Koronawirus przemodelował rynek pracownika. Dzięki najnowszym technologiom model pracy zdalnej zostanie utrzymany

W dobie restrykcji pandemicznych na popularności zyskały oferty pracy zdalnej, zwłaszcza w branży IT, która od lat eksploatuje ten model zatrudnienia. Pracodawcy przekonali się, że świadczenie pracy na odległość może być równie skuteczne, co zatrudnienie stacjonarne, a kilka tygodni izolacji społecznej pozwoliło wielu firmom przetestować narzędzia do zdalnej komunikacji. Pierwsi w postpandemicznej rzeczywistości odnajdą się pracownicy IT i to oni przetrą szlak dla upowszechnienia się pracy zdalnej.

– W branży IT od zawsze liczy się to, jak pracujesz i co potrafisz, a nie z jakiego miejsca pracujesz. To widać zwłaszcza w czasie pandemii, bo przed nią 10 proc. stanowiły ogłoszenia o pracę zdalną, co było znakomitym wynikiem, jeśli porównamy to z innymi branżami. W tej chwili odsetek ofert zdalnych publikowanych w No Fluff Jobs wzrósł dwukrotnie. Pracodawcy zauważają, że można pracować zdalnie i efektywnie. Mamy możliwość umówienia się na wizytę u lekarza zdalnie, nauczyciele potrafią i chcą korzystać z Teamsów, Zoomów i radzą sobie z tym świetnie. Pandemia przetarła nowe drogi komunikacji – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Marta Steiner z No Fluff Jobs.

Pandemia koronawirusa była dla firm technologicznych impulsem, który pozwolił im w dużej mierze przestawić się na pracę zdalną. Większość pracowników Google i Facebooka do końca 2020 roku nie pojawi się w biurze, Microsoft do 2021 roku wszystkie konferencje będzie organizować w trybie online, a przedstawiciel Twittera poinformował, że ich pracownicy nawet po zdjęciu restrykcji pandemicznych będą mogli świadczyć pracę z domu, jeśli wysuną taką prośbę.

Przymusowa izolacja społeczeństwa wymusiła drastyczne ograniczenie kontaktów międzyludzkich, również tych w obrębie zakładów pracy. Z badań przeprowadzonych przez firmę Devire wynika, że w Polsce pracę zdalną udało się wprowadzić w 65 proc. przedsiębiorstw, a najchętniej na taki krok decydowały się firmy z sektora IT, nieruchomości, telekomunikacji czy usług dla biznesu. Co ciekawe, spośród firm, które przed pandemią nie oferowały takiego modelu współpracy, aż 67 proc. umożliwiło zatrudnionym osobom świadczenie pracy zdalnej.

Model pracy zdalnej może na dobre zakorzenić się w społeczeństwie nawet po wygaszeniu pandemii koronawirusa, gdyż pracownicy zaadaptowali się do takiego modelu współpracy. Z raportu „Praca z domu w czasie pandemii COVID-19” autorstwa firmy doradczej Colliers International wynika, że 82 proc. pracowników świadczących pracę zdalną chciałoby po zniesieniu restrykcji pandemicznych co najmniej przez jeden dzień w tygodniu pracować z domu.

Elastyczne ramy zatrudnienia jako jedne z najcenniejszych świadczeń pozapłacowych wskazali także respondenci „Raportu płacowego Hays 2020”. Według niego w 2019 roku dostęp do takiego modelu współpracy deklarowało 40 proc. pracowników oraz 50 proc. pracodawców. Raport „Doświadczenia kandydatów IT” autorstwa No Fluff Jobs wskazuje kolei, że współpraca zdalna jest także atrakcyjna z punktu widzenia osób ubiegających się o nową pracę.

– To, co może być dla kandydatów w branży IT wyzwaniem, to przede wszystkim praca zdalna w ujęciu menadżerskim i zarządzania zespołem – wskazuje ekspertka.

43 proc. ankietowanych uważa, że najlepszym sposobem na kontakt z rekruterem jest kontakt za pośrednictwem e-maila. Z kolei aż 80 proc. pracodawców przeprowadza obecnie rekrutację całkowicie zdalnie, a na początku roku odsetek ten wynosił zaledwie 10 proc.

– Małe firmy otworzą się na rozwiązania online, bo będzie to mniej kosztowne i skuteczniejsze. W tej chwili wizyta w banku ze względu na ograniczenia nie jest popularną formą załatwiania spraw, użytkownicy będą próbować je załatwiać, siedząc w domu przed komputerem. Co z nami zostanie po pandemii? Ludzie zrozumieją i przekonają się na własnej skórze, że zdalny znaczy dostępny i łatwiejszy, co nie znaczy mniej efektywny. A kiedy świat jeszcze szerzej otworzy się na rozwiązania online, przybędzie cyfrowych nomadów, czyli takich ludzi, którzy mogą pracować z każdego miejsca na świecie nie tylko w branży IT – podsumowuje Marta Steiner.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/koronawirus-przemodelowal,p1956360846

Polska i europejska branża mleczarska odczuwa skutki koronawirusa. Eksporterzy muszą szukać nowych rynków zbytu

Około 30 proc. polskiej produkcji mleczarskiej trzeba eksportować, bo krajowy rynek nie jest w stanie jej wchłonąć. Tymczasem koronawirus, który spowodował przerwanie łańcuchów dostaw i w dużym stopniu zamknięcie granic, pokrzyżował plany mleczarni nie tylko w Polsce, ale i w całej Unii Europejskiej. Producenci wiążą duże nadzieje z powrotem kanału gastronomicznego oraz wspólną europejską promocją na rynkach trzecich.

Według wstępnych danych (GUS) w 2019 roku wartość polskiego eksportu ogółem wyniosła 235,8 mld euro i była wyższa niż rok wcześniej o 5,5 proc. Udział eksportu towarów rolno-spożywczych w eksporcie ogółem wyniósł 13,3 proc., tyle samo co w 2018 roku. Duża w tym zasługa branży mleczarskiej, która ok. 30–35 proc. produkcji kieruje na rynki zagraniczne.

 W okresie wybuchu pandemii został w zasadzie wstrzymany eksport, co w bardzo mocnym stopniu odbiło się na naszych zakładach i spółdzielniach mleczarskich, w szczególności tych największych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Agnieszka Maliszewska, dyrektor Polskiej Izby Mleka, wiceprezydent COGECA. – Dodatkowo duży problem, z jakim borykaliśmy się w czasie pandemii, związany był z częściowym spadkiem konsumpcji w kraju, a wynikało to z tego, że zamknięte były hotele, restauracje, które wciąż w dużym stopniu są zamknięte. Ta gałąź dystrybucji HoReCa jest dla nas bardzo ważna.

Ze wstępnych danych Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi wynika, że w I kwartale br. eksport produktów mleczarskich delikatnie wzrósł w porównaniu do I kwartału 2019 roku (z 398 931 do 407 388 ton), głównie za sprawą większej sprzedaży serów i twarogów oraz serwatki.

