić wszystko, aby pracodawcy nie opłacało się zwalniać na raty tak jak w przypadku przerywanego stosunku pracy. Nie tworzyć prawa, które będzie zezwalać mu na to, aby pracowników traktować wyłącznie jako koszt – ocenia Grzegorz Sikora. – Rząd robi niewiele, aby odtworzyć pierwotne relacje popytowo-podażowe. W efekcie te rozwiązania nie pobudzają w znaczący sposób relacji gospodarczych, które najbardziej ucierpiały w trakcie stanu epidemii.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/fzz-w-tarczach,p635460431

Walka innowacyjnych rozwiązań z pandemią przyspiesza. Testy i środki ochrony osobistej stają się coraz bardziej skuteczne

Na rynek już wkrótce mają trafić inteligentne maseczki, które wykryją obecność koronawirusa. Coraz więcej firm pracuje nad szczepionkami i szybkimi testami, które potwierdzą zakażenie. Większość obecnych na rynku rozwiązań pokazuje jednak tylko, kto obecnie jest zakażony. Izraelska firma BATM Advanced rozpoczęła zaś właśnie sprzedaż w 100 proc. skutecznych testów na obecność przeciwciał na SARS-CoV-2. Testy wykrywają odpowiedź immunologiczną organizmu na infekcję wywołaną przez wirusa. W ten sposób można zidentyfikować tych, którzy zostali zarażeni i wytworzyli przeciwciała mogące chronić przed przyszłym zakażeniem.

Przybywa innowacyjnych rozwiązań na walkę z pandemią. Naukowcy pracują nad inteligentnymi maseczkami, które wykryją wirusy. Drukowane w 3D paski wewnątrz maseczki pochłaniają krople z oddechu użytkownika i sprawdzają je pod kątem infekcji wirusowej lub bakteryjnej. Paski można wyjąć i przebadać w laboratorium, sam proces trwa zaś kilka godzin. Start-upy na całym świecie opracowują superszybkie testy do wykrywania koronawirusa, które wciąż jednak nie zawsze działają ze 100-proc. skutecznością. Trwają prace nad szczepionką i lekami – na skuteczne lekarstwo trzeba jednak poczekać.

Pomóc w opracowaniu terapii mogą testy izraelskiej firmy BATM Advanced.

– Od początku pandemii SARS-CoV-2 konsekwentnie wprowadzamy coraz więcej narzędzi, gdy tylko zostaną one zatwierdzone i certyfikowane przez odpowiednie organy regulacyjne. Najpierw  stworzyliśmy testy antygenowe w celu wykrycia, kto jest zakażony koronawirusem, a teraz oficjalnie uruchomiliśmy testy wykrywające także, kto miał wirusa SARS-CoV-2 – mówi dr Zvi Marom, dyrektor generalny BATM Advanced.

Nowe testy serologiczne metodą ilościową ELISA wykrywają zarówno IgA i IgM, czyli przeciwciała wytwarzane w ciągu czterechpięciu dni od odpowiedzi układu odpornościowego na zakażenie, jak i przeciwciała IgG wytwarzane po kilku tygodniach od zakażenia, które utrzymują się w organizmie przez kilka miesięcy. Testy cechują się skutecznością dochodzącą do 100 proc. W wielu laboratoriach komercyjnych, także polskich, już teraz można wykonać testy na obecność przeciwciał metodą jakościową. Nie dają one jednak 100-proc. pewności, mogąc zwracać wynik zarówno fałszywie pozytywny, jak i negatywny.

Testy serologiczne uzupełniają dwa wcześniej wprowadzone przez BATM testy na SARS-CoV-2: zestaw diagnostyczny dla laboratoriów z wynikami w ciągu 25 minut oraz zestaw domowy.

