Koronawirus zwiększył wykorzystanie aplikacji finansowych o 72 proc. To szansa zwłaszcza dla fintechów [AUDIO]

Pandemia koronawirusa spowodowała, że dla branży fintechowej otwierają się nowe możliwości. Znacznie szybszy rozwój e-commerce oraz więcej czasu spędzonego przed komputerami w związku z kwarantanną pozwala dotrzeć do większej liczby klientów. Rozwój technologii uczenia maszynowego, systemów automatyzacji pracy oraz narzędzi do przetwarzania obszernych zasobów Big Data przyspieszy z kolei cyfryzację sektora bankowego. Instytucje finansowe coraz chętniej korzystają z pomocy fintechów, aby zyskać na konkurencyjności i stawić czoła wielkim korporacjom technologicznym, które mogą zagrozić pozycji tradycyjnych banków.

Według raportu deVere Group wykorzystanie finansowych aplikacji w Europie po ogłoszeniu szerokich restrykcji, takich jak izolacja i dystansowanie społeczne wzrosło aż o 72 proc. zaledwie w ciągu tygodnia. Tymczasem jednym z liderów rozwiązań fintechowych w Europie jest Polska.

– Polska należy do europejskich liderów pod względem cyfryzacji sektora bankowego. Dość sztywne regulacje, które ograniczają możliwości rozwojowe i elastyczność banków zderzają się z tym, że start-upy, które wdrażają te technologie omijają regulacje. Działając poza sektorem bankowym, nie mają obciążenia starszymi systemami informatycznymi, mogą działać elastycznie. Na razie sektor bankowy nie czuje się z ich powodu zagrożony, stara się z nimi współpracować – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Michał Polasik, profesor Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, dyrektor Centrum Gospodarki i Finansów Cyfrowych UMK.

Przedstawiciele PKO Banku Polskiego opracowali raport „Startup the Bank”, w którym opisali potencjał, jaki drzemie we współpracy środowiska startu-upowego z sektorem finansowym. Z dokumentu wynika, że po zakończeniu programu pilotażowego aż 70 proc. firm zostaje partnerem technologicznym banku, a na sukces mogą liczyć nie tylko fintechy – branża skutecznie przyciąga także przedsiębiorstwa wyspecjalizowane w analizie Big Data, elektronicznej obsłudze klientów bądź optymalizacji procesów biznesowych.

– Banki zostały zobowiązane do wdrożenia otwartej bankowości i udostępnienia otwartych interfejsów, z których mogą korzystać niebankowi dostawcy, klienci mogą udostępniać wybrane usługi informacji o swoim koncie czy zlecenia płatności. Największym wyzwaniem dla banków będzie konkurencja ze strony tzw. bigtechów, czyli największych graczy cyfrowych, takich jak Google, Apple, Amazon, którzy poprzez posiadanie ogromnych baz klientów są w stanie oferować usługi cyfrowe na wielką skalę. I skorzystanie przez te podmioty z otwartej bankowości może być wyzwaniem relatywnie najpoważniejszym – twierdzi ekspert.

Przedstawiciele bigtechów coraz częściej zwracają się w stronę rynku finansowego, widząc w nim kolejne źródło potencjalnych dochodów. Facebook chce spróbować swoich sił w branży blockchainowej i wdrożyć do użytku internetowy, innowacyjny środek płatniczy. Korporacja pracuje nad powołaniem do życia szeregu kryptowalut Libra przypisanych konkretnym walutom narodowym. Taka nietypowa konstrukcja portfela kryptowalutowego ma zachęcić do współpracy z Facebookiem centralne jednostki nadzoru finansowego.

Z kolei firma Apple w parze z bankiem Goldman Sachs opracowała usługę Apple Card. Jest to hybrydowa usługa finansowa ściśle powiązana z cyfrowym portfelem Apple Wallet, która funkcjonuje zarówno jako fizyczna karta kredytowa, jak i aplikacja mobilna. Korporacja nie pobiera od użytkowników Apple Card żadnej prowizji od transakcji, oferuje za to program cash back, w ramach którego zwraca od 1 do 3 proc. kwoty transakcji.

Nad własnymi kartami płatniczymi pracują także firmy Google i Huawei, które również mają stanowić alternatywę dla tradycyjnych usług bankowych.

– Współpraca z mniejszymi start-upami jest szansą na konkurencję z bigtechami poprzez dostarczanie klientom usług w modelach elastycznych Z drugiej strony, jeśli chodzi o cyfrowe technologie, były pewne obawy związane z technologiami, które mogą zmienić całkowicie funkcjonowanie sektora. Blockchain, sukces kryptowaluty bitcoin powodował różne wątpliwości. W tej chwili wydaje się, że te technologie będą stopniowo asymilowane w różnych wersjach do sektora bankowego. W mojej ocenie w najbliższej dekadzie większą rolę odegra sposób ukształtowania otwartej bankowości tak, aby banki były w stanie wdrażać nowe, bardziej zaawansowane usługi bazując na tej infrastrukturze – tłumaczy Michał Polasik.

Według firmy badawczej Research and Markets wartość globalnego rynku fintechów do 2023 roku wzrośnie do blisko 306 mld dol. W najbliższych latach ma on się rozwijać w tempie ponad 22 proc. w skali roku.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/koronawirus-zwiekszyl,p276035597

Każdy dzień obostrzeń wywołanych przez pandemię pustoszy budżety samorządów. Konieczne mogą okazać się cięcia inwestycji

Każdy dzień restrykcji przynosi straty na biletach komunikacji miejskiej, płatnym parkowaniu, opłatach za żłobki czy z powodu zamknięcia obiektów sportowo-kulturalnych. Samorządy muszą się też liczyć ze spadkiem dochodów z tytułu PIT, CIT i podatków lokalnych. Ubytki w dochodach sprawiają, że już zaczęły szukać oszczędności i ciąć wydatki, żeby uzupełnić dziurę dochodową. Warszawa na razie nie planuje ciąć inwestycji – ale część miast może być do tego zmuszona.

– Na tym etapie nie ma żadnych decyzji co do ewentualnych ograniczeń w inwestycjach miejskich. Przetargi, które były procedowane wcześniej, są realizowane. To pobudza gospodarkę i dzięki temu tworzymy miejsca pracy, co w czasie kryzysu jest jednak bardzo ważne. Z drugiej strony oszczędności i ograniczenia rozpoczynaliśmy sami od siebie, tzn. od Biura Marketingu, od promocji, wszelkiego rodzaju imprez stricte komercyjnych czy zakupu gadżetów. Odwołaliśmy wiele imprez plenerowych, które siłą rzeczy w tym momencie i tak nie mogą się odbyć. W tych obszarach wprowadziliśmy jak największe ograniczenia – mówi agencji Newseria Biznes Karolina Gałecka, rzeczniczka m.st. Warszawy.