Jak wynika z raportu Instytutu Biznesu, Grupa Mlekovita w I kwartale br. wyeksportowała produkty warte 400 mln zł (35 proc. produkcji) i było to o 30 proc. więcej niż w I kwartale 2019 roku. OSM Giżycko sprzedało za granicę towar wart 120 mln zł i było to 80 proc. produkcji spółdzielni. Wśród krajów,  które przyjęły znacząco większe ilości polskiego mleka i śmietany, są Jemen, Meksyk, Chiny i Japonia.

W czasie lockdownu producenci starali się skupić na promocji krajowej konsumpcji, co zaowocowało większą sprzedażą mleka, zwłaszcza UHT, czy masła, kiedy konsumenci kupowali produkty na zapas. Z kolei zakłady, które miały taką możliwość, magazynowały nadwyżki produkcji.

– Dzisiaj widzimy też trudne kwestie związane z eksportem do krajów trzecich. Pomimo że powoli dostajemy sygnały, że ruszają statki, eksport np. do Chin, które cały czas są dla nas istotnym rynkiem zbytu, to nadal jest to nieporównywalnie mało w stosunku do tego, jakie efekty mieliśmy przed wprowadzeniem stanu epidemii – ocenia Agnieszka Maliszewska. – Cała Europa o tym głośno mówi, bo jest ona największym globalnym eksporterem wyrobów mleczarskich.

Jeszcze w grudniu 2019 roku ekspertka Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej Teresa Zdziarska oceniała sytuację na europejskim rynku mleka jako pozytywną, a ceny niemal wszystkich produktów mleczarskich z wyjątkiem masła szły w górę. W ciągu trzech kwartałów ub.r. rosła także produkcja, m.in. pełnego mleka w proszku o 23,3 proc., serwatki (7,4 proc.) czy napojów mlecznych innych niż jogurty (o 4,9 proc.).

W marcu i kwietniu ceny produktów mleczarskich w UE spadały, m.in. mleka w proszku pełnego i odtłuszczonego, no co oddziaływał spadek światowego popytu. Jak podkreślają analitycy PKO Banku Polskiego (Agro Nawigator z 5 maja), Komisja Europejska prognozowała, że w 2020 roku unijny eksport odtłuszczonego mleka w proszku zmniejszy się o 17 proc. w stosunku do rekordowego poziomu z 2019 roku, a masła – o 10 proc. przy jednoczesnym wzroście produkcji (ze względu na to, że producenci przerzucili się na wytwarzanie produktów o większej trwałości – proszków mlecznych i właśnie masła). W reakcji na negatywne zmiany rynkowe KE przygotowała propozycję programu dopłat do prywatnego przechowywania produktów mleczarskich (odtłuszczonego mleka w proszku, masła, sera) mającą na celu przywrócenie równowagi na unijnym rynku mleka.

Jako europejscy przetwórcy czekamy na poszukiwanie nowych rynków. Zapowiedzi złożone przez komisarza ds. rolnictwa Janusza Wojciechowskiego, że kiedy będzie już można swobodnie podróżować, zostanie przeprowadzona ekspansja promocyjna europejskich produktów żywności, czyli to, co robił wcześniej komisarz Phil Hogan i co rzeczywiście przynosiło efekty, oceniam jako bardzo dobry pomysł – mówi dyrektor Polskiej Izby Mleka.

Zdaniem branży pandemia nieco zmieni sprzedaż i zwyczaje konsumentów, choćby poprzez wzrost zakupów spożywczych przez internet. Trudno jednak oczekiwać, by krajowy rynek zagospodarował całe nadwyżki produkcji, a Polacy całkowicie zrezygnowali z produktów wytwarzanych za granicą. Obserwowanie kierunków zmian w zachowaniach konsumentów na całym świecie jest zdaniem ekspertki dla odzyskania skali biznesu.

 Jeszcze kilka lat temu naszym sztandarowym produktem eksportowym były mleko w proszku i serwatka w proszku. Dzisiaj numerem jeden są nasze sery i twarogi, więc prawdopodobnie, patrząc jak bardzo świat konsumencki jest otwarty na nasze dobre jakościowo produkty  będziemy sami poszukiwali tego, jak np. produkty świeże fermentowane sprzedawać konsumentom w innych krajach, żeby zwiększyć ich udział w eksporcie – prognozuje Agnieszka Maliszewska. – Będziemy też szukać nowych produktów, bo cały czas badamy gusty konsumenckie, a konsumenci oczekują coraz to nowszych produktów, np. w innych, mniejszych opakowaniach, bardziej funkcjonalnych, przeznaczonych dla ludzi aktywnych, sportowców, ludzi starszych. Na pewno tego typu zmiany będą miały miejsce na rynku mleczarskim.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polska-i-europejska,p826692543

Dobry okres dla księgarni internetowych. Ze względu na bezpieczeństwo zyskiwały również e-booki

Pandemia i przymusowa izolacja sprzyjały czytelnictwu. Polacy kupili w tym okresie zdecydowanie więcej książek niż zwykle. –  Zanotowaliśmy rok do roku wzrost o ponad 170 proc. sprzedaży, teraz jest trochę niższy, ale wciąż powyżej naszych prognoz – mówi Łukasz Kierus, współwłaściciel księgarni internetowej TaniaKsiążka.pl. Polacy do koszyka wrzucali znacznie więcej e-booków i audiobooków. To może spowodować, że trwale wzrośnie popularność tych formatów książek.

– Pandemia spowodowała dosyć niespodziewany wzrost sprzedaży w internecie. Osiągnęliśmy wzrost zdecydowanie przekraczający nasze oczekiwania, notując rok do roku wzrost o ponad 170 proc. sprzedaży, czyli mieliśmy gwiazdkę w marcu. Ten trend wzrostowy utrzymał się, teraz jest trochę niższy, ale nadal powyżej oczekiwań – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Łukasz Kierus.

Z ostatniego raportu czytelnictwa za rok 2019 przeprowadzonego przez Bibliotekę Narodową wynika, że przynajmniej jedną książkę przeczytało w ubiegłym roku 39 proc. Polaków. To tylko nieco więcej niż w 2018 roku (37 proc.). Wydaje się jednak, że dzięki pandemii stan czytelnictwa w Polsce znacznie się poprawi. Społeczeństwo pozbawione takich rozrywek jak kino, teatr, sport czy wyjścia z przyjaciółmi szukało ich we własnych domach. Cyfrowa Biblioteka Narodowa Polona, największa tego typu biblioteka w Polsce, notowała w okresie narodowej kwarantanny 10-krotny wzrost użytkowników dziennie. Z jej zasobów korzystało nawet 2,5 tys. osób jednocześnie.

