Rozmowy telefoniczne podczas pandemii częstsze i wyraźnie dłuższe. W weekendy wzrosty sięgają nawet 60 proc.

Komunikacja zdalna w czasie pandemii zastąpiła spotkania twarzą w twarz. Rozmowy telefoniczne stały się częstsze i zdecydowanie dłuższe. Sieć T-Mobile odnotowała średni wzrost wykorzystania usług głosowych o 40 proc., a w weekendy nawet o 60 proc. Z kolei transmisja danych w sieci wzrosła o ok. 1/4. Wykorzystujemy ją nie tylko do kontaktów z bliskimi, lecz także do nauki i rozrywki. – Po tym kilkutygodniowym doświadczeniu widzimy już, że sieć piątej generacji jest absolutnie niezbędna – mówi rzeczniczka operatora Małgorzata Rybak-Dowżyk i podkreśla, że pandemia wyraźnie przyspieszyła zmiany zachodzące na rynku telekomunikacyjnym. Od 18 maja T-Mobile szeroko je komentuje na nowym blogu.

Ograniczenia w kontaktach i przemieszczaniu się sprawiły, że stosowanie cyfrowych narzędzi stało się koniecznością. Instytucje publiczne i urzędy zachęcają do korzystania z e-usług, placówki kulturalne czy usługi przeniosły działalność do internetu, a w szkołach powszechnie wdrożono e-learning. Ta nowa rzeczywistość zmieniła też zachowania Polaków i sposób, w jaki korzystają oni z usług telekomunikacyjnych.

– Pandemia koronawirusa sprawiła, że Polacy przeszli przyspieszony kurs cyfryzacji. Okazało się, że łączność jest podstawą funkcjonowania wielu rodzin od początku do końca dnia – dotyczy to zarówno edukacji, rozrywki, jak i wykonywania obowiązków służbowych – mówi agencji Newseria Biznes Małgorzata Rybak-Dowżyk, dyrektor Departamentu Komunikacji Korporacyjnej T-Mobile.

Jeszcze na początku marca sieć T-Mobile odnotowywała największą aktywność użytkowników w porze porannej i wieczornej w dni powszednie, czyli w momentach wyjazdu do pracy (6.00–8.00) i powrotów do domu. Z kolei w weekendy przed pandemią – w odróżnieniu od dni roboczych – nie występowały piki mobilności rano i wieczorem. Użytkownicy rozpoczynali aktywność rano i kontynuowali ją w ciągu całego dnia. Miesiąc później, kiedy już obowiązywały ograniczenia związane z koronawirusem, zachowania abonentów operatora wyraźnie się zmieniły, a cały tydzień upodobnił się do schematu weekendowego.

– Transmisja danych w sieci wzrosła o 25 proc., korzystanie z usług głosowych średnio o ok. 40 proc. W weekendy jest to nawet ponad 60 proc. w stosunku do staniu sprzed pandemii – mówi rzeczniczka operatora. – Zmieniły się godziny, w których najczęściej korzystamy z usług telekomunikacyjnych. Moment, w którym obserwujemy największy wzrost transmisji danych, to godziny między 10.00 a 11.00 rano. Ogółem największy ruch w sieci telekomunikacyjnej utrzymuje się średnio pomiędzy 9.00 a 15.00, wtedy nasi klienci są w najczęstszym kontakcie.

Pandemia SARS-CoV-2 stała się katalizatorem, który wymusił otwarcie na nowe technologie również w biznesie. Pracodawcy i pracownicy z dnia na dzień musieli wdrożyć system pracy zdalnej. Jeszcze w 2018 roku tylko 1/3 pracowników deklarowała, że ich firma daje taką możliwość, a 76 proc. korzystało z niej tylko raz na jakiś czas. Jedynie co trzeci pracował zdalnie do pięciu dni w miesiącu (badanie „The Remote Future. Rynek pracy zdalnej a oczekiwania pracowników”).

Teraz te proporcje się odwróciły, bo pracownicy zostali oddelegowani na home office. W efekcie zaczęły się częstsze rozmowy telefoniczne, telekonferencje z klientami i czaty wideo ze współpracownikami. Microsoft Teams w ciągu kilku dni zanotował wzrost użytkowników o 37,5 proc., a wzrost ruchu w sieci notują też operatorzy telekomunikacyjni.

– Od samego początku, kiedy dochodziły do nas sygnały o rozprzestrzenianiu się wirusa, nastąpiła zauważalna zmiana w sposobie, w jaki klienci konsumują usługi telekomunikacyjne. Przez ostatnie lata połączeń głosowych było coraz mniej, ludzie korzystali raczej z komunikatorów i internetu. Teraz, kiedy zostaliśmy poddani kwarantannie i izolacji, połączenia głosowe stały się istotnym elementem życia codziennego – mówi Małgorzata Rybak-Dowżyk.

Rozmowy telefoniczne stały się częstsze, ale i wyraźnie dłuższe. Ich średni czas wzrósł ze 170 do 210 sekund (3,5 minuty) w dni powszednie, zaś w weekendy z 210 do 330 sekund (5,5 minuty). Użytkownicy wykonują też więcej połączeń głosowych w godzinach pracy, pomiędzy 9.00 a 15.00, co potwierdza, że stały kontakt ze współpracownikami z firmy stał się niezbędny w trybie home office. Podobnie jak możliwość przesyłania informacji i danych poprzez maile, zamieszczania materiałów na dyski online bądź platformy do transferu plików. Widoczna jest też zmiana profilu ruchu transmisji danych – większy wolumen przesyłany jest w godzinach 8.00–14.00.

– Największym wyzwaniem, przed którym stanęliśmy jako telekom w związku z pandemią, było zapewnienie jakości i ciągłości usług telekomunikacyjnych – zarówno głosowych, jak i transmisji danych. To jak na zatłoczonej autostradzie: kiedy aut jest więcej, trzeba poprawić przepustowość. Nasi inżynierowie pracują dzień i noc, żeby jakość usług była jak najwyższa. Klienci nie doświadczali żadnych problemów technicznych – zapewnia rzeczniczka T-Mobile Polska.

Jak podkreśla, pandemia SARS-CoV-2 i związane z nią zapotrzebowanie na usługi komunikacyjne jasno potwierdziły też konieczność szybkiego wdrożenia nowego standardu 5G.

– Po tym kilkutygodniowym doświadczeniu widzimy, że usługi transmisji danych dają nie tylko rozrywkę. Zapewniają też ciągłość w naszym codziennym życiu, edukacji, umożliwiają swobodne wykonywanie pracy z każdego miejsca i dostęp do wiedzy. Sytuacja, która wynika z pandemii i zmiany naszego stylu życia – zarówno osobistego, jak i zawodowego – pokazuje, że sieć piątej generacji jest absolutnie niezbędna – mówi Małgorzata Rybak-Dowżyk.

W porównaniu z obecnie wykorzystywanym standardem LTE 5G zapewni większą pojemność sieci, umożliwi przesył danych z prędkością sięgającą kilku gigabitów na sekundę, a czas opóźnienia transmisji skróci się z kilkudziesięciu do kilku milisekund. Pozwoli to m.in. na rozwój internetu rzeczy na masową skalę i upowszechnienie m.in. e-learningu czy telemedycyny.

– Sieć piątej generacji będzie istotna dla rozwoju nowych gałęzi usług medycznych. To np. operacje zdalne, które lekarz będzie mógł wykonywać nawet z innego miasta, za pośrednictwem robota, dzięki czemu nie będzie narażony na zakażenie. To również drony, które mogą służyć do transportu przesyłek, ale i ratowania ludzkiego życia, bo w krótkim czasie mogą przetransportować krew albo organ do przeszczepu. Bez sieci piątej generacji takie usługi miałyby dużo mniejszy potencjał rozwoju. Dlatego zdecydowanie jej potrzebujemy w życiu prywatnym, zawodowym, ale też dla naszego bezpieczeństwa, zdrowia i komfortu życia – wskazuje rzeczniczka T-Mobile Polska.

