Rakieta Falcon z kapsułą Crew Dragon ma ponownie wystartować 30 maja. Może być to przełomowe wydarzenie w wyścigu kosmicznym [DEPESZA]

Jeśli statek kosmiczny będzie latał w odległości 10 mil morskich od burzowych chmur, misja powinna zostać odwołana – tak wynika z przepisów NASA. To właśnie ze względu na bezpieczeństwo załogi start rakiety Falcon 9 i zamontowanej na niej kapsuły Crew Dragon został przełożony z 27 na 30 maja. – Ryzyko było zbyt duże, podjęliśmy dobrą decyzję – mówi Jim Bridenstine, administrator NASA.

Misja Crew Dragon Demo-2 miała być pierwszą od niemal dekady próbą wysłania astronautów w kosmos z terenu Stanów Zjednoczonych. Od 2011 roku załogi  z tego kraju były wysyłane do stacji kosmicznych za pomocą rosyjskich statków Sojuz z Bajkonuru w Kazachstanie (wcześniej były do tego wykorzystywane wahadłowce kosmiczne). Start rakiety Falcon 9 i zamontowanej na niej kapsuły Crew Dragon, wykonanej na zlecenie NASA przez firmę Elona Muska SpaceX, pokrzyżowała jednak tropikalna burza, która utworzyła się w okolicach Florydy. W efekcie, 16 minut przed zaplanowanym startem, NASA go odwołało

– Wiem, że wielu ludzi jest rozczarowanych brakiem startu, niestety pokonała nas pogoda. Chcę jednak podkreślić, że to był wspaniały dzień dla NASA i SpaceX, a nasze zespoły współpracowały ze sobą w niesamowity sposób, podejmując dobre decyzje od początku do końca. W tym konkretnym przypadku było po prostu zbyt duże wyładowanie elektryczne w atmosferze, nie było co prawda burzy, ale było ryzyko, że nasz start może wyzwolić błyskawicę, więc podjęliśmy dobrą decyzję – mówi Jim Bridenstine, administrator NASA.

Zgodnie z zasadami NASA, jeśli statek kosmiczny będzie leciał w odległości 10 mil morskich od burzowych chmur, które mogą wytwarzać wyładowanie elektryczne, misja może zostać odwołana. Rakiety przedzierające się przez chmury burzowe mogą spowodować uderzenie pioruna, a przykładem może być sytuacja z 1969 roku podczas misji Apollo 12. Błyskawica uderzyła w pojazd startowy Saturn V w 36,5 sekundy i ponownie po 52 sekundach od startu. Analiza wykazała później, że prąd zimnego frontu, choć zbyt słaby, aby wytworzyć naturalne błyskawice, był wystarczająco silny, aby rakieta i zjonizowana smuga spalin wytworzyły ładunek i wygenerowały dwa uderzenia pioruna.

Dlatego też w przypadku misji Crew Dragon Demo-2, ze względu na bezpieczeństwo załogi, NASA podjęło decyzję o przełożeniu startu z 27 na 30 maja.

– Patrzymy optymistycznie w przyszłość i już w sobotnie popołudnie zrobimy to znowu. Wyślemy amerykańskich astronautów w amerykańskiej rakiecie z amerykańskiej ziemi. Uda nam się – przekonuje ekspert NASA.

– Zespoły SpaceX i NASA spisały się świetnie i podjęto bardzo dobre decyzje w tej dynamicznie zmieniającej się sytuacji pogodowej. To może być frustrujące, ale czasem tak wygląda rzeczywistość, gdy chcesz polecieć w kosmos. Obaj z Bobem (Bob Behnken – przyp. red.) tego już doświadczaliśmy. W sobotę startujemy znowu – dodaje astronauta Doug Hurley.

Misja Crew Dragon ma ogromne znaczenie dla USA. Może pozwolić NASA na uwolnienie się od monopolu Rosji i większą swobodę w działaniu. Powodzenie misji istotne jest też dla firmy SpaceX, która w ten sposób udowodniłaby, że jest w stanie wysłać ludzi na okołoziemską orbitę, a w przyszłości – zgodnie z planami – zorganizować załogową misję na Marsa.

Od 1962 roku NASA wystrzeliła w sumie 164 statki kosmiczne z astronautami na orbitę, średnio mniej niż trzy rocznie. Dwa starty zakończyły się katastrofą – loty promem Challenger (w 1986 roku) i Columbia (w 2003 roku), w których zginęło 14 osób.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/rakieta-falcon-z-kapsula,p119520875

Odkryta przez polskich naukowców cząsteczka 1-MNA pomoże w walce z koronawirusem. Może wzmocnić odporność i wspomóc organizm w walce z infekcjami wirusowymi [DEPESZA]

Naukowcy od lat próbują opracować przeciwciała do nowych metod leczenia infekcji bakteryjnych i wirusowych. Poszukują też cząsteczek, które pozwoliłyby szybciej zwalczać choroby. Odkryte niedawno przez polskich badaczy właściwości cząsteczki 1-MNA pomagają m.in. w walce z miażdżycą czy zakrzepami. Najnowsze badania wskazują, że może być pomocna także przeciw koronawirusowi, gdyż wykazujee właściwości przeciwzapalne.

Prace nad nowymi cząsteczkami przyspieszają, kiedy pojawia się nowe zagrożenie – tak było w przypadku epidemii SARS czy eboli. Naukowcy z University of Texas w Austin niedawno poinformowali, że przeciwciała tworzone przez komórki odpornościowe lam, wielbłądów i rekinów mogą okazać się pomocne w zwalczaniu części wirusów, także koronawirusa. Badania jednak wciąż trwają.

W walce z SARS-CoV-2 przydatna może okazać się cząsteczka 1-MNA (1-metylonikotynamid), niedawno odkryta przez polskich naukowców. Ten związek, który występuje naturalnie w organizmie człowieka, powstaje w wyniku metabolizmu witaminy B3. Cząsteczka pobudza produkcję prostacykliny, która chroni układ sercowo-naczyniowy przed tworzeniem się̨ zakrzepów i zawałów serca, a także obniża poziom markerów stanu zapalnego i zmniejsza ryzyko miażdżycy. Zakończone w ubiegłym roku badania przedkliniczne wykazały także, że cząsteczka 1-MNA może być skuteczna w niealkoholowym stłuszczeniowym zapaleniu wątroby. Teraz do tej listy doszło kolejne zastosowanie.

