Infrastruktura ciepłownicza w polskich miastach wymaga modernizacji. Pandemia nie wpłynie na poziom inwestycji

Ciepłownictwo stoi przed koniecznością transformacji i dużych inwestycji w infrastrukturę, co wynika m.in. z coraz bardziej restrykcyjnych norm środowiskowych. Wytwórcy energii i ciepła współpracują z samorządami z całej Polski, by modernizować lokalne systemy ciepłownicze i budować nowe, bardziej proekologiczne źródła. W ubiegłym tygodniu spółka PGE Energia Ciepła podpisała z władzami Sanoka porozumienie, które dotyczy inwestycji w rozwój tamtejszej infrastruktury ciepłowniczej. Nowa inwestycja będzie ekologiczna i efektywna ekonomicznie, co przełoży się też na niższe ceny ciepła dla mieszkańców i poprawi jakość powietrza w regionie. Procesu inwestycyjnego w polskich miastach nie powstrzymała również pandemia koronawirusa.

– Pandemia dotknęła ciepłownictwo, podobnie jak każdą inną gałąź gospodarki. Wiele obiektów typu szkoły, internaty, akademiki zostało zamkniętych, a to są nasi odbiorcy ciepła. Jednak jesteśmy do tego przyzwyczajeni, bo każdego roku pogoda także rzutuje na wielkość naszych przychodów. Jedyny problem może się pojawić ze strony firm wykonawczych, ale obecnie nie mamy sygnałów, aby mogło to wpływać na prowadzone przez nas inwestycje – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Przemysław Kołodziejak, p.o. prezesa zarządu, PGE Energia Ciepła.

Polska ma jedną z najlepiej rozwiniętych sieci ciepłowniczych w Europie, liczącą prawie 21,5 tys. km. Ten sektor stoi jednak przed koniecznością transformacji i dużych inwestycji, co wynika zarówno z przestarzałej infrastruktury (według danych Forum Energii ok. 80 proc. sieci ciepłowniczych w Polsce jest nieefektywnych energetycznie), jak i coraz bardziej restrykcyjnych norm środowiskowych. Ciepłownictwo zużywa ok. 26 mln ton węgla rocznie, a Polska jest zobowiązana do uczestnictwa w osiąganiu wspólnych celów Unii Europejskiej i redukcji emisji gazów cieplarnianych w ciepłownictwie i energetyce o 43 proc. do 2030 roku (w stosunku do poziomu z 2005 roku). Dlatego też udział OZE w polskim ciepłownictwie, który sięga na razie kilkunastu procent, ma stopniowo wzrastać, m.in. poprzez wykorzystanie biopaliw stałych, biogazy czy odpadów komunalnych.

– Cała nasza grupa zmierza w zielonym kierunku z poszanowaniem konwencjonalnej podstawy. Ciepłownictwo z natury rzeczy jest bardziej potrzebne zimą, przy mniejszym nasłonecznieniu, w związku z czym wciąż są potrzebne paliwa kopalne. Dlatego gaz jest przez nas traktowany jako paliwo przejściowe, ale oprócz tego do swojego miksu energetycznego włączamy również odnawialne źródła energii – mówi Przemysław Kołodziejak.

W ramach programu inwestycyjnego PGE Energia Ciepła współpracuje z samorządami z całej Polski w celu modernizacji lokalnych systemów ciepłowniczych i budowy nowych źródeł kogeneracyjnych. Ma to umożliwić mieszkańcom rezygnację z przydomowych instalacji grzewczych i podłączanie się do miejskiego systemu ciepłowniczego, co przyczyni się do znacznego ograniczenia emisji tlenków siarki, azotu oraz pyłów.

 Ciepło ma charakter lokalny, więc siłą rzeczy musimy współpracować z lokalnymi społecznościami, które z niego korzystają. Realizujemy zadanie własne gminy polegające na zaopatrzeniu w ciepło. Wytwarzamy je w sposób ekologiczny i bezpieczny, a ciepło systemowe jest bardzo wygodne w korzystaniu i nie niesie ze sobą żadnych zagrożeń – podkreśla p.o. prezesa zarządu PGE Energia Ciepła.

W ubiegłym tygodniu spółka podpisała list intencyjny z władzami Sanoka oraz Sanockim Przedsiębiorstwem Gospodarki Komunalnej. Porozumienie zakłada rozwój istniejącego systemu ciepłowniczego i zapewnienie bezpieczeństwa dostaw ciepła w mieście. Na jego podstawie PGE Energia Ciepła przygotuje analizę możliwości inwestycji w rozwój infrastruktury ciepłowniczej w Sanoku. Jednym z rozważanych przez nią scenariuszy jest budowa niskoemisyjnego źródła kogeneracyjnego, które będzie wytwarzać ciepło w skojarzeniu z energią elektryczną. To jedna z najbardziej ekologicznych metod, która przyczynia się do walki z problemem niskiej emisji.

 Obecna instalacja emituje ponad 25 tys. ton CO2 rocznie, dlatego widzimy potrzebę szybkiego przemodelowania wewnętrznych źródeł energii w kierunku OZE. Liczymy, że współpraca z PGE Energia Ciepła pozwoli nam osiągnąć ten cel i ograniczyć emisję CO2 oraz utrzymać ceny za ciepło na poziomie akceptowalnym dla mieszkańców – mówi Dominik Witek, prezes Sanockiego Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej.

Zakład ciepłowniczy w Sanoku wybudowano jeszcze w latach 70., do produkcji ciepła jest w nim wykorzystywany głównie węgiel. Emisja ok. 25 tys. ton dwutlenku węgla rocznie przekłada się na milionowe koszty, które muszą ponosić także mieszkańcy. Wzrost cen uprawnień do emisji CO2 spowoduje, że ceny za podgrzanie wody i centralne ogrzewanie dodatkowo wzrosną, dlatego miastu zależy, żeby nowa inwestycja była bardziej ekologiczna i efektywna ekonomicznie.

 Jako samorząd nie jesteśmy w stanie udźwignąć wielu inwestycji, część z nich już została zahamowana, a nasz budżet został uszczuplony o kolejne miliony przez sytuację z koronawirusem. Dlatego współpraca z takim potentatem jak PGE Energia Ciepła jest dla nas szansą dalszego rozwoju – podkreśla burmistrz Sanoka Tomasz Matuszewski. – Sanok jest bramą do Bieszczad i od zawsze jest kojarzony z czystym środowiskiem i czystym powietrzem. Chcemy, żeby był miastem ekologicznym, ale w tym celu musimy wprowadzać zieloną energię. W jej dostarczeniu może pomóc właśnie ta wspólna inicjatywa.

Jak dotąd spółka PGE Energia Ciepła podpisała już kilkanaście podobnych listów intencyjnych i porozumień dotyczących rozwoju lokalnej infrastruktury (m.in. w Biłgoraju, Chełmie, Kartuzach, Kołobrzegu, Nowym Sączu i Wadowicach). To element Strategii Ciepłownictwa Grupy Kapitałowej PGE na lata 2018–2023 z perspektywą do 2030 roku, zgodnie z którą grupa chce stać się liderem zmian środowiskowych w sektorze poprzez prowadzenie działań wspierających walkę o czyste powietrze w polskich miastach.

