Wybrano 100 najwybitniejszych polskich naukowców przed 30. rokiem życia. Ich dorobek nie odbiega od światowej czołówki

Pod względem rozwoju nauki Polska wypada coraz lepiej. Młodzi naukowcy z naszego kraju odnoszą sukcesy, które kwalifikują ich do światowej czołówki, i stale podnoszą poprzeczkę w innowacyjnych badaniach. W ramach Programu START Fundacja na rzecz Nauki Polskiej wyłoniła 100 wybitnych naukowców przed 30. rokiem życia, którzy – mimo tak młodego wieku – mogą już poszczycić się znaczącym dorobkiem naukowym. Na ich konta trafią stypendia w wysokości 28 tys. zł, które mogą przeznaczyć na dowolny cel.

– Prace najzdolniejszych młodych polskich naukowców przed trzydziestką – laureatów Programu START – niczym nie różnią się od prac dojrzałych uczonych, mających bogaty dorobek naukowy. Prezentują poważne osiągnięcia badawcze i śmiało mogą z nimi konkurować – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krystyna Frąk, koordynator Programu START z Fundacji na rzecz Nauki Polskiej.

Jak podkreśla, pod względem rozwoju nauki Polska coraz lepiej wypada na tle Europy i reszty świata. Dystans regularnie się zmniejsza, a polscy naukowcy wciąż podnoszą poprzeczkę, jeśli chodzi o dorobek naukowy i osiągnięcia badawcze.

– Świadczą o tym także m.in. opinie naszych recenzentów oceniających wnioski kandydatów w Programie START. Niedawno był taki rocznik, w którym według eksperta na dwadzieścia ocenianych prac z matematyki aż osiem kwalifikowało się na zagraniczne stypendium w Princeton. Nasi naukowcy mieli tak znaczący dorobek naukowy, że nie byłoby z tym problemu – mówi Krystyna Frąk.

START to najstarszy w Polsce program stypendialny dla 100 najlepszych młodych naukowców. Stypendia są przyznawane przez Fundację na rzecz Nauki Polskiej od 1993 roku. Dostają je wybitni badacze przed 30. rokiem życia, którzy mimo młodego wieku mogą się już pochwalić znaczącym dorobkiem. Stypendia mają wspierać i zachęcić ich do dalszego rozwoju. Laureaci otrzymują roczne stypendia w wysokości 28 tys. zł, które mogą przeznaczyć na dowolny cel. Do tej pory w Programie START fundacja wyróżniła 3100 młodych naukowców i przyznała 3736 stypendiów w łącznej wysokości 84,5 mln zł.

– Wszystkie dziedziny traktujemy jednakowo, nie mamy żadnych preferencji dotyczących przedmiotu badań czy tematyki podejmowanej przez naszych kandydatów. Jednak w ostatnich latach widać, że prym wiodą nauki ścisłe, medyczne i przyrodnicze. Mniej wniosków wpływa z nauk humanistycznych i społecznych, może z wyjątkiem psychologii – wskazuje Krystyna Frąk.

Stypendyści Programu START są wybierani w drodze kilkuetapowego konkursu, w którym oceniany jest ich dorobek naukowy, udokumentowany patentami lub publikacjami w uznanych polskich i zagranicznych periodykach naukowych. Poziom jest bardzo wysoki, a kryteria – rygorystyczne.

– Trzeba podkreślić, że osiągnięcia naszych laureatów opisane w publikacjach w prestiżowych czasopismach naukowych absolutnie nie różnią się od dorobku dojrzałych uczonych, bo trudno przyjąć, że takie czasopisma jak np. „Nature” stosują kryterium wiekowe. Pod uwagę brana jest wyłącznie wartość merytoryczna i oryginalność prac. Nasi laureaci mogą się poszczycić konkretnymi osiągnięciami, mimo że często nie są to jeszcze nawet samodzielni pracownicy naukowi. Generalnie są to ludzie przed doktoratem lub tuż po nim – mówi Krystyna Frąk.

W tym roku setka najzdolniejszych naukowców przed trzydziestką została wyłoniona spośród grona 845 kandydatów (to oznacza, że granty trafiły do co dziewiątego kandydata). Ich średni wiek wynosi 28,5 lat, a 44 proc. z nich ma stopień doktora (w Polsce przeciętny wiek uzyskiwania doktoratu wynosi około 35 lat). Wśród nagrodzonych badaczy najwięcej reprezentuje nauki biologiczne i medyczne, nauki techniczne oraz nauki humanistyczne i społeczne. Jest wśród nich 58 mężczyzn i 42 kobiety, a najwięcej laureatów jest związanych z Uniwersytetem Jagiellońskim (22 stypendystów), Uniwersytetem Warszawskim (12) oraz Uniwersytetem im. Adama Mickiewicza w Poznaniu (6).

Od ponad dekady FNP przyznaje w Programie START także wyróżnienia dla tych badaczy, których osiągnięcia badawcze zostały ocenione jako wybitne. Ich stypendia zostają podwyższone do kwoty 36 tys. zł. W tym roku otrzymała je czwórka młodych naukowców: dr Magdalena Migalska z Wydziału Biologii Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, mgr Rafał Muda z Wydziału Ekonomicznego Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie, mgr inż. Krzysztof Ptaszyński z Instytutu Fizyki Molekularnej Polskiej Akademii Nauk oraz mgr Monika Żukowska z Wydziału Biochemii, Biofizyki i Biotechnologii Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie.

– Te stypendia cieszą się tak wielką renomą i są tak rozpoznawalne w środowisku naukowym w Polsce, że każdy z kandydatów chciałby się poszczycić, że jest START-owcem. Istotny jest też fakt, że to pieniądze, które laureaci dostają dla siebie i nie wymagamy żadnych sprawozdań finansowych. Stypendium START wpływa na prywatne konta laureatów, którzy mogą je przeznaczyć, na co tylko chcą – zapewnia Krystyna Frąk.

W tym roku specjalne Stypendium im. Barbary Skargi dla osoby, której badania wyróżniają się odważnym przekraczaniem granic pomiędzy różnymi dziedzinami nauki i otwierają nowe perspektywy, otrzymała mgr Katarzyna Chyl z Instytutu Biologii Doświadczalnej im. Marcelego Nenckiego PAN w Warszawie za pracę nad dysleksją wśród dzieci. Z kolei wyróżnieniem im. prof. Adama Sobiczewskiego – dla naukowca, który prowadzi badania w dziedzinie matematyki, fizyki teoretycznej bądź astronomii i może się pochwalić wysokiej jakości dorobkiem naukowym – został uhonorowany mgr Marcin Karczewski z Wydziału Fizyki Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Oboje będą otrzymywać stypendia podwyższone do 36 tys. zł.