O trendach i zmianach, jakie zachodzą na rynku telekomunikacyjnym, T-Mobile będzie informować na nowej stronie covid19.t-mobile.pl, która wystartowała 18 maja. Na portalu znajdują się analizy, raporty, infografiki i interaktywne wykresy, stanowiące rzetelne źródło wiedzy o cyfrowej transformacji. Własnymi wnioskami operator postanowił podzielić się tym razem nie w formie pojedynczego raportu, ale specjalnego bloga z przekrojowymi danymi na temat zmian, jakie zachodzą obecnie na telekomunikacyjnym rynku, także w kontekście pandemii koronawirusa.

– Trudno powiedzieć, czy nasz styl życia i podejście do pracy czy edukacji wrócą do normy sprzed pandemii, czy społeczeństwo będzie dalej tak samo używać usług głosowych czy usług transmisji danych. Przez ostatnie tygodnie wszyscy dostaliśmy nowe możliwości i nowe narzędzia, z których sprawnie korzystamy. Z pewnością to, czego doświadczyliśmy na przestrzeni ostatnich tygodni, zostanie z nami. Wiele z tych rozwiązań przyjmie się też w naszej nowej rzeczywistości – mówi Małgorzata Rybak-Dowżyk.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/rozmowy-telefoniczne,p2131548905

Papierosy mentolowe znikają ze sklepów. Może to spowodować wzrost szarej strefy i duże straty dla mniejszych sklepów i rolników

Dziś wchodzi w życie zakaz sprzedaży papierosów mentolowych oraz z kapsułką. Tymczasem ponad połowa konsumentów wciąż nie wie o tej zmianie, a co piąty deklaruje, że będzie szukać ich w szarej strefie. Jej udział w polskim rynku spadł w ostatniej dekadzie z 19 do 10 proc., ale zbliżający się zakaz sprzedaży wyrobów mentolowych może odwrócić ten trend. Eksperci podkreślają, że uderzy również w rolników oraz małe i średnie sklepy, w których papierosy mentolowe odpowiadają za 15 do nawet 40 proc. obrotów. Legalne pozostaną jednak alternatywy, takie jak podgrzewacze tytoniu.

– Papierosy mentolowe stanowią ok. 30 proc. wszystkich papierosów sprzedawanych w Polsce, co jest jednym z wyższych wskaźników w Europie. Można przyjąć, że wycofaniu podlega produkt, który przynosi od 5 do ok. 15 proc. obrotów w małych sklepach czy kioskach. Dlatego ta zmiana jest bardzo ważna dla polskiego rynku i konsumentów – mówi agencji Newseria Biznes Maciej Ptaszyński, wiceprezes zarządu Polskiej Izby Handlu.

W Polsce wyroby tytoniowe sprzedaje się w ponad 100 tys. punktów detalicznych. Ta kategoria produktów generuje rocznie ok. 25 mld zł przychodów budżetowych z podatków, z czego ok. 7–9 mld zł pochodzi właśnie ze sprzedaży papierosów mentolowych. Pod względem ich konsumpcji nasz kraj wyróżnia się na tle innych państw UE. Jednak od dziś konsumenci nie znajdą ich już na sklepowych półkach.

– Wchodzi w życie zakaz sprzedaży papierosów mentolowych, z kapsułką mentolową oraz tytoniu do samodzielnego skręcania o aromacie mentolowym. Jest to część implementacji dyrektywy tytoniowej Unii Europejskiej, którą do polskiego prawa wdraża ustawa polskiego parlamentu. Zakładała ona okres przejściowy, który upływa właśnie dzisiaj – mówi Maciej Ptaszyński.

Dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady 2014/40/UE z kwietnia 2014 roku w założeniu ma się przyczynić do spadku liczby nałogowych palaczy. Obowiązuje nie tylko w Polsce, lecz w całej UE. Do polskiego prawodawstwa wdrożyła ją ustawa z lipca 2016 roku o ochronie zdrowia przed następstwami używania tytoniu i wyrobów tytoniowych. Wprowadzony zakaz obejmuje wyroby tytoniowe o aromacie mentolowym: papierosy tradycyjne i te z kapsułką w filtrze oraz tytoń do samodzielnego skręcania. Wyjątkiem są cygara i cygaretki, papierosy elektroniczne oraz coraz bardziej popularne podgrzewacze tytoniu, które pozostaną w sprzedaży.

Polska jest liderem w konsumpcji papierosów mentolowych. Do niedawna także w USA korzystało z nich – według różnych badań rynkowych – od 40 do nawet 48 proc. wszystkich palaczy. Dopiero od niedawna są tam dostępne alternatywy w postaci podgrzewaczy tytoniu. Rok temu amerykańska Agencja ds. Żywności i Leków (FDA) wydała zgodę na rozpoczęcie sprzedaży podgrzewacza tytoniu IQOS. Po dwóch latach weryfikacji badań nad tym produktem FDA uznała, że jest to produkt właściwy dla ochrony zdrowia publicznego, ponieważ wytwarza on potencjalnie mniej określonych toksyn w mniejszych dawkach niż papierosy tradycyjne. 

– Potężnym wzrostem akcyzy zostały objęte także nowatorskie wyroby tytoniowe, co jest niezrozumiałe, ponieważ stanowią one alternatywę, która jest mniej szkodliwa dla zdrowia. Dodatkowo zostały one obarczone brakiem możliwości informowania o zmniejszonej szkodliwości – mówi Jacek Podgórski. – Podgrzewacze tytoniu są produktami legalnymi, opodatkowanymi, popartymi szerokimi badaniami, więc nie widzę powodu, żeby trzymać w tajemnicy przed społeczeństwem, że istnieje pewna alternatywa.

W Polsce brakuje regulacji dotyczących możliwości informowania o alternatywnych produktach tytoniowych. Z tego powodu specjaliści obawiają się wzrostu szarej strefy i spadku sprzedaży w sklepach także innych towarów.

– Brak papierosów mentolowych w związku z zakazem z pewnością przełoży się na obroty w sklepach. Ponad 100 tys. punktów detalicznych sprzedaje taki towar. Według różnych szacunków ten asortyment stanowi od 15 do 40 proc. ich obrotów, więc zdecydowanie przełoży się to na spadki – mówi Paweł Tracz, prezes zarządu Polskiego Stowarzyszenia Mikroprzedsiębiorców i Franczyzobiorców.

Jak wskazuje, klienci – wchodząc do sklepu po papierosy mentolowe – przy okazji kupują także inne produkty, co dodatkowo zwiększa obroty małych i średnich sklepów. Dlatego też po wycofaniu ich ze sprzedaży te punkty handlowe będą musiały liczyć się nawet z większymi spadkami.

– Klienci będą poszukiwali czegoś, czego nie będzie w naszej ofercie. Zniknie więc także sprzedaż innych towarów, które były kupowane przy okazji. W tym wypadku spadki obrotów po stronie detalistów będą dość spore, szacunki mówią o 15–30 proc. – dodaje Paweł Tracz.

Jak wynika z badania przeprowadzonego w marcu tego roku na zlecenie Forum Konsumentów, papierosy pali obecnie ponad 25 proc. dorosłych Polaków, czyli ok. 9 mln osób. W tej grupie aż 42 proc. sięga właśnie po papierosy mentolowe bądź z kapsułką – z czego 28 proc. wybiera je regularnie. Ponad połowa Polaków (51 proc.) wciąż jednak nie ma świadomości zakazu i nie wie, że nie znajdzie już popularnych mentoli na sklepowych półkach. Jednocześnie prawie 20 proc. deklaruje, że w przypadku ich braku są gotowi sięgnąć po papierosy mentolowe z czarnego rynku.

– Bardzo obawiamy się wzrostu szarej strefy w związku z wycofaniem papierosów mentolowych ze sprzedaży. Około 20 proc. konsumentów jest gotowych zwrócić się w jej stronę, jeżeli nie będą one dostępne. Po pierwsze, jesteśmy krajem granicznym o najdłuższej granicy lądowej Unii Europejskiej, to jest około 1 tys. kilometrów, a za naszą wschodnią granicą bez problemu można kupić papierosy mentolowe. Po drugie, znajdują się tam duże fabryki, które również produkują papierosy z założenia przeznaczone na przemyt. Nie mówimy więc o sytuacji, w której typowa tzw. mrówka przygraniczna przenosi jedną–dwie paczki pod kurtką czy schowane w samochodzie, ale o ogromnych ilościach papierosów, które z założenia są produkowane na przemyt – alarmuje Maciej Ptaszyński.