– Klienci przede wszystkim wybierali tzw. książki do poczytania, beletrystykę, literaturę kobiecą, ale również książki dla dzieci – wskazuje ekspert i podkreśla, że nadzwyczajny okres pandemii wpłynął na wzrost zainteresowania innymi, nietypowymi pozycjami. – Hitem była książka o chlebie, bo wiemy, że zniknęły drożdże z polskich sklepów i każdy w domu uczył się robić własny chleb. Dodatkowo wskoczyły na szczyt książki dotyczące epidemii, jak „Dżuma” Camusa.

Wśród najpopularniejszych autorów znaleźli się Blanka Lipińska czy Remigiusz Mróz. Część osób nadrobiła zaległości związane z twórczością laureatki literackiej Nagrody Nobla Olgi Tokarczuk. Z półek zniknęły też książki dla najmłodszych, ale również gry planszowe, puzzle i klocki. Choć w sprzedaży internetowej wciąż dominują tradycyjne papierowe książki, wzrosło zainteresowanie książkami elektronicznymi.

Ich procentowy udział został mniej więcej podwojony w stosunku do tego, co wcześniej było normą – zauważa współwłaściciel TaniaKsiążka.pl

Dotychczas, jak wynika z danych Biblioteki Narodowej, po e-booki i audiobooki sięgał niewielki odsetek osób. Na e-booki wskazywało 6 proc. czytelników (2,5 proc. w całej populacji), a słuchanie audiobooków zadeklarowało 3 proc. badanych w całej populacji. Z kolei 6 proc. czytelników łączy czytanie ze słuchaniem.

 Klienci zaczęli coraz częściej wybierać książkę elektroniczną, ponieważ jest do niej natychmiastowy dostęp, bez konieczności wychodzenia z domu. Przede wszystkim zyskały na tym e-booki. Audiobooki trochę mniej, ponieważ dużo osób słucha ich w trakcie spacerów, dojazdów do pracy, a podczas lockdownu tego nie mieliśmy – tłumaczy Łukasz Kierus.

Według niego ten trend wzrostowy dla e-booków będzie się utrzymywać również po pełnym otwarciu sklepów, podobnie jak większa popularność zakupów internetowych. To jednak oznacza, że konkurencja w sieci będzie się zaostrzać.

– Rynek e-commerce urósł w ciągu dwóch miesięcy tak jak w normalnych okolicznościach urósłby przez dwa lata. Spora część zakupów na stałe zostanie przeniesiona do internetu – mówi współwłaściciel TaniaKsiążka.pl. – Obecnie mierzymy się z większą konkurencją. Widzimy dużo więcej sprzedawców i dużo większy ruch w e-commerce.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/dobry-okres-dla-ksiegarni,p905484316

Autonomiczny robot oczyszcza już Pacyfik z wielkiej plamy odpadów. Teraz usunie także plastik z rzek i portów [DEPESZA]

Pandemia koronawirusa może spowodować wzrost zużycia plastiku. Do oceanów na całym świecie trafia rocznie ponad 14 ton tego tworzywa sztucznego. Oczyszczaniem wód zajmuje się coraz więcej fundacji i start-upów. Zbudowane przez holenderską fundację The Ocean Cleanup inteligentne urządzenie do przechwytywania odpadów plastikowych już zbiera śmieci z Wielkiej Pacyficznej Plamy Śmieci. – Musimy także zatrzymać falę nowego plastiku, który dociera do oceanów każdego dnia – mówi Boyan Slat, założyciel i prezes fundacji. Dlatego „Interceptor” wypłynie także na rzeki oraz do portów. Jednym z pierwszych będzie jamajski port w Kingston.

Według danych opublikowanych przez Biuro Analiz Parlamentu Europejskiego do oceanów na całym świecie trafia rocznie prawie 13 mln ton plastiku, a w morzach zalega go już ponad 150 mln ton. Według twórców aplikacji Litterati pandemia koronawirusa spowoduje wzrost zużycia tego materiału.

Tylko na Jamajce przez zatokę Hunts Bay i port Kingston do oceanu trafia rocznie 578 ton plastikowych odpadów – wynika z badań przeprowadzonych przez fundację The Ocean Cleanup.  Zanieczyszczenie to będzie można znacznie zredukować dzięki innowacyjnemu odkurzaczowi wodnemu Interceptor, opracowanemu przez Holendrów.

– Uruchamiając Interceptora od fundacji The Ocean Cleanup, usuniemy olbrzymie ilości śmieci z portu w Kingston (stolica Jamajki – przyp.red.), zanim trafią do oceanu. W tym samym czasie zwiększymy świadomość wśród społeczności na temat naszych działań, motywując ludzi do nowych zachowań – twierdzi Nalini Sooklal, dyrektor zarządzający Recycling Partners of Jamaica (RPJ).

Interceptor ma być w pełni zasilany energią słoneczną. Samoczynnie zbiera odpady plastikowe, przepływając przez zanieczyszczone wody. W momencie, gdy jego zbiornik będzie niemal całkowicie zapełniony, urządzenie wyśle wiadomość do lokalnego operatora zajmującego się zbiórką śmieci. Po opróżnieniu odpady zostaną poddane recyklingowi. Inwestycja we wdrożenie tej technologii zostanie dofinansowana kwotą miliona dolarów przez Benioff Ocean Initiative.

Nad rozwiązaniem działającym na podobnej zasadzie jak to opracowane przez The Ocean Cleanup pracuje też Clear Blue Sky, organizacja typu non-profit zajmująca się walką z zanieczyszczeniem oceanów. FRED to zbudowany przez nią, zasilany energią słoneczną robot oparty na konstrukcji katamaranu. Jest to maszyna próżniowa, która zbiera pływające plastikowe odpady w sposób zbliżony do tego, z którym mamy do czynienia w przypadku taśmy przenośnika. Urządzenie pływa z prędkością około dwóch węzłów, co pozwala mu na płynną pracę.

Usunięcie zalegających już w wodach śmieci nie rozwiąże jednak problemu zanieczyszczenia oceanów plastikiem.

– Musimy także zatrzymać falę nowego plastiku, który dociera do oceanów każdego dnia – mówi Boyan Slat, założyciel i prezes fundacji The Ocean Cleanup.

Bank Światowy przewiduje, że do 2050 roku globalna produkcja odpadów wzrośnie o 70 proc.

(Newseria Innowacje)

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/autonomiczny-robot,p513267463

Sztuczna inteligencja już zastępuje dziennikarzy. Coraz trudniej odróżnić treści tworzone przez maszynę

Coraz więcej działań dziennikarzy będzie przejmować sztuczna inteligencja. Microsoft niedawno zerwał współpracę z dziennikarzami kontraktowymi. Zastąpi ich SI, która dobierze i opublikuje odpowiednie materiały w serwisie MSN.com. Wykorzystując proces uczenia maszynowego, aplikacje są już w stanie wygenerować długi artykuł na podstawie zaledwie kilku słów lub nieskładnych gramatycznie zdań. Funkcjonalność sztucznej inteligencji w automatycznym tworzeniu dłuższych form wypowiedzi coraz częściej będzie wykorzystywana także do generowania fake newsów. Niektóre generatory umożliwiają więc nie tylko zautomatyzowane pisanie tekstów, lecz także wykrywanie tych, które napisał robot.

