Pandemia przyspiesza rozwój w biometrii. Czeka nas wysyp bezdotykowych technologii wspieranych przez sztuczną inteligencję [DEPESZA]

Z najnowszych analiz ekspertów ABI Research wynika, że pandemia koronawirusa przyczyni się do spadku dochodu ze sprzedaży urządzeń biometrycznych w 2020 roku o 2 mld dol. Korzystanie z dotykowych interfejsów weryfikacji tożsamości w dobie pandemii zwiększa ryzyko rozprzestrzenienia się wirusa, dlatego na popularności zyskają zabezpieczenia biometryczne wykorzystujące bezdotykowe systemy wizyjne wspierane sztuczną inteligencją.

Pandemia koronawirusa wymusza zmiany w wielu branżach. Jedną z nich jest biometria, której technologia polegała do tej pory zwykle na kontakcie palca ze skanerem. W dobie pandemii takie rozwiązania, stosowane m.in. na lotniskach, mogą zwiększyć ryzyko rozprzestrzeniania się wirusa.

– Kontaktowe technologie biometryczne, takie jak identyfikacja odcisków palców czy żył, muszą się mierzyć z poważnymi spadkami z powodu nowych przepisów rządowych dotyczących kontaktów i interakcji w bliskiej odległości. Producenci technologii biometrycznych walczą o utrzymanie nowych, rygorystycznych zasad higieny i kontroli zakaźnej. Przepisy te zostały wprowadzone dla bezpieczeństwa użytkowników i personelu, ale wpłynęły również na sprzedaż w niektórych branżach – wyjaśnia Dimitrios Pavlakis, analityk ds. bezpieczeństwa cyfrowego w ABI Research.

Zagadnieniem funkcjonowania systemów biometrycznych w erze post-COVID-owej zainteresowali się m.in. specjaliści z Biometric Institute, zrzeszającego przeszło 240 organizacji wyspecjalizowanych w zabezpieczeniach biometrycznych. Efektem prac ekspertów instytutu jest raport „COVID-19: Effective and responsible biometrics solutions and concepts in a time of pandemic – building a resilient response”. Wyznacza on strategię rozwoju tej branży i opisuje problemy, z którymi w najbliższym czasie będą zmagać się eksperci ds. cyberbezpieczeństwa. Jednym z najważniejszych spostrzeżeń zawartych w raporcie jest konieczność rozwoju technologii rozpoznawania twarzy. Instytut liczy także na upowszechnienie bezstykowych metod analizy odcisków palców.

W upowszechnieniu nowych narzędzi biometrycznych mogą pomóc m.in. inwestycje w publiczne systemy bezpieczeństwa. Dobrym przykładem takich działań jest współpraca rosyjskiego rządu z chińską firmą Hikvision, która dostarczy oprogramowanie do rozpoznawania twarzy na potrzeby systemu miejskiego monitoringu. Narzędzie analizuje w czasie rzeczywistym twarze mieszkańców Moskwy i porównuje je z bazą pandemiczną, aby wyłapać osoby, które łamią zasady kwarantanny.

– Firmy zajmujące się inteligentną biometrią dostosowują się do zagrożenia biologicznego. Technologie biometryczne przechodzą obecnie ewolucję wymuszoną zamiast organicznej, a firmy biometryczne zajmujące się sztuczną inteligencją są liderami. Nowe zastosowania internetu rzeczy i inteligentnych miast umożliwią monitorowanie infekcji w czasie rzeczywistym, a nawet wdrożenie behawioralnych modeli sztucznej inteligencji do przewidywania nowych epidemii – wskazuje Dimitrios Pavlakis.

Amerykański Narodowy Instytut Standaryzacji i Technologii (NIST) prowadzi z kolei szeroko zakrojone testy bezstykowych czytników linii papilarnych, które mogłyby trafić do komercyjnego użytku. Ze wstępnych badań wynika, że żaden z testowanych skanerów nie wykazuje zadowalającej skuteczności w rozpoznawaniu linii papilarnych pojedynczego palca (60–70 proc.) Za to jedna z technologii oparta na skanie wielu palców cechuje się wysoką skutecznością rzędu 99,5 proc., podobną do klasycznych skanerów dotykowych. W raporcie „Interoperability Assessment 2019: Contactless-to-Contact Fingerprint Capture” opracowanym przez NIST dane producentów skanerów zanonimizowano, ale zastrzeżono, że wszystkie przebadane technologie są dostępne na rynku komercyjnym co najmniej od maja 2019 roku.

Według ekspertów z ABI Research w 2020 roku wartość globalnego rynku rozwiązań biometrycznych wyniesie 28,2 mld dol.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/pandemia-przyspiesza,p17862244

Ministerstwo Finansów planuje wprowadzenie wirtualnych kas fiskalnych w branży gastronomicznej, hotelarskiej i transportowej. Eksperci spodziewają się powiększenia szarej strefy

Możliwość stosowania wirtualnych kas fiskalnych, zgodnie z projektem rozporządzenia Ministerstwa Finansów, miała mieć tylko branża transportowa, ale w maju rozszerzono katalog podmiotów również o branżę gastronomiczną, hotelarską i handlu węglem. – Nie powinniśmy zaczynać od takich wrażliwych podatkowo sektorów – podkreślają eksperci. Ich zdaniem wprowadzenie wirtualnych kas rodzi pole do nadużyć i unikania rejestracji transakcji, co może prowadzić do wzrostu szarej strefy i zmniejszenia wpływów z VAT do budżetu. Ze względu na łatwość ingerencji w oprogramowanie rośnie też ryzyko wycieku danych i szpiegostwa gospodarczego.

Kasy wirtualne mają być alternatywą dla użytkowanych dotychczas kas rejestrujących. W przeciwieństwie do nich wirtualna kasa nie wymaga zakupu sprzętu. Wystarczy oprogramowanie, które można zainstalować na dowolnym urządzeniu, np. na telefonie, tablecie czy laptopie.

– Przed rokiem w nowelizacji ustawy o podatku od towarów i usług nieopatrznie, nawet bezrefleksyjnie, dopisano do kas rejestrujących online możliwość stosowania również tzw. kas online niesprzętowych. Kasy online, połączone z tzw. Centralnym Repozytorium Kas, na bieżąco raportują do Ministerstwa Finansów, a jednocześnie zachowują dane dotyczące przeprowadzonych transakcji we własnej pamięci. Jednak rok temu dopisano możliwość, żeby kasa online była kasą nieistniejącą, czyli aplikacją – mówi agencji Newseria Biznes prof. Witold Modzelewski, prezes Instytutu Studiów Podatkowych.

To budzi szereg zastrzeżeń wśród ekspertów. 

