Trwają prace nad kolejnym pakietem sankcji UE wobec Rosji. Od determinacji Zachodu zależy uszczelnienie dotychczasowych restrykcji

0

W Unii Europejskiej trwają prace nad kolejnym pakietem sankcji wobec Rosji. Doniesienia medialne wskazują, że ma się on skupić na przeciwdziałaniu obchodzeniu dotychczasowych restrykcji nałożonych na ten kraj, w szczególności na importowane z niego surowce. Analitycy zespołu rosyjskiego Ośrodka Studiów Wschodnich spodziewają się, że wraz z rosnącymi kosztami wojny może się to przełożyć na dalszą degradację rosyjskiej gospodarki. Rosja w ostatnich dwóch latach znalazła wprawdzie nowych odbiorców dla swoich surowców, ale musi je sprzedawać po niższych cenach.

Po rozpoczęciu 24 lutego 2022 roku pełnoskalowego ataku Federacji Rosyjskiej na Ukrainę na Moskwę spadła fala sankcji nałożonych przez państwa Zachodu. Jak wynika z opracowania analityków OSW „Rosja po dwóch latach pełnoskalowej wojny. Krucha stabilność i narastająca agresywność”, odbiło się to szczególnie na sektorze energetycznym, który jest najważniejszym źródłem dochodów do budżetu Rosji. Dla porównania w 2018 roku udział dochodów naftowo-gazowych stanowił 46 proc. budżetu Rosji, a w 2023 roku – 28 proc.

Po utracie rynku zbytu w Europie Rosjanom udało się ten eksport przekierować na nowe rynki zbytu. W kontekście ropy to są szczególnie rynki azjatyckie. Jeśli chodzi o paliwa, to są to rynki również bardziej egzotyczne, takie jak Ameryka Południowa, Afryka czy też Azja – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Filip Rudnik, analityk zespołu rosyjskiego z Ośrodka Studiów Wschodnich.

To jednak nie oznacza, że Rosjanie w pełni rekompensują w ten sposób straty wynikające z sankcji nałożonych m.in. przez Unię Europejską czy Stany Zjednoczone. Zadanie, choć możliwe do wykonania, jest karkołomne z przyczyn logistycznych oraz odległości, jakie dzielą ten kraj od nowych odbiorców. 

Rosjanie, mimo że udało im się przekierować te dostawy na nowe kierunki, to muszą przede wszystkim sprzedawać zarówno ropę, jak i produkty ropopochodne po niższych cenach. Przez wydłużenie szlaków logistycznych koszty realizacji eksportu są o wiele większe – przypomina analityk OSW.

Konieczność zmiany kierunku eksportu spowodowały wzrost uzależnienia Rosji od wąskiej grupy odbiorców, którzy mogą wykorzystywać swoją pozycję i dyktować warunki współpracy. Dochody Rosji z eksportu ropy i gazu w ubiegłym roku zmniejszyły się o 24 proc. w ujęciu rocznym, chociaż przy znacznie słabszym rublu trudno jednoznacznie porównać te wyniki rok do roku. Jak oceniają analitycy OSW, zwrot na Wschód i zależność od Chin i Indii mogą się przełożyć na dalszą redukcję dochodów eksportowych i problemy z utrzymaniem produkcji.

Trzeba spojrzeć na to, jak się kształtują ceny globalnie, bowiem mimo wszystko rosyjski surowiec i rosyjskie paliwa nie funkcjonują w próżni. Niemniej widać, że istnieje stały dyskont cenowy na rosyjską ropę i on jest zależny od tego, do jakiego stopnia implementujemy zapisy sankcyjne. W styczniu 2024 roku ten dyskont wynosił około 17 dol., czyli Rosjanie dostawali za baryłkę mniej o 17 dol. w porównaniu do benchmarku Brent. To wszystko zależy od woli i determinacji Zachodu, czy spróbuje walczyć z tzw. flotą cienia, czyli flotą tankowców, które przewożą rosyjską ropę i paliwa niejako z obejściem zachodniego systemu finansowania i z pogwałceniem zasad sankcyjnych – mówi Filip Rudnik.

O wprowadzeniu mechanizmów, które będą przeciwdziałać obchodzeniu dotychczasowych restrykcji, mówi się w kontekście opracowywanego w instytucjach unijnych 14. pakietu sankcji. Rozważane są również dalsze obostrzenia dla rosyjskiego sektora energetycznego, m.in. dotyczące handlu gazem skroplonym. Uszczelnienie sankcji może mieć kluczowe znaczenie, bo jak pokazują dane przytaczane przez OSW, dziś spadki wydobycia nie są tak duże, jak oczekiwano. W ubiegłym roku sektor wydobywczy, który przed wojną stanowił koło zamachowe rosyjskiej gospodarki, odnotował spadek produkcji o 1,2 proc. Dotyczy to zarówno ropy naftowej, jak i gazu ziemnego. W 2023 roku produkcja ropy naftowej wyniosła około 530 mln t, pozostając tylko nieco poniżej poziomu z 2022 roku.

– W porównaniu z prognozami, w których się wieszczyło bardzo mocną redukcję wydobycia, to Rosjanie wydobywają teraz od 5 do 10 proc. ropy mniej, aniżeli robili to przed inwazją, więc ten spadek nie jest znaczący. Trzeba tylko wziąć pod uwagę, że dysponujemy danymi z trzeciej ręki, bo Rosjanie już nie publikują danych o wydobyciu – mówi ekspert. – Sytuacja jest inna w sektorze paliwowym, produkcji i rafinacji paliw. Jeśli patrzymy na to wolumenowo, to produkcja paliw nie została mocno dotknięta sankcjami, natomiast jest dotknięta w obecnej chwili przez ukraińskie ataki bezzałogowców na rafinerie, które wyłączają konkretne moce przerobowe na konkretnych obiektach w europejskiej części Rosji.

Jak poinformowały ukraińskie media, w miniony weekend Ukraina przeprowadziła zmasowany atak dronów na lotnisko wojskowe i rafinerie ropy naftowej w regionie krasnodarskim w Rosji. Z kolei Rosjanie zaatakowali rakietami obiekty kluczowe dla ukraińskiego sektora energetycznego, w tym m.in. ważne dla dostaw gazu do UE.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/trwaja-prace-nad-kolejnym,p1983210115

Niepełnoletni internauci czują się coraz mniej pewnie w sieci. Zasad cyberbezpieczeństwa mogą się uczyć za pomocą gry edukacyjnej

Utrata ważnych haseł, wirtualnych, a czasem także realnych pieniędzy, włamania na konta w social mediach, dostęp niepowołanych osób do prywatnych zdjęć – z takimi zagrożeniami styka się coraz więcej niepełnoletnich internautów. Wielu z nich zdaje sobie z nich sprawę, ale nie jest w stanie ich rozpoznać. Nie dziwią więc deklaracje młodych ludzi, że czują się w sieci coraz mniej pewnie. W dodatku rzadziej szukają w tym obszarze pomocy u swoich rodziców – wynika z badania ING Banku Śląskiego. To m.in. dlatego bank wspiera edukację młodzieży przez zabawę w ich naturalnym środowisku – za pomocą gry edukacyjnej „Miasto ING” na platformie gamingowej Roblox. 

W tym roku pełnoletność osiągają osoby urodzone w 2006 roku, czyli w czasach, w których większość gospodarstw domowych była już podłączona do internetu, a komórkowa technologia 3G otwierała drzwi do mobilnego korzystania z sieci. Osiemnastolatkowie nie znają więc świata sprzed internetowej rewolucji, nie mówiąc już o młodszych nastolatkach i dzieciach. Eksperci nie mają wątpliwości, że edukowanie o bezpiecznym korzystaniu z sieci, aplikacji oraz cyfrowej rzeczywistości jest obecnie jedną z najpilniejszych potrzeb. 

– Na podstawie wyników badania, które zrealizowaliśmy razem z agencją badawczą Minds & Roses wśród dzieci w wieku od 7. do 17. roku życia, wynika, że ponad 50 proc. z nich chciałoby więcej wiedzieć na temat bezpieczeństwa w sieci – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Aleksandra Trojanowska, ekspertka ds. badań marketingowych w ING Banku Śląskim. – Z czego wynika tak duże zainteresowanie? Patrząc na dane rok do roku, rośnie odsetek dzieci deklarujących, że nie mogą wykluczyć, iż padły ofiarą cyberataku.

Wyniki badania ING Banku Śląskiego, przeprowadzonego wśród dzieci i młodzieży między 7. a 17. rokiem życia (z których wszyscy byli użytkownikami internetu), wskazują, że niepełnoletni użytkownicy czują się w internecie mniej pewnie i mniej bezpiecznie. Wielu z nich opiera to poczucie na własnych doświadczeniach. Kilkanaście procent badanych przyznaje, że straciło wirtualną walutę, a co 10. badany przyznaje, że mógł stracić w wyniku oszustwa w sieci prawdziwe pieniądze. W starszej grupie było to 6 proc., podczas gdy rok temu zaledwie 2 proc.

– Badania ING pokazują, że już między 10 a 20 proc. dzieci doświadcza różnego rodzaju zagrożeń online. Te zjawiska związane z utratą pieniędzy wirtualnych, ale też prawdziwych środków czy różnych innych dóbr, bo przecież dzisiaj musimy pamiętać o tym, że młody człowiek rozumie wartość pieniądza na różne sposoby – mówi Jowita Michalska, założycielka i prezeska Digital University.

Najczęstszym cyberprzestępstwem, w wyniku którego młodzi użytkownicy mogą tracić przedmioty w grach lub realne i wirtualne pieniądze, może być namawianie ze strony oszustów do klikania w podejrzane linki.