 Pakiet inwestycyjny w horyzoncie do 2024 roku liczy prawie 6 mld zł. W tej chwili największą naszą inwestycją jest budowa nowej elektrociepłowni w mieście Siechnice pod Wrocławiem. Jest to projekt wart ok. 800 mln zł – wskazuje Przemysław Kołodziejak.

Należąca do Grupy PGE spółka jest największym w Polsce producentem ciepła i energii elektrycznej wytwarzanych w procesie wysokosprawnej kogeneracji, z ok. 25-proc. udziałem w tym rynku. Należy do niej 13 elektrociepłowni i sieci ciepłownicze o długości ok. 609 km.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/infrastruktura,p565342803

Fotowoltaiczne innowacje zmienią oblicze nowoczesnego budownictwa. Pozwolą tworzyć zeroemisyjne hotele czy biurowce

Wejście na rynek fotowoltaiczny firmy Tesla zwróciło uwagę na potencjał tej technologii w branży mieszkaniowej. O wykorzystaniu paneli fotowoltaicznych w budownictwie coraz częściej myśli się już na etapie planowania, zwłaszcza w przypadku budynków dążących do zeroemisyjności. W realizacji tego przedsięwzięcia pomogą m.in. panele zintegrowane z dachówkami czy materiały nowej generacji, które pozwolą zainstalować systemy fotowoltaiczne na dachach pojazdów bądź w oknach biurowców.

– Wykorzystanie fotowoltaiki w budownictwie daje możliwość zastąpienia tradycyjnych paneli dachówką fotowoltaiczną, szybami fotowoltaicznymi czy farbą, która jest w stanie produkować energię. W związku z powyższym mówimy o rozwoju technologii, która będzie się wpisywała w sposób integralny w istniejącą architekturę budynków, jednocześnie przyczyniając się do ich zeroemisyjności – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Michał Skorupa, prezes Foton Technik Grupy Innogy.

SolarCity, spółka córka firmy Tesla, już w 2016 roku wprowadziła do sprzedaży pierwsze dachówki zintegrowane z panelami fotowoltaicznymi, a na przestrzeni czterech lat znacząco usprawniła proces produkcyjny. Dachówki nowej generacji mają być najtańszym domowym systemem fotowoltaicznym dostępnym na amerykańskim rynku. Według raportu Solar Energy Industries Association w pierwszym kwartale 2020 roku koszt instalacji paneli konsumenckich wynosił 2,83 dol. na jeden wat wyprodukowanej energii, zaś instalacja paneli od SolarCity to wydatek rzędu 1,89 dol./W.

Do popularyzacji paneli fotowoltaicznych włączyła się Unia Europejska, która widzi w zielonej energii narzędzie do walki z kryzysem klimatycznym. Unijne cele klimatyczno-energetyczne zakładają, że do 2030 roku udział OZE w produkcji energii elektrycznej w UE ma wzrosnąć do poziomu 32 proc. W osiągnięciu tego celu mają pomóc środki z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego, które w Polsce rozdysponowywano m.in. za pośrednictwem programu Mój Prąd skierowanego do odbiorców indywidualnych.

– Kluczowe są dwie zmienne: legislacja oraz różnego rodzaju systemy wsparcia poprzez dotacje czy programy pożyczkowe redystrybuowane choćby przez Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. W sposób skokowy rośnie efektywność modułów fotowoltaicznych, a jednocześnie maleje tzw. cena za wat pik mocy zainstalowanej wyprodukowanej przez dany moduł – tłumaczy ekspert.

Na polskim rynku w instalacje fotowoltaiczne zintegrowane z budynkami inwestuje m.in. ML System. Firma wyspecjalizowała się w produkcji fotowoltaicznych systemów fasadowych, lamp, zadaszeń, świetlików, a także szyb nowej generacji, w tym szyb zespolonych ze zintegrowanym panelem. W upowszechnieniu się paneli fotowoltaicznych mogą pomóc programy partnerskie wdrożone m.in. przez Foton Technik. Firma daje swoim klientom gwarancję na obniżenie rachunków za zużycie energii elektrycznej i zobowiązuje się do zwrotu ewentualnej różnicy w opłacie za prąd.

Z raportu „Rynek Fotowoltaiki w Polsce 2020” autorstwa ekspertów Instytutu Energetyki Odnawialnej wynika, że do końca 2020 roku obrót na rodzimym rynku fotowoltaicznym może osiągnąć wartość 5 mld zł. Do rozkwitu tego sektora gospodarki miały przyczynić się m.in. ulgi podatkowe oraz programy unijne dofinansowujące domowe instalacje słoneczne.

– Dzisiaj tę technologię wykorzystuje się w normalnych oknach, szybach okiennych przy zastosowaniu technologii perowskitów. Jest to nowa technologia i istotnym elementem dla jej dalszej popularyzacji jest poprawa jej efektywności i sprawności produkcyjnej. Najbardziej popularne są tzw. carporty, czyli wykorzystanie ogniw fotowoltaicznych do pokrycia zadaszeń nad stanowiskami dla samochodów w celu zasilenia słupków do ładowania aut elektrycznych lub oświetlenia parkingowego – wskazuje Michał Skorupa.

Z perowskitami eksperymentują m.in. inżynierowie z firmy Panasonic, którzy planują wykorzystać ten przyszłościowy materiał do wytwarzania powlekanych paneli fotowoltaicznych o grubości nieprzekraczającej 2 mm. Ich efektywność szacowana jest na 16,1 proc. a dzięki niewielkiej wadze można zastosować je tam, gdzie nie sprawdzą się znacznie cięższe, klasyczne panele fotowoltaiczne.

Do inwestowania w perowskity zachęcają również eksperci z Europejskiej Inicjatywy Perowskitowej. Organizacja planuje powołać do życia ogólnoeuropejski program badawczo-rozwojowy, który pozwoli wdrożyć proces produkcji paneli nowej generacji na szeroką skalę. Dzięki temu możliwe będzie produkowanie rozwiązań z branży Building PV przy wykorzystaniu lokalnego, europejskiego kapitału.

– Coraz częściej widzimy, że takie obiekty jak hotele czy budynki zeroemisyjne szukają rozwiązań, które stałyby się integralnymi elementami tych budynków. Nie można tego rynku lekceważyć z perspektywy dynamiki rozwoju całego segmentu, w najbliższych latach będziemy obserwować apogeum rozwoju technologii Building PV – przewiduje prezes Foton Technik Grupy Innogy.

Według analityków Allied Market Research wartość rynku paneli fotowoltaicznych w 2026 roku wyniesie 223,3 mld dol. i wykaże średnioroczny wskaźnik wzrostu na poziomie 20,5 proc.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/fotowoltaiczne-innowacje,p1768537747

Nowe technologie pomagają walczyć z koronawirusem. Coraz więcej firm sięga po sztuczną inteligencję, rozszerzoną rzeczywistość czy druk 3D

Pandemia koronawirusa sprawiła, że w szpitalach brakuje sprzętu ochronnego i medycznego. Pomóc w tym może druk 3D. Dlatego coraz więcej firm zajmujących się drukiem przestrzennym przestawia się na produkcję sprzętu ratującego życie. Polacy opracowali np. hełm do wentylacji, którego części zostały wydrukowane w 3D. W walce z koronawirusem pomaga też sztuczna inteligencja i rozszerzona rzeczywistość. Rozwija się również telemedycyna, na rynku pojawiły się np. testy do zdalnego wykrywania COVID-19.