– Wprowadzenie wirtualnych kas fiskalnych będzie oznaczało chaos. Nie będzie wiadomo, kto i jak rejestruje te dane, nie będą one również wysyłane do Ministerstwa Finansów. Największy chaos będzie panował w Krajowej Administracji Skarbowej, ponieważ w tej chwili urzędy skarbowe, które prowadzą czynności sprawdzające, dokładnie wiedzą, co mogą sprawdzić, mogą zidentyfikować urządzenie i mają pełne dane. W przypadku wprowadzenia kas wirtualnych nikt nie będzie w stanie ich skontrolować. Poza tym, czy oprogramowanie, które może wyglądać dokładnie tak samo jak kasa software’owa, faktycznie nią będzie? – pyta Marcin Monkiewicz, prezes Organizacji Pracodawców Branży Fiskalnej.

Bez względu na rodzaj kasy przed rozpoczęciem jej użytkowania konieczne jest przeprowadzenie fiskalizacji i uzyskanie numeru ewidencyjnego. W przypadku kas online dzieje się to automatycznie, nie ma potrzeby zgłaszania jej do urzędu skarbowego jak w przypadku zwykłej kasy fiskalnej.

– Możemy na przykład zgubić telefon, na którym zainstalowana jest kasa, i co wtedy? Jak będziemy do tego podchodzić, skoro kasa nie będzie cały czas podłączona do repozytorium i nie będzie wysyłała danych? Co, jeśli kasa się sformatuje albo wirus zaatakuje dysk twardy? – zastanawia się prezes OPBF.

Problemem jest także bezpieczeństwo cyfrowe tego oprogramowania i ryzyko wycieku danych.

– Idąc krok dalej, trzeba się zastanowić nad możliwością wykorzystania takiego oprogramowania do szpiegostwa gospodarczego – ponieważ nie będziemy mieć pewności, jakie intencje miał twórca aplikacji – podkreśla Marcin Monkiewicz. – Poza tym, co w przypadku, kiedy kupimy kasę wirtualną, której twórca popełnił błąd? Mimo że to oprogramowanie będzie certyfikowane przez Główny Urząd Miar, może się okazać, że coś zostało niedopatrzone. Takie rzeczy się zdarzają. Czy wtedy podatnik będzie odpowiadał za błędy konstrukcyjne programu?

Z założenia wirtualne kasy fiskalne, ze względu na łatwą dostępność i obniżenie kosztów, miały zachęcić przedsiębiorców do wyjścia z szarej strefy. Zdaniem ekspertów może być jednak zupełnie inaczej.

– Przedsiębiorcy, którzy będą chcieli wyjść z szarej strefy za pomocą nieistniejących kas rejestrujących, czyli wirtualnych, zrobią to. To nie oni są problemem. Problemem są ci, którzy działają w złej wierze – ocenia prof. Witold Modzelewski .

Na zdrowy rozsądek Ministerstwo Finansów powinno być ostatnim podmiotem zainteresowanym, żeby kasy wirtualne wprowadzać szybko i na dużą skalę – mówi dr Marian Szołucha z Instytutu Prawa Gospodarczego.

Wirtualne kasy mogą więc oznaczać rozszczelnienie systemu rejestracji sprzedaży, a tym samym wzrost szarej strefy.

 To urządzenie pozwala ukryć przed kontrolerem fakt sprzedaży nieopodatkowanej. Czyli nic nie udowodnimy nawet temu, który będzie działał w złej wierze, a to znaczy, że będzie bezkarny – podkreśla prof. Witold Modzelewski. – Raz utracone pieniądze przez państwo, czyli raz niezapłacone podatki, są stratami bezpośrednimi i przede wszystkim bezpowrotnymi. Nigdy tych pieniędzy nie odzyskamy, to nie jest moment na taki eksperyment.

Ministerstwo Finansów podkreślało, że ze względu na to ryzyko pilotaż powinien być przeprowadzony na małej grupie podatników. Początkowo miała być to tylko branża transportowa, ale w maju resort rozszerzył katalog o sektory: gastronomiczny, hotelarski i handlu węglem. Tymczasem tylko w gastronomii szarą strefę szacuje się na 1–2 mld zł rocznie. Po wprowadzeniu wirtualnych kas fiskalnych skala ta może być znacznie większa. Jak wynika z danych Krajowej Izby Gospodarczej Elektroniki i Telekomunikacji, w dużych sieciach restauracji poziom szarej strefy sięga 5 proc. Tam, gdzie proces sprzedaży jest mniej sformalizowany, czyli np. w pojedynczych punktach gastronomicznych, nierejestrowane transakcje mogą odpowiadać nawet za połowę obrotów.

– Branża hotelarska, restauracyjna i cateringowa uważana jest przez samą administrację skarbową za wrażliwą. Wprowadzenie kas wirtualnych w takim trybie daje zielone światło do kolejnych nadużyć – mówi Stefan Kamiński, prezes Krajowej Izby Gospodarczej Elektroniki i Telekomunikacji.

Jak podkreślają eksperci, początkowo tego typu kasy powinny być przeznaczone dla branż, które do tej pory nie były objęte kasami fiskalnymi. Obszarem do przetestowania kas wirtualnych może być sprzedaż z automatów, sprzedaż internetowa czy przejazdy przy wykorzystaniu aplikacji.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/ministerstwo-finansow,p24497504

Pandemia sprzyja większej brawurze na drogach. Bezpieczeństwo mają poprawić wyższe kary i ograniczniki prędkości w samochodach

Z powodu koronawirusa na niektórych drogach krajowych liczba aut spadła nawet o 80 proc. W czasie pandemii Polacy jeżdżą mniej, za to bardziej niebezpiecznie – tylko od 24 kwietnia do 6 maja w wypadkach zginęło 76 osób, czyli średnio sześć–siedem dziennie. Najczęstszą przyczyną wypadków jest nadmierna prędkość, bo puste ulice zachęcają do większej brawury. O bezpieczną jazdę apelują producenci samochodów. Volvo wprowadza automatyczne ograniczenie prędkości we wszystkich swoich autach do 180 km/h. Kierowca będzie też mógł zaprogramować dodatkowe ograniczenia prędkości maksymalnej.

– Podczas pandemii koronawirusa wyraźnie widać zmniejszenie ruchu drogowego, w związku z czym spadła liczba wszystkich wypadków, w tym także ofiar śmiertelnych. Jednak stosunek ofiar śmiertelnych do łącznej liczby wypadków niestety wzrósł. Czyli mamy mniej wypadków, ale jeśli się już wydarzą, najczęściej mają bardziej tragiczne skutki – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Stanisław Dojs, PR Manager w Volvo Car Poland.