– Testy serologiczne są obecnie przekazywane naszym klientom, gdy są najbardziej potrzebne – w celu dostarczenia informacji statystycznych decydentom. To, wraz z naszymi innymi innowacyjnymi inicjatywami, pomoże odpowiednim instytucjom zdrowotnym w przygotowaniach do potencjalnej drugiej fali zakażeń SARS-CoV-2 w miesiącach zimowych – wskazuje dr Zvi Marom.

Dzięki testom prace nad lekiem na SARS-CoV-2 mogą znacznie przyspieszyć. Na podstawie przeciwciał można byłoby skutecznie walczyć z koronawirusem. Izraelski Instytut Badań nad Biologią (IIBR) niedawno poinformował o zakończeniu przełomowego odkrycia. Instytut był zaangażowany w pobieranie osocza od Izraelczyków, którzy wyzdrowieli, aby zbadać białka wytwarzane przez ich układ odpornościowy, które mogą atakować wirusa. Opracowane przeciwciało jest monoklonalne, zawiera niski odsetek szkodliwych białek. Instytut po przetestowaniu przeciwciała na SARS-CoV-2 wykazał jego zdolność do neutralizacji koronawirusa. Dzięki temu, nawet jeśli nastąpi kolejny szczyt zachorowań na COVID-19, np. jesienią, uda się skuteczniej walczyć z wirusem.

BATM Advanced rozpoczął już sprzedaż swoich testów w Europie.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/walka-innowacyjnych,p920038780

C. Chybowski: W ciągu 3-4 miesięcy spodziewane są upadłości i przejęcia mniejszych firm w trudnej sytuacji. Konsolidacje dotyczyć będą branży hotelarskiej, restauracyjnej i turystycznej

Kryzys wywołany przez pandemię koronawirusa najbardziej dotknął mikrofirmy i średnie przedsiębiorstwa. W wielu branżach może wywołać to falę przejęć i konsolidacji. Większe firmy, będące w lepszej kondycji rynkowej, będą okazyjnie wykupywać mniejsze, upadające przedsiębiorstwa. Stworzy to jednak szansę na uniknięcie fali zwolnień w spółkach, które w innym scenariuszu czekałyby bankructwa. – Myślę, że do końca roku będziemy już mieli mocno skonsolidowany rynek restauracyjny, hotelarski i turystyczny – mówi Cezary Chybowski, prezes Reliance Polska. Według niego, jeśli obostrzenia potrwają do końca czerwca, podniesienie się z kryzysu może zająć nawet dwa i pół roku.

Kondycja polskich spółek jest w tej chwili dobra, natomiast nie wiadomo, jak długo to potrwa. Jeżeli firmy zabezpieczyły środki na wypłatę świadczeń dla swoich pracowników na kwiecień i maj, a obostrzenia potrwają do czerwca bądź lipca, to sytuacja w tych dwóch ostatnich miesiącach może być ciężka. Z pewnością będziemy świadkami konsolidacji, na pewno wiele firm upadnie, wiele osób straci pracę i musimy być na to przygotowani – mówi Cezary Chybowski, prezes zarządu Reliance Polska.

W najtrudniejszej sytuacji finansowej znalazły się mikrofirmy i średnie przedsiębiorstwa, które nie mają wystarczających środków finansowych, żeby przetrwać przedłużający się kryzys. Ekspert ocenia, że w wielu branżach spowoduje to falę przejęć i konsolidacji – większe firmy, będące w lepszej kondycji rynkowej, będą okazyjnie wykupywać mniejsze, upadające przedsiębiorstwa.

Musimy być przygotowani na to, że większe firmy będą kupowały mniejsze. Otrzymają genialne rozwiązanie, czyli działająca spółkę, która świetnie radziła sobie przed kryzysem. Pytanie, jak przedstawiciele danej firmy przygotowali się na tę sytuację? Wiadomo, że firmy inwestują, więc możliwe, że nie mają bieżących środków, bo one są inwestowane, więc są zamrożone w różnego rodzaju podmiotach i kontraktach – mówi Cezary Chybowski.

