Firmy szukają możliwości oszczędzania na rachunkach za energię. Coraz więcej decyduje się na inwestycje w panele fotowoltaiczne

Jesienią przedsiębiorstwa czeka kolejny wzrost kosztów w postaci wyższych rachunków za energię. To skłania je do szukania oszczędności. Tym bardziej że ich finanse mocno poturbował kryzys związany z koronawirusem. Możliwości rozpoczęcia wytwarzania własnej energii daje inwestycja w panele fotowoltaiczne. Fotowoltaika jest najszybciej rozwijającym się w Polsce sektorem OZE, a korzyści podatkowe i wizerunkowe powodują, że decyduje się na nią coraz większe grono firm.

Nadchodzące miesiące będą trudne dla firm, zwłaszcza tych z sektora MŚP. Jak wynika z ostatniego badania „KoronaBilans MŚP” na zlecenie KRD, już w tej chwili połowa z nich ocenia swoją sytuację ekonomiczną jako złą, a 54,6 proc. z nich prognozuje, że w ciągu najbliższych trzech miesięcy ulegnie ona pogorszeniu. Pandemia radykalnie ograniczyła przychody firm, a z drugiej strony – spowodowała wzrost wydatków, chociażby na środki dezynfekujące i wyposażenie pracowników w maseczki czy rękawiczki. Istotną częścią kosztów funkcjonowania przedsiębiorstw są też opłaty za energię elektryczną.

– Sytuacja gospodarcza sprzyja decyzjom o optymalizacji kosztów. Produkcja własnego prądu, zabezpieczenie przed wzrostami cen energii oraz oszczędności – to korzyści, które daje własna elektrownia fotowoltaiczna – podkreśla Mariusz Lach, dyrektor komunikacji i marketingu w Concept Energy. – Inwestycja sprzyja ekologii, pozwala na skorzystanie z tarczy podatkowej i daje niezależność od rynkowej koniunktury.

Ceny energii w Polsce już teraz należą do najwyższych w Europie, a kolejnej podwyżki trzeba spodziewać się jesienią – wtedy na rachunkach pojawi się nowa pozycja, będąca wynikiem wprowadzonego ustawą w 2017 roku rynku mocy.

– Przedsiębiorcy odczują różnicę zarówno bezpośrednio, jak i w rosnących cenach produktów – podkreślają przedstawiciele Concept Energy.

Rosnące koszty działalności powodują, że firmy muszą szukać optymalizacji i obniżać koszty. Taką możliwość stwarza inwestycja we własną elektrownię słoneczną. Instalacja fotowoltaiczna np. na dachu siedziby pozwoli produkować energię na własne potrzeby, obniżyć wysokość rachunków i uniknąć zbliżających się podwyżek. Zgodnie z ustawą OZE małe i średnie firmy mogą być prosumentami i korzystać z bardzo korzystnego systemu rozliczeń z firmami energetycznymi. Dzięki tym zmianom mogą magazynować nadwyżki swojej energii w sieci, a następnie odbierać je w czasie niższej produkcji (na przykład w nocy lub podczas silnego zachmurzenia).

– Przed nami letnie miesiące, a to oznacza szczyt produkcji energii ze słońca – dodaje Mariusz Lach.

Jak podkreśla, realizacja instalacji fotowoltaicznej to proces składający się z kilku etapów. Poprzedza go audyt fotowoltaiczny, który pozwala przeanalizować zapotrzebowanie i bieżące zużycie energii elektrycznej przez firmę oraz wykonać kalkulacje połączone z doborem optymalnego rozwiązania technicznego i najlepszej formy finansowania. 

– Pomagamy w formalnościach, a instalacje fotowoltaiczne powstają już w 10 dni od podpisania umowy – wskazuje dyrektor komunikacji Concept Energy.

Jak wynika z badań KRD, w aktualnej sytuacji gospodarczej niewiele firm z sektora MŚP myśli o nowych inwestycjach. Aż 78 proc. nie planuje ich w najbliższych trzech miesiącach, a tylko 12,3 proc. ma je w planach. Co jednak istotne, inwestycja we własne mikroźródło energii nie wymaga angażowania kapitału obrotowego przedsiębiorstwa. Istniejące na rynku rozwiązania, jak np. leasing operacyjny, pozwalają sfinansować instalacje PV przy minimalnym nakładzie.

– Warto dodać, że w przypadku finansowania takiej inwestycji leasingiem lub pożyczką wkład własny wynosi tylko 5 proc. jej wartości – mówi dyrektor komunikacji Mariusz Lach. 

Leasing operacyjny jest w Polsce najczęstszą formą finansowania fotowoltaiki przez przedsiębiorstwa. Pozwala na szybsze wpisanie w koszty uzyskania przychodów instalacji fotowoltaicznej i skorzystanie z efektu tarczy podatkowej. W tej formie finansowania zarówno wszystkie raty, jak i opłata wstępna stanowią koszt przedsiębiorcy. Także podatek VAT podlega w 100 proc. odliczeniu i można rozłożyć go na raty, podczas gdy zakup instalacji fotowoltaicznej ze środków własnych lub za pomocą kredytu bankowego spowodowałby konieczność rozliczenia tego podatku jednorazowo. W przypadku leasingu nie trzeba też prowadzić ewidencji środków trwałych, amortyzacji czy inwentaryzacji, gdyż co miesiąc wystarczy tylko zaksięgować fakturę. Koszty związane z amortyzacją instalacji fotowoltaicznej pozostają po stronie leasingodawcy.

– Podpisując umowę na zakup instalacji fotowoltaicznej, proponujemy firmom możliwość jej sfinansowania na warunkach dostosowanych do specyfiki branży, w jakiej działają – w szczególności do sezonowości produkcji. Leasing operacyjny w połączeniu z tarczą podatkową sprawia, że inwestycja może być spłacana z bieżącej produkcji energii. A to oznacza wysokie oszczędności już w pierwszych miesiącach działania – przekonuje Mariusz Lach.

Dla przedsiębiorstw, które decydują się na montaż instalacji fotowoltaicznej i wytwarzanie ekologicznej energii ze słońca na własne potrzeby, korzyścią są nie tylko niższe rachunki i większe bezpieczeństwo energetyczne, lecz także proekologiczny wizerunek wśród konsumentów.

Fotowoltaika jest też najszybciej rozwijającym się sektorem OZE w Polsce. Według danych przytaczanych przez Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej pod koniec ubiegłego roku Polska weszła do grona państw, które osiągnęły 1 GW mocy zainstalowanej w fotowoltaice. Pod względem przyrostu nowych mocy z paneli słonecznych zainstalowanych w systemie znajdujemy się obecnie na piątym miejscu w Unii Europejskiej. Według danych Urzędu Regulacji Energetyki jeszcze w 2014 roku moc fotowoltaiczna w sieci wynosiła 20 MW, a w kwietniu tego roku już 1,83 GW (z czego aż 1,2 GW generują prosumenci). To oznacza, że w nieco ponad pięć lat moc wzrosła aż o 9 tys. proc.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/firmy-szukaja,p787375028

Polska brama odkażająca doceniona w międzynarodowym konkursie. Posłuży w walce z rozprzestrzenianiem się SARS-CoV-2 w szpitalach i na lotniskach

Dzięki opracowanej przez Polaków bramie dekontaminacyjnej walka z rozprzestrzenianiem się koronawirusa będzie dużo skuteczniejsza. Urządzenie, które w kilka sekund odkaża kombinezon ochronny medyków, zostało już zamontowane w kilku śląskich szpitalach. Choć zostało zaprojektowane do pomocy polskiej służbie zdrowia, dzięki wygranej w konkursie WHO może zaistnieć na światowych rynkach. Tymczasem powstają kolejne urządzenia odkażające – m.in. takie, które do dekontaminacji wykorzystują nie preparaty chemiczne, lecz promienie UVC.