Z danych GDDKiA wynika, że w okresie od 9 marca do 17 maja natężenie ruchu drogowego było mniejsze o 53 proc. niż w analogicznym okresie 2019 roku. Największy spadek nastąpił w okolicach Wielkanocy – ok. 80 proc. w stosunku do ubiegłorocznych danych. Spada też liczba wypadków. O ile w marcu 2019 roku w Polsce odnotowano 2079 wypadków drogowych, w których zginęło 189 osób, o tyle w 2020 roku w tym samym okresie wypadków było o 33 proc. mniej – 1423. Zginęło w nich natomiast 155 osób, czyli jedynie o 18 proc. mniej niż w roku ubiegłym.

Puste drogi zachęcają do większej brawury, przyczyną wypadków jest więc przede wszystkim nadmierna prędkość. Od dłuższego czasu kolejni producenci decydują się na ograniczenie prędkości maksymalnych wybranych modeli. Firma Volvo Cars poszła o krok dalej.

Zdecydowaliśmy się na wprowadzenie ograniczenia prędkości w swoich samochodach. To elektroniczny ogranicznik do 180 km/h, czyli prędkości, która jest znacznie powyżej dopuszczalnej w większości krajów europejskich, w Polsce też. To czytelny sygnał, że jako marka chcemy wziąć odpowiedzialność za zwiększenie bezpieczeństwa na drodze i choć niewielu kierowców w Europie decyduje się na jeżdżenie tak szybko, to my wysyłamy sygnał: koniec wyścigów na drodze – podkreśla Stanisław Dojs.

Wszystkie nowe modele Volvo mają mieć wbudowany ogranicznik prędkości. Choć decyzja producenta podzieliła kierowców, to koncern tłumaczy, że w ten sposób chce walczyć o ograniczenie śmiertelnych ofiar wypadków drogowych oraz ciężko rannych.

– Legislacja poszczególnych państw unijnych skłania kierowców do tego, żeby bardziej odpowiedzialnie korzystać z samochodów i żeby ograniczać prędkość – wskazuje przedstawiciel Volvo Car Poland.

Jak przekonuje, tylko niewielka liczba kierowców będzie próbowała demontować ogranicznik. Wpływ na to będą mieć nowe przepisy.

– Od 1 lipca 2020 roku w Polsce za przekroczenie prędkości o ponad 50 km/h poza terenem zabudowanym będzie czasowo zabierane prawo jazdy. Na autostradzie będziemy mogli stracić prawo jazdy za przekroczenie 190 km/h, na drodze ekspresowej za ponad 170 km/h, a na drodze krajowej – ponad 140 km/h. Zatem po zdjęciu naszej blokady nic nie zyskamy – ocenia ekspert.

Każdy samochód Volvo, oprócz ograniczenia prędkości do 180 km/h, będzie wyposażony w funkcję Care Key, dzięki której jego właściciel będzie mógł zaprogramować dodatkowe ograniczenia prędkości maksymalnej w przypadku, gdy np. pożyczy samochód innemu użytkownikowi.

Volvo pracuje też nad kolejnymi rozwiązaniami, które mają zwiększyć bezpieczeństwo na drogach i  wyeliminować kierowców wsiadających za kółko pod wpływem alkoholu czy środków zaburzających koncentrację. Mają być wprowadzane w przyszłości we wszystkich modelach samochodów.

– Będą to systemy monitorujące aktywność oczu kierowcy – czy są skierowane na drogę, czy ich ruch wskazuje na jego koncentrację. Jeżeli kierowca straci przytomność, osunie się na fotelu, te systemy będą w stanie zareagować, zatrzymać bezpiecznie samochód i sprawić, że nie dojdzie do najtragiczniejszych wypadków – zapowiada Stanisław Dojs.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/pandemia-sprzyja-wiekszej,p1939450740

Pandemia przyspiesza robotyzację polskich firm. Ludzie są coraz częściej zastępowani przez maszyny [AUDIO]

Firmy rozszerzają sposób korzystania z robotów w celu zwiększenia dystansu społecznego i zmniejszenia liczby pracowników, którzy muszą fizycznie przyjść do pracy. Roboty są również stosowane do wykonywania zadań, których pracownicy nie mogą realizować zdalnie. W Polsce obecnie na 10 tys. zatrudnionych przy produkcji przemysłowej przypadają zaledwie 42 roboty. W sektorze bankowym, ubezpieczeniowym i telekomunikacyjnym należymy już jednak do europejskiej czołówki.

– Im większy kryzys gospodarczy, tym szybsza robotyzacja. Te zawirowania makroekonomiczne spowodują, że firmy zaczną szukać sposobów na optymalizację kosztów, zastąpią więc pracowników pewnymi rozwiązaniami informatycznymi i naturalnie będą to roboty – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje prof. Andrzej Sobczak ze Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie.

Firmy rozszerzają sposób korzystania z robotów. Pozwala to zwiększyć dystans społeczny i zmniejszyć liczbę pracowników, którzy muszą fizycznie przyjść do pracy. Roboty są również stosowane do wykonywania zadań, których pracownicy nie mogą realizować zdalnie. Amerykański Walmart używa ich do mycia podłóg. Roboty w Korei Południowej były wykorzystywane do pomiaru temperatur i dystrybucji środków dezynfekujących ręce.

W związku z koronawirusem do 2021 roku mogą być konieczne dalsze środki dystansowania społecznego, tym samym zwiększy się zapotrzebowanie na roboty.

– Pojawienie się SARS-CoV-2 może być przez wiele firm potraktowane jako przyczynek do rozważenia wdrożenia robotyzacji. Roboty nie chorują, nie chodzą na zwolnienia, nie trzeba zamykać firmy. Koronawirus może być czynnikiem wyzwalającym wdrożenie robotów w firmie, a przynajmniej pokazującym na poziomie zarządu, że jest taka alternatywa – podkreśla prof. Andrzej Sobczak. – Wiele firm, które się wahało, czy wdrażać robotyzację, może teraz przyspieszyć podjęcie finalnego wyboru – wskazuje ekspert.

Już teraz widać, że firmy produkujące środki czyszczące i odkażające odnotowały wzrost popytu. Duński UVD Robots, który produkuje roboty dezynfekujące światłem ultrafioletowym, wysłał setki maszyn do szpitali w Chinach i Europie.Także sieci spożywcze i restauracje coraz częściej korzystają z robotów. Sieci fast foodów, takie jak McDonald’s, testują roboty-kucharzy. Z kolei w magazynach Amazonu i Walmartu roboty były już używane do poprawy wydajności. Wybuch COVID-19 spowodował, że obie firmy chcą zwiększyć ich wykorzystanie do sortowania, pakowania i wysyłki towarów.

Międzynarodowa Federacja Robotyki wskazuje, że w Polsce na 10 tys. zatrudnionych przy produkcji przemysłowej przypadają średnio 42 roboty. Europejska średnia to zaś 114. Polska ma więc sporo do nadrobienia,  jednak nie we wszystkich branżach.