– Wiele firm zwraca się z prośbą o możliwość wdrożenia jakichś elementów technologicznych opartych na druku 3D czy aplikacjach np. do monitorowania stanu pacjenta. Zaczęły się poszukiwania dobrych i tanich rozwiązań tego typu, których można użyć na dużą skalę i które umożliwiają również komunikację na pewną odległość – to rozwój telemedycyny, monitorowania pacjenta zdalnie. Ta gałąź zaczyna się mocno rozwijać – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje anestezjolog Łukasz Wróblewski z II Kliniki Anestezjologii i Intensywnej Terapii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Nowe technologie pomagają walczyć z pandemią. Ponieważ osoby z objawami COVID-19 lub przebywające na kwarantannie powinny ograniczyć bezpośrednie kontakty z innymi, w tym personelem służby zdrowia, to usługi online, umożliwiające pacjentom np. konsultację z lekarzem przez telefon, wideo lub bezpośrednią wiadomość, stają się coraz popularniejsze.

Coraz więcej krajów wdraża aplikacje nadzorujące smartfony, zaś sztuczna inteligencja pomaga rozpoznać chorych i pozwala przyspieszyć badania nad szczepionką i lekami na koronawirusa. Przykładem może być jeden ze szpitali w Chinach, który korzysta z systemu opartego na sztucznej inteligencji do skanowania tomografii komputerowej płuc. Z kolei Barabasi Lab łączy uczenie maszynowe z nauką sieci, aby znaleźć potencjalne leki przeciwko wirusowi. Firma Qvetus opracowała zaś algorytm, który pomaga szpitalom lepiej zarządzać zasobami.

– Dużo trudniejsze jest użycie tych technologii do stworzenia urządzeń dla pacjenta. Technologie muszą mieć certyfikację medyczną. To, co wytworzymy, musi być bezpieczne dla pacjenta. Stąd na pewno proces adaptacji nowych technologii jest dłuższy i trudniejszy, aczkolwiek jak najbardziej będą one przydatne – zauważa Łukasz Wróblewski.

Wzrosło też zastosowanie druku 3D. Belgijska firma zaprojektowała otwieracz do drzwi, który nie wymaga użycia rąk, a można go wydrukować w 3D. Formlabs, twórca i producent technologii druku 3D, codziennie produkuje do 100 tys. zestawów do pobierania wymazów. W tej technologii powstają już kabiny do kwarantanny, respiratory czy proste przyłbice ochronne. Polacy opracowali prototyp hełmu do nieinwazyjnej wentylacji, który pomoże w leczeniu chorych z niewydolnością oddechową i może zmniejszyć liczbę pacjentów wymagających zastosowania respiratora. Co istotne, niektóre elementy hełmu drukowane są w 3D. 

– To jest pewna odpowiedź na to, że w obecnej chwili na naszym rynku nie ma takich rozwiązań, a możemy je samodzielnie wygenerować. Dosiedli się też inni inżynierowie, którzy powiedzieli: obudujmy to elektroniką. Zatem jest potrzeba i nagle chce się szukać takich rozwiązań, które nie tylko się sprawdzą, ale też w dłuższej perspektywie doprowadzą do produktu, który będzie sprzedawany nie tylko w Polsce – mówi anestezjolog z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Rynek zautomatyzowanego druku 3D osiągnie do 2030 roku wartość blisko 10 mld dol. Analitycy ResearchandMarkets podają, że pomimo pandemii koronawirusa w najbliższych latach rynek ten będzie się rozwijał w tempie blisko 40 proc. średniorocznie.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/nowe-technologie-pomagaja,p2141734829

Kolejne epidemie mogą być groźniejsze niż SARS-CoV-2. Potrzeba nowych procedur i dużej reformy w służbie zdrowia

Ochrona zdrowia musi być przygotowana na kolejne kryzysy, bo eksperci są zgodni, że epidemie chorób zakaźnych będą coraz częstsze i bardziej dotkliwe niż koronawirus. Dlatego potrzebna jest gruntowna reforma systemu i wsparcie dla przeciążonego personelu medycznego, w które powinien zaangażować się również biznes. Taki jest cel inicjatywy My, Solidarni, która ma zapewnić pomoc medykom walczącym na pierwszej linii frontu z SARS-CoV-2. Do Sejmu ma niedługo trafić projekt ustawy, na mocy której państwowe spółki i instytucje publiczne będą mogły zaoferować medykom np. rabaty na stacjach benzynowych czy zniżki w placówkach kulturalnych i sportowych. Głównym filarem akcji ma być jednak solidarność na najniższym poziomie – po stronie społeczeństwa.

– To bardzo trudny okres dla kadry medycznej. Sytuacja pielęgniarek w czasie pandemii była szczególnie trudna, braki kadrowe w tej grupie zawodowej dodatkowo utrudniają działanie. Przeszkadzał nam przede wszystkim chaos decyzyjny i kompetencyjny. Pracownicy byli zamykani w zakładach pracy na kwarantannę i w tym czasie świadczyli pracę. Z jednej strony ich oklaskiwano i nazywano bohaterami, a z drugiej – kierowano na świadczenia przestojowe, które ograniczały ich wynagrodzenie do jednej trzeciej – mówi agencji Newseria Biznes Krystyna Ptok, przewodnicząca Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych.

Lekarze, pielęgniarki, ratownicy oraz pozostały personel medyczny tworzą pierwszy front w walce z pandemią wirusa SARS-CoV-2. Ostatnie miesiące pokazały, jak duże znaczenie ma ich praca dla ludzkiego zdrowia i bezpieczeństwa publicznego. Sytuacja medyków jest jednak szczególnie trudna. Obok przewlekłego stresu i obciążającej pracy muszą mierzyć się także z nawet 40-krotnie większym ryzykiem zakażenia SARS-CoV-2 i psychologicznymi skutkami wojny z pandemią.

– Na początku najbardziej doskwierały brak środków ochrony indywidualnej i złe zabezpieczanie pracowników. Sytuacja zaczęła się normalizować dopiero na początku maja – mówi Krystyna Ptok. – Zmniejsza się liczba zakażonych i przebywających na kwarantannie pielęgniarek, ale niestety cztery nasze koleżanki zmarły. W tej chwili zaopatrzenie w środki ochrony indywidualnej jest już dobre, natomiast nadal szwankują procedury. Krzywa wzrostu zachorowań trochę się spłaszcza, więc chcielibyśmy ujednolicenia wytycznych dotyczących sposobów postępowania, które płyną z Ministerstwa Zdrowia, Głównego Inspektoratu Sanitarnego i Głównego Inspektoratu Pracy. Należałoby wprowadzić jakieś wspólne standardy postępowania.

Jak podkreśla, w tej chwili medycy potrzebują przede wszystkim właściwych procedur i rozwiązań prawnych, które wyznaczą standardy postępowania i zagwarantują im możliwość bezpiecznego wykonywania swojej pracy.

– Przepisy powinny również regulować prawa pracowników w związku z zakażeniem SARS-CoV-2. Odległe skutki zachorowania wciąż są nam nieznane. Dlatego pracownicy, którzy zakazili się w miejscu pracy, powinni być rejestrowani i na tej podstawie mogliby później występować o orzeczenie choroby zawodowej czy o rentę – mówi przewodnicząca OZZPiP.