– Nasza brama do odkażania została stworzona, aby pomóc personelowi medycznemu w walce z koronawirusem. Na początku dedykowano ją medykom w kombinezonach ochronnych, aby pomóc zminimalizować ryzyko zarażenia się koronawirusem podczas ich ściągania – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr inż. Magdalena Bogacka, adiunkt w Katedrze Technologii i Urządzeń Zagospodarowania Odpadów na Politechnice Śląskiej.

Jak informuje Główny Inspektorat Sanitarny, prawie jedną trzecią zakażeń SARS-CoV-2 stanowią zachorowania poprzez kontakt w szpitalu lub przychodni. Między innymi dlatego to właśnie lecznice są podstawowym miejscem instalacji bram odkażających. Urządzenia zaprojektowane przez naukowców z Politechniki Śląskiej stanęły najpierw na oddziale zakaźnym szpitala w Bytomiu, a potem w Kłobucku. Planowana jest też instalacja w szpitalach w Zabrzu i Gliwicach.

– Nasza brama jest w pełni automatyczna i dostosowana do wielu różnych środków do dezynfekcji. Uruchamia się automatycznie po wejściu do niej osoby, która musi się odkazić. Następnie należy podążać za komunikatami świetlnymi wyświetlanymi na panelu. Pierwsza pozycja to pozycja prosta z lekko odchylonymi rękami, następnie obrót o 180 stopni, podniesienie rąk i kolejny obrót, aby znaleźć się w pozycji wyjściowej. Te wszystkie pozycje mają zmaksymalizować powierzchnię kontaktu środka dezynfekcyjnego z powierzchnią kombinezonu ochronnego. Po całym procesie należy przejść przez bramę i można bezpiecznie, zgodnie z procedurami ściągnąć kombinezon ochronny – tłumaczy Magdalena Bogacka.

Choć głównym miejscem instalacji tego typu urządzeń są szpitale, to podobne rozwiązania stosowane są też w innych miejscach. Prototypowa bramka odkażająca stanęła w Poznańskim Ośrodku Specjalistycznych Usług Medycznych. Wyposażone w fotokomórkę urządzenie po zarejestrowaniu ruchu uruchamia dyszę rozpylającą środek dezynfekujący.

Urządzenie opracowane przez śląskich naukowców ma szansę na szersze zastosowanie na całym świecie. Znalazło się w finale konkursu Healing Solutions For Tourism Challenge, wyprzedzając ponad 1 tys. zespołów ze 100 krajów świata.

– Po wygranej trochę przeprojektowaliśmy urządzenie, dzięki czemu może mieć zastosowanie również w miejscach publicznych, gdzie jest duża przepustowość ludzi, czyli w hotelach, lotniskach, muzeach, szkołach, ale też wszystkich innych obiektach, w których takie odkażanie sprawiłoby, że zapobiegniemy rozprzestrzenianiu się wirusa i innych drobnoustrojów. Brama została zaprojektowana nie tylko do walki z koronawirusem, ale również z wszystkimi innymi bakteriami i wirusami, z którymi możemy się spotkać teraz i w przyszłości – wyjaśnia adiunkt Politechniki Śląskiej.

Tymczasem zarówno zespoły naukowe i prywatni konstruktorzy poszukują kolejnych rozwiązań pozwalających walczyć z rozprzestrzenianiem się nowego koronawirusa.

Urząd Miasta w Radomsku został wyposażony w bramkę sanitarną, która w bezdotykowy sposób (z użyciem kamery termowizyjnej) bada temperaturę ciała, a następnie dezynfekuje dłonie i buty osoby wchodzącej do ratusza. Brytyjska firma Stretch Structures oferuje bramy sanitarne w formie kilkumetrowego tunelu. Może on posłużyć do odkażania osób wchodzących np. na stadion, terminal lotniczy czy do centrum handlowego, a także całego pojazdu wjeżdżającego na dany teren. Z kolei Zbigniew Dobkowski, innowator ze Świdnika, na co dzień pracujący jako stomatolog, uzyskał patent w USA na bramę dekontaminacyjną opartą na działaniu promieniowania UVC. Obecnie trwają prace nad prototypem urządzenia, w którym odkażanie trwałoby około 30 sekund.

– Poza maseczkami, środkami do dezynfekcji rąk i bezpieczną odległością od drugiej osoby to kolejny krok w kierunku prewencji i zabezpieczenia ludzi. Na pewno przyczyni się do tego, żeby ludzie poczuli się bezpieczniej, byli bezpieczniejsi i sektory takie jak turystyka wróciły do normalności, a władze i osoby decyzyjne, ale też turyści, przekonali się do podróżowania i korzystania z miejsc publicznych. Nasza brama została stworzona po to, żeby pomagać ludziom – mówi dr. inż. Magdalena Bogacka.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/polska-brama-odkazajaca,p206078602

95 proc. firm z powodu pandemii zmieniło priorytety technologiczne. Innowacje pozwolą wyjść z kryzysu wywołanego przez SARS-CoV-2 [DEPESZA]

Jeszcze nigdy nacisk na osoby zarządzające działami IT na całym świecie nie był większy niż w czasie pandemii. To od ekspertów technologicznych zależy, czy firmy poradzą sobie z kryzysem wywołanym przez koronawirusa. Aż 81 proc. z nich twierdzi, że SARS-CoV-2 stworzył największą presję technologiczną dla ich firm – wynika z badania AppDynamics. Organizacje potrzebują technologów, aby wprowadzić innowacje. W ten sposób mogą najskuteczniej i najszybciej reagować na obecny kryzys.

Pandemia SARS-CoV-2 wpływa na działy technologiczne na całym świecie w sposób dotychczas niewyobrażalny. Technologowie muszą zmierzyć się z największym kryzysem gospodarczym od pokoleń, w przeciwnym wypadku – ich firmy mogą przestać istnieć.

Z badania AppDynamics „The Agents of Transformation Report” wynika, że 81 proc. technologów twierdzi, że koronawirus wywołał największą presję technologiczną dla ich organizacji. Priorytety technologiczne zmieniły się w 95 proc. firm, a 88 proc. technologów twierdzi, że priorytetem stała się obsługa klienta cyfrowego. Jednocześnie zdaniem 66 proc. badanych pandemia obnażyła słabości wdrożonej strategii cyfrowej. Jak jednak wskazuje raport, w większości przypadków wpłynęła ona na firmy motywująco. Ponad 70 proc. technologów twierdzi, że projekty transformacji cyfrowej, których zatwierdzenie zwykle trwa dłużej niż rok, zostały zakończone w ciągu kilku tygodni. Tylko nieco mniej przyznaje, że udało się wdrożyć projekty transformacji cyfrowej w ciągu kilku tygodni, a nie lat – jak w okresie przed pandemią. W części organizacji zostały zaś wdrożone innowacje wcześniej uznawane za niepotrzebne.

– Eksperci technologiczni wspomagają swoje firmy w wysuwającej się dziś na pierwszy plan potrzebie. Teraz odpowiedzialność spoczywa na liderach biznesu, by zrobić wszystko co w ich mocy, aby wyposażyć ich w odpowiednie narzędzia i wsparcie, by mogli dostarczać klientom i pracownikom najwyższej klasy doświadczenia cyfrowe – przekonuje Danny Winokur, dyrektor generalny AppDynamics.