– W wykorzystaniu robotów w sektorze bankowym, ubezpieczeniowym i telekomunikacyjnym jesteśmy zdecydowanie bardziej zaawansowani. Średnio z badań wychodzi nam, że liderzy w tym  obszarze w Polsce mają od 30 do 50 robotów. Są też podmioty, które mają powyżej 100 robotów – wskazuje badacz z SGH.

Naukowcy z Oxford Economics szacują, że do 2030 roku roboty zabiorą 20 mln etatów. Międzynarodowa Federacja Robotyki podaje zaś, że w ciągu pięciu lat (2013–2018) globalna liczba wykorzystywanych robotów wzrosła o ok. 65 proc. – do 2,4 mln sztuk. Jednocześnie badania przeprowadzone przez OECD pokazują, że firmy, które skutecznie stosują technologię, są 10-krotnie bardziej wydajne niż te, które tego nie robią. Przedsiębiorstwa są jednak coraz lepiej przygotowane do robotyzacji, dla większości z nich – także polskich – to naturalny rozwój.

– Tempo wdrażania robotyzacji jest uzależnione od wcześniejszego przygotowania firm. Jeżeli przedsiębiorstwo nie działa procesowo, ma złej jakości dane, to wdrożenie robotyzacji jest projektem długotrwałym, ponieważ trzeba najpierw przygotować do tego organizację. Jednak jeżeli firma myśli procesowo, to robotyzacja może być zrealizowana w perspektywie kilku–kilkunastu tygodni i może bardzo szybko przynosić pierwsze rezultaty biznesowe – przekonuje prof. Andrzej Sobczak.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/pandemia-przyspiesza,p19199038

Rzecznik MŚP: Gospodarce potrzebne jest całkowite otwarcie już od 1 lipca. Budżet dłużej nie wytrzyma finansowania tarczy dla przedsiębiorców

– Całkowite otwarcie gospodarki 1 lipca jest nie tylko możliwe, ale wręcz niezbędne – przekonuje Adam Abramowicz, Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców. Zamrożona gospodarka oznacza katastrofę dla budżetu, bo wydatki publiczne na pomoc firmom rosną, a wpływy są mniejsze niż zwykle. – Każdy kolejny dzień zamknięcia to 1 mld zł straty dla budżetu – podkreśla. Dłuższe utrzymywanie takiej sytuacji może oznaczać, że bezrobocie znacząco wzrośnie, a wiele firm straci szanse na ratunek przed bankructwem, nawet z pomocą rządu w ramach tarczy antykryzysowej lub finansowej.

Musimy nauczyć się żyć z wirusem. On będzie nam towarzyszył przez dłuższy czas – mówi agencji Newseria Biznes Adam Abramowicz, Rzecznik MŚP. – Nie możemy czekać półtora roku czy nawet dwa lata na opracowanie szczepionki, ponieważ utrzymywanie zamrożonej gospodarki przez tak długi okres będzie miało katastrofalne skutki dla budżetu państwa i społeczeństwa. Państwo musi funkcjonować, a każdy kolejny dzień ograniczeń w działalności firm to jest miliard złotych straty dla budżetu.

Wpływy do budżetu są ograniczone, za to wydatki rosną. Poza normalnym funkcjonowaniem administracji i służby zdrowia dochodzą jeszcze koszty pomocy przedsiębiorcom i pracownikom.

– Nie możemy cały czas wypłacać pieniędzy z budżetu, bo musimy utrzymać służbę zdrowia, administrację, policję, wojsko, szkoły, budować drogi. W związku z tym wypłacanie ich w nieskończoność jest niemożliwe – mówi. Zamiast dalszej pomocy finansowej dla firm większy sens mają ułatwienia gospodarcze dla przedsiębiorców, ewentualnie wsparcie płynności poprzez szybszy zwrot VAT-u lub zawieszenie działania płatności podzielonej. Sugerowałbym działania, które nie mają bezpośrednich finansowych skutków i nie obciążają budżetu państwa, ale pozwalają przedsiębiorcom ograniczyć koszty i kontynuować działalność tak, żeby znów mogli płacić podatki i zasilać budżet.

Proces otwierania gospodarki przebiega w czterech etapach. Od 18 maja jest realizowany trzeci etap, w którym odmrożone zostają salony kosmetyczne, fryzjerskie, gastronomia, a w ograniczonym zakresie wydarzenia sportowe i edukacja. Rząd nie podał jeszcze daty rozpoczęcia ostatniego, czwartego etapu. Będzie on uzależniony od oceny sytuacji epidemiologicznej w kraju, której co tydzień dokonuje Ministerstwo Zdrowia, a w szczególności od przyrostu liczby zachorowań, wydajności służby zdrowia oraz realizacji wytycznych sanitarnych.

Jak podkreśla Adam Abramowicz, odmrażanie gospodarki powinno odbywać się z zachowaniem zasad bezpieczeństwa, zarówno dla pracowników firm, jak i dla klientów. Przedsiębiorstwa potrzebują jasnych reguł, realnych do wdrożenia, które umożliwią im powrót do normalności.

Przykładem mogą być otwarte od poniedziałku zakłady fryzjerskie czy restauracje. Jeżeli ograniczenia podyktowane bezpieczeństwem nie pozwolą na obsłużenie takiej liczby klientów, żeby sfinansować koszty i utrzymać firmę, to taki plan odmrażania gospodarki będzie wylaniem dziecka z kąpielą – wyjaśnia.

Zdaniem Rzecznika MŚP narzędzia, które są przewidziane w ramach tarczy antykryzysowej i finansowej, w zdecydowanej większości spełniają swoją rolę. Choć jest grupa przedsiębiorstw, która nie załapie się na wsparcie, więc możliwe, że potrzebne będą dodatkowe środki dla najbardziej dotkniętych branż. Zdarzające się trudności w uzyskaniu pomocy finansowej wynikają raczej z obłożenia administracji.

– Otrzymuję sygnały, że część firm jeszcze nie otrzymała pieniędzy na konta, ale zakładam, że to efekt obciążenia formalnościami oddziałów ZUS czy urzędów pracy, które mają braki kadrowe. Z taką sytuacją mamy do czynienia szczególnie w dużych miastach, gdzie wniosków jest bardzo dużo, a część pracowników jest na urlopach i opiekuje się dziećmi, więc brakuje rąk do pracy. Spodziewamy się, że urzędy uporają się z tym w najbliższym czasie i pieniądze trafią do firm. Pomoc państwa powinna być prosta, szybka, skuteczna i jak najmniej zbiurokratyzowana – sugeruje Adam Abramowicz

Przedsiębiorcy dobrze oceniają funkcjonowanie tarczy finansowej Polskiego Funduszu Rozwoju – procedura składania wniosku jest zautomatyzowana i prowadzona przez bank, a wypłata subwencji następuje szybko. Jak oszacowało Biuro Rzecznika MŚP, w początkowym okresie ok. 30 proc przedsiębiorców nie uzyskało akceptacji wniosku. Po interwencji biura Polski Fundusz Rozwoju wprowadził procedurę odwoławczą i wątpliwości są wyjaśniane na bieżąco.