Stypendia zostaną sfinansowane głównie z budżetu Fundacji na rzecz Nauki Polskiej oraz środków od partnerów, wśród których jest Narodowy Bank Polski (projekt realizowany w ramach programu edukacji ekonomicznej). Poza NBP program wspierają Fundacja PZU, a także firmy dotychczasowych stypendystów: SensDx, Instytut Biotechnologii i Medycyny Molekularnej Dawida Nidzworskiego oraz Neuro Device Pawła Solucha. Nabór wniosków do kolejnego, 29. już konkursu START rozpocznie się jesienią tego roku.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/wybrano-100,p1850133984

Ruch w biurach sprzedaży mieszkań powraca do poziomów sprzed pandemii. Nie ma co liczyć na spadki cen

Pandemia SARS-CoV-2 chwilowo zachwiała rynkiem deweloperskim. W kwietniu liczba mieszkań, których budowę rozpoczęto, spadła o prawie 40 proc. w porównaniu z ubiegłym rokiem, a statystyki wskazywały na malejące zainteresowanie kredytami hipotecznymi. Powoli widać jednak odbicie – klienci wracają do biur sprzedaży zainteresowani zakupem mieszkania. Nie powinni jednak liczyć na duże spadki cen w związku z koronawirusem. Tym, na co warto zwrócić uwagę przy zakupie, jest za to pozycja i sytuacja finansowa dewelopera oraz terminowość realizacji inwestycji. Z tym ostatnim nie ma raczej problemów, bo pandemia nie wstrzymała prac na budowach.

 Od momentu wybuchu pandemii mieliśmy do czynienia ze wstrzymaniem się naszych klientów z zakupem mieszkań. Jednak to jest okres przejściowy, bo w Polsce brakuje mieszkań – mamy ich tylko ok. 380 na 1 tys. mieszkańców, co jest jednym z najniższych współczynników w Europie. Dzisiaj klienci już do nas wracają. Widzimy większy ruch w naszych biurach sprzedaży, a ruch na stronach internetowych powrócił do poziomu sprzed pandemii. W aktualnej sytuacji mieszkania są najlepszym sposobem inwestowania i oszczędzania pieniędzy, który długofalowo przynosi bardzo godziwe zyski – mówi agencji Newseria Biznes Damian Kapitan, prezes zarządu Budimex Nieruchomości.

W ostatnich kilku latach polski rynek nieruchomości był nieprzerwanie w fazie hossy, której nie zahamował nawet systematyczny wzrost cen mieszkań. Tylko w ubiegłym roku oddano do użytkowania 207,2 tys. mieszkań, co oznaczało 12-proc. wzrost r/r. Według JLL pod względem sprzedaży był to drugi najlepszy rok w historii rynku deweloperskiego. Sprzyjały temu m.in. dobra koniunktura, wysoka podaż pieniądza na rynku, jak i duży popyt i niedobór powierzchni mieszkaniowej. Według danych BGK w Polsce na tysiąc osób przypadają 363 mieszkania, natomiast mediana w Unii Europejskiej wynosi 435. W ubiegłym roku wicepremier Jadwiga Emilewicz szacowała, że na rynku wciąż brakuje ich około 2 mln.

Pandemia SARS-CoV-2 chwilowo zachwiała jednak rynkiem, co ma odzwierciedlenie w statystykach. Według GUS liczba mieszkań, których budowę rozpoczęto w kwietniu, spadła o 37,8 proc. rok do roku i o 27,3 proc. w ujęciu miesięcznym. Z kolei dane BIK wskazują na spadające zainteresowanie kredytami hipotecznymi. W marcu liczba wnioskowanych kredytów mieszkaniowych była o 7,6 proc. niższa niż rok wcześniej. Jednak w kwietniu znacząco spadła nie tylko liczba (o 23 proc.), ale i wartość (o 14,6 proc.) udzielanych kredytów mieszkaniowych.

Powoli widać jednak odbicie: na początku maja liczba zapytań o nowe kredyty hipoteczne wzrosła o 25 proc. w porównaniu do tygodnia wcześniej. Klienci, którzy w czasie kwarantanny mieli dużo czasu na zapoznanie się z ofertą deweloperów, wracają też do otwartych biur sprzedaży. Zdaniem analityków nie powinni jednak liczyć na duże spadki cen mieszkań w związku z pandemią SARS-CoV-2.

– Ceny nieruchomości są dzisiaj na stabilnym poziomie z kilku przyczyn. Przede wszystkim mniejsza jest oferta deweloperów w dużych miastach. Już na koniec I kwartału br. szczególnie w Warszawie i Krakowie mieliśmy do czynienia z najmniejszą ofertą, która w kwietniu dodatkowo spadła, ponieważ deweloperzy uruchomili o 46 proc. mniej projektów niż normalnie. Ponadto nie zaczynają oni dzisiaj dużych projektów, koncentrują się na tych mniejszych, które dostosowują się do rynku. To wszystko będzie powodować, że ceny pozostaną na poziomie zbliżonym do obecnego – mówi Damian Kapitan.

Prezes Budimeksu Nieruchomości podkreśla, że pomimo zamrożenia gospodarki terminy oddania do użytku prowadzonych inwestycji nie zmieniły się i klienci będą w terminie odbierać klucze do swoich lokali.

– W okresie pandemii cały przemysł budowlany działał praktycznie bez zmian, budowy są kontynuowane. Wszystkie nasze inwestycje zostaną oddane w terminach i klienci dostaną klucze do swoich lokali bez opóźnień. Dzięki temu, że mieliśmy stosunkowo łagodną zimę i bardzo dobre warunki pogodowe na wiosnę, duża część naszych inwestycji ma nawet lekkie przyspieszenie – mówi.

Deweloper, który należy do największego w Polsce holdingu budowlanego, bez zakłóceń kontynuuje prace na wszystkich budowach. Jak podkreśla, robi to bezpiecznie, z zachowaniem procedur i środków ochrony dla pracowników. Projekty nie mają przestojów w związku z pandemią koronawirusa, niezagrożone są też dostawy materiałów budowlanych, a sytuacja finansowa jest stabilna. O zwracanie uwagi na tę stabilność i bezpieczeństwo zakupu w trakcie procesu nabywania mieszkania deweloper apeluje też do klientów.