Zdaniem ekspertów AppDynamics wpływ SARS-CoV-2 na biznes będzie długotrwały. Nie wszystko wróci do normy – sposób, w jaki korzystamy z usług i aplikacji cyfrowych, zmieni się na długo. Firmy docenią korzyści płynące z pracy zdalnej i uelastycznią podejście do pracownika. Poza pracą ludzie częściej będą komunikować się przez wideo, część wybierze np. wirtualne siłownie zamiast tych tradycyjnych..

Jednocześnie technolodzy przewidują, że po pandemii firmy położą większy nacisk na bezpieczeństwo aplikacji i odzyskiwanie danych po awarii. Większe będą też inwestycje w nowe rozwiązania. Duża rola spoczywa na technologach – blisko 80 proc. z nich jest zdania, że pandemia oddzieli silne technicznie zespoły od słabszych.

– Od umiejętności, wizji i przywództwa „agentów transformacji” będzie zależeć, czy firmy będą w stanie stosunkowo łagodnie przejść przez te trudne czasy, a nawet wyjść z nich silniejsze – twierdzi Danny Winokur.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/95-proc-firm-z-powodu,p1520802021

Sytuacja epidemiologiczna w Polsce stopniowo się poprawia. Mimo to medycy i szpitale apelują o utrzymanie dotychczasowego wsparcia

Od wykrycia w Polsce pierwszego przypadku zachorowania na COVID-19 minęły trzy miesiące. Ponad 2,1 tys. osób wciąż jest hospitalizowanych. Mimo że sytuacja powoli się stabilizuje, zapotrzebowanie na środki ochrony osobistej, do dezynfekcji oraz środki czystości wciąż jest ogromne, znacznie większe niż jeszcze w styczniu czy lutym. Dlatego też szpitale i medycy apelują do darczyńców o utrzymanie dotychczasowego wsparcia, bez którego trudno im będzie walczyć z pandemią. Chodzi nie tylko o pomoc materialną, lecz również o pokazanie pracownikom medycznym, jak ważna jest ich praca.

– Szpitale otrzymywały w tym trudnym czasie wiele form pomocy i była nam ona bardzo potrzebna. Dostaliśmy wsparcie od branż związanych m.in. z gastronomią, chemią czy kosmetykami. To było ważne dla pracowników szpitali również ze względów psychologicznych – świadomość, że społeczeństwo się mobilizuje i powstają oddolne ruchy koncernów czy dużych firm, aby wspierać medyków i szpitale w tym trudnym czasie, bardzo nam pomagała – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Iwona Sołtys, kierownik działu obsługi pacjenta w Centralnym Szpitalu Klinicznym MSWiA.

Od wykrycia w Polsce pierwszego przypadku COVID-19 minęły trzy miesiące. W tym czasie zakażonych zostało ponad 24,5 tys. osób. Ponad 1,1 tys. ludzi zmarło, ponad 12 tys. wyzdrowiało, a 2,1 tys. wciąż jest hospitalizowanych. Służba zdrowia podkreśla, że otrzymała w tym czasie dużą pomoc i choć wydaje się, że szczyt pandemii już minął, to wciąż jest ona potrzebna.

 W szpitalach nadal jest zapotrzebowanie na środki ochrony osobistej, artykuły higieniczne, różnego typu środki czystości, bo wciąż musimy bardzo dbać o czystość i dezynfekcję – mówi.

Jak podkreśla, szpitale i placówki medyczne nadal zużywają hurtowe ilości środków higienicznych i środków ochrony osobistej, jak np. maseczki, jednorazowe rękawiczki czy płyny dezynfekujące. Wszystkie oddziały działają bowiem według nowych procedur, które mają zapewnić pracownikom i pacjentom możliwie jak największe bezpieczeństwo. Tymczasem – zwłaszcza na początku pandemii – ceny takich artykułów mocno wzrosły, a ich dostępność była bardzo ograniczona. Dlatego też pomoc otrzymana od darczyńców i firm okazała się konieczna z ekonomicznego punktu widzenia.

W walce z pandemią SARS-CoV-2 biznes stworzył szeroki front: w pomoc włączyły się firmy państwowe oraz prywatne, zarówno duże, jak i te z sektora MŚP. Przekazują szpitalom zarówno środki finansowe, jak i materialne. Jedną z najbardziej pożądanych form pomocy jest zakup sprzętu medycznego, środków ochrony osobistej i środków higienicznych, których placówkom dramatycznie brakuje.

 Będziemy kontynuować naszą pomoc przez kolejne miesiące, aż do momentu, kiedy sytuacja się ustabilizuje – zapewnia Krzysztof Brabander, senior brand manager marki Persil. – W obliczu zagrożenia SARS-CoV-2 wszyscy musimy się zastanowić, jak wspierać funkcjonowanie placówek medycznych i szpitali. Tym, czego najbardziej oczekują i potrzebują pracownicy medyczni, jest wsparcie społeczne – zarówno emocjonalne, jak i materialne.

W ramach pomocy służbie zdrowia marka Persil przekazuje środki piorące ponad 200 placówkom medycznym na terenie całego kraju. Wystarczą one na ok. 80 tys. prań, co oznacza, że każda placówka będzie mogła z nich korzystać przez kolejne trzy miesiące. Z pomocy tej skorzysta około 7 tys. pracowników medycznych, pielęgniarek oraz ratowników.

– Firma Henkel zapewnia także wsparcie rzeczowe dla szpitali i oddziałów zakaźnych w całej Polsce w postaci kosmetyków czy produktów chemii gospodarczej. Zapotrzebowanie na tego typu produkty jest w szpitalach ogromne. Niektóre placówki piorą nawet po 100 razy dziennie – mówi Krzysztof Brabander. – Każda pomoc utwierdzi osoby pracujące na pierwszej linii frontu z koronawirusem w przekonaniu, jak ważna jest ich praca.

Henkel, do którego należy marka Persil, przekazał milion euro na Fundusz Solidarnościowy prowadzony przez Światową Organizację Zdrowia i ONZ oraz kolejny milion euro dla wybranych organizacji walczących z pandemią.

– Trudno wyrokować, co się stanie, gdy pomoc dla szpitali się zakończy. Na pewno będzie to dużo cięższe ekonomicznie dla budżetu wszystkich szpitali w Polsce, choćby właśnie ze względu na koszty zakupu środków dezynfekujących. Apelujemy o to, żeby nie ustawać w niesieniu pomocy, bo dzięki niej będziemy mogli lepiej wszystkich chronić – mówi Iwona Sołtys.

Zgodnie z decyzją rządu od 30 maja w otwartej przestrzeni nie jest już obowiązkowe zasłanianie nosa i ust, pod warunkiem zachowania dwumetrowego odstępu od innych osób. To oznacza, że można już spacerować, jeździć rowerem, chodzić po ulicy, parku czy plaży bez maseczki, ale tylko zachowując odpowiedni dystans społeczny. Maseczki wciąż są obowiązkowe m.in. w sklepach, autobusach i tramwajach, kościołach, urzędach oraz w teatrach i kinach. Te ostatnie zostaną otwarte już 6 czerwca, kiedy rozpocznie się czwarty, ostatni etap odmrażania gospodarki. Wtedy działalność będą mogły wznowić również siłownie i salony masażu, możliwa będzie organizacja wesel do 150 osób, a także targów, wystaw i kongresów, ale w ścisłym reżimie sanitarnym.