– Największy odsetek deklaruje, że przesłany był im fałszywy link – spotkało to co piątą osobę. Dodatkowo kolejne niemal 30 proc. nie może wykluczyć, że taka sytuacja miała miejsce – mówi Aleksandra Trojanowska.

Powody do niepokoju budzi także bezpieczeństwo prywatności dzieci i młodzieży. Niemal jedna trzecia badanych w wieku 13–17 lat nie wyklucza, że osoba niepowołana mogła przeglądać ich prywatne zdjęcia. To doskonale pokazuje z jednej strony skalę zagrożenia, a z drugiej niepewność młodych użytkowników internetu związaną z obecnością w sieci. Cyberprzestępcy często celowo kierują swoje działania do tej grupy, licząc na ich niewielką świadomość zagrożeń.

– Dzieci są nieprzygotowane na takie ataki, bo też nikt ich nie uczy, jak się w takich sytuacjach zachować i jak się przed nimi chronić. My mamy tendencję jako rodzice myśleć, że nasze dzieci są w internecie dużo bardziej zaawansowane niż my. Nic bardziej mylnego, my jesteśmy niezaawansowani, a nasze dzieci korzystają z internetu bez książeczki bezpieczeństwa – mówi prezeska Digital University. – My dorośli mamy hasła podstawowe, często to jest albo data urodzenia, albo ABCD, albo 1234. Naprawdę mnóstwo ludzi ma takie hasła i one są w sekundę do zhakowania. Dzieciaki mają dokładnie to samo.

To widać również w wynikach badań. W porównaniu z poprzednią edycją ankiety więcej dzieci przyznaje, że ich konta do gier czy aplikacji mogły zostać przejęte przez osoby trzecie. W grupie osób między 7. a 12. rokiem życia takiego zdarzenia nie wyklucza co piąty badany, w przypadku starszej grupy – co szósty.

Badanie wskazuje, że spada autorytet rodziców jako źródła wiedzy o bezpieczeństwie w sieci. W 2023 roku ok. 80 proc. respondentów deklarowało, że rozmawiało z rodzicami o bezpiecznym korzystaniu z internetu. Obecnie w młodszej grupie (7–12 lat) z rodzicami o cyberbezpieczeństwie rozmawiało 73 proc. badanych, a w starszej (13–17 lat) – 71 proc. 

– Ogromna powinna być rola rodzica w edukowaniu online. 70 proc. dzieci mówi o tym, że chciałoby tę wiedzę pozyskać od rodziców i stara się ją od nich pozyskać, choć oni nie zawsze są przygotowani – podkreśla Jowita Michalska.

Co trzecie dziecko w obu grupach wiekowych wiedzę o tym, jak bezpiecznie korzystać z sieci, czerpie od znajomych, a ponad połowa starszych dzieci wskazała właśnie internet jako źródło wiedzy. Jak podkreśla ekspertka Digital University, w sieci jest dostępnych wiele szkoleń i darmowych materiałów edukacyjnych, które – co istotne – wykorzystują narzędzia doskonale znane dzieciom. Jednym z nich jest Miasto ING – gra edukacyjna na platformie gamingowej Roblox. Młodzi gracze mogą tam gromadzić wirtualne pieniądze przez wykonywanie różnych zadań, dzięki czemu przez zabawę poznają nawyki finansowe i uczą się zarządzać swoim budżetem. W trzecim sezonie gra została rozszerzona o moduł Akademii Cyberbezpieczeństwa.

– Aby trafić z naszą misją edukacyjną na temat cyberbezpieczeństwa, staraliśmy się dotrzeć do dzieci i młodzieży w ich naturalnym środowisku, a mianowicie na platformie gamingowej Roblox – wyjaśnia Aleksandra Trojanowska. – Tegoroczna edycja jest pod hasłem „Nie daj się wkręcić w sieci”. W Akademii Cyberbezpieczeństwa dzieci uczą się pożytecznej wiedzy podczas lekcji. Jest na przykład WF, który nie jest wychowaniem fizycznym, tylko wykrywaniem fake’ów, jest też matematyka do kwadratu, gdzie uczą się, jak zbudować silne hasło.

W poprzedniej edycji zorganizowano koncert z youtuberem Palionem, na którym „zjawiło się” 55 tys. osób – to niemal tyle graczy, ile mieści Stadion Narodowy. W pewnym momencie koncert został zhakowany, a wszystkie osoby uczestniczące w nim wyruszyły na wirtualne poszukiwania cyberprzestępcy. W trakcie tego poszukiwania rozwiązywali zadania, dzięki którym dowiedzieli się, jak lepiej się chronić w wirtualnym świecie.

Do tej pory „Miasto ING” odnotowało 2 mln wejść, a zadania z obszaru cyberbezpieczeństwa wypełniało ponad 300 tys. młodych internautów. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/niepelnoletni-internauci,p1712955241

Polska Akademia Nauk wymaga reform organizacyjnych i finansowych. W ubiegłym roku 40 proc. pracowników w instytutach zarabiało poniżej płacy minimalnej

0

– W ubiegłym roku aż 40 proc. pensji w instytutach PAN było poniżej minimalnej pensji i trudno było nam przekonać młodych ludzi, że ścieżka rozwoju naukowego jest tym, co powinni w życiu robić – mówi prezes PAN prof. Marek Konarzewski. Wskazuje, że zapisana w budżecie na ten rok kwota 180 mln zł dotacji pozwoli zaledwie na zrekompensowanie podwyżek kosztów utrzymania potencjału badawczego instytutów. Żeby mówić o dalszym rozwoju PAN, trzeba wrócić do rozmów o finansowaniu, ale także o zmianach organizacyjnych w tej instytucji. Reformę PAN zapowiedział już minister nauki i szkolnictwa wyższego Dariusz Wieczorek.

 Polska Akademia Nauk potrzebuje reform z wielu względów, a tym zasadniczym jest oczekiwanie, że jej struktury będą bliżej ze sobą współpracować. Przypomnę, że akademia składa się z dwóch zasadniczych filarów: pierwszym jest korporacja złożona z 350 uczonych, wybieranych w bardzo konkurencyjny sposób. To jest elita polskiej nauki – tylko jeden na średnio 100 profesorów dostępuje zaszczytu wyboru do akademii. Natomiast drugim jej filarem jest 70 instytutów naukowych PAN. Bardzo nam zależy, żeby reformy doprowadziły do zwiększenia widzialności akademii i jej pozycjonowania w świecie nauki – nie tylko w kraju, ale przede wszystkim za granicą – mówi agencji Newseria Biznes prof. Marek Konarzewski.

Projekt nowej ustawy o PAN, który powstał w akademii, został złożony w Ministerstwie Edukacji i Nauki pod koniec marca 2023 roku. Nad alternatywną reformą pracował zespół byłego ministra Przemysława Czarnka, ale żaden z projektów nie został przedłożony w Sejmie. Po grudniowej zmianie rządu temat reformy PAN wrócił – ponownie poruszył go minister nauki i szkolnictwa wyższego Dariusz Wieczorek, który w ubiegłym tygodniu spotkał się z Prezydium Polskiej Akademii Nauk.

– Dla nas to było wydarzenie historyczne, bo po raz pierwszy od co najmniej ośmiu lat konstytucyjny minister odpowiedzialny za naukę wziął udział w posiedzeniu prezydium – podkreśla prezes PAN. – Minister zapewnił nas, że procedowanie projektu ustawy o Polskiej Akademii Nauk będzie dla niego priorytetem i że dokona się to w tym roku. Ta zapowiedź była dla nas niebywale ważna, bo oznacza, że do końca tego roku – miejmy nadzieję – będziemy mieli już nową ustawę i będziemy pod jej rządami dalej prowadzić reformy akademii.

Wcześniej mają się odbyć w tej sprawie szerokie konsultacje ze środowiskami związanymi z PAN.

– Podstawowe zmiany w ustroju Polskiej Akademii Nauk będą się sprowadzały do tego, że Zgromadzenie Akademii – czyli jej najwyższy organ – będzie się składać zarówno z korporantów, czyli z członków Polskiej Akademii Nauk, jak również z dyrektorów instytutów PAN i to poszerzone grono będzie wspólnie wybierać prezesa akademii. Do tej pory był on wybierany wyłącznie głosami korporantów, w związku z czym ten drugi filar, bardzo istotny, nie był obecny przy wyborze jej władz – mówi prof. Marek Konarzewski. – Z drugiej strony bardzo zależy nam też na poszerzeniu kompetencji części korporacyjnej akademii, członków PAN, w taki sposób, aby mogli mieć oni bezpośredni wpływ na ocenę merytoryczną, naukową instytutów i żeby to była ocena wiążąca. Obecnie jesteśmy w punkcie, gdzie formułujemy pewne rekomendacje względem instytutów i one mogą być, ale nie muszą być przyjęte przez dyrekcje tych podmiotów. Wedle naszego projektu te rekomendacje byłyby wiążące.

Reforma Polskiej Akademii Nauk ma pozwolić na uporządkowanie jej organizacji i wewnętrznych struktur, ale też umożliwić szersze pozyskiwanie funduszy – stosownie do potencjału naukowego, jakim dysponują instytuty PAN. Reforma jest także jednym z kamieni milowych, których spełnienie umożliwi akademii pozyskanie środków z Krajowego Planu Odbudowy. Pod rządami obecnej ustawy akademia i część jej jednostek nie mają możliwości aplikowania o projekty unijne i krajowe.

W kwestii finansów padły też inne deklaracje. MNiSW zapowiedziało zwiększenie finansowania instytutów PAN o 180 mln zł. Jak podkreśla prezes tej instytucji, zostaną one przeznaczone na pokrycie rosnących kosztów utrzymania potencjału badawczego instytutów.