 Wyszliśmy z kampanią „Zawsze bezpiecznie, zawsze pewnie”, chcąc zwrócić uwagę klientów na to, że jesteśmy z nimi nie tylko na etapie reklam, ale także podczas zawierania i realizacji, przekazywania kluczy oraz realizowania uprawnień z tytułu pięcioletniej rękojmi. Budimex Nieruchomości jest na rynku prawie 20 lat. W tych trudnych czasach, które dzisiaj mamy, bycie odpowiedzialnym jest dla nas najważniejsze i chcemy to wszystkim przekazać – podkreśla Damian Kapitan.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/ruch-w-biurach-sprzedazy,p2021012821

Ekrany dotykowe w miejscach publicznych siedliskiem bakterii i wirusów. Nowe rozwiązanie pozwoli je obsłużyć za pomocą głosu [DEPESZA]

Ekrany dotykowe stosowane w niektórych samoobsługowych restauracjach wykazały pozytywny wynik na obecność bakterii E. coli. Inne badania przeprowadzone na lotniskach w USA dowiodły, że na ekranach z automatyczną odprawą znajduje się do 10 razy więcej bakterii tworzących kolonie niż w przeciętnym zlewie kuchennym. Rozwiązanie BrightVoice pozwala wchodzić w interakcje z urządzeniami digital signage wyłącznie poprzez polecenia głosowe. Dzięki wdrożeniu usługi przez Reflect Systems można niemal całkowicie ograniczyć korzystanie z funkcji dotykowych w miejscach publicznych.

Pandemia koronawirusa sprawiła, że większą wagę przywiązujemy do higieny, jesteśmy też bardziej świadomi zagrożeń. Siedliskiem bakterii są m.in. ekrany dotykowe, zwłaszcza te w miejscach publicznych.

Przykładem mogą być ekrany dotykowe stosowane w niektórych samoobsługowych restauracjach typu fast food, które według badań London Metropolitan University wykazały pozytywny wynik na obecność np. bakterii E. coli. Badanie przeprowadzone przez Insurancequotes dotyczące powierzchni publicznych na trzech głównych lotniskach w USA dowiodło zaś, że średni ekran do automatycznej odprawy zawierał 253 857 jednostek bakterii tworzących kolonie, ponad 10-krotnie więcej, niż średnio znajduje się na przeciętnym zlewozmywaku kuchennym w domu. Rozwiązaniem mogą być aplikacje, które pozwalają sterować urządzeniem za pomocą głosu.

– Nowe obawy dotyczące technologii ekranów dotykowych w obliczu pandemii COVID-19 sprawiają, że aktywowane głosem systemy są cenniejsze niż kiedykolwiek wcześniej – przekonuje Lee Summers, prezes zarządu Reflect.

– Inteligentne urządzenia, takie jak głośniki, zegarki i smartfony, wprowadziły interakcję głosową dla masowego klienta, a aktywowane głosem urządzenia digital signage są tego naturalną kontynuacją – dodaje Jeff Hastings, dyrektor generalny BrightSign.

Niedawno opracowane rozwiązanie BrightVoice pozwala odbiorcom wchodzić w interakcje z wyświetlaczami. Co więcej, dostosowuje się do indywidualnych potrzeb i wykorzystuje naturalne polecenia głosowe do sterowania. Dzięki BrightVoice można zapewnić kontrolę dla dowolnej aplikacji, od sprzedaży detalicznej po restauracje. Oprogramowanie rozpoznaje mowę, aby dokładnie uruchomić odtwarzanie nie tylko treści ekranowych, lecz także muzyki czy oświetlenia. Za pomocą tego rozwiązania można też sterować innymi urządzeniami.

Jako pierwszy nowe rozwiązanie BrightVoice wdrożył Reflect Systems, lider rozwiązań digital signage dla sprzedawców detalicznych, rozrywki i opieki zdrowotnej. W ten sposób konsumenci mogą skorzystać z interaktywnego wyświetlacza, który słucha i interpretuje wypowiadane polecenia, inteligentnie dekoduje też mowę na tekst. Jednocześnie system do działania nie potrzebuje internetu.

– Dzięki naszemu systemowi CMS w połączeniu z zestawem głośnomówiącym BrightSign mamy nadzieję przyczynić się do bezpieczeństwa klientów i gości naszych partnerów, ograniczając potrzebę korzystania z funkcji dotykowych w miejscach publicznych – podkreśla Lee Summers, prezes zarządu Reflect.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/ekrany-dotykowe-w,p1998945963

Kamery termowizyjne wspierane przez sztuczną inteligencję wykryją objawy koronawirusa. Dzięki nim testy mogą osiągnąć masową skalę

Dzięki wykorzystaniu kamer termowizyjnych wspieranych przez sztuczną inteligencję możliwe będą testy na masową skalę w kierunku wykrycia koronawirusa. W opracowanie systemu włączają się firmy z branży motoryzacyjnej i bezpieczeństwa. – Pandemia COVID-19 stworzyła nowe wyzwania dla bezpieczeństwa publicznego, stawiając na pierwszym miejscu zapobieganie kolejnej pandemii, gdy świat zaczyna wznawiać normalne działania – mówi Haim Siboni, prezes zarządu Foresight.

Technologię termowizyjną do wykrywania osób potencjalnie zakażonych koronawirusem jako pierwszy wykorzystał Samsung podczas wydarzenia zorganizowanego w San Francisco w pierwszych dniach pandemii. Skanowanie uczestników pod kątem temperatury ciała odbywało się przy użyciu urządzeń dostarczonych przez CrowdRx.

Foresight, firma specjalizująca się w tworzeniu innowacyjnych rozwiązań dla motoryzacji, pracuje już nad systemem pozwalającym na masowe, bezdotykowe badania przesiewowe w kierunku wykrycia objawów choroby COVID-19. Podstawą działania mają być kamery termowizyjne i algorytmy sztucznej inteligencji umiejące rozpoznać objawy takie jak kaszel czy oznaki zmęczenia.

– Nasze bogate doświadczenie z obrazowaniem termicznym i sztuczną inteligencją może być nieocenione, gdy zastosujemy je w rozwiązaniu do wykrywania wczesnych objawów koronawirusa – przekonuje Haim Siboni, prezes zarządu Foresight.

Do wykrywania objawów zakażenia koronawirusem dostosowany został też system Kognition, zaprojektowany do wykorzystania przy ochronie obiektów przed wtargnięciem do nich osób niepożądanych. Również ten system opiera się na działaniu kamer termowizyjnych wspieranych przez SI. Wejście do ochranianego budynku jest możliwe po wykryciu telefonu zaufanego użytkownika oraz identyfikacji rysów twarzy. W przypadku stwierdzenia zakażenia lub niepokojących objawów łatwiej jest dzięki temu odtworzyć siatkę kontaktów osoby będącej nosicielem koronawirusa. Co ważne, rejestrowanie informacji przez system odbywa się z poszanowaniem prawa do ochrony danych osobowych.

– Pandemia COVID-19 stworzyła nowe wyzwania dla bezpieczeństwa publicznego, stawiając na pierwszym miejscu zapobieganie kolejnej pandemii, gdy świat zaczyna wznawiać normalne działania – ocenia prezes zarządu Foresight.