Po trzech tygodniach od uruchomienia tarczy finansowej PFR, czyli do 20 maja, subwencje otrzymało ponad 150 tys. firm. W sumie na konta przedsiębiorców trafiło 31 mld zł – mikrofirmy otrzymały łącznie 9 mld zł, a małe i średnie przedsiębiorstwa – 22 mld zł. Z kolei w ramach tarczy antykryzysowej do 13 maja do przedsiębiorców trafiło 8,27 mld zł, w tym m.in. 2,6 mld zł jako mikropożyczki, 2,84 mld zł na ochronę miejsc pracy z Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych, 642 mln zł jako świadczenia postojowe dla samozatrudnionych i zleceniobiorców, 583 mln zł na dofinansowania wynagrodzeń pracowników z Europejskiego Funduszu Społecznego oraz 1,6 mld zł jako zwolnienie z obowiązku opłacenia składek ZUS.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/rzecznik-msp-gospodarce,p741167594

Kłopoty amerykańskiego rynku pracy odbiją się rykoszetem także na polskich firmach. Powrót do normalności zajmie co najmniej cztery–sześć kwartałów

W Stanach Zjednoczonych na zasiłku dla bezrobotnych jest 25 mln osób. Co tydzień przybywa ich kilka milionów. Tylko w ubiegłym tygodniu pojawiło się prawie 2,5 mln nowych zgłoszeń. Jednak gigantyczny pakiet stymulacyjny i elastyczność amerykańskiego rynku pracy, a także ogólna siła gospodarki USA oraz dolara powinny pomóc przetrwać Amerykanom najgorszy okres. – Powrót do stanu sprzed pandemii zajmie co najmniej rok–półtora, ale te szacunki są jednak obarczone dużym ryzykiem – mówi ekonomista Paweł Cymcyk.

 Najnowsze dane z amerykańskiego rynku pracy są fatalne, a wręcz katastrofalne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Cymcyk, główny ekonomista DNA Rynków. – Dla porównania słabe dane z poprzednich recesji to było mniej więcej 700–800 tys. bezrobotnych w skali miesiąca, a teraz to są miliony. Jest to pochodną lockdownu, ale też tego, że amerykański rynek pracy jest bardzo elastyczny. Można tam bardzo szybko zwolnić pracownika, można też go bardzo szybko zatrudnić. Przedsiębiorcy nie czekali na rządowe programy pomocowe, tylko jednym cięciem postanowili pozbyć się wszystkich osób, które nie są absolutnie krytyczne dla prowadzenia biznesu.

Pierwszym szokiem dla rynków był odczyt opublikowany 26 marca, gdy okazało się, że w poprzednim tygodniu wnioski o zasiłki dla bezrobotnych złożyło niemal 3,3 mln osób, podczas gdy rynek spodziewał się miliona. Jeszcze tydzień wcześniej przyrost był ponaddziesięciokrotnie niższy. Tydzień później odnotowano już prawie 6,9 mln nowych zgłoszeń przy prognozie na poziomie 3,5 mln. W poprzednim tygodniu przybyło 2,5 mln bezrobotnych. Choć liczba zgłoszeń systematycznie spada, to wciąż rzeczywiste odczyty przekraczają prognozy. W kwietniu stopa bezrobocia wzrosła do 14,7 proc. z 4,4 proc. w marcu. Na zasiłku jest już ponad 25 mln osób. Średnia płaca wzrosła jednak o 7,9 proc. rok do roku.

– Widać, że zwolnienia dotknęły najgorzej zarabiających Amerykanów, i można sądzić, że skierowana do nich pomoc rządowa może rzeczywiście pomóc przejść amerykańskiej gospodarce przez kryzys w miarę suchą stopą. Jednak jeżeli nie wrócą oni do pracy, rządowa administracja nie będzie mogła utrzymywać tej rzeszy bezrobotnych, oni przestaną kupować i wtedy cały łańcuch ekonomicznych zależności pociągnie większość firm na dno – przewiduje Paweł Cymcyk. – Amerykański konsument sam w sobie stanowi 15–17 proc. światowego PKB. Gdy w jednym momencie znika tak duża konsumpcja, to uderza w większość firm, sektorów i gospodarek, także polską.

Pod koniec marca Izba Reprezentantów i Senat przegłosowały gigantyczny pakiet stymulacyjny dla amerykańskiej gospodarki – o wartości 2 bln dol., co odpowiada ok. 10 proc. PKB tej największej gospodarki świata. Zakłada on pomoc dla dużych, małych i średnich przedsiębiorców, bezpośrednie transfery na rzecz gospodarstw domowych oraz dopłaty w wysokości 600 dol. tygodniowo do zasiłków dla bezrobotnych, co spowodowało, że większość zwolnionych otrzymała wyższy dochód niż przed pandemią. Izba Reprezentantów, w której przewagę mają Demokraci, zaproponowała kolejny pakiet o wartości 3 bln dol. I choć nie zgadzają się na niego rządzący w Senacie republikanie, dalsza pomoc dla firm i obywateli jest prawdopodobna. Zdaniem eksperta pakiety pomocowe pozwolą przetrwać pierwsze załamanie gospodarki, wiele jednak zależy od tego, ile potrwa kryzys.

– Odpowiedź na to pytanie może się opierać tylko na spekulacjach. Nie wiemy, czy nie będzie drugiej fali pandemii, która oznaczałaby kolejne gospodarcze zatrzymanie. Nie wiemy też, czy obecne zatrzymanie nie będzie miało ekonomicznych konsekwencji za kwartał czy dwa, kiedy już nie wirus może być problemem, ale duża liczba bankructw – zastrzega główny ekonomista DNA Rynków. – Zakładając, że nie będziemy mieli do czynienia z najgorszym scenariuszem, czyli powrotem pandemii i ponownym zamknięciem gospodarki, oraz nie będzie masowych bankructw firm, to w skali czterech–sześciu kwartałów powinniśmy wrócić do czasów gospodarczych sprzed pandemii. Przy czym są to szacunki obarczone bardzo dużym ryzykiem błędu.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/klopoty-amerykaskiego,p288889054

Wideokonferencje będą szeroko wykorzystywane także po pandemii. Nowa platforma komunikacyjna ma być bezpieczniejsza od popularnych na rynku narzędzi [DEPESZA]

W dobie pandemii koronawirusa na popularności zyskują narzędzia do prowadzenia wideokonferencji. Możliwość prowadzenia rozmów grupowych na żywo w dużym gronie odbiorców pozwoli zastąpić klasyczne spotkania biznesowe. Nie wszystkie platformy tego typu zapewniają jednak pełne bezpieczeństwo użytkownikom telekonferencji. Firma StrikeForce Technologies postanowiła zaprojektować komunikator nowej generacji, który z jednej strony będzie prosty w obsłudze, z drugiej zaś zadba o prywatność rozmówców.