Jak podkreśla, trudno jeszcze ocenić, jakie dokładnie przełożenie będzie mieć pandemia koronawirusa na budżet Warszawy, ale z pewnością niższe będą dochody miasta z tytułu podatków PIT, CIT oraz z biletów komunikacji miejskiej.

– Gdy porównamy marzec 2020 roku do analogicznego miesiąca rok wcześniej, wpływy z biletów komunikacji miejskiej były dużo niższe. Ale z drugiej strony od 17 kwietnia zauważamy już tendencję wzrostową, coraz więcej osób je kupuje – mówi Karolina Gałecka.

Co istotne, sytuacja samorządów miast była zła jeszcze przed wybuchem pandemii SARS-CoV-2. Wiele z nich nie uporało się jeszcze ze skutkami tzw. piątki Kaczyńskiego i wprowadzonych przez rząd zmian w podatku PIT. Obniżka stawki z 18 do 17 proc. oraz zerowy PIT dla młodych ograniczyły ich dochody. Na to dodatkowo nałożyły się problemy związane m.in. z niedoszacowaniem subwencji oświatowej, wzrostem płacy minimalnej czy cen energii.

Każdy dodatkowy dzień obostrzeń wywołanych przez pandemię pustoszy budżety samorządów, które tracą nie tylko na biletach komunikacji miejskiej, ale i płatnym parkowaniu, opłatach za żłobek i zamknięciu obiektów sportowych czy kulturalnych (utracone przychody np. za bilety na basen czy odwołane imprezy). Muszą liczyć się też ze spadkiem dochodów z tytułu PIT, CIT, podatków lokalnych i użytkowania wieczystego, a z drugiej strony ze zwiększonymi wydatkami, chociażby na zakupy środków ochrony osobistej dla urzędników czy pracowników służb zaangażowanych w walkę z koronawirusem.

– Podobnie jak inne samorządy w Polsce, zwracaliśmy się już z prośbą o pomoc do administracji rządowej. Apelowaliśmy przede wszystkim o wzrost subwencji ogólnej – jako rekompensata tego spadku dochodów, które ponoszą samorządy w związku z SARS-CoV-2 – ale także o zawieszenie janosikowego do końca 2023 roku. Warszawa ponosi największe koszty i wpłaca największe sumy właśnie w związku z janosikowym. Wystosowaliśmy też apel do administracji rządowej o udzielenie takiego wsparcia, rekompensaty z budżetu miasta za gospodarowanie odpadami komunalnymi. To również mogłaby być realna pomoc dla samorządu warszawskiego – mówi rzeczniczka m.st. Warszawy.

Stan finansów samorządowych dodatkowo pogorszy jeszcze recesja, której ekonomiści spodziewają się w następstwie pandemii koronawirusa. O wsparcie i pakiet specjalnych rozwiązań przeznaczonych dla JTS-ów do rządu zaapelował już także Związek Miast Polskich. Jednak ubytki w dochodach powodują, że te na własną rękę zaczęły już szukać oszczędności i ciąć wydatki, żeby uzupełnić dziurę dochodową.

– Każdy zdaje sobie sprawę, że skutkiem koronawirusa będzie kryzys gospodarczy. My w Warszawie mamy finanse w dobrym stanie, ale tam, gdzie możemy wprowadzać pewne ograniczenia, już to robimy, żeby poczynić oszczędności. To m.in. 8 mln zł, które zostały już zaoszczędzone w tegorocznym budżecie Biura Marketingu i Centrum Komunikacji Społecznej – mówi Karolina Gałecka.

Jak podkreśla, stolica nie ma na razie w planach cięcia inwestycji. Wręcz przeciwnie – miasto zamierza dalej inwestować w nowoczesne rozwiązania i technologie, które pozwolą wprowadzić oszczędności w dłuższej perspektywie. Przykładem jest m.in. wymiana oświetlenia na LED-owe.

– Nie idziemy wzorem Krakowa, nie wyłączamy oświetlenia w porze nocnej w ramach oszczędności, bo na bezpieczeństwie mieszkańców Warszawa absolutnie oszczędzać nie może. Pamiętajmy, że ludzie pracują również w nocy, pracują na zmianę czy wracają w porze nocnej do domu. Dlatego absolutnie takich kroków nie wykonamy. Idziemy w zupełnie innym kierunku – do końca 2022 roku planujemy wymienić całe oświetlenie w Warszawie na LED-owe, energooszczędne. Tym samym zaoszczędzimy bardzo dużo pieniędzy właśnie dzięki wprowadzeniu nowoczesnych technologii. I to jest rozwiązanie dla Warszawy optymalne: nie oszczędzanie na bezpieczeństwie, ale inwestowanie w nowoczesne technologie, które pozwolą zaoszczędzać pieniądze na trudne czasy – mówi rzeczniczka m.st. Warszawy..

Stolica nie może zaoszczędzić też na wydatkach na komunikację miejską. Rządowe obostrzenia dotyczące przemieszczania się publicznym transportem wręcz wymusiły wzrost wydatków w tym obszarze.

– Wciąż obowiązuje rozporządzenie Ministra Zdrowia, które wprowadza konkretne obostrzenia w komunikacji miejskiej i dotyczy m.in. liczby pasażerów przypadających na dany skład komunikacji i taboru. Jeżeli mamy skład przewidziany na 30 miejsc siedzących, to zajęta może być tylko połowa. Jesteśmy zobligowani, żeby wszystkie te wytyczne wdrożyć, ale to niesie za sobą konsekwencje, jak konieczność uruchomienia jak największego taboru, aby spełnić te obostrzenia. Dlatego nie oszczędzamy na komunikacji miejskiej. Zresztą zauważamy większe natężenie ruchu, coraz więcej osób kupuje bilety miejskie – mówi Karolina Gałecka.

Rzeczniczka podkreśla, że miasto stara się też wspomóc przedsiębiorców poszkodowanych przez pandemię koronawirusa. Mogą oni liczyć m.in. na obniżki czynszów sięgające nawet do 90 proc. Taka ulga przysługuje warszawskim przedsiębiorcom po złożeniu stosownego wniosku w Urzędzie Miasta, w tej chwili ich liczba jest już dość duża.

6 maja Komisja Budżetu i Finansów Publicznych kontynuowała prace nad rozwiązaniami osłonowymi w związku z rozprzestrzenianiem się wirusa SARS-CoV-2. W trakcie posiedzenia prezes Związku Miast Polskich, senator Zygmunt Frankiewicz zgłosił projekt tzw. tarczy samorządowej – czyli pakietu rozwiązań dedykowanych JTS-om w związku z pandemią.

Proponowane przepisy przewidują m.in.: rekompensatę niektórych ubytków w dochodach własnych, spowodowanych restrykcjami stanu epidemii (subwencja rekompensująca), korekty przepisów dotyczących sposobu wyliczania subwencji, VAT-u od opłat za użytkowanie nieruchomości, możliwości zawieszenia (w całości albo w części) realizacji budżetu obywatelskiego, a także przygotowania do budżetu obywatelskiego na rok 2021, jeżeli byłoby to konieczne w związku z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem SARS-CoV-2.  