Różnica między oboma rozwiązaniami jest taka, że Kognition jest przeznaczone bardziej do miejsc o charakterze zamkniętym, takich jak zakłady produkcyjne. Szczególne zainteresowanie tym systemem wykazuje branża spożywcza. Technologia Foresight będzie zdolna do testowania ludzi na masową skalę. Znajdzie więc zastosowanie na lotniskach, stadionach sportowych, uniwersytetach, w szpitalach, centrach handlowych i kompleksach mieszkalnych.

– Kilku potencjalnych klientów wyraziło już zainteresowanie naszą technologią – twierdzi Haim Siboni. – Będziemy nadal pracować także nad samochodowymi systemami wizyjnymi, umożliwiającymi wykrywanie przeszkód w trudnych warunkach pogodowych i oświetleniowych.

Liczba osób zakażonych koronawirusem na świecie stale rośnie – przekroczyła już 7 mln. Liczba zgonów wynosi ponad 408 tysięcy. W Polsce liczba zakażeń przekroczyła 27 tys., a liczba zgonów – tysiąc.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/kamery-termowizyjne,p2125528939

Nie wszystkie mentolowe wyroby tytoniowe zostały wycofane. Sklepy nie mogą jednak o tym informować klientów

Według badań Forum Konsumentów w Polsce papierosy pali ok. 9 mln osób, wśród których 42 proc. sięga po wyroby mentolowe. Jednak tych w sklepach kupić już nie można, ponieważ 20 maja wszedł w życie zakaz sprzedaży papierosów mentolowych, z kapsułką mentolową oraz tytoniu do samodzielnego skręcania o aromacie mentolowym. Eksperci przestrzegają przed szukaniem takich produktów w szarej strefie i przypominają, że na rynku pozostają legalne alternatywy, jak podgrzewacze tytoniu.

– Na rynku pozostają papierosy elektroniczne, podgrzewacze tytoniu oraz cygara lub cygaretki o smaku mentolowym. Te produkty nie podlegają wycofaniu – potwierdza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Ptaszyński, wiceprezes zarządu Polskiej Izby Handlu.

Wycofanie mentolowych wyrobów z tytoniu to duża zmiana dla polskiego rynku. Według Instytutu Prognoz i Analiz Gospodarczych mentole stanowią ok. 30 proc. wszystkich sprzedawanych w Polsce papierosów, co jest jednym z wyższych wskaźników konsumpcji w Europie. Zakaz ich sprzedaży może uderzyć w drobny handel, bo papierosy mentolowe odpowiadają za 15 do nawet 40 proc. obrotów małych sklepów i kiosków. Ta kategoria produktów tytoniowych generuje też rocznie ok. 7–9 mld zł przychodów budżetowych z podatków.

Zmiana przepisów będzie odczuwalna także dla konsumentów. Z marcowego badania Forum Konsumentów wynika, że papierosy pali ponad 25 proc. dorosłych Polaków, czyli ok. 9 mln osób. W tej grupie aż 42 proc. sięgało właśnie po papierosy mentolowe bądź z kapsułką, a 28 proc. wybierało je regularnie.

– Brak papierosów mentolowych na rynku z pewnością spowoduje konieczność szukania innych rozwiązań. Jako handel detaliczny będziemy starali się jak najlepiej zaopatrzyć i odpowiedzieć na potrzeby klientów. Jednak brak tych papierosów będzie utrudnieniem zarówno dla klientów, jak i samych sklepów – mówi Paweł Tracz, prezes zarządu Stowarzyszenia Mikroprzedsiębiorców i Franczyzobiorców.

Jak wynika z badania Forum Konsumentów, ponad 20 proc. palaczy deklaruje, że w przypadku braku papierosów mentolowych są skłonni sięgnąć po taki towar z czarnego rynku. To oznacza, że zakaz ich sprzedaży może realnie przyczynić się do rozwoju szarej strefy. W ciągu ostatniej dekady udział nielegalnych papierosów na polskim rynku udało się obniżyć z 19 do ok. 10 proc., ale zmiany w przepisach mogą ten trend odwrócić.

– Jako handel detaliczny bardzo boimy się rozwoju szarej strefy, która będzie strefą pozasklepową i nielegalną – mówi Paweł Tracz.

Eksperci przestrzegają przed kupowaniem papierosów mentolowych z szarej strefy, ponieważ stanowi to duże ryzyko dla zdrowia. Takie wyroby tytoniowe są wytwarzane bez żadnego nadzoru, nie spełniają norm jakości i mogą zawierać groźne substancje. Legalną alternatywą dla nich pozostają podgrzewacze tytoniu i e-papierosy, również o smaku mentolowym, które wciąż będą dostępne na rynku. Problem w tym, że zgodnie z obowiązującym od 2017 roku prawem obowiązuje zakaz informowania o wyrobach tytoniowych w punktach sprzedaży, także tych, o których mówi się, że mogą być mniej szkodliwe. .

– Rząd powinien umożliwić informowanie o obniżonej szkodliwości innowacyjnych wyrobów tytoniowych, podgrzewaczy do tytoniu. W Polsce mogłyby powstawać potężne fabryki, które produkowałyby tego typu wkłady do tytoniowych podgrzewaczy. To z pewnością odciążyłoby plantatorów, którzy dostarczają tytoń dla wielu firm. Błędem byłoby tej szansy nie wykorzystać. Jeżeli nie wprowadzimy możliwości informowania konsumenta o obniżonej zawartości nikotyny i substancji smolistych w tych właśnie produktach, po prostu pozbawimy się szansy, która jest istotna dla odbudowy polskiej gospodarki po pandemii koronawirusa, a także sektora rolnego oraz małych i średnich sklepikarzy – uważa Jacek Podgórski, dyrektor Instytutu Gospodarki Rolnej.

W innych krajach podejście do alternatyw jest dużo bardziej otwarte. W USA po wnikliwym, trwającym dwa lata audycie badań naukowych nad systemem podgrzewania tytoniu IQOS amerykańska Agencja Żywności i Leków wyraziła zgodę na sprzedaż tego urządzenia na terenie tego kraju. FDA stwierdziła, że wprowadzenie tego produktu na rynek amerykański jest „właściwe dla ochrony zdrowia publicznego”, a produkty oparte na podgrzewaniu tytoniu „wytwarzają mniej określonych toksyn w mniejszych dawkach niż papierosy tradycyjne”.