 Dotychczas badania nad cząsteczką 1-MNA skupiały się przede wszystkim na jej korzyściach w obszarze układu sercowo-naczyniowego. Najnowsze dane potwierdzają jednak zdecydowanie większe spektrum działania cząsteczki, w tym właściwości przeciwzapalne – mówi Marzena Wieczorkowska, wiceprezes, dyrektor ds. badań i rozwoju Pharmeny, spółki biotechnologicznej wytwarzającej produkty na bazie 1-MNA. – Poziom cząsteczki 1-MNA w niektórych chorobach wirusowych może być obniżony, na przykład w przypadku ostrej infekcji wirusem RSV u niemowląt może to być przyczyną osłabienia zdolności organizmu do zwalczania stanu zapalnego.

W efekcie przemiany cząsteczki 1-MNA powstaje związek (H202 – nadtlenek wodoru), który jest ważny w procesie odpowiedzi organizmu na infekcje bakteryjne i wirusowe.

– Zgodnie z najnowszą pracą naukową opublikowaną przez chińskich i włoskich naukowców powinniśmy przyjmować witaminę B3, by zmniejszać ryzyko następstw COVID-19. 1- MNA jest głównym metabolitem witaminy B3 – wskazuje Marzena Wieczorkowska. – Z tego powodu opublikowana praca stanowi dla nas również punkt odniesienia do dalszej analizy cząsteczki 1-MNA w nowym wskazaniu. 

Przez lata rola 1-MNA była bagatelizowana, jednak obecnie wiele badań wskazuje na jej kluczową rolę w organizmie, a badania prowadzone przez najbardziej renomowane ośrodki naukowe na świecie dowodzą, że może ona przyczyniać się do wydłużenia życia.

– Chcemy uzyskać ochronę patentową na zastosowanie 1-MNA w leczeniu i suplementacji w nowo zdefiniowanych wskazaniach obejmujących infekcje wirusowe, w szczególności skutkujące powstaniem zapalenia dróg oddechowych. To m.in. infekcja wirusem SARS-CoV-2, lecz także grypa, zapalenie płuc czy oskrzeli oraz choroby alergiczne, w tym astma – wymienia wiceprezes Pharmeny.

Cząsteczka występuje naturalnie w żywności, np. algach wakame czy liściach zielonej herbaty. Jednak badania wykazały, że nie jest to najbardziej efektywne źródło pozyskiwania 1-MNA dla organizmu. Tym bardziej wśród osób starszych, ponieważ wraz z wiekiem obniża się zdolność przekształcania witaminy B3

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/odkryta-przez-polskich,p12836900

Siłownie i kluby fitness szykują się na przyjęcie klientów od 6 czerwca. Z ich usług tuż po otwarciu chce skorzystać 9,5 mln Polaków

W trakcie lockdownu 43 proc. Polaków ograniczyło swoją aktywność fizyczną, głównie ze względu na zamknięcie obiektów sportowych. Prawie 40 proc. nie podjęło żadnej aktywności w ciągu ostatnich 30 dni – wynika z badania MultiSport Index Pandemia. Optymistyczne jest jednak to, że 85 proc. Polaków, czyli ok. 27 mln osób, zamierza ćwiczyć częściej po zakończeniu pandemii, a aż 9,5 mln planuje skorzystać z obiektów sportowo-rekreacyjnych tuż po ich ponownym otwarciu. Siłownie, baseny i kluby fitness przygotowują się już do przyjęcia klientów w nowym reżimie sanitarnym, co nastąpi od 6 czerwca.

 – Mam nadzieję, że powrót siłowni do normalności będzie w miarę szybki. Wszystkie kluby fitness, cała branża przygotowuje się do tego. Bardzo mocno wyczekują też tego klienci, którzy są spragnieni ćwiczeń  – mówi agencji Newseria Biznes Wojciech Szwarc z Federacji Pracodawców Fitness.

Aż 85 proc. Polaków deklaruje, że chce zwiększyć swoją aktywność fizyczną po zakończeniu lockdownu, a 9,5 mln zamierza skorzystać z obiektów sportowych zaraz po ich otwarciu. Prawie połowa odczuwa już skutki braku ruchu wynikające z ich zamknięcia. Bardzo często spotykam się z pytaniami moich podopiecznych czy uczestników zajęć fitness, którzy dopytują, kiedy kluby zostaną otwarte – mówi trener sportowy Piotr Czyżewski.

Jak wynika z badania MultiSport Index Pandemia, zrealizowanego pod koniec kwietnia przez Kantar na zlecenie Benefit Systems, w trakcie lockdownu 43 proc. Polaków ograniczyło swoją aktywność fizyczną, głównie ze względu na zamknięcie obiektów sportowych (35 proc.), a także obostrzenia związane z uprawianiem sportu na świeżym powietrzu (20 proc.) i izolację (14 proc.). Większość z nich już odczuwa negatywny wpływ braku aktywności na swoje samopoczucie (74 proc.), zdrowie (65 proc.) i sylwetkę (61 proc.).

Polacy, którzy pozostali aktywni fizycznie w trakcie pandemii, najchętniej jeżdżą na rowerze (36 proc.). Dużym wzrostem popularności cieszą się też treningi ogólnorozwojowe, które można wykonywać w domu, takie jak gimnastyka czy aerobik. Obecnie korzysta z nich 28 proc. osób, czyli o 17 proc. więcej niż jeszcze w styczniu. Dalej na liście preferowanych przez Polaków aktywności są też jogging (27 proc.) i spacery (26 proc.).

Dużą popularnością cieszą się też treningi online – co trzeci aktywny Polak korzysta z takiej możliwości – mówi Piotr Czyżewski.

Aż 85 proc. Polaków, czyli ok. 27 mln osób, zamierza częściej ćwiczyć po zakończeniu pandemii. Branża liczy na wzrost liczby klientów po zniesieniu lockdownu.

Wchodzimy w okres letni, który dla branży sportowej jest okresem mniej intensywnym, ponieważ ludzie raczej nie ćwiczą w budynkach, tylko wychodzą na zewnątrz. W tym roku jednak sytuacja może być inna. O wiele mniej Polaków wyjedzie za granicę i dlatego liczymy, że więcej osób będzie odwiedzać obiekty sportowe – nie tylko kluby fitness, ale i ścianki wspinaczkowe, baseny, studia jogi czy szkoły tańca – mówi Wojciech Szwarc.

Siłownie, kluby fitness i baseny pozostawały zamknięte od 14 marca, kiedy rząd wprowadził w kraju stan zagrożenia epidemicznego. Według szacunków Federacji Pracodawców Fitness utrzymanie lockdownu do 1 czerwca będzie kosztować siłownie i kluby fitness utratę 43 proc. ich rocznych przychodów, czyli 1,8 mld zł. Jeżeli natomiast jesienią nastąpi kolejna fala pandemii, a wraz z nią obiekty sportowe zostaną ponownie zamknięte, branża straci w sumie ok. 2,2 mld zł.

