Firmy szukają możliwości oszczędzania na rachunkach za energię. Coraz więcej decyduje się na inwestycje w panele fotowoltaiczne

Jesienią przedsiębiorstwa czeka kolejny wzrost kosztów w postaci wyższych rachunków za energię. To skłania je do szukania oszczędności. Tym bardziej że ich finanse mocno poturbował kryzys związany z koronawirusem. Możliwości rozpoczęcia wytwarzania własnej energii daje inwestycja w panele fotowoltaiczne. Fotowoltaika jest najszybciej rozwijającym się w Polsce sektorem OZE, a korzyści podatkowe i wizerunkowe powodują, że decyduje się na nią coraz większe grono firm.

Nadchodzące miesiące będą trudne dla firm, zwłaszcza tych z sektora MŚP. Jak wynika z ostatniego badania „KoronaBilans MŚP” na zlecenie KRD, już w tej chwili połowa z nich ocenia swoją sytuację ekonomiczną jako złą, a 54,6 proc. z nich prognozuje, że w ciągu najbliższych trzech miesięcy ulegnie ona pogorszeniu. Pandemia radykalnie ograniczyła przychody firm, a z drugiej strony – spowodowała wzrost wydatków, chociażby na środki dezynfekujące i wyposażenie pracowników w maseczki czy rękawiczki. Istotną częścią kosztów funkcjonowania przedsiębiorstw są też opłaty za energię elektryczną.

– Sytuacja gospodarcza sprzyja decyzjom o optymalizacji kosztów. Produkcja własnego prądu, zabezpieczenie przed wzrostami cen energii oraz oszczędności – to korzyści, które daje własna elektrownia fotowoltaiczna – podkreśla Mariusz Lach, dyrektor komunikacji i marketingu w Concept Energy. – Inwestycja sprzyja ekologii, pozwala na skorzystanie z tarczy podatkowej i daje niezależność od rynkowej koniunktury.

Ceny energii w Polsce już teraz należą do najwyższych w Europie, a kolejnej podwyżki trzeba spodziewać się jesienią – wtedy na rachunkach pojawi się nowa pozycja, będąca wynikiem wprowadzonego ustawą w 2017 roku rynku mocy.

– Przedsiębiorcy odczują różnicę zarówno bezpośrednio, jak i w rosnących cenach produktów – podkreślają przedstawiciele Concept Energy.

Rosnące koszty działalności powodują, że firmy muszą szukać optymalizacji i obniżać koszty. Taką możliwość stwarza inwestycja we własną elektrownię słoneczną. Instalacja fotowoltaiczna np. na dachu siedziby pozwoli produkować energię na własne potrzeby, obniżyć wysokość rachunków i uniknąć zbliżających się podwyżek. Zgodnie z ustawą OZE małe i średnie firmy mogą być prosumentami i korzystać z bardzo korzystnego systemu rozliczeń z firmami energetycznymi. Dzięki tym zmianom mogą magazynować nadwyżki swojej energii w sieci, a następnie odbierać je w czasie niższej produkcji (na przykład w nocy lub podczas silnego zachmurzenia).

– Przed nami letnie miesiące, a to oznacza szczyt produkcji energii ze słońca – dodaje Mariusz Lach.

Jak podkreśla, realizacja instalacji fotowoltaicznej to proces składający się z kilku etapów. Poprzedza go audyt fotowoltaiczny, który pozwala przeanalizować zapotrzebowanie i bieżące zużycie energii elektrycznej przez firmę oraz wykonać kalkulacje połączone z doborem optymalnego rozwiązania technicznego i najlepszej formy finansowania. 

– Pomagamy w formalnościach, a instalacje fotowoltaiczne powstają już w 10 dni od podpisania umowy – wskazuje dyrektor komunikacji Concept Energy.

Jak wynika z badań KRD, w aktualnej sytuacji gospodarczej niewiele firm z sektora MŚP myśli o nowych inwestycjach. Aż 78 proc. nie planuje ich w najbliższych trzech miesiącach, a tylko 12,3 proc. ma je w planach. Co jednak istotne, inwestycja we własne mikroźródło energii nie wymaga angażowania kapitału obrotowego przedsiębiorstwa. Istniejące na rynku rozwiązania, jak np. leasing operacyjny, pozwalają sfinansować instalacje PV przy minimalnym nakładzie.

– Warto dodać, że w przypadku finansowania takiej inwestycji leasingiem lub pożyczką wkład własny wynosi tylko 5 proc. jej wartości – mówi dyrektor komunikacji Mariusz Lach. 

Leasing operacyjny jest w Polsce najczęstszą formą finansowania fotowoltaiki przez przedsiębiorstwa. Pozwala na szybsze wpisanie w koszty uzyskania przychodów instalacji fotowoltaicznej i skorzystanie z efektu tarczy podatkowej. W tej formie finansowania zarówno wszystkie raty, jak i opłata wstępna stanowią koszt przedsiębiorcy. Także podatek VAT podlega w 100 proc. odliczeniu i można rozłożyć go na raty, podczas gdy zakup instalacji fotowoltaicznej ze środków własnych lub za pomocą kredytu bankowego spowodowałby konieczność rozliczenia tego podatku jednorazowo. W przypadku leasingu nie trzeba też prowadzić ewidencji środków trwałych, amortyzacji czy inwentaryzacji, gdyż co miesiąc wystarczy tylko zaksięgować fakturę. Koszty związane z amortyzacją instalacji fotowoltaicznej pozostają po stronie leasingodawcy.

– Podpisując umowę na zakup instalacji fotowoltaicznej, proponujemy firmom możliwość jej sfinansowania na warunkach dostosowanych do specyfiki branży, w jakiej działają – w szczególności do sezonowości produkcji. Leasing operacyjny w połączeniu z tarczą podatkową sprawia, że inwestycja może być spłacana z bieżącej produkcji energii. A to oznacza wysokie oszczędności już w pierwszych miesiącach działania – przekonuje Mariusz Lach.

Dla przedsiębiorstw, które decydują się na montaż instalacji fotowoltaicznej i wytwarzanie ekologicznej energii ze słońca na własne potrzeby, korzyścią są nie tylko niższe rachunki i większe bezpieczeństwo energetyczne, lecz także proekologiczny wizerunek wśród konsumentów.

Fotowoltaika jest też najszybciej rozwijającym się sektorem OZE w Polsce. Według danych przytaczanych przez Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej pod koniec ubiegłego roku Polska weszła do grona państw, które osiągnęły 1 GW mocy zainstalowanej w fotowoltaice. Pod względem przyrostu nowych mocy z paneli słonecznych zainstalowanych w systemie znajdujemy się obecnie na piątym miejscu w Unii Europejskiej. Według danych Urzędu Regulacji Energetyki jeszcze w 2014 roku moc fotowoltaiczna w sieci wynosiła 20 MW, a w kwietniu tego roku już 1,83 GW (z czego aż 1,2 GW generują prosumenci). To oznacza, że w nieco ponad pięć lat moc wzrosła aż o 9 tys. proc.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/firmy-szukaja,p656453645

Superkomputery pomogą w walce z koronawirusem. Gigantyczna moc obliczeniowa przyspieszy prace nad lekami i szczepionką [DEPESZA]

Superkomputery i technologia obliczeniowa o wysokiej wydajności pomogą walczyć z koronawirusem. Ostatnie tygodnie to szereg inicjatyw, które mają na celu pozyskanie danych i wykorzystanie algorytmów SI, superkomputerów i wiedzy specjalistycznej w walce z trudną sytuacją epidemiologiczną. Przykładem mogą być kompletne, wydajne systemy obliczeniowe AMD, które trafią do trzech amerykańskich uniwersytetów i zapewnią ponad siedem petaflopsów mocy obliczeniowej do walki z COVID-19.

Szybsze przetwarzanie i analizowanie większej liczby danych może zapobiec rozprzestrzenianiu się przyszłych pandemii, pomoże w zaprojektowaniu skutecznych metod leczenia i opracowaniu skutecznych szczepionek. Superkomputery – wydajne, dysponujące ogromną mocą – mogą pomóc w wynalezieniu skutecznego lekarstwa czy szczepionki. Ze względu na pojawienie się COVID-19 powstaje coraz więcej globalnych inicjatyw, które mają pomóc w walce z pandemią.