Wycofanie z rynku popularnych mentoli to efekt dyrektywy tytoniowej Unii Europejskiej z kwietnia 2014 roku, która w założeniu ma przyczynić się do spadku liczby nałogowych palaczy. Nowe przepisy obowiązują w całej UE. Do polskiego prawodawstwa wdrożyła je ustawa z lipca 2016 roku o ochronie zdrowia przed następstwami używania tytoniu i wyrobów tytoniowych.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/nie-wszystkie-mentolowe,p760675780

Szpitale znowu realizują planowe zabiegi. Wielu pacjentów boi się na nie zgłaszać

Po wstrzymaniu na trzy miesiące planowanych zabiegów i operacji szpitale stopniowo wracają do normalnej działalności. Placówki musiały wdrożyć restrykcyjne procedury bezpieczeństwa i higieny, które mają przeciwdziałać rozprzestrzenianiu się koronawirusa. Wielu pacjentów – w obawie przed zakażeniem – rezygnuje jednak z zaplanowanego leczenia. To może być dla nich groźne, bo im później trafią pod specjalistyczną opiekę, tym gorsze będą ich rokowania.

Polskie szpitale stopniowo wracają do normalnego funkcjonowania. Dyrektorzy placówek wdrożyli odpowiednie procedury bezpieczeństwa w porozumieniu z dyrektorami medycznymi, naczelnymi pielęgniarkami oraz epidemiologami i w tej chwili szpitale odmrażają swoją działalność. Zapraszają pacjentów do zgłaszania się na te zabiegi, które trzeba było przełożyć. Na pewno chcielibyśmy uniknąć nagłego zgłaszania się wielkiej liczby chorych, szczególnie na SOR-ach, bo jednak wirus cały czas jeszcze jest wśród nas – mówi agencji Newseria Biznes Jarosław Fedorowski, profesor Collegium Humanum, prezes Polskiej Federacji Szpitali.

Jak wskazuje, powrót do normalnego funkcjonowania cały czas utrudnia strach przed zakażeniem – powszechny wśród pacjentów, szczególnie osób starszych, ale i wśród personelu medycznego.

– Nadmierny strach jest niekorzystny i może spowodować, że zabiegi istotne z punktu widzenia zdrowia pacjenta nie zostaną wykonane. Ale mamy też inne wyzwania, związane chociażby z zapewnieniem bezpieczeństwa pacjentów czy dostępem do szybkich i wiarygodnych testów na obecność koronawirusa, które można wykonywać przy łóżku pacjenta – mówi Jarosław Fedorowski.

Trudności placówkom medycznym nastręczają również niespójne wskazówki publikowane przez konsultantów, towarzystwa medyczne i rekomendacje m.in. anestezjologów czy chirurgów. Dyrektorzy szpitali mają problem, bo nie wiedzą, do których wytycznych powinni się stosować. Problemem są też koszty testów na koronawirusa, które placówki muszą pokryć z własnych budżetów.

To są niewątpliwie duże wyzwania dla kadry zarządzającej szpitalami. Kolejna sprawa to finansowanie, bo wszystkim zależy, aby przestoje nie wiązały się z obniżką finansowania, ale też infrastruktura, którą musieliśmy dostosować do obecnych warunków. Musieliśmy m.in. zainstalować różnego rodzaju innowacyjne urządzenia dezynfekujące czy zadbać o zaopatrzenie w sprzęt ochronny – mówi prezes Polskiej Federacji Szpitali.

Placówki musiały wdrożyć restrykcyjne procedury bezpieczeństwa: na oddziałach i w poradniach zaostrzono standardy higieny i dezynfekcji, personel medyczny korzysta ze środków ochrony osobistej, zmienił się też tzw. triage, czyli wstępna ocena przyjmowanych pacjentów. Ci muszą m.in. wypełnić ankietę epidemiologiczną i przejść pomiar temperatury. Niektóre placówki wprowadziły też obowiązek kwarantanny przed planowanym przyjęciem do szpitala.

Wszystkich pacjentów pytamy teraz o to, jaki mają wywiad epidemiologiczny i mierzymy temperaturę, wykonujemy pomiary tętna i akcji oddechowej. W niektórych szpitalach są nowoczesne urządzenia, które umożliwiają monitorowanie tego w sposób hi-tech – mówi eksperti. – Bardzo dbamy też o procedury przepływu pacjentów w szpitalu, żeby ich ścieżki nie krzyżowały się ze ścieżkami personelu.

Jak podkreśla, personel medyczny obowiązkowo przechodzi też testy na obecność koronawirusa i dodatkowo testy na obecność przeciwciał, których do tej pory szpitale nie wykonywały rutynowo. Dla bezpieczeństwa większość placówek ograniczyła też możliwość odwiedzin u pacjentów albo utrzymała ich całkowity zakaz.

Wśród pacjentów, którzy najbardziej ucierpieli na wstrzymaniu zabiegów, trzeba wymienić przede wszystkim seniorów. O ile zabiegi ratujące życie były do tej pory wykonywane, o tyle zabiegi związane z polepszeniem jakości życia, np. wszczepienie endoprotez, operacje kręgosłupa czy pęcherzyka żółciowego były wstrzymywane. Dla osób starszych to trudna sytuacja – wymienia Jarosław Fedorowski. – Mamy też gros pacjentów, którzy nie mogli zgłosić się na procedury diagnostyczne, np. endoskopię, kolonoskopię czy badania serca. To też są istotne procedury, które mają wpływ na poprawę stanu zdrowia albo zapobieżenie konkretnej jednostce chorobowej.

Wielu pacjentów – w obawie przed zakażeniem SARS-CoV-2 – rezygnuje jednak z zaplanowanego leczenia. Tymczasem im później trafią pod specjalistyczną opiekę, tym gorsze będą rokowania. Dlatego też prezes Polskiej Federacji Szpitali podkreśla, że pacjenci nie muszą już obawiać się wizyt w szpitalach, ale w razie wątpliwości alternatywą jest telemedycyna. Wiele placówek wprowadziło teleporady, dzięki którym możliwe jest uzyskanie konsultacji z lekarzem przy ograniczeniu kontaktu osobistego np. z poradnią.

– Oczywiście ta obawa w obecnych czasach jest naturalna. Chodzi jednak o to, żeby nie była ona nadmierna, aby pacjent z tego powodu nie poniósł konsekwencji zdrowotnych – mówi Jarosław Fedorowski. – Mamy w tej chwili dobrze działającą telemedycynę, więc pacjenci mogą w ten sposób kontaktować się ze swoim lekarzem podstawowej opieki zdrowotnej, z infolinią szpitala albo Narodowego Funduszu Zdrowia.

Polska Federacja Szpitali prowadzi akcję „Nie bój się szpitala” (HASHniebojsieszpitala), która ma załagodzić strach i nadmierne obawy pacjentów przed zgłaszaniem się do szpitali i rezygnacji z zaplanowanych zabiegów.