– Ograniczenia nakładane w związku z pandemią są stopniowo znoszone, lecz nowa normalność pozostanie z nami dłużej, a nowy sposób prowadzenia biznesu za pośrednictwem wideokonferencji będzie się pogłębiał. Jest bardziej ekonomiczny, wydajniejszy, przyjaźniejszy środowisku i nie wymaga wychodzenia z domu czy biura. Hakerzy mogą jednak wykorzystać ten nowy sposób komunikowania się do wykradania informacji i danych. Nie możemy do tego dopuścić. Dlatego też budujemy ochronę nowej generacji dla wideokonferencji – podkreśla Mark L. Kay, dyrektor generalny StrikeForce Technologies.

W ostatnich tygodniach platforma wideokonferencyjna Zoom wybiła się do mainstreamu dzięki swojej wszechstronności oraz prostocie obsługi. Usługa pozwala prowadzić wideokonferencję nawet dla 1000 użytkowników oraz webinary gromadzące do 10 tys. odbiorców, a do rozmowy może dołączyć każdy, kto dysponuje linkiem do spotkania. To dlatego Zoom jest chętnie wykorzystywany do prowadzenia zdalnych lekcji, wideokonferencji oraz spotkań biznesowych, umożliwia sprawne i szybkie wdrożenie pracy zdalnej.

Wokół aplikacji narosło jednak sporo wątpliwości związanych z bezpieczeństwem – w kwietniu 2020 roku okazało się, że część transmisji Zooma była przekierowywana na chińskie serwery bez informowania o tym użytkowników. W obawie przed możliwością podsłuchania rozmów prowadzonych za pośrednictwem tej platformy trafiła ona na czarną listę części korporacji oraz organizacji. Korzystania z Zooma zabroniły m.in. Google oraz amerykański senat.

– Pandemia SARS-CoV-2 radykalnie zmieniła sposób komunikowania się ludzi i firm. Usługi  wideokonferencji, takie jak Zoom, stały się niezwykle popularne w ciągu ostatnich 10 tygodni. Zoom ma jednak wiele luk bezpieczeństwa, dlatego wiele dużych firm i agencji rządowych na świecie zakazuje korzystania z niego – mówi Mark L. Kay.

Aktualizacja Zoom 5.0 wprowadziła co prawda domyślne 256-bitowe szyfrowanie danych, które ma zabezpieczyć transmisję, ale odbudowanie zaufania wśród części klientów może być problematyczne. Na tej sytuacji skorzystać mogą takie firmy jak StrikeForce Technologies, które specjalizują się w systemach bezpieczeństwa internetowego. Korporacja ma na swoim koncie takie rozwiązania jak np. system ProtectID do autoryzacji tożsamości użytkowników czy GuardedID do ochrony przed keyloggerami (przechwytywaniem tego, co pisze użytkownik na klawiaturze).

– Zamierzamy wykorzystać wady Zooma i zająć pozycję lidera na wielomiliardowym rynku wideokonferencji. Naszą przewagą, którą mamy nad oprogramowaniem konkurencji, takim jak WebEx, Skype czy GoToMeeting, jest to, że nasza firma na co dzień zajmuje się cyberbezpieczeństwem – przekonuje dyrektor generalny StrikeForce.

Wykorzystanie doświadczenia zdobytego przy projektowaniu wspomnianych usług ułatwi inżynierom StrikeForce Technologies opracowanie bezpiecznej platformy do prowadzenia telekonferencji. Konkurencja na tym rynku jest jednak ostatnio ogromna, a do gry wchodzą wielkie korporacje, takie jak Google. Firma udostępniła wszystkim użytkownikom swoich usług platformę wideokonferencyjną Google Meet, do niedawna dostępną wyłącznie w ramach biznesowego pakietu G Suite. Przewagą tej usługi nad konkurencyjnym Zoomem może być konieczność zalogowania się na konto Google, co uniemożliwia dołączenie do konferencji przypadkowych osób, które nie powinny uczestniczyć w danym spotkaniu.

Według analityków z firmy Grand View Research wartość globalnego rynku cyberbezpieczeństwa w 2018 roku wyniosła 116,5 mld dol. Przewiduje się, że do 2025 roku wzrośnie ona do ponad 241 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 11 proc.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/wideokonferencje-beda,p1722589967

Przez pandemię SARS-CoV-2 w II kwartale przybędzie sporo dłużników. Polacy mają już 80 mld zł niespłaconych zobowiązań

Blisko 80 mld zł – tyle wynosiło łączne zadłużenie Polaków na koniec marca br. z tytułu niezapłaconych na czas rat kredytów, rachunków, czynszów czy alimentów. Tylko od stycznia kwota ta urosła o ponad 2 mld zł, a bazy powiększyły się o 37 tys. dłużników. Jak podkreśla prezes BIG InfoMonitor, z powodu koronawirusa już co trzeci Polak stracił część swoich zarobków, a co dwudziesty został całkowicie pozbawiony dochodów. Dlatego też w kolejnych miesiącach widoczny w statystykach przyrost liczby dłużników będzie coraz szybszy.

– W kryzys wkraczamy w nie najlepszej  sytuacji, ponieważ w I kwartale nasze przeterminowane zadłużenie zwiększyło się o 2 mld zł – do prawie 80 mld zł. Są to długi kredytowe albo pozakredytowe, związane np. z niepłaceniem rachunków, czynszów czy alimentów – mówi agencji Newseria Biznes Sławomir Grzelczak, prezes Biura Informacji Gospodarczej InfoMonitor.

Wartość długów z tytułu niespłacanych rachunków wzrosła w I kwartale o 449,5 mln zł (1,1 proc.), a nieregulowanych w terminie kredytów – o 1,6 mld zł (4,5 proc.). W statystykach przeważają długi pozakredytowe, które stanowią przeszło 42,5 mld zł. Średnia zaległość z tytułu nieopłaconych rachunków, alimentów i czynszów przekracza 19 tys. zł na osobę i jest o 109 zł wyższa niż trzy miesiące wcześniej. Z kolei przeciętna zaległość z tytułu niespłacanego na czas kredytu to nieco ponad 30,1 tys. zł (wzrost o 537 zł).

Liczba niesolidnych dłużników zwiększyła się o prawie 37 tys. osób, a nieopłacone w terminie zobowiązanie albo opóźnioną o 30 dni ratę kredytu ma już ponad 2,83 mln Polaków. Średnio na osobę przypada ponad 28,1 tys. zł długu.