W ciągu ostatniej dekady udział nielegalnych papierosów na polskim rynku udało się obniżyć z 19 do ok. 10 proc. Zakaz sprzedaży wyrobów mentolowych może jednak odwrócić ten trend. To realne ryzyko, zwłaszcza że – oprócz zakazu sprzedaży mentoli – są też inne czynniki, które mogą powodować zawirowania na legalnym rynku wyrobów tytoniowych. To m.in. wprowadzenie 10-proc. podwyżki akcyzy, która obowiązuje od stycznia tego roku, oraz objęcie podatkiem akcyzowym płynów do e-papierosów i wyrobów tytoniowych do podgrzewania. Eksperci podkreślają, że odpływ konsumentów do szarej strefy spowoduje realne straty zarówno dla handlu, budżetu państwa, jak i sektora rolnictwa.

– Mówimy o ogromnym kryzysie, przed jakim może stanąć polskie rolnictwo, ponieważ plantacje tytoniu to w naszym kraju duża gałąź biznesu rolnego. Polska jest drugim w Europie i trzecim na świecie producentem wyrobów tytoniowych. Nowe regulacje bezpośrednio uderzą właśnie w polskich rolników, którzy w innym wypadku mieliby szansę rozwinąć się i pójść w kierunku nowoczesnego trendu nakreślanego przez branżę tytoniową, czyli np. systemów podgrzewania tytoniu, w których mentol ciągle pozostanie dostępny. Jest to fatalna w skutkach decyzja, zwłaszcza biorąc pod uwagę m.in. potężny wzrost akcyzy, którym w ostatnich miesiącach zostały objęte nowatorskie wyroby tytoniowe – mówi Jacek Podgórski, dyrektor Instytutu Gospodarki Rolnej.

Polska Izba Handlu zwróciła się do Ministerstwa Finansów i służb państwowych z prośbą o działania, które nie dopuszczą do zalania polskiego rynku mentolowymi papierosami zza wschodniej granicy. Apeluje również do konsumentów o niekorzystanie z wyrobów z szarej strefy, które są wytwarzane bez żadnego nadzoru, nie spełniają norm jakości i mogą zawierać substancje niewiadomego pochodzenia, stwarzające realne zagrożenie dla zdrowia.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/papierosy-mentolowe,p21632187

Komisja Europejska w walce z koronawirusem. Rozszerza pulę dotacji finansowych programu Horyzont 2020 przeznaczonych na badania związane z walką z SARS-CoV-2 [DEPESZA]

Komisja Europejska zobowiązała się przeznaczyć 1,4 mld euro na walkę z pandemią koronawirusa. 122 mln euro z tej kwoty trafi do puli programu Horyzont 2020. O dodatkowe środki mogą się ubiegać naukowcy i przedsiębiorcy pracujący nad innowacyjnymi metodami diagnostyki, leczenia oraz produkcji szczepionek na SARS-CoV-2.

– W czasach kryzysu musimy zadbać o to, aby zasoby były ukierunkowane na szybkie dostarczanie wyników. Wsparcie finansowe zostanie zwiększone i wypłacone szybciej tym, którzy pracują nad najbardziej obiecującymi odpowiedziami na trudne pytania postawione przez COVID-19. Dzięki inicjatywie reagowania kryzysowego EIT innowatorzy w Unii Europejskiej skorzystają z dodatkowego wsparcia, które pomoże im przezwyciężyć tę niespotykaną dotąd sytuację i nadal dostarczać innowacyjne rozwiązania dla Europy i jej obywateli – podkreśla Mariya Gabriel, komisarz ds. innowacji, badań, kultury, edukacji i młodzieży.

Komisja Europejska planuje przeznaczyć 1,4 mld euro na walkę z koronawirusem. Dodatkowe środki w wysokości 122 mln euro trafią do puli programu Horyzont 2020. W zakresie zainteresowań komisji grantowej opiniującej projekty w ramach dodatkowej transzy Horyzontu 2020 znajdą się rozwiązania eksploatujące technologie z zakresu telemedycyny, przetwarzania zasobów Big Data, robotyki, sztucznej inteligencji oraz fotoniki, które pozwolą usprawnić walkę z pandemią.

Komisja Europejska planuje wyłonić projekty, które umożliwią błyskawiczną produkcję narzędzi oraz technologii przyspieszających wykrywanie oraz monitorowanie rozprzestrzeniania się koronawirusa. Aby wybrać te najbardziej zaawansowane, skrócono czas na przygotowanie oraz ocenę wniosków grantowych – proces ich przyjmowania zakończy się 11 czerwca 2020 roku.

Ponadto wszystkie zespoły naukowe zainteresowane partycypacją w podziale nowych środków muszą podpisać klauzulę zobowiązującą do szybkiego udostępnienia wyników pracy badawczej, aby w ten sposób przyspieszyć wdrożenie innowacyjnych rozwiązań do walki z koronawirusem.

Komisja Europejska zarysowała pięć obszarów, w ramach których można ubiegać się o dofinansowanie: produkcja i wytwarzanie środków medycznych, technologie analityczne do poprawy nadzoru i opieki nad pacjentami, projekty badające skutki reakcji na pandemię, ogólnoeuropejskie badania kohortowe oraz współpraca w ramach istniejących badań kohortowych.

– Musimy połączyć wiedzę fachową oraz zasoby sektora publicznego i prywatnego w celu pokonania pandemii i przygotowania się na ewentualne ogniska choroby w przyszłości. Za pomocą finansowania z programu Horyzont 2020 oraz naszych partnerów branżowych i pozabranżowych przyspieszamy rozwój diagnostyki i leczenia koronawirusa, tworząc niezbędne narzędzia, które pozwolą nam stawić czoła światowemu kryzysowi –  wskazuje Mariya Gabriel.

W ramach Funduszowego Pakietu Antywirusowego powołano z kolei do życia Szybką Ścieżkę Koronawirusy, w ramach której dofinansowane zostaną polskie projekty i technologie związane z pandemią. Zespoły badawcze mogą liczyć na łączne dofinansowanie z tego programu kwotą 200 mln zł. Do walki z koronawirusem włączyła się także Agencja Badań Medycznych, która powołała program grantowy. Można w nim pozyskać do 5 mln zł wsparcia na rzecz rozwoju technologii medycznych zapobiegających rozprzestrzenianiu się koronawirusa. Agencja zadeklarowała, że zgłoszenia mają przechodzić błyskawiczną weryfikację – wstępna ocena przydatności projektów ma trwać nie więcej niż 72 godziny.

– Mobilizujemy wszelkie dostępne środki do walki z tą pandemią, przeprowadzając testy, stosując odpowiednie leczenie i wprowadzając środki zapobiegawcze. Aby jednak odnieść sukces w walce z koronawirusem, musimy również zrozumieć, w jaki sposób oddziałuje on na nasze społeczeństwo i jak najskuteczniej zastosować wspomniane narzędzia w błyskawiczny sposób. Musimy poszukać rozwiązań technologicznych, które umożliwią szybszą produkcję sprzętu medycznego i środków medycznych, monitorowanie i zapobieganie rozprzestrzenianiu się tej choroby, a także lepszą opiekę nad pacjentami – wymienia Mariya Gabriel.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/komisja-europejska-w-walce,p1096075046

Chiny w ogniu krytyki. Powstanie raport oceniający globalną reakcję na wybuch pandemii

Podczas Światowego Zgromadzenia Zdrowia szef WHO zapowiedział przygotowanie raportu z oceną globalnej reakcji na wybuch pandemii SARS-CoV-2. W ostatnich tygodniach coraz częściej słychać głosy krytyki wobec działań samej organizacji w związku z rozprzestrzenianiem się wirusa, ale także reakcji Chin na początku epidemii w Wuhanie. Chińczycy są szczególnie ostro krytykowani przez Amerykanów, o czym mogą świadczyć choćby pozwy o wielomiliardowe odszkodowania pod adresem ich państwa. – Chiny praktycznie uporały się z koronawirusem, co budzi złość w innych krajach – mówi Radosław Pyffel, ekspert Akademii Leona Koźmińskiego. Prezydent Państwa Środka zapowiedział, że popiera przygotowanie takiego raportu, ale dopiero po opanowaniu pandemii.