– Możliwości analizy języka bardzo się rozwinęły w ciągu ostatnich miesięcy, co wiąże się z wypuszczeniem pewnych modeli przez OpenAI, które są wytrenowane na całym dostępnym tekście w internecie. Są one w stanie wytworzyć bardzo składny i sensowny język na podstawie bardzo małej ilości danych – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Filip Kozera, założyciel Kristalic.

W lutym 2019 roku OpenAI zaprezentowało swoje narzędzie GPT-2, które generuje przekonujący, lecz fałszywy tekst. Sztuczna inteligencja uczyła się gramatyki i budowała zasób językowy na podstawie zbioru 40 GB tekstu obejmującego 8 mln stron internetowych. OpenAI postanowił jednak wówczas nie upubliczniać GPT-2 w obawie przed możliwymi szkodami związanymi z możliwością wykorzystania narzędzia do produkowania fake newsów. Algorytmy sztucznej inteligencji są w stanie wygenerować zaawansowany i poprawny gramatycznie tekst na podstawie bardzo okrojonej informacji. Obecnie narzędzie znów jest dostępne.

– Za każdym razem, gdy piszę jakiś esej, na początku piszę go bardzo słabo gramatycznie, żeby były tam tylko fakty, i później go przerabiam. Po napisaniu tylko suchych faktów nasz algorytm wytworzył piękne gramatyczne zdania i dużo wypełniaczy. Można więc wyobrazić sobie świat, w którym można napisać cztery zdania i później zamienić to w 1,2 tys. słów, które zawierałyby te same informacje, tylko algorytm wypełniłby te luki bardzo ładnym angielskim – wyjaśnia Filip Kozera.

Już dziś praca algorytmów sztucznej inteligencji może być wykorzystana do zamiany notatek głosowych na tekst i ułożeniu go w gramatycznie poprawne i logicznie uporządkowane zdania. Co więcej, informacje z notatek można wyszukiwać na takiej zasadzie, na jakiej działają wyszukiwarki internetowe. Służy temu np. aplikacja Kristalic. Rozwiązanie dostarczane przez polski start-up obsługuje 120 języków i jest w stanie identyfikować rozmówcę. Może być też zintegrowane z popularną w czasie pandemii platformą Zoom.

Przyszłością w wykorzystywaniu sztucznej inteligencji do generowania tekstów może być natomiast poszerzenie ich funkcjonalności o nadawanie artykułowi czy wiadomości zabarwienia emocjonalnego czy narzuconego stylu wypowiedzi.

– Przykładowo piszemy wiadomość mailową, a później przesuwamy suwakiem, że powinna być dużo bardziej formalna, bo wysyłamy ją do naszego szefa. To jest oczywiście przykład, jednak po napisaniu jednego wyrażenia, np.: „przełóż spotkanie na jutro”, taki mail może zostać wygenerowany całkowicie samodzielnie. Te rozwiązania mogą być wykorzystywane wszędzie, gdzie człowiek pisze jakiś tekst, nawet obecnie w mailach nasza składnia jest już sprawdzana przez Grammarly. Dlaczego nie moglibyśmy np. zmienić stylu wypowiedzi? – zauważa założyciel Kristalic.

Funkcjonalność wynikającą z możliwości uczenia maszynowego można jednak wykorzystać również w odwrotnym modelu – do rozpoznawania potencjalnych fake newsów pisanych przez automat. Taką funkcję ma generator wiadomości Grover. Jest on w stanie identyfikować teksty stworzone na podstawie nie tylko własnych algorytmów SI, lecz także innych.

– Obecnie sztuczna inteligencja potrafi wytworzyć teksty, które są nie do odróżnienia od tekstów napisanych przez ludzi. Na pewno będziemy obserwować wysyp fake newsów, będą ich ogromne ilości. Prowadzone są prace nad tym, żeby rozpoznawać, co jest napisane przez człowieka, który często popełnia  jakieś błędy logiczne albo ma jakiś styl pisania, i to się porównuje do tego, co jest napisane przez algorytm, żebyśmy mogli w ogóle rozpoznawać, co zostało napisane przez algorytm, a co nie – mówi Filip Kozera.

Według Allied Market Research światowy rynek sztucznej inteligencji do 2025 roku osiągnie wartość niemal 169,5 mld dol.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/sztuczna-inteligencja-juz,p1640914249

Sytuacja epidemiologiczna w Polsce stopniowo się poprawia. Mimo to medycy i szpitale apelują o utrzymanie dotychczasowego wsparcia

Od wykrycia w Polsce pierwszego przypadku zachorowania na COVID-19 minęły ponad trzy miesiące. Niespełna 2 tys. osób wciąż jest hospitalizowanych. Mimo że sytuacja powoli się stabilizuje, zapotrzebowanie na środki ochrony osobistej, do dezynfekcji oraz środki czystości wciąż jest ogromne, znacznie większe niż jeszcze w styczniu czy lutym. Dlatego też szpitale i medycy apelują do darczyńców o utrzymanie dotychczasowego wsparcia, bez którego trudno im będzie walczyć z pandemią. Chodzi nie tylko o pomoc materialną, lecz również o pokazanie pracownikom medycznym, jak ważna jest ich praca.

– Szpitale otrzymywały w tym trudnym czasie wiele form pomocy i była nam ona bardzo potrzebna. Dostaliśmy wsparcie od branż związanych m.in. z gastronomią, chemią czy kosmetykami. To było ważne dla pracowników szpitali również ze względów psychologicznych – świadomość, że społeczeństwo się mobilizuje i powstają oddolne ruchy koncernów czy dużych firm, aby wspierać medyków i szpitale w tym trudnym czasie, bardzo nam pomagała – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Iwona Sołtys, kierownik działu obsługi pacjenta w Centralnym Szpitalu Klinicznym MSWiA.

Od wykrycia w Polsce pierwszego przypadku COVID-19 minęły ponad trzy miesiące. W tym czasie zakażonych zostało ponad 30 tys. osób. Prawie 1,3 tys. ludzi zmarło, ponad 14,6 tys. wyzdrowiało, a 1,8 tys. wciąż jest hospitalizowanych. Służba zdrowia podkreśla, że otrzymała w tym czasie dużą pomoc i choć wydaje się, że szczyt pandemii już minął, to wciąż jest ona potrzebna.

 W szpitalach nadal jest zapotrzebowanie na środki ochrony osobistej, artykuły higieniczne, różnego typu środki czystości, bo wciąż musimy bardzo dbać o czystość i dezynfekcję – mówi.