W gronie dłużników niezmiennie dominują mężczyźni, którzy stanowią 61,4 proc. Jednocześnie mają oni wyższe zaległości niż kobiety – należy do nich 66,7 proc. sumy przeterminowanych zobowiązań.

– Polacy podają różne powody, dla których nie płacą w terminie. Zwykle tłumaczenia krążą wokół utraty pracy czy części dochodów. Około 60 proc. z nich  znajduje jakiś powód i zwykle dotyczy on właśnie pogorszenia sytuacji finansowej. Tylko około 40 proc. Polaków deklaruje, że nie ma usprawiedliwienia dla takich zaległości i jeśli zaciąga się kredyt czy inne zobowiązanie, to należy je spłacić – mówi Sławomir Grzelczak.

Co istotne, pandemia koronawirusa i związane z nią problemy gospodarcze nie są jeszcze widoczne w statystykach BIG InfoMonitor. Przyrost zaległości o ponad 2 mld zł od stycznia do marca br. to głównie efekt bożonarodzeniowych zakupów i grudniowych promocji. Zawirowania na rynku pracy, zwolnienia i zamknięcia firm będą widoczne w zaległościach najwcześniej w danych za kwiecień.

– Niespłacone kredyty lub rachunki rzutują na naszą sytuację finansową około dwa–trzy miesiące później, bo wierzyciel nie może wpisać dłużnika do BIG InfoMonitor od razu. Może to zrobić po odpowiednim wezwaniu i upływie 30 dni od terminu płatności – wyjaśnia ekspert.

Niestety sytuacja ta pociągnie za sobą wiele nieopłaconych rat, rachunków i innych zobowiązań. Tym bardziej że sześciu na dziesięciu badanych jest zdania, że można usprawiedliwić niespłacanie zobowiązań. Dla niemal połowy osób, które tak uważają, niepłacenie uzasadnia właśnie utrata pracy lub części dochodów

Indeks Zaległych Płatności Polaków, który pokazuje, ile osób z problemami finansowymi przypada na 1 tys. dorosłych mieszkańców w kraju, wzrósł w minionym kwartale z 88,9 do 90 pkt.

–  Są jednak województwa, w których dłużników jest więcej niż przeciętnie. To m.in. Lubuskie czy Zachodniopomorskie, gdzie na 1 tys. dorosłych osób przypada 118 dłużników. Nie najlepiej jest też na Dolnym Śląsku – wskazuje prezes BIG InfoMonitor.

Jak wynika z badania oceny sytuacji finansowej, zrealizowanego przez Maison & Partners dla BIG InfoMonitor, co trzeci Polak z powodu koronawirusa stracił część swoich zarobków, a co dwudziesty został całkowicie pozbawiony dochodów. Pandemia zmniejszyła zarobki głównie osób między 25. a 34. rokiem życia oraz 45–54-latków. W największym stopniu dotknęła jednak młodych, którzy często zostali całkowicie pozbawieni możliwości zarabiania.

– Ta sytuacja z pewnością wpłynie na przyrost długów w rejestrach BIK i BIG InfoMonitor w najbliższych miesiącach. Można się też spodziewać, że zaległości będzie przybywało szybciej niż do tej pory – mówi Sławomir Grzelczak.

W ostatnim kwartale do blisko 390 mln zł zwiększyły się długi 10 najbardziej zadłużonych osób w kraju. Na czele listy jest mieszkaniec Lubelszczyzny – 63-latek ma już ponad 73,2 mln zł zaległości. Na drugim miejscu jest 37-letni mężczyzna z Pomorza z kwotą 48 mln zł. Na trzeciej pozycji znalazła się jedna z dwóch kobiet w pierwszej 10. To 38-letnia mieszkanka Mazowsza, która ma ponad 44,6 mln zł niespłaconych zobowiązań. Z Mazowsza pochodzi też połowa z 10 rekordzistów, co odbija się na kwocie zaległości całego województwa.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/przez-pandemie-sarscov2,p274536897

Dotkniętą kryzysem branżę transportową czeka kolejne wyzwanie. Parlament Europejski będzie w lipcu głosować nad pakietem mobilności

Pandemia SARS-CoV-2 wpływa na pogorszenie kondycji sektora transportu drogowego, a przewoźnicy będą odczuwać jej skutki jeszcze w nadchodzących miesiącach. Kolejne obciążenie pojawi się już niedługo w postaci tzw. pakietu mobilności. Parlament Europejski będzie głosować nad nowymi przepisami w lipcu, a w ciągu 20 dni od ich przyjęcia zaczną obowiązywać pierwsze zmiany. Firmy transportowe mają więc raptem kilka tygodni, żeby się do nich przygotować.

Rodzimi przewoźnicy podczas zbliżających się wakacji będą nie tylko starali się wychodzić z trudnej sytuacji spowodowanej koronawirusem, lecz także napotkają kolejne przeszkody. Jedną z nich będą zmiany w przepisach dotyczących czasu pracy związane z pakietem mobilności – mówi agencji Newseria Biznes Mateusz Włoch, ekspert ds. rozwoju i szkoleń INELO.

Transport to jedna z branż, w którą pandemia koronawirusa i związane z nią ograniczenia uderzyły najmocniej. W związku z sytuacją epidemiologiczną międzynarodowy transport pasażerski zamarł niemal całkowicie. Z kolei sytuację przewoźników towarów pogarszały wzmożone kontrole na granicach, wielokilometrowe korki oraz zamknięte fabryki i zakłady produkcyjne. Pandemia SARS-CoV-2 wpłynęła więc na pogorszenie kondycji sektora transportu drogowego, a przewoźnicy będą odczuwać jej skutki jeszcze w nadchodzących miesiącach. Kolejne obciążenie pojawi się już za kilka miesięcy w postaci pakietu mobilności, który Rada UE oficjalnie zatwierdziła w drugim tygodniu kwietnia.

Według najbardziej prawdopodobnego scenariusza już na przełomie lipca i sierpnia wejdą w życie pierwsze zmiany związane z pakietem mobilności. Będzie to m.in. obowiązkowy powrót kierowcy do siedziby firmy lub do domu na przynajmniej 45 godzin co cztery albo – w szczególnych sytuacjach – co trzy tygodnie. Dodatkowo wprowadzane przepisy nie są precyzyjne i pozwalają na wiele różnych interpretacji przez służby kontrolne, co nie wpływa dobrze na gwarancję bezpieczeństwa prowadzenia firmy w takiej sytuacji – mówi Mateusz Włoch.