Już blisko milion osób dodało swoje komputery domowe do rozległej sieci, która tworzy wirtualny superkomputer o nazwie Folding@home. Projekt wykorzystuje crowdsourcingową moc obliczeniową, żeby przeanalizować białka znalezione w koronawirusie. Korzystając z symulacji komputerowych, badacze mapują białka koronawirusa i szukają luk, które mogą zostać zaatakowane nowymi lekami. Im więcej wolontariuszy – tym większa moc komputera.

– Duża moc obliczeniowa odgrywa kluczową rolę we współczesnych badaniach nad wirusami, pogłębiając nasze zrozumienie działania określonych wirusów i ostatecznie przyspieszając rozwój potencjalnych leków i szczepionek – podkreśla Lisa Su, prezes i dyrektor generalny AMD. – AMD i nasi partnerzy technologiczni zapewniają naukowcom z całego świata nowe systemy, które zwiększą możliwości obliczeniowe dostępne do walki z COVID-19 i będą wspierać przyszłe badania medyczne.

Konsorcjum Digital Transformation Institute ogłosiło z kolei projekt „Techniki SI w celu złagodzenia pandemii”. Najlepsi, oprócz nagród pieniężnych, otrzymają dostęp do superkomputera czy oprogramowania SI. Wszystko po to, by opracować skuteczną metodę walki z pandemią. Z kolei amerykańskie uczelnie –  New York University, Massachusetts Institute of Technology oraz Rice University – otrzymały wydajne systemy obliczeniowe zasilane przez AMD.

Docelowo uczelnie mają wykorzystać siedem petaflopsów mocy obliczeniowej do opracowania szczepionek, ale też lepszego poznania koronawirusa.

– Pandemia COVID-19 wywarła głęboki wpływ na badania w szkolnictwie wyższym, zarówno w zakresie ich kierunku, jak i potrzeby natychmiastowych rezultatów – mówi Russel Caflisch, dyrektor Instytutu Nauk Matematycznych im. Richarda Couranta na Uniwersytecie Nowojorskim. – Zasoby obliczeniowe przekazane przez AMD zostaną wykorzystane przez badaczy z NYU z wielu różnych dyscyplin w projektach dotyczących wielu ważnych aspektów kryzysu związanego z koronawirusem, w tym: odkrycia leków na COVID-19 i przyszłe mutacje wirusa SARS, wyszukiwania odpowiednich wyników badań z obszernej literatury biomedycznej czy analizy obrazowania medycznego do badań przesiewowych pacjentów.

Działania AMD to niejedyny przykład udostępniania superkomputera naukowcom. Konsorcjum HPC (COVID-19 High Performance Computing) zapewnia szeroki dostęp do ponad 30 superkomputerów z 402 petaflopsami mocy. IBM udostępnia zasoby superkomputerowe, repozytoria danych w chmurze i narzędzia wyszukiwania oparte na sztucznej inteligencji. Exscalate4CoV (E4C), koalicja badaczy z siedmiu krajów europejskich (w tym z Polski), współpracuje w celu zwalczania rozprzestrzeniania się koronawirusa. Koordynowany przez włoską firmę farmaceutyczną Dompé, dysponujący trzema potężnymi ośrodkami obliczeniowymi o wysokiej wydajności w Bolonii, Barcelonie i Jülich, poszukuje potencjalnych leków do walki z COVID-19.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/superkomputery-pomoga-w,p1025228147

Wodór zmieni oblicze transportu. Do użytku trafiły już pociągi pasażerskie i autobusy napędzane tym paliwem [DEPESZA]

Napęd wodorowy może być zieloną alternatywą dla silników Diesla stosowanych w transporcie kolejowym. Już teraz po Europie jeżdżą pociągi pasażerskie zasilane właśnie tym paliwem. Firmy specjalizujące się w budowie pociągów i infrastruktury wodorowej podpisały właśnie porozumienie, którego efektem będzie konwersja włoskiej kolei na wodór. – Już za kilka lat pochodzący ze źródeł odnawialnych wodór będzie filarem Nowego Zielonego Ładu i inwestycji w rzeczywistości post-COVID – mówi Marco  Alverà, prezes spółki Snam. Tymczasem pierwiastek ten zyskuje coraz bardziej na znaczeniu również w transporcie osobowym.

– Już za kilka lat pochodzący ze źródeł odnawialnych wodór stanie się konkurencyjny w stosunku do paliw kopalnych i odegra kluczową rolę w transformacji energetycznej, szczególnie w przemyśle, sektorze grzewczym i transporcie ciężkim. Będzie filarem Nowego Zielonego Ładu i inwestycji w rzeczywistości post-COVID – podkreśla Marco Alverà.

Włoska firma Snam, działająca w branży infrastruktury energetycznej, podpisała niedawno z przedsiębiorstwem Alstom umowę na produkcję wodorowych pociągów. Mają je obsługiwać włoskie linie kolejowe. W maju w niemieckiej Dolnej Saksonii dwa wodorowe pociągi od Alstom ukończyły trwające 530 dni testy, w czasie których przejeździły na liniach pasażerskich 180 tys. km. Docelowo do 2022 roku 14 takich pociągów ma zastąpić lokomotywy zasilane silnikami Diesla.

– Wierzymy w wodór. Coradia iLint, pierwszy na świecie pociąg wodorowy, już obsługuje linię pasażerską między miastami Cuxhaven, Bremerhaven, Bremervörde i Buxtehude w Niemczech. Mamy nadzieję, że pociągi wodorowe Coradia iLint wkrótce staną się rzeczywistością także we Włoszech – dodaje Michele Viale, dyrektor zarządzający Alstomu na Włochy i Szwajcarię.

Zgodnie z podpisaną na początku czerwca umową Alstom wyprodukuje nowe lub dostosuje do zasilania wodorem pociągi z napędem spalinowym  i obejmie je obsługą serwisową. Snam ma z kolei zapewnić stronę infrastrukturalną: stacje tankowania i punkty serwisowe oraz stanowiska zarządzania.

– Snam inwestuje i wprowadza innowacje, które dostosują sieć do technologii wodorowej, aby przyczynić się do rozwoju nowych technologii i budowy włoskiego łańcucha dostaw. Nasz kraj może dołączyć do światowych liderów tego sektora, czerpiąc ogromne korzyści środowiskowe i gospodarcze – przekonuje Marco Alverà.

Tymczasem transport wodorowy może być przyszłością nie tylko dla kolei. Do 12 czerwca, w ramach testów, do floty wiedeńskiego przewoźnika Wiener Linien, będącego jednym z europejskich gigantów transportu zbiorowego, zostały włączone wodorowe Solarisy Urbino 12. Pierwsze testy modelu od polskiego producenta były jednak prowadzone już rok temu. Po nich do firmy wpłynęły zamówienia na 57 autobusów od klientów z Holandii, Niemiec i Włoch.

Według analityków Global Market Insights rynek wytwarzania wodoru osiągnie do 2026 roku wartość blisko 160 mld dol., przy średniorocznym wzroście na poziomie 6 proc.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/wodor-zmieni-oblicze,p1540979712

Kryzys dopiero przed polską gospodarką. Fala upadłości firm spodziewana w drugiej połowie roku

– Popandemiczna recesja na dobre rozpocznie się dopiero wtedy, kiedy skończą się pieniądze z rządowych tarcz, a pierwszej fali upadłości firm można spodziewać się w III kwartale tego roku – oceniają ekonomiści Euler Hermes. Wśród najbardziej zagrożonych branż są m.in. HoReCa i transport międzynarodowy. Branża meblarska i odzieżowa też mogą spisać bieżący rok na straty. Cały handel, w tym także żywność i środki czystości, spowalnia, a konsumenci i firmy ograniczają zakupy, bo czekają na rozwój wydarzeń gospodarczych w obawie przed recesją.  Niepewność zmieni też zwyczaje zakupowe Polaków: konsumenci będą wybierać produkty tańsze, powróci presja na ceny i obniżki marż.