W tej chwili firmy przygotowują się już do ponownego otwarcia obiektów sportowych, co nastąpi 6 czerwca, w czwartym etapie odmrażania gospodarki. Obiekty będą jednak przyjmować klientów w nowym reżimie sanitarnym, co wiąże się z pewnymi utrudnieniami. Branża podkreśla, że jest na nie gotowa.

– Już na wejściu cała strefa obsługi klienta jest odcięta pleksiglasem. Po każdym kontakcie z klientem recepcja i bar będą dezynfekowane. Przygotowujemy się do tego, że będą musiały być zachowane odległości między ćwiczącymi. Będą działały szafki, ale nie będą czynne prysznice. Zachowane będą też wszelkie procedury związane z mierzeniem temperatury naszych pracowników i osób, które do nas przychodzą. Wszystko jest gotowe – mówi Wojciech Szwarc.

Dla osób, które zamierzają skorzystać z obiektów sportowo-rekreacyjnych po ich ponownym otwarciu, ważna jest informacja, że na siłowni czy w trakcie zajęć fitness nie będzie wymagane noszenie maseczek ochronnych.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/silownie-i-kluby-fitness,p1870775651

Druk 3D niezastąpiony w czasie pandemii. Mimo to wiele mniejszych firm może nie przetrwać kryzysu

Trudności z logistyką i dostawami do klientów, ograniczenie dostępności komponentów produkowanych w Azji – to problemy, które branża technologiczna odczuła w związku z rozwojem pandemii. – Niektóre firmy mogą tego nie przetrwać – mówi Mariusza Babula z firmy Zortrax. W długim terminie kryzys związany z koronawirusem może mieć jednak dobroczynny wpływ na rynek. Drukarki 3D w czasie pandemii okazały się niezastąpione w produkcji środków ochrony osobistej dla personelu medycznego z uwagi na krótki czas realizacji zamówień. Wzrosła więc świadomość roli druku 3D w produkcji.

Druk 3D pokazał swoją wartość, bo właściwie już od pierwszych godzin po pojawieniu się zachorowań mógł być wykorzystany do produkcji środków ochrony osobistej, np. przyłbic, których najbardziej brakowało – mówi agencji Newseria Biznes Mariusz Babula, wiceprezes zarządu fimry Zortrax. – W dalszej kolejności okazało się, że potrzebne są dużo bardziej profesjonalne elementy wyposażenia, np. respiratory czy maski do respiratorów.

Druk 3D umożliwia dostarczenie niezbędnego wyposażenia zdecydowanie szybciej niż tradycyjne metody wytwórcze, które wymagają np. przygotowania elementów do formowania wtryskowego. Znaczenie druku 3D maleje w momencie, kiedy tradycyjne fabryki są już w stanie uruchomić nową produkcję. Jednak w tych początkowych etapach kryzysu drukarki 3D, działające w sposób rozproszony, mogą pomagać tam, gdzie to jest najbardziej potrzebne i tam, gdzie braki są największe.

– Zapotrzebowanie na sprzęt medyczny i akcesoria ochronne jest cały czas bardzo duże, ale tradycyjne fabryki przestawiły już swoją produkcję na nowe wyroby – podkreśla ekspert. – Druk 3D wciąż odgrywa ważną rolę w zakresie przygotowania nowych respiratorów, sprawdza się szczególnie w wytwarzaniu poszczególnych elementów do prototypów. Co więcej, drukarki 3D pomagają nie tylko przygotowywać prototypy nowych urządzeń, aby zapełniać luki w wyposażeniu, ale także dostosowywać rozwiązania, które już funkcjonują, do bieżących potrzeb, np. maski do nurkowania po wydrukowaniu odpowiednich adapterów mogą być wykorzystane do wspomaganego oddychania.

Praktycznie od początku trwania pandemii firmy i osoby indywidualne zajmujące się drukiem 3D (drukarze, projektanci, konstruktorzy, inżynierowie) powołali do życia inicjatywę HASHDrukarzeDlaSzpitali. W jej ramach powstało kilka projektów, które mogły być wykorzystywane przez służby medyczne i mundurowe, czyli m.in. gogle, przyłbice, trójniki do respiratorów, w stanie wyższej konieczności.

Jak podkreśla Mariusz Babula, obecny czas jest bardzo trudny dla firm działających w branży druku 3D z uwagi na problemy z logistyką: transportem do klientów końcowych, szczególnie na trasach międzynarodowych, oraz dostępnością niektórych części, szczególnie elektroniki, często produkowanej w Azji.

Obawiam się, że wiele mniejszych firm może nie przetrwać tego kryzysu. Jednak długoterminowo spodziewam się, że druk 3D skorzysta na tej sytuacji, bo wzrosła świadomość, że jest to technologia znacząca i pomocna w trudnych, kryzysowych sytuacjach. Menadżerowie odpowiedzialni za produkcję dostrzegli, że druk 3D może pełnić w każdej fabryce rolę koła zapasowego dla machiny produkcyjnej w momencie, kiedy są przerwane standardowe łańcuchy dostaw, niedostępne są niektóre części zamienne i zagrożona jest ciągłość produkcji – zauważa wiceprezes zarządu firmy Zortrax.

Druk 3D ma bardzo szerokie zastosowanie, szczególnie w medycynie. Staje się niezastąpiony w stomatologii, gdzie jest wykorzystywany do druku implantów i aparatów ortodontycznych. Drukarki 3D wypierają standardowe metody leczenia z wykorzystaniem wycisków gipsowych. Stosowane są także w implantologii kostnej oraz protetyce – dzięki temu pacjenci otrzymują protezy dostosowane do ich potrzeb. W tych dziedzinach druk 3D pokazuje swoją przewagę, bo nie da się zrobić indywidualnie dopasowanej protezy w produkcji masowej.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/druk-3d-niezastapiony-w,p1071009269

Pandemia spowolni sprzedaż aut elektrycznych i autonomicznych. Technologie będą jednak nadal rozwijane ze względu na stosowanie ich do dezynfekcji i zaopatrzenia szpitali

Eksperci przewidują, że zarówno rynek aut elektrycznych, jak i autonomicznych zanotuje w tym roku spadek. Po krótkotrwałym załamaniu oba jednak wrócą na tor stałego rozwoju. W efekcie, według najnowszych prognoz, do 2040 roku 31 proc. samochodów jeżdżących po drogach stanowić będą auta elektryczne. Tymczasem już dziś w Chinach pojazdy autonomiczne stają się ważnym środkiem transportu w dobie ograniczeń wynikających z panującej pandemii SARS-CoV-2.