Pracujący w ciężkich warunkach personel medyczny na co dzień potrzebuje też wsparcia i społecznej solidarności. Tymczasem w ostatnich tygodniach sytuacja bywała wręcz odwrotna – lekarze czy pielęgniarki muszą mierzyć się z ostracyzmem czy wręcz agresją sąsiadów i pacjentów powodowaną lękiem przed przeniesieniem zakażenia. Ich przejawem były zdewastowane samochody czy obraźliwe wiadomości zostawiane medykom na klatkach schodowych.

– Nie doceniamy osób, które przeżywają właśnie najtrudniejsze doświadczenia zawodowe, które poświęcają swoje życie. Sytuację, której doświadczamy, należy postrzegać w kategoriach kryzysu prowadzącego do traumy, zarówno w wymiarze indywidualnym, jak i społeczno-kulturowym. Skala zmian, doświadczeń granicznych, przez które właśnie przechodzimy, zagrożenia życia i zdrowia oraz obrazów, którymi jesteśmy bombardowani – jak ciężarówki wywożące ciała umierających – prowadzi do traumy i szukania kozłów ofiarnych – mówi Konrad Ciesiołkiewicz, przewodniczący Komitetu Dialogu Społecznego KIG. – Jeżeli tak dalej pójdzie, nie będziemy mieli osób, które zechcą pełnić służbę państwu.

– To są ludzie, którzy bardzo ciężko pracują, ponadwymiarowo, narażają siebie i swoje rodziny. Dlatego powinni być wynagradzani odpowiednio do tego ryzyka i nakładu pracy. W tej chwili nie są, więc tu jest szerokie pole do działania – mówi Andrzej Arendarski, prezes Krajowej Izby Gospodarczej. – Druga sprawa to walka o dobre imię służby zdrowia, lekarzy, ratowników i pielęgniarek. Ci ludzie powinni być noszeni na rękach, a nie być ofiarami różnych nieprzyjemnych odruchów społecznych.

My, Solidarni to społeczna inicjatywa, która ma zapewnić pomoc i wsparcie medykom walczącym na pierwszej linii frontu z SARS-CoV-2. Jest wzorowana na podobnym programie skierowanym do weteranów polskiej armii. Inicjatywa opiera się na czterech filarach: administracji rządowej, samorządowej, przedsiębiorstwach i obywatelach. Niedługo do Sejmu ma trafić projekt ustawy, na mocy której państwowe spółki i instytucje publiczne będą mogły zaoferować medykom np. rabaty na stacjach benzynowych Orlenu czy zniżki w placówkach kulturalnych i sportowych. Podobną możliwość będą mieć samorządy. W akcję mogą włączyć się też prywatne firmy, oferując np. zniżki czy preferencyjne oferty i rabaty na swoje towary i usługi dla pracowników zawodów medycznych i ich rodzin.

– Chcieliśmy, żeby inicjatywa nie wyszła od środowisk medycznych, aby ktoś nie wziął tego za próbę budowania jakiegoś systemu przywilejów. Nie chodzi o to, żeby ktoś na tym zarobił – mówi prof. Paweł Kowal. – Chciałbym też podkreślić kwestie bezpieczeństwa prawnego, ubezpieczeń, pewnych gwarancji państwowych dla medyków. To jest umotywowane bezpieczeństwem kraju i możliwością, że w przyszłości będziemy mieli do czynienia z podobnymi albo gorszymi historiami.

Głównym filarem akcji ma być solidarność na poziomie społeczeństwa. Inicjatorzy podkreślają, że każdy może się włączyć – wystarczy zacząć od siebie, od udostępnienia miejsca w kolejce do apteki czy na poczcie, od prostego gestu życzliwości. W czasie pandemii i obecnego kryzysu bardzo ważne jest wsparcie, uznanie, zaufanie i zrozumienie dla pracowników medycznych oraz docenienie ich pracy.

Eksperci są zgodni, że epidemie chorób zakaźnych będą coraz częstsze. Ochrona zdrowia musi być przygotowana do kolejnych kryzysów. Dlatego potrzebna jest jej gruntowna reforma i wsparcie dla personelu medycznego – zarówno na poziomie rządowym, jak i społecznym.

– Musimy zbudować szeroki front, który będzie wspierał prawdziwą reformę służby zdrowia w Polsce. Bez tego nie damy sobie rady ani na co dzień, ani w przyszłości – podkreśla Andrzej Arendarski. – Gdybyśmy zostali skonfrontowani z podobną pandemią, ale wirus byłby dużo bardziej agresywny, wówczas skutki mogłyby być trudne do wyobrażenia. Trzeba już teraz temu przeciwdziałać. Służba zdrowia to zbyt poważna sprawa, żeby ją zostawiać politykom, bo oni zawsze chcą coś ugrać. Tutaj trzeba stworzyć pewien ruch społeczny, który na politykach wymoże zajęcie się zreformowaniem służby zdrowia na poważnie.

Według danych Ministerstwa Zdrowia od wybuchu w Polsce pandemii SARS-CoV-2 do 3 czerwca zakażenie stwierdzono u ponad 2,4 tys. pracowników ochrony zdrowia, w tym 660 lekarzy i 1659 pielęgniarek oraz 85 położnych, a 428 osób było hospitalizowanych lub w trakcie kwarantanny. To oznacza, że personel medyczny stanowi ok. 10 proc. wszystkich zakażonych. Pracownicy służby zdrowia są również szczególnie narażeni na psychologiczne skutki pandemii, co podkreśla też ONZ. Według danych przytaczanych przez Medicover 35 proc. z nich odczuwa traumatyczny stres, a 15 proc. cierpi na depresję.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/kolejne-epidemie-moga,p2066799989

Firmy ostrożnie planują inwestycje w kryzysie. Tylko 17 proc. chce angażować środki w rozwój [DEPESZA]

Ze względu na skutki pandemii większość firm, szczególnie z sektora MŚP, ostrożnie podchodzi do planowania inwestycji w warunkach gospodarczego spowolnienia. Nie mogą pozwolić sobie na zbędne i kosztowne projekty. Alternatywą jest wzięcie „na warsztat” już posiadanych rozwiązań i sprawdzenie, jak firma może lepiej wykorzystywać narzędzia IT, które ma w swoich zasobach. Przedsiębiorstwa mogą realizować mniejsze projekty i inwestować w niewielkie rozwiązania IT, ale przynoszące znaczące usprawnienia i oszczędności.

Trzymiesięczny lockdown wymusił wstrzymanie działalności wielu firm, co przełożyło się na straty finansowe. Z drugiej strony koronawirus wygenerował u nich dodatkowe koszty. W co 10. przedsiębiorstwie wydatki związane z dostosowaniem się do działalności w czasie pandemii stanowią nawet ponad 5 proc. budżetu kosztowego – wynika z badania Polskiego Forum HR („Bezpieczny powrót do pracy w nowej normalności”). Ponad połowa (53 proc.) firm spodziewa się w nadchodzących miesiącach zmniejszenia rentowności, a na ograniczenie możliwości prowadzenia działalności oraz wzrost cen towarów i usług wskazało kolejno 29 i 22 proc.