– Zeszły rok pod tym względem był dramatyczny, ponieważ bardzo mocno wzrosły koszty mediów, eksploatacji aparatury naukowej i dochodziło do tego, że w wielu instytutach, szczególnie tych eksperymentalnych, trzeba było tę aparaturę wyłączać. To jest prosta droga do tego, żeby zatrzymywać badania naukowe, a wtedy samo funkcjonowanie instytutów staje pod znakiem zapytania – przestrzega prezes Polskiej Akademii Nauk. – Trzeba jednak jasno powiedzieć, że 180 mln zł to kwota ratunkowa, która sprawi tylko tyle, że oddali od nas widmo kolejnego ograniczenia aktywności. A my powinniśmy przecież mówić o rozwoju. Aby ten rozwój się dokonywał, będziemy musieli niestety wrócić do rozmowy o finansowaniu, bo kwoty, które będą to umożliwiać, są znacznie wyższe niż 180 mln zł.

Ważną zapowiedzią dla PAN i jej instytutów jest także ta dotycząca wzrostu o 30 proc. wynagrodzeń dla pracowników naukowych i o 20 proc. dla pracowników nienaukowych. Podwyżki zostały wpisane do tegorocznego budżetu i mają obowiązywać od 1 stycznia. Zdaniem prezesa PAN to dobry krok w kierunku poprawy nie najlepszej sytuacji kadrowej.

W ubiegłym roku aż 40 proc. pensji w instytutach PAN było poniżej minimalnej pensji. Wynikało to głównie z faktu, że ze względu na ograniczone finansowanie wzrost płac nie nadążał za wzrostem pensji minimalnej. Po prostu brakowało nam pieniędzy na to, żeby wyrównać różnicę między tym, co mogliśmy zaoferować, a tym, co nakładały na nas przepisy, choć wielokrotnie rozmawiałem na temat tej sytuacji z byłym już kierownictwem Ministerstwa Edukacji i Nauki – mówi prof. Marek Konarzewski. – W tej sytuacji trudno było przekonać młodych ludzi, że ścieżka rozwoju naukowego jest tym, co powinni w życiu robić. Mamy nadzieję, że regulacje i wzrost płac, którego oczekujemy w tym roku, przynajmniej na jakiś czas tę sytuację zniwelują i że młodzi ludzie ponownie będą postrzegali pracę w instytutach PAN jako atrakcyjną ścieżkę kariery, która będzie ich utrzymywać w nauce. A przez to będziemy w stanie utrzymać potencjał intelektualny i ekspercki naszego środowiska i służyć rozwojowi kraju.

W ramach PAN działa najmocniejsza w kraju sieć badawcza złożona z 70 instytutów. Prowadzą one projekty w niemal wszystkich dziedzinach naukowych, tworzą wynalazki i patenty i są wizytówką polskiej nauki. Pracuje w nich ponad 9,5 tys. osób, w tym prawie 4,3 tys. badaczek i badaczy. W ramach instytutów PAN działa też osiem Centrów Doskonałości Naukowej Dioscuri – międzynarodowych grup badawczych wspieranych przez niemieckie Towarzystwo Maxa Plancka.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polska-akademia-nauk,p1358545110

MKiŚ pracuje nad rozwiązaniem problemów z wypłatą środków z programu Czyste Powietrze. Odbiorcy mogą stracić zaufanie do niego

0

Kilkanaście tysięcy beneficjentów, którzy ponieśli koszty ocieplenia domów i wymiany źródła ciepła, a teraz czekają na refundację tych wydatków z programu Czyste Powietrze, na pewno otrzyma zaległe dotacje – zapewniło Ministerstwo Klimatu i Środowiska. Resort pracuje nad środkiem zaradczym, który ma upłynnić wypłaty. Długoterminowo chce uruchomić pulę środków przewidzianych na 2024 rok z instrumentu HASHFeniKS. W dalszej perspektywie program Czyste Powietrze czekają jednak spore zmiany, które mają zwiększyć jego efektywność – zapowiedziała w ostatnich dniach minister klimatu i środowiska Paulina Hennig-Kloska. Aktywiści i eksperci apelują do resortu i NFOŚiGW o jak najszybsze działania, które zapobiegną podobnym problemom w przyszłości. 

Czyste Powietrze – czyli program uruchomiony w 2018 roku przez Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, który udziela dotacji do wymiany starych kotłów i ocieplenia domów – w ciągu kilku ostatnich lat cieszył się rosnącą popularnością: w 2019 roku złożono w nim 85 tys. wniosków, a w 2023 roku – już 217 tys. W sumie w ciągu pięciu lat trwania tego programu wpłynęło 754 tys. wniosków o dofinansowanie.

 Czyste Powietrze jest dzisiaj bardzo rozpędzonym programem finansowania termomodernizacji budynków jednorodzinnych oraz wymiany źródeł ciepła. Niestety w konsekwencji zaniedbań poprzedniego rządu pojawiło się ryzyko utraty płynności i luki finansowej w tym programie. Dlatego wspólnie z Alarmem Smogowym wystosowaliśmy apel do polskiego rządu, do premiera Donalda Tuska, żeby uaktywnić większą kwotę ze środków, które spłynęły w grudniu z KPO i REPowerEU, i przeznaczyć ją na finansowanie tego programu, który wymaga ciągłego zasilania środkami finansowymi – mówi agencji Newseria Biznes Michał Hetmański, prezes zarządu Fundacji Instrat.

Do wymiany wciąż pozostało ok. 2,7 mln starych kotłów. Tymczasem Polski Alarm Smogowy (PAS) oraz Fundacja Instrat alarmują, że program znalazł się na krawędzi bankructwa i boryka się z rosnącymi opóźnieniami w wypłatach dotacji. W połowie stycznia br. luka finansowa wynosiła ponad 300 mln zł, co potwierdziło też Ministerstwo Klimatu i Środowiska, i co tydzień powiększa się o kolejne 100 mln zł. Według szacunków na koniec lutego br. ta luka podwoi się do wartości 700 mln zł. To rodzi ryzyko, że nabór nowych wniosków może zostać wstrzymany, a program zakończy się przedwcześnie (zgodnie z harmonogramem miał trwać do 2029 roku).

Wojewódzkie fundusze ochrony środowiska we współpracy z NFOŚiGW oraz Ministerstwem Klimatu i Środowiska na razie regularnie obsługują nabór nowych wniosków, ale jest problem z wypłatą dotacji z podpisanych już umów. Kryzys płynności finansowej dotyczy wniosków składanych jeszcze w poprzednim roku. Jest ryzyko utraty płynności finansowej po stronie funduszy, których zadaniem jest dystrybucja tych środków – wskazuje Michał Hetmański.

Aktywiści i eksperci podkreślają, że bez natychmiastowej interwencji rządu programowi grozi zapaść. Dlatego zaapelowali do rządu i premiera Donalda Tuska o podjęcie szybkich działań – zasilenie programu Czyste Powietrze kwotą 2 mld zł z instrumentu RePowerEU (Polska w grudniu ub.r. otrzymała z tego instrumentu 22 mld zł zaliczki) oraz pilne odblokowanie środków KPO na ten cel, a w dalszej kolejności środków Funduszu Spójności i innych źródeł finansowania.

Szefowa MKiŚ Paulina Hennig-Kloska podczas konferencji prasowej w połowie stycznia br. podkreśliła, że resort ma świadomość problemu i wraz z NFOŚiGW pracuje nad jego rozwiązaniem. Jak wskazała, z pierwszej transzy środków z KPO Polska otrzymała na program „Czyste Powietrze” 200 mln zł i dzięki tym środkom wypłaty dotacji zostaną wznowione. Resort pracuje też nad innym środkiem zaradczym, który ma pozwolić na pokrycie wszystkich zaległości. Natomiast docelowo chce uruchomić na ten cel pulę środków dostępnych z HASHFEniKS na 2024 rok (Fundusze Europejskie na Infrastrukturę, Klimat i Środowisko).

– Alokowanie zaledwie 200 mln zł z zaliczki z KPO, która spłynęła do nas w grudniu, będzie stanowić rozwiązanie problemu na zaledwie dwa tygodnie. My potrzebujemy średnioterminowego planowania finansowego, żeby w przyszłości uniknąć podobnych sytuacji. Z początkiem lutego przedstawimy swoje rekomendacje w tym obszarze – zapowiada prezes Fundacji Instrat.

W skali całego kraju nawet kilkanaście tysięcy beneficjentów, którzy ponieśli koszty ocieplenia domów i wymiany źródła ciepła, czeka teraz na refundację tych wydatków z programu Czyste Powietrze.

To jest niesamowicie ważne, żeby beneficjenci nie słyszeli więcej o takich sytuacjach, problemach z dostępnością tych środków, ponieważ to ma bardzo duży wpływ na zaufanie do tego programu – podkreśla Michał Hetmański. – Widzieliśmy już w trakcie pandemii spadki zainteresowania tym programem ze względu na sytuację finansową państwa i samych konsumentów. Dlatego apelujemy do rządu o to, aby pokazać, że środki na finansowanie programu Czyste Powietrze są i będą nadal.

Autorzy apelu podkreślili, że szybkie działania w celu usprawnienia programu Czyste Powietrze są konieczne, ponieważ Polska jest krajem o najbardziej zanieczyszczonym powietrzu w całej Unii Europejskiej, co każdego roku przyczynia się do ponad 40 tys. przedwczesnych zgonów.