Znoszenie kolejnych ograniczeń jest możliwe, ponieważ w większości województw (za wyjątkiem Śląska, Mazowsza i Wielkopolski) liczba zachorowań spada. Jednak rząd podkreśla, że mimo rezygnacji z wielu obostrzeń jedna zasada pozostaje nadal aktualna: wciąż trzeba zachować szczególną ostrożność w kontaktach z innymi.

– Znoszenie ograniczeń w naszym kraju absolutnie nie oznacza, że zagrożenie zakażeniem koronawirusem zniknęło i że możemy pozwolić sobie na nieostrożność, np. nienoszenie maseczek. Nadal musimy się chronić, przestrzegać zasad bezpieczeństwa i zachowywać się rozsądnie – zwłaszcza gdy mamy kontakt z większą liczbą osób w małych, zamkniętych pomieszczeniach – mówi Iwona Sołtys.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/sytuacja-epidemiologiczna,p1428172449

Coraz więcej pracowników wraca z pracy zdalnej do biur. Pandemia zmieni model pracy i rynek najmu powierzchni biurowej

Po tygodniach pracy zdalnej biura przygotowują się na powrót pracowników. Kluczowe jest zapewnienie bezpieczeństwa osób w biurze, czyli m.in. odpowiedniego dystansu i dezynfekcji miejsc wspólnych. Zarządców biur może też wspomóc technologia, np. aplikacje, które pozwalają na bezdotykowe otwieranie drzwi czy sprawdzające liczbę osób w danym pomieszczeniu. Wraz z powrotem pracowników do biur wraca też zainteresowanie wynajmem powierzchni biurowej. – Dzisiaj jest dobra okazja, żeby podpisywać kontrakty ze względu na lepsze warunki niż jeszcze kilka miesięcy temu – ocenia Sebastian Świstak z Cavatina Holding.

– Firmy powinny przygotować biura na powrót pracowników, aby zapewnić im maksymalne bezpieczeństwo oraz zdrowie. To szereg rozwiązań, które rekomenduje Ministerstwo Zdrowia. Z pewnością musimy zachować zasady dystansu. Części wspólne budynku muszą być regularnie czyszczone, a podajniki na płyn dezynfekujący powinny być przy każdym wejściu do budynku – mówi agencji Newseria Biznes Sebastian Świstak, dyrektor ds. komercjalizacji w warszawskim oddziale Cavatina Holding.

Po tygodniach przymusowej kwarantanny i pracy zdalnej pracownicy wracają do biur. Aby zminimalizować ryzyko zarażenia się koronawirusem, potrzebna jest pewna reorganizacja biura, żeby zwiększyć powierzchnię, która przypada na jednego pracownika. Przykładowo do pracy można przystosować strefy relaksu czy sale konferencyjne, dzięki czemu można zapewnić odpowiedni dystans między pracownikami. To wymusza pewne zmiany zarówno po stronie firm, jak i zarządców nieruchomości.

– Zarządcy dużo większą uwagę muszą zwrócić na kwestię czystości powierzchni i ich dezynfekcji, ochronę personelu, czyli recepcji i serwisu technicznego – wymienia ekspert z Cavatina Holding. – Bardzo wcześnie zareagowali oni na tę sytuację, bo już w marcu wszystkie procedury zostały wprowadzone, więc powrót większej liczby pracowników do biur nie będzie dla nich większym problemem. Ważną kwestią są koszty eksploatacyjne, gdyż większe środki zostaną wydatkowane na czystość, dezynfekcję. Niemniej jednak podczas pracy zdalnej budynki zasadniczo były puste, stąd nie były w pełni wykorzystywane i eksploatowane, a co za tym idzie – koszty eksploatacyjne w całym roku nie powinny znacząco wzrosnąć.

Zarządcy mogą także uregulować ruch w budynku, np. wprowadzając jednokierunkowe korytarze, żeby unikać zatłoczenia, ale również specjalnie znakować windy, schody, wejścia, żeby usprawnić ten ruch.

Nowy reżim sanitarny w biurach wymusi zmianę sposobu pracy i nawyków pracowników. Przez jakiś czas nie będzie możliwe gromadzenie się dużymi grupami w kuchni czy jadanie posiłków wśród wielu osób.

– Ta ostrożność z nami pozostanie dopóty, dopóki będziemy czuć wewnętrzną obawę, a zagrożenie zdrowotne nie minie – podkreśla Sebastian Świstak.

Organizowane spotkania będą odbywać się w ograniczonym składzie lub też będą łączone z wideokonferencjami.

– Dodatkowym aspektem, który może zapewnić bezpieczeństwo pracowników w firmie, jest praca zmianowa, czyli przykładowo dane zespoły pracują w poszczególne dni i nie spotykają się między sobą. Na pewno będziemy korzystać z pracy zdalnej, choć uważam, że pracownicy chcą już wrócić do biur i szukają kontaktu z ludźmi, tak więc praca zdalna nie zastąpi standardowego modelu pracy, ale raczej będzie jego uzupełnieniem – mówi ekspert z Cavatina Holding. – Możliwe też, że firmy wydłużą godziny pracy tak, aby wszyscy pracownicy nie zaczynali i kończyli dnia o tej samej godzinie.

W zapewnieniu bezpieczeństwa pomocne mogą okazać się rozwiązania technologiczne. Wśród nich są specjalne systemy wentylacji i klimatyzacji, ale także aplikacje na telefon.

– Pozwalają one na bezdotykowe otwieranie bramek na parterze czy drzwi wejściowych do biura. Umożliwiają też rezerwacje sal. Mogą zliczać liczbę osób w danym biurze i w momencie, kiedy przekroczy ona bezpieczny poziom, mogą wysyłać informację do office managera – wyjaśnia Sebastian Świstak.

Pandemia SARS-CoV-2 zmienia też rynek biurowy. Z raportu Knight Frank „Rynek biurowy w Warszawie w I kwartale 2020 roku. Rynek biurowy w epoce post-covid” wynika, że od stycznia do marca 2020 roku na warszawskim rynku biurowym podpisano umowy najmu na niemal 140 tys. mkw. Jest to wynik o niemal 20 proc. niższy niż średni popyt z pierwszych kwartałów w ostatnich pięciu latach. Eksperci wskazują, że aby przyciągnąć nowych najemców, zarządcy będą musieli sięgnąć po zachęty, np. w formie dopłaty do kosztów aranżacji czy okresów bezczynszowych. Najemcy będą też preferowali bardziej elastyczne umowy najmu, np. w zakresie długości trwania umów.

– Dzisiaj jest dobra okazja, żeby podpisywać kontrakty, ponieważ na pewno będą one zawierane na lepszych warunkach niż jeszcze parę miesięcy temu. Kiedy sytuacja w pełni wróci do normalności, za parę miesięcy możemy ponownie wrócić do rynku wynajmującego i na nowo będziemy bardzo aktywnie wynajmować powierzchnie – przekonuje ekspert Cavatina Holding.

Na pewno najemcy szukający biur będą zwracać większą uwagę na ich powierzchnię i możliwość zapewnienia odpowiedniego dystansu między pracownikami. Zdaniem eksperta początkowo może spaść popyt na biura położone na najwyższych piętrach budynków.