Prawdziwy kryzys wywołany pandemią pokaże się dopiero, kiedy skończą się pieniądze ze wszystkich tarcz. Te transfery gotówkowe, które firmy dostały i wciąż dostają, to są co prawda duże pieniądze, ale one służyły głównie temu, aby przedsiębiorstwa przetrwały w momencie, kiedy gospodarka stała w miejscu i w wielu branżach w ogóle nie było sprzedaży – mówi agencji Newseria Biznes Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes odpowiedzialny za ocenę ryzyka.

W tej chwili polska gospodarka jest w trakcie odmrażania, ale w wielu branżach firmy nadal notują obroty o 30–50 proc. niższe niż przed kryzysem epidemiologicznym. To oznacza, że kiedy skończy się finansowe wsparcie od rządu, będą musiały radzić sobie samodzielnie, pokrywając wciąż wysokie koszty działalności (czynsze, koszty pracownicze etc.) z własnych, dużo mniejszych przychodów. Wiele z nich temu nie podoła, a efektem będzie zwiększenie skali zatorów płatniczych, presja na redukcję zatrudnienia i obniżki wynagrodzeń.

– Wiele firm będzie musiało odpowiedzieć sobie na pytanie, czy mają siłę i moc finansową, żeby dalej działać. To będzie taki moment, kiedy gospodarka powie: „sprawdzam!”. Pewnie w okolicach III kwartału możemy spodziewać się wynikającej z tego lawiny upadłości firm. Zresztą pierwsze obserwujemy już w tej chwili. Wiele przedsiębiorstw, w szczególności nastawionych na działalność, która wciąż jest zamrożona, jak np. turystyka czy wynajem apartamentów, już upada – mówi Tomasz Starus.

Wśród branż najbardziej zagrożonych niewypłacalnością i ryzykiem upadłości jest m.in. HoReCa, czyli hotelarstwo, restauracje, catering oraz eventy i targi. Te zostały najmocniej dotknięte obecnym kryzysem i tak zapewne pozostanie w kolejnych kwartałach. Co więcej, problemy dotkną nie tylko firmy, które działają w tych branżach, ale także ich dostawców, podwykonawców i powiązane z nimi podsektory.

 Takie wydarzenia jak koncert czy kongres obsługuje wiele firm. To jest duża operacja logistyczna, na którą składa się m.in. ochrona, catering, dźwiękowcy, oświetleniowcy. Wszyscy ci ludzie w tej chwili nie mają pracy. W wakacje pewnie również nic wielkiego się nie zadzieje. Owszem, wszyscy spędzimy urlopy w kraju, bo granice są zamknięte i nie wyjedziemy na zagraniczne wakacje, ale to też oznacza, że nie przyjadą do nas turyści z zagranicy, którzy wydają w Polsce dużo większe pieniądze niż my sami – mówi Tomasz Starus.

Z perturbacjami musi liczyć się też transport, w szczególności międzynarodowy. Z kolei w branży spożywczej i FMCG obostrzenia wprowadzone w związku z pandemią SARS-CoV-2 przyniosły chwilowy boom i wzrost sprzedaży związany z gromadzeniem zapasów. Jednak euforia zakupowa trwała tylko do Wielkanocy. Po niej przychody spadły, za to uwypukliły się problemy branży, takie jak niska marżowość i chroniczne opóźnienia w spłacie należności.

 Styczeń i luty to był czas, kiedy w płatnościach i przeterminowaniach niewiele się działo, był porównywalny z zeszłym rokiem. W marcu zauważyliśmy już pierwsze sygnały pogorszenia w branży spożywczej i AGD. Tutaj średni udział długów trudnych, czyli przeterminowanych ponad 120 dni, wzrósł z 2 do ponad 4 proc., czyli ponad dwukrotnie. To niemało, biorąc pod uwagę, że firmy z tej branży mają dość niską marżę. Te 2 proc. nieodzyskanych pieniędzy może powodować, że wcale nie będą mieć zysku – mówi Tomasz Starus. – W branży spożywczej udział trudnych długów wzrósł jeszcze bardziej. Do lutego utrzymywał się w granicach 2 proc., a obecnie to już 4,5 proc. To branża o bardzo dużych obrotach, więc ten odsetek przekłada się na duże pieniądze, które pewnie są już nie do odzyskania.

Ekspert Euler Hermes ocenia jednak, że żywność ma i będzie miała dobre perspektywy zbytu jako towar pierwszej potrzeby, a handel spożywczy generalnie radzi sobie na razie dość dobrze. Jednak nadchodzące miesiące przyniosą też nowe wyzwania, których wiele przedsiębiorstw może nie przetrwać, takie jak brexit, susza czy planowany podatek cukrowy.

Problem również w tym, że w Polsce zarówno konsumenci, jak i firmy w obawie przed recesją ograniczają zakupy i czekają na rozwój wydarzeń gospodarczych. Niepewność zmniejszy liczbę zakupów okazjonalnych, a konsumenci wybierać będą produkty tańsze. Powróci więc presja na ceny i niskie marże, także w sektorze spożywczym. Po pandemii zostanie z nami również skłonność do zakupów w internecie, również w poszukiwaniu bardziej atrakcyjnych cen.

 Internetowy handel szczególnie dobrze radzi sobie w tych branżach, które już wcześniej odrobiły pracę domową, czyli np. w elektronice i AGD. Tam jest kilku mocnych graczy, którzy istnieją w internecie od dawna i ten czas był dla nich dodatkowym bodźcem, żeby jeszcze bardziej usprawnić e-handel. Oni zyskali, ponieważ nauczyli tę część społeczeństwa, która do tej pory pozostawała niechętna zakupom w internecie, że jest to łatwe i bezpieczne – mówi Tomasz Starus.

Konieczność zdalnej pracy i nauki wywołała impuls do zakupów nowego sprzętu elektronicznego, który nabyło online 35 proc. konsumentów. Jednak i tutaj boom skończył się wraz ze znoszeniem ograniczeń. Aktualnie zarówno klienci indywidualni, jak i firmy ograniczają takie zakupy, czekając na rozwój sytuacji gospodarczej, a pierwsze dni otwarcia sklepów nie wskazują na duże zainteresowanie ofertą RTV/AGD. Euler Hermes wskazuje, że na tle innych branż ten sektor doświadczył jak na razie umiarkowanego spadku (-16,7 proc. rok do roku), jednak wiele wskazuje na to, że większe załamanie i problemy z płynnością jeszcze nadejdą.

Analitycy oceniają, że pandemia i jej konsekwencje zmienią zwyczaje zakupowe Polaków, co zakończy obserwowany w ostatnich latach trend kupowania sprzętu droższego, bardziej funkcjonalnego i o lepszym designie. Pojawi się za to zainteresowanie tańszą ofertą i presja na jak najniższe ceny.

Wśród sektorów handlowych, które na kryzysie straciły najmocniej, są m.in. meble oraz ubrania.

Branża meblarska może uznać ten rok za stracony, ponieważ sprzedaż mieszkań spada i będzie spadać. Bezrobocie będzie rosnąć, koszt kredytów hipotecznych jest dużo wyższy i potrzebny jest większy wkład własny. Na razie więc ludzie nie będą kupować mebli, a przynajmniej nie w takiej skali jak wcześniej – ocenia Tomasz Starus. – Z kolei cała reszta konsumpcji, czyli m.in. odzież i obuwie, odnotowała totalną zapaść. W tej chwili trwa mozolne odbudowywanie, ale dopóki ludzie wciąż w większości siedzą w domach, to nie będą też zaopatrywać się w taką liczbę ubrań.