– W kwestii pozwów, które są kierowane ze Stanów Zjednoczonych pod adresem Chin, to mamy tutaj dwie kwestie. Jedna to próba ustalenia winnego, a druga – kwestia wyegzekwowania ewentualnych odszkodowań, jeżeli uda się przedstawić jakieś niezbite dowody w tej sprawie. Nawet jeśli się tego nie uda i nie będzie próby bezpośredniego wyegzekwowania roszczeń z tych pozwów, to przygotowują one grunt pod pewne działania dyplomatyczne, ekonomiczne, być może nawet militarne ze strony Amerykanów. Przekonamy się o tym w najbliższych tygodniach czy miesiącach – mówi agencji Newseria Biznes Radosław Pyffel, socjolog i kierownik studiów podyplomowych biznes chiński w Akademii Leona Koźmińskiego.

W pozwach, które od końca kwietnia są składane przez Amerykanów, Chiny oskarżane są m.in. o ukrywanie wybuchu epidemii i nieinformowanie innych krajów o niebezpieczeństwie oraz są wzywane do wypłaty wysokich reparacji. Krytyka płynie również ze szczytów władzy. Prezydent USA Donald Trump podkreśla, że wirus powstał w chińskim laboratorium, oskarża też Państwo Środka o cyberataki i wykradanie danych z badań nad koronawirusem.

Chiny są obarczane winą przez Stany Zjednoczone, które wyjątkowo słabo sobie radzą z pandemią. Jednak bardzo istotne jest to, jak zachowa się społeczność międzynarodowa, WHO czy inne organizacje międzynarodowe, kraje Europy Zachodniej. Część państw wyraźnie się deklaruje po stronie Stanów Zjednoczonych, ale bardzo dużo krajów, zwłaszcza zachodnioeuropejskich, nie dokonuje takiego wyboru – mówi Radosław Pyffel.

Część państw opowiada się za zbadaniem roli Chin w rozprzestrzenianiu się koronawirusa, wiele mówi ogólnie o przeanalizowaniu działań WHO i poszczególnych krajów w reakcji na wybuch pandemii. Podczas trwającego w dniach 18–19 maja Światowego Zgromadzenia Zdrowia, czyli corocznego spotkania przedstawicieli członków WHO, szef organizacji zapowiedział przygotowanie raportu na ten temat. Prezydent Chin Xi Jinping poparł taki pomysł, jednak podkreślił, że powinno się to wydarzyć po opanowaniu pandemii. W wojnie informacyjnej z USA Państwo Środka stanowczo odpiera zarzuty Amerykanów. Podczas przemówienia na Światowym Zgromadzeniu Zdrowia Jinping podkreślił, że Chiny od początku działały odpowiedzialnie i transparentnie, informując o wszystkim resztę świata.

Chiny nie będą proponowały reparacji, ponieważ w ostatnich miesiącach nie wzmacniały tezy, jakoby wirus był wynikiem działania człowieka oraz że to one mogą być winne światowej pandemii. Podpierały się ekspertyzami Światowej Organizacji Zdrowia, która ostrzegała przed pandemią już w styczniu. Władze Chin nie będą skłonne płacić miliardowych czy bilionowych reparacji  przynajmniej jeśli przeanalizujemy sytuację w ostatnich tygodniach i miesiącach, nic na to nie wskazuje – mówi socjolog z Akademii Leona Koźmińskiego.

Jak podkreśla, nie są znane szczegóły związane z początkiem epidemii w Chinach, a jedynie spekulacje i teorie, które trudno zweryfikować.

Chiny jako kraj przesadnie dbają o reputację. Przynajmniej tak twierdzą Amerykanie czy Europejczycy, bo w cywilizacji Zachodu nie jest to tak istotne. W Państwie Środka zawsze problemem jest przyznanie się do winy. Pamiętajmy jednak, że Chiny praktycznie uporały się z epidemią koronawirusa. Dzisiaj mają sytuację pod kontrolą, czego nie można powiedzieć o innych krajach. To budzi wściekłość i emocje, które obserwujemy w globalnej polityce – zaznacza Radosław Pyffel. 

Jego zdaniem, jeśli ktokolwiek mógłby wyjaśnić kwestie związane z pojawieniem się i rozprzestrzenianiem koronawirusa, to jedynie Światowa Organizacja Zdrowia. Jednak Stany Zjednoczone krytykują tę organizację, a Donald Trump chce nawet wycofać jej finansowanie, bo Amerykanie nie są zadowoleni z jej werdyktów.

Światowa Organizacja Zdrowia była i jest wstrzemięźliwa z wyrażaniem krytyki pod adresem Chin. Na tym opiera się linia obrony chińskich władz. Ponadto Chiny poradziły sobie z koronawirusem, pomagają innym krajom, sprzedają im sprzęt medyczny. Chińska agencja celna ujawniła, że eksport wzrósł i wyniósł w ostatnich dwóch miesiącach ponad 12 mld dol. To pozwoliło osłabić szok spowodowany globalną pandemią – tłumaczy socjolog z Akademii Leona Koźmińskiego.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/chiny-w-ogniu-krytyki,p783684024

Inwestorzy wracają na warszawską giełdę. Na wyraźne wzrosty będzie trzeba jednak poczekać, aż wróci zagraniczny kapitał

W marcu i kwietniu wyraźnie wzrosła – o niemal 50 tys. – liczba rachunków maklerskich, choć z drugiej strony umorzenia w funduszach inwestycyjnych przekroczyły 22 mld zł. Zdaniem analityka Pawła Cymcyka GPW czeka jeszcze kilka kwartałów spadków i testowania minimów i w razie pozytywnego scenariusza po roku–półtora nastąpi powrót zagranicznego kapitału. To powinno pociągnąć za sobą wzrosty notowań.

Na polski rynek kapitałowy pandemia przełożyła się przede wszystkim gigantycznym krachem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Cymcyk, główny ekonomista DNA Rynków. – Dodatkowym negatywnym elementem podczas jej pierwszej fali są gigantyczne umorzenia z funduszy inwestycyjnych, które w polskich realiach sięgnęły mniej więcej 20 mld zł. To potężne kwoty, które, co trzeba podkreślić, zostały przez fundusze inwestycyjne obsłużone, a to z kolei oznacza, że znaczna część inwestorów nie doświadczyła najgorszego możliwego scenariusza, czyli wstrzymania wypłat z funduszy.

Po najgorszym w historii miesiącu – marcu 2020 roku, w którym klienci wypłacili z funduszy ponad 20 mld zł, kwiecień przyniósł wyraźne wyhamowanie umorzeń. Saldo wpłat i wypłat wyniosło -2,6 mld zł – wynika z podsumowania Analiz.pl. Podobnie jak w marcu najwięcej środków klienci wypłacili z funduszy dłużnych, które wcześniej cieszyły się największą popularnością. Tym razem wycofali z nich 3,4 mld zł netto. Na drugim końcu skali w kwietniu znalazły się fundusze akcyjne, które pozyskały najwięcej nowego kapitału od prawie pięciu lat. Przewaga wpłat nad wypłatami sięgnęła 0,6 mld zł. Kwiecień był udany także dla funduszy surowcowych, do których klienci wpłacili netto 55 mln zł, najwięcej od prawie czterech lat. 

– Nieoczekiwanie pozytywny aspekt jest taki, że na warszawskim parkiecie pojawiło się bardzo wielu nowych inwestorów indywidualnych – komentuje Paweł Cymcyk. – Zgodnie z raportami z biur maklerskich w skali zaledwie miesiąca powstawało po 30 tys. nowych rachunków, a znaczna część wcześniej uśpionych rachunków inwestorów indywidualnych została aktywowana, czyli były tam przelewane pieniądze i inwestorzy zawierali transakcje. Można zatem powiedzieć, że ten przymusowy lockdown skłonił ludzi do wzrostu zainteresowania warszawską giełdą i tam popłynęła część ich środków.

W kwietniu liczba rachunków maklerskich sięgnęła 1 303 885, najwięcej od dwóch lat. Oznacza to, że w ciągu jednego miesiąca otwarto ich ponad 18 tys. Wcześniej, w marcu, uruchomiono ich jeszcze więcej – 29 tys. Jednak warszawska giełda wciąż nie może dorównać światowym indeksom. WIG20 jest niewiele wyżej niż 12 lat temu, po kryzysie finansowym spowodowanym upadkiem Lehman Brothers i kredytami subprime. W efekcie istnieje ryzyko, że wielu nowych inwestorów zniechęci się do giełdy równie szybko, jak się nią zainteresowało.