– W windach trudno zachować odstęp, a w budynkach wieżowych trudno mówić o możliwości wejścia na 30. piętro. Paradoksalnie powierzchnie na pierwszym lub drugim piętrze mogą zyskać na wartości, choć tylko tymczasowo – podkreśla Sebastian Świstak.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/coraz-wiecej-pracownikow,p1405777938

Polscy naukowcy badają interakcje koronawirusa z ludzkimi komórkami. Chcą umożliwić szybsze testowanie leków

Polscy naukowcy opracowują platformę elektroniczną symulującą działanie komórki, chcąc zbadać interakcje zachodzące pomiędzy koronawirusem a organizmem. Dzięki niej łatwiej będzie znaleźć sposób na dezaktywowanie SARS-CoV-2 np. podczas transportu próbek od chorych, co ograniczy ryzyko zakażenia pracowników służby zdrowia. Platforma ma też pozwolić na szybsze i bezpieczniejsze testowanie nowych terapii na COVID-19 oraz potencjalnych szczepionek.

– System elektroniczny, nad którym pracujemy, ma służyć do badania nie samego wirusa, tylko de facto jego oddziaływania z komórkami. Każdy wirus atakując komórkę, poniekąd z nią rozmawia, oddziałuje na nią tak, żeby ją przejąć, żeby w niej zacząć się rozmnażać i zakazić nasz organizm. Przy okazji tych interakcji generuje się dużo różnych sygnałów elektrycznych i to jest ta informacja, której poszukujemy, by ją zbadać i opisać – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Robert Bogdanowicz z Wydziału Elektroniki, Telekomunikacji i Informatyki, Katedry Metrologii i Optoelektroniki na Politechnice Gdańskiej.

Opracowywany przez polskich naukowców system opierać się będzie na platformie elektronicznej, zbudowanej z małych kawałków diamentu, na których znajdą się białka charakterystyczne dla powierzchni komórek. Taki układ ma więc symulować prawdziwą komórkę ludzkiego organizmu, do której naukowcy będą zbliżać fragment wirusa.

– Zbliżając się do niej, wirus zacznie „porozumiewać się” elektrycznie, czyli będzie uważał, że to jest komórka. Będzie to jednak powierzchnia elektryczna i zacznie się wymiana sygnałów elektrycznych, a więc komunikacja pomiędzy nimi. I to, co nas najbardziej interesuje, to właśnie to, jakie sygnały elektryczne będą przekazywane w takim układzie – mówi Robert Bogdanowicz.

Na tej podstawie naukowcy będą mogli lepiej zrozumieć interakcje zachodzące pomiędzy wirusem a komórkami organizmu. To z kolei pozwoli zbadać, w jaki sposób można je spowolnić lub zahamować. Z jednej strony chodzi o zapewnienie bezpieczeństwa w transporcie materiału biologicznego pobranego od chorego, a z drugiej – o opracowanie sposobów na to, by  zapobiec rozwojowi choroby COVID-19 poprzez skuteczniejsze testowanie potencjalnych metod terapii.

– Druga rzecz to szybkie testowanie najróżniejszych leków. W tradycyjnej metodzie badania kliniczne polegają na badaniu leków na próbce pacjentów, przy czym jest szereg różnych czynników, które mogą wpływać na ten lek i jego odbiór. Jednak podstawowy zestaw leków można badać wcześniej szybszymi metodami i dopiero z nich wybierać te konkretne leki, które potencjalnie będą już testowane na zwierzętach czy ludziach – dodaje kierownik zespołu badawczego.

Naukowcy z całego świata wciąż poszukują skutecznej metody leczenia choroby wywołanej koronawirusem SARS CoV-2. Światowa Organizacja Zdrowia wznowiła prace nad możliwością stosowania hydroksychlorochiny w leczeniu COVID-19 po tym, jak tydzień wcześniej wstrzymała je z uwagi na ryzyko występowania niebezpiecznych skutków ubocznych. Jednocześnie badacze związani z Uniwersytetem Kalifornijskim testują możliwość leczenia łagodnych przypadków COVID-19 z użyciem powszechnie znanego antybiotyku, jakim jest azytromycyna. Część przypadków choroby wywołanej przez nowego koronawirusa jest leczona preparatem pozyskanym z osocza ozdrowieńców.

Na wymierne efekty badań naukowców z Gdańska będzie można liczyć jeszcze przed końcem roku.

– W pełni funkcjonalny system w fazie testowej powinien być ukończony do końca roku – zapowiada Robert Bogdanowicz. – Ale system to jedno, a informacja o tym, jakie interakcje zachodzą pomiędzy koronawirusem a komórkami i jakie czynniki mogą na nie wpływać, jest najważniejsza. Będziemy chcieli ją upublicznić, podzielić się z innymi zespołami naukowców i lekarzy na całym świecie.

Na świecie potwierdzono dotychczas już ponad 6,5 mln przypadków zarażenia koronawirusem. Niemal 400 tys. osób zmarło w wyniku wywoływanej przez niego choroby COVID-19. W Polsce liczba zarażeń oscyluje w granicach 25 tys., a liczba zgonów przekroczyła tysiąc.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/polscy-naukowcy-badaja,p78891428

Ruch w restauracjach coraz większy. Część lokali wprowadziła dodatkowe standardy bezpieczeństwa i higieny

Lokale gastronomiczne od ponad dwóch tygodni mogą obsługiwać klientów w nowym reżimie sanitarnym. Branża wdrożyła wszystkie standardy i procedury, które pozwolą zapewnić bezpieczeństwo gości. Część restauracji opracowała własne procedury, bardziej restrykcyjne niż wytyczne Głównego Inspektoratu Sanitarnego. Ruch w lokalach powoli się zwiększa – po niemal całkowitym zastoju część podmiotów notuje już sprzedaż na poziomie przekraczającym 40 proc. w stosunku do tej sprzed pandemii. 

– Gastronomia to 70 tys. podmiotów, które różnią się pomiędzy sobą modelem działania. Mamy w tym gronie restauracje typu quick service, kawiarnie, lodziarnie, restauracje z pełną obsługą kelnerską i podmioty, które zajmują się obsługą gastronomiczną wyłącznie dla pracowników biur. Od 14 marca gastronomia mogła sprzedawać tylko posiłki na wynos i ta sprzedaż wahała się w granicach od 10 do 30 proc. normalnych obrotów. Po odmrożeniu 18 maja sprzedaż zaczęła rosnąć – startowała z poziomu ok. 30 proc. i obecnie u niektórych podmiotów przekracza już poziom 40 proc. – mówi agencji Newseria Biznes Rafał Macias, członek zarządu Związku Pracodawców HoReCa.

Większość restauracji, kawiarni i barów pozostawała zamknięta od połowy marca. Jak wynika z danych serwisu Briefly z marca, 67 proc. firm i lokali z branży gastronomicznej i eventowej całkowicie wstrzymało działalność w trakcie lockdownu, a 32 proc. działało w ograniczonym stopniu, np. oferując jedzenie na wynos lub z dowozem.

Według BIG InfoMonitor dwumiesięczna przerwa w działalności była katastrofalna w skutkach dla gastronomii, której zadłużenie na koniec marca przekroczyło 647 mln zł. Z tego powodu restauratorzy, którzy dotkliwie odczuli przełożenie lockdownu na spadek przychodów, z niecierpliwością czekali na trzeci etap odmrażania gospodarki. Ten rozpoczął się 18 maja – od tego momentu lokale mogą już podejmować gości w nowym reżimie sanitarnym.

– Widać już, że powoli sprzedaż rośnie i wracają klienci. Bardziej pomoże nam pełne odmrożenie gospodarki oraz rezygnacja z pracy zdalnej, czyli powrót pracowników do swoich miejsc pracy – mówi Rafał Macias.