– Pacjenci mogą się czuć bezpiecznie, ponieważ wprowadziliśmy procedury, mamy środki zabezpieczenia personelu i pacjentów. Ta akcja nie ma na celu zachęcenia pacjentów do tłumnego, jednoczesnego zgłaszania się na szpitalne oddziały ratunkowe, ale do kontaktu ze swoim lekarzem prowadzącym, do zaufania szpitalnym procedurom. Jednocześnie też prosimy ich, aby byli szczerzy z kadrą medyczną i podawali wszystkie swoje objawy chorobowe – tak, aby było bezpiecznie i dla nich, i dla nas – mówi prezes Polskiej Federacji Szpitali.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/szpitale-znowu-realizuja,p1041095799

Zanieczyszczenie powietrza wraca do poziomów sprzed pandemii. Producenci aut wprowadzają filtry chroniące przed smogiem

Wraz ze stopniowym odmrażaniem gospodarki rośnie liczba aut na ulicach i chociaż transport nie jest jedynym winnym smogu, to zanieczyszczenie powietrza w największych miastach wraca do stanu sprzed pandemii. Producenci aut wprowadzają więc nowe filtry kabinowe, które zatrzymają nawet najmniejsze, a zarazem najbardziej szkodliwe cząsteczki. To o tyle istotne, że stężenie zanieczyszczeń w kabinach, choć mniejsze niż na zewnątrz, nadal jest zbyt duże. W powietrzu zasysanym do wnętrza auta znajdują się między innymi cząstki PM2,5 – tak małe, że mogą przenikać z płuc do krwi. 

Pandemia koronawirusa spowodowała, że zanieczyszczenie powietrza malało wraz ze spadkami liczby samochodów na ulicach. Gospodarka powoli jest jednak odmrażana, a w większych miastach znów robią się korki. Według Centrum Badań nad Energią i Czystym Powietrzem (CREA) stan zanieczyszczeń w chińskich miastach już wrócił do poziomu sprzed pandemii, choć na przełomie marca i kwietnia spadki dochodziły do nawet 40 proc. w porównaniu z tym samym okresem w 2019 roku. Problem, z którym ludzkość boryka się od dawna, wraca, a w walkę z nim włączyli się także producenci samochodów.

 W takim mieście jak Pekin dosłownie nie ma czym oddychać. Smog tworzą drobiny pyłu zawieszonego PM2,5 i PM10. Te pierwsze są za małe, by skutecznie wyłapać je zwykłymi filtrami kabinowymi. Ponieważ są niezwykle szkodliwe, nasi inżynierowie wzięli je na swój celownik – podkreśla Stanisław Dojs, PR manager Volvo Car Poland.

Smog obecny jest powszechnie nie tylko w Chinach. Z danych NIK wynika, że w największych miastach Polski zanieczyszczenie powietrza przez transport samochodowy stanowi większe zagrożenie niż emisja pyłów z domowych pieców i kotłowni. Najbardziej narażeni są kierowcy, tym bardziej że w kabinie samochodu poziom pyłów może być większy niż na ulicy. Filtry kabinowe zatrzymują tylko część zanieczyszczeń. W przypadku pyłów PM2,5 jest to jednak niemożliwe, bo cząstki te są zbyt małe – mają średnicę prawie 40 razy mniejszą niż ziarno piasku. W efekcie łatwo dostają się do płuc i krwiobiegu.

W związku z tym producenci samochodów pracują nad nowoczesnymi filtrami do samochodów. Volvo już wprowadza na rynek rozwiązanie, które wyłapuje cząsteczki PM2,5 i skutecznie je neutralizuje.

– Powietrze trafiające do kabiny przechodzi przez element, który zawieszonym w nim drobinom nadaje ujemny ładunek elektrostatyczny. Filtr kabinowy ma ładunek dodatni, by przyciągał naelektryzowane cząstki. Jest to prosty sposób, by wyłapać pył zawieszony PM2,5, który dotąd przenikał przez tradycyjne filtry. Ten proces nazywamy jonizacją. W zwykłych samochodach bez tego rozwiązania filtry zatrzymują część pyłów, ale te najdrobniejsze przenikają do kabiny. Rozwiązanie Volvo jest dużo skuteczniejsze od dotychczasowych – przekonuje Stanisław Dojs.

Pomiary wykonane za pomocą specjalistycznej aparatury potwierdzają skuteczność tego rozwiązania. Stężenie pyłu PM2,5 w kabinie z innowacyjnym filtrem jest wielokrotnie niższe niż na zewnątrz.

Jak przypomina ekspert, źródłem zanieczyszczeń są nie tylko spaliny. Według raportu „Ochrona Środowiska 2017” pojazdy były odpowiedzialne za emisję 14,38 tys. ton pyłu, z czego 6,76 tys. ton powstało przez hamowanie i ścieranie opon. Rodzaj emitowanych zanieczyszczeń zależy od użytych materiałów i substancji, np. miedzi, żelaza czy ołowiu. Receptą mogą być pojazdy o napędzie hybrydowym czy elektryczne.

– Miejskie powietrze zostaje także zanieczyszczone przez drobiny klocków i tarcz hamulcowych. Te ostatnie zanieczyszczenia zostają drastycznie zredukowane, gdy mamy do czynienia z hybrydami, zwłaszcza typu plug-in. Takie samochody odzyskują energię hamowania, która zamiast zamieniać się w ciepło i pył, trafia do akumulatora auta. Przy ruszaniu ze świateł powstaje mniej spalin, bo odzyskana energia wprawia pojazd w ruch – podkreśla Stanisław Dojs.

Volvo Cars zapowiada, że w kolejnych latach chce stać się liderem w dziedzinie elektryfikacji. Za pięć lat jedną połowę jego sprzedaży mają stanowić auta elektryczne, a drugą – hybrydowe.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/zanieczyszczenie-powietrza,p598635686

Polscy naukowcy badają pracę mózgu u dzieci z dysleksją. Chcą opracować metodę wczesnego wykrywania zaburzeń w nauce czytania

Około 10 proc. dzieci w Polsce może mieć problemy z nauką czytania, co często powoduje niechęć do nauki, kompleksy i problemy emocjonalne. – Diagnoza dysleksji możliwa jest dopiero od trzeciej klasy szkoły podstawowej, a to dość późno, żeby wprowadzać trening i terapię – mówi Katarzyna Chyl, doktorantka w Instytucie Biologii Doświadczalnej im. M. Nenckiego PAN. Dzięki jej badaniom, które wykazały zmienione działania lewej półkuli mózgu u dzieci z dysleksją, możliwe będzie opracowanie testów przesiewowych do stosowania na wcześniejszym etapie edukacji. Za tę pracę ekspertka otrzymała stypendium w ramach programu START Fundacji na rzecz Nauki Polskiej.

Naukowcy z Instytutu Biologii Doświadczalnej PAN w Warszawie od wielu lat zajmują się zagadnieniami dotyczącymi dysleksji rozwojowej. Ostatnie badania umożliwiły pierwszą kompleksową ocenę czynników odpowiedzialnych za rozwój zaburzeń w czytaniu.