– Oczekiwałbym, że kolejne kwartały dla warszawskiego parkietu przyniosą niestety powrót spadków i testowanie minimów z marca 2020 roku. Będzie to wynikało z tego, że na polskim parkiecie trudno zauważyć zainteresowanie zagranicznych inwestorów, a to oni są w stanie generować swoim kapitałem i swoim horyzontem inwestycyjnym długotrwałe trendy na warszawskiej giełdzie. Na razie ten pierwszy zryw i wzrost jest raczej napędzany lokalnymi siłami i pieniędzmi, które dość szybko mogą się skończyć – ocenia główny ekonomista DNA Rynków. – Zakładając, że sytuacja gospodarcza nie będzie coraz gorsza, nie nastąpi nawrót pandemii i recesji, to kolejne kwartały przyniosą odbudowanie zaufania i napływ gotówki z zagranicy. Zatem po czterech–sześciu kwartałach będzie można myśleć o ewentualnym powrocie hossy.

Ekspert podkreśla, że na podstawie analizy ostatnich pięciu lat widać, że warszawski parkiet nie rośnie jako całość, lecz inwestorzy koncentrują się na wybranych segmentach. Najbardziej kuszące wydają się segmenty państwowe. Niezależnie od tego, czy będzie kolejny nawrót pandemii, to największe państwowe banki i państwowe przedsiębiorstwa w WIG20 mają akcjonariusza, który na pewno będzie zainteresowany ich trwaniem, bez względu na koszty ekonomiczne. Drugi segment, który w tej chwili zyskuje na największej uwadze inwestorów, to sektor gamingowy.

Zdecydowanie ciekawsze segmenty to małe i średnie spółki, ponieważ duże firmy były przede wszystkim kupowane przez inwestorów pod dywidendy, czego z pewnością w skali najbliższych dwóch lat nie będzie – tłumaczy Paweł Cymcyk. – Średnie spółki dużo lepiej oddają gospodarczą rzeczywistość, więc jeżeli gospodarka będzie się poprawiała, to te małe i średnie spółki będą na tym więcej zyskiwały. Ponadto nawet gdyby nie nastąpił nawrót zagranicznego kapitału, to lokalnymi siłami i środkami poszczególne spółki z tego segmentu są w stanie podrosnąć. To niestety zupełnie nie dotyczy dużych spółek, bo tam potrzebny jest duży zagraniczny kapitał, aby faktycznie można mówić o jakichś wzrostach.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/inwestorzy-wracaja-na,p2072661588

Platforma stworzona przez polskich naukowców ułatwi opracowanie skutecznych rozwiązań do walki z koronawirusem [DEPESZA]

Tylko współpraca między światem nauki i biznesu pozwoli skutecznie walczyć z koronawirusem. Już epidemia wirusa ebola w latach 2014–2015 pokazała, że wzmocnienie potencjału badawczego w krajach rozwijających się ma ogromne znaczenie dla zapobiegania epidemii. Polscy naukowcy stworzyli platformę, która umożliwia wszystkim potrzebującym bezpośrednie wsparcie ze strony świata nauki i przemysłu. Synergy integruje zbiórki crowdfundingowe na badania naukowe. W ten sposób przyspiesza i ułatwia poszukiwanie rozwiązań pomocnych w walce z pandemią.

– Postanowiliśmy otworzyć się na wszystkich, którzy podejmują działania na rzecz walki z pandemią, niezależnie od tego, czy są związani z nauką lub biznesem, czy nie – wskazuje dr inż. Joanna Helman z Centrum Zaawansowanych Systemów Produkcyjnych CAMT z Wydziału Mechanicznego PWr.

Już epidemia wirusa ebola sprzed kilku lat jasno pokazała, że wzmocnienie potencjału badawczego w krajach rozwijających się ma zasadnicze znaczenie dla zapobiegania epidemii. Połączenie najnowocześniejszych możliwości naukowych z lokalną wiedzą pozwoliło opracować skuteczne rozwiązania. Globalna współpraca umożliwia szybsze reagowanie na powstające kryzysy, zwłaszcza że niektóre kraje rozwijające się nie są w stanie stworzyć szybkich rozwiązań. Dzięki międzynarodowej współpracy badania zaś znacznie przyspieszają. Przykładem może być Institut Pasteur w Dakarze, ściśle współpracujący z brytyjską firmą biologiczną Mologic nad opracowaniem nowej formy szybkich zestawów testowych na wirusa SARS-CoV-2, które będą dystrybuowane w Afryce.

Polacy opracowali platformę, która ułatwia i przyspiesza współpracę między wszystkimi instytucjami czy firmami dotkniętymi przez kryzys związany z COVID-19 a światem nauki i biznesu. Platforma integruje zbiórki crowdfundingowe na badania naukowe do walki z koronawirusem. Na wsparcie takich działań trafią bony o wartości 3 tys. euro. Dotychczas na platformie zarejestrowało się ok. 200 użytkowników z 10 europejskich krajów.

– Zapraszamy do dołączenia do platformy absolutnie każdą osobę czy grupę osób, instytucję, firmę czy placówkę medyczną, która jest zaangażowana w przeciwdziałanie pandemii i potrzebuje wsparcia albo natrafiła na problem, którego nie jest w stanie sama rozwiązać. A jednocześnie zachęcamy do oferowania pomocy wszystkich, którzy mogą wesprzeć swoją wiedzą, doświadczeniem, aparaturą, linią produkcyjną czy czasem – od studentów z kół naukowych po prezesów mniejszych i większych firm. Każda pomoc może się przydać – apeluje dr Joanna Helman.

Platforma Synergy łączy innowacyjne pomysły z zakresu Przemysłu 4.0, mikro- i nanotechnologii oraz wytwarzania przyrostowego i druku 3D. Obecnie np. szkoła podstawowa z Valpovo w Chorwacji szuka skutecznego rozwiązania, odpowiedniego zarówno dla dzieci, jak i pracowników, które pozwoliłoby na prowadzenie zajęć z poszanowaniem środków bezpieczeństwa. Firmy handlujące winem zgłaszają z kolei zapotrzebowanie na rozwiązania, które umożliwią utrzymywanie dystansu między pracownikami magazynu przy jednoczesnym zwiększeniu ruchu. To tylko przykłady rozwiązań, na które istnieje duże zapotrzebowanie. Platforma zaś znacznie ułatwia współpracę, a tym samym przyspiesza znalezienie skutecznych pomysłów.

– Takich akcji i pewnie wiele innych, o zupełnie innym profilu, na pewno mogłoby być więcej, ale często szukający pomocy nie wiedzą, gdzie mogliby się zwrócić. Mamy nadzieję, że nasza platforma pozwoli połączyć zgłaszających problem i oferujących rozwiązanie oraz przyspieszy wspólne działania – podkreśla badaczka.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/platforma-stworzona-przez,p466407748

Branża targowa chce ruszyć w połowie sierpnia. Bez rządowego wsparcia jej restart może doprowadzić do upadku wielu firm

Już w lutym zaczęto odwoływać imprezy targowe w całej Europie. Od dwóch miesięcy branża stoi. Związane z nią firmy mają praktycznie takie same szanse uzyskania pomocy jak przedstawiciele innych działów gospodarki, mniej dotkniętych skutkami pandemii lub mających możliwość przynajmniej częściowej aktywności poprzez pracę zdalną. – Chcielibyśmy prosić rząd o potraktowanie branży targowej jako specjalnej branży – apelują przedsiębiorcy.

– Branża targowa, której wartość szacowana jest na 3 mld zł, pierwsza odczuła kryzys i prawdopodobnie ostatnia przestanie odczuwać jego skutki. W tej chwili przez te dwa miesiące straty są szacowane na poziomie 300–400 mln zł i tak to będzie postępowało aż do końca pandemii. Według szacunków Polskiej Izby Przemysłu Targowego to będzie około 150 mln zł straty miesięcznie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grażyna Grabowska, prezes zarządu Targów w Krakowie, operatora EXPO Kraków.