Jak podkreśla, szpitale i placówki medyczne nadal zużywają hurtowe ilości środków higienicznych i środków ochrony osobistej, jak np. maseczki, jednorazowe rękawiczki czy płyny dezynfekujące. Wszystkie oddziały działają bowiem według nowych procedur, które mają zapewnić pracownikom i pacjentom możliwie jak największe bezpieczeństwo. Tymczasem – zwłaszcza na początku pandemii – ceny takich artykułów mocno wzrosły, a ich dostępność była bardzo ograniczona. Dlatego też pomoc otrzymana od darczyńców i firm okazała się konieczna z ekonomicznego punktu widzenia.

W walce z pandemią SARS-CoV-2 biznes stworzył szeroki front: w pomoc włączyły się firmy państwowe oraz prywatne, zarówno duże, jak i te z sektora MŚP. Przekazują szpitalom zarówno środki finansowe, jak i materialne. Jedną z najbardziej pożądanych form pomocy jest zakup sprzętu medycznego, środków ochrony osobistej i środków higienicznych, których placówkom dramatycznie brakuje.

 Będziemy kontynuować naszą pomoc przez kolejne miesiące, aż do momentu, kiedy sytuacja się ustabilizuje – zapewnia Krzysztof Brabander, senior brand manager marki Persil. – W obliczu zagrożenia SARS-CoV-2 wszyscy musimy się zastanowić, jak wspierać funkcjonowanie placówek medycznych i szpitali. Tym, czego najbardziej oczekują i potrzebują pracownicy medyczni, jest wsparcie społeczne – zarówno emocjonalne, jak i materialne.

W ramach pomocy służbie zdrowia marka Persil przekazuje środki piorące ponad 200 placówkom medycznym na terenie całego kraju. Wystarczą one na ok. 80 tys. prań, co oznacza, że każda placówka będzie mogła z nich korzystać przez kolejne trzy miesiące. Z pomocy tej skorzysta około 7 tys. pracowników medycznych, pielęgniarek oraz ratowników.

– Firma Henkel zapewnia także wsparcie rzeczowe dla szpitali i oddziałów zakaźnych w całej Polsce w postaci kosmetyków czy produktów chemii gospodarczej. Zapotrzebowanie na tego typu produkty jest w szpitalach ogromne. Niektóre placówki piorą nawet po 100 razy dziennie – mówi Krzysztof Brabander. – Każda pomoc utwierdzi osoby pracujące na pierwszej linii frontu z koronawirusem w przekonaniu, jak ważna jest ich praca.

Henkel, do którego należy marka Persil, przekazał milion euro na Fundusz Solidarnościowy prowadzony przez Światową Organizację Zdrowia i ONZ oraz kolejny milion euro dla wybranych organizacji walczących z pandemią.

– Trudno wyrokować, co się stanie, gdy pomoc dla szpitali się zakończy. Na pewno będzie to dużo cięższe ekonomicznie dla budżetu wszystkich szpitali w Polsce, choćby właśnie ze względu na koszty zakupu środków dezynfekujących. Apelujemy o to, żeby nie ustawać w niesieniu pomocy, bo dzięki niej będziemy mogli lepiej wszystkich chronić – mówi Iwona Sołtys.

Zgodnie z decyzją rządu od 30 maja w otwartej przestrzeni nie jest już obowiązkowe zasłanianie nosa i ust, pod warunkiem zachowania dwumetrowego odstępu od innych osób. To oznacza, że można już spacerować, jeździć rowerem, chodzić po ulicy, parku czy plaży bez maseczki, ale tylko zachowując odpowiedni dystans społeczny. Maseczki wciąż są obowiązkowe m.in. w sklepach, autobusach i tramwajach, kościołach, urzędach oraz w teatrach i kinach. 6 czerwca rozpoczął się czwarty, ostatni etap odmrażania gospodarki. Wtedy działalność wznowiły m.in. siłownie i salony masażu, możliwa jest organizacja wesel, a także targów, wystaw i kongresów, ale w ścisłym reżimie sanitarnym.

Znoszenie kolejnych ograniczeń jest możliwe, ponieważ w większości województw (za wyjątkiem Śląska, Mazowsza i Wielkopolski) liczba zachorowań spada. Jednak rząd podkreśla, że mimo rezygnacji z wielu obostrzeń jedna zasada pozostaje nadal aktualna: wciąż trzeba zachować szczególną ostrożność w kontaktach z innymi.

– Znoszenie ograniczeń w naszym kraju absolutnie nie oznacza, że zagrożenie zakażeniem koronawirusem zniknęło i że możemy pozwolić sobie na nieostrożność, np. nienoszenie maseczek. Nadal musimy się chronić, przestrzegać zasad bezpieczeństwa i zachowywać się rozsądnie – zwłaszcza gdy mamy kontakt z większą liczbą osób w małych, zamkniętych pomieszczeniach – mówi Iwona Sołtys.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/sytuacja-epidemiologiczna,p754153251

Firmy nie porzuciły inwestycji w rozwiązania informatyczne. Dzięki temu branża uniknęła kryzysu

Branża IT jak na razie obronną ręką wychodzi z gospodarczych turbulencji wywołanych przez pandemię SARS-CoV-2. W kwietniu, mimo zamrożenia gospodarki, przychody prawie połowy firm z tego sektora wzrosły, a co trzecie przedsiębiorstwo zatrudniło nowych pracowników – wynika z badania Just Join IT. W nadchodzącym czasie kondycja branży IT będzie zależeć głównie od ogólnej koniunktury i sytuacji finansowej przedsiębiorstw, które korzystają z jej usług. Te – jeśli już myślą o inwestowaniu – zamierzają przeznaczać środki właśnie na rozwój swoich systemów informatycznych.

– Branża IT już przed kryzysem była branżą, gdzie się dobrze zarabia, są wysokie marże i ciekawe projekty. Firmy IT, które wchodzą w ten kryzys przygotowane, są dobrze zarządzane, mają oszczędności, bo wcześniej dobrze im szło, nie wyjdą z niego zbytnio poturbowane. Co więcej, duża część tych bilionów złotych uwolnionych na ratowanie gospodarki znajdzie ujście właśnie w technologiach IT, bo firmy będą chciały te technologie wdrażać – mówi agencji Newseria Biznes Konrad Weiske, prezes zarządu SpyroSoftu.

Jak podkreśla, w czasie kryzysu w wielu firmach zarządzanie przejęli dyrektorzy finansowi – pojawiła się presja na przejściowe obniżanie wynagrodzeń i stawek za usługi.

My na to reagujemy pozytywnie. Mówimy: „dobra, przejdźmy przez ten kryzys razem. Wszystkich nas to dotyczy, jesteśmy w stanie się trochę ugiąć, wy nam to później jakoś wynagrodzicie i dogadamy się”. I to jest najczęstsza postawa firm z branży – mówi Konrad Weiske.