Jak podkreśla, fala konsolidacji dotknie zwłaszcza rynek restauracyjny, hotelarski i turystyczny, który najwięcej traci na obecnym kryzysie, a pierwszych przejęć na nim należy się spodziewać w perspektywie kolejnych trzech–czterech miesięcy. Przejęcia w wielu przypadkach pozwolą większym graczom wejść w posiadanie atrakcyjnych podmiotów i aktywów za bezcen, ale stwarzają też szansę na uniknięcie fali zwolnień w spółkach, które w innym scenariuszu czekałyby bankructwa. 

W kryzysie rynek zawsze się konsoliduje. Najwięksi gracze przejmują mniejsze spółki i dzięki temu za bezcen przejmują aktywa, które mogą pomnożyć, gdy sytuacja wróci do normalności. Spodziewam się pierwszych konsolidacji za około trzy–cztery miesiące, po wstępnych analizach prawnych sytuacji podmiotów przejmowanych. Do końca roku będziemy już mieli bardzo mocno skonsolidowany rynek restauracyjny, hotelarski i turystyczny. Miejmy nadzieję, że uchroni to wiele miejsc pracy przed upadkiem, przed zamknięciem i likwidacją – mówi prezes zarządu Reliance Polska.

Jak wynika z badania PIE i PFR – 39 proc. polskich firm przewiduje, że posiada zapasy finansowe pozwalające im przetrwać okres powyżej trzech miesięcy. Blisko połowa (47 proc.) ma środki finansowe na maksymalnie kwartał, a 11 proc. nie posiada żadnych rezerw.

Przy tak trudnej sytuacji finansowej co trzecia firma planuje obniżki wynagrodzeń w związku z pandemią koronawirusa, a zwolnienia ma w planach 14 proc. pracodawców. Najbardziej narażeni na redukcje etatów są pracownicy sektora handlu, w którym 38 proc. firm deklaruje plany zwolnienia od 10 do 25 proc. załogi, oraz sektora produkcji, w którym 35 proc. przedsiębiorstw planuje redukcję zatrudnienia o 25–50 proc.

Będziemy świadkiem wielu upadłości, konsolidacji i wielu zwolnień oraz zmian pracodawcy. Wynika to z faktu, że wykwalifikowani pracownicy są dzisiaj łakomym kąskiem na rynku pracy. Firma, która ma zasobny portfel, będzie mogła wykupić takiego wykwalifikowanego pracownika za dużo lepsze pieniądze niż przed kryzysem – mówi Cezary Chybowski.

Jak podkreśla, bieżący kryzys w największym stopniu uderzy m.in. w branże hotelarską, gastronomiczną, turystyczną, transportową oraz wszystkie te, które opierały swój biznes na sprzedaży w kanale dystrybucji, jakim są wielkopowierzchniowe sklepy i galerie handlowe.

To, jak długo firmy będą się podnosić z tej recesji, zależy od tego, jak były na nią przygotowane. Przedsiębiorstwa przeżywające dzisiaj kryzys obfitości, czyli m.in. branża spożywcza, będą podnosiły się z niego krócej. Z kolei w najtrudniejszych sektorach gospodarki, czyli m.in. w branży turystycznej, hotelarskiej i gastronomicznej, potrwa to od jednego do nawet dwóch i pół roku. Zależy to również od tego, jak długo będą obowiązywały obostrzenia.– mówi prezes zarządu Reliance Polska.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/c-chybowski-w-ciagu-34,p1382834427

Pandemia rozbudziła w Polakach chęć niesienia pomocy. Wzrosła wartość więzi społecznych [AUDIO]

Wielotygodniowa izolacja społeczna negatywnie wpływa na komunikację międzyludzką. Przez brak bezpośredniego kontaktu z drugim człowiekiem wzrastają bowiem poczucie wewnętrznego niepokoju, lęk oraz strach. Jednak kryzys spowodowany przez pandemię koronawirusa to również szansa, by na nowo dostrzec i docenić możliwości drzemiące w lokalnych społecznościach. – Ludzie nie mogą obejść się bez więzi społecznych. Im trudniejsze stają się czasy, tym bardziej ich potrzebują – przekonuje dr Magdalena Zubiel-Kasprowicz, psycholożka z Wyższej Szkoły Bankowej w Bydgoszczy.