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/kazdy-dzie-obostrze,p952476103

Mimo unijnych ułatwień w transporcie pandemia szkodzi polskiemu eksportowi żywności. Remedium po otwarciu granic mogą być rynki pozaunijne

W dwóch pierwszych miesiącach 2020 roku eksport napojów i tytoniu wzrósł o 11,1 proc., natomiast żywności i żywca o 5,8 proc. Ten trwający od dekady trend wzrostowy został przerwany przez wybuch pandemii koronawirusa. Mniejszy popyt spowodowany zamknięciem gastronomii i ograniczeniem zakupów wpłynął na nadwyżki produkcji. Z drugiej strony nie wiadomo, jak na tegoroczne zbiory wpłynie niedobór pracowników sezonowych. Pierwsze dane za marzec powinniśmy poznać 14 maja.

– Pandemia poprzerywała wszelkie łańcuchy dostaw, zwłaszcza w eksporcie, przez co potraciliśmy miejsca eksportowe związane z naszą żywnością – mówi agencji informacyjnej Newseria prof. dr hab. Marian Podstawka, dyrektor Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej – Państwowego Instytutu Badawczego. – W normalnych warunkach nasz rynek rolno-żywnościowy odnotowywał wzrost eksportu. Kwota eksportu wynosiła 30 mld euro i bilans w tym handlu jest dodatni  około 10 mld euro.

Z obliczeń instytutu opracowanych na podstawie danych Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa i Ministerstwa Finansów wynika, że eksport polskiej żywności rósł nieprzerwanie od akcesji do Unii Europejskiej, z wyjątkiem niewielkiego cofnięcia w 2009 roku. Dziesięć lat później wartość wyeksportowanych towarów sięgnęła 31,8 mld euro, zaś import – 20,5 mld euro, co dało najwyższy w ciągu półtorej dekady dodatni bilans. Jednocześnie eksport żywności i innych produktów rolno-spożywczych stanowił niemal 13,5 proc. całego wywozu. Najwięcej eksportowaliśmy żywca, mięsa i jego przetworów. Warto jednak przypomnieć, że wraz z nowym rokiem powróciła do Polski grypa ptaków, co zamknęło niektóre rynki.

– To były znakomite wyniki w normalnych warunkach, ale wiadomo, że w obecnych już takie nie będą, co przeszkodzi w rozwoju rolnictwa i całego przemysłu rolno-spożywczego – mówi prof. Marian Podstawka. – Jeżeli stan zamrożenia gospodarki, transportu, zamkniętych granic będzie trwał dłużej, to sytuacja na pewno będzie niekorzystna dla eksportu polskiej żywności. Gdyby jednak czas zablokowania transportu okazał się krótszy, to wiadomo, że to poprawi sytuację eksportową i bilansu handlu zagranicznego artykułami żywnościowymi.

Od 7 kwietnia Ministerstwo Rolnictwa umieszcza na swojej stronie internetowej informacje na temat tego, jakie produkty są pożądane w poszczególnych krajach. W przypadku Australii są to np. majonez, musztarda, makarony, kasza perłowa i gryka, w przypadku Singapuru nabiał, świeże, konserwowe i mrożone warzywa, mrożone dania gotowe i makarony, a w przypadku Nigerii popyt jest na aż kilkadziesiąt kategorii. Zjednoczone Emiraty Arabskie budują z kolei rezerwy mięsa, lecz musi ono mieć certyfikat halal.

– Pewna okoliczność sprzyja sytuacji eksportowej, ponieważ z tego, co wiadomo, Singapur, Chiny i inne państwa na Wschodzie starają się nawiązać kontakt z naszym resortem – mówi dyrektor IERiGŻ – PIB. – Ministerstwo Rolnictwa ogłosiło stronę „Możliwości eksportowe”, gdzie można zasięgać informacji, co możemy eksportować, w jakich ilościach, na jakich warunkach, co jest bardzo dobrym rozwiązaniem. I te utracone przez koronawirusa kanały eksportowe w Europie mogą być odrobione dzięki nowym kontraktom i kontaktom eksportowym ze wspomnianymi Singapurem czy Chinami.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/mimo-unijnych-ulatwie-w,p1648584392

Opracowana w Polsce powłoka zabija większość wirusów i bakterii. Znajdzie zastosowanie w produkcji maseczek i sprzętu ochronnego

Maseczki na twarz mogą skutecznie chronić przed zakażeniem koronawirusem, nie zapewniają jednak całkowitej skuteczności. Większość wychwytuje jedynie duże kropelki wody. Ponadto, choć maska ​​może złapać wirusa i uniemożliwić mu dostanie się do nosa lub ust, to go nie zabije. Opracowana w Polsce specjalna powłoka zabija wirusy, bakterie, zabezpiecza też przed zanieczyszczeniami, alergenami, pyłami, grzybami i pleśnią. Może być stosowana zarówno w maseczkach wielokrotnego użytku, jak i na całym sprzęcie ochronnym lekarzy i ratowników.

Większość masek może wychwytywać jedynie duże kropelki wody. Choć powstrzymuje wirusa i uniemożliwia mu przedostanie się do nosa czy ust, nie zabija go. Oznacza to, że gdy użytkownik usuwa maskę, wirus przenosi się na palce, a następnie na inne często dotykane powierzchnie. W efekcie, choć maseczki teoretycznie mogą faktycznie zabezpieczać, w praktyce nie dają 100 proc. skuteczności. Dlatego też na całym świecie trwają badania nad maseczkami, które mają znacznie bardziej chronić przed wirusami. Naukowcy w Kanadzie opracowali np. zabójczą antywirusową powłokę, którą można nakładać na zewnętrzną stronę dowolnej maski. Materiał składa się głównie z chlorku potasu i chlorku sodu. Sole te rozpuszczają się, gdy zetkną się z kropelkami wody, krystalizują się, a ostre krawędzie kryształów przebijają wówczas wirusy.

Polacy opracowali zaś pierwszą maseczkę, której nanopowłoka skutecznie zabija nie tylko wirusy, lecz także bakterie.

– Udało się nam stworzyć powłokę, którą możemy nanosić na materiały i tkaniny używane do produkcji maseczek. Powłoka ta jest bardzo innowacyjnym rozwiązaniem, które na pięciu poziomach neutralizuje i degraduje bakterie, wirusy, alergeny, lotne związki organiczne, pleśń czy grzyby – mówi Norbert Duczmal, pomysłodawca HalloyNano.