– Ponosimy bardzo duże straty. Te pieniądze miały być przeznaczone m.in. na rozwój. W związku z tym straty poniesione w czasie pandemii koronawirusa powodują, że mamy po prostu mniej pieniędzy. Nie da się jednak zatrzymać rozwoju ani inwestycji, tylko pewnie będziemy musieli dłużej na to pracować – mówi w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Jakub Faryś, prezes zarządu Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.

Najnowszy raport BloombergNEF wskazuje, że w wyniku kryzysu spowodowanego przez pandemię koronawirusa sprzedaż samochodów elektrycznych spadnie w tym roku o 18 proc., co oznacza, że klienci kupią o 1,7 mln aut mniej. Będzie to pierwszy spadek zanotowany przez ten rynek od dekady. Jednak rynek aut o tradycyjnym napędzie czeka jeszcze głębsza recesja. W tym przypadku spadek sprzedaży sięgnąć ma nawet 23 proc.

– Z całą pewnością będziemy rozwijali nowe napędy, choćby dlatego, że musimy spełnić bardzo wyśrubowane normy ekologiczne, a bez samochodów z napędami innymi niż benzynowy czy silnik Diesla nie da się tego osiągnąć. W związku z tym pieniądze na pewno będą w to inwestowane – zapewnia Jakub Faryś.

Analitycy BNEF przewidują, że w ujęciu długoterminowym pojazdy elektryczne będą coraz mocniej zyskiwały na popularności. Do 2040 roku tego typu auta mają stanowić 58 proc. sprzedaży nowych samochodów osobowych. W 2040 roku 31 proc. uczestniczących w ruchu aut będzie elektrycznych.

Pandemia koronawirusa w dłuższej perspektywie nie odciśnie piętna również na segmencie samochodów autonomicznych.

– Pojazdy autonomiczne na pewno będą rozwijane, natomiast ze względu na problemy związane z koronawirusem ich pojawienie się na ulicach nieco wydłuży się w czasie. Auta tego typu gotowe do kupienia miały pojawić się na rynku za kilka lat. Trudno teraz powiedzieć, czy zajmie to pięć, sześć czy osiem lat, jednak z całą pewnością pojazdy te będą, bo rozwoju nie da się zatrzymać – przewiduje prezes PZPM.

W Chinach ograniczenia w przemieszczaniu się w związku z pandemią wykorzystano jako czynnik napędzający rozwój technologii pojazdów autonomicznych. Baidu, jeden z liderów tej technologii, skierował do pracy w 17 chińskich miastach 104 autonomiczne auta. Są one wykorzystywane do czyszczenia, dezynfekcji czy transportu środków ochrony osobistej lub żywności dla pracowników służby zdrowia.

Według najnowszych danych Research and Markets, uwzględniających przewidywane skutki pandemii, w 2020 roku światowy rynek samochodów autonomicznych zanotuje spadek w porównaniu z rokiem poprzednim. Wycena ma wynieść 23,33 mld dol., podczas gdy w 2019 roku było to 24,10 mld dol. Spadek ten wynika jednak głównie ze spowolnienia gospodarczego w poszczególnych krajach z powodu wybuchu pandemii. W dalszej perspektywie rynek unormuje się i osiągnie wartość 37,22 mld dol. w 2023 roku.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/pandemia-spowolni,p166877665

Wirtualne kasy fiskalne. Rozmowy w Ministerstwie Finansów na ostatniej prostej

W odpowiedzi na apel wystosowany przez ekspertów Ministerstwo Finansów organizuje spotkanie, podczas którego analizowane będą zagrożenia płynące z rozszerzenia pilotażu wirtualnych kas fiskalnych na branże wrażliwe podatkowo, jak gastronomiczna czy hotelarska. Zmiany mogą odbić się na wpływach do budżetu. Wątpliwości budzą także kwestie bezpieczeństwa takich kas.

Pilotaż wirtualnych kas fiskalnych według projektu rozporządzenia powinien ruszyć  już 1 czerwca. Docelowo mają one uzupełnić dotychczas stosowane kasy tradycyjne i kasy online, zabezpieczone na poziomie zarówno oprogramowania, jak i sprzętu, które raportują dane bezpośrednio do Centralnego Repozytorium Krajowej Administracji Skarbowej. Obecnie kasy online są wprowadzane stopniowo do wszystkich branż, w tym także do wrażliwych podatkowo, jak HoReCa czy handlu węglem.

Ministerstwo Finansów argumentuje rozszerzenie grupy pilotażowej tym, że ułatwi to wyjście podatników z szarej strefy. Nie zgadza się z tym prof. Witold Modzelewski.

 Teza, którą słyszymy, że kasa wirtualna będzie ułatwiała wyjście z szarej strefy, zakłada działanie podmiotów w dobrej wierze. I oczywiście trzeba zakładać, że większość obywateli działa w dobrej wierze. I ci, którzy będą chcieli wyjść z szarej strefy za pomocą kas rejestrujących, tych nieistniejących, czyli wirtualnych, zrobią to i nie oni są problemem. Problemem są ci, którzy działają w złej wierze. Jeżeli da się im wadliwe urządzenie, to staną się konkurentem dla ludzi uczciwych i ich po prostu wykończą, a żyjemy w świecie, w którym liżemy świeże rany po kwarantannie, która notabene jeszcze trwa, więc nie wprowadzajmy tego rodzaju wynalazków – mówi agencji Newseria Biznes prof. Witold Modzelewski, prezes Instytutu Studiów Podatkowych. 

W piątek 22 maja grono specjalistów w osobach: prezesa Instytutu Studiów Podatkowych, prof. Witolda Modzelewskiego, twórcy ustawy o podatku VAT, dr. Mariana Szołuchy, eksperta Instytutu Prawa Gospodarczego, Marcina Monkiewicza, prezesa Organizacji Pracodawców Branży Fiskalnej, oraz Stefana Kamińskiego, prezesa Krajowej Izby Gospodarczej Elektroniki i Telekomunikacji, wystosowało apel o wstrzymanie nagłego dopisania do projektu rozporządzenia branż: restauracyjnej, hotelarskiej, cateringowej oraz handlu węglem.

Na apel odpowiedział pełnomocnik Ministra Finansów ds. informatyki Przemysław Koch. W wywiadzie udzielonym PAP zapewnił, że rozwiązanie, które wejdzie w życie 1 czerwca, będzie bezpieczne i zapewni szczelność systemu podatkowego. Jednak zapewnienia resortu nie rozwiewają obaw ekspertów.

Sygnatariusze apelu skierowanego do premiera podkreślają, że nie są przeciwnikami wirtualnych rozwiązań, jednak konieczna jest rozwaga przy ich wprowadzeniu.