– Trzeba dostrzec bardzo pozytywną zmianę, jaka już zaszła dzięki temu programowi. Kiedy startował pięć lat temu, był przede wszystkim programem wymiany kopciuchów. Natomiast dziś prawie 3/4 składanych w nim wniosków dotyczy kompleksowych termomodernizacji, czyli zarówno ocieplenia domu, jak i wymiany źródła ciepła – mówi prezes Fundacji Instrat. – Ze strony NFOŚiGW w porozumieniu z gminami potrzebna jest jeszcze większa koordynacja na rzecz promocji tego programu, szczególnie wśród grup wykluczonych. Centralna Ewidencja Emisyjności Budynków – w której są chronione przez państwo informacje na temat tego, jakich źródeł ciepła używamy w domach – stanowi bardzo cenne, marketingowe narzędzie dotarcia do tych wykluczonych grup, żebyśmy mogli pomagać ze środków publicznych nie tylko tym, którzy mogą sobie na to pozwolić, ale przede wszystkim tym, którzy tego programu najbardziej potrzebują, czyli ubogim energetycznie.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/mkis-pracuje-nad,p2042715007

Polska Akademia Nauk wymaga reform organizacyjnych i finansowych. W ubiegłym roku 40 proc. pracowników w instytutach zarabiało poniżej płacy minimalnej

0

– W ubiegłym roku aż 40 proc. pensji w instytutach PAN było poniżej minimalnej pensji i trudno było nam przekonać młodych ludzi, że ścieżka rozwoju naukowego jest tym, co powinni w życiu robić – mówi prezes PAN prof. Marek Konarzewski. Wskazuje, że zapisana w budżecie na ten rok kwota 180 mln zł dotacji pozwoli zaledwie na zrekompensowanie podwyżek kosztów utrzymania potencjału badawczego instytutów. Żeby mówić o dalszym rozwoju PAN, trzeba wrócić do rozmów o finansowaniu, ale także o zmianach organizacyjnych w tej instytucji. Reformę PAN zapowiedział już minister nauki i szkolnictwa wyższego Dariusz Wieczorek.

 Polska Akademia Nauk potrzebuje reform z wielu względów, a tym zasadniczym jest oczekiwanie, że jej struktury będą bliżej ze sobą współpracować. Przypomnę, że akademia składa się z dwóch zasadniczych filarów: pierwszym jest korporacja złożona z 350 uczonych, wybieranych w bardzo konkurencyjny sposób. To jest elita polskiej nauki – tylko jeden na średnio 100 profesorów dostępuje zaszczytu wyboru do akademii. Natomiast drugim jej filarem jest 70 instytutów naukowych PAN. Bardzo nam zależy, żeby reformy doprowadziły do zwiększenia widzialności akademii i jej pozycjonowania w świecie nauki – nie tylko w kraju, ale przede wszystkim za granicą – mówi agencji Newseria Biznes prof. Marek Konarzewski.

Projekt nowej ustawy o PAN, który powstał w akademii, został złożony w Ministerstwie Edukacji i Nauki pod koniec marca 2023 roku. Nad alternatywną reformą pracował zespół byłego ministra Przemysława Czarnka, ale żaden z projektów nie został przedłożony w Sejmie. Po grudniowej zmianie rządu temat reformy PAN wrócił – ponownie poruszył go minister nauki i szkolnictwa wyższego Dariusz Wieczorek, który w ubiegłym tygodniu spotkał się z Prezydium Polskiej Akademii Nauk.

– Dla nas to było wydarzenie historyczne, bo po raz pierwszy od co najmniej ośmiu lat konstytucyjny minister odpowiedzialny za naukę wziął udział w posiedzeniu prezydium – podkreśla prezes PAN. – Minister zapewnił nas, że procedowanie projektu ustawy o Polskiej Akademii Nauk będzie dla niego priorytetem i że dokona się to w tym roku. Ta zapowiedź była dla nas niebywale ważna, bo oznacza, że do końca tego roku – miejmy nadzieję – będziemy mieli już nową ustawę i będziemy pod jej rządami dalej prowadzić reformy akademii.

Wcześniej mają się odbyć w tej sprawie szerokie konsultacje ze środowiskami związanymi z PAN.

– Podstawowe zmiany w ustroju Polskiej Akademii Nauk będą się sprowadzały do tego, że Zgromadzenie Akademii – czyli jej najwyższy organ – będzie się składać zarówno z korporantów, czyli z członków Polskiej Akademii Nauk, jak również z dyrektorów instytutów PAN i to poszerzone grono będzie wspólnie wybierać prezesa akademii. Do tej pory był on wybierany wyłącznie głosami korporantów, w związku z czym ten drugi filar, bardzo istotny, nie był obecny przy wyborze jej władz – mówi prof. Marek Konarzewski. – Z drugiej strony bardzo zależy nam też na poszerzeniu kompetencji części korporacyjnej akademii, członków PAN, w taki sposób, aby mogli mieć oni bezpośredni wpływ na ocenę merytoryczną, naukową instytutów i żeby to była ocena wiążąca. Obecnie jesteśmy w punkcie, gdzie formułujemy pewne rekomendacje względem instytutów i one mogą być, ale nie muszą być przyjęte przez dyrekcje tych podmiotów. Wedle naszego projektu te rekomendacje byłyby wiążące.

Reforma Polskiej Akademii Nauk ma pozwolić na uporządkowanie jej organizacji i wewnętrznych struktur, ale też umożliwić szersze pozyskiwanie funduszy – stosownie do potencjału naukowego, jakim dysponują instytuty PAN. Reforma jest także jednym z kamieni milowych, których spełnienie umożliwi akademii pozyskanie środków z Krajowego Planu Odbudowy. Pod rządami obecnej ustawy akademia i część jej jednostek nie mają możliwości aplikowania o projekty unijne i krajowe.

W kwestii finansów padły też inne deklaracje. MNiSW zapowiedziało zwiększenie finansowania instytutów PAN o 180 mln zł. Jak podkreśla prezes tej instytucji, zostaną one przeznaczone na pokrycie rosnących kosztów utrzymania potencjału badawczego instytutów.

– Zeszły rok pod tym względem był dramatyczny, ponieważ bardzo mocno wzrosły koszty mediów, eksploatacji aparatury naukowej i dochodziło do tego, że w wielu instytutach, szczególnie tych eksperymentalnych, trzeba było tę aparaturę wyłączać. To jest prosta droga do tego, żeby zatrzymywać badania naukowe, a wtedy samo funkcjonowanie instytutów staje pod znakiem zapytania – przestrzega prezes Polskiej Akademii Nauk. – Trzeba jednak jasno powiedzieć, że 180 mln zł to kwota ratunkowa, która sprawi tylko tyle, że oddali od nas widmo kolejnego ograniczenia aktywności. A my powinniśmy przecież mówić o rozwoju. Aby ten rozwój się dokonywał, będziemy musieli niestety wrócić do rozmowy o finansowaniu, bo kwoty, które będą to umożliwiać, są znacznie wyższe niż 180 mln zł.

Ważną zapowiedzią dla PAN i jej instytutów jest także ta dotycząca wzrostu o 30 proc. wynagrodzeń dla pracowników naukowych i o 20 proc. dla pracowników nienaukowych. Podwyżki zostały wpisane do tegorocznego budżetu i mają obowiązywać od 1 stycznia. Zdaniem prezesa PAN to dobry krok w kierunku poprawy nie najlepszej sytuacji kadrowej.

W ubiegłym roku aż 40 proc. pensji w instytutach PAN było poniżej minimalnej pensji. Wynikało to głównie z faktu, że ze względu na ograniczone finansowanie wzrost płac nie nadążał za wzrostem pensji minimalnej. Po prostu brakowało nam pieniędzy na to, żeby wyrównać różnicę między tym, co mogliśmy zaoferować, a tym, co nakładały na nas przepisy, choć wielokrotnie rozmawiałem na temat tej sytuacji z byłym już kierownictwem Ministerstwa Edukacji i Nauki – mówi prof. Marek Konarzewski. – W tej sytuacji trudno było przekonać młodych ludzi, że ścieżka rozwoju naukowego jest tym, co powinni w życiu robić. Mamy nadzieję, że regulacje i wzrost płac, którego oczekujemy w tym roku, przynajmniej na jakiś czas tę sytuację zniwelują i że młodzi ludzie ponownie będą postrzegali pracę w instytutach PAN jako atrakcyjną ścieżkę kariery, która będzie ich utrzymywać w nauce. A przez to będziemy w stanie utrzymać potencjał intelektualny i ekspercki naszego środowiska i służyć rozwojowi kraju.

W ramach PAN działa najmocniejsza w kraju sieć badawcza złożona z 70 instytutów. Prowadzą one projekty w niemal wszystkich dziedzinach naukowych, tworzą wynalazki i patenty i są wizytówką polskiej nauki. Pracuje w nich ponad 9,5 tys. osób, w tym prawie 4,3 tys. badaczek i badaczy. W ramach instytutów PAN działa też osiem Centrów Doskonałości Naukowej Dioscuri – międzynarodowych grup badawczych wspieranych przez niemieckie Towarzystwo Maxa Plancka.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polska-akademia-nauk,p1358545110

MKiŚ pracuje nad rozwiązaniem problemów z wypłatą środków z programu Czyste Powietrze. Odbiorcy mogą stracić zaufanie do niego

0

Kilkanaście tysięcy beneficjentów, którzy ponieśli koszty ocieplenia domów i wymiany źródła ciepła, a teraz czekają na refundację tych wydatków z programu Czyste Powietrze, na pewno otrzyma zaległe dotacje – zapewniło Ministerstwo Klimatu i Środowiska. Resort pracuje nad środkiem zaradczym, który ma upłynnić wypłaty. Długoterminowo chce uruchomić pulę środków przewidzianych na 2024 rok z instrumentu HASHFeniKS. W dalszej perspektywie program Czyste Powietrze czekają jednak spore zmiany, które mają zwiększyć jego efektywność – zapowiedziała w ostatnich dniach minister klimatu i środowiska Paulina Hennig-Kloska. Aktywiści i eksperci apelują do resortu i NFOŚiGW o jak najszybsze działania, które zapobiegną podobnym problemom w przyszłości. 