Dzięki wykorzystaniu nanopłytek jako nośnika i działaniu nanosrebra, nanotlenku cynku oraz nanodwutlenku tytanu opracowana w Polsce powłoka skutecznie chroni przed zakażeniem, przy okazji zabezpiecza też przed zanieczyszczeniem powietrza czy alergenami. Wykorzystuje proces fotokatalizy – powstają w nim reaktywne formy tlenu, które niszczą struktury białkowe wirusów i bakterii. Powłoka aktywowana jest zarówno przez światło naturalne, jak i sztuczne. Tym samym nanopowłoka sprawdzi się nie tylko w przypadku maseczek, ale też całego sprzętu zabezpieczającego.

– Powierzchnia chroniąca HalloyNano wkrótce będzie mogła chronić nie tylko twarze, ale również być użyta przy produkcji rękawiczek, odzieży czy zabezpieczeń dla szpitali – kombinezonów lub śluz. Jest samoczyszcząca i aktywuje swe właściwości jedynie pod wpływem światła dziennego lub sztucznego – podkreśla pomysłodawca HalloyNano.

Opracowana w Polsce technologia może okazać się ratunkiem dla szpitali i placówek leczniczo-opiekuńczych w całym kraju. Średnio jeden szpital zakaźny zużywa dziennie nawet kilkaset zestawów ochronnych. Brakuje nie tylko gogli czy kombinezonów, ale niekiedy również zwykłych maseczek.

– Wsparcie ułatwi nam pomoc wybranym placówkom na terenie Polski, w których sytuacja jest dramatyczna – małym szpitalom i domom opieki społecznej – apeluje Norbert Duczmal.

Projekt HalloyNano można wesprzeć jeszcze przez 38 dni na portalu wspieram.to/nanomaska.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/opracowana-w-polsce,p1141517026

Podczas pandemii rośnie ryzyko kradzieży w internecie. Połowa Polaków obawia się większej liczby wyłudzeń kredytów

Przez pandemię koronawirusa życie społeczne i zawodowe przeniosło się do internetu. Już 94 proc. Polaków korzysta z niego co najmniej raz dziennie, często przy okazji pozostawiając w sieci swoje dane. To zwiększa ryzyko wyłudzeń i kradzieży, a 40 proc. użytkowników zetknęło się już z podejrzanym mailingiem. Mimo to ponad połowa nie zna i nigdy nie korzystała z usług chroniących przed takimi zagrożeniami. Jednym z najpopularniejszych tego typu narzędzi są Alerty BIK, które teraz można bezpłatnie aktywować na trzy miesiące. Alert każdorazowo poinformuje o próbie podszycia się i zaciągnięcia kredytu, pożyczki czy podpisania umowy z dostawcą usług na nasze skradzione dane.

W czasie pandemii nasze życie przeniosło się do internetu – tam pracujemy zdalnie, robimy zakupy i wykonujemy różne transakcje online. Do sieci przeniosła się również działalność przestępców. Próbują oni w coraz bardziej wyrafinowany sposób pozyskać nasze dane. Najczęściej robią to poprzez podstawienie nam fałszywych stron internetowych, np. w mailach czy SMS-ach. Dane, które nam ukradną, mogą potem posłużyć do wyłudzenia kredytu lub pożyczki. Co tydzień słyszymy też niestety o nowych wyciekach danych z różnych instytucji – mówi agencji Newseria Biznes Joanna Charlińska, dyrektor ds. sprzedaży w Departamencie Rynku Detalicznego w Biurze Informacji Kredytowej.

Polskie niezawodne łożyska marki MTM. Poli producent.

Pandemia koronawirusa i związane z nią ograniczenia – czyli konieczność pozostawania w domu i unikania kontaktów – wpłynęły na wzrost liczby osób i częstości korzystania z różnych kanałów kontaktu online. Aż 94 proc. Polaków przyznaje, że korzysta z internetu przynajmniej raz dziennie, a najczęściej wykorzystują: pocztę elektroniczną, portale społecznościowe i komunikatory internetowe – wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie BIK w końcówce kwietnia br.

Ponad połowa osób ma poczucie, że obecna sytuacja może doprowadzić do większej liczby prób wyłudzeń kredytów, pożyczek i abonamentów. Aż 40 proc. miało styczność z podejrzanym mailingiem, a 27 proc. przyznaje, że zdarzyło im się otrzymać podejrzany mail z prośbą o kliknięcie linku lub pobranie pliku.

– Polacy czują zagrożenie i obawiają się wyłudzeń w obecnej, trudnej sytuacji. Jednak ponad połowa nie wie, w jaki sposób się chronić, i nie korzysta z żadnych narzędzi chroniących ich przed wyłudzeniami – podkreśla Joanna Charlińska.

Co czwarty badany (28 proc.) w ogóle się nimi nie interesuje, a raptem 12 proc. korzysta bądź planuje skorzystać z takich narzędzi.

Jednym z najpopularniejszych narzędzi, które ostrzega o próbie wyłudzenia za pomocą skradzionych danych, są Alerty BIK. To powiadomienie SMS-owe lub mailowe, które przychodzi w momencie, kiedy tylko w BIK pojawi się zapytanie o historię kredytową danej osoby. Jeżeli klient sam nie składał żadnych wniosków o kredyt czy pożyczkę, nie kupował nic na raty ani nie poręczał kredytu, to pojawienie się Alertu może oznaczać, że ktoś próbuje zaciągnąć kredyt na jego dane.

– Wszystkie banki komercyjne, spółdzielcze, SKOK-i oraz niemal wszystkie firmy pożyczkowe weryfikują wiarygodność osoby składającej wniosek o finansowanie. Jeżeli więc złodziej pozyska nasze dane i będzie chciał zaciągnąć na nie kredyt, wówczas bank czy firma pożyczkowa sprawdzi to, o czym zostaniemy natychmiast poinformowani poprzez SMS lub e-mail – wyjaśnia dyrektor ds. sprzedaży w Departamencie Rynku Detalicznego w BIK.

Alert poinformuje także o każdej próbie podpisania umowy na skradzione dane, np. z operatorem telekomunikacyjnym, firmą leasingową, faktoringową czy dostawcą innych usług. Takie podmioty standardowo odpytują bazę Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor – spółki córki należącej do BIK.

Co istotne, otrzymanie Alertu pozwala nie tylko dowiedzieć się, że ktoś próbuje wyłudzić pieniądze na skradzione dane, ale również temu zapobiec.

Dzięki informacji z Alertu możemy szybko zareagować. Znajdują się w nim trzy kluczowe informacje: data złożenia wniosku, nazwa instytucji finansowej oraz numer infolinii BIK, która pomaga klientom w wyjaśnieniu takich przypadków. Kiedy dochodzi do próby wyłudzenia, to – dzięki współpracy z całym sektorem bankowym – możemy bardzo szybko przekazać taką informację do właściwej instytucji, zapobiec wyłudzeniu i kolejnym próbom zaciągnięcia finansowania na skradzione dane – mówi Joanna Charlińska.

Ponieważ w czasie pandemii znacznie więcej osób zostawia swoje dane w internecie i niemal co tydzień dochodzi do nowych wycieków danych, BIK postanowił tymczasowo bezpłatnie udostępnić swoją usługę wszystkim konsumentom. Od 7 maja do 30 czerwca br. można ją aktywować bezpłatnie na trzy miesiące.