Według rządowych wytycznych otwarte na powrót restauracje i lokale gastronomiczne muszą dostosować się do nowych obostrzeń. Restauratorzy są zobowiązani m.in. do zachowania dwumetrowych odstępów między stolikami, częstej dezynfekcji przestrzeni wspólnych w lokalu i stolików po każdym kliencie oraz zapewnienia środków dezynfekujących, maseczek i rękawiczek dla kucharzy i obsługi. Cukier, serwetniki czy dozowniki do samodzielnego nalewania napojów muszą zostać usunięte, wyłączone z użytku są też otwarte bufety czy bary sałatkowe.

Przed wejściem do restauracji goście muszą zdezynfekować ręce, a maseczki zdjąć dopiero przy stoliku. Goście, którzy nie siedzą przy wspólnym stoliku, są zobowiązani zachować między sobą odpowiedni odstęp.

– Do ponownych otwarć restauracji podchodzimy ze spokojem, stopniowo. Zależy nam, żeby odpowiednio przygotować nasze lokale i pracowników do bezpiecznej pracy. McDonald’s działa na rynkach, które już przeszły szczytowy etap pandemii, na którym my jesteśmy teraz. Dlatego możemy czerpać z tamtejszych doświadczeń, za każdym razem dostosowując rozwiązania do lokalnych regulacji – mówi Anna Borys-Karwacka, dyrektor ds. korporacyjnych w McDonald’s Polska.

Jak podkreśla, sieć jest dobrze przygotowana do ponownej obsługi gości w reżimie sanitarnym. Pracownicy zostali wyposażeni w środki ochrony osobistej: maseczki, rękawiczki, płyny do dezynfekcji rąk i przyłbice. Stanowiska kasjerów są dodatkowo zabezpieczone specjalną przegrodą z pleksi. McDonald’s wprowadził bezkontaktowy proces obsługi, który zabezpiecza zarówno klientów, jak i pracowników, którzy zostali przeszkoleni z nowych procedur.

Dyrektor ds. korporacyjnych sieci zwraca też uwagę na fakt, że branża gastronomiczna i tak jest przyzwyczajona do wysokich standardów higieny i bezpieczeństwa żywności, do których musiała stosować się jeszcze przed pandemią SARS-CoV-2.

– Oczywiście teraz zmienił się kontekst, w którym funkcjonujemy, i absolutnie najważniejsza jest higiena dłoni. Wszystko w naszych rękach! Dlatego przy wejściu do restauracji, przy toaletach i kioskach zamówieniowych znajdują się pojemniki z płynem do dezynfekcji rąk – mówi Anna Borys-Karwacka. – Ważne jest też zachowywanie bezpiecznych odległości, dlatego na podłogach umieściliśmy specjalne oznaczenia graficzne, które pomagają je utrzymać. Odległość między stolikami powinna wynosić przynajmniej 2 metry, chyba że znajdują się między nimi specjalne przegrody. Poza tym wszystkie powierzchnie są na bieżąco dezynfekowane. Na każdym stoliku znajduje się specjalne oznaczenie, które informuje gości, że dany stolik został już zdezynfekowany.

Jak wynika z badania zrealizowanego dla BIG InfoMonitor w końcówce kwietnia, 14 proc. Polaków wskazało wyjście do restauracji jako pierwszą rzecz, którą chcą zrobić po zniesieniu obostrzeń związanych z pandemią. Ta pozycja zajęła siódme miejsce na liście aktywności, do których rodacy najbardziej tęsknią, m.in. za spotkaniem z rodziną czy wizytą u fryzjera. Klientów w lokalach powinno więc stopniowo przybywać. Branża podkreśla, że wdrożyła wszystkie standardy i procedury, które pozwolą zapewnić im bezpieczeństwo.

– Restauracje jak najbardziej są w stanie zadbać o bezpieczeństwo swoich gości. Przy otwarciu każdego punktu gastronomicznego musimy spełniać rygorystyczne normy i jesteśmy kontrolowani przez stacje sanitarno-epidemiologiczne – podkreśla Rafał Macias. – Do wytycznych sanitarnych dostosowaliśmy się już na początku pandemii, w okresie kiedy sprzedaż odbywała się jedynie w opcji na wynos, z dostawą czy poprzez okienka drive thru.

Według ostatnich dostępnych danych GUS w Polsce działa ok. 70 tys. stałych lub sezonowych placówek gastronomicznych. Wśród nich 38 proc. stanowią punkty gastronomiczne, 28 proc. to restauracje, a 27,6 proc. – bary. Według przytaczanego przez BIK raportu PMR „Rynek HoReCa w Polsce 2020” w ubiegłym roku polski rynek gastronomiczny był wart 32,6 mld zł. Prognozy sprzed pandemii zakładały, że w tym roku jego wartość urośnie do 34,4 mld zł.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/ruch-w-restauracjach-coraz,p17663011

W Polsce coraz mniej lekarzy. Farmaceuci mogliby uzupełnić lukę w systemie ochrony zdrowia

W Polsce na 87,5 tys. lekarzy przypada 60 tys. magistrów i techników farmacji. – Ograniczenie roli farmaceutów do sprzedaży leków to błąd systemowy – podkreśla dr hab. n. med. Andrzej Fal, dyrektor Instytutu Nauk Medycznych na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Potencjał tej grupy zawodowej jest dużo większy. Mogłaby ona odgrywać kluczową rolę w profilaktyce i edukacji zdrowotnej, co pozwoliłoby odciążyć lekarzy. Ostatnie miesiące pandemii koronawirusa pokazały, że farmaceuci są bardzo istotnym ogniwem systemu ochrony zdrowia. Dlatego też środowisko wyczekuje ustawy, która ureguluje pracę farmaceuty i rozszerzy jego uprawnienia.

– Obserwując opiekę farmaceutyczną rozwijaną w Wielkiej Brytanii, Skandynawii czy Holandii, widzimy bezwzględne korzyści płynące z rozszerzenia roli farmaceuty do roli eksperta, który może przeprowadzać proste badania diagnostyczne, identyfikować ryzyko polipragmazji [łączenia – red.] leków zalecanych przez specjalistów czy też wspierać zespół podstawowej opieki zdrowotnej w procesie profilaktyki i edukacji pacjentów – mówi agencji Newseria Biznes dr Małgorzata Gałązka-Sobotka, dyrektor Instytutu Zarządzania w Ochronie Zdrowia Uczelni Łazarskiego. – My z tego potencjału nie korzystamy we właściwy sposób.

W Polsce problemem jest m.in. deficyt kadr medycznych, zwłaszcza lekarzy i pielęgniarek. Największe niedobory dotyczą pediatrów, geriatrów, anestezjologów oraz specjalistów chorób wewnętrznych. W porównaniu z innymi krajami Europy liczba lekarzy specjalistów w Polsce jest o ok. 24 proc. niższa, a w przypadku podstawowej opieki zdrowotnej ta różnica wynosi ok. 42 proc. Co istotne, ponad 55 proc. lekarzy to osoby w wieku co najmniej 45 lat. W niektórych specjalizacjach luka pokoleniowa jest na tyle duża, że może zagrozić ciągłości świadczeń medycznych (dane OECD Health Care Resources Database, raport „Opieka farmaceutyczna w Polsce 2020” IQVIA).