Dystans społeczny, który jesteśmy zobowiązani utrzymywać, nie wpływa pozytywnie na jakość kontaktów międzyludzkich. Sposób, w jaki się komunikujemy, zmienia się, ponieważ obecna sytuacja wywołuje w nas lęk. Strach oddziałuje na to, jak się porozumiewamy – mówi w rozmowie z agencją Newseria dr Magdalena Zubiel-Kasprowicz.

Ekspertka tłumaczy, że aby komunikacja międzyludzka w czasie kryzysu okazała się skuteczna, należy zdać sobie sprawę z tymczasowości pandemii. Warto również potraktować ją jako okres próby i tym samym postarać się zapanować nad własnymi emocjami. Kontrola pozwala bowiem zminimalizować poczucie strachu. Gdy lęk maleje, możliwe staje się porozumienie.

– W ciągu ostatnich miesięcy odkryliśmy, czym jest pomoc sąsiedzka. Zaczęliśmy doceniać również wartość minispołeczności, w których przyszło nam żyć i funkcjonować. Świadomość ryzyka rozbudziła w Polakach potrzebę organizowania się na poziomie najmniejszych, lokalnych wspólnot. Dla przykładu, na klatkach schodowych w blokach wielu miast pojawiają się ogłoszenia z ofertą pomocy. Powstają również osiedlowe grupy w mediach społecznościowych – zauważa specjalistka.

Współpraca uwidacznia się na wielu  poziomach życia społecznego. Troska o to, jak w czasie obecnego kryzysu radzą sobie osoby znajdujące się w grupie podwyższonego ryzyka, pozytywnie świadczy o polskim społeczeństwie. Kryzys spowodował, że świat zwolnił, a Polacy zaczęli się jednoczyć.

– Ludzie czują potrzebę bezpośredniej komunikacji. Jednak pragnienie to zaburzają lęki, które towarzyszą im obecnie na każdym kroku. Wahania można zauważyć, obserwując wydarzenia ostatnich dni dotyczące służby zdrowia. Na początku pracownicy medyczni byli oklaskiwani przez społeczeństwo. Jednak gdy ludzie uświadomili sobie pewne zagrożenia, jakie wiążą się z bezpośrednim kontaktem z nimi, w mediach pojawił się hejt – tłumaczy dr Magdalena Zubiel-Kasprowicz.

Według niej obecnie żyjemy w tak zwanej kulturze strachu. Lęki i fobie, z którymi na co dzień boryka się społeczeństwo, nieustannie się mnożą. Strach bywa narzędziem służącym do kierowania i zarządzania opinią publiczną. Jest wykorzystywany przez polityków oraz współczesne media. Ekspertka tłumaczy, że gdy ludzie się boją, są bardziej podatni na sugestie, ponieważ nie myślą racjonalnie.

– To, co dzieje się obecnie, bardzo dobrze obrazuje, jak wielką rolę w życiu społecznym odgrywa słownictwo, którego używamy. Obrazy, które  widzimy w mediach, bardzo mocno wpływają na to, jak reagujemy i co myślimy. Media przez odpowiedni dobór słów mogą sterować swoimi odbiorcami. Należy o tym pamiętać. To, jak szybko rzeczywistość wróci do normy, zależy przede wszystkim od naszego nastawienia – zwraca uwagę.

Ekspertka podkreśla również, że obecnie kluczowe jest to, w jaki sposób ludzie myślą o swojej przyszłości i czy mają w stosunku do niej poczucie kontroli. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/pandemia-rozbudzila-w,p1609302448