– Może się nam wydawać, że skoro jesteśmy w domu i wiemy, gdzie jest schowany nasz dowód osobisty, to jesteśmy bezpieczni. Jednak ze względu na większą aktywność w internecie możemy stracić czujność i paść ofiarą przestępcy – podkreśla ekspertka.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/podczas-pandemii-rosnie,p1771265477

Coraz większe zainteresowanie złotem wśród polskich inwestorów. Rynek mierzy się z utrudnionymi dostawami kruszcu

Pierwszy kwartał przyniósł spadki zakupów sztabek i monet w Azji, która jest największym źródłem popytu na złoto inwestycyjne. Wzrosło natomiast zainteresowanie tymi inwestycjami wśród niemieckich, a także polskich inwestorów. W drugiej połowie marca wystąpiły jednak problemy z dostawami, a podaż wciąż jest niższa niż zazwyczaj. Zdaniem prezesa Tavexu, zajmującego się inwestycjami w złoto i srebro, przyszła podaż stanowi wielką niewiadomą, natomiast popyt będzie rósł.

Globalny popyt na złoto w pierwszym kwartale 2020 roku wzrósł o 1 proc., czyli o 1083,8 ton w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku. Popyt na monety i sztabki był minimalnie niższy w pierwszych trzech miesiącach 2020 roku w porównaniu do pierwszego kwartału 2019 roku (-6 proc.), co wynikło głównie z braków fizycznego towaru. Spadek odnotowano szczególnie w Chinach i Indiach. W przeciwieństwie do nich na rynkach zachodnich zaobserwowano wzrost popytu na złote monety – 76,9 tony sprzedaży.

Tylko teraz najlepsze ceny na odkurzacze przemysłowe marki Vervo.

 W pierwszym kwartale 2020 roku widzimy znaczące spadki w Chinach i Indiach, co wynika z koronawirusowego lockdownu, oraz bardzo duże wzrosty na rynku niemieckim – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Aleksander Pawlak, prezes zarządu firmy Tavex. – Niemcy tradycyjnie w sytuacjach dużego niepokoju inwestują w złoto, są do tego przyzwyczajeni od lat i stanowią zdecydowanie największy rynek. W Polsce również odnotowaliśmy bardzo duże zapotrzebowanie na złoto inwestycyjne, zwłaszcza w drugiej połowie marca i w kwietniu. Tego nie widać jeszcze w wynikach za I kwartał – te liczby byłyby znacznie większe, gdyby nie problemy z dostawami w drugiej połowie marca.

Złoto inwestycyjne, czyli sztabki i monety, od lat cieszą się największym powodzeniem na rynkach chińskim i indyjskim, a w Europie – w Niemczech i Austrii. Dużym odbiorcą są także Stany Zjednoczone. Polski rynek ma znacznie skromniejsze rozmiary, jednak szybko się rozwija. W przypadku monet największymi bestsellerami są: Kanadyjski Liść Klonu, Wiedeński Filharmonik, Australijski Kangur oraz Południowoafrykański Krugerrand. W Polsce najpopularniejsze są Filharmonik i Kangur. Spośród sztabek natomiast najbardziej cenione są szwajcarskie w rozmiarach uncji i większych, gdyż mniejsze mają raczej zastosowanie prezentowe, a nie inwestycyjne.

W dobie pandemii obserwujemy spadek popytu na mniejsze sztabki, np. pięciogramowe, które były bardzo popularne jako prezent weselny czy komunijny, w związku z tym, że te uroczystości się po prostu teraz nie odbywają. Jest za to bardzo duży wzrost zapotrzebowania na złoto typowo inwestycyjne, czyli sztabki uncjowe, 100-gramowe, uncjowe monety. Tutaj notujemy wzrosty rzędu 100 proc. rok do roku – mówi Aleksander Pawlak. – W Polsce spodziewamy się wzrostu popytu na złoto inwestycyjne z tego powodu, że w porównaniu z drugą połową marca jest znacznie lepsza stabilność dostaw, większa dostępność złota, dzięki czemu klienci mogą je łatwiej kupić.

Podaż na rynku złota zależy od dwóch czynników – podstawowym jest chęć sprzedaży przez inwestorów, przy czym 30–40 proc. stanowi materiał pochodzący z recyklingu, czyli złoto przetopione ze złomu w rafineriach, a drugim jest wydobycie kruszcu. W dobie pandemii oba źródła zostały częściowo odcięte ze względu na zamknięcie części kopalń w niektórych krajach oraz zamknięcie granic – najważniejsze rafinerie dostarczające złoto na rynek europejski znajdują się w Turcji, Szwajcarii czy Włoszech.

– Twierdzenie, że może zabraknąć złota, jest bardzo odważną tezą. Nie potwierdzę i nie zaprzeczę, bo nikt nie jest w stanie powiedzieć, czy go wystarczy. Według nas nie zabraknie, natomiast w obecnych warunkach nikt nie da sobie głowy uciąć, że ta teza na pewno się sprawdzi – mówi prezes Tavexu.

Kolejnym czynnikiem zakłócającym rynek złota jest spadek popytu jubilerskiego ze względu na zamknięcie zakładów w tej branży. Na biżuterię znów największe zapotrzebowanie jest w Chinach i Indiach, ale z powodu lockdownu spadło ono w I kwartale o 40 proc., w Polsce natomiast za największą część rynku odpowiadają obrączki ślubne, a większość wesel jest obecnie przekładana.

 Popyt jubilerski stanowi bardzo dużą część popytu na złoto, dlatego jest bardzo ważny również z perspektywy inwestorów, ponieważ znacząco wpływa na ceny złota ogółem. Spodziewamy się, że w Chinach i Indiach w najbliższych miesiącach sytuacja nieznacznie się poprawi i spadki nie będą już rzędu 40 proc., ale ok. 20 proc. rok do roku, ponieważ sklepy jubilerskie stopniowo będą się ponownie otwierać – ocenia Aleksander Pawlak. – W Polsce złota biżuteria nie jest dużym rynkiem, sytuacja zależy od luzowania lockdownu, a co za tym idzie od powrotu ślubów i wesel. W momencie, kiedy to będzie dozwolone, na pewno popyt ponownie się pojawi.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/coraz-wieksze,p1092691530

Rośliny mogą skutecznie zatrzymywać wirusy. Polscy naukowcy chcą udowodnić, że działają również na SARS-CoV-2

Polscy biolodzy we współpracy z japońskim wirusologiem opracowali filtr powietrza oparty na mieszance kilku roślin, który może być wykorzystany jako osobista maseczka ochronna. Naukowcy udowodnili, że w 100 proc. chroni ona przed zakażeniem wirusem grypy, który budową bardzo przypomina SARS-CoV-2. Trwają badania, które mają sprawdzić, czy maseczka wyposażona w filtr z żywych roślin może zatrzymać także nowy typ koronawirusa.