– To właśnie farmaceuci mogliby pomóc w uzupełnieniu tego deficytu – dodaje dr hab. n. med. Andrzej Fal, dyrektor Instytutu Nauk Medycznych, Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. – W Polsce rola farmaceuty w opiece zdrowotnej jest zupełnie niedoceniona. To są świetnie wykształceni, doświadczeni ludzie. Ograniczenie ich roli tylko do wydawania i sprzedaży leków jest błędem systemowym i ewidentną stratą. 

– Farmaceuta może stać się stróżem pacjenta, jego terapii, osobą zachęcającą go, żeby terapie były doprowadzone do końca, i pilnującą, żeby konflikty lekowe były jak najrzadsze – wskazuje Artur Łakomiec, prezes zarządu sieci aptek Gemini Polska.

W polskim prawie opieka farmaceutyczna jest zdefiniowana jedynie w kontekście obowiązków farmaceuty w ustawie o izbach aptekarskich. Zgodnie z definicją polega na „dokumentowanym procesie, w którym farmaceuta – współpracując z pacjentem i lekarzem, a w razie potrzeby z przedstawicielami innych zawodów medycznych – czuwa nad prawidłowym przebiegiem farmakoterapii w celu uzyskania określonych jej efektów poprawiających jakość życia pacjenta”. Eksperci podkreślają, że ta definicja jest zbyt ogólna i nie stwarza możliwości rozwijania opieki farmaceutycznej. Tymczasem przyniosłoby to wymierne korzyści dla całego systemu ochrony zdrowia.

Zwiększenie roli farmaceutów umożliwiłoby m.in. optymalizację czasu pracy lekarzy. W przypadku prostych badań diagnostycznych czy porad dotyczących powszechnych schorzeń pacjent może udać się do farmaceuty, a do lekarza specjalisty trafiałyby przypadki wymagające bardziej kompleksowych konsultacji. Efektywność takiego systemu pokazały już chociażby miesiące pandemii.

– Badania pokazują także, że wprowadzenie opieki farmaceutycznej bezpośrednio przełożyło się również na zmniejszenie liczby hospitalizacji w systemach opieki zdrowotnej. Szybka reakcja farmaceuty to często bodziec, który skłania pacjenta, aby szybciej zareagował na pojawiające się niebezpieczne objawy choroby – wskazuje dr Małgorzata Gałązka-Sobotka.

Farmaceuta może też odgrywać istotną rolę w profilaktyce zdrowotnej, m.in. konsultując z pacjentem aspekty dotyczące zdrowego trybu życia czy listę badań, które powinien on wykonać ze względu na swój wiek i stan zdrowia czy leczone choroby.

– Wzorem Anglii czy Niemiec moglibyśmy realizować programy zdrowotne, np. aby wszystkie osoby powyżej 70. roku życia przechodziły dziennie co najmniej 2 tys. kroków, co ewidentnie poprawia ich stan ogólny. Farmaceuta mógłby być jednym z ogniw takiego programu, przy każdym spotkaniu o tym przypominać – mówi dr hab. n. med. Andrzej Fal.

W Polsce na 87,5 tys. lekarzy przypada 26,5 tys. magistrów i 33,5 tys. techników farmacji. Wsparcie lekarzy poprzez rozszerzenie roli farmaceutów pozwoliłoby im w większym stopniu skoncentrować się na diagnozie i terapii. Podobnie 12,5 tys. aptek (nie uwzględniając punktów aptecznych) mogłoby zapewnić wsparcie dla 22 tys. przychodni lekarskich i 26,7 tys. podmiotów ambulatoryjnej opieki zdrowotnej w zakresie podstawowych badań diagnostycznych czy konsultacji farmaceutycznych.

– Już wprowadzenie e-recepty otworzyło drzwi do zbratania się środowiska z technologią i włączenia pacjenta, lekarza i farmaceuty w bazy danych, przy użyciu których ci ostatni mogą lepiej rozpoznawać np. interakcje czy konflikty lekowe – wskazuje Artur Łakomiec.

Jak podkreśla, środowisko farmaceutyczne jest przygotowane na zmiany i oczekuje ustawy, która po wielu latach ureguluje pracę farmaceuty i rozszerzy jego uprawnienia. Zdaniem prezesa sieci Gemini Polska przygotowani są również pacjenci, wśród których farmaceuci cieszą się dużym zaufaniem.

– W szczycie pandemii koronawirusa 74 proc. Polaków odwiedziło apteki i ponad 80 proc. z nich stanowili seniorzy. Ta fala odwiedzin w aptekach pokazuje, jak istotną rolę odgrywają farmaceuci w systemie ochrony zdrowia i że warto inwestować w ludzi, którzy cieszą się takim zaufaniem Polaków – podkreśla.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/w-polsce-coraz-mniej,p728416511

Roboty walczą z rozprzestrzenianiem się koronawirusa. Dezynfekują pomieszczenia i ułatwiają zachowanie dystansu społecznego [DEPESZA]

W obliczu pandemii koronawirusa na popularności zyskują zautomatyzowane systemy do zwalczania wirusów. Inżynierowie eksperymentują z robotami wyposażonymi w systemy sztucznej inteligencji, które zadbają o zdezynfekowanie obiektów użyteczności publicznej m.in. za pomocą środków chemicznych oraz światła ultrafioletowego. Inteligentne maszyny wykorzystywane są również do zarządzania przepływem ludzi w taki sposób, aby zminimalizować ryzyko rozprzestrzenienia się wirusów.

Placówki służby zdrowia jako pierwsze sięgnęły po inteligentne rozwiązania z zakresu robotyki, które ograniczają ryzyko rozprzestrzeniania się wirusów. Dzięki nim personel szpitalny może przeprowadzić całkowicie zautomatyzowany i precyzyjny proces dezynfekcji, nie wystawiając się w jej trakcie na działanie patogenów. Roboty od Blue Ocean Robotics pozwalają zarządzać tym procesem w pełni zdalnie. Wyposażono je w zdalnie sterowany układ napędowy oraz system dezynfekcji pomieszczeń bazujący na emiterze wiązki światła UV-C, który usunie większość patogenów z pokoju pacjenta w ciągu zaledwie 10 do 15 minut.

– To pierwszy i jedyny taki autonomiczny robot samojezdny, który dezynfekuje różnego rodzaju powierzchnie z użyciem światła UV-C, co daje mu przewagę nad rozwiązaniami konkurencyjnymi. Robot UVD jest wyjątkowy również dlatego, że można nim z łatwością sterować za pomocą tabletu – podkreśla Rohit Karthikeyan z firmy doradczej Frost & Sullivan. 

– Nasze roboty nie tylko pomagają w rozwiązywaniu problemów na świecie, ale również stanowią pewną i opłacalną inwestycję dla właścicieli – dodaje Claus Risager, dyrektor generalny Blue Ocean Robotics.

Na rynku pojawiają się także wszechstronne roboty, takie jak ARIS-K2. Maszyna działa dwutorowo – dzięki zintegrowanej kamerze termowizyjnej w czasie rzeczywistym śledzi temperaturę pacjentów, co pozwala wykryć wczesne objawy zakażenia koronawirusem, a w razie konieczności może sprawdzić się w roli mobilnej stacji dezynfekującej. Do oczyszczenia pomieszczeń z patogenów wykorzysta zaś promienie UV.

W czasie pandemii roboty mogą być także wykorzystywane w rolach pomocniczych. Korporacja CloudMinds zaprojektowała humanoidalnego robota Ginger wyspecjalizowanego w opiece nad pacjentami, którego przystosowano do pracy w inteligentnych klinikach. Maszyny sprawdzą się w doraźnej opiece nad pacjentami: dostarczą leki i sprawdzą podstawowe parametry życiowe.