– Jeśli już się na to decydujemy, to przede wszystkim warto porządnie przygotować to rozporządzenie także od strony technicznej, na co zwraca uwagę w drodze konsultacji również prezes Głównego Urzędu Miar. Warto również zacząć od niewielkiego obszaru naszej gospodarki, bo co, jeśli nagle się okaże, że dostępne w internecie, w sklepach z aplikacjami staną się wynalazki cofające licznik takiej kasy wirtualnej albo udające kasę wirtualną? I to wszystko w czasie, kiedy finanse publiczne zatrzęsły się w posadach, kiedy nastąpił kryzys gospodarczy. To nie jest czas na eksperymenty – podkreśla dr Marian Szołucha z Instytutu Prawa Gospodarczego.

W odpowiedzi na ten i wiele innych argumentów sformułowanych przez ekspertów pełnomocnik ministra, powołując się na szereg technicznych rozwiązań, zapewnił, że kasy wirtualne będą bezpieczne.

– Jeżeli wykryjemy nieprawidłowości, możemy centralnie sterować każdą kasą wirtualną – zapewniał w wywiadzie dla PAP Przemysław Koch.

Krajowa Izba Gospodarcza Elektroniki i Telekomunikacji (KiGEIT) w wydanym oświadczeniu przypomina jednak, że Ministerstwo Finansów nie ma możliwości bezpośredniego sterowania kasami wirtualnymi. Centralne sterowanie kasą ograniczone jest jedynie do wymuszenia powtórnego odesłania danych oraz do zmiany częstotliwości przesyłania danych i pobierania kolejnych zadań.

Krytyczną opinię wobec projektu wyraził również minister cyfryzacji Marek Zagórski, który w grudniu 2019 roku poinformował o swoim stanowisku Ministerstwo Finansów.

– Przedmiotowy projekt nie wskazuje minimalnych wymagań bezpieczeństwa dla urządzeń mobilnych – powiedział minister cyfryzacji. – Nie określono także wymagań dla zarządzania bezpieczeństwem środowiska aplikacji (np. z poziomu systemu centralnego) oraz jej separacji od innych aplikacji uruchamianych na urządzeniu, które mogą umożliwiać zakłócenie funkcjonowania aplikacji fiskalnej.

Zdaniem Przemysława Kocha manipulację danymi gromadzonymi za pomocą oprogramowania ma uniemożliwić certyfikat wydany przez Główny Urząd Miar (GUM), w którego kompetencji jest stwierdzenie zgodności oprogramowania z wymaganiami określonymi przez Ministerstwo Finansów.

KIGEIT zwraca jednak uwagę, że GUM będzie badał jedynie oprogramowanie kas wirtualnych. Zatem potencjalni oszuści będą mogli bez przeszkód ingerować w system operacyjny lub sprzęt, na którym działa kasa wirtualna.

– Instalowanie oprogramowania na różnych systemach operacyjnych może stwarzać pokusę manipulacji – na przykład poprzez zmianę daty czy  nieuwzględnianie wszystkich transakcji, które się zapisują w tradycyjnych systemach. Tych ryzyk jest bardzo wiele. Kolejnym jest mnogość i różnorodność sprzętu dostępnego na rynku. Dzisiaj nie jesteśmy w stanie zagwarantować i przebadać wszystkich rodzajów urządzeń, na których będzie można to oprogramowanie wirtualnej kasy instalować. W związku z tym pojawia się kwestia, czy na niektórych z nich nie będzie można zmieniać tego oprogramowania, które ma służyć jako miejsce, gdzie będziemy mogli bezpiecznie zarejestrować każdą transakcję – podkreśla Stefan Kamiński, prezes Krajowej Izby Gospodarczej Elektroniki i Telekomunikacji.  

KiGEIT zwraca jednocześnie uwagę, że kasy wirtualne pozwalają na korzystanie na jednym urządzeniu z dwóch identycznych aplikacji: certyfikowanej kasy wirtualnej oraz aplikacji do złudzenia ją przypominającej, ale służącej jedynie do unikania rejestrowania sprzedaży. Dopuszczenie do tego rodzaju manipulacji może według izby rozszczelnić system fiskalny. Całość oświadczenia KiGEIT dostępna jest na stronie internetowej organizacji.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/wirtualne-kasy-fiskalne,p674721487

Medyczne innowacje przyspieszają walkę z SARS-CoV-2. Na Śląsku ruszyła budowa unikalnego w skali europejskiej centrum medycznego za 100 mln zł

Telemedycyna, dzięki zdalnemu kontaktowi między personelem medycznym a pacjentem, pomaga ograniczać ryzyko rozprzestrzeniania się takich epidemii jak SARS-CoV-2. Obok sztucznej inteligencji czy analizy danych stanowi jeden z wiodących trendów technologicznych w ochronie zdrowia. Również na tych obszarach swoją działalność skupiać będzie Śląskie Centrum Inżynierskiego Wspomagania Medycyny i Sportu, którego budowa ruszyła właśnie w Zabrzu. Jest to wspólna inwestycja obchodzącego 10. rocznicę działalności Wydziału Inżynierii Biomedycznej Politechniki Śląskiej oraz firmy Philips. Dzięki połączeniu potencjału intelektualnego oraz doświadczenia obu stron realizowany projekt przyczyni się do rozwoju innowacyjnych technologii w zakresie telemedycyny, e-zdrowia oraz zdalnej diagnostyki.

 Innowacje w medycynie, zwłaszcza te związane z telemedycyną i e-zdrowiem, to ogromna szansa dla przeciążonej służby zdrowia. Ze względu na starzejące się społeczeństwo, ograniczoną liczbę personelu medycznego i miejsc w szpitalach konieczne jest wprowadzanie nowych rozwiązań, które usprawnią proces leczenia od diagnostyki, poprzez hospitalizację, na opiece nad pacjentem w domu kończąc – mówi agencji Newseria Biznes Reinier Schlatmann, prezes Philipsa w krajach Europy Środkowo-Wschodniej.

Jak podkreśla, dzisiejsza sytuacja epidemiczna jeszcze bardziej uwydatnia korzyści płynące ze stosowania nowych technologii medycznych, choć i bez niej rozwój w tym obszarze postępował z roku na rok. Obecnie jednak znacznie zyskał na dynamice. Telemedycyna to teraz jedna z innowacji o największym potencjale rozwoju. Obok sztucznej inteligencji, analizy danych, onkologii obliczeniowej czy medycyny personalizowanej stanowi wiodący trend w ochronie zdrowia. Telemedycyna jest jednym z głównych obszarów, na których swoją działalność skupiać będzie Śląskie Centrum Inżynierskiego Wspomagania Medycyny i Sportu.