W takich warunkach – i wobec spodziewanego spowolnienia gospodarczego o nieznanej jeszcze skali – firmy ostrożnie podchodzą do planowania inwestycji. Jak wynika z ostatniej edycji badania „KoronaBilans MŚP” przeprowadzonego na zlecenie KRD, w najbliższych trzech miesiącach tylko 16,6 proc. planuje przeznaczyć pieniądze na rozwój. W tej grupie co czwarte przedsiębiorstwo zamierza zainwestować w systemy IT, aplikacje i sklepy internetowe.

Z zapytań klientów czy nawet informacji zamieszczanych na portalach branżowych wynika, że koronawirus znacznie przyspieszył rozwój biznesu pod kątem IT. Projekty, nad którymi klienci zastanawiali się od kilku lat, teraz stały się priorytetowe i już rozpoczęły się nad nimi prace – wskazuje Kinga Moska, Service Delivery Executive w Hicronie.

Wiele firm w ostatnich tygodniach przeszło przyspieszony kurs cyfryzacji i wdrożyło nowe rozwiązania IT. Wynika to z faktu, że pandemia i społeczna izolacja wymusiły na nich przeniesienie działalności do sieci. Rozwój kanału online był niezbędny, żeby firmy mogły przetrwać i nie stracić płynności finansowej. Jak wynika z majowej edycji badania KRD, również w najbliższym czasie ponad 62 proc. przedsiębiorstw planuje aktywniejsze działania online.

 Wielkim zainteresowaniem zaczęły się cieszyć rozwiązania typu portale e-commerce do sprzedaży detalicznej oraz te związane z bezpieczeństwem. Obszary dotyczące infrastruktury – ze względu na coraz powszechniejszy tryb pracy zdalnej – spadły ze swojej silnej dotychczas pozycji. Biznes obecnie rozwija się raczej pod kątem usługowym – mówi Kinga Moska.

Jak podkreślają eksperci Hicrona, firmy powinny wykorzystać ten czas na umacnianie swojej konkurencyjności i pozycji rynkowej. Do wyboru mają kilka scenariuszy rozwoju przedsiębiorstwa w czasie kryzysu. Mogą np. realizować mniejsze projekty i inwestować w niewielkie rozwiązania IT, ale przynoszące znaczące usprawnienia i oszczędności, albo wykorzystać czas na uporządkowanie do tej pory mniej priorytetowych obszarów technologicznych. By szerzej przedstawić rozwiązania i scenariusze przygotowane do aktualnej sytuacji biznesowej, firma zorganizowała pięć spotkań w ramach HicrOn-Time Webinars, powstałych na kanwie HicrOn-Time Strategy. Kolejne nagrania odcinków pojawiają się na stronie organizatorów co tydzień w czwartek. 

Pewne jest to, że organizacje nie mogą sobie pozwolić na inwestycje zbędne i kosztowne. Planowanie wszelkich nowych projektów wymaga ostrożności i strategii skupionej na takich sposobach ulepszania firmy, które nie wymagają dużych środków finansowych czy zawierania zobowiązujących kontraktów. Jedną z metod jest wzięcie „na warsztat” już posiadanych rozwiązań i sprawdzenie, jak firma może lepiej wykorzystywać narzędzia IT, które ma w swoich zasobach. Temu służą np. szkolenia pracowników.

– To krótkie, najczęściej jednodniowe szkolenia, które mają na celu odświeżenie wiedzy na temat danej funkcjonalności bądź skupienie się na konkretnym przypadku użycia systemu. Takie warsztaty cieszą się w ostatnim czasie dużą popularnością. Pozwalają np. zwiększyć liczbę użytkowników systemu i zaangażować w szkolenie nowe osoby, co znacznie optymalizuje pracę i proces. Taki warsztat może zostać powtórzony po około dwóch tygodniach w celu usystematyzowania wiedzy i odpowiedzi na pytania, które pojawiły się w międzyczasie. Po przeprowadzeniu takich szkoleń widać zwiększenie efektywności użytkowników końcowych, a także zmniejszenie liczby generowanych zgłoszeń, co bezpośrednio przekłada się na korzyści pieniężne. Nie jest to zatem wielka inwestycja, a stopa zwrotu jest znacząca – przekonuje ekspertka firmy Hicron.

Przedsiębiorstwa często uważają, że po wdrożeniu nowego systemu IT użytkownicy sami nauczą się, jak z niego korzystać, więc inwestowanie w szkolenia jest zbędne. Jednak jest to tylko pozorna oszczędność, ponieważ niepełne wykorzystanie możliwości nowego narzędzia może okazać się w długoterminowej perspektywie mniej korzystne.

Inwestowanie w rozwiązania, które sprawdzą się w obecnych, wymagających czasach i zaprocentują w przyszłości, wymaga określenia priorytetów firmy i dobrze przygotowanej strategii.

– Wykorzystujemy praktyczne doświadczenie konsultantów i programistów. Przedstawiając propozycje rozwiązania, bierzemy odpowiedzialność za jego realizację i wpływ na poprawę procesów biznesowych. Rozwijamy rolę Trusted Advisora, który jest doradcą technicznym, wizjonerem, architektem rozwiązania oraz który wyciąga wnioski z poprzednich projektów i adaptuje je w nowych warunkach, u nowych klientów – mówi Kinga Moska. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/firmy-ostroznie-planuja,p993116992

Podczas pandemii wzrosła liczba cyberataków. Hakerzy celują w infrastrukturę krytyczną i luki w zabezpieczeniach podczas pracy zdalnej [DEPESZA]

W dobie pandemii koronawirusa zagrożenie ze strony hakerów się nasiliło, a rewolucja przemysłowa w zakresie internetu rzeczy oraz upowszechnienie się systemów pracy zdalnej otworzyło przed cyberprzestępcami nowe możliwości przeprowadzenia ataków. Jednostki rządowe oraz firmy technologiczne przygotowują się do wojny z cyberprzestępczością, aby zminimalizować skutki ataków na infrastrukturę krytyczną.

– Ataki ukierunkowane na infrastrukturę krytyczną i przemysłowe systemy sterowania wzrosły 20-krotnie w 2019 roku i ponownie wzrosły w tym roku podczas przymusowej izolacji spowodowanej przez pandemię SARS-CoV-2. Hakerzy starają się wykorzystywać luki w zabezpieczeniach pracujących zdalnie – wskazuje Aviv Abramovich, szef działu zarządzania usługami bezpieczeństwa w Check Point. – Rewolucja przemysłowa 4.0 jest już bardzo zaawansowana, a ze względu na pandemię jeszcze przyspieszy, dlatego bardzo ważne jest, aby chronić infrastrukturę, od hali produkcyjnej i pola po chmurę.

Według raportu „X-Force Threat Intelligence Index 2020” opracowanego przez firmę Intel w 2019 roku przeprowadzono rekordową liczbę ataków cybernetycznych 8,5 mld przypadków. Pod zmasowanym ostrzałem znalazła się przede wszystkim infrastruktura krytyczna – sieci energetyczne, służba zdrowia czy instytucje finansowe. Cyberprzestępcy coraz częściej wykorzystują do przeprowadzania ataków luki w systemach informatycznych nowej generacji, takich jak internet rzeczy, automatyczne urządzenia przemysłowe czy systemy medyczne.