Czyste Powietrze – czyli program uruchomiony w 2018 roku przez Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, który udziela dotacji do wymiany starych kotłów i ocieplenia domów – w ciągu kilku ostatnich lat cieszył się rosnącą popularnością: w 2019 roku złożono w nim 85 tys. wniosków, a w 2023 roku – już 217 tys. W sumie w ciągu pięciu lat trwania tego programu wpłynęło 754 tys. wniosków o dofinansowanie.

 Czyste Powietrze jest dzisiaj bardzo rozpędzonym programem finansowania termomodernizacji budynków jednorodzinnych oraz wymiany źródeł ciepła. Niestety w konsekwencji zaniedbań poprzedniego rządu pojawiło się ryzyko utraty płynności i luki finansowej w tym programie. Dlatego wspólnie z Alarmem Smogowym wystosowaliśmy apel do polskiego rządu, do premiera Donalda Tuska, żeby uaktywnić większą kwotę ze środków, które spłynęły w grudniu z KPO i REPowerEU, i przeznaczyć ją na finansowanie tego programu, który wymaga ciągłego zasilania środkami finansowymi – mówi agencji Newseria Biznes Michał Hetmański, prezes zarządu Fundacji Instrat.

Do wymiany wciąż pozostało ok. 2,7 mln starych kotłów. Tymczasem Polski Alarm Smogowy (PAS) oraz Fundacja Instrat alarmują, że program znalazł się na krawędzi bankructwa i boryka się z rosnącymi opóźnieniami w wypłatach dotacji. W połowie stycznia br. luka finansowa wynosiła ponad 300 mln zł, co potwierdziło też Ministerstwo Klimatu i Środowiska, i co tydzień powiększa się o kolejne 100 mln zł. Według szacunków na koniec lutego br. ta luka podwoi się do wartości 700 mln zł. To rodzi ryzyko, że nabór nowych wniosków może zostać wstrzymany, a program zakończy się przedwcześnie (zgodnie z harmonogramem miał trwać do 2029 roku).

Wojewódzkie fundusze ochrony środowiska we współpracy z NFOŚiGW oraz Ministerstwem Klimatu i Środowiska na razie regularnie obsługują nabór nowych wniosków, ale jest problem z wypłatą dotacji z podpisanych już umów. Kryzys płynności finansowej dotyczy wniosków składanych jeszcze w poprzednim roku. Jest ryzyko utraty płynności finansowej po stronie funduszy, których zadaniem jest dystrybucja tych środków – wskazuje Michał Hetmański.

Aktywiści i eksperci podkreślają, że bez natychmiastowej interwencji rządu programowi grozi zapaść. Dlatego zaapelowali do rządu i premiera Donalda Tuska o podjęcie szybkich działań – zasilenie programu Czyste Powietrze kwotą 2 mld zł z instrumentu RePowerEU (Polska w grudniu ub.r. otrzymała z tego instrumentu 22 mld zł zaliczki) oraz pilne odblokowanie środków KPO na ten cel, a w dalszej kolejności środków Funduszu Spójności i innych źródeł finansowania.

Szefowa MKiŚ Paulina Hennig-Kloska podczas konferencji prasowej w połowie stycznia br. podkreśliła, że resort ma świadomość problemu i wraz z NFOŚiGW pracuje nad jego rozwiązaniem. Jak wskazała, z pierwszej transzy środków z KPO Polska otrzymała na program „Czyste Powietrze” 200 mln zł i dzięki tym środkom wypłaty dotacji zostaną wznowione. Resort pracuje też nad innym środkiem zaradczym, który ma pozwolić na pokrycie wszystkich zaległości. Natomiast docelowo chce uruchomić na ten cel pulę środków dostępnych z HASHFEniKS na 2024 rok (Fundusze Europejskie na Infrastrukturę, Klimat i Środowisko).

– Alokowanie zaledwie 200 mln zł z zaliczki z KPO, która spłynęła do nas w grudniu, będzie stanowić rozwiązanie problemu na zaledwie dwa tygodnie. My potrzebujemy średnioterminowego planowania finansowego, żeby w przyszłości uniknąć podobnych sytuacji. Z początkiem lutego przedstawimy swoje rekomendacje w tym obszarze – zapowiada prezes Fundacji Instrat.

W skali całego kraju nawet kilkanaście tysięcy beneficjentów, którzy ponieśli koszty ocieplenia domów i wymiany źródła ciepła, czeka teraz na refundację tych wydatków z programu Czyste Powietrze.

To jest niesamowicie ważne, żeby beneficjenci nie słyszeli więcej o takich sytuacjach, problemach z dostępnością tych środków, ponieważ to ma bardzo duży wpływ na zaufanie do tego programu – podkreśla Michał Hetmański. – Widzieliśmy już w trakcie pandemii spadki zainteresowania tym programem ze względu na sytuację finansową państwa i samych konsumentów. Dlatego apelujemy do rządu o to, aby pokazać, że środki na finansowanie programu Czyste Powietrze są i będą nadal.

Autorzy apelu podkreślili, że szybkie działania w celu usprawnienia programu Czyste Powietrze są konieczne, ponieważ Polska jest krajem o najbardziej zanieczyszczonym powietrzu w całej Unii Europejskiej, co każdego roku przyczynia się do ponad 40 tys. przedwczesnych zgonów.

– Trzeba dostrzec bardzo pozytywną zmianę, jaka już zaszła dzięki temu programowi. Kiedy startował pięć lat temu, był przede wszystkim programem wymiany kopciuchów. Natomiast dziś prawie 3/4 składanych w nim wniosków dotyczy kompleksowych termomodernizacji, czyli zarówno ocieplenia domu, jak i wymiany źródła ciepła – mówi prezes Fundacji Instrat. – Ze strony NFOŚiGW w porozumieniu z gminami potrzebna jest jeszcze większa koordynacja na rzecz promocji tego programu, szczególnie wśród grup wykluczonych. Centralna Ewidencja Emisyjności Budynków – w której są chronione przez państwo informacje na temat tego, jakich źródeł ciepła używamy w domach – stanowi bardzo cenne, marketingowe narzędzie dotarcia do tych wykluczonych grup, żebyśmy mogli pomagać ze środków publicznych nie tylko tym, którzy mogą sobie na to pozwolić, ale przede wszystkim tym, którzy tego programu najbardziej potrzebują, czyli ubogim energetycznie.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/mkis-pracuje-nad,p2042715007

Trwają prace nad szczegółami ścisłej ochrony 20 proc. lasów. Prawie gotowy jest także projekt ws. kontroli społecznej nad lasami

Postulat ochrony najcenniejszych lasów w Polsce znalazł się zarówno w „100 konkretach na pierwsze 100 dni rządów”, jak i w umowie koalicyjnej zawartej po wyborach 15 października 2023 roku. W wyznaczonym terminie nie udało się dotrzymać wyborczej obietnicy, ale prace nad nowymi regulacjami przyspieszają. Wśród priorytetów jest objęcie ochroną 20 proc. lasów najbardziej cennych przyrodniczo i ustanowienie kontroli społecznej nad lasami. Ministerstwo Klimatu i Środowiska konsultuje swoje pomysły z przedstawicielami różnych stron, m.in. z leśnikami, ekologami, branżą drzewną i samorządami.

 Naszym celem jest objęcie szczególną ochroną 20 proc. terenów Lasów Państwowych, wytyczając te najcenniejsze przyrodniczo, najważniejsze społecznie lasy, ale także lasy uzdrowiskowe, lasy ważne z punktu widzenia również klimatu, ale także odbudowa tych walorów wodnych, żeby przywrócić w wielu miejscach właściwe stosunki wodne, a jednocześnie też zadbać o przemysł drzewny – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paulina Hennig-Kloska, ministra klimatu i środowiska w trakcie rozpoczętej 22 kwietnia Ogólnopolskiej Narady o Lasach.

W piątek 19 kwietnia br. propozycję dotyczącą kryteriów oceny wartości przyrodniczej i społecznej lasów przedstawiły Lasy Państwowe. To one mają służyć wyznaczeniu obszarów, które będą podlegały wyłączeniu lub ograniczeniu użytkowania. Lasy całkowicie wyłączone z użytkowania leśnicy wskażą w oparciu o 15 kryteriów, wśród których na pierwszym miejscu są siedliska związane z ochroną zasobów wodnych, bagienne i zalewowe. Swoje uwagi do tej propozycji zgłosiły organizacje przyrodników i aktywistów, zapowiadając dyskusję nad poszerzonymi kryteriami w czasie trwającej narady.

– Liczę, że te dwa dni przyniosą bardzo dobre, cenne, inspirujące rozwiązania, które pozwolą nam przejść kolejny już etap, bo pierwszy w postaci moratorium za nami, zmiany gospodarki leśnej i całej filozofii zarządzania Lasami Państwowymi – mówi Paulina Hennig-Kloska. – Te dwa dni w ramach konsultacji mają nam dać odpowiedź na pytania, w jakim tempie, w jakim zakresie, według jakich kryteriów doboru te tereny będą z gospodarki leśnej wyłączane, jaki sposób pielęgnacji tych terenów będzie tam prowadzony, czy zabiegi sanitarne, czy po prostu zwykła higiena musi być tam jednak realizowana. Zobaczymy, czy przygotowane przez nas rekomendacje są właściwe, czy może strona społeczna, Lasy Państwowe, przemysł drzewny mają inne unikatowe podejście, wszystko po to, by wypracować najlepsze rozwiązania.