– Pandemia w Europie i w Polsce spowodowała odwołanie wszystkich imprez targowych. Do momentu odwołania byliśmy w pełnym rozpędzie, realizowaliśmy targi dla wielu organizatorów w Polsce, w Europie i na świecie. Zderzyliśmy się ze ścianą, bo byliśmy w trakcie realizacji. Ponieśliśmy koszty na wszystkie materiały potrzebne do wyprodukowania stoisk i nikt nam ich nie zwróci – dodaje Paweł Montewka, prezes zarządu Pracowni Sztuk Plastycznych. 

Zakaz organizowania wszelkich imprez sprawił, że firmy z branży targowej stanęły z dnia na dzień. Decyzją rządu w Polsce odwołano wszystkie wydarzenia, ale już wcześniej część organizatorów sama podjęła decyzję o przeniesieniu targów na jesień.

– Firmy okołotargowe, przedsiębiorstwa usług targowych, które świadczą usługi projektowe wykonawstwa stoisk, jak i całej logistyki i informacji wizualnej na targach branżowych, od 12 lutego praktycznie wszystkie zostały bez zleceń – mówi Paweł Montewka. – Już ponieśliśmy ogromne straty dlatego, że wystawcy wycofują się, nie chcą brać udziału w targach, które są przesuwane. Ponosimy wymierne koszty z tytułu odwołanych targów, czyli nie pracujemy. Firmy okołotargowe ponoszą straty rzędu 70 mln zł miesięcznie w skali kraju.

Firmy nie tylko nie zyskują zleceń, lecz już poniosły koszty przygotowań do targów, które nie odbyły się wiosną. Dlatego apelują do rządu o wydłużenie okresu umorzenia składek czy wsparcie w relacjach z bankami, przywołując przykłady Niemiec, Francji czy Holandii, gdzie firmy związane z branżą targową otrzymują nawet 90-proc. zwrot poniesionych kosztów.

– Chcielibyśmy poprosić rząd o potraktowanie branży targowej jako specjalnej branży. O to samo apelują koledzy z organizacji międzynarodowych i o to samo proszą swoich rządzących członkowie organizacji branżowych z Niemiec czy Francji – mówi prezes zarządu Pracowni Sztuk Plastycznych. – W momencie, kiedy rządzący dadzą nam zielone światło, interpretowane jako działanie zbawienne dla gospodarki, dla nas może się to skończyć olbrzymimi kłopotami. Jeśli zostaniemy bez wsparcia w okresie rozruchu, może doprowadzić to do upadku wielu firm.

Odmrożenie musi być zatem przemyślane. Z uwagi na cykl przygotowania stoisk targowych i organizacji samych targów wynosi on minimum trzy–cztery miesiące – pomoc dla firm projektujących i budujących stoiska powinna trwać do pełnego rozruchu sezonu targowego. 

– Do tej pory, mimo że korzystamy z zaoferowanej w tarczach antykryzysowych pomocy i doceniamy, że w ogóle jest, pozwoli nam na wegetację przez kolejne dwa–trzy miesiące, ale subwencję PFR także trzeba będzie rozliczyć. Masowo składaliśmy wnioski, łapiąc się brzytwy tylko po to, aby ratować firmy i chronić pracowników – mówi Paweł Montewka. – Dziś najpilniej potrzebujemy potraktowania nas w sposób, który uwzględnia naszą specyfikę. Pomoc ta powinna zostać rozłożona w dłuższej perspektywie niż dla innych branż.

Jak podkreśla, wiele z tych firm musiało już stanąć przed koniecznością restrukturyzacji, a część z nich już zwolniła pracowników – z powodu braku wystarczających środków na utrzymanie całych organizacji.

– Wielu z nas obniżyło naszym pracownikom pensje do najniższej krajowej. Dziś najpilniej potrzebujemy potraktowania nas jako ważnej gałęzi gospodarki, pomysłów jest wiele: odblokowanie kont VAT, umorzenie CIT/PIT, zamrożenie składek ZUS dla naszej branży o kolejny okres przestoju. Od banków oczekujemy zaś bezkosztowego wstrzymania kredytów i leasingów. Równie ważna jest też decyzja, od kiedy będzie można organizować, nawet w  ograniczonej formie, imprezy targowe, co pozwoli nam na utrzymanie się na minimalnym poziomie –  twierdzi prezes zarządu Pracowni Sztuk Plastycznych.

– Walczymy o termin odmrożenia targów w połowie sierpnia – wskazuje Grażyna Grabowska. – Grupa ekspertów z Polskiej Izby Przemysłu Targowego blisko współpracuje z Ministerstwem Rozwoju i Głównym Inspektorem Sanitarnym, przygotowując procedury i zasady, na których będzie można się oprzeć, organizując imprezy targowe na jesieni. Jesteśmy w stanie zastosować taki sam reżim sanitarny, jaki obecnie stosuje się w sklepach czy miejscach pracy, czyli m.in. obowiązek zachowania dystansu czy częstej dezynfekcji najczęściej dotykanych elementów, takich jak klamki, barierki czy poręcze.

Tymczasem przemysł targowy może pomóc podnieść się całej gospodarce po pandemicznym zamrożeniu, a kwestie bezpieczeństwa są możliwe do dopracowania. W przeciwieństwie do galerii handlowych czy restauracji organizatorzy targów mogą kontrolować wchodzących, znają ich z imienia i nazwiska, wiedzą, skąd przyjechali. Dlatego też branża apeluje najpierw o przywrócenie targów typu B2B, biznes dla biznesu, a dopiero później imprez dla konsumentów.

– Do tej pory Polska wiodła prym wśród krajów Europy Środkowej, jeśli chodzi o wielkość i jakość przygotowywanych imprez targowych. W ciągu roku odbywało się ponad 200 wydarzeń targowych, a są to tylko dane zebrane przez Polską Izbę Przemysłu Targowego – w rzeczywistości w ciągu roku było ich więcej – mówi Grażyna Grabowska, prezes zarządu Targów w Krakowie, operatora EXPO Kraków. – Na tych 200 wydarzeniach targowych spotykało się około 30 tys. firm, które oferowały swoje produkty, usługi czy współpracę, i przychodziło do nich po kilkanaście tysięcy zwiedzających na każdej imprezie.

W samym Krakowie odbywało się wiele renomowanych imprez, m.in. stomatologiczne targi Krakdent, Targi Elementów Złącznych i Technik Łączenia Fastener czy spotkanie branży winiarskiej Enoexpo. Niemożność organizacji targów oznacza nie tylko brak pracy dla zatrudnianych przy nich osób, lecz także brak możliwości nawiązania kontaktów biznesowych przez firmy, nieobecność gości w hotelach i restauracjach czy brak zleceń dla podmiotów aranżujących stoiska, nie tylko w Polsce, ale i za granicą.

– Te firmy często świadczyły usługi za granicą, zyskały bardzo wysoką pozycję w Niemczech, we Francji czy w Hiszpanii. Cały przemysł targowy liczy w Polsce około pół tysiąca firm, 50 tys. zatrudnionych pracowników, a jeszcze więcej współpracowników firm tworzących cały łańcuch dostaw – wylicza Grażyna Grabowska.

Według raportu Polskiej Izby Przemysłu Targowego w 2018 roku wiodący organizatorzy targów w Polsce poddający się audytowi CENTREX – Międzynarodowego Związku Statystyk Targowych zorganizowali ponad 200 targów, z udziałem niemal 1,6 mln zwiedzających i ponad 27 tys. wystawców, którzy zaprezentowali się na powierzchni targowej wielkości blisko 900 tys. mkw. Ponadto w Polsce wciąż organizowanych jest także około 200 mniej znaczących imprez targowych, niepoddających się audytowi według międzynarodowych standardów statystycznych.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/branza-targowa-chce,p1610105072

Szansą dla firm dotkniętych skutkami pandemii jest ekspansja zagraniczna. Teraz można wnioskować o unijne wsparcie związane z działalnością eksportową

Co czwarta firma ma trudności z regulowaniem zobowiązań, a 30 proc. z wyegzekwowaniem należności – wynika z badania „Sytuacja polskich przedsiębiorstw i rynku pracy po lockdownie”. Ponad 60 proc. przedsiębiorstw dotknął spadek zamówień. Szansą dla firm, które ucierpiały przez pandemię, może być zmiana modelu prowadzonej działalności czy ekspansja zagraniczna. Przedsiębiorców wspiera w tym PARP – na 800 tys. zł dofinansowania mogą liczyć np. firmy ze wschodu Polski.  