– Uzyskaliśmy taką mieszankę roślin, która potrafi zatrzymać wirusa grypy. Ten wynalazek jest w tej chwili w trakcie patentowania w Japonii na skalę międzynarodową – mówi agencji Newseria biolog, prof. dr hab. Mohamed Hazem Kalaji. – Kiedy nagle na świecie pojawiła się pandemia nowego koronawirusa, zadaliśmy sobie pytanie, czy ta sama mieszanka roślin będzie skuteczna również w jego przypadku. Szukamy na nie odpowiedzi.

Filtr z żywych roślin to wynalazek trójki naukowców: biologa i specjalisty w zakresie fotosyntezy prof. Mohameda Hazema Kalajiego oraz dr. inż. Jacka Mojskiego, który specjalizuje się w wertykalnej uprawie roślin. Obaj są związani z warszawską SGGW oraz Instytutem Technologiczno-Przyrodniczym w Raszynie. Od kilku lat prowadzili prace nad zastosowaniem polskich, lokalnych roślin do oczyszczania powietrza w miastach oraz w zamkniętych przestrzeniach, jak np. biura, galerie handlowe czy lotniska.

– Prowadziliśmy badania dotyczące możliwości zastosowania polskich, domowych gatunków roślin do wzrostu na ścianach wertykalnych i do oczyszczania powietrza. Wybraliśmy kilka gatunków, a praca zakończyła się sukcesem. Wówczas weszliśmy we współpracę z dr. Seiyą Sato z Japonii, który jest wirusologiem i od 40 lat prowadzi badania dotyczące między innymi tego, czy rośliny mogą być przydatne w zatrzymaniu czy zmniejszeniu ilości wirusów znajdujących się w środowisku. Pod koniec 2019 roku udało się to udowodnić, uzyskaliśmy taką mieszankę roślin, która potrafi zatrzymać wirusa grypy – mówi biolog z Instytutu Technologiczno-Przyrodniczego w Falentach.

Wirus grypy jest pod względem budowy i rozmiaru bardzo zbliżony do nowego typu koronawirusa SARS-CoV-2, który w ostatnich miesiącach wywołał globalną pandemię. Dlatego teraz naukowcy chcą sprawdzić, czy opracowany przez nich filtr z żywych roślin okaże się skuteczny również w jego przypadku.

Skuteczność roślinnego filtra wynika z procesu fotosyntezy. Aby rośliny mogły go przeprowadzić, wystarczy im nawet minimalna ilość światła, np. pokojowego (filtr ma działać również w ciemności do kilkunastu godzin). Taką roślinną mieszankę można umieścić w półprzeźroczystej, osobistej maseczce ochronnej – dokładnie takiej, jakich używa się obecnie w celu ochrony przed nowym koronawirusem.

– Taka maseczka składa się z kilku warstw, jak standardowe maski. Zewnętrzna jest bardziej przezroczysta niż wewnętrzna. Rośliny, żeby spełniać swoją funkcję, potrzebują procesu fotosyntezy, a do tego konieczne są światło i dostępność powietrza, dwutlenku węgla. Zatrzymanie wirusów odbywa się mechanicznie, według wstępnych badań taka maska działa w jedną i w drugą stronę, jeśli chodzi o wirusa grypy – mówi prof. Mohamed Hazem Kalaji.

Co istotne, maseczka ochronna na bazie roślinnego filtra jest przyjazna dla środowiska, lekka i tania w produkcji. Jest również przeznaczona do wielokrotnego użytku, a zastosowana w niej roślinna mieszanka nie wymaga żadnej specjalnej pielęgnacji.

 Trzeba pamiętać, że kiedy nakładamy taką maseczkę i oddychamy przez nią, do tych roślin trafia bardzo duże stężenie dwutlenku węgla z naszego oddechu. W przypadku osób niepalących to ok. 2–3 tys. ppm, a w przypadku palaczy od 3 do nawet 6 tys. ppm. Dla roślin to bardzo dużo, bo w powietrzu mamy zazwyczaj normalnie około 400 ppm. Ten dwutlenek węgla stanowi dla nich pokarm. Jednocześnie w wydechu oddajemy też wilgoć, którą rośliny wyłapują i dzięki temu nie muszą być podlewane. Zresztą zostały one przez nas dobrane ze względu na to, że są mało wymagające, nie potrzebują specjalnej opieki, nawozów czy podlewania, same dają sobie radę w przyrodzie – mówi biolog.

Jak podkreśla, ze względu na pandemię koronawirusa zapotrzebowanie na maseczki ochronne będzie rosło, a na całym świecie pojawiają się problemy z ich dostępnością. Co więcej, wiele z nich jest kiepskiej jakości i nie spełnia swojej podstawowej funkcji ochronnej. Maska z filtrem z żywych roślin – jeżeli jej skuteczność w przypadku koronawirusa zostanie potwierdzona – stanowiłaby dla nich dobrą alternatywę.

– Na ten moment potwierdziliśmy, że filtr z mieszanki żywych roślin zatrzymuje wirusa grypy. Dalej musimy opracować maseczkę i zbadać ją m.in. pod kątem alergików, sprawdzić, ile godzin taka maseczka działa, czy można poddać ją np. procesowi regeneracji. Z naszych wstępnych badań wynika, że tak, ale musimy wszystko to jeszcze potwierdzić – mówi prof. Mohamed Hazem Kalaji. – Będziemy to sprawdzać, testować i wykonywać eksperymenty, aż dostaniemy taki produkt, który – mam nadzieję – zostanie zarejestrowany jako innowacyjny produkt polski nie tylko w naszym kraju.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/rosliny-moga-skutecznie,p873146104

Polskie start-upy i instytucje szukają innowacji do walki z koronawirusem. Mogą pozyskać miliony złotych

Branża start-upowa oraz organizacje publiczne jednoczą się w walce z pandemią koronawirusa. Powstaje szereg akceleratorów technologicznych, które mają przyspieszyć i ułatwić wdrożenie nowych, innowacyjnych rozwiązań dla przedstawicieli branży medycznej. Powstają systemy automatyzujące pracę lekarzy, środki ochrony osobistej tworzone przy wykorzystaniu drukarek 3D oraz prototypowe systemy wentylacji dla osób zarażonych. Jedną z takich inicjatyw jest konkurs Covid Challenge.

– Celem Covid Challenge jest wygenerowanie innowacji, które mogą pomóc służbie zdrowia w walce z pandemią. Chodzi przede wszystkim o sprzęt ochronny dla ratowników medycznych, elementy prostego usprawnienia wyposażenia karetek, sposoby oczyszczania i dekontaminacji pewnych rzeczy, ale także poszukiwanie wyzwań przy rozwiązaniach typu respirator czy system monitoringu pacjenta. Poszukujemy zarówno rozwiązań, które na zasadzie zrób to sam pozwalają w łatwy sposób poprawić bezpieczeństwo i sprawność działania, jak i takich, które mogą wymagać kilku miesięcy rozwoju, ale zaoferują  coś nowego – mówi agencji Newseria Innowacje Jakub Ryzenko, kierownik Centrum Informacji Kryzysowej z Centrum Badań Kosmicznych Polskiej Akademii Nauk.