Po technologie autonomiczne sięgnęli również inżynierowie z firmy BoKa Automatisierung, którzy zaprojektowali CoDaBot, mobilne laboratorium do przeprowadzania testów na koronawirusa. System przystosowano do bezkontaktowego i zautomatyzowanego sortowania próbek do testów. Proces przebiega bez udziału laborantów, dzięki czemu nie tylko pozwala ograniczyć ryzyko zarażenia się, lecz także przyspiesza cały proces – robot może w ciągu godziny przetworzyć do 500 próbek.

 Takie roboty w szczególny sposób umożliwiają szpitalom ograniczenie przenoszenia się chorób, zabijając 99,99 proc. bakterii i drobnoustrojów  przekonuje Rohit Karthikeyan.

Według firmy badawczej Data Bridge Market Research wartość globalnego rynku robotów autonomicznych do 2026 roku wzrośnie do blisko 17,8 mld dol. W najbliższych latach ma on się rozwijać w tempie ponad 14 proc. w skali roku.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/roboty-walcza-z,p405574854

Ruch w biurach sprzedaży mieszkań powraca do poziomów sprzed pandemii. Nie ma co liczyć na spadki cen

Pandemia SARS-CoV-2 chwilowo zachwiała rynkiem deweloperskim. W kwietniu liczba mieszkań, których budowę rozpoczęto, spadła o prawie 40 proc. w porównaniu z ubiegłym rokiem, a statystyki wskazywały na malejące zainteresowanie kredytami hipotecznymi. Powoli widać jednak odbicie – klienci wracają do biur sprzedaży zainteresowani zakupem mieszkania. Nie powinni jednak liczyć na duże spadki cen w związku z koronawirusem. Tym, na co warto zwrócić uwagę przy zakupie, jest za to pozycja i sytuacja finansowa dewelopera oraz terminowość realizacji inwestycji. Z tym ostatnim nie ma raczej problemów, bo pandemia nie wstrzymała prac na budowach.

 Od momentu wybuchu pandemii mieliśmy do czynienia ze wstrzymaniem się naszych klientów z zakupem mieszkań. Jednak to jest okres przejściowy, bo w Polsce brakuje mieszkań – mamy ich tylko ok. 380 na 1 tys. mieszkańców, co jest jednym z najniższych współczynników w Europie. Dzisiaj klienci już do nas wracają. Widzimy większy ruch w naszych biurach sprzedaży, a ruch na stronach internetowych powrócił do poziomu sprzed pandemii. W aktualnej sytuacji mieszkania są najlepszym sposobem inwestowania i oszczędzania pieniędzy, który długofalowo przynosi bardzo godziwe zyski – mówi agencji Newseria Biznes Damian Kapitan, prezes zarządu Budimex Nieruchomości.

W ostatnich kilku latach polski rynek nieruchomości był nieprzerwanie w fazie hossy, której nie zahamował nawet systematyczny wzrost cen mieszkań. Tylko w ubiegłym roku oddano do użytkowania 207,2 tys. mieszkań, co oznaczało 12-proc. wzrost r/r. Według JLL pod względem sprzedaży był to drugi najlepszy rok w historii rynku deweloperskiego. Sprzyjały temu m.in. dobra koniunktura, wysoka podaż pieniądza na rynku, jak i duży popyt i niedobór powierzchni mieszkaniowej. Według danych BGK w Polsce na tysiąc osób przypadają 363 mieszkania, natomiast mediana w Unii Europejskiej wynosi 435. W ubiegłym roku wicepremier Jadwiga Emilewicz szacowała, że na rynku wciąż brakuje ich około 2 mln.

Pandemia SARS-CoV-2 chwilowo zachwiała jednak rynkiem, co ma odzwierciedlenie w statystykach. Według GUS liczba mieszkań, których budowę rozpoczęto w kwietniu, spadła o 37,8 proc. rok do roku i o 27,3 proc. w ujęciu miesięcznym. Z kolei dane BIK wskazują na spadające zainteresowanie kredytami hipotecznymi. W marcu liczba wnioskowanych kredytów mieszkaniowych była o 7,6 proc. niższa niż rok wcześniej. Jednak w kwietniu znacząco spadła nie tylko liczba (o 23 proc.), ale i wartość (o 14,6 proc.) udzielanych kredytów mieszkaniowych.

Powoli widać jednak odbicie: na początku maja liczba zapytań o nowe kredyty hipoteczne wzrosła o 25 proc. w porównaniu do tygodnia wcześniej. Klienci, którzy w czasie kwarantanny mieli dużo czasu na zapoznanie się z ofertą deweloperów, wracają też do otwartych biur sprzedaży. Zdaniem analityków nie powinni jednak liczyć na duże spadki cen mieszkań w związku z pandemią SARS-CoV-2.

– Ceny nieruchomości są dzisiaj na stabilnym poziomie z kilku przyczyn. Przede wszystkim mniejsza jest oferta deweloperów w dużych miastach. Już na koniec I kwartału br. szczególnie w Warszawie i Krakowie mieliśmy do czynienia z najmniejszą ofertą, która w kwietniu dodatkowo spadła, ponieważ deweloperzy uruchomili o 46 proc. mniej projektów niż normalnie. Ponadto nie zaczynają oni dzisiaj dużych projektów, koncentrują się na tych mniejszych, które dostosowują się do rynku. To wszystko będzie powodować, że ceny pozostaną na poziomie zbliżonym do obecnego – mówi Damian Kapitan.

Prezes Budimeksu Nieruchomości podkreśla, że pomimo zamrożenia gospodarki terminy oddania do użytku prowadzonych inwestycji nie zmieniły się i klienci będą w terminie odbierać klucze do swoich lokali.

– W okresie pandemii cały przemysł budowlany działał praktycznie bez zmian, budowy są kontynuowane. Wszystkie nasze inwestycje zostaną oddane w terminach i klienci dostaną klucze do swoich lokali bez opóźnień. Dzięki temu, że mieliśmy stosunkowo łagodną zimę i bardzo dobre warunki pogodowe na wiosnę, duża część naszych inwestycji ma nawet lekkie przyspieszenie – mówi.

Deweloper, który należy do największego w Polsce holdingu budowlanego, bez zakłóceń kontynuuje prace na wszystkich budowach. Jak podkreśla, robi to bezpiecznie, z zachowaniem procedur i środków ochrony dla pracowników. Projekty nie mają przestojów w związku z pandemią koronawirusa, niezagrożone są też dostawy materiałów budowlanych, a sytuacja finansowa jest stabilna. O zwracanie uwagi na tę stabilność i bezpieczeństwo zakupu w trakcie procesu nabywania mieszkania deweloper apeluje też do klientów.

Wyszliśmy z kampanią „Zawsze bezpiecznie, zawsze pewnie”, chcąc zwrócić uwagę klientów na to, że jesteśmy z nimi nie tylko na etapie reklam, ale także podczas zawierania i realizacji, przekazywania kluczy oraz realizowania uprawnień z tytułu pięcioletniej rękojmi. Budimex Nieruchomości jest na rynku prawie 20 lat. W tych trudnych czasach, które dzisiaj mamy, bycie odpowiedzialnym jest dla nas najważniejsze i chcemy to wszystkim przekazać – podkreśla Damian Kapitan.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/ruch-w-biurach-sprzedazy,p589908968