Intensyfikację cyberataków w czasie pandemii zaobserwowali m.in. specjaliści z Australijskiego Centrum Cyberbezpieczeństwa. Kampania hakerska, z jaką od kilku miesięcy zmaga się ten kraj, ma być wycelowana w organizacje rządowe, służbę zdrowia i operatorów infrastruktury krytycznej. Według zapewnień rządu skala ataków może świadczyć o tym, że ich zleceniodawcą jest obce państwo.

W Polsce sejmowa Komisja Administracji i Spraw Wewnętrznych pracuje obecnie nad nowelizacją ustawy o zarządzaniu kryzysowym, która  pozwoli przygotować się na incydenty tego typu. Zgodnie z nowymi zapisami ma zostać rozszerzony zakres ochrony infrastruktury krytycznej – systemy cyberbezpieczeństwa mają objąć ochroną nie tylko konkretne zakłady, ale też całe łańcuchy infrastruktury krytycznej. Powstać mają także szczegółowe plany zarządzania ryzykiem oraz reagowania kryzysowego, które mają zminimalizować ryzyko skutecznego przeprowadzenia cyberataków oraz zniwelować ich skutki.

– Podczas pandemii SARS-CoV-2 wzrosła liczba ataków na sieci sterowania przemysłowego i systemy ICS/SCADA, które zarządzają infrastrukturą krytyczną w obszarze energii, produkcji, transportu i mediów. Zakłócenia wywołane przez te ataki sprawiły, że bezpieczeństwo ma wyższy priorytet, ale wdrożenie musi być łatwe dla organizacji, z automatyczną ochroną, która nie wpływa na codzienne operacje – wskazuje Robyn Westervelt, dyrektor ds. badań w IDC.

Według najnowszego rankingu bezpieczeństwa sieciowego opracowanego przez firmę Check Point Software Technologies Polska zajmuje 26. pozycję wśród krajów europejskich oraz 51. miejsce wśród wszystkich 105 przebadanych krajów.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/podczas-pandemii-wzrosla,p836654848

Pojawienie się koronawirusa przyspieszy automatyzację rynku pracy. Roboty zyskały zupełnie nowe zastosowania w wielu dziedzinach

Pandemia koronawirusa położyła się cieniem na globalnej gospodarce. Aby powstrzymać rozprzestrzenianie się wirusa, konieczne było ograniczenie pracy w części zakładów przemysłowych oraz zamknięcie linii produkcyjnych. Ubocznym efektem restrykcji pandemicznych będzie wzrost zainteresowania technologiami z branży automatyzacji, w tym robotami wyspecjalizowanymi w wykonywaniu zadań zlecanych do niedawna fizycznym pracownikom.

– Pojawienie się wirusa powoduje perturbacje w działaniu firm i dezorganizuje życie codzienne, dlatego tam, gdzie można wyeliminować ten czynnik, żeby zapewnić ciągłość procesu, będziemy implementować rozwiązania oparte na technice. Wiele osób będzie miało na względzie robotyzację, usprawnianie procesów tak, aby zmniejszyć liczbę ludzi, którzy są podatni na wszelkiego rodzaju wirusy i czynniki zewnętrzne. Ciągłość firmy, działanie operacyjne, zapewnienie przede wszystkim możliwości prowadzenia działalności gospodarczej będą tutaj kluczowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr inż. Marek Nowakowski, dyrektor ds. technicznych Stekop SA.

Według raportu „Global Capital Confidence Barometer” autorstwa firmy EY koronawirus przyspieszy automatyzację przedsiębiorstw. 36 proc. managerów przyznało, że w odpowiedzi na postpandemiczne wyzwania wdroży rozwiązania z zakresu automatyzacji pracy, a 31 proc. planuje przeprowadzić proces cyfryzacji firmy. W Chinach odsetek ten jest jeszcze większy i wynosi odpowiednio 71 proc. oraz 66 proc. Badanie ujawnia także, które technologie w najbliższym czasie będą cieszyć się największym zainteresowaniem. Wśród managerów z Chin, którzy chcą wykorzystać nowe technologie, aby zminimalizować skutki pandemii, aż 47 proc. opowiada się za wdrożeniem modelu pracy zdalnej. Z kolei 21 proc. wierzy w to, że kryzysu pozwolą uniknąć technologie Big Data oraz sztuczna inteligencja.

Firma Stekop włączyła się w ten trend i zaprojektowała system automatyzujący diagnostykę osób przemieszczających się w miejscach publicznych. Maszynę wyposażono w sztuczną inteligencję oraz czujniki termiczne mierzące temperaturę klientów. System rozpoznawania twarzy koreluje informacje z konkretną osobą, dzięki czemu może przypisać kilka pomiarów do jednego klienta, aby ułatwić rozpoznanie wstępnych objawów koronawirusa.

– W służbie zdrowia też da się zaimplementować rozwiązania oparte na robotyce tam, gdzie człowiek był narażony na kontakt z drugą osobą. Pandemia pokazała, że inżynierowie mogą w tej sferze zaproponować wiele rozwiązań technicznych. Pojawiły się automaty, w których pacjent przychodzący poddawany jest weryfikacji pod kątem temperatury, a duży ich odsetek wymaga prostej diagnozy, co może być zrobione w trybie online. Mamy też roboty, które jeżdżą w obiektach służby zdrowia i zabijają bakterie i wirusy poprzez działanie lamp ultrafioletowych i dezynfekcję z wykorzystaniem płynów – wymienia ekspert.

Robota automatyzującego pracę personelu medycznego zaprezentowała m.in. firma APA Group. Maszynę zaprojektowano w taki sposób, aby zautomatyzowała proces podawania posiłków i leków czy pomiar temperatury, ograniczając kontakt personelu z osobami chorymi. Robot dysponuje także systemem autodezynfekującym, który redukuje ryzyko rozprzestrzenienia się wirusa.

Po technologie inteligentne sięgnęły również władze Singapuru, które wykorzystały robota kroczącego Spot od firmy Boston Dynamics do patrolowania przestrzeni miejskich. Czteronożna maszyna ma wyręczyć służby porządkowe w upominaniu mieszkańców o konieczności zachowania bezpiecznego dystansu społecznego. Robot wyposażony w czujniki optyczne automatycznie monitoruje liczbę osób odwiedzających patrolowany obszar i upomina przechodniów, jeśli ci nie stosują się do zaleceń pandemicznych i spacerują zbyt blisko siebie.

– Roboty wykorzystywano do dostaw towarów dla osób w kwarantannie lub o podwyższonym ryzyku. Część firm nie chciała też angażować całej załogi, w związku z czym do niektórych prac zaangażowano roboty zaprogramowane tak, aby mogły wykonywać proste czynności. Tam, gdzie można zaimplementować robota, będzie to na pewno rozważone tak, aby nie musieć przeobrażać całej linii. Czasami łatwiej ponieść jednorazowy wydatek w postaci inwestycji w robota, niż wykonywać przezbrojenie całej linii produkcyjnej. Myślę, że ten kierunek będzie brany pod uwagę – podsumowuje dr inż. Marek Nowakowski.