O postulaty z kampanii wyborczej oraz postanowienia umowy koalicyjnej zdążyli już upomnieć się przyrodnicy, m.in. z polskiego oddziału Greenpeace. Z sondażu przeprowadzonego dla tej organizacji przez CBOS w marcu 2024 roku wynikało, że za pilną realizacją zobowiązania polityków koalicji rządzącej opowiada się 2/3 Polaków. Ekolodzy podkreślają jednocześnie, że mimo jasnych deklaracji o wyłączeniu z wycinki 20 proc. powierzchni polskich lasów, każdego dnia prawie 6 tys. ciężarówek zapełnianych jest ściętymi drzewami. Jak zauważono, wycinki trwały również w lasach, które w styczniu 2024 roku zostały objęte moratorium Ministerstwa Klimatu i Środowiska o zakazie wycinania drzew.

Jak podkreśla resort, potrzebne jest wypracowanie kierunkowych zasad prowadzenia gospodarki leśnej na obszarach o szczególnych walorach społecznych i przyrodniczych.

– Chcemy, by oczywiście do gospodarki trafiała odpowiednia ilość surowca w odpowiedniej dostępnej cenie, tak by nasz przemysł był z drugiej strony konkurencyjny. Na pewno może się to wiązać z utraconymi dochodami i potrzebą wypłacania rekompensat, ale w tym zakresie Lasy Państwowe mają Fundusz Leśny, by tego typu rekompensaty też stosować – tłumaczy ministra. – To wszystko będzie traktowane bardzo indywidualnie, w zależności od regionu. Po wprowadzeniu moratorium udało nam się doprowadzić do tego, że w zasadzie wszystkie zakłady usług leśnych mają pracę, wszyscy pracują, co najwyżej zostali przesunięci na inne obszary albo zajmują się innego rodzaju zadaniami, typu pielęgnacja czy cięcia sanitarne, bo to zawsze trzeba będzie na terenie lasów prowadzić.

Ministerstwo Klimatu i Środowiska finalizuje prace nad przepisami dotyczącymi kontroli społecznej nad lasami. Wiceminister Mikołaj Dorożała poinformował także, że w maju br. do wykazu prac KPRM trafi ustawa o Planach Urządzania Lasu (PUL), która strona społeczna będzie mogła zaskarżyć PUL, a organizacje społeczne będą włączone w jego tworzenie.

– Prowadzimy jednocześnie w ministerstwie bardzo wiele procesów. Jednym z nich jest praca nad wyłączeniami i zwiększeniem ochrony lasów, drugim – przygotowanie ustawy o nadzorze społecznym nad lasami, tak by faktycznie zwiększyć partycypację społeczną w procesie tworzenia PUL. Z drugiej strony oczywiście to wdrażanie strategii odbudowy torfowisk i mokradeł – wymienia Paulina Hennig-Kloska.

Organizacje ekologiczne podkreślają, że niezbędne są dalsze zmiany legislacyjne, które m.in. umożliwią społeczeństwu dostęp do wymiaru sprawiedliwości, zapewnią ścisłą ochronę gatunkową podczas prowadzenia prac leśnych czy zmniejszą marnowanie drewna, np. przez wprowadzenie zakazu spalania pierwotnej biomasy drzewnej w energetyce zawodowej.

Według opublikowanego przez Główny Urząd Statystyczny (GUS) „Rocznika Statystycznego Leśnictwa 2023”, w Polsce jest 9477 tys. ha gruntów leśnych. To o 5,9 proc. więcej niż w 1995 roku. Z tego 7386 tys. ha to lasy należące do Skarbu Państwa. Lesistość Polski wynosi obecnie 29,7 proc. Najbardziej zalesionym województwem jest lubuskie (49,4 proc.), a nNa przeciwległym biegunie w tej statystyce znajduje się województwo łódzkie (21,4 proc.). Jednocześnie – jak podkreślają eksperci Pracowni na rzecz Wszystkich Istot – obecny stan lasów jest zły, na co wpłynęła m.in. intensywna gospodarka leśna. W latach 1990–2023 ilość pozyskiwanego drewna w lasach zarządzanych przez Lasy Państwowe wzrosła ponad dwukrotnie.

Stan lasów stał się przedmiotem zaniepokojenia społecznego. W ostatnim czasie pojawiło się wiele inicjatyw na rzecz ochrony obszarów leśnych. Według Fundacji Lasy i Obywatele w Polsce zidentyfikowano prawie 400 oddolnych obywatelskich inicjatyw leśnych, z których 153 obejmuje działania w dłuższym okresie.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/trwaja-prace-nad,p1974026903

Dwie duże marki chińskich samochodów w tym roku trafią do sprzedaży w Polsce. Są w stanie konkurować jakością z europejskimi producentami aut

Według danych IBRM Samar w Polsce w pierwszych dwóch miesiącach 2024 roku zarejestrowano 533 auta chińskich producentów. Jednak niedługo mogą się one pojawiać na polskich drogach znacznie częściej, ponieważ swoją obecność na tutejszym rynku zapowiedziało już kilku kolejnych producentów z Państwa Środka. Chińskich samochodów, przede wszystkim elektryków, coraz więcej sprzedaje się również w Europie. Prognozy zakładają, że ich udział w europejskim rynku do 2025 roku ma zostać niemal podwojony. – Jakość produktów dostarczanych przez chińskich producentów jest dzisiaj zdecydowanie lepsza i dlatego one z powodzeniem konkurują z producentami europejskimi – mówi Wojciech Drzewiecki, prezes IBRM Samar.

– Patrząc na to, co się dzieje w salonach dealerskich, widać wyraźnie, że sporo ludzi interesuje się chińskimi markami samochodów, jest duża zmiana podejścia. O ile w poprzednich latach chińskie marki nie były traktowane zbyt poważnie ze względu na jakość ich produktu, o tyle dzisiaj jest ona zdecydowanie lepsza. Niektóre z tych marek są na dodatek kojarzone z producentami europejskimi, więc stoi za nimi pewna tradycja, która przyciąga klientów do salonów. Widać to także w polskich salonach, gdzie zainteresowanie tymi samochodami jest duże, a na rynku europejskim część chińskich marek rozwija się już bardzo dynamicznie – mówi agencji Newseria Biznes Wojciech Drzewiecki.

Jak wskazuje Polski Instytut Ekonomiczny, Chiny są największym producentem i konsumentem aut elektrycznych na świecie. Ich udział w globalnej sprzedaży w 2022 roku wyniósł 60 proc., podczas gdy UE – 21 proc. i USA – 8 proc. W Europie sprzedaje się coraz więcej elektryków „made in China” – w tej chwili stanowią one ok. 8 proc. sprzedaży nowych samochodów elektrycznych, a szacuje się, że do 2025 roku ich udział ma już wzrosnąć do 15 proc.

– Marki chińskie cieszą się na świecie coraz większą popularnością i na niektórych rynkach stanowi to już duży problem ze względu na konkurencję, jaką powodują dla lokalnych producentów samochodów. W Europie ich udział nie jest jeszcze tak duży, ale będzie się zwiększał i to szybko – mówi prezes Instytutu Badań Rynku Motoryzacyjnego Samar.

W ekspansji chińskich marek – takich jak Great Wall Motor, SAIC czy BYD – na europejski rynek pomagają subsydiowane rządowe kredyty: szacuje się, że w latach 2016–2022 Pekin przekazał producentom aut wsparcie na łączną kwotę 57 mld dol. Poza tym sprzyjają im również m.in. niższe koszty pracy i tańsza energia, a duży wolumen sprzedaży pozwala chińskim producentom osiągać korzyści skali i znacząco obniżać koszty jednostkowe produkcji. Wszystko to przekłada się na znaczną przewagę konkurencyjną, która wyraża się przede wszystkim w niższej cenie. Eksperci wskazują, że ceny chińskich modeli samochodów są niższe od europejskich producentów o ok. 20 proc. Ponadto ich rosnącej popularności sprzyja też coraz lepsza jakość. Chiny stały się już doświadczonymi i innowacyjnymi producentami EV, a chińskie auta przestały być postrzegane jako „chińszczyzna”, czyli synonim taniej tandety.

– Produkt chiński jest dzisiaj produktem dobrej jakości, produktem dostosowanym do rynku, na którym jest sprzedawany. To już nie jest samochód, do którego nie chcielibyśmy wsiadać. Chińscy producenci odrobili lekcję, a połączenie chińskich rozwiązań technicznych z europejskim designem powoduje, że zainteresowanie tymi autami rośnie. Jakość produktów dostarczanych przez chińskich producentów jest dzisiaj zdecydowanie lepsza i dlatego one z powodzeniem konkurują z producentami europejskimi – ocenia Wojciech Drzewiecki. – Oferta pochodząca od producentów chińskich jest bardzo atrakcyjna i jeżeli nie zostanie ograniczona przez działania legislatora, który nałoży odpowiednio wysokie cła, to tych samochodów będzie się sprzedawało coraz więcej. To oczywiście wymusi zmiany w ofercie europejskich producentów, bo tutaj te różnice cenowe są faktycznie duże.

Ekspansja marek z Państwa Środka mocno niepokoi europejskich producentów samochodów. Szczególnie zagrożone są Niemcy i Francja – najwięksi producenci aut elektrycznych w UE, których udziały w europejskim rynku w I kwartale 2023 roku wyniosły odpowiednio 22 proc. i 16 proc.

– Stąd też działania Unii Europejskiej dotyczące ewentualnego oclenia tych pojazdów, żeby zmniejszyć konkurencyjność i dać szansę rozwoju europejskim producentom. Na rynku amerykańskim te cła już istnieją, a więc rozwój marek chińskich został tam zahamowany, ale poza Europą i poza Stanami Chińczycy trzymają się mocno i rozwijają się bardzo dynamicznie – mówi ekspert IBRM Samar.