Ekspert Euler Hermes wskazuje, że są też branże, które na obecnym kryzysie ewidentnie zyskują. Jest wśród nich m.in. branża opakowaniowa – popyt na opakowania się zwiększył i pojawiła się możliwość podniesienia marż. Zwiększonemu popytowi towarzyszy też spadek cen surowców do ich produkcji, wynikający ze spowolnienia gospodarki.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/kryzys-dopiero-przed,p2114785229

Pandemia koronawirusa zmieniła postrzeganie pracy personelu medycznego. Wciąż jednak potrzebna jest większa solidarność społeczna

Z powodu zakażenia SARS-CoV-2 zmarły cztery pielęgniarki i ratownik medyczny, a zakażonych zostało ponad 2,4 tys. członków personelu medycznego, który stanowi dziś pierwszy front na wojnie z koronawirusem. Ich praca wcześniej niezbyt wysoko lokowana w rankingu społecznego szacunku teraz jest postrzegana jako służba publiczna. Jednak lekarze, pielęgniarki, diagności czy ratownicy obok obciążającej pracy i niedostatecznej ochrony muszą mierzyć się z obawą przed zakażeniem, a często także z ostracyzmem albo wręcz agresją ze strony sąsiadów czy pacjentów. Potrzebne są instytucjonalne rozwiązania społecznej solidarności z medykami, niosącymi pomoc na wojnie z SARS-CoV-2 – i taki jest cel tworzącej się właśnie inicjatywy My, Solidarni.

– Jako lekarze nie oczekujemy oklasków, pielęgniarki też nie. Znamy swój zawód, wykonujemy go z pasją i wiemy, jak się zachować. Jednak jako środowisko medyczne potrzebujemy konkretnych działań rządzących, polegających na wsparciu moralnym, ale przede wszystkim działań prawnych, które by gwarantowały bezpieczne wykonywanie zawodu. Bezpieczeństwo lekarza i pielęgniarki to bezpieczeństwo naszych pacjentów – podkreśla prof. Andrzej Matyja, prezes Naczelnej Rady Lekarskiej.

Według danych Ministerstwa Zdrowia od wybuchu w Polsce pandemii SARS-CoV-2 do 3 czerwca zakażenie stwierdzono u ponad 2,4 tys. pracowników ochrony zdrowia, w tym 660 lekarzy i 1659 pielęgniarek oraz 85 położnych, a 428 osób było hospitalizowanych lub w trakcie kwarantanny. To oznacza, że personel medyczny stanowi ok. 10 proc. chorujących na koronawirusa. Statystyki są jednak niepełne, ponieważ nie uwzględniają zakażeń wśród ratowników medycznych czy diagnostów laboratoryjnych.

– Nie tylko lekarze, ale też cały personel medyczny jest nawet 40-krotnie bardziej narażony na konsekwencje wynikające z zakażenia koronawirusem niż pozostali obywatele – mówi prof.  Andrzej Matyja.

Pracownicy służby zdrowia są również szczególnie narażeni na psychologiczne skutki pandemii SARS-CoV-2 – co podkreśla też w swoim ostatnim raporcie ONZ („COVID-19 and the Need for Action on Mental Health”). Według danych przytaczanych przez Medicover 35 proc. z nich odczuwa wręcz traumatyczny stres, 15 proc. cierpi na depresję, a 12 proc. odczuwa silny niepokój związany z aktualną sytuacją. Ich położenie jest szczególnie trudne, bo obok obciążającej pracy i niedostatecznego wsparcia muszą mierzyć się z lękiem przed zakażeniem, a często także z ostracyzmem albo wręcz agresją sąsiadów i pacjentów, powodowaną lękiem przed zakażeniem. Jej przejawem były zdewastowane samochody czy obraźliwe wiadomości zostawiane medykom na klatkach schodowych.

– W każdym okresie zagrożenia czy wojny a pandemia poniekąd przypomina stan wojny my się wszyscy solidaryzujemy, łączymy, jesteśmy odpowiedzialni. Ale po pewnym czasie zaczynamy szukać ofiar i niestety teraz co mówię z przykrością tą ofiarą stało się środowisko medyczne – mówi prof.  Andrzej Matyja.

Lekarze, pielęgniarki, ratownicy medyczni, diagności, laboranci, salowe i salowi oraz pozostały personel pomocniczy i techniczny stanowią pierwszy front w walce z pandemią koronawirusa. Ich praca – wcześniej dość nisko lokowana w rankingu społecznego szacunku – teraz urasta do rangi służby publicznej i jest utożsamiana wręcz z heroizmem.  

– Nagle okazało się, że możemy przetrwać krótki czas, gdy przedstawiciele zawodów kreatywnych zostaną w domu. Ludzie, którzy organizowali spotkania, tworzyli siatki kontaktów i myśleli, że bez nich nie da się kontynuować życia na świecie – zostali w domach wystraszeni, co z nimi będzie. Pewne sprawy mogły zaczekać. Zobaczyliśmy natomiast pracę ekspedientek, aptekarzy, pracę osób, które są na pierwszej linii, bez których życie nie może toczyć się nawet przez jeden dzień. I zaczęliśmy inaczej patrzeć na ich pracę i pracę w ogóle. W szczególny sposób skoncentrowało się to właśnie na pracy medyków, lekarek i lekarzy, pielęgniarzy i pielęgniarek. Nagle się okazało, że ta ochrona zdrowia znowu stała się służbą, bo trzeba było coś poświęcić, także osobiście. I już się nie da ukryć, że to jednak jest służba publiczna – mówi prof. Paweł Kowal.

Pandemia SARS-CoV-2 pokazała, jak duże znaczenie dla ludzkiego zdrowia i bezpieczeństwa publicznego ma praca personelu medycznego. Zapewne nie po raz ostatni, bo eksperci są zgodni, że epidemie chorób zakaźnych będą jednym z głównych problemów nowoczesnego świata. Dlatego potrzebna jest zmiana postrzegania systemu ochrony zdrowia zarówno przez rządy, jak i społeczeństwo. Sami medycy – pracujący na co dzień w ciężkich warunkach – potrzebują gestów wsparcia, żeby przetrwać spiralę niepokoju i napięcia, które towarzyszą w ich pracy.

– Medycy przede wszystkim chcieliby, żeby ich nie atakowano, a jeśli ktoś zaatakuje niesłusznie to żeby przeprosił. Po drugie, miłym gestem byłoby dostać dyplom czy odznaczenie, ale to powinno być oczywiste i nie ma co nad tym dyskutować. W przypadku medyków ekspozycja na zakażenie wirusem była znacznie większa, niż kiedy my szliśmy do sklepu po kawałek sera czy bułkę. Za to i za ich bezprzykładne poświęcenie chorym powinny być gratyfikacje finansowe, np. zwiększony wymiar podstawy do emerytury, być może dwukrotność pensji na czas pandemii SARS-CoV-2. Pani salowej, która ryzykowała zdrowiem i życiem swoim i swoich bliskich, fajnie dać dyplom, ale przydałoby się też parę groszy jako gest pokazujący, że doceniamy ich pracę. A praca łączy się z płacą – mówi Anna Jasińska, rzeczniczka Medycznej Racji Stanu.

Jak podkreśla, medycy oczekują dziś przede wszystkim bezpieczeństwa wykonywania swojego zawodu – przejawiającego się m.in. we współpracy i dobrej komunikacji z pacjentami, odpowiednich rozwiązaniach prawnych czy dostępności środków ochronnych.

– Źle się stało, że w mediach rozeszła się nazwa: środki ochrony osobistej. To wcale nie są środki ochrony osobistej, to nie jest luksus dla medyka czy lekarza. To jest bezpieczeństwo naszych pacjentów – podkreśla prof. Andrzej Matyja. – My jako grupa zawodowa nie chcemy być uprzywilejowani. Chcielibyśmy tylko być szanowani i mieć bezpieczeństwo prawne. Bardziej niż wsparcia finansowego chcielibyśmy moralnego i gwarantującego nam bezpieczne wykonywanie zawodu. To jest podstawa funkcjonowania ochrony zdrowia.

– Proszę zauważyć, jak często złym spojrzeniem oplatamy matkę dwójki dzieci czy ciężarną, która staje w aptece i chce skorzystać z przysługującego jej prawa pierwszeństwa. Medykom raczej nie zależy dziś na tym, żeby mieć pierwsze miejsce w kolejce do apteki czy po jajka. Podkreślają najbardziej, abyśmy  wszyscy byli rozsądni i nie rozsiewali zagrożenia. Oni chcieliby wiedzieć, że myjemy ręce, i mieć dostęp do środków ochronnych. Najbardziej oczekują bezpieczeństwa swojej pracy – dodaje Anna Jasińska.