Według firmy badawczej Data Bridge Market Research wartość globalnego rynku robotów autonomicznych do 2026 roku wzrośnie do blisko 17,8 mld dol.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/pojawienie-sie,p1613320837

Może być trudniej o odszkodowanie za opóźniony lot. Nawet 75 proc. pasażerów może stracić ochronę

Linie lotnicze odrzucają 93 proc. wniosków o odszkodowanie – wynika z danych AirHelp. Przysługuje ono m.in. w sytuacji, kiedy lot jest opóźniony o co najmniej trzy godziny i to z winy przewoźnika. Teraz o odszkodowanie może być jeszcze trudniej. Komisja Europejska chce wydłużyć czas opóźnienia lotu, przy którym linie muszą płacić odszkodowanie, z 3 do 5 godzin, a przy dłuższych lotach – do 12 godzin. Także przy usterkach technicznych przewoźnicy mają być zwolnieni z odpowiedzialności. – W efekcie tych propozycji nawet 75 proc. pasażerów może stracić ochronę – ostrzega Magdalena Bursa-Łapińska z AirHelp.

– W Komisji Europejskiej trwają dyskusje nad zmianą treści rozporządzenia nr 261/2004. Jedną z proponowanych zmian jest wydłużenie czasu opóźnienia lotów z 3 do 5, a nawet 12 godzin, zależnie od długości lotu. Dotyczy to opóźnień, za które linie lotnicze ponoszą odpowiedzialność – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Magdalena Bursa-Łapińska, radca prawny AirHelp.

Zgodnie z obecnymi przepisami za opóźniony o przynajmniej trzy godziny lub odwołany lot pasażerowi należy się odszkodowanie. Jego wysokość zależy od odległości i kierunku podróży. W przypadku lotów wewnątrz Unii Europejskiej do 1,5 tys. km odszkodowanie wynosi 250 euro. W tych nieco dłuższych na terenie UE oraz poza jej terytorium o długości 1,5–3,5 tys. km jest to kwota 400 euro. Opóźnienie lotów poza terytorium UE o długości ponad 3,5 tys. km to obowiązek wypłaty odszkodowania od 300 euro (3–4 godz. opóźnienia) do 600 euro. Według proponowanych przepisów wysokość kar ma zostać utrzymana, wydłuży się jednak czas opóźnienia, przy którym pasażerowi będzie należało się odszkodowanie.

 Drugą z proponowanych zmian jest włączenie usterek technicznych do katalogu nadzwyczajnych okoliczności, za które linia lotnicza nie ponosi odpowiedzialności. Do tej pory linie ponosiły odpowiedzialność za jakość swojej floty, a pasażerowie cieszyli się szeroką ochroną swoich praw. Ta sytuacja może się zmienić – mówi radca prawny AirHelp.

W Unii Europejskiej trwają jeszcze prace nad rozporządzeniem, ale nowe przepisy mogą wejść w życie do końca czerwca 2020 roku. Zdaniem ekspertki  nowe prawo będzie chroniło linie lotnicze, stracą za to pasażerowie. Jest to ryzykowne zwłaszcza w kontekście pandemii koronawirusa i odwołanych w związku z tym lotów.

– Pasażerowie mogą zostać poszkodowani podwójnie. Po pierwsze z tego względu, że nawet 75 proc. z nich może być pozbawionych prawa do odszkodowania. Po drugie, wdrożenie rozporządzenia w 2004 roku w dotychczasowym kształcie doprowadziło do ograniczenia opóźnień nawet o 5 proc., a proponowane zmiany mogą odwrócić tę sytuację – ocenia Magdalena Bursa-Łapińska.

Jak wynika z raportu Komisji Europejskiej, w 2018 roku 17,6 mln pasażerów w UE doświadczyło odwołania swoich lotów, a 16,5 mln osób – długiego opóźnienia lotu. W obydwu przypadkach jest to ok. 1,5 proc. pasażerów w 2018 roku. Tylko 38 proc. uprawnionych zgłosiło roszczenie z tego powodu (w 2011 roku było to 8 proc.). AirHelp podkreśla, że linie lotnicze i tak odrzucają 93 proc. wniosków o odszkodowanie, tłumacząc się  tzw. nadzwyczajnymi okolicznościami. 8 proc. jest odrzucanych niemal automatycznie, bez podania przyczyny, a połowa czeka na rozpatrzenie ponad sześć tygodni.

– W relacji klient – linia lotnicza ten pierwszy jest zdecydowanie słabszy, zatem tylko jednoznaczne, silne ustawodawstwo, jak też możliwość egzekucji odszkodowania mogą zapewnić prawidłową ochronę praw pasażerów – przekonuje ekspertka.

Stowarzyszenie Rzeczników Praw Pasażera APRA przeprowadziło ankietę na ponad 10 tys. Europejczyków, również pasażerów z Polski, na temat planowanych zmian. Wynika z niej, że podróżni nie chcą przepisów w proponowanym kształcie. Ponad 90 proc. badanych uznaje obecne rozporządzenie za odpowiednie, a 72 proc. nie zgadza się na wydłużenie czasu opóźnienia lotów.

– 4 na 10 ankietowanych uważa, że odszkodowania powinny przysługiwać już w przypadku godzinnego opóźnienia. 80 proc. polskich pasażerów jest zdania, że linie lotnicze powinny ponosić odpowiedzialność za jakość swojej floty. Z kolei 90 proc. jest skłonnych dopłacić do biletu, aby zagwarantować sobie, że w razie potrzeby ich prawa będą respektowane, 7 na 10 z nich – nawet 10 euro. Wnioski z tej ankiety obrazują również skłonność linii lotniczej do przestrzegania prawa – podkreśla Magdalena Bursa-Łapińska.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/moze-byc-trudniej-o,p797403503

Polacy podczas pandemii docenili więzy rodzinne i kontakt z ludźmi. Brakowało im przestrzeni i dostępu do rozrywki

Pandemia i przymusowa izolacja sprawiły, że bardziej doceniamy wartość rodzinnych i przyjacielskich więzów – wynika z Barometru Providenta. Po zniesieniu obostrzeń większość z nas chce wrócić do dawnych przyzwyczajeń. Blisko połowa osób deklaruje, że w ciągu trzech najbliższych miesięcy zamierza spotykać się ze znajomymi częściej i regularniej. Inni już planują wakacyjne wyjazdy i zaległe badania lekarskie.

– Najwięcej Polaków, bo około 60 proc., wskazuje na to, że najbardziej brakowało im spotkań z rodziną i przyjaciółmi. Przede wszystkim odczuwali samotność i chęć przebywania wśród ludzi – mówi agencji Newseria Biznes Karolina Łuczak, rzeczniczka Provident Polska.

Z badania Barometr Providenta wynika, że za towarzystwem najbardziej tęsknili najmłodsi – 66 proc. osób poniżej 25. roku życia. Na tęsknotę za najbliższą rodziną lub przyjaciółmi skarży się też 46 proc. osób powyżej 50. roku życia. Okres izolacji sprawił, że doceniamy nasze relacje i chcemy nadrabiać zaległości. Prawie połowa badanych zadeklarowała, że w kolejnych miesiącach chce spotykać się ze znajomymi częściej i bardziej regularnie.

– Brakowało nam ludzi, ale też przestrzeni. Z drugiej strony osoby, które przebywały cały czas w środowisku najbliższych osób, potrzebowały wyjścia, świeżego oddechu, żeby nie przebywać cały czas, 24 godziny na dobę w jednym środowisku – wskazuje Karolina Łuczak.