Powstająca na terenie kampusu Politechniki Śląskiej w Zabrzu inwestycja jest warta prawie 100 mln zł. W ramach przyszłej działalności centrum prowadzone będą prace nad rozwojem innowacyjnych technologii badawczych i produkcyjnych, a także nad wzmocnieniem potencjału badawczego w zakresie inżynierii biomedycznej. Innowacje będą skoncentrowane na badaniach nad sztuczną inteligencją, telemedycyną oraz informatyką kliniczną.

– Śląskie Centrum Inżynierskiego Wspomagania Medycyny i Sportu zostanie wyposażone w zaawansowane technologicznie laboratoria, umożliwiające rozwój technologii wspierających medycynę i sport na światowym poziomie – mówi prof. dr hab. inż. Marek Gzik, dziekan Wydziału Inżynierii Biomedycznej Politechniki Śląskiej. – W tym projekcie szczególnie cieszy nas udział strategicznego partnera – firmy Philips, światowego lidera w zakresie nowych technologii medycznych. Jej wkład ten projekt to 20 mln zł, w dużej mierze w postaci przekazywanych nam technologii – dodaje.

Na technologie te składają się zaawansowane platformy informatyczne, które będą wykorzystywane w badaniach, rozwoju i innowacjach na rzecz integrowania chociażby diagnostyki medycznej, pozwalającej lekarzom na podejmowanie szybszych i trafniejszych decyzji dotyczących procesu leczenia pacjenta.

 Dla firmy Philips możliwość współpracy z Wydziałem Inżynierii Biomedycznej Politechniki Śląskiej to istotne wyróżnienie. Dzięki współdziałaniu ze śląskimi naukowcami mamy realny wpływ na rozwój polskiej nauki w obszarze technologii medycznych. Powstanie Śląskiego Centrum Inżynierskiego Wspomagania Medycyny i Sportu stanowi kolejny krok na tej drodze – dodał Reinier Schlatmann.

Centrum będzie kompleksem złożonym z 11 nowoczesnych laboratoriów, które pozwolą specjalistom rozwijać technologie m.in. w zakresie telemedycyny (w tym telediagnostyki, telerehabilitacji i teleopieki), wirtualnej rzeczywistości, robotyki, inżynierii biomedycznej i materiałowej, biomechaniki, diagnostyki i wspomagania działania służb medycznych. Inwestycja, której generalnym wykonawcą jest Mostostal, ma zostać ukończona w ciągu 15 miesięcy.

– Centrum będzie nie tylko prowadzić prace rozwojowe i badania naukowe, lecz także współpracować z otoczeniem społeczno-gospodarczym, czyli ze wszystkimi firmami, które działają na rzecz rozwoju technologii wspomagających medycynę i sport – mówi prof. dr hab. inż. Arkadiusz Mężyk, rektor Politechniki Śląskiej.

Jak podkreśla, Politechnika Śląska ma duży potencjał do rozwoju w obszarze technologii medycznych. Od 10 lat funkcjonuje w jej ramach jedyny w Polsce Wydział Inżynierii Biomedycznej, specjalizujący się w takich technologiach jak biomateriały, biosensoryka i biomechatronika. 

Na tym wydziale spotykają się badacze z różnych dyscyplin naukowych, tworząc projekty wspomagające pracę służb medycznych, diagnostykę i leczenie. Jesteśmy w krajowej czołówce, jeśli chodzi o liczbę proponowanych rozwiązań, począwszy od tych najprostszych technologicznie, po te najbardziej zaawansowane, np. z wykorzystaniem sztucznej inteligencji we wspomaganiu procesu diagnozowania – mówi prof. dr hab. inż. Arkadiusz Mężyk.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/medyczne-innowacje,p1613267727

Pandemia wymusza rozwój płatności bezgotówkowych. W 2020 roku zostanie wydanych o 110 mln więcej kart zbliżeniowych [DEPESZA]

W Polsce co drugą transakcję opłacamy bezgotówkowo. W latach 20052018 udział płatności bezgotówkowych w ogólnej liczbie płatności wzrósł z 2 do 43 proc. Pandemia koronawirusa może ten wzrost jeszcze przyspieszyć. ABI Research ocenia, że w 2020 roku zostanie wydanych dodatkowych 110 mln kart zbliżeniowych w porównaniu do prognoz sprzed pandemii koronawirusa. Ogółem liczba płatności zbliżeniowych ma wzrosnąć o 68 proc. więcej, niż wcześniej przewidywano.

– Mimo że płatności zbliżeniowe już wcześniej utrzymywały trend wzrostowy, pandemia SARS-CoV-2 jeszcze bardziej go przyspieszy, szczególnie w krajach i gospodarkach, w których króluje gotówka. Wykorzystanie płatności zbliżeniowych jest już wspierane nie tylko przez dostawców ekosystemów płatniczych, ale również przez rządy i organizacje zdrowotne, w tym WHO – przekonuje Phil Sealy, dyrektor ds. badań w ABI Research. Największy wybór, najniższe ceny – sprawdź ofertę pojemniki na wynos firmy Metro-Plast. 

Wzrost popularności płatności bezgotówkowych wynika m.in. ze zmiany kanałów sprzedaży. Z raportu „e-Commerce w czasie kryzysu 2020” Izby Gospodarki Elektronicznej wynika, że 45 proc. Polaków w związku z zagrożeniem koronawirusem rzadziej decyduje się robić zakupy w sklepach tradycyjnych, a niemal 40 proc. zamówiło je w internecie.

Także w tradycyjnych sklepach, w obawie przed zarażeniem, chętniej płacimy kartą. Wiadomo np., że wirus grypy może utrzymać się na banknocie do 17 dni. Koronawirus także może się na nich utrzymywać, choć brakuje jeszcze wiarygodnych danych, jak długo. Głośno było o chińskich władzach, które myły, a nawet niszczyły banknoty, które potencjalnie miały kontakt z wirusem wywołującym COVID-19.

Płatności bezgotówkowe są też znacznie wygodniejsze i szybsze – amerykańska sieć restauracji Sweetgreen uruchomiła stoper i stwierdziła, że można je zrealizować nawet o 15 proc. szybciej niż przy użyciu papierowych pieniędzy.

– Sposób, w jaki ludzie dokonują płatności, szybko ewoluuje. Pandemia SARS-CoV-2 przyniosła znaczną zmianę w nawykach konsumenckich spowodowaną przez niepewność gospodarczą i nacisk na zakup głównie podstawowych artykułów. Nastąpił także gwałtowny wzrost handlu elektronicznego, w którym konsumenci stają się jeszcze bardziej zależni od internetowych kanałów sprzedaży, chcąc unikać zatłoczonych miejsc – zauważa Phil Sealy.