Ministrowie transportu Polski, Litwy, Łotwy, Węgier, Bułgarii, Rumunii oraz Malty i Cypru apelowali o wstrzymanie prac nad pakietem, argumentując, że obecna sytuacja różni się od realiów z 2015 roku, kiedy rozpoczęto prace nad nowymi przepisami, a założenia pakietu będą wymagać zmian po zakończeniu obecnego kryzysu.

Mimo apeli branży i państw członkowskich Rada UE przegłosowała jednak nowe przepisy w pierwszym czytaniu (przy sprzeciwie dziewięciu państw, w tym Polski). Teraz pakiet musi zostać przyjęty przez Parlament Europejski w drugim czytaniu.

Najprawdopodobniej ostatnie głosowanie dotyczące Pakietu Mobilności w Parlamencie Europejskim odbędzie się w lipcu tego roku – mówi ekspert INELO.

Jeżeli PE przyjmie jakiekolwiek poprawki do pakietu mobilności, wróci on do dalszych prac w Radzie UE, a państwa członkowskie będą mieć na nie trzy miesiące. Jednak jeśli europosłowie przyjmą nowe przepisy bez poprawek, wówczas procedura legislacyjna zostanie zakończona. Po 20 dniach od opublikowania aktów prawnych wejdą w życie pierwsze przepisy, dotyczące m.in. czasu prowadzenia pojazdu i odpoczynku kierowców (z wyjątkiem specjalnych terminów dla tachografów). Dla rozporządzenia o dostępie do rynku i dyrektywy o delegowaniu kierowców przewidziano półtoraroczny okres przejściowy.

– To oznacza, że po 18 miesiącach od wejścia w życie przepisów pakietu mobilności zacznie też obowiązywać ogromna zmiana dotycząca obowiązkowego powrotu ciężarówki do kraju co osiem tygodni. Zaostrzone zostaną również zasady kabotażu oraz wprowadzone zostaną nowe, duże zmiany w zasadach delegowania kierowców – mówi Mateusz Włoch.

Budzi to kontrowersje wśród przewoźników, którzy wskazują, że – jeśli regulacje wejdą w życie w obecnym kształcie – spowoduje to wzrost kosztów i obciążeń administracyjnych, a po UE będą jeździć puste ciężarówki bez ładunków, niepotrzebnie emitując CO2. Nowym regulacjom od początku sprzeciwiają się państwa Europy Środkowo-Wschodniej, w tym Polska.

Nowe przepisy będą problematyczne dla przewoźników, a w połączeniu z gospodarczymi konsekwencjami pandemii SARS-CoV-2 mogą obniżyć konkurencyjność branży. Ekspert INELO podkreśla, że firmy transportowe mają raptem kilka miesięcy, żeby przygotować się do tych zmian.

Jednym słowem będzie dużo trudniej prowadzić działalność w zakresie transportu międzynarodowego. Dlatego już teraz warto zacząć przygotowania i reorganizację przedsiębiorstw, żeby wyjść obronną ręką z zamieszania, które powstanie po przyjęciu pakietu mobilności, i żeby polskie firmy nie straciły znaczenia na europejskim rynku przewozów międzynarodowych – mówi Mateusz Włoch.

Według portalu Statista („Size of the road freight market in Europe from 2010 to 2019”) europejski rynek towarowego transportu drogowego w 2018 roku był wart 341,5 mld euro, a w 2019 roku miał urosnąć do 355,1 mld euro. Polska miała największy udział w całkowitej liczbie tonokilometrów drogowego transportu towarowego przypadający na państwa członkowskie UE w 2017 roku, a wkład branży transportowej w polską gospodarkę sięga ok. 7 proc. Według prognoz w Polsce przychody branży transportu drogowego towarów mają wzrosnąć z 32,5 mld dol. w 2018 roku do 37,7 mld dol. w 2023 roku (Statista, „Industry revenue of freight transport by road in Poland from 2011 to 2023”). 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/dotknieta-kryzysem,p753177001

Drożdże piwowarskie pomogą naukowcom wynaleźć lek na COVID-19 [DEPESZA]

To może być przełom w walce z koronawirusem. Naukowcy wygenerowali pełnej długości klon nowego genomu SARS-CoV-2 przy użyciu sztucznych chromosomów w drożdżach piwowarskich. Odtworzenie wirusa pomoże w walce z pandemią. W ten sposób naukowcy będą mogli dokładnie poznać jego budowę, metody zakażenia i replikacji, lecz także leków, które mogą działać przeciwko koronawirusowi, i potencjalnych szczepionek.

Naukowcy z Instytutu Wirusologii i Immunologii Uniwersytetu w Bernie w Szwajcarii stworzyli syntetyczne klony SARS-CoV-2. Co istotne, pełnej długości klon nowego genomu koronawirusa wygenerowali przy użyciu sztucznych chromosomów w drożdżach piwowarskich. Dotychczas najczęściej stosowaną metodą klonowania genomów wirusowych było „zszywanie” fragmentów DNA i wprowadzanie ich do bakterii E. coli w celu replikacji.

W przypadku koronawirusów, które mają duże genomy, byłoby to jednak trudne. Komórki drożdży są większe niż bakterie, mogą więc pracować z większymi kawałkami DNA, mają też zdolność do składania fragmentów DNA w jedną dużą cząsteczkę.

– Udało nam się zreplikować wirusa w ciągu tygodnia – podkreśla prof. Volker Thiel z Instytutu Wirusologii i Immunologii Uniwersytetu w Bernie. – Wykorzystaliśmy nasz modelowy system na bazie komórek drożdży, który – jak się okazało – idealnie nadaje się do rekonstrukcji koronawirusów i innych wirusów.

Zespół naukowców wygenerował 14 fragmentów DNA reprezentujących cały genom wirusa. Każdy fragment podzielono tak, aby komórka drożdży mogła zidentyfikować, które końce do siebie pasują. Ogółem w ciągu tygodnia udało się uzyskać idealną replikację wirusa. Autorzy wykorzystali tę technikę także do sklonowania innych wirusów, w tym MERS i Zika, choć obecnie priorytetem jest SARS-CoV-2.

– Zoptymalizowaliśmy nasz system, aby umożliwić szybkie klonowanie koronawirusów i innych wirusów – dodaje prof. Jörg Jores z Instytutu Bakteriologii Weterynaryjnej Uniwersytetu w Bernie.

Klony koronawirusa można wykorzystać do jego dokładnego zbadania, zrozumienia jego funkcjonowania i budowy. Możliwe, że w ten sposób uda się szybciej opracować dokładne testy diagnostyczne, leki czy szczepionki. Ponadto firmy farmaceutyczne czy szpitale nie będą musiały sprowadzać próbek wirusów, bo będą mogły łatwo pozyskać próbki kliniczne. Zwiększy to bezpieczeństwo, a jednocześnie przyspieszy prace nad opanowaniem pandemii.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/drozdze-piwowarskie,p1558326274