Medyków walczących na pierwszej linii frontu z koronawirusem można dziś porównać do żołnierzy na pierwszej linii walk w masowej wojnie, w której wszyscy mogą zachorować i umrzeć. Dziś już nie wystarczą oklaski i śpiewanie na ich cześć na balkonach.

– Statystyki są bezwzględne, medycy są najbardziej narażeni. Nagle powstał pomysł: „no dobrze, to trzeba być wdzięcznym, to może uchwała w Sejmie?”. No więc przeprowadziliśmy tę uchwałę, ale w pewnym momencie przyszła refleksja, że uchwała w Sejmie, oklaski i śpiewanie na balkonach mijają, bo pojawiły się też efekty paniki społecznej, braku wiedzy, zdenerwowania ludzi. Dostawaliśmy informacje, że lekarze czy pielęgniarki mają kłopoty, bo pracują w szpitalu przy chorych na koronawirusa – mówi prof. Paweł Kowal.

Jak podkreśla Konrad Ciesiołkiewicz, przewodniczący Komitetu Dialogu Społecznego KIG, potrzebne są instytucjonalne rozwiązania społecznej solidarności z medykami, niosącymi pomoc na wojnie z SARS-CoV-2. Taki jest cel społecznej inicjatywy My, Solidarni.

– W czas pandemii wkroczyliśmy już mocno poturbowani. Według badania CBOS prawie 70 proc. Polaków ma problem z zaufaniem do innych, jak również do instytucji. Doświadczenia graniczne, takie jak zagrożenie życia i zdrowia, radykalne zubożenie oraz brak wiary w przyszłość, spowodują bardzo głęboki pesymizm w społeczeństwie. W wymiarze społecznym intencją idei My, Solidarni jest w pewnym sensie rzucenie koła ratunkowego dla nas samych – żebyśmy w tych trudnych czasach COVID-19 byli świadomi i w jakimś stopniu przygotowani na pojawienie się traumy społeczno-kulturowej – mówi.

Inicjatywa My, Solidarni jest wzorowana na systemowych rozwiązaniach stosowanych np. wobec weteranów wojennych. Ma zapewnić pomoc i wsparcie medykom pełniącym służbę na pierwszej linii frontu walki z koronawirusem. Wśród pomysłów na okazanie im społecznej solidarności są m.in. darmowe przejazdy środkami transportu publicznego czy zniżki do instytucji kultury, sportu czy rekreacji.

Inicjatywa opiera się na czterech filarach: administracji rządowej, samorządowej, przedsiębiorstwach i obywatelach. Niedługo do Sejmu ma trafić projekt ustawy, na podstawie której państwowe podmioty będą mogły zaoferować swoje zniżki, przykładowo na stacjach benzynowych czy w instytucjach kultury. Ustawa da też możliwość podobnych działań innym instytucjom publicznym, szczególnie samorządowym. W ramach akcji zostanie też stworzona baza firm i podmiotów oferujących zniżki i specjalne oferty na swoje towary i usługi. Wiele takich rozwiązań mogą zaproponować duże, polskie firmy rodzinne.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/pandemia-koronawirusa,p640536414

Kamery termowizyjne są coraz skuteczniejsze, choć ciągle można je oszukać

Drony wyposażone w kamery termiczne były używane w Wuhanie w czasie szczytu pandemii. Amerykańska firma opracowała kamery, które mogą wykrywać zmiany temperatury skóry nawet o 0,01 stopnia Celsjusza. Niedawno opracowano zautomatyzowany system, który wykorzystuje kamery termiczne do dokładnego, bezdotykowego pomiaru temperatury skóry. To tylko przykłady termografii, która może okazać się pomocna w walce z koronawirusem. Systemy monitorowania można jednak łatwo oszukać. Polska firma Scanway opracowała kamery, które mierzą temperaturę przy kącikach oczu. Dzięki temu system działa praktycznie bezbłędnie.

– Systemy termograficzne to przede wszystkim wysokiej rozdzielczości kamera termowizyjna, czyli taka, która pracuje w paśmie podczerwonym. To jest pasmo światła, którego nie widzą nasze oczy, a jest generowane przez każdy obiekt, który ma jakiekolwiek ciepło. Człowiek generuje to pasmo, słońce oczywiście też. System zbiera dane na temat tego, na ile obiekty są ciepłe i z jaką ciepłotą emitują to promieniowanie podczerwone – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Jędrzej Kowalewski, prezes Scanway.

Kamery termowizyjne są już stosowane od lat, jednak w czasie pandemii koronawirusa zapotrzebowanie na nie znacznie wzrosło. Drony wyposażone w kamery termiczne były używane w chińskim Wuhanie. Amerykańska firma Flir odnotowała olbrzymi wzrost zapotrzebowania na kamery termowizyjne, które mogą wykrywać zmiany temperatury skóry o 0,01 st. C. Athena Security uruchomiła system wykrywania gorączki, który łączy się bezpośrednio z istniejącym systemem kamer bezpieczeństwa w celu uzyskania wyników w czasie rzeczywistym. Vodafone UK wprowadził na rynek kamerę do wykrywania ciepła wyposażoną w łączność IoT. Według firmy może sprawdzić temperaturę 100 osób na minutę. W czasach pandemii istotna jest skuteczność tego typu rozwiązań.

– Skuteczność kamer termowizyjnych jest już udowodniona w wielu aplikacjach przemysłowych – przekonuje prezes Scanway. – Jeśli natomiast chodzi o termografię ludzkiego ciała, jest kilka problemów i ich skuteczność zależy od tego, w jaki sposób podejdzie się do tego pomiaru. Trzeba ocenić np., czy człowiek faktycznie ma całkowicie odsłoniętą twarz, czy nie jest obarczony jakąś chorobą przewlekłą. Jednak ich skuteczność w 90 proc. przypadków, dla tłumu ludzi, jest bardzo wysoka.

Według ekspertów Światowej Organizacji Zdrowia, chociaż kamery termowizyjne mogą być pomocne w badaniach przesiewowych, nie są wystarczające do faktycznej diagnozy. Obrazowanie termiczne mierzy jedynie temperaturę skóry, a nie temperaturę wewnętrzną.

– Zrobiliśmy wiele testów, żeby ocenić, co wpływa na pomiar temperatury, i wiemy już, że nie są to wysiłek fizyczny, stres, nasłonecznienie twarzy czy przebywanie w ciepłym samochodzie. Mogą go oszukać takie rzeczy jak picie gorącego napoju zaraz przed wejściem w oko takiej kamery, jak również  to, czy np. ktoś jest w ciąży, wtedy automatycznie temperatura ludzkiego ciała jest podniesiona. Na pomiar może wpływać również gorąca kąpiel, która na pół godziny podnosi o kilka stopni naszą temperaturę ciała  –  wymienia Jędrzej Kowalewski.

Polska firma Scanway opracowała system zdalnego pomiaru temperatury ciała do stosowania np. w zakładach pracy, który archiwizuje wyniki i łatwiej pozwala kontrolować stan zdrowia pracowników. Tradycyjne kamery wykrywają miejsca z najwyższą temperaturą i tam przeprowadzają pomiar. Kamery Scanway mierzą natomiast temperaturę w kącikach oczu, dzięki czemu system jest bardzo precyzyjny.

– Aby oszukać system termowizyjny, schładzając swoje ciało, musielibyśmy przykładać lód do swojej twarzy przez kilka minut, natomiast większość systemów wykrywa najcieplejsze miejsca na twarzy. Jeśli np. schłodzimy lodem czy zimną łyżką nasze czoło, to w tym momencie system automatycznie sprawdzi też inne rejony. Pomagamy też tak skonfigurować systemy, żeby jak najlepiej wykrywały osoby gorączkujące – dodaje prezes Scanway .

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/kamery-termowizyjne-sa,p7054016

Pandemia nie zatrzymała 5G. Kraje UE dynamicznie rozwijają infrastrukturę telekomunikacyjną kolejnej generacji [DEPESZA]

Koronawirus nie wpłynął na spadek zainteresowania siecią 5G w Unii Europejskiej. Kraje członkowskie aktywnie inwestują w rozwój infrastruktury, a operatorzy uruchamiają pierwsze oferty z dostępem do 5G. W Polsce, pomimo odwołania aukcji pasm 5G, do końca roku wszyscy operatorzy będą mieli w swojej ofercie abonamenty kompatybilne z telefonami z 5G, a w Niemczech na rozwój tej sieci przeznaczono miliardy euro w ramach pakietu stymulacyjnego.