Z danych NBP wynika, że tylko w latach 2005–2018 udział płatności bezgotówkowych wzrósł z 2 do 43 proc., a udział płatności gotówkowych spadł z 98 proc. do 57 proc. Polacy chętnie płacą nie tylko zbliżeniowo (według NBP 86 proc. wszystkich transakcji kartą w Polsce wykonuje się zbliżeniowo), ale też zdalnie, np. poprzez smartfony czy smartwatche. W dobie pandemii na taki krok decyduje się coraz więcej osób, a płatności bezgotówkowe wspiera też zwiększenie limitu płatności bezstykowych w Polsce z 50 do 100 zł.

– Płatności zbliżeniowe mają do odegrania kluczową rolę w walce z SARS-CoV-2, zarówno z punktu widzenia higieny, zdrowia, jak i bezpieczeństwa – podsumowuje dyrektor ds. badań w ABI Research.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/pandemia-wymusza-rozwoj,p652282146

Przez pandemię europejska branża motoryzacyjna nie wyprodukowała co najmniej 2 mln samochodów. Producenci aut i części mogą odczuwać skutki kryzysu przez kilka lat

Od popytu konsumenckiego na nowe samochody zależy to, jak szybko europejska branża motoryzacyjna poradzi sobie z kryzysem wywołanym pandemią. – Branża motoryzacyjna jest szczególnie poszkodowana z uwagi na spadek popytu i zamknięcie fabryk. Niewykluczone, że firmy będą zmuszone zwalniać pracowników, a powrót do poziomu produkcji z czasów przed pandemią będzie trudny i długotrwały – mówi Jakub Faryś, prezes zarządu Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego. Ratunkiem dla branży może być wsparcie ze strony rządów oraz Unii Europejskiej, które pobudzi popyt rynkowy na nowe samochody.

Przestój w produkcji samochodów wywołany koronawirusem spowodował zmniejszenie wolumenu wytworzonych aut o co najmniej 2 mln sztuk, a zapewne liczba ta jeszcze się zwiększy. Średnio fabryki samochodów były zamknięte przez prawie miesiąc, a kłopoty mieli także producenci części i podzespołów którzy dostarczają je w modelu just-in-time. Nawet jeżeli dostawcy mogli produkować, to pojawiły się problemy z transportem – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jakub Faryś, prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.

Jak podkreśla, branża motoryzacyjna jest jednym z najważniejszych sektorów gospodarki europejskiej. Pracuje w niej 12 mln osób, a przez zastój w sprzedaży i produkcji, spowodowany przez pandemię, ich miejsca pracy są zagrożone. Z danych ACEA (Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Pojazdów), przytaczanych przez PZPM, wynika, że w kwietniu br. odnotowano blisko 80-proc. spadek liczby rejestracji nowych samochodów osobowych i dostawczych w Unii Europejskiej w porównaniu do sytuacji sprzed roku. Był to pierwszy pełny miesiąc obowiązywania ograniczeń i zamknięcia salonów samochodowych. Sprzedaż spadła z ponad 11,1 mln sztuk w kwietniu 2019 roku do niecałych 271 tys. w kwietniu 2020 roku. Tak silnego tąpnięcia nie było w historii badania rynku. Jeśli w najbliższych miesiącach popyt na nowe samochody nie powróci do poziomu sprzed pandemii i plany produkcyjne nie zostaną zrealizowane, producenci będą zmuszeni zwalniać pracowników.

Poziom ewentualnych zwolnień zależy od tego, jak dalej potoczy się sytuacja – mówi prezes PZPM. – Jeżeli wygaszanie wszystkich ograniczeń i powrót do normalności – nawet jeżeli nie będzie taka sama jak przed koronawirusem – potrwa stosunkowo krótko, to mam nadzieję, że uda się utrzymać porównywalny poziom produkcji i wielkość zatrudnienia. Jeżeli produkcja zmniejszy się o 10, 20 czy nawet 30 proc., trzeba będzie rozważyć zwolnienia pracowników, także u producentów części i podzespołów. Dlatego też ważny jest szybki powrót optymizmu wśród konsumentów, aby ludzie odwiedzali salony i kupowali samochody.

W Polsce skala spadku sprzedaży nowych samochodów w kwietniu była nieco mniejsza niż w UE. Liczba rejestracji aut osobowych i dostawczych wyniosła 17 865 sztuk, czyli o 65,8 proc. mniej niż przed rokiem. Od początku do końca kwietnia spadek wyniósł 33,6 proc. w porównaniu z analogicznym okresem 2019 roku. Dane Centralnej Ewidencji Pojazdów i Kierowców za pierwsze 20 dni maja pokazują, że sprzedaż zaczyna odbijać w stosunku do kwietnia, ale wciąż jest o połowę niższa niż przed rokiem.

– Trudno ocenić, kiedy branża motoryzacyjna wróci do sytuacji sprzed koronawirusa. Odbudowanie rynku po kryzysie finansowym z 2008 roku zajęło blisko 10 lat. Dziś mamy znacznie głębszy problem – ludzie obawiają się o swoją przyszłość zarówno w kwestii zdrowia, jak i w wymiarze finansowym. Zastanawiają się, czy będą mieli za co kupić podstawowe artykuły, a co dopiero nowy samochód. Z całą pewnością powrót do normalności zajmie lata, a nie miesiące – przewiduje Jakub Faryś.

Europejskie Stowarzyszenie Producentów Pojazdów, którego Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego jest członkiem, ogłosiło wspólnie z kilkoma innymi organizacjami motoryzacyjnymi 25-punktowy plan powrotu do normalności. Jednym z jego punktów jest zaangażowanie ze strony rządów europejskich krajów oraz organów Unii Europejskiej w odbudowę popytu na rynku.

To mogą być dopłaty do zakupu nowych samochodów, ale niekoniecznie – ocenia prezes PZPM. – Wiele różnych działań stymuluje popyt, np. preferencje przy zakupie nowego auta dla tych, którzy oddadzą stary samochód. Tego typu programy były już prowadzone z sukcesem, szczególnie w latach 2008–2009, w okresie kryzysu finansowego. Wtedy okazało się, że wpływy do budżetu poszczególnych krajów były większe niż w sytuacji, gdyby tych programów nie było.

Duże możliwości kreowania popytu na rynku ma Unia Europejska, która mogłaby uruchomić jeszcze inne mechanizmy wsparcia dla branży motoryzacyjnej, np. przesunięcie w czasie niektórych wymagań wobec producentów, uchylenie albo złagodzenie niektórych obowiązków nałożonych na nie.

– Nowe obowiązki na ogół oznaczają większe koszty, a większe koszty to większe wydatki i tu się koło zamyka. Dlatego apelujemy do Brukseli, żeby niektóre obowiązki zostały albo przesunięte w czasie, albo przynajmniej złagodzone – podkreśla Jakub Faryś.