Niezawodne grzejniki łazienkowe tylko od Enix. Sprawdź ofertę producenta już teraz.

Od momentu ogłoszenia konkursu Covid Challenge udało się wstępnie ocenić 30 zgłoszeń, spośród których kilkanaście pomyślnie przeszło proces weryfikacji. Kolejne wnioski będą rozpatrywane partiami w dwutygodniowych odstępach. Zaaprobowane projekty otrzymają wsparcie merytoryczne, które pozwoli wdrożyć je w życie.

Uczestnicy konkursu zmierzą się z 28 wyzwaniami. Każde z nich zawiera krótki opis problemu oraz przykładowe metody jego rozwiązania. Do aplikacji konkursowej mogą dołączyć film z serwisu YouTube, a także szkic bądź schemat szczegółowo objaśniający działanie danego projektu.

– Część z nich to pomysły, które będą wymagały pewnego czasu na rozwinięcie. Część to tematy, które wymagają badań, np. tematyka ozonowania dla oczyszczania sprzętu ochronnego czy utylizacji odpadów medycznych. Tym, którzy mają pomysły i rozwiązania wymagające dłuższego rozwoju, będziemy chcieli umożliwić kontakt z potencjalnymi inwestorami – mówi ekspert.

Własny program grantowy uruchomiło także Narodowe Centrum Badań i Rozwoju. Instytucja planuje wyłonić w ramach Szybkiej Ścieżki „Koronawirusy” innowacyjne projekty związane z diagnostyką, profilaktyką oraz leczeniem COVID-19. Na ten cel przeznaczono 200 mln zł z funduszy europejskich, o które można starać się od 6 maja 2020 r.

Z kolei przedstawiciele Agencji Badań Medycznych powołali do życia program błyskawicznego wsparcia dla technologii medycznych przeciwdziałających rozprzestrzenianiu się koronawirusa. Agencja zobowiązała się do przeprowadzenia wstępnej oceny zgłaszanych projektów w ciągu 72 godzin, a naukowcy oraz inżynierowie zainteresowani współpracą mogą liczyć na wsparcie rzędu 5 mln zł.

– Covid Challenge jest konkursem wielopłaszczyznowym. Zgłaszane są działania, które mogą przynieść efekty tu i teraz. Mamy pomysły, które potrzebują wsparcia, mamy tematy badawcze, wokół których mogą się zgromadzić grupy osób mogących je rozwinąć. Niektóre efekty już zaczynamy widzieć, prawie że z dnia na dzień, a niektóre będą wymagały kilku miesięcy – wyjaśnia Jakub Ryzenko.

Do walki z koronawirusem włączyła się także branża start-upowa. Organizatorzy Techstars Startup Weekend zorganizowali wydarzenie Global Startup Weekend Poland Covid-19, w ramach którego start-upy mogły pozyskać wsparcie związane z procesem wdrożenia na rynek technologii ułatwiających pracę i funkcjonowanie w dobie pandemii.

W ramach Łódzkiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej, we współpracy z firmą Ericsson Polska, uruchomiono akcelerator Star Spark 2.0 dla technologii związanych ze zwalczaniem skutków COVID-19. Start-upy zainteresowane udziałem w tym akceleratorze mogą liczyć na wsparcie mentorskie, finansowe oraz pomoc w dotarciu do klientów.

Już teraz można zaobserwować pierwsze efekty ścisłej współpracy start-upów z branżą medyczną. Zespół BrainScan.ai opracował sztuczną inteligencję wyspecjalizowaną w analizie obrazów tomografii komputerowej na potrzeby diagnozowania COVID-19. Firma Mudita nawiązała z kolei współpracę z Fundacją Badań i Rozwoju Nauki, w ramach której zaprojektowano wentylator dla pacjentów zarażonych wirusem. Urządzenie ma umożliwić dostarczenie choremu tlenu w sytuacji kryzysowej, kiedy placówka medyczna nie dysponuje wolnym respiratorem.

– Zachęcamy młodych naukowców mających świeże pomysły, jak i innowacyjne firmy rozwijające na co dzień bardzo różne rozwiązania, aby proponowały koncepcje, które mogłyby zostać wykonane szybko i skutecznie – mówi Jakub Ryzenko.

Akcja Covid Challenge jest współorganizowana przez Centrum Informacji Kryzysowej oraz organizatora konkursów łazików marsjańskich, firmę Planet Partners, przy szerokim wsparciu partnerów merytorycznych. Do projektu przyłączyli się m.in. eksperci z Katedry Medycyny Katastrof Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz zespół medyczny z Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/polskie-startupy-i,p1831458672

Sztuczna inteligencja w centrum zainteresowania polskiego sektora technologicznego. W jej rozwoju pomogą centra badawcze oraz programy inwestycji strategicznych

Systemy sztucznej inteligencji są przyszłością rynku technologicznego. Polskie start-upy oraz ośrodki naukowe coraz chętniej eksperymentują z systemami autonomicznymi, wsparcie płynie także ze strony przedstawicieli władz. Prowadzone są rozmowy na temat wdrożenia państwowych programów wsparcia dla rozwoju innowacyjnych technologii inteligentnych, które pozwolą polskim firmom na równi rywalizować z międzynarodowymi korporacjami specjalizującymi się w systemach SI.

– Polska jest w przedbiegu inwestycji w sztuczną inteligencję. Mam nadzieję, że uniwersytety również będą coraz więcej kształcić w tym zakresie, nawet na poziomach juniorskich. Firm, które wykorzystują SI, jest naprawdę niewiele. Muszą one posiadać ogromne ilości danych, żeby te modele w odpowiedni sposób wytrenować i żeby one były potem skuteczne – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Jarosław Królewski, prezes Synerise. – Ta dziedzina wiedzy jest strategiczna nie tylko z punktu widzenia gospodarki, ale również kraju, jego bezpieczeństwa, stabilności czy możliwości rozwoju konkurencji na rynkach.

Chcesz wydajne ogrzać swój dom? Sprawdź grzejniki płytowe do salonu marki Enix. Nie szukaj ideału, już nas znalazłeś!

O konieczności wdrożenia programów inwestycyjnych dla projektów z branży SI przekonuje Ministerstwo Rozwoju, które planuje rozwijać w Polsce centra sztucznej inteligencji. Jednostki te miałyby pełnić rolę hubów naukowo-biznesowych, które zrzeszałyby inżynierów pracujących nad innowacyjnymi technologiami z zakresu automatyzacji, algorytmów inteligentnych oraz uczenia maszynowego. Ułatwiłyby także polskim wynalazkom zaistnienie na arenie międzynarodowej.