Bruksela pracuje nad przepisami wprowadzającymi cła antysubsydiacyjne na elektryki importowane z Chin (w związku z dotowaniem ich produkcji przez rząd w Pekinie), czego skutkiem będzie wzrost ich cen. W tej chwili standardowe cło na EV wynosi 10 proc., ale mówi się, że Komisja Europejska planuje podwyższenie ich do 20 czy nawet 25 proc. (w Stanach Zjednoczonych stawka wynosi 27,5 proc.). Zgodnie z decyzją KE od 7 marca br. importowane z Chin pojazdy elektryczne muszą już być rejestrowane celnie. Jak zauważa Polski Instytut Ekonomiczny, ostra reakcja chińskich władz na działania Komisji Europejskiej sugeruje, że Europa i Chiny mogą stanąć przed perspektywą wojny handlowej.

– Te opłaty zmniejszyłyby atrakcyjność cenową tych aut, powodując tym samym, że ich konkurencyjność byłaby zdecydowanie mniejsza. Natomiast nie sądzę, aby w Europie myślano o blokadzie chińskich produktów, czyli niedopuszczeniu ich do poruszania się po europejskich drogach. Tego typu blokada mogłaby się spotkać z retorsją Chin, które ograniczyłyby możliwości producentów europejskich w zakresie sprzedaży ich produktów na terenie Chin. A chiński rynek jest dla nich bardzo atrakcyjny ze względu na swoją wielkość – zwraca uwagę Wojciech Drzewiecki.

Auta z Chin widoczne są już także na polskim rynku. W końcówce ubiegłego roku w Polsce zadebiutowały marki Omoda, Voyah, MG, Baic, które oferują nowoczesne, niedrogie i dobrze wyposażone SUV-y: zarówno elektryki, jak i samochody spalinowe. Jednak to dopiero początek ofensywy, ponieważ swoją obecność na polskim rynku zapowiedziało już kilku kolejnych producentów z Chin. To oznacza, że „chińczyki” mogą niedługo znacznie częściej pojawiać się na polskich drogach.

– Na polskim rynku jest jeszcze niewiele chińskich marek. Ich udział wynosi dzisiaj między 3 a 4 proc. Mogłoby się wydawać, że to sporo, ale 98 proc. tego udziału jest konsumowane tylko przez jedną markę, Volvo, która jest w Polsce obecna od lat. Mimo że jej właścicielem jest firma chińska, to postrzegamy ją raczej jako markę europejską, szwedzką, bo ze Szwecji ta marka się wywodzi – mówi prezes Instytutu Badań Rynku Motoryzacyjnego Samar. – Dwie duże chińskie marki wejdą w połowie tego roku i myślę, że dopiero ich pojawienie się może wywołać rewolucję.

Według danych IBRM Samar w Polsce w pierwszych dwóch miesiącach tego roku zarejestrowano 533 auta chińskich marek, przy czym 3/4 stanowiły pojazdy marki MG (marka o brytyjskich korzeniach przejęta przez Chińczyków w 2007 roku), która znalazła 411 nabywców. W ogólnym rankingu marek osobowych po dwóch pierwszych miesiącach br. MG zajmowała 27. pozycję, wyprzedzając takich producentów jak Mitsubishi, Jeep czy Fiat. Najpopularniejszym modelem chińskiej marki jest mierzący ponad 4,6 m model HS (221 sprzedanych egzemplarzy), natomiast elektryczny model MG4 znalazł 46 nabywców – to wynik lepszy niż w przypadku elektryków marki Renault (43) czy Toyoty (21).

Na polskim rynku powoli rozkręca się również inna chińska marka – BAIC, która w ofercie ma dwa modele SUV, ale niebawem rozszerzy ją o kolejne nowości, w tym linię samochodów terenowych z serii BJ. W pierwszych dwóch miesiącach tego roku zarejestrowano w Polsce 88 aut marki BAIC.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/dwie-duze-marki,p506498152

Firmy inwestują w zabezpieczanie danych, ale wiele z nich wciąż robi to źle. Często nie trzymają się nawet podstawowych zasad bezpieczeństwa

W ostatnich latach cyberświadomość firm wzrosła i w tej chwili już zdecydowana większość z nich zabezpiecza swoje dane za pomocą kopii zapasowych. Jednak wiele z nich wciąż robi to niepoprawnie albo z niedostateczną starannością. – Na nic nam się zda setka kopii zapasowych, jeśli z żadnej nie będziemy w stanie przywrócić danych – mówi Przemysław Biel, ekspert Synology. Jak wskazuje, problemy przedsiębiorstw w tym obszarze można rozwiązać poprzez kompleksowe podejście do tego tematu, opracowanie odpowiednich mechanizmów i dobór właściwych rozwiązań – najlepiej pochodzących od jednego dostawcy, co usprawnia zarządzanie nimi i optymalizuje koszty.

Jak pokazuje ostatni „Barometr cyberbepieczeństwa” KPMG, w 2022 roku 58 proc. firm w Polsce odnotowało przynajmniej jeden incydent naruszenia cyberbezpieczeństwa, a w przypadku 1/3 badanych przedsiębiorstw intensywność takich zdarzeń wzrosła – i jest to najwyższy wynik od pięciu lat. W ostatnich latach kilkukrotnie wzrosła też ilość danych gromadzonych i przetwarzanych przez firmy. Szacuje się, że w 2022 roku globalna ilość danych sięgnęła 94 zettabajtów, przy czym 90 proc. z nich powstało w ciągu ostatnich dwóch lat. Według prognoz przytaczanych przez portal Statista do 2025 roku ta ilość ma wzrosnąć już do ponad 180 zettabajtów.

– Rosnąca ilość danych jest ogromnym wyzwaniem dla firm. Jeszcze rok czy dwa lata temu przedsiębiorstwa odpowiadały na to wyzwanie chmurą publiczną i w większości przypadków to pomagało. Jednak po pewnym czasie okazało się, że – choć taka chmura jest świetnym rozwiązaniem – nie sprawdza się w każdym scenariuszu – mówi agencji Newseria Biznes Przemysław Biel, manager kanałów sprzedaży na Polskę w Synology.

Według IDC w 2023 roku wydatki na usługi chmury publicznej w Europie sięgną 142 mld dol., a do 2027 roku prawie się podwoją (291 mld dol.). Coraz częściej są one elementem większych hybrydowych projektów.

– W tej chwili, aby zaspokoić potrzeby firm, najczęściej wykorzystuje się kompleksowy system, jeśli chodzi o kopie zapasowe czy przechowywanie danych. Jego głównym elementem jest zwykle serwer NAS plus do tego oprogramowanie. Najlepiej, jeżeli takie oprogramowanie jest zintegrowane w tym serwerze i nie generuje dodatkowych kosztów w przyszłych okresach, czyli jest na przykład bezlicencyjne – mówi ekspert Synology.

W ostatnich latach świadomość firm wzrosła i w tej chwili już zdecydowana większość z nich zabezpiecza swoje dane, tworząc kopie zapasowe. Jednak wiele z nich wciąż robi to niepoprawnie albo z niedostateczną starannością. Kopie są przechowywane w tym samym miejscu co dane produkcyjne albo ich ilość jest za mała. Jak radzą eksperci Synology, dobra kopia zapasowa powinna mieć zasadniczo cztery właściwości. Powinna być niezawodna, elastyczna, wymagać niewielkiej konserwacji i być bezpieczna w dłuższej perspektywie.   

– Firmy wciąż bardzo często robią to w sposób niepoprawny albo nie do końca kompleksowy. Dla przykładu nie korzystają z takich podstawowych zasad jak 3-2-1, czyli trzy kopie, dwa różne nośniki, w tym jedna kopia na zewnątrz, poza siedzibą firmy. Kierując się tą zasadą, mamy spełnione minimalne wymogi. Natomiast nadal nie wszyscy z tego korzystają i tutaj potrzebne są szkolenia – mówi Przemysław Biel.

Jak podkreśla, zasada 3-2-1 to podstawa bezpieczeństwa danych. Dodatkowe elementy to replikacja tych danych, kopie migawkowe oraz systematyczna weryfikacja poprawności wykonywanych kopii zapasowych. Zdarza się bowiem, że nikt tego nie kontroluje.

– Na nic nam się zda setka kopii zapasowych, jeśli z żadnej nie będziemy w stanie przywrócić danych – mówi przedstawiciel Synology w Polsce. 

Ekspert wskazuje, że problemy przedsiębiorstw dotyczące zabezpieczania danych można rozwiązać poprzez kompleksowe podejście do tego tematu, opracowanie odpowiednich mechanizmów, procedur i dobór właściwych rozwiązań.

Rozwiązania, które pomagają w kompleksowy sposób zabezpieczyć dane, to są najczęściej rozwiązania pochodzące w całości od jednego producenta, ponieważ one zapewniają dużo szybszą obsługę, a przy tym dużo łatwiej jest nimi zarządzać. Często mają też zintegrowane mechanizmy wysokiej dostępności wszędzie tam, gdzie kopie zapasowe nie dają pożądanych efektów – na przykład zbyt długo trzeba przywracać dane lub zbyt dużo danych ulega zniszczeniu. Wtedy właśnie wykorzystuje się takie systemy wysokiej dostępności – wyjaśnia Przemysław Biel.

Rozwiązania obejmujące zabezpieczanie danych oraz tworzenie i przechowywanie kopii zapasowych, które pochodzą od jednego dostawcy, skracają czas obsługi technicznej i serwisowej oraz gwarantują pełną kompatybilność wszystkich elementów. Jeśli na dodatek mają formę bezlicencyjną, to zapewniają przy tym efektywność kosztową, ponieważ nie wiążą się z nimi późniejsze ukryte koszty na odnowienie wsparcia czy licencji.