– Udało nam się lepiej zrozumieć, jak działa mózg małego dziecka, kiedy uczy się czytać, oraz co dzieje się w mózgu tych dzieci, którym czytanie sprawia szczególną trudność, a więc tych, u których diagnozowana jest dysleksja rozwojowa – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Katarzyna Chyl, doktorantka w Pracowni Neurobiologii Procesów Językowych w Instytucie Biologii Doświadczalnej im. M. Nenckiego PAN. – Używamy techniki funkcjonalnego rezonansu magnetycznego, dzięki czemu możemy niejako wejrzeć w mózg małego dziecka, które uczy się czytać.

Badacze odkryli, że mózg dziecka z dysleksją działa nieco inaczej w trakcie czytania niż dziecka bez zaburzeń. Różnice są widoczne bez względu na to, czy porównamy grupę dzieci z dysleksją do dzieci w tym samym wieku czytających lepiej, czy do młodszych czytających na podobnym poziomie.

– W obu tych sytuacjach obserwujemy podobny obniżony wzorzec aktywności lewopółkulowej sieci językowej w trakcie czytania – uściśla badaczka. – Nasze spostrzeżenia dowodzą, że mózg dziecka z dysleksją działa nieco inaczej i jest inaczej zbudowany. Być może pomoże to walczyć z przekonaniem, że dzieci z dysleksją są leniwe i nie wkładają pracy w naukę. Wiemy, że czytanie jest dla nich trudniejsze z powodów neurobiologicznych czy genetycznych. Nauczyciele i wychowawcy także coraz bardziej zdają sobie z tego sprawę.

W badaniach uczestniczyło kilkuset uczniów pierwszych pięciu klas szkoły podstawowej, zarówno z grup o podwyższonym ryzyku wystąpienia dysleksji, jak i wykazujących umiejętności percepcji tekstu typowe dla swego wieku. Polegały one na serii testów w formie gier komputerowych opracowanych specjalnie dla potrzeb projektu, angażujących te funkcje mózgu, które mogą być zaburzone w dysleksji. Część badań została przeprowadzona z użyciem aparatury okulograficznej, pozwalającej śledzić ruchy oczu podczas czytania. Aktywność i budowa mózgu były monitorowane za pomocą nowoczesnego skanera rezonansu magnetycznego.

– Przez kolejne lata śledziłyśmy postępy dzieci w nauce czytania, ale także w nabywaniu innych, powiązanych z czytaniem umiejętności szkolnych. W trzeciej klasie, kiedy możliwa już była diagnoza dysleksji, mogłyśmy też ocenić, z jakimi zadaniami dzieci, które później rozwinęły dysleksję, radziły sobie gorzej już w zerówce i w pierwszej klasie. Dzięki temu chcemy opracować testy przesiewowe do stosowania w wieku przedszkolnym, kiedy dzieci jeszcze nie czytają i zaczynają naukę, aby jak najwcześniej ocenić, które z nich obarczone są większym ryzykiem dysleksji. Wczesna diagnoza umożliwi pracę z nimi już na początku edukacji w szkole podstawowej – tłumaczy Katarzyna Chyl.

Dysleksja rozwojowa ma podłoże genetyczne, występuje u około 10 proc. populacji i nie przemija z wiekiem. W rodzinach, w których dysleksja już występowała, ryzyko dziedziczenia może sięgać aż 50 proc. U części osób może być ona wynikiem wystąpienia pojedynczego, bardzo wyraźnego czynnika związanego z funkcjami mózgu, u innych pojawi się wskutek szeregu drobniejszych zmian o zróżnicowanej naturze. Warszawscy naukowcy po raz pierwszy na świecie próbują podejść do zagadnienia kompleksowo – zbadać wpływ wszystkich znanych grup czynników: deficytów poznawczych, objawów behawioralnych i zmian neurologicznych w mózgu.

– Coraz więcej osób zdaje sobie sprawę z tego, że dysleksja to ważny problem. Jeżeli dziecko ma tę szczególną trudność w nauce czytania, może się zniechęcić do szkoły, mieć kompleksy czy problemy emocjonalne. Dlatego nauczyciele i rodzice poszukują wiedzy nie tylko w publikacjach naukowych, do czego zachęcamy, ale również w mediach społecznościowych czy podczas Dni Mózgu organizowanych w naszym instytucie – dodaje doktorantka.

Za badania nad dysleksją Katarzyna Chyl otrzymała Stypendium im. Barbary Skargi w ramach programu START Fundacji na rzecz Nauki Polskiej. Wyróżnienie to przyznawane jest za osiągnięcia naukowe, które charakteryzują się odważnym przekraczaniem granic pomiędzy różnymi dziedzinami nauki, otwierają nowe perspektywy badawcze i tworzą nowe wartości w nauce. Roczne stypendium wynosi 36 tys. zł.

Program START Fundacji na rzecz Nauki Polskiej jest najstarszym w Polsce programem stypendialnym dla najlepszych młodych naukowców reprezentujących wszystkie dziedziny nauki. Jego celem jest wspieranie wybitnych młodych uczonych i zachęcanie ich do dalszego rozwoju naukowego. W ciągu 28 lat realizacji programu prestiżowe stypendia zdobyło ponad 3100 wybitnych badaczy, którym FNP przekazała w sumie ponad 84,5 mln zł. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polscy-naukowcy-badaja,p1490287173

Dokumentacja RODO w chmurze

Dokumentacja RODO w chmurze

Bardzo często przedsiębiorcy przechowują dane w chmurze. Jest to tak zwany cloud computing. Rozwiązanie ma wpływ na redukcję kosztów działalności firmy, ponieważ łączy outsourcing części usług IT oraz poprawia jakość ich działania. Jak działa chmura internetowa? Co to jest chmura systemu RODOLider (rodolider.pl), tak zwany RODOCloud i czy warto ją mieć?

Jak działa chmura internetowa?