Jak wynika z „Barometru ITX”, pierwszego cyklicznego badania koniunktury w polskim IT zrealizowanego przez Just Join IT, w kwietniu mimo pandemii przychody blisko połowy firm z sektora IT (44 proc.) wzrosły. Co trzecia nie odnotowała zmian, a 26 proc. odnotowało spadek przychodów.

Sytuacja wygląda dobrze również w przypadku zamówień: w kwietniu 41 proc. firm odnotowało wzrost liczby nowych zleceń w stosunku do poprzedniego miesiąca (w 29 proc. zostało bez zmian, a 30 proc. firm odnotowało spadek). Zatrudnienie na dotychczasowym poziomie utrzymała dokładnie połowa firm, a co trzecia (34 proc.) nawet zwiększyła liczbę pracowników. Większość (85 proc.) nie obniżyła też tzw. billable rate, czyli stawki godzinowej oferowanej pracownikom. Badanie pokazuje za to, że prawie co piąta firma (18 proc.) obniżyła w kwietniu ceny swoich usług i produktów.

Prezes SpyroSoftu ocenia, że kondycja branży IT w kolejnych miesiącach będzie uzależniona od ogólnej koniunktury i sytuacji finansowej przedsiębiorstw, które korzystają z jej usług. Majowe badanie Krajowego Rejestru Długów wskazuje, że strach przed recesją powstrzymuje firmy przed inwestowaniem: zdecydowana większość (78 proc.) nie planuje ich w najbliższych trzech miesiącach. O inwestycjach myśli tylko 12,3 proc. przedsiębiorstw. Te chcą przede wszystkim kupić nowy sprzęt i maszyny (54,5 proc.), ale 1/3 z nich zamierza również rozwijać systemy IT, tj. strony internetowe, aplikacje i sklepy online.

 Firmy na pewno będą w trudnej sytuacji finansowej. To martwi zwłaszcza w kontekście konkurencji międzynarodowej. Przedsiębiorstwa w Polsce są stosunkowo niewielkie i otrzymują dosyć małą pomoc od rządu. Zachodnie firmy, np. w Niemczech czy Szwecji, otrzymają o wiele większą pomoc i będą lepiej przygotowane do konkurowania po tym kryzysie – podkreśla Konrad Weiske. – Dla firm takich jaka nasza, opartych głównie na eksporcie, ta sytuacja może nie stanowić aż takiego problemu. Jednak dla przedsiębiorstw nastawionych na rynek krajowy będzie on znaczący.

Z drugiej strony łatwiejsze może być pozyskanie zleceń z rynków zagranicznych. Zamknięcie granic i konieczność pracy zdalnej pokazała firmom na całym świecie, że wiele projektów jest możliwych do realizacji całkowicie zdalnie. Jak podkreśla ekspert, na tym trendzie powinny skorzystać przedsiębiorstwa IT z Polski i regionu Europy Środkowo-Wschodniej.

W obecnej sytuacji obiektywnie najlepsze dla klientów są rozwiązania chmurowe, chmury publiczne. Jeżeli klient wcześniej miał wątpliwości, to teraz już ich raczej nie ma, bo bez tych rozwiązań nie jest w stanie nawet pracować zdalnie. Technologie chmurowe mają wielką przyszłość – zwłaszcza w takim kraju jak Polska, gdzie zdecydowana większość firm jeszcze w ogóle z nich nie korzysta – mówi prezes SpyroSoftu. – Koronawirus pokazał, że edukacja, sądy, część administracji publicznej nie poradziły sobie w nowej sytuacji, bo nie używały chmur publicznych i innych zaawansowanych rozwiązań IT.

Jak podkreśla, na tego typu inwestycje może sobie pozwolić coraz więcej firm, bo koszty ich wdrażania znacząco spadły na przestrzeni ostatnich lat. I to mimo wzrostu kosztów wynagrodzeń.

– Tu problemem nie są finanse, tylko umiejętność wdrożenia danego rozwiązania. Na wagę złota będzie doradztwo technologiczne i product design. Na tym polu rozegra się walka, czy firmy będą w stanie zaproponować swoim klientom takie rozwiązania – mówi Konrad Weiske.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/firmy-nie-porzucily,p1486127346

Polacy pracują nad hełmem mającym pomóc osobom z niewydolnością oddechową. Będzie stosowany także w leczeniu chorych na COVID-19

Polscy naukowcy pracują nad hełmami do wentylacji nieinwazyjnej, które pomogą  pacjentom z COVID-19. Mogą być zastosowane we wczesnym stadium niewydolności oddechowej. Dzięki hełmom można podać tlen w wyższym stężeniu i pod ciśnieniem do pęcherzyków płucnych, co pozwoli pacjentom na skuteczniejszą wymianę gazową. Badania wykazują, że zastosowanie tego rodzaju hełmów może zmniejszyć liczbę pacjentów wymagających intubacji i prowadzenia wentylacji mechanicznej za pomocą respiratora.

– Działanie hełmu do wentylacji nieinwazyjnej polega na tym, że tworzymy wokół głowy pacjenta pod ciśnieniem mieszaninę powietrza i tlenu. Pozwala to choremu na łatwiejsze nabieranie powietrza, a jednocześnie pokonywanie ciśnienia na wydechu w pewien sposób pomaga leczyć zapalenie płuc. Taką metodę możemy zastosować u pacjentów chorujących na COVID-19, kiedy dodatkowo zależy nam na ograniczeniu kontaktu z wydychanym przez nich powietrzem – tłumaczy agencji Newseria Innowacje Łukasz Wróblewski z II Kliniki Anestezjologii i Intensywnej Terapii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Warszawski Uniwersytet Medyczny z pomocą Wojskowej Akademii Technicznej i Politechniki Warszawskiej oraz we współpracy z Wydziałem Wzornictwa Przemysłowego Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie pracuje nad hełmami do wentylacji. Dotychczas podobne hełmy były w Polsce rzadko stosowane, przede wszystkim ze względu na dość wysoką cenę. Nowo opracowane modele mogą być znacznie tańsze, w dużej mierze ze względu na drukowanie w 3D części materiałów.

– Hełm do wentylacji jest prostą torbą, workiem foliowym, który jest dopasowany do średniej wielkości głowy pacjenta. Kluczowe jest jego dno, którego zadaniem jest doszczelnienie się wokół szyi pod wpływem ciśnienia. Istotne są połączenia z otoczeniem zewnętrznym, czyli zastawka i elementy wlotowe i wylotowe, które w tej chwili są drukowane metodą 3D i wgrzewane w hełm – tłumaczy Łukasz Wróblewski.

Obecnie naukowcy koncentrują się na kontrolowaniu poziomu tlenu i dwutlenku węgla wewnątrz hełmu oraz utrzymywaniu akceptowalnego poziomu hałasu generowanego przez wdmuchiwaną mieszaninę powietrza i tlenu. Dotychczas powstały pierwsze prototypowe urządzenia, ale jeśli wejdą na rynek, mogą ułatwić leczenie pacjentów z niewydolnością oddechową w przebiegu COVID-19, kiedy to w pęcherzykach płucnych gromadzi się płyn.