– Pandemia COVID-19 stanowi wyzwanie dla operatorów telefonii komórkowej, ponieważ chcą oni zwiększyć liczbę abonamentów 5G. Tymczasem aż 26 proc. Niemców prawdopodobnie zacznie korzystać z 5G zgodnie z planem lub wcześniej, niż planowano, pomimo pandemii – wskazuje Susan Welsh de Grimaldo, dyrektor firmy analitycznej Strategy Analytics.

W ramach odmrażania niemieckiej gospodarki po pandemii koronawirusa rząd kanclerz Angeli Merkel przeznaczy 130 mld euro na realizację pakietu stymulacyjnego. Środki te mają posłużyć do pobudzenia konsumpcji oraz sektora inwestycji. Część tej kwoty trafi do firm zajmujących się rozbudową sieci 5G. Niemiecki rząd liczy na to, że inwestycje m.in. w infrastrukturę nowej generacji pozwolą złagodzić skutki pandemii, której efektem są chociażby mniejsze wydatki na nowe smartfony.

– W Niemczech 37 proc. konsumentów kupi nowy smartfon zgodnie z planem lub nawet wcześniej, pomimo pandemii koronawirusa – przekonuje David Kerr ze Strategy Analytics. – Z drugiej strony niemal 25 proc. posiadaczy smartfonów Apple i Huawei oraz 15 proc. posiadaczy telefonów Samsung planuje wydać mniej pieniędzy na zakup nowego smartfona.

Potencjał technologii 5G docenili również polscy operatorzy. Mimo iż Urząd Komunikacji Elektronicznej anulował aukcje pasm 5G, największe sieci komórkowe albo już oferują klientom dostęp do szybkiej infrastruktury sieciowej, albo przygotowują się do uruchomienia takiej usługi. W okresie przejściowym, do czasu przyznania nowych częstotliwości, polscy operatorzy będą świadczyć usługi 5G w ramach częstotliwości LTE.

Największą liczbą nadajników przystosowanych do współpracy z urządzeniami 5G na polskim rynku dysponuje sieć T-Mobile, która uruchomiła 1600 stacji bazowych. Play ma obecnie do swojej dyspozycji 500 nadajników tego typu, a Polkomtel 100, choć firma zapowiada, że w najbliższej przyszłości uruchomi 600 nowych stacji bazowych przystosowanych do komunikacji w ramach sieci 5G. Jedynym dużym polskim operatorem, który na razie nie oferuje swoim klientom dostępu do 5G, jest Orange. Firma planuje wejść na ten rynek od 1 lipca i według wstępnych założeń w zasięgu jej infrastruktury 5G znajdzie się 6 mln obywateli.

Tymczasem możliwość dostępu do technologii 5G dla wielu konsumentów może być przyczyną zmiany operatora.

– Konsumenci w grupach wiekowych 18–24 i 25–34 lata są najmniej lojalni wobec obecnego operatora, a ponad jedna trzecia generacji Z i milenialsów prawdopodobnie zmieni operatora, aby uzyskać niższe ceny. Ryzyko odejścia jest szczególnie wysokie wśród abonentów, którzy najprawdopodobniej przejdą na 5G: prawie połowa z osób rezygnujących aktywnie planuje przejście na 5G, podczas gdy prawie trzy czwarte bardziej lojalnych subskrybentów nie ma obecnie zamiaru przejść na tę sieć – wskazuje Susan Welsh de Grimaldo, dyrektor Strategy Analytics.

Według firmy badawczej Research and Markets wartość globalnego rynku technologii 5G do 2025 roku wzrośnie do 251 mld dol. W najbliższych latach ma się on rozwijać w tempie blisko 97 proc. w skali roku.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/pandemia-nie-zatrzymala,p463122121

Do pracy na hulajnogach zamiast komunikacją miejską. Firmy wykazują się kreatywnością w organizacji bezpiecznego powrotu do biur

Większość przedsiębiorstw albo już wróciła do normalnego trybu pracy, albo planuje to zrobić jeszcze w czerwcu – to wniosek z badania przeprowadzonego przez społeczność CIONET we współpracy z Deloitte Polska i VMware. – Prawdopodobnie większość z firm będzie funkcjonować w trybie zmianowym, z zachowaniem dystansu między pracownikami, a niektórzy pracodawcy – poza standardowymi środkami ochrony osobistej – proponują oryginalne rozwiązania w zakresie bezpieczeństwa pracowników, jak dojazdy do pracy hulajnogami – mówią autorzy raportu.

Badanie zostało przeprowadzone wśród dyrektorów IT oraz dyrektorów HR. Autorzy wyjaśniają, że wybór nie był przypadkowy – informatycy nie mieli problemów z przejściem na pracę zdalną, a celem badania było sprawdzenie, jak ten model sprawdził się w czasach izolacji i jak będzie ewoluował w kolejnych miesiącach. Zmiany są już zauważalne.

– Polskie firmy przywracają funkcjonowanie tradycyjnych biur, ale nie ma jednej uniwersalnej metody na powrót do stacjonarnej formy pracy. W naszym badaniu ujawniliśmy kilka scenariuszy, które powtarzają się w nich najczęściej. Zależą one oczywiście od branży i liczby pracowników. Niektóre firmy są zmuszone wrócić do pracy w biurach wcześniej z uwagi na charakter ich działalności, a inne przedłużają maksymalnie pobyt w izolacji – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Krzysztof Frydrychowicz, partner zarządzający CIONET Polska.

W pierwszym scenariuszu realizowanym przez ankietowane firmy do pracy wracają wszyscy, którzy mogą, są zdrowi, nie należą do grupy ryzyka i nie muszą opiekować się dziećmi (20 proc. firm). W drugim scenariuszu wracają wszyscy, którzy nie mają warunków do pracy w domu albo infrastruktura wymaga pracy on premise, muszą pracować z klientem lub są pracownikami produkcji, pracują w terenie (26 proc. firm). Trzeci scenariusz dotyczy 41 proc. przedsiębiorstw i polega na założeniu, że obecnie nikt nie musi wrócić do pracy w biurze.

– Z naszego badania wynika, że firmy nie narzekają na model pracy zdalnej, a prawie 90 proc. ankietowanych powiedziało, że ta forma pracy będzie kontynuowana po czasie izolacji – dodaje Krzysztof Frydrychowicz.

Co ciekawe, zdania ankietowanych dotyczące oddziaływania pracy zdalnej na jakość komunikacji, relacji i współpracy w zespole są bardzo podzielone. 21 proc. ankietowanych uznaje, że te trzy aspekty się pogorszyły, 27 proc. dostrzega poprawę, a 26 proc nie widzi zmian w tych kwestiach. Nieco większe dysproporcje ujawniają się w odpowiedziach na pytanie o wpływ pracy zdalnej na stan emocjonalny i work–life balance pracowników. 15 proc. odczuwa poprawę w tym zakresie, a pogorszenie – dwa razy więcej badanych.

Badanie pokazało także kilka dominujących modeli w zakresie zarządzania przestrzenią i czasem pracy w biurze. Firmy, które już otworzyły biura dla pracowników, w większości przestrzegają zasad zachowania dystansu, np. pracownicy siedzą przy co drugim biurku, podobnie jak klienci w restauracjach. Takie same reguły obowiązują w windach i w przestrzeniach otwartych biur.

Sporym zaskoczeniem był dla nas fakt, że firmy decydują się pozostawić dość dużą dowolność swoim pracownikom w kwestii powrotu do pracy – ujawnia partner zarządzający CIONET Polska. – Aż cztery firmy na dziesięć powiedziały, że to od woli pracowników będzie zależało, czy wrócą do pracy w biurze. Wiele z nich zdecydowało się na model pracy zmianowej i obecnie dominuje praca w biurze na zmiany tygodniowe.