Polacy narzekali też na brak możliwości spędzania wolnego czasu w taki sam sposób, jak robili to wcześniej. Tęsknią za atrakcjami kulturalnymi (42 proc.), wyjazdami (blisko 37 proc.), wyjściami do restauracji i klubu (34,5 proc.) czy aktywnością sportową (ok. 32 proc.). Brakuje im też swobody w zakresie podróżowania oraz możliwości bezpośredniej i bezpiecznej wizyty u lekarza.

– Kiedy zadaliśmy Polakom pytanie, co planują zrobić w momencie, kiedy pandemia się skończy, prawie 40 proc. osób powiedziało, że w ciągu trzech miesięcy wybiorą się w podróż, wrócą do swobodnego wyjeżdżania i przemieszczania się. Około 30 proc. powiedziało, że wróci do kin, teatrów i innych rozrywek. Ale też ok. 30 proc., głównie osób starszych, chce nadrobić opóźnienia związane z badaniami lekarskimi – podkreśla rzeczniczka Provident Polska.

Dla większości Polaków pandemia była bardzo uciążliwa. Blisko 60 proc. narzekało na noszenie rękawiczek czy maseczek ochronnych. Jednak w tej całej sytuacji potrafimy dostrzegać plusy. Doceniamy takie pozytywne aspekty jak nadrobienie zaległości kulturalnych w domu (40 proc.) czy większą dbałość o higienę (50 proc.). Przykładowo ponad 38 proc. badanych zamierza zachowywać większy dystans wobec osób w przestrzeni publicznej, podobny odsetek twierdzi, że będzie jak najrzadziej dotykać przedmiotów w tych miejscach.

– Jeśli chodzi o to, czego nas ta pandemia nauczyła, to Polacy wskazują, że z jednej strony jest to bardziej skrupulatne i dokładne mycie rąk, ale z drugiej strony to zmiana nawyków zakupowych. Wiele osób powiedziało, że dzięki pandemii nie wydawało pieniędzy na niepotrzebne rzeczy, lepiej trzymało swój budżet domowy i zamierza to kontynuować, również robiąc zakupy w internecie – mówi Karolina Łuczak. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polacy-podczas-pandemii,p1809500307

Rozwiązania z zakresu e-administracji zyskują dzięki pandemii. Teraz można znacznie łatwiej założyć profil zaufany [DEPESZA]

Kiedy restrykcje pandemiczne uniemożliwiły nawiązanie bezpośredniego kontaktu z urzędnikami, rolę fizycznych placówek przejęły urzędy elektroniczne. Ministerstwo Cyfryzacji powołało do życia tymczasowy profil zaufany, który ułatwił korzystanie z e-administracji w czasie pandemii, wdrożono także szereg ułatwień, które pozwolą komunikować się z urzędnikami i przesyłać dokumenty za pośrednictwem narzędzi online.

Od początku roku liczba użytkowników profilu zaufanego zwiększyła się o blisko 2,4 mln. To większy wzrost niż ten zanotowany w całym 2019 roku, a obecnie z możliwości tego profilu korzysta przeszło 7 mln obywateli.

– Ostatnie miesiące to rekordowy czas w historii profilu zaufanego. To efekt nie tylko związanych z pandemią ograniczeń w działaniu urzędu, ale także wciąż rosnącego zaufania i przekonania Polaków do e-administracji. Liczymy na to, że ta tendencja się utrzyma. Chcielibyśmy, aby każdy dorosły Polak, podobnie jak ma dowód osobisty, miał także profil zaufany. Stale pracujemy nad nowymi e-usługami oraz udoskonalaniem obecnych – podkreśla minister cyfryzacji Marek Zagórski.

Pandemia koronawirusa przyczyniła się do przyspieszenia procesu cyfryzacji administracji. W ramach ustawy o szczególnych instrumentach wsparcia w związku z rozprzestrzenianiem się wirusa SARS-CoV-2 wdrożono tymczasowe przepisy dopuszczające m.in. osobiste stawienie się w urzędzie za pośrednictwem wideotransmisji realizowanej w czasie rzeczywistym bądź udostępnienie akt w formie elektronicznej.

Kluczowym elementem, który umożliwia przeniesienie spraw administracyjnych z fizycznych placówek do internetu, jest dynamiczny rozwój usług dostępnych za pośrednictwem profilu zaufanego. Jego założenie pozwala korzystać ze wszystkich usług online dostępnych w serwisie GOV.PL, zarówno tych związanych z zakładaniem i prowadzeniem działalności gospodarczej, jak i składaniem wniosków o szereg świadczeń socjalnych czy logowaniem się do Internetowego Konta Pacjenta bądź Platformy Usług Elektronicznych Zakładu Ubezpieczeń Społecznych.

– Profil zaufany można założyć na dwa sposoby. Najprostszy to skorzystanie z bankowości elektronicznej. Umożliwiają to największe banki w Polsce. Drugi – to złożenie wniosku przez internet i potwierdzenie profilu zaufanego w jednym z ponad 1500 punktów potwierdzających, które znajdziemy na terenie całego kraju – mówi minister cyfryzacji.

W czasach pandemii usługi z zakresu e-administracji zyskały na popularności m.in. dzięki wdrożeniu tymczasowego profilu zaufanego. W przeciwieństwie do klasycznego PZ jego założenie nie wymaga posiadania konta w banku ani osobistego stawiennictwa w punkcie potwierdzającym. Wniosek o TPZ można złożyć przez internet i potwierdzić w czasie wideorozmowy z przedstawicielem urzędu weryfikującego, a jego ważność upływa dopiero po trzech miesiącach.

Mimo tak pozytywnych sygnałów płynących z rynku Polska nadal odstaje na tle unijnych państw w sektorze e-administracyjnym. Nasz kraj zajmuje 23. miejsce w rankingu DESI opisującym stan cyfrowego zaawansowania gospodarki oraz społeczeństwa krajów członkowskich. W najnowszym zestawieniu Polska uzyskała blisko 45 punktów na 100, odstając od unijnej średniej wynoszącej 52,6 punktu.

Ministerstwo Cyfryzacji planuje wdrożyć kolejne udogodnienia dla obywateli, które pomogą poprawić pozycję Polski w zestawieniu DESI. Rząd zamierza wprowadzić do powszechnego użytku aplikacje mobilne mUsługi oraz mDokumenty, które pozwolą załatwić większość spraw urzędowych za pośrednictwem urządzeń mobilnych.

– Nieważne, w jakim wieku jesteśmy i czym się w życiu zajmujemy –  profil zaufany przyda się wszystkim. Dzięki niemu można – bez wychodzenia z domu – złożyć online wniosek o dowód osobisty nie tylko dla siebie, ale i dla dziecka, zawnioskować o odpisy aktów stanu cywilnego, ale też sprawdzić swoje punkty karne czy zalogować się do aplikacji mObywatel, w której znajdziemy elektroniczne dokumenty – wylicza minister cyfryzacji Marek Zagórski.

W realizacji wizji projektu cyfrowej administracji ma pomóc projekt strony internetowej Portal RP, na której znajdą się wszystkie informacje publiczne udostępniane w ramach ustawy o dostępie do informacji publicznej oraz wszystkie usługi elektroniczne.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/rozwiazania-z-zakresu,p335818955