Chmura internetowa jest specyficznym rodzajem usługi, takim jakby dyskiem przenośnym, o który nie trzeba się zbytnio martwić. Chmura się nie psuje, nie upada na ziemię i nie można zapomnieć zabrać jej z domu. Na czym polega ta usługa? Przede wszystkim chmura stwarza możliwość przechowywania wszelkich danych na serwerze usługodawcy. Dzięki temu, że jest narzędziem internetowym pozwala klientowi na stały dostęp do jej zawartości z każdego miejsca na kuli ziemskiej. By mieć do niej dostęp, należy skorzystać bowiem z Internetu. Dane, które najczęściej przechowywane są w chmurze to multimedia, zdjęcia filmy ale w przypadku RODOCloud mówimy o dokumentacji pracowniczej. Na wirtualnym dysku może też wdrożyć oprogramowanie oraz bazę danych budując profesjonalny system SAAS na miarę XXI wieku.
Dokumentacja RODO w chmurze
Dokumentacja RODO w chmurze

RODOCloud – system publikacji i archiwizacji dokumentacji

RODOCloud to nic innego jak chmura danych, która pełni rolę systemu publikacji oraz archiwizacji dokumentacji, jakie wytwarza IOD (Inspektor Danych Osobowych i Administratorzy Ochrony Danych Osobowych). W systemie RODOCloud, który ma odpowiednie zabezpieczenie, można z powodzeniem przechowywać wszelkie pliki i udostępniać niezbędne dokumenty. Służy więc przede wszystkim do przekazywania, szyfrowania oraz archiwizacji wszelkiej dokumentacji świadczącej o działalności i podejmowanych czynnościach przez IOD. RODOCloud dodatkowo jest wyposażona w intuicyjny interfejs przeglądarkowy (WWW), który służy do przeglądania danych, jakie znajdują się w programie RODOLider. RODOCloud oferuje także osobny kalendarz, osobny system notatek, jak również i specjalny system zarządzania zadaniami. To wszystko pozwala na pracę zdalną, w obecnych czasach znacznie ułatwia wykonywanie obowiązków IOD. To tylko z niektórych funkcjonalności proponowanych w ramach oferty RODOLider. Aby je poznać, skontaktuj się z nami. Zapraszamy! https://rodolider.pl  

Branża turystyczna najwcześniej w przyszłym roku zacznie odrabiać straty. Jednak sprzedaż nie stanęła całkowicie

Przed pandemią wycieczki turystyczne wykupywało nawet 700–800 tys. Polaków miesięcznie. W ostatnim okresie liczba sprzedawanych przez biura podróży wyjazdów spadła do około 20 tys. W tym roku touroperatorzy wyjątkowo wcześnie  zaproponowali ofertę na przyszłe wakacje. Branża liczy, że kolejny sezon pozwoli im chociaż częściowo odrobić straty wynikające z zamknięcia granic. W tym roku – jak pokazują badania – połowa Polaków ograniczy swoje plany urlopowe, co drugi z nich zrezygnuje, a tylko kilka procent wybiera się na wakacje za granicę.

Dane Turystycznego Funduszu Gwarancyjnego wskazują, że nastąpiła bardzo znacząca zapaść w branży w liczbie sprzedawanych wycieczek, szczególnie zagranicznych. W kwietniu 2020 roku sprzedano raptem 3 proc. tego, co w tym samym miesiącu rok wcześniej – mówi agencji Newseria Biznes Marek Niechciał, członek zarządu Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego odpowiedzialny za Turystyczny Fundusz Gwarancyjny.

Turystyka to jedna z branż, które najdotkliwiej ucierpiały w wyniku pandemii koronawirusa. Dane Krajowego Rejestru Długów pokazują, że jej przełożenie na kondycję finansową sektora było widoczne już w marcu. Podczas gdy w styczniu długi branży turystycznej wynosiły 17,63 mln zł, na koniec marca br. urosły już do kwoty 21,4 mln zł. To m.in. efekt obaw przed wyjazdami za granicę w początkowej fazie pandemii i późniejszego wstrzymania ruchu między krajami. W związku z rządowymi ograniczeniami na trzy miesiące zamarła również krajowa turystyka.

Przed pandemią biura podróży sprzedawały miesięcznie kilkaset tysięcy wycieczek, w kwietniu liczba ta spadła do 20 tys. Branża liczy jednak na lekkie odbicie po otwarciu granic i zniesieniu obowiązku przechodzenia dwutygodniowej kwarantanny po powrocie z zagranicy.

Ta sprzedaż jakoś idzie. Ludzi kuszą oferty na końcówkę tego lata albo na sezon 2021. Już pojawiły się oferty wycieczek na lato przyszłego roku, więc widać, że przedsiębiorstwa wychodzą naprzeciw konsumentom – mówi Marek Niechciał. – Miejmy nadzieję, że sprzedaż wzrośnie w kolejnych miesiącach, kiedy restrykcje będą znoszone. Czynnikiem, który mocno ją ogranicza, jest to, że gdy jedzie się na zagraniczną wycieczkę na tydzień lub dwa, po powrocie trzeba odbyć jeszcze dwutygodniową kwarantannę. To na razie jest prawdopodobnie największy minus i przeszkoda ku temu, żebyśmy wrócili do normalnej, wyjazdowej turystyki zagranicznej.

Jak wynika z badania przeprowadzonego pod koniec maja przez Centrum Badawczo-Rozwojowe BioStat, co drugi Polak ogranicza tegoroczne plany urlopowe, a co piąty w ogóle z nich rezygnuje. Tylko nieco ponad 6 proc. rodaków zamierza wyjechać za granicę, w tym 2,4 proc. – z biurem podróży. Inni wybierają polskie miejscowości albo działki własne czy znajomych.Takie deklaracje nie są dobrym prognostykiem na ten sezon. Jak ocenia Marek Niechciał, obostrzenia i straty związane z pandemią spowodują, że w branży turystycznej sytuacja powróci do normalności najwcześniej w przyszłym roku, a być może jeszcze później.

Analizy dotyczące ruchu lotniczego mówią o powrocie do normalności najwcześniej w 2023 czy nawet w 2025 roku. W tym roku sezon na pewno nie będzie tak dobry jak poprzedni, ale sądzimy, że w 2021 roku, jeśli oczywiście nie będzie nawrotu pandemii, wiele osób będzie chciało wyjechać, odrobić ten stracony czas – podkreśla członek zarządu UFG odpowiedzialny za Turystyczny Fundusz Gwarancyjny

Pogarszającą się sytuację branży turystycznej obrazuje również spadek liczby podmiotów, które figurują w rejestrze TFG.

Od trzech lat liczba podmiotów w naszej bazie wzrastała co miesiąc, maksimum do 4,8 tys. podmiotów. Teraz zaczęła się zmniejszać, mamy ich około 4,65 tys. Ale trzeba zauważyć, że te podmioty głównie zawieszają działalność, nie wykreślają się. To może oznaczać, że mają nadzieję, iż niedługo wrócą do aktywnej działalności – mówi Marek Niechciał.

Jak wskazuje, w tej chwili działalność zawiesza miesięcznie około 400 podmiotów z branży turystycznej, a ok. 40 na stałe wykreśla się z rejestru.

– Te 40 podmiotów miesięcznie to mniej więcej tyle samo, co w niektórych miesiącach w latach poprzednich. Mamy więc nadzieję, że nie będzie armagedonu – dodaje ekspert.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/branza-turystyczna,p1199553861