Kluczowym czynnikiem sprawnego powrotu do pracy w biurach jest bezpieczeństwo. Przez wiele tygodni na znaczeniu zyskiwało bezpieczeństwo informatyczne, ale wraz z powrotem do normalności równie ważne stają się kwestie związane z minimalizowaniem ryzyka zakażenia koronawirusem, zarówno w miejscu pracy, jak i podczas drogi do niego.

Wiele firm wykazało się niemałą kreatywnością również na tym polu – ocenia Krzysztof Frydrychowicz. – Jednym z nich jest uruchomienie specjalnych autobusów dowożących pracowników do pracy, a w innym przypadku zakup dla nich hulajnóg elektrycznych, aby nie musieli korzystać z komunikacji publicznej.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/do-pracy-na-hulajnogach,p2112535352

Rdzeniowy zanik mięśni jest najczęstszą przyczyną śmierci dzieci do 2. roku życia. Chorobę tę można skutecznie leczyć zarówno u dzieci, jak i dorosłych

Postępujące osłabienie i wiotczenie mięśni, które prowadzi do utraty oddechu i śmierci – to objawy SMA, czyli rdzeniowego zaniku mięśni. Z tą poważną chorobą genetyczną rodzi się około 50 dzieci rocznie. Obecnie w Polsce choruje na nią ok. 900 pacjentów w różnym wieku. Od półtora roku w naszym kraju refundowany jest innowacyjny, pierwszy na świecie lek, który pozwala uchronić chorych przed przedwczesną śmiercią i niepełnosprawnością. Wyniki ostatnich badań obserwacyjnych niemieckich lekarzy przeprowadzone wśród dorosłych pacjentów potwierdziły jego skuteczność. Lekarze podkreślają jednak, że aby terapia przyniosła jak najlepsze rezultaty, musi zostać wdrożona jak najwcześniej. 

SMA, czyli rdzeniowy zanik mięśni, to ciężka choroba z grupy schorzeń nerwowo-mięśniowych. Dotyka osoby w różnym wieku, ale w ponad 50 proc. przypadków objawy pojawiają się już w okresie niemowlęcym. Szacuje się, że obecnie w Polsce jest ok. 850–900 chorych z SMA, a każdego roku rodzi się około 50 dzieci z tym schorzeniem. W przebiegu SMA lekarze wyróżniają kilka podtypów.

– Rdzeniowy zanik mięśni dzieli się na kilka typów. Pacjent z SMA 1 nie nabył umiejętności siedzenia. Pacjent z typem SMA 2 to dziecko, które potrafi siedzieć, ale nigdy nie chodziło. Natomiast pacjent z typem SMA 3 chodził, ale później mógł zatracić tę umiejętność. Z kolei najcięższy przebieg ma typ SMA 1, w którym często dziecko rodzi się zdrowe, ale szybko zaczyna stawać się bardzo wiotkie. Czasami te objawy są widoczne już od urodzenia i wtedy bardzo ważne jest, żeby jak najszybciej postawić diagnozę, ponieważ wiotkość i osłabienie siły mięśniowej narasta – mówi agencji Newseria Biznes prof. dr hab. n. med. Maria Mazurkiewicz-Bełdzińska, przewodnicząca Polskiego Towarzystwa Neurologów Dziecięcych, kierownik Kliniki Neurologii Rozwojowej Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego.

SMA wywołuje wada genetyczna, wskutek której obumierają neurony w rdzeniu kręgowym odpowiadające za skurcze i rozkurcze mięśni. Brak impulsów nerwowych prowadzi do ogólnego osłabienia i postępującego zaniku mięśni. Mutacja występuje w genie odpowiedzialnym za kodowanie SMN – białka niezbędnego do prawidłowego funkcjonowania neuronów motorycznych. Taką mutację ma w Polsce średnio jedna na 35 osób. Jeżeli oboje rodziców są nosicielami tej wady genetycznej, istnieje 25 proc. ryzyka, że ich dziecko będzie miało SMA.

– Leczenie rdzeniowego zaniku mięśni powinno rozpocząć się jeszcze przed wystąpieniem objawów chorobowych. Jest to możliwe tylko dzięki badaniom przesiewowym noworodków. Są to badania genetyczne, czyli szukamy mutacji odpowiedzialnej za powstanie SMA. Dzięki nim będziemy wiedzieć, który noworodek jest chory lub predysponowany do tego, żeby wystąpiły u niego objawy rdzeniowego zaniku mięśni. Wtedy po konsultacji z rodzicami mamy obowiązek włączyć leczenie – mówi prof. Maria Mazurkiewicz-Bełdzińska.

SMA jest najczęstszą genetyczną przyczyną śmierci dzieci do drugiego roku życia, o ile nie wprowadzi się leczenia. Jednak w przypadkach, kiedy zostało ono wdrożone jeszcze przed pojawieniem się objawów bądź na ich wczesnym etapie, dzieci z tym schorzeniem rozwijają się podobnie jak ich zdrowi rówieśnicy.

– Rdzeniowy zanik mięśni – szczególnie ten wczesnodziecięcy, typu 1 – jest chorobą szybko postępującą. Bywa, że w ciągu dosłownie kilku tygodni na naszych oczach dochodzi do bardzo szybkiego pogorszenia funkcji ruchowych. Dlatego absolutnie kluczowe jest wczesne rozpoznanie i podanie leku. Wprowadzenie w Polsce – wzorem krajów Europy Zachodniej – powszechnego screeningu noworodków byłoby idealnym rozwiązaniem i pozwoliłoby uchronić dzieci przed niepełnosprawnością – mówi prof. dr hab. n. med. Anna Kostera-Pruszczyk, kierownik Kliniki Neurologii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

– Leczenie zapobiega pojawieniu się objawów. Jeżeli już się pojawiły, to znaczy, że mięśnie zaczęły zanikać. Chory będzie słabł i w mniejszym lub większym stopniu będzie niepełnosprawny. Wprowadzenie badań przesiewowych w kierunku SMA jest względnie niedrogie i mogłoby uratować przed niepełnosprawnością kilkadziesiąt dzieci rocznie. Zwłaszcza że w Polsce mamy bardzo dobre refundowane leczenie i te dzieci mogłyby być leczone na wczesnym etapie choroby, kiedy tylko wada genetyczna zostanie zidentyfikowana – dodaje Kacper Ruciński, założyciel i członek Rady Strategicznej Fundacji SMA.

Dzięki nowym lekom pacjenci nawet z najcięższym przebiegiem choroby osiągają zdolność samodzielnego siedzenia, a niektórzy – chodzenia. To ogromny przełom w leczeniu SMA.

– Jeszcze dwa lata temu rozpoznanie SMA było wyrokiem. Mogliśmy opiekować się pacjentem tylko w ramach rehabilitacji, wsparcia gastroenterologicznego, oddechowego itd. Jednak neurologicznie nie potrafiliśmy zrobić nic – mówi prof. Maria Mazurkiewicz-Bełdzińska. – W tej chwili dysponujemy nieprawdopodobnymi środkami do leczenia takich pacjentów. W Polsce dostępny jest nusinersen w ramach programu lekowego. Do leczenia zakwalifikowanych jest obecnie ponad 600 pacjentów. W populacji dziecięcej tym leczeniem objęta jest znakomita większość i widzimy na co dzień, że efekty są bardzo zadowalające.

Nusinersen jest pierwszym na świecie lekiem zatwierdzonym do leczenia rdzeniowego zaniku mięśni we wszystkich postaciach, u pacjentów w każdym wieku. Ministerstwo Zdrowia objęło go refundacją od stycznia 2019 roku. Już pod koniec tego roku z tej formy leczenia korzystało ok. 60 proc. pacjentów z SMA – zarówno dzieci, jak i dorosłych.

– Mamy lek na chorobę, o której jeszcze na studiach mówiono nam, że jest nieuleczalna. Im wcześniej włączone leczenie, tym postępy chorych są większe – mówi przewodnicząca Polskiego Towarzystwa Neurologów Dziecięcych.