– Terapia polegająca na podawaniu mieszaniny tlenu i powietrza pod ciśnieniem do tych pęcherzyków pozwala pacjentom utrzymać wentylację, wymianę gazową. Przy COVID-19 analogicznie do innych ostrych niewydolności oddechowych użycie tej metody jest uzasadnione. W swoim mechanizmie podwyższonego ciśnienia umożliwia ona pacjentom utrzymanie optymalnej wymiany gazowej i daje szansę na uniknięcie podłączenia do respiratora – wskazuje ekspert.

Już w 2016 roku naukowcy z University of Chicago Medicine przeprowadzili badanie wykazujące, że używanie tego typu hełmów pomaga krytycznie chorym pacjentom z niewydolnością oddechową i może zapobiec konieczności intubacji i wentylacji mechanicznej za pomocą respiratora. Pacjenci, u których zastosowano hełmy, wymagali krótszego pobytu na oddziale intensywnej terapii.

– Wstępne doniesienia z Włoch i Stanów Zjednoczonych pokazują, że pacjenci z umiarkowaną niewydolnością oddechową rzeczywiście odnoszą korzyść ze wsparcia oddechowego, które możemy im zaproponować, używając hełmu do wentylacji – wskazuje Łukasz Wróblewski. – Wierzę, że jeżeli rozpropagujemy tę metodę wśród anestezjologów i pulmonologów, znajdzie ona zastosowanie jak każda inna metoda, którą stosujemy w leczeniu tego rodzaju chorób.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/polacy-pracuja-nad,p2143481004

Pandemia przyspiesza cyfryzację sektora finansowego. Sztuczna inteligencja i systemy chmurowe unowocześnią bankowość [DEPESZA]

Pandemia koronawirusa przyspieszyła cyfryzację sektora finansowego. Z najnowszego raportu „Forging new frontiers: advanced technologies will revolutionize banking” opracowanego przez firmę analityczną Economist Intelligence Unit wynika, że aż 45 proc. banków przymierza się do przejścia na w pełni cyfrowy model zarządzania oraz zintegrowania własnego systemu informatycznego z rozwiązaniami firm trzecich. Jednym z motorów napędowych bankowości przyszłości mają być rozwiązania z zakresu sztucznej inteligencji, które ułatwią wymianę informacji z klientem.

– Banki już znajdowały się pod ogromną presją nowych konkurentów, bieżących regulacji i spowolnienia wzrostu zysków, co nasiliło się w wyniku pandemii. Nasz raport podkreśla, że ​​kadra kierownicza wyższego szczebla uważa, że ​​nowe technologie, takie jak sztuczna inteligencja, będą miały największy wpływ na bankowość w nadchodzących latach. W miarę postępującej cyfryzacji bankowości te nowe technologie mogą pomóc bankom w walce z fintechową konkurencją i uzyskaniu przewagi konkurencyjnej – przekonuje Max Chuard, prezes zarządu Temenos.

Z badań przeprowadzonych na potrzeby raportu Temenos wynika, że aż 77 proc. przedstawicieli sektora finansowego uzależnia przetrwanie banków w dobie koronawirusa od wdrożenia rozwiązań z zakresu sztucznej inteligencji. 66 proc. menedżerów twierdzi, że wzrost zainteresowania technologią uczenia maszynowego utrzyma się na rynku co najmniej do 2025 roku i to sztuczna inteligencja będzie głównym motorem napędowym tego sektora gospodarki.

Według 32 proc. ankietowanych technologia SI sprawdzi się przede wszystkim do poprawy relacji z klientem. Z kolei 31 proc. respondentów widzi w niej potencjał do stworzenia skuteczniejszych narzędzi marketingowych oraz przekonania klientów do przejścia z fizycznych do cyfrowych kanałów komunikacji.

Aby przeprowadzić cyfrową rewolucję w bankowości na szeroką skalę, konieczne będzie zainwestowanie w rozwiązania chmurowe. To one według 84 proc. badanych pozwolą na skuteczną transformację tego sektora gospodarki.

– Zaawansowana w chmurze technologia SI i wzbogacona funkcjonalność bankowości mogą pomóc bankom w dostarczaniu w najbliższym czasie wartości dodanej swoim klientom i przyspieszyć ich cyfrową transformację w celu zapewnienia zrównoważonego wzrostu w przyszłości. Tendencje w zakresie bankowości cyfrowej, chmury i modeli SaaS (oprogramowania jako usługi – przyp.red.) będą bardziej wyraźne – w nowych realiach zapotrzebowanie na nowoczesne technologie bankowe będzie większe niż kiedykolwiek – twierdzi Max Chuard.

Na rynku widoczne są już pierwsze oznaki inteligentnej rewolucji w bankowości. Z narzędzi SI skorzystał m.in. bank PKO, który wdrożył do swojej aplikacji mobilnej asystenta głosowego automatyzującego proces komunikacji z klientem. Narzędzie wyszkolono za pośrednictwem technologii uczenia maszynowego, dzięki czemu jest w stanie zrozumieć ok. 90 tys. zwrotów. Za pośrednictwem asystenta można złożyć dyspozycję przelewu, sprawdzić stan konta, historię wydatków, zapłacić BLIK-iem czy doładować telefon.

Z kolei Wojciech Sobieraj, założyciel Alior Banku, uruchomił w Belgii pierwszy bank napędzany sztuczną inteligencją. W Aion Banku klasycznych konsultantów zastąpiły chatboty, dostęp do konta opłacany jest w modelu subskrypcyjnym, a za zarządzanie finansami odpowiada MoneyMax – inteligentne narzędzie wyszukujące najlepsze lokaty czy oferty promocyjne na najczęściej wybierane produkty.

Potencjał sztucznej inteligencji docenili także inżynierowie z firmy Provema, którzy zaprojektowali zautomatyzowane narzędzie do oceny ryzyka finansowego. Oprogramowanie gromadzi i dogłębnie analizuje dokumenty przedstawione przez klienta, skracając proces wydania decyzji kredytowej z kilku minut do kilku sekund.

– Banki detaliczne, korporacyjne i prywatne były już pod presją, aby szybko wdrażać nowe technologie, by móc konkurować z tzw. big techami i fintechami i dostarczać klientom nowe doznania cyfrowe. Teraz, gdy bankowość cyfrowa rośnie w wyniku kryzysu koronawirusa, zadanie to jest bardziej palące niż kiedykolwiek – przekonuje Pete Swabey z Economist Intelligence Unit, które przygotowało raport na zlecenie Temenos.