– Wszyscy doświadczamy teraz zmiany, również przedsiębiorcy. Czasami sytuacja może być bardzo trudna, warto zatem poszukiwać najróżniejszych rozwiązań. Może warto zweryfikować, czy dotychczasowy model prowadzenia działalności się sprawdził, może powinno się trochę zmienić styl działania, poszukać nowych rynków, kanałów dystrybucji czy też przeprowadzić zmiany organizacyjne w firmie – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Joanna Wójcicka, kierownik w Departamencie Internacjonalizacji Przedsiębiorstw PARP.

Z badania „Sytuacja polskich przedsiębiorstw i rynku pracy po lockdownie” przeprowadzonego na zlecenie Polskiego Instytutu Ekonomicznego i Polskiego Funduszu Rozwoju wynika, że 60 proc. firm notuje spadek przychodów. Spada też popyt, u blisko połowy z nich zmniejszył się on o 25 proc. Do tego co czwarte przedsiębiorstwo ma problemy z regulowaniem zobowiązań. Rozwiązaniem może okazać się wejście na zagraniczne rynki.

– Ekspansja zagraniczna jest dużą szansą dla polskich przedsiębiorstw. Doświadczenie płynące z realizacji konkursu Go to Brand pokazuje, że zainteresowanie promocją produktów za granicą jest bardzo duże, na co wskazuje ponad 1,5 tys. złożonych wniosków. Mamy również inne propozycje dla przedsiębiorców zainteresowanych szerszą gamą kosztów kwalifikowanych – wskazuje Joanna Wójcicka.

W konkursie „Wsparcie MŚP w promocji marek produktowych – Go to Brand”, który zakończył się w marcu br., przedsiębiorcy złożyli dokładnie 1575 wniosków o dofinansowanie na łączną kwotę 467 mln zł. To o 181 wniosków więcej wobec ubiegłorocznej edycji. Firmy w ramach konkursu mogły uzyskać dofinansowanie m.in. do kosztów związanych z udziałem w międzynarodowych wydarzeniach branżowych czy doradztwa w zakresie zdobywania nowych rynków dla innowacyjnych produktów za granicą.

– Kryzys, który dotknął wszystkie gałęzie gospodarki w Polsce, wymusił również wprowadzenie pewnych zmian. Nasze solidne podstawy i zasoby umożliwiły szybkie dostosowanie się, dzięki czemu uniknęliśmy niepotrzebnych strat. Dzięki wsparciu PARP oraz realizowaniu projektu dotyczącego internacjonalizacji oferty firmy Bauer Fitness na nowe rynki udało nam się zdecydowanie umocnić naszą pozycję na polskim i europejskim rynku –  mówi Tomasz Solecki, dyrektor handlowy w Bauer Fitness, które skorzystało z pomocy PARP. – Nasza stabilna pozycja stanowi również zabezpieczenie dla naszych partnerów i klientów w tych trudnych czasach.

Obecnie na dofinansowanie mogą liczyć przedsiębiorcy z Polski Wschodniej. Do konkursu mogą zgłosić się małe i średnie przedsiębiorstwa z województwa warmińsko-mazurskiego, podlaskiego, świętokrzyskiego, lubelskiego i podkarpackiego.

– W ramach tego działania możemy skorzystać z kompleksowych usług doradczych związanych zarówno z weryfikacją, w jaki sposób prowadzona jest działalność firmy, jak i co należy zrobić, aby skutecznie eksportować dany produkt, i czy ma on szanse na obcych rynkach. Część kosztów kwalifikowanych dotyczy bezpośrednio możliwości podjęcia działań na tych rynkach – wskazuje Joanna Wójcicka.

Konkurs PARP jest podzielony na dwie rundy. Nabór do pierwszej z nich potrwa do 28 maja, zaś wnioski w drugiej rundzie będzie można składać od 4 sierpnia do 7 września. Wsparcie może wynieść do 85 proc. wartości projektu, a dofinansowanie zależy od obszaru, który jest wskazany we wniosku o dofinansowanie jako rynek docelowy – 550 tys. zł w przypadku Europejskiego Obszaru Gospodarczego i Szwajcarii lub 800 tys. zł w przypadku pozostałych rynków.

– Warto skorzystać z pomocy doradczej dotyczącej zarówno stworzenia modelu biznesowego internacjonalizacji, jak również późniejszego doradztwa wdrożeniowego. Możemy dokonać pogłębionych analiz i poszukiwać kontrahentów. Można też otrzymać wsparcie na wyjazdy na targi, misje, wystawy czy skorzystać z pomocy na zakup środków trwałych – wymienia kierownik w Departamencie Internacjonalizacji Przedsiębiorstw PARP.

 


Unia Europejska - PARP

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/szansa-dla-firm,p901452133

Koronawirus spowoduje wzrost rynku rozwiązań chmurowych o 32 proc. w ciągu dwóch lat. Inwestycje już zaczynają się spłacać

Polski rynek usług chmurowych stanowi zaledwie 0,1 proc. globalnego, ale to właśnie w Polsce Microsoft zlokalizuje swoją wartą miliard dolarów inwestycję w tym zakresie. Tymczasem firmy, które zdecydowały się na wdrożenie chmury, notują oszczędności sięgające nawet 30 proc. Pandemia koronawirusa spowoduje wzrost światowego rynku rozwiązań chmurowych o 32 proc. w zaledwie dwa lata.

– Proces wdrażania rozwiązań chmurowych w Polsce przebiegał do tej pory wolniej niż w Europie Zachodniej. W tej chwili obserwujemy zwiększone zainteresowanie rozwiązaniami tego typu. Abstrahując od partykularnej przyczyny, to dobra wiadomość, ponieważ chmura sprzyja cyfrowej transformacji gospodarki. Główną barierą jest niestety brak kompetencji po stronie firm zainteresowanych przejściem do chmury i jednocześnie zbyt rzadkie sięganie po kompetencje zewnętrzne w tym zakresie – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Michał Paschalis-Jakubowicz, CEO Oktawave, największej polskiej chmury obliczeniowej.

Na początku maja amerykański gigant technologiczny Microsoft ogłosił, że zainwestuje miliard złotych w regionalne centrum przetwarzania danych w chmurze, które powstanie w Polsce. Projekt inwestycyjny ma trwać siedem lat. Dwa lata temu w naszym kraju z inicjatywy PKO Banku Polskiego i Polskiego Funduszu Rozwoju powstała natomiast Chmura Krajowa. Celem jej powstania miało być przyspieszenie cyfrowej transformacji w polskiej gospodarce. Okazuje się, że rozwiązania chmurowe pomagają przedsiębiorcom nie tylko zoptymalizować pracę, lecz także wypracować znaczne oszczędności, co jest szczególnie istotne w dobie pandemii koronawirusa.

– W firmach, w których wdrażamy chmurę z założeniem redukcji wydatków ponoszonych na IT, całkowity koszt korzystania z infrastruktury spada średnio o 30 proc. Jest to całkiem wysoki wynik, zwłaszcza że mówimy o dość stałym koszcie, jakim jest infrastruktura IT. W czasach pandemii firmy, które już teraz korzystają z rozwiązań chmurowych, są beneficjentami tego faktu. Przedsiębiorstwa działające w branży e-commerce, u których ruch ostatnio się zwiększył, korzystają ze skalowalności chmury i są w stanie ten ruch przenieść. Z kolei te firmy, których biznes został negatywnie dotknięty, korzystają ze skalowalności chmury w dół, więc mniejszy ruch oznacza dla nich mniejsze koszty – tłumaczy Michał Paschalis-Jakubowicz.

Według analityków MarketsandMarkets wpływ pandemii SARS-CoV-2 na rynek przetwarzania danych w chmurze doprowadzi do jego wzrostu z 233 mld dol. notowanych w 2019 roku do 295 mld dol. estymowanych na rok 2021 (raport „COVID-19 Impact on Cloud Computing Market by Service Type (Infrastructure as a Service (IaaS), Platform as a Service (PaaS) and Software as a Service (SaaS)), Vertical and Region – Global Forecast to 2021”). Głównym czynnikiem napędzającym rozwój rynku ma być wspieranie pracy zdalnej i konieczność przestawienia części biznesów na online.