Według ministerstwa huby SI mogłyby funkcjonować w ramach unijnego programu Horyzont Europa. Dzięki temu polskie ośrodki mogłyby ubiegać się o dofinansowanie w ramach klastra „Technologie cyfrowe, przemysł i przestrzeń kosmiczna”, na który Komisja Europejska przeznaczy 15 mld euro, z czego znaczna część środków posłuży do wsparcia projektów związanych z rozwojem inteligentnych algorytmów.

– Kluczowe technologie, jeśli chodzi o własność intelektualną, nie powstają w Polsce. Jesteśmy jedną z firm, która chce rywalizować na twarde technologie: budujemy własne systemy baz danych, własne algorytmy. Ale tych firm jest za mało, za bardzo wierzymy w to, że innowacja ma tylko cele sprzedażowe – przekonuje ekspert.

Potencjał technologii sztucznej inteligencji docenili m.in. projektanci robota edukacyjnego Photon. Według nich transformację polskiego rynku nowych technologii należy rozpocząć od podstaw, czyli od wdrożenia innowacyjnych programów nauczania, które przygotują młode pokolenie do pracy z algorytmami SI. Photona opracowano w ramach Podlaskiego Akceleratora Innowacji, a jego zadaniem jest przybliżenie podstaw programowania oraz sposobów funkcjonowania sztucznej inteligencji za pośrednictwem nieinwazyjnych narzędzi edukacyjnych. Dzieci uczą się nowych, przyszłościowych umiejętności poprzez zabawę, programując i konfigurując robota.

Na polskim rynku eksperymenty edukacyjne z zastosowaniem sztucznej inteligencji realizuje również Synerise. Firma we współpracy z Microsoftem oraz Bankiem Pekao prowadzi projekt AI Schools & Academy. W jego ramach edukatorzy będą uczyć dzieci innowacyjnych rozwiązań z zakresu sztucznej inteligencji, zaś przedsiębiorców zachęcać do wykorzystywania narzędzi automatyzujących pracę w swoich firmach.

W rozwój umiejętności związanych z wykorzystaniem sztucznej inteligencji w biznesie inwestuje także Ośrodek Przetwarzania Informacji przy Państwowym Instytucie Badawczym. Kursy prowadzone przez tę jednostkę nie są jednak skierowane do przyszłych informatyków i programistów, tylko mają zwiększyć świadomość szerokiego grona pracowników na temat systemów automatycznych, które mogą w przyszłości napotkać na swojej drodze biznesowej.

– Powinniśmy skupić się na tym, żeby dostarczać odpowiednią technologię z bardzo dużą marżą i sprzedawać ją przez partnerów. Takie dyscypliny wiedzy jak Big Data i sztuczna inteligencja pokazują, że nawet kilka umysłów jest w stanie dostarczać rozwiązania, które potem będą patentowalne i będą decydować o tym, jak kształtuje się świat technologii – twierdzi Jarosław Królewski.

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rynku sztucznej inteligencji do 2025 roku wzrośnie do przeszło 190 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 36,6 proc.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/sztuczna-inteligencja-w,p1146375677

Nowe technologie pozwalają błyskawicznie przeanalizować skład produktów pod kątem zawartości substancji odżywczych czy alergenów

Przenośne urządzenia łatwo sprawdzają alergeny zawarte w żywności. Inne, niezależnie od daty podanej na opakowaniu, ocenią optymalny czas na spożycie produktów. Większość konsumentów odżywia się świadomie, a za zdrową, ekologiczną żywność jest w stanie zapłacić znacznie więcej. Nie zawsze jednak mamy pewność, że to, co kupujemy, faktycznie nie zawiera szkodliwych związków. Zespół LumiSep opracował technologię, która pozwala przeprowadzić szybką i skuteczną analizę żywności nawet w sklepie.

– Prowadzimy projekt badawczo-rozwojowy. Celem jest stworzenie urządzenia pomiarowego wraz z instrukcją dla użytkownika do oznaczania śladowych ilości związków szkodliwych w żywności, takich jak aflatoksyny oraz wielopierścieniowe węglowodory aromatyczne – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Anna Gernand, prezes LumiSep.

Nowoczesny osuszacz ziębniczy marki Vervo to ponadczasowe rozwiązanie dla biznesu! Sprawdź ofertę już dziś!

Konsumenci jedzą coraz zdrowiej, sięgają po ekologiczne zamienniki, częściej czytają też skład produktów. Nie brakuje nowych rozwiązań technologicznych, które pomagają im żywić się świadomie. Na rynku dostępne są np. mobilne czujniki alergenów – wystarczy próbka jedzenia, by na smartfonie połączonym z aplikacją pojawiła się informacja o wszystkich alergenach. Start-up SCiO stworzył mikrospektrometr, który pochłania światło odbite od obiektu, rozkłada je na widmo i analizuje w celu określenia składu chemicznego. Umożliwia w ten sposób identyfikację składu chemicznego żywności, w tym informacji o wartościach odżywczych. Technologia pomaga też ocenić faktyczną świeżość produktu, niezależnie od daty podanej na opakowaniu. Inteligentne etykiety pokazują, kiedy żywność jest najlepsza do spożycia, ostrzegają zaś, kiedy kończy się termin przydatności.

LumiSep przeprowadza natomiast szybkie i dokładne analizy zawartości szkodliwych substancji w pożywieniu. Dzięki instrukcji i zestawowi do pomiaru użytkownik sam wykona analizę w dowolnym miejscu i w krótkim czasie bez wysyłania próbki do laboratorium.

– Nasz pomysł był taki, aby dać użytkownikom urządzenie, które sami mogą wykorzystywać, ale jego dokładność jest podobna do metod stosowanych przez laboratoria certyfikowane – tłumaczy Anna Gernand. – Żeby skorzystać z urządzenia, należy przygotować próbkę, włożyć ją do urządzenia pomiarowego, nacisnąć odpowiedni przycisk, a wynik pojawia się od razu na ekranie.

Z nowych rozwiązań technologicznych korzystają też firmy spożywcze. Firma ImpactVision opracowała np. nieinwazyjną technologię, która wykorzystuje rozpoznawanie obrazów i uczenie maszynowe. Zapewnia ona wgląd w jakość produktów spożywczych, w ich świeżość, trwałość lub zanieczyszczenie. Technologia pozwala producentom zapewnić stałą jakość żywności i zapobiega marnotrawstwu w łańcuchu dostaw. LumiSep sprawdzi się także w firmach branży spożywczej.

– Obecnie rozmawiamy ze średnimi i małymi przedsiębiorstwami związanymi z produkcją spożywczą. W tej chwili posiadamy już prototyp urządzenia, będziemy je testować wraz z końcowymi użytkownikami na wiosnę tego roku, a latem chcielibyśmy, aby było już dostępne w sprzedaży – zapowiada Anna Gernand.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/nowe-technologie,p133158871