– W klinice, którą kieruję, nusinersenem leczonych jest ponad 60 dorosłych pacjentów i nasze własne obserwacje, chociaż krótkie, dają bardzo dobre wyniki. Obserwujemy poprawę, która znacząco przekłada się na jakość życia naszych pacjentów i ich opiekunów. Różni się ona w zależności od tego, jaki jest początkowy stan pacjenta. Są pacjenci, którzy odzyskują utracone funkcje i praktycznie wracają do pełnej samodzielności – dodaje prof. Anna Kostera-Pruszczyk.

– Szacujemy, że na włączenie leczenia czeka jeszcze około 150–200 chorych. Warto podkreślić, że najmłodsze dzieci z SMA typu 1 przebiegającym bardzo gwałtownie są włączane natychmiast. Jednak są i będą uruchamiane kolejne ośrodki leczące pacjentów dorosłych, żeby dostęp do terapii był jak najlepszy – mówi.

Do tej pory dzięki badaniom klinicznym lekarze dysponowali danymi o znaczącej poprawie funkcji ruchowych u niemowląt i dzieci leczonych nusinersenem. Takich danych brakowało jednak w odniesieniu do nastolatków i osób dorosłych. Dostarczyły ich jednak niezależne badania obserwacyjne przeprowadzone przez klinicystów z 10 akademickich ośrodków klinicznych w Niemczech, których wyniki zostały opublikowane w kwietniu tego roku w „The Lancet Neurology”.

– Jedno z najbardziej prestiżowych pism neurologicznych opublikowało w kwietniu pierwszą długotrwałą obserwację pacjentów dorosłych z SMA leczonych nusinersenem. Analizie poddano około 140 pacjentów, z których część była leczona przez 14 miesięcy. Badanie to potwierdziło skuteczność leku u ludzi dorosłych z dużą rozpiętością wieku, od 16. do 65. roku życia. Ta skuteczność dotyczyła zarówno funkcji ruchowych kończyn górnych, jak i całościowych skal oceniających sprawność motoryczną. Wyraźnie wydłużył się też dystans samodzielnego chodzenia u tych pacjentów, którzy na początku byli w stanie słabiej poruszać się samodzielnie – podkreśla prof. Anna Kostera-Pruszczyk.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/rdzeniowy-zanik-miesni,p1536514817

Sztuczna inteligencja i mixed reality to przełomowe technologie w dobie pandemii. Ułatwią utrzymanie dystansu społecznego i przyspieszą opracowanie szczepionki na SARS-CoV-2

W dobie kryzysu pandemicznego start-upy technologiczne wyspecjalizowane w nowych, przyszłościowych technologiach mogą zyskać na znaczeniu, przełamując ograniczenia związane z koniecznością zachowania dystansu społecznego. Rozwój usług z zakresu mixed reality ułatwi prowadzenie biznesu na odległość, a wdrożenie algorytmów uczenia maszynowego pozwoli zautomatyzować część procesów, które dotychczas wykonywali ludzie.

– Mixed reality przeżywa wielki boom, bo może m.in. umożliwiać lekarzom diagnozowanie pacjentów bez potrzeby bezpośredniego kontaktu, tym samym zmniejszając ryzyko zakażenia. Mówi się nawet o operacjach przeprowadzanych za pomocą tej technologii. Rozmawiamy z podmiotami, które proszą nas o stworzenie tzw. wirtualnych control rooms czy zwirtualizowanie treningów fizycznych, gdzie trener jest obecny wirtualnie, a dane przesyłane są za pomocą opaski na rękę – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Konrad Weiske, prezes zarządu SpyroSoft SA.

Potencjał mixed reality doceniła m.in. firma Holo4Labs, która wykorzystała tę technologię do unowocześnienia branży laboratoryjnej. Eksperci zastosowali gogle Microsoft HoloLens 2 oraz oprogramowanie Thermo Scientific SampleManager LIMS do stworzenia systemu digitalizacji pracy w laboratorium. System ten pozwala nie tylko korzystać z wirtualnych pomocy naukowych wyświetlanych w polu widzenia pracownika, ułatwi także zdalną współpracę pomiędzy laboratoriami.

Gogle HoloLens wykorzystywane są także przez pracowników londyńskich szpitali zrzeszonych w organizacji Imperial College Healthcare NHS Trust. Personel medyczny wykorzystuje oprogramowanie Dynamics 365 Remote Assist do zdalnej, bezkontaktowej komunikacji pomiędzy specjalistami. Gogle przechwytują obraz z kamery lekarzy zajmujących się pacjentami z objawami COVID-19 i przesyłają go do pracowników w zespole analitycznym, dzięki czemu ograniczają ryzyko rozprzestrzenienia się koronawirusa wśród personelu medycznego aż o 83 proc.

Z walką z wirusem bezpośrednio związana jest także sztuczna inteligencja, która przyśpiesza np. powstawanie szczepionek. Również przez to, że pandemia nakłada się na amerykańsko-chińską wojnę handlową, na pewno nastąpi przeniesienie produkcji do krajów, gdzie siła robocza będzie droższa. Pojawi się więc potrzeba większej automatyzacji, co oznacza, że będzie potrzeba wykorzystania więcej sztucznej inteligencji, choćby w postaci autonomicznych maszyn, które będą w takich fabrykach pracowały – przewiduje ekspert.

Z narzędzi automatyzujących pracę korzystają m.in. eksperci z OECD, którzy we współpracy z naukowcami z Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa stworzyli interaktywną platformę do śledzenia ognisk pandemicznych. System wykorzystuje sztuczną inteligencję do analizy zasobów sieci i monitorowania potwierdzonych przypadków zakażeń i zgonów w poszczególnych rejonach świata.

Automatyzacja wkrada się także do rolnictwa. Firma Mantle Labs udostępniła brytyjskim rolnikom darmowy, trzymiesięczny dostęp do platformy umożliwiającej analizę kondycji upraw przy wykorzystaniu zdjęć satelitarnych. Sztuczna inteligencja dokonuje dogłębnej analizy obrazu, aby wykryć wstępne oznaki nieprawidłowości w rozwoju konkretnych upraw, które mogą wpłynąć na jakość zbiorów. Firma liczy na to, że dzięki temu uda się zapobiec klęsce nieurodzaju w dobie pandemii i usprawnić łańcuchy dostaw żywności.

– Pandemia w końcu się skończy albo przyzwyczaimy się do życia z koronawirusem. Dla branży dużo ciekawsze jest to, co nastąpi w jej efekcie. Rozwiązania, które teraz wypracujemy, będą wdrażane w przyszłości, łącznie np. z mixed reality i sztuczną inteligencją. To się nie zmieni, bo kryzys spowodowany przez tę pandemię będzie ciągnął się za nami latami – prognozuje Konrad Weiske.

Sztuczna inteligencja może przyczynić się do przemodelowania całego rynku pracy. Wdrażane w dobie pandemii narzędzia automatyzujące pozwolą zredukować ryzyko rozprzestrzenienia się koronawirusa, a w przyszłości umożliwią wyeliminowanie części zawodów poprzez zastąpienie pracowników maszynami. Pierwsze symptomy automatyzacji pracy można dostrzec m.in. na rynku amerykańskim, gdzie powstaje sieć sklepów Amazon Go Grocery, w których maszyny przejęły zadania wykonywane dotychczas przez ludzi. Placówki wyposażono w systemy monitoringu oraz skanowania produktów, które umożliwiają wdrożenie modelu bezobsługowej obsługi klienta. W dobie pandemii placówki tego typu ułatwią zachowanie dystansu społecznego.

– Pandemia jest tragedią, ale ta tragedia daje możliwość sprawdzenia w praktyce pewnych technologii. W momencie, kiedy zostaną przetestowane, do dużej części z nich ludzie się przekonają i będą chcieli je wprowadzić. Branża IT w większości przypadków dopuszczała pracę z domu, lecz niektóre branże dopiero teraz przekonały się, że tak można pracować. Na przykład musiały zainwestować w pewne rozwiązania do telekonferencji, a teraz już z nich nie zrezygnują i będą ich już zawsze używać – twierdzi prezes SpyroSoft SA.

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rynku sztucznej inteligencji do 2025 roku wzrośnie do przeszło 190 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 36,6 proc.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/sztuczna-inteligencja-i,p1741898769