Jak wskazuje Przemysław Biel, dobór odpowiednich rozwiązań do zabezpieczania danych jest kwestią indywidualną i zależy od środowiska IT danej firmy. Dlatego właściwe narzędzia powinny być dopasowane stricte pod jej konkretne potrzeby i uwzględniać takie aspekty jak np. ilość utraconych danych, na jaką firma może sobie pozwolić, oraz czas przestojów i przywrócenia możliwości pracy po awarii lub incydencie naruszenia cyberbezpieczeństwa.

Tutaj bardzo się przydają firmy konsultingowe albo producenci, którzy oferują usługi konsultingowe. Dużym plusem jest też możliwość wypożyczenia całego systemu kopii zapasowej i zabezpieczenia danych, żeby przetestować go we własnym środowisku i przekonać się, czy spełnia oczekiwania – mówi ekspert Synology. – Najnowsze trendy w kwestii zabezpieczenia danych to kompleksowe systemy opracowywane pod konkretne firmy. Wykorzystuje się w tym celu różne elementy, jak m.in. serwer NAS czy urządzenia typu firewall. Serwer NAS jest obecnie jednym z kluczowych elementów takich systemów i w połączeniu z chmurą publiczną i odpowiednim pakietem oprogramowania jest podstawą do budowy takiego systemu.

Ekspert podkreśla także, że najsłabszym ogniwem każdego systemu służącego do zabezpieczania danych pozostaje człowiek. Dlatego – obok odpowiednich rozwiązań IT – w firmach niezbędne są szkolenia z tego obszaru.

– Firmy starają się szkolić w tym swoich pracowników i coraz więcej jest takich systemów, które są intuicyjne i prowadzą użytkownika za rękę, dzięki czemu to zabezpieczenie danych jest coraz lepsze – mówi Przemysław Biel.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/firmy-inwestuja-w,p1503463904

Firmy inwestują w zabezpieczanie danych, ale wiele z nich wciąż robi to źle. Często nie trzymają się nawet podstawowych zasad bezpieczeństwa

0

W ostatnich latach cyberświadomość firm wzrosła i w tej chwili już zdecydowana większość z nich zabezpiecza swoje dane za pomocą kopii zapasowych. Jednak wiele z nich wciąż robi to niepoprawnie albo z niedostateczną starannością. – Na nic nam się zda setka kopii zapasowych, jeśli z żadnej nie będziemy w stanie przywrócić danych – mówi Przemysław Biel, ekspert Synology. Jak wskazuje, problemy przedsiębiorstw w tym obszarze można rozwiązać poprzez kompleksowe podejście do tego tematu, opracowanie odpowiednich mechanizmów i dobór właściwych rozwiązań – najlepiej pochodzących od jednego dostawcy, co usprawnia zarządzanie nimi i optymalizuje koszty.

Jak pokazuje ostatni „Barometr cyberbepieczeństwa” KPMG, w 2022 roku 58 proc. firm w Polsce odnotowało przynajmniej jeden incydent naruszenia cyberbezpieczeństwa, a w przypadku 1/3 badanych przedsiębiorstw intensywność takich zdarzeń wzrosła – i jest to najwyższy wynik od pięciu lat. W ostatnich latach kilkukrotnie wzrosła też ilość danych gromadzonych i przetwarzanych przez firmy. Szacuje się, że w 2022 roku globalna ilość danych sięgnęła 94 zettabajtów, przy czym 90 proc. z nich powstało w ciągu ostatnich dwóch lat. Według prognoz przytaczanych przez portal Statista do 2025 roku ta ilość ma wzrosnąć już do ponad 180 zettabajtów.

– Rosnąca ilość danych jest ogromnym wyzwaniem dla firm. Jeszcze rok czy dwa lata temu przedsiębiorstwa odpowiadały na to wyzwanie chmurą publiczną i w większości przypadków to pomagało. Jednak po pewnym czasie okazało się, że – choć taka chmura jest świetnym rozwiązaniem – nie sprawdza się w każdym scenariuszu – mówi agencji Newseria Biznes Przemysław Biel, manager kanałów sprzedaży na Polskę w Synology.

Według IDC w 2023 roku wydatki na usługi chmury publicznej w Europie sięgną 142 mld dol., a do 2027 roku prawie się podwoją (291 mld dol.). Coraz częściej są one elementem większych hybrydowych projektów.

– W tej chwili, aby zaspokoić potrzeby firm, najczęściej wykorzystuje się kompleksowy system, jeśli chodzi o kopie zapasowe czy przechowywanie danych. Jego głównym elementem jest zwykle serwer NAS plus do tego oprogramowanie. Najlepiej, jeżeli takie oprogramowanie jest zintegrowane w tym serwerze i nie generuje dodatkowych kosztów w przyszłych okresach, czyli jest na przykład bezlicencyjne – mówi ekspert Synology.

W ostatnich latach świadomość firm wzrosła i w tej chwili już zdecydowana większość z nich zabezpiecza swoje dane, tworząc kopie zapasowe. Jednak wiele z nich wciąż robi to niepoprawnie albo z niedostateczną starannością. Kopie są przechowywane w tym samym miejscu co dane produkcyjne albo ich ilość jest za mała. Jak radzą eksperci Synology, dobra kopia zapasowa powinna mieć zasadniczo cztery właściwości. Powinna być niezawodna, elastyczna, wymagać niewielkiej konserwacji i być bezpieczna w dłuższej perspektywie.   

– Firmy wciąż bardzo często robią to w sposób niepoprawny albo nie do końca kompleksowy. Dla przykładu nie korzystają z takich podstawowych zasad jak 3-2-1, czyli trzy kopie, dwa różne nośniki, w tym jedna kopia na zewnątrz, poza siedzibą firmy. Kierując się tą zasadą, mamy spełnione minimalne wymogi. Natomiast nadal nie wszyscy z tego korzystają i tutaj potrzebne są szkolenia – mówi Przemysław Biel.

Jak podkreśla, zasada 3-2-1 to podstawa bezpieczeństwa danych. Dodatkowe elementy to replikacja tych danych, kopie migawkowe oraz systematyczna weryfikacja poprawności wykonywanych kopii zapasowych. Zdarza się bowiem, że nikt tego nie kontroluje.

– Na nic nam się zda setka kopii zapasowych, jeśli z żadnej nie będziemy w stanie przywrócić danych – mówi przedstawiciel Synology w Polsce. 

Ekspert wskazuje, że problemy przedsiębiorstw dotyczące zabezpieczania danych można rozwiązać poprzez kompleksowe podejście do tego tematu, opracowanie odpowiednich mechanizmów, procedur i dobór właściwych rozwiązań.

Rozwiązania, które pomagają w kompleksowy sposób zabezpieczyć dane, to są najczęściej rozwiązania pochodzące w całości od jednego producenta, ponieważ one zapewniają dużo szybszą obsługę, a przy tym dużo łatwiej jest nimi zarządzać. Często mają też zintegrowane mechanizmy wysokiej dostępności wszędzie tam, gdzie kopie zapasowe nie dają pożądanych efektów – na przykład zbyt długo trzeba przywracać dane lub zbyt dużo danych ulega zniszczeniu. Wtedy właśnie wykorzystuje się takie systemy wysokiej dostępności – wyjaśnia Przemysław Biel.

Rozwiązania obejmujące zabezpieczanie danych oraz tworzenie i przechowywanie kopii zapasowych, które pochodzą od jednego dostawcy, skracają czas obsługi technicznej i serwisowej oraz gwarantują pełną kompatybilność wszystkich elementów. Jeśli na dodatek mają formę bezlicencyjną, to zapewniają przy tym efektywność kosztową, ponieważ nie wiążą się z nimi późniejsze ukryte koszty na odnowienie wsparcia czy licencji.

Jak wskazuje Przemysław Biel, dobór odpowiednich rozwiązań do zabezpieczania danych jest kwestią indywidualną i zależy od środowiska IT danej firmy. Dlatego właściwe narzędzia powinny być dopasowane stricte pod jej konkretne potrzeby i uwzględniać takie aspekty jak np. ilość utraconych danych, na jaką firma może sobie pozwolić, oraz czas przestojów i przywrócenia możliwości pracy po awarii lub incydencie naruszenia cyberbezpieczeństwa.

Tutaj bardzo się przydają firmy konsultingowe albo producenci, którzy oferują usługi konsultingowe. Dużym plusem jest też możliwość wypożyczenia całego systemu kopii zapasowej i zabezpieczenia danych, żeby przetestować go we własnym środowisku i przekonać się, czy spełnia oczekiwania – mówi ekspert Synology. – Najnowsze trendy w kwestii zabezpieczenia danych to kompleksowe systemy opracowywane pod konkretne firmy. Wykorzystuje się w tym celu różne elementy, jak m.in. serwer NAS czy urządzenia typu firewall. Serwer NAS jest obecnie jednym z kluczowych elementów takich systemów i w połączeniu z chmurą publiczną i odpowiednim pakietem oprogramowania jest podstawą do budowy takiego systemu.

Ekspert podkreśla także, że najsłabszym ogniwem każdego systemu służącego do zabezpieczania danych pozostaje człowiek. Dlatego – obok odpowiednich rozwiązań IT – w firmach niezbędne są szkolenia z tego obszaru.

– Firmy starają się szkolić w tym swoich pracowników i coraz więcej jest takich systemów, które są intuicyjne i prowadzą użytkownika za rękę, dzięki czemu to zabezpieczenie danych jest coraz lepsze – mówi Przemysław Biel.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/firmy-inwestuja-w,p1503463904