Według firmy badawczej Research and Markets wartość globalnego rynku fintechów do 2023 roku wzrośnie do blisko 306 mld dol. W najbliższych latach ma on się rozwijać w tempie ponad 22 proc. w skali roku.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/pandemia-przyspiesza,p64820097

WHO: Istnieje związek między objawami COVID-19 a ilością wirusa w organizmie. Osoby bezobjawowe nie napędzają pandemii w poszczególnych krajach

Na całym świecie zakażonych SARS-CoV-2 zostało już ponad 7,805 mln osób, a ponad 431 tys. zmarło. Według informacji, którymi dysponuje WHO, od 6 do nawet 40 proc. chorych przechodzi jednak infekcję łagodnie lub bez objawów. Wciąż trwają badania, które mają wykazać, na ile tacy pacjenci przyczyniają się do rozprzestrzeniania koronawirusa. – Wiemy, że istnieje związek między objawami a ilością wirusa w organizmie oraz zdolnością do zakażania – podkreśla ekspertka WHO Paloma Cuchi.

Koronawirus pojawił się zaledwie kilka miesięcy temu, więc wielu rzeczy na jego temat dopiero się dowiadujemy. Jedną z nich jest informacja, że są osoby, które nie mają żadnych objawów albo znajdują się w przedklinicznej fazie choroby, określanej jako bardzo łagodna, która wiąże się jedynie z gorszym samopoczuciem. Nie wiemy jeszcze, jaki jest wkład tych pacjentów bezobjawowych w rozprzestrzenianie się infekcji, ta kwestia jest przedmiotem ciągłych badań – mówi Paloma Cuchi, przedstawicielka Światowej Organizacji Zdrowia w Polsce.

Jak wskazuje, według obecnej wiedzy nowe zakażenia wirusem SARS-CoV-2 przypisuje się wyłącznie tym pacjentom, którzy wykazują objawy choroby. We wszystkich krajach trwają obecnie badania dotyczące tego, w jakim stopniu osoby, które przechodzą infekcję łagodnie lub bezobjawowo, przyczyniają się do jej rozprzestrzeniania.

Wiemy, że istnieje związek między objawami a ilością wirusa w organizmie oraz zdolnością do zakażania – mówi ekspertka.

Zgodnie z mapą WHO na całym świecie zakażonych koronawirusem zostało już ponad 7,805 mln osób, a ponad 431 tys. zmarło. Największymi ogniskami choroby są w tej chwili Stany Zjednoczone (na które przypada już prawie 30 proc. dotychczasowych zakażeń), Rosja i Brazylia. Gwałtownie rośnie też liczba nowych zakażeń w Indiach, które wyprzedziły Wielką Brytanię i są w tej chwili na czwartym miejscu pod względem liczby zachorowań na COVID-19.

W Polsce zakażonych koronawirusem zostało dotąd blisko 30 tys. osób, a bilans ofiar to 1256 pacjentów. Według danych Ministerstwa Zdrowia w tej chwili w szpitalach hospitalizowanych jest 1736 pacjentów z COVID-19, a 78 z nich korzysta z respiratorów. Dotychczas wyzdrowiało blisko 14,4 tys. osób. Kwarantanną jest objętych ponad 94,5 tys., a prawie 18 tys. podlega nadzorowi sanitarno-epidemiologicznemu. Najwięcej nowych zachorowań przybywa na Śląsku, ale lokalne ogniska COVID-19 pojawiają się w całej Polsce.

Choroba wywołana przez wirus SARS-CoV-2 najczęściej objawia się gorączką, kaszlem, dusznościami, bólami mięśni i zmęczeniem. Wirus może jednak powodować nieswoiste objawy, jak np. zaburzenia smaku i węchu. Szczególnie niebezpieczny jest dla osób starszych, z osłabioną odpornością i cierpiących na inne, przewlekłe schorzenia, takie jak np. cukrzyca, nadciśnienie, choroby płuc i układu sercowo-krążeniowego. Z kolei wśród młodych i zdrowych osób choroba w wielu przypadkach przebiega łagodnie lub całkowicie bezobjawowo.

Jest niewiele informacji na temat osób, które nie mają żadnych objawów i ilości wirusa w ich organizmach. Nie wiemy też, jakie jest prawdopodobieństwo przeniesienia przez nie infekcji na inną osobę. Nie mamy jeszcze danych liczbowych, ponieważ są to dopiero szacunki, a ich zakres jest zbyt duży. Pojawiają się nowe badania, więc dopiero po przeprowadzeniu ich większej liczby będziemy w stanie określić, ile jest takich osób i w jakim stopniu zarażają one innych. Z całą pewnością można jednak stwierdzić, że osoby bezobjawowe nie przyczyniają się do rozwoju pandemii w poszczególnych krajach – mówi Paloma Cuchi.

Wskazuje, że szacunki dotyczące liczby osób, które przechodzą COVID-19 bezobjawowo, wahają się od 6 do nawet 40 proc., więc zakres danych z poszczególnych państw jest na razie bardzo duży. Wynika to z faktu, że badania identyfikujące osoby przechodzące koronawirusa bezobjawowo są bardzo rzadkie.

Wiemy, że osoby, które nie mają objawów, w pewnym stopniu przyczyniają się do nowych zakażeń, ale nie znamy dokładnych wartości. Dlatego jeżeli ktoś znajduje się w miejscu, w którym nie może zachować dystansu fizycznego ponad 1 m, powinien używać maski. Są również osoby doświadczające łagodnych objawów, takich jak ogólne złe samopoczucie czy zaburzenia węchu, oraz pacjenci z pełnymi objawami, o których wiemy, że mają dużą ilość wirusa w organizmie i na pewno mogą zarażać innych. Jednak nadal nie wiemy, jaka jest możliwość zarażenia się od osób, u których objawy są łagodne lub nie ma ich wcale. Ta kwestia wciąż pozostaje otwarta – mówi przedstawicielka WHO w Polsce.

Jak podkreśla, środki bezpieczeństwa takie jak utrzymywanie bezpiecznej odległości, częste mycie rąk, wykonywanie testów u osób, które mają objawy, identyfikacja tych, które miały z nimi kontakt, oraz izolacja i kwarantanna pozwalają zachować kontrolę nad pandemią. To, że w populacji występują również osoby przechodzące infekcję łagodnie lub bezobjawowo, nie powinno mieć wpływu na te środki bezpieczeństwa i tym bardziej nie zwalnia z ich stosowania.

Wiele krajów wykonuje obecnie badania na obecność przeciwciał, które dadzą nam więcej informacji na temat tego, kto jest zakażony, choć nie wystąpiły u niego objawy. Jeśli natomiast chodzi o przenoszenie wirusa  potrzebujemy więcej informacji. Podejmowane działania pozostają bez zmian. Im więcej krajów prowadzi testy, tym bardziej skuteczna kontrola pandemii. Badania muszą być jednak odpowiednio ukierunkowane: należy zidentyfikować odpowiednie osoby i wykonać testy zarówno u nich, jak i u osób, z którymi miały kontakt – podkreśla Paloma Cuchi.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/who-istnieje-zwiazek,p414707166