Chodzi m.in. o nowe rozporządzenie homologacyjne, nowe wymagania dla norm Euro 6, kolejnej generacji tachografów oraz radia cyfrowego. Europejskie organizacje podkreślają, że niezbędne jest także wydłużenie terminów ważności decyzji dla końcowych partii produkcji. Szefowie organizacji motoryzacyjnych podkreślili w apelu, że branża motoryzacyjna popiera konieczność ograniczenia emisji szkodliwych substancji do środowiska, ale poziom redukcji wyznaczony na lata 2025 i 2030 jest bardzo ambitny. W obecnej sytuacji realizacja tych zamierzeń stała się trudna, dlatego należy ocenić, czy będzie to realne.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/przez-pandemie-europejska,p1345939805

Trudniej o kredyt mieszkaniowy. Banki zaostrzają wymagania dotyczące wkładu własnego i wiarygodności kredytowej

Dane BIK pokazują, że w kwietniu spadła liczba i wartość udzielonych kredytów mieszkaniowych. Banki udzieliły ich o 23 proc. mniej. Na początku maja jednak liczba zapytań o nowe kredyty hipoteczne wzrosła o 25 proc. w porównaniu do tygodnia wcześniej. W związku z pandemią polityka kredytowa banków się zaostrza, więc o kredyt będzie trudniej. Z drugiej strony kredytobiorcom sprzyja dwukrotna obniżka stóp procentowych do rekordowo niskiego poziomu, która oznacza, że z banku będzie można pożyczyć więcej. Nie ma jednak co liczyć, że ceny nieruchomości spadną.

 – Banki bardzo dokładnie prześwietlają kredytobiorców i sprawdzają ich wiarygodność kredytową. Jeżeli ktoś może przedstawić roczne zeznanie PIT za ubiegły rok z wysokimi dochodami, jest bardzo duże prawdopodobieństwo, że analityk bankowy poprosi też o pokazanie przelewów z ostatnich miesięcy. Jeżeli okaże się, że przykładowo wynagrodzenie spadło w marcu, będzie to mocno rzutowało na ocenę zdolności kredytowej takiego kredytobiorcy – mówi agencji Newseria Biznes Bartosz Turek, analityk HRE Investments.

Sprawdzone sprężarki powietrza – poznaj wiosenną ofertę cenową.

Jak wynika z danych zebranych przez HRE Investments na początku maja, drogę do zakupu własnego M blokują teraz przede wszystkim wymagania co do wkładu własnego (minimum 15–20 proc., ale są też wymogi posiadania 30 proc.). Większe trudności z uzyskaniem kredytu mieszkaniowego mogą mieć także osoby prowadzące działalność gospodarczą, zatrudnione na umowach cywilnoprawnych lub na umowach na czas określony, które niedługo wygasają. Szczególnie jeśli są pracownikami branż najbardziej dotkniętych skutkami pandemii

– Banki bez wątpienia będą utrzymywały oferty kredytów mieszkaniowych w mocy i wciąż będą chciały ich udzielać. Powód jest bardzo prosty: z ich punktu widzenia kredyty hipoteczne są relatywnie bezpiecznymi produktami. Dlatego też, jeśli banki mają w tej chwili jakieś obawy o przyszłość, to raczej będą wolały udzielać bezpieczniejszych kredytów niż np. kredytów gotówkowych, które w większym stopniu mogą im popsuć portfel w przyszłości – mówi Bartosz Turek.

Kwietniowe dane pokazują też, że mocno (o 23 proc.) spadła nie tylko liczba, ale i wartość udzielanych kredytów mieszkaniowych (o 14,6 proc.). Jednak nie do końca pokazują one, jaki wpływ pandemia SARS-CoV-2 będzie mieć na rynek, ponieważ kredyty mieszkaniowe są procesowane w bankach około dwóch miesięcy, co oznacza, że ich sprzedaż widoczna w kwietniu jest efektem wniosków składanych jeszcze w lutym i początku marca br.

– Zaciągnięcie kredytu w tym momencie będzie trudniejsze. Polacy po pierwszym ataku niepewności związanym z pandemią ograniczali składanie nowych wniosków kredytowych, ale najnowsze dane BIK pokazują, że ten popyt na kredyty już rośnie. Zatem jest to ciekawa sytuacja, którą warto obserwować. Bez wątpienia banki będą stawiały większe wymagania kredytobiorcom – mówi analityk HRE Investments.

Majowa ankieta HRE Investments wskazała, że w maju modelowa trzyosobowa rodzina (w której oboje dorosłych pracują i zarabiają po średniej krajowej) mogłaby pożyczyć na zakup mieszkania 636 tys. zł. To o ponad 50 tys. zł mniej niż w kwietniu, ale o 15 tys. zł więcej niż rok temu. To w głównej mierze wynika z podwójnej obniżki stóp procentowych, która wpłynęła na spadek oprocentowania kredytów. Przy mniej optymistycznych założeniach w tym modelu – np. rodzice pracują na umowach cywilnoprawnych lub zarabiają 20 proc. mniej, niż wynosi średnia krajowa – zdolność kredytowa spadłaby do ok. 466 tys. zł.

Analityk HRE Investments szacuje, że dzięki obniżce stóp procentowych rata przeciętnego, typowego kredytu mieszkaniowego zaciągniętego w złotych powinna zmniejszyć się o około 150 zł miesięcznie.

Do zakupów nieruchomości raczej nie zachęcą Polaków niższe ceny. Zdaniem Bartosza Turka możliwe są drobne przeceny, ale to nic pewnego. Tym bardziej że część sprzedających mieszkania na rynku wtórnym – ze względu na dużą niepewność – wstrzymała transakcje, przez co ograniczona została podaż na rynku.

– Popyt też jest ograniczony, ale to powinno skutkować w miarę stabilnymi cenami. Nie spodziewam się przecen większych niż 5 do maksymalnie 10 proc., przy czym raczej w dłuższym terminie. Jeżeli koronawirus będzie męczył nas dłużej, przecena rzędu 10 proc. faktycznie jest możliwa. Ale jeśli odpuści nam wcześniej, to nie spodziewam się większych przecen. Wynika to m.in. z faktu, że Polacy upatrują w tym rynku bezpieczną przystań dla kapitału. Widząc oprocentowanie lokat na poziomie 0,5 proc. albo mniej, bez wątpienia sporo osób rozważa teraz zakup mieszkań w celach inwestycyjnych – mówi Bartosz Turek.

Z danych NBP przytaczanych przez HRE Investments wynika, że tuż przed wybuchem pandemii w Polsce nieruchomości w miastach drożały średnio o 13,6 proc.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/trudniej-o-kredyt,p1959521070