Jednak przedsiębiorcy, którzy nie zdecydowali się na tego typu inwestycję przed wybuchem pandemii, teraz niechętnie wydają duże kwoty na wdrożenia.

– Wdrażając chmurę w obecnej sytuacji, warto zdecydować się na wsparcie zewnętrzne, które przeprowadzi nas przez proces migracji do niej w sposób znacznie bezpieczniejszy dla ciągłości naszego biznesu. Praca zdalna zostanie z nami na dłużej i w większym wymiarze, niż miało to miejsce do tej pory. Te czynniki powodują, że nadchodzą ciekawe czasy dla chmury, ponieważ jest ona najlepszym rozwiązaniem w trudnych dla biznesu okresach – przekonuje CEO Oktawave.

Z raportu Computerworld TOP200 Edycja 2019 wynika, że polski rynek usług chmurowych przekroczył w 2018 roku wartość 1 mld dol. Oznacza to jednak zaledwie 0,1 proc. rynku światowego. Tymczasem z najnowszego raportu IDC wynika, że 70 proc. firm planuje w tym roku zainwestować w rozwiązania chmurowe.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/koronawirus-spowoduje,p2058440776

Przez pandemię koronawirusa może zniknąć rynek krótkoterminowego najmu. Dla właścicieli mieszkań taka działalność stała się zbyt ryzykowna

Mimo chwilowych zawirowań pandemia SARS-CoV-2 nie powinna trwale wpłynąć na rynek długoterminowego najmu mieszkań. W Polsce wciąż utrzymuje się deficyt takich lokali, rynek przed pandemią był w fazie górki, a gospodarka rosła, podobnie jak dochody gospodarstw domowych. Dlatego też możliwe są spadki stawek czynszów, ale będą one krótkotrwałe. Większe zmiany mogą za to zajść na rynku najmu krótkoterminowego. Część właścicieli mieszkań wynajmowanych dotąd na doby spostrzeże, że jest to bardziej ryzykowne, i zmieni profil działalności.

– Rynek najmu krótkoterminowego w tej chwili praktycznie nie istnieje. Powstał za to rynek najmu średnioterminowego, czyli część osób, która dotychczas wynajmowała mieszkania na krótki termin, teraz umożliwia wynajem na okres ok. trzech miesięcy. Nie chcą ich wynajmować na rok lub dwa, wierząc, że wkrótce wrócą dobre czasy. To wydaje się taktyką dość trudną w realizacji, ponieważ niewielu najemców potrzebuje mieszkania na trzy miesiące. Większość chce jednak wynająć je na dobę, na tydzień lub na stałe. Mało kto wynajmie mieszkanie na kilka miesięcy, wiedząc, że za chwilę będzie musiał szukać kolejnego. Sam proces przeprowadzki jest zbyt męczący, żeby powtarzać go tak często – mówi Artur Kaźmierczak, partner zarządzający Grupy Mzuri.

Pandemia koronawirusa zachwiała rynkiem najmu mieszkań. Jak wynika ze statystyk grupy, o ile jeszcze w marcu liczba wynajmowanych lokali nie odbiegała od normy o tyle już w kwietniu spadła o około 50 proc. Około 10-krotnie zmniejszyła się także liczba telefonów od potencjalnych najemców, ale z drugiej strony większa ich część kończy się podpisaniem umowy. Rośnie również odsetek przedłużonych umów najmu. W przypadku Mzuri w kwietniu br. wyniósł on 73 proc. już w pierwszym tygodniu miesiąca (dla porównania, w kwietniu 2019 roku wyniósł 75 proc. w całym miesiącu).

– To, czy i jak rynek najmu długoterminowego zmieni się w długim okresie, będzie uzależnione od tego, jak generalnie zmieni się nasza gospodarka. Nie sądzę, by w  długim okresie zmieniło się wiele. Być może taką trwałą zmianą będzie to, że część ludzi przywyknie do pracy z domu, część korporacji przestawi się na pracę zdalną i pojawi się trend rezygnacji z najmu tych najmniejszych mieszkań. Jednak nie sądzę, żeby w innych aspektach długoterminowy wpływ pandemii był bardzo duży – mówi Artur Kaźmierczak.

Jak prognozuje, największe zmiany mogą zajść na rynku najmu krótkoterminowego. Część właścicieli mieszkań wynajmowanych dotąd na doby spostrzeże, że ta działalność jest bardziej ryzykowna niż najem długoterminowy, i zmieni profil w tym kierunku.

– Mieszkania, które były wynajmowane na dobę, łatwo mogą być przekształcone na potrzeby najmu długoterminowego. Z reguły są lepiej wyposażone i wykończone niż lokale długoterminowe. Część właścicieli takich mieszkań dostrzeże, że najem długoterminowy jest dużo mniej ryzykowny, i trwale zostawi swoje mieszkania na tym rynku – ocenia partner zarządzający Grupy Mzuri.

Ze statystyk grupy wynika jednak, że jak dotąd na rynek nie wpłynęła duża liczba mieszkań wcześniej przeznaczonych na najem dobowy. Wyjątkiem są trzy lokalizacje: warszawskie Śródmieście, okolice Starego Miasta w Krakowie oraz gdańskie Główne Miasto. Takie lokale z najmu dobowego są z reguły wykończone w wysokim standardzie, a jednocześnie często oferowane po stawkach obniżonych o ok. 10–15 proc. względem przeciętnych stawek rynkowych.

Grupa prognozuje jednak, że w dłuższej perspektywie wpływ konkurencji ze strony mieszkań na wynajem krótkoterminowy na cały rynek będzie ograniczony. Wynika to m.in. z faktu, że stanowią one małą część całego rynku (ok. 2–2,5 proc.). Na około 30–50 tys. mieszkań na doby przypada ok. 1–1,1 mln lokali oferowanych na długi okres.

Partner zarządzający Mzuri podkreśla też, że na tę chwilę trudno wyrokować, jak zmienią się ceny i czynsze najmu. Krótkoterminowo można spodziewać się spadków, ale z drugiej strony rynek przed pandemią był w fazie górki, gospodarka rosła, podobnie jak dochody gospodarstw domowych, a w Polsce wciąż utrzymuje się duży deficyt mieszkań na wynajem. Dlatego po krótkotrwałych spadkach sytuacja powinna wrócić do normy, jeżeli ograniczenia związane z pandemią koronawirusa nie będą się przedłużać.

– Poziom pustostanów zależy od dwóch–trzech czynników. Pierwszym z nich jest to, czy imigranci, którzy wyjechali z Polski, wrócą i będą chcieli zostać. Drugim czynnikiem jest to, jak będzie wyglądał kolejny rok akademicki, czy studenci będą we wrześniu szukać mieszkań, żeby wynająć je od października, czy też będą uczyć się zdalnie i nie będą potrzebować mieszkań w dużych miastach. Trzeci czynnik to poziom bezrobocia i generalna sytuacja ekonomiczna, która warunkuje to, czy ludzi stać, aby w ogóle wynająć mieszkanie. Trzeba jednak zauważyć, że banki już znacząco zaostrzyły politykę kredytową, w związku z czym dostępność kredytów hipotecznych jest mniejsza, trudniej jest kupić mieszkanie na własność. Z kolei w warunkach dużej niepewności ludzie też odwlekają tak poważne zakupy jak inwestycja we własne mieszkanie – wskazuje Artur Kaźmierczak.

Statystyki grupy wskazują, że jak na razie na rynku nie nastąpiły spadki czynszów, nie widać też presji najemców na obniżenie stawek. W marcu Grupa Mzuri rozłożyła na raty spłatę czynszu tym najemcom, którzy wpadli w kłopoty z powodu pandemii, ale nie miało to charakteru masowego. O działania pomocowe (np. zawieszenie, obniżkę czynszu) wystąpiło raptem ok. 8 proc. najemców, przy czym łączna wartość wnioskowanej pomocy stanowiła zaledwie ok. 0,6 proc. całości czynszów należnych za kwiecień.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/przez-